Tancerka krawędzi - Brandon Sanderson - ebook
NOWOŚĆ

Tancerka krawędzi ebook

Brandon Sanderson

4,3

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Przed trzema laty Zwinka poprosiła boginię, by ta powstrzymała jej dorastanie – i wierzyła, że to życzenie zostało spełnione. W Tancerce Krawędzi młodziutka Świetlista odkrywa, że czas nie czeka na nikogo. A choć młody cesarz Aziru zapewnił jej ochronę przed katem, któremu nadała przydomek „Ciemność”, Zwinkę przytłacza duszna atmosfera dworu. Kiedy więc dowiaduje się, że nieubłagany Ciemność udał do Yeddawu i tam krzywdzi ludzi podobnych do niej, których moce dopiero się przebudziły, podąża za nim. Uciemiężeni w Yeddawie nie mają obrońcy, a Zwinka wie, że musi wziąć na siebie na siebie tę wspaniałą odpowiedzialność.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 206

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (32 oceny)
18
7
6
1
0

Popularność




Pro­log

Zwinka ni­gdy wcze­śniej nie spró­bo­wała obro­bić pałacu. Uwa­żała, że to nie­bez­pieczne. Nie dla­tego, że mogłaby zostać zła­pana, ale dla­tego, że po obro­bie­niu gło­do­wego pałacu, dokąd mogła jesz­cze pójść?

Wspięła się na zewnętrzny mur i rozej­rzała po ogro­dach. Wszystko w środku – drzewa, skały, budynki – w dziwny spo­sób odbi­jało świa­tło gwiazd. W samym cen­trum stała kopu­la­sta budowla, jak bańka pośrodku stawu. Wła­ści­wie więk­szość budyn­ków była podob­nie zaokrą­glona, czę­sto z nie­wiel­kimi wyrost­kami na samym szczy­cie. W całym tym gło­do­wym miej­scu nie było jed­nej pro­stej linii, tylko mnó­stwo zaokrą­gleń.

Towa­rzy­sze Zwinki wspięli się na szczyt muru. Hała­śliwa, nie­sforna, nie­zgrabna banda. Sze­ściu męż­czyzn, podobno dosko­na­łych zło­dziei. Nawet nie umieli wspiąć się na mur.

– Brą­zowy Pałac – wydy­szał Huqin.

– Brą­zowy? Czy wszystko rze­czy­wi­ście zostało z niego wyko­nane? – spy­tała Zwinka, sie­dząc na murze z jedną nogą prze­rzu­coną na drugą stronę. – Wygląda jak kupa piersi.

Męż­czyźni patrzyli na nią z prze­ra­że­niem. Wszy­scy byli Azir­czy­kami, ciem­no­skó­rymi i ciem­no­wło­symi. Ona sama pocho­dziła z pół­noc­nych wysp Reshi. Tak mówiła jej matka, choć Zwinka ni­gdy ich nie widziała.

– Że co? – spy­tał Huqin.

– Piersi – powtó­rzyła Zwinka, poka­zu­jąc pal­cem. – Widzi­cie, jak kobieta leżąca na ple­cach. Te wyrostki na górze to sutki. Gość, który to wybu­do­wał, musiał być baaar­dzo długo samotny.

Huqin odwró­cił się do jed­nego z towa­rzy­szy. Wyko­rzy­stu­jąc liny, zeszli z powro­tem na dół po zewnętrz­nej stro­nie muru i zaczęli szep­tać mię­dzy sobą.

– Ogrody po tej stro­nie wydają się puste, jak suge­ro­wał mój infor­ma­tor – powie­dział Huqin.

Męż­czy­zna dowo­dził całą bandą. Miał nos, który wyglą­dał tak, jakby ktoś chwy­cił za jego czu­bek i pocią­gnął naprawdę mocno, kiedy Huqin był mały. Zwinka dzi­wiła się, że nie ude­rzał nim ludzi w twarz, kiedy się obra­cał.

– Wszy­scy zajęli się wybo­rem nowego Pierw­szego Aqa­sixa – stwier­dził Maxin. – Naprawdę mogli­by­śmy to zro­bić. Obra­bo­wać Brą­zowy Pałac, i to pod nosem wezy­ratu.

– Czy to… no… bez­pieczne? – spy­tał bra­ta­nek Huqina.

Był nasto­lat­kiem, a okres dora­sta­nia nie potrak­to­wał go łagod­nie. Ta twarz, ten głos, te paty­ko­wate nogi.

– Cicho – wark­nął Huqin.

– Nie – sprze­ci­wił się Tig­zikk. – Chło­pak ma prawo wyra­żać tro­skę. To będzie bar­dzo nie­bez­pieczne.

Tig­zikk był uwa­żany za naj­bar­dziej wykształ­co­nego w całej gru­pie, bo umiał prze­kli­nać w trzech języ­kach. Praw­dziwy uczony. Nosił wyszu­kane szaty, choć inni wybrali czarne stroje.

– Będzie pano­wał chaos – mówił dalej – ponie­waż tak wielu ludzi krąży dziś po pałacu, ale będzie rów­nież nie­bez­pie­czeń­stwo. Wielu, bar­dzo wielu straż­ni­ków, i podejrz­li­wość ze wszyst­kich stron.

Tig­zikk był sta­rze­ją­cym się męż­czy­zną i jedy­nym w gru­pie, któ­rego Zwinka nie­źle znała. Nie umiała wymó­wić jego imie­nia. Wyma­wiany popraw­nie, dźwięk „kuku” na końcu brzmiał, jakby ktoś się krztu­sił. Dla­tego mówiła mu Tig.

– Tig­zikk – powie­dział Huqin. Tak jest. Krztu­sze­nie się. – To ty to zapro­po­no­wa­łeś. Nie mów mi, że teraz robi ci się zimno.

– Nie cofam się. Jedy­nie suge­ruję ostroż­ność.

Zwinka pochy­liła się w ich stronę.

– Mniej kłótni – powie­działa. – Ruszajmy. Głodna jestem.

Huqin pod­niósł wzrok.

– Dla­czego w ogóle ją zabra­li­śmy?

– Przyda się – powie­dział Tig­zikk. – Zoba­czy­cie.

– To dziecko!

– Dziew­czyna. Ma co naj­mniej dwa­na­ście lat.

– Nie mam dwu­na­stu lat – wark­nęła Zwinka z góry.

Odwró­cili się w jej stronę.

– Nie mam – powtó­rzyła. – Dwa­na­ście to pechowa liczba. – Unio­sła dło­nie. – Mam tylko tyle lat.

– …dzie­sięć? – spy­tał Tig­zikk.

– To jest wła­śnie tyle? Pew­nie. Dzie­sięć. – Opu­ściła dło­nie. – Liczba jest pechowa, jeśli nie mogę jej poli­czyć na pal­cach.

Była w tym wieku od trzech lat, więc…

– Wygląda na to, że pecho­wych liczb jest dużo – powie­dział Huqin z roz­ba­wie­niem.

– No pew­nie – zgo­dziła się.

Znów rozej­rzała się po ogro­dach, po czym spoj­rzała w stronę, z któ­rej przy­szli – w stronę mia­sta.

Jedną z ulic pro­wa­dzą­cych do pałacu szedł męż­czy­zna. Jego ciemne szaty wta­piały się w mrok, ale srebrne guziki błysz­czały za każ­dym razem, gdy mijał uliczną latar­nię.

Niech to burza, pomy­ślała. Prze­szedł ją dreszcz. Jed­nak go nie zgu­bi­łam.

Spoj­rzała na kom­pa­nów.

– Idzie­cie ze mną czy nie? Bo ja idę.

Ześli­zgnęła się ze szczytu i zesko­czyła na pała­cowy dzie­dzi­niec. Przy­kuc­nęła, maca­jąc chłodną zie­mię. Tak, to był metal. Wszystko było z brązu. Boga­cze, jak uznała, lubili trzy­mać się motywu prze­wod­niego.

Kiedy chłopcy w końcu prze­stali się kłó­cić i zaczęli wspi­nać, z ciem­no­ści wyro­sły wąskie, wijące się pędy, które zbli­żyły się do Zwinki. Wyglą­dały tro­chę jak cienki stru­myk roz­la­nej wody, który pły­nął po ziemi. W kilku miej­scach z pędów wyra­stały kawałki czy­stego krysz­tału, jak odłamki kwarcu w ciem­nym kamie­niu. Nie były ostre, lecz gład­kie jak wypo­le­ro­wane szkło i nie ema­no­wały Burzo­wym Świa­tłem.

Pędy rosły bar­dzo szybko, owi­jały się wokół sie­bie, a ich plą­ta­nina przy­po­mi­nała twarz.

– Panienko – powie­działa twarz. – Czy to mądre?

– Cześć, Pust­kowcu – odparła Zwinka, roz­glą­da­jąc się.

– Nie jestem Pust­kow­cem! – sprze­ci­wił się. – A ty to wiesz. Po pro­stu… prze­stań tak mówić!

Zwinka uśmiech­nęła się sze­roko.

– Jesteś moim ulu­bio­nym Pust­kow­cem i żadne kłam­stwa tego nie zmie­nią. Pochwy­ci­łam cię. Ale nie będziesz kradł dusz. Nie przy­szli­śmy tu po dusze. Tylko tro­chę ukraść, co nikomu nie zrobi krzywdy.

Twarz z pną­czy – mówił, że nazywa się Wyn­dle – wes­tchnął. Zwinka pobie­gła po ziemi z brązu w stronę drzewa, które oczy­wi­ście rów­nież wykuto z brązu. Huqin wybrał na czas wła­ma­nia naj­ciem­niej­szą część nocy, mię­dzy księ­ży­cami, ale w tak bez­chmurną noc gwiazdy dawały dosyć świa­tła.

Wyn­dle urósł w jej stronę, pozo­sta­wia­jąc nie­wielki ślad pędów, któ­rych ludzie ni­gdy nie widzieli. Pędy po pew­nym cza­sie stward­niały, jakby na chwilę stały się krysz­ta­łem, i roz­pa­dły się w pył. To ludzie cza­sami zauwa­żali, choć z pew­no­ścią ni­gdy nie widzieli samego Wyn­dle’a.

– Jestem spre­nem – powie­dział do niej Wyn­dle. – Człon­kiem dum­nej i szla­chet­nej…

– Cicho.

Zwinka wyj­rzała zza brą­zo­wego drzewa. Pobli­skim pod­jaz­dem prze­je­chał otwarty powóz, w któ­rym sie­dzieli ważni Azir­czycy. To dało się oce­nić po ich płasz­czach. Wiel­kich, obszer­nych płasz­czach o sze­ro­kich ręka­wach i kłó­cące się ze sobą wzory. Wszy­scy wyglą­dali jak dzie­ciaki, które wśli­zgnęły się do gar­de­roby rodzi­ców. Ale czapki mieli cał­kiem nie­złe.

Zło­dzieje ruszyli za nią, poru­sza­jąc się nawet w miarę cicho. Tak naprawdę nie byli tacy źli. Nawet jeśli nie umieli wspiąć się na mur.

Zebrali się wokół niej, a Tig­zikk wstał, obcią­ga­jąc płaszcz – naśla­du­jący te, które nosili bogaci skry­bo­wie pra­cu­jący dla rządu. Tu, w Azi­rze, praca dla rządu była naprawdę ważna. Wszyst­kich innych nazy­wano „dys­kret­nymi”, cokol­wiek to zna­czyło.

– Gotów? – Tig­zikk zwró­cił się do Maxina, który jako drugi ze zło­dziei wło­żył bogate szaty.

Maxin przy­tak­nął i obaj ruszyli w prawo, kie­ru­jąc się w stronę pała­co­wego ogrodu rzeźby. Tam podobno krę­cili się ważni ludzie, zasta­na­wia­jący się, kto powi­nien zostać nowym Pierw­szym.

To nie­bez­pieczna praca. Dwóm ostat­nim obciął głowy jakiś gość w bieli, z Ostrzem Odpry­sku w ręku. Ostatni Pierw­szy nie prze­żył nawet dwóch gło­do­wych dni!

Kiedy Tig­zikk i Maxin sobie poszli, Zwinka musiała się mar­twić już tylko o czte­rech pozo­sta­łych. Huqin, jego bra­ta­nek i dwaj szczu­pli bra­cia, któ­rzy dużo nie mówili, za to cią­gle się­gali po noże. Zwinka ich nie lubiła. Kra­dzież nie powinna pozo­sta­wiać tru­pów. Zosta­wia­nie tru­pów było pro­ste. To żadne wyzwa­nie, jeśli po pro­stu zabi­jało się każ­dego, kto cokol­wiek zoba­czył.

– Wpro­wa­dzisz nas do środka? – Huqin zwró­cił się do Zwinki. – Prawda?

Dziew­czyna prze­wró­ciła oczyma. Następ­nie ruszyła przez brą­zowe ogrody w stronę głów­nego pałacu.

Naprawdę wygląda jak pierś…

Wyn­dle wił się po ziemi obok niej, jego pędy pozo­sta­wiały nie­wiel­kie odłamki prze­zro­czy­stego krysz­tału. Był rów­nie kręty i szybki jak węgorz, ale raczej rósł niż się poru­szał. Pust­kowcy byli dzi­waczni.

– Rozu­miesz oczy­wi­ście, że to nie ja cię wybra­łem – powie­dział, a jego twarz poja­wiła się wśród pną­czy. Mówie­nie spra­wiło, że pozo­sta­wiał za sobą sekwen­cję znie­ru­cho­mia­łych twa­rzy. Rósł tak szybko, że usta wyglą­dały, jakby się poru­szały. – Ja chcia­łem wybrać wybitną matronę z Iri. Bab­cię i zna­ko­mitą ogrod­niczkę. Ale nie, Krąg powie­dział, że mamy wybrać cie­bie. „Odwie­dziła Starą Magię”, mówili. „Nasza matka ją pobło­go­sła­wiła”, mówili. „Jest młoda i możemy ją ukształ­to­wać”, mówili. Cóż, oni nie muszą zno­sić…

– Zamknij się, Pust­kowcu – syk­nęła Zwinka, prze­śli­zgu­jąc się do ściany pałacu. – Albo wyką­pię się w poświę­co­nej wodzie i pójdę posłu­chać kapła­nów. Może popro­szę o egzor­cyzm.

Zwinka prze­śli­zgi­wała się bokiem, aż udało jej się za wygię­ciem ściany zoba­czyć patrol straży – męż­czyźni we wzo­rzy­stych kami­ze­lach i czap­kach, z dłu­gimi hala­bar­dami. Popa­trzyła na ścianę, która wygi­nała się tuż nad jej głową, jak ska­ło­pąk, a póź­niej zwę­żała. Była z gład­kiego brązu, bez żad­nych uchwy­tów.

Zacze­kała, aż straż­nicy odejdą.

– Dobrze – szep­nęła do Wyn­dle’a. – Musisz robić, co ci każę.

– Wcale nie.

– Ależ tak. Zła­pa­łam cię, jak w opo­wie­ściach.

– Przy­sze­dłem do cie­bie – sprze­ci­wił się Wyn­dle. – Twoje moce pocho­dzą ode mnie! Czy ty w ogóle słu­chasz…?

– Na górę – pole­ciła Zwinka, wska­zu­jąc pal­cem.

Wyn­dle wes­tchnął, ale posłusz­nie wspiął się na ścianę, zata­cza­jąc sze­roki łuk. Zwinka pod­sko­czyła i zła­pała za małe uchwyty stwo­rzone przez pędy, które z pomocą tysiąca roz­ga­łę­zio­nych ogon­ków zakoń­czo­nych lep­kimi dys­kami przy­le­piły się do powierzchni. Wyn­dle wił się nad nią, two­rząc swego rodzaju dra­binę.

Nie było to łatwe. Wybrzu­sze­nie spra­wiało, że było wręcz gło­dowo trudne, a Wyn­dle pozo­sta­wiał jedy­nie nie­wiel­kie uchwyty. Ale udało jej się, wspięła się pra­wie na sam szczyt kopuły, do okien wycho­dzą­cych na ogrody.

Spoj­rzała w stronę mia­sta. Ani śladu męż­czy­zny w czar­nym mun­du­rze. Może go zgu­biła?

Odwró­ciła się do okna. Mimo że było zwró­cone na wschód, w drew­nia­nej ramie umiesz­czono grube szkło. To nie­spra­wie­dliwe, w jak wiel­kim stop­niu Azi­mir był chro­niony przed arcy­bu­rzami. Powinni żyć z nimi, jak zwy­czajni ludzie.

– Musimy to Pust­ko­wać – powie­działa, wska­zu­jąc na okno.

– Czy uświa­da­miasz sobie – stwier­dził Wyn­dle – że choć uwa­żasz się za mistrzy­nię zło­dziej­stwa, pra­cuję tylko ja?

– I narze­kasz też. Jak przez to przej­dziemy?

– Masz nasiona?

Ski­nęła głową i się­gnęła do kie­szeni. Póź­niej dru­giej. Wresz­cie do tej z tyłu. Ach, tu są. Wyjęła garść nasion.

– Na Kra­inę Mate­rii mogę wpły­wać jedy­nie w nie­wiel­kim stop­niu – powie­dział Wyn­dle. – To zna­czy, że musisz użyć Napeł­nie­nia, żeby…

Zwinka ziew­nęła.

– Użyć Napeł­nie­nia, żeby…

Ziew­nęła sze­rzej. Gło­dowi Pust­kowcy nie rozu­mieli alu­zji.

Wyn­dle wes­tchnął.

– Roz­łóż nasiona na futry­nie.

Zro­biła to, rzu­ca­jąc gar­ścią nasion w okno.

– Twoja więź ze mną daje ci dwie pod­sta­wowe klasy zdol­no­ści – powie­dział Wyn­dle. – Pierw­szą, mani­pu­la­cję tar­ciem już… nie zie­waj na mnie!… odkry­łaś. Uży­wa­li­śmy jej przez wiele tygo­dni i nad­szedł czas, byś nauczyła się dru­giej, mocy Wzro­stu. Nie jesteś jesz­cze gotowa na coś, co kie­dyś zwano Odro­dze­niem, lecze­niem…

Zwinka przy­ci­snęła dłoń do nasion i przy­wo­łała swoją wspa­nia­łość.

Nie była pewna, jak to robi. Po pro­stu to robiła. Zaczęło się tuż po pierw­szym poja­wie­niu się Wyn­dle’a.

Wtedy jesz­cze nie mówił. Tro­chę tęsk­niła za tym cza­sem.

Jej dłoń zapło­nęła sła­bym bia­łym świa­tłem, uno­szą­cym się ze skóry jak opar. Nasiona, które zoba­czyły świa­tło, zaczęły rosnąć. Szybko. Pędy wsu­nęły się w pęk­nię­cia mię­dzy oknem a futryną.

Pędy wyra­stały zgod­nie z jej wolą, wyda­jąc z sie­bie zdu­szone dźwięki. Szkło popę­kało, a w końcu okno otwo­rzyło się z trza­skiem.

Zwinka uśmiech­nęła się.

– Dobra robota – powie­dział Wyn­dle. – Jesz­cze zro­bimy z cie­bie Tan­ce­rza Kra­wę­dzi.

Zabur­czało jej w brzu­chu. Kiedy ostat­nio coś jadła? Pod­czas wcze­śniej­szych ćwi­czeń wyko­rzy­stała mnó­stwo wspa­nia­ło­ści. Chyba powinna ukraść coś do jedze­nia. Nie była tak wspa­niała z pustym brzu­chem.

Wśli­zgnęła się przez okno. Towa­rzy­stwo Pust­kowca było uży­teczne, choć nie miała pew­no­ści, czy jej moce pocho­dzą od niego. Wyda­wało się, że w takiej wła­śnie kwe­stii Pust­ko­wiec by skła­mał. Pochwy­ciła go, uczci­wie i jak trzeba. Użyła słów. Pust­ko­wiec nie miał ciała. By go zła­pać, trzeba było użyć słów. Wszy­scy to wie­dzieli. Podob­nie jak to, że prze­kleń­stwa ścią­gały złe rze­czy.

Musiała wyjąć kulę – dia­men­tową markę, która przy­no­siła jej szczę­ście – by rozej­rzeć się dookoła. Nie­duża sypial­nia była ozdo­biona zgod­nie z azir­ską modą mnó­stwem skom­pli­ko­wa­nych wzo­rów na dywa­nach i ścien­nych dra­pe­riach, tutaj głów­nie zło­tych i czer­wo­nych. Wzory były dla Azircz­ków wszyst­kim. Były jak słowa.

Wyj­rzała przez okno. Z pew­no­ścią ucie­kła Ciem­no­ści, męż­czyź­nie w czerni i sre­brze, z bla­dym zna­mie­niem w kształ­cie pół­księ­życa na policzku. Męż­czyź­nie o mar­twym, pozba­wio­nym życia spoj­rze­niu. Na pewno nie śle­dził jej aż z Mara­be­thii. To było pół kon­ty­nentu stąd! No dobrze, może ćwierć.

Roz­wi­nęła sznur, który nosiła owi­nięty wokół pasa i ramion. Przy­wią­zała go do drzwi wbu­do­wa­nej szafy i wypu­ściła przez okno. Naprę­żył się, gdy męż­czyźni zaczęli się wspi­nać. Wyn­dle wyrósł wokół jed­nego ze słup­ków łoża, zwi­nięty jak węgorz nie­bie­ski.

Usły­szała docho­dzące z dołu szepty.

– Widzia­łeś to? Wspięła się po ścia­nie. Nie widzia­łem żad­nych uchwy­tów. Jak?

– Cicho – wark­nął Huqin.

Zwinka zaczęła prze­szu­ki­wać komody i szu­flady, gdy chłopcy jeden po dru­gim wcho­dzili przez okno. Kiedy wszy­scy zna­leźli się wewnątrz, wcią­gnęli linę i spró­bo­wali domknąć okno. Huqin wpa­try­wał się w pną­cza, które wyro­sły z nasion na futry­nie.

Zwinka wsu­nęła głowę do gar­de­roby i zaczęła macać dookoła.

– Nie ma tu nic poza zbu­twia­łymi butami.

– Ty – powie­dział Huqin – i mój bra­ta­nek będzie­cie pil­no­wać tego pokoju. Nasza trójka prze­szuka pobli­skie sypial­nie. Wkrótce wró­cimy.

– Pew­nie z całym wor­kiem zbu­twia­łych butów… – stwier­dziła Zwinka, wysu­wa­jąc się z gar­de­roby.

– Głupi dzie­ciak. – Huqin wska­zał na gar­de­robę. Jeden z jego ludzi chwy­cił buty i stroje, i wepchnął je do worka. – Za to ubra­nie dosta­niemy dużo. Dokład­nie tego szu­ka­li­śmy.

– A co z praw­dzi­wymi bogac­twami? – spy­tała Zwinka. – Kulami, biżu­te­rią, dzie­łami sztuki…

Sama się nimi nie inte­re­so­wała, ale sądziła, że o nie wła­śnie cho­dziło Huqi­nowi.

– One są o wiele lepiej strze­żone – wyja­śnił Huqin, a jego dwaj towa­rzy­sze pośpiesz­nie zebrali wszyst­kie ubra­nia. – Róż­nica mię­dzy dobrym zło­dzie­jem a mar­twym zło­dzie­jem polega na tym, że trzeba wie­dzieć, kiedy uciec z łupem. Ta zdo­bycz pozwoli nam przez rok albo dwa żyć w luk­su­sie. Mnie to wystar­czy.

Jeden z braci wyj­rzał na kory­tarz. Ski­nął głową i cała trójka wyśli­zgnęła się na zewnątrz.

– Nasłu­chuj ostrze­żeń – powie­dział Huqin do bra­tanka i ostroż­nie przy­mknął drzwi za sobą.

Tig­zikk i jego wspól­nik na dole mieli zwra­cać uwagę na wszel­kie zamie­sza­nie. Gdyby coś wyda­wało się nie w porządku, mieli się wyśli­zgnąć i zagwiz­dać. Bra­ta­nek Huqina kuc­nął przy oknie, poważ­nie trak­tu­jąc swoje obo­wiązki. Wyglą­dał na szes­na­ście lat. Pechowy wiek.

– Jak się wspię­łaś na ścianę? – spy­tał chło­pak.

– Odwaga – odpo­wie­działa. – I ślina.

Zmarsz­czył czoło.

– Mam magiczną ślinę.

Wyda­wało się, że jej wie­rzy. Głu­pek.

– Nie czu­jesz się tu dziw­nie? – spy­tał. – Z dala od swo­jego ludu?

Wyróż­niała się. Roz­pusz­czone czarne włosy, pro­ste i gład­kie, dłu­gie do pasa, do tego śniada cera i zaokrą­glone rysy. Wszy­scy od razu roz­po­zna­wali w niej Reshi.

– Nie wiem – odpo­wie­działa, idąc w stronę drzwi. – Ni­gdy nie prze­by­wa­łam z moim ludem.

– Nie jesteś z wysp?

– Nie. Dora­sta­łam w Rall Elo­rim.

– W… Mie­ście Cieni?

– Tak.

– Czy to…

– Tak. Zupeł­nie jak mówią.

Wyj­rzała przez drzwi. Huqin i pozo­stali znik­nęli jej z oczu. Kory­tarz był z brązu – ściany i w ogóle – ale jego środ­kiem biegł czer­wono-nie­bie­ski dywan w drobne roślinne wzory. Na ścia­nach wisiały obrazy.

Otwo­rzyła drzwi na całą sze­ro­kość i wyszła.

– Zwinka! – Bra­ta­nek pod­szedł do drzwi. – Kazali nam tu cze­kać!

– I co?

– I powin­ni­śmy tu cze­kać! Nie chcemy wpa­ko­wać wuja Huqina w tara­paty!

– A jaki jest sens wśli­zgnię­cia się do pałacu, jeśli nie po to, by wpa­ko­wać się w tara­paty? – Potrzą­snęła głową. Dziwni ludzie. – To powinno być inte­re­su­jące miej­sce, w końcu w środku kręci się mnó­stwo boga­tych ludzi.

Powinni tu mieć naprawdę dobre jedze­nie.

Wyszła na kory­tarz, a Wyn­dle rósł na pod­ło­dze obok niej. Co cie­kawe, bra­ta­nek ruszył za nią. Spo­dzie­wała się, że zosta­nie w kom­na­cie.

– Nie powin­ni­śmy tego robić – powie­dział, kiedy mijali lekko uchy­lone drzwi.

Ze środka dobie­gały sze­le­sty. Huqin i jego ludzie pod­czas rabunku.

– To zostań – szep­nęła Zwinka, kiedy dotarła do dużych scho­dów. Poni­żej krę­cili się słu­żący, nawet kilku par­sh­me­nów, ale nie zauwa­żyła nikogo w jed­nym z tych płasz­czy. – Gdzie są ważni ludzie?

– Czy­tają for­mu­la­rze – odpo­wie­dział sto­jący obok chło­pak.

– For­mu­la­rze?

– Pew­nie. Po śmierci Pierw­szego wezy­ro­wie, skry­bo­wie i sędzio­wie dostali szansę, by wypeł­nić odpo­wied­nią doku­men­ta­cję i ubie­gać się o jego sta­no­wi­sko.

– Ubie­ga­cie się o sta­no­wi­sko cesa­rza? – spy­tała Zwinka.

– Pew­nie – odparł. – Mnó­stwo papier­ko­wej roboty. I esej. Esej musi być naprawdę dobry, żeby dostać to sta­no­wi­sko.

– Na burze. Jeste­ście sza­leni.

– A inne nacje są lep­sze? Z tymi krwa­wymi woj­nami o tron? W ten spo­sób każdy ma oka­zję. Nawet naj­skrom­niej­szy z urzęd­ni­ków może zło­żyć doku­menty. Można być nawet „dys­kret­nym” i skoń­czyć na tro­nie, jeśli jest się dość prze­ko­nu­ją­cym. Raz się tak zda­rzyło.

– Sza­leń­stwo.

– I to mówi dziew­czyna, która gada do sie­bie.

Zwinka unio­sła głowę.

– Nie uda­waj, że nie – stwier­dził. – Widzia­łem, jak to robisz. Mówisz do powie­trza, jakby ktoś tam był.

– Jak masz na imię? – spy­tał.

– Gawx.

– Aha. Cóż, Gaw. Nie mówię do sie­bie, bo jestem wariatką.

– Nie?

– Robię to, bo jestem wspa­niała.

Ruszyła po scho­dach, zacze­kała, aż słu­żący się rozejdą i pod­bie­gła do szafy po dru­giej stro­nie. Gawx zaklął i ruszył za nią.

Zwinkę kusiło, żeby wyko­rzy­stać wspa­nia­łość i szybko prze­śli­zgnąć się po pod­ło­dze, ale jesz­cze tego nie potrze­bo­wała. Poza tym, Wyn­dle cią­gle narze­kał, że za czę­sto używa wspa­nia­ło­ści. Że ryzy­kuje nie­do­ży­wie­nie, cokol­wiek to zna­czyło.

Prze­śli­zgnęła się do szafy, wyko­rzy­stu­jąc jedy­nie swoje zwy­czajne zdol­no­ści skra­da­nia, i weszła do środka. Gawx dołą­czył do niej tuż przed tym, jak zamknęła drzwi. Za nimi zabrzę­czały naczy­nia na wózku, led­wie mie­ścili się w wąskiej prze­strzeni. Gawx się poru­szył, wywo­łu­jąc dal­sze brzę­cze­nie, a ona sprze­dała mu kuk­sańca. Znie­ru­cho­miał, gdy obok prze­szli dwaj par­sh­meni nio­sący duże beczki z winem.

– Powi­nie­neś wra­cać na górę – szep­nęła do niego Zwinka. – To może być nie­bez­pieczne.

– Ach tak? Wśli­zgnię­cie się do burzo­wego kró­lew­skiego pałacu jest nie­bez­pieczne? Dzięki, nie mia­łem o tym poję­cia.

– Mówię poważ­nie. – Zwinka wyj­rzała z szafy. – Wra­caj na górę, odejdź z Huqi­nem. On mnie zostawi bez chwili waha­nia. Cie­bie pew­nie też.

Poza tym nie chciała być wspa­niała w obec­no­ści Gawxa. Wtedy zaczy­nały się pyta­nia. I pogło­ski. Nie­na­wi­dziła ich obu. Choć raz chciała zostać w jakimś miej­scu i nie ucie­kać.

– Nie – powie­dział cicho Gawx. – Jeśli zamie­rzasz ukraść coś dobrego, też chcę mieć w tym udział. Wtedy może Huqin prze­sta­nie zosta­wiać mnie z tyłu i dawać mi łatwe zada­nia.

Hm. Czyli jed­nak miał tro­chę ikry.

Minęła ich słu­żąca nio­sąca dużą tacę pełną tale­rzy. Zapa­chy jedze­nia spra­wiły, że Zwince zabur­czało w brzu­chu. Jedze­nie boga­czy. Takie pyszne.

Zwinka odpro­wa­dziła kobietę wzro­kiem i ruszyła za nią. Z Gawxem nie było łatwo. Chło­pak został nie­źle wyszko­lony przez wuja, ale ukrad­kowe poru­sza­nie się w budynku peł­nym ludzi nie było pro­ste.

Słu­żąca otwo­rzyła drzwi ukryte w ścia­nie. Kory­ta­rze służby. Zwinka chwy­ciła je tuż przed zamknię­ciem, odcze­kała kilka ude­rzeń serca, otwo­rzyła je i wśli­zgnęła się do środka. Wąski kory­tarz był słabo oświe­tlony i pach­niał jedze­niem, które wła­śnie nim prze­szło.

Gawx wszedł za nią i bez­gło­śnie zamknął drzwi za sobą. Słu­żąca znik­nęła za rogiem – w pałacu pew­nie było wiele takich kory­ta­rzy. Z tyłu Wyn­dle wyrósł wokół futryny – ciem­no­zie­lone pną­cza roz­ra­sta­jące się jak grzyb, które pokryły drzwi, a póź­niej ścianę.

Utwo­rzył twarz z pędów i kawał­ków krysz­tału, i potrzą­snął głową.

– Za wąsko? – spy­tała Zwinka.

Przy­tak­nął.

– Tu jest ciemno. Nie­wiele widać.

– Wibra­cje pod­łogi, panienko. Ktoś idzie w tę stronę.

Spoj­rzała z tęsk­notą w stronę słu­żą­cej z jedze­niem, prze­pchnęła się obok Gawxa i znów wyszła na główny kory­tarz.

Gawx zaklął.

– Czy ty w ogóle wiesz, co robisz?

– Nie – odparła i wyszła za róg na sze­roki kory­tarz, który oświe­tlały lampy wypeł­nione na prze­mian zie­lo­nymi i żół­tymi klej­no­tami. Nie­stety, w jej stronę szedł słu­żący w sztyw­nym czarno-bia­łym stroju.

Gawx jęk­nął i znik­nął za rogiem. Zwinka wypro­sto­wała się, zało­żyła ręce za ple­cami i ruszyła do przodu.

Minęła męż­czy­znę. Strój świad­czył, że jak na słu­żą­cego był kimś waż­nym.

– Ej, ty! – wark­nął męż­czy­zna. – O co cho­dzi?

– Pani życzy sobie cia­sta – powie­działa Zwinka, uno­sząc brodę.

– Na litość Yaezira. Jedze­nie podają w ogro­dach! Mają tam cia­sto!

– Nie takie – stwier­dziła Zwinka. – Pani życzy sobie cia­sta z jago­dami.

Męż­czy­zna uniósł ręce.

– Kuch­nie są w tamtą stronę – powie­dział. – Spró­buj prze­ko­nać kucharkę, choć pew­nie raczej obe­tnie ci ręce niż przyj­mie kolejną szcze­gólną prośbę. Burzowi skry­bo­wie z pro­win­cji! Infor­ma­cje o szcze­gól­nych potrze­bach żywie­nio­wych należy wysy­łać wcze­śniej, na odpo­wied­nich for­mu­la­rzach!

Odszedł, pozo­sta­wia­jąc Zwinkę sto­jącą z rękami za ple­cami. Odpro­wa­dziła go wzro­kiem.

Gawx wyło­nił się zza rogu.

– Myśla­łem, że już jeste­śmy mar­twi.

– Nie bądź głupi – powie­działa Zwinka, idąc pośpiesz­nie kory­ta­rzem. – To jesz­cze nie była nie­bez­pieczna część.

Na dru­gim końcu kory­tarz prze­ci­nał się z innym – taki sam sze­roki dywan na środku, ściany z brązu, świe­cące meta­lowe lampy. Spod drzwi po prze­ciw­nej stro­nie nie sączyło się świa­tło. Zwinka popa­trzyła w obie strony, pobie­gła do drzwi, uchy­liła je, zaj­rzała do środka i wezwała gestem Gawxa.

– Powin­ni­śmy pójść dalej tym kory­ta­rzem – szep­nął Gawx, gdy przy­mknęła drzwi, pozo­sta­wia­jąc jedy­nie wąską szcze­linę. – Tak dotrzemy do kom­nat wezy­rów. Pew­nie są puste, bo wszy­scy sie­dzą w skrzy­dle Pierw­szego i deli­be­rują.

– Znasz roz­kład pałacu? – spy­tała, kuląc się w mroku przy drzwiach.

Znaj­do­wali się w nie­du­żym salo­nie, w któ­rym stało parę krze­seł i mały sto­lik.

– Tak – odparł Gawx. – Zanim tu przy­szli­śmy, nauczy­łem się na pamięć pla­nów pałacu. A ty nie?

Wzru­szyła ramio­nami.

– Już tu raz kie­dyś byłem – stwier­dził chło­pak. – Patrzy­łem, jak Pierw­szy śpi.

– Że co?!

– On jest dobrem publicz­nym – wyja­śnił Gawx – i należy do wszyst­kich. Możesz wziąć udział w lote­rii, żeby patrzeć, jak śpi. Ludzie zmie­niają się co godzinę.

– Co takiego? W jakiś szcze­gólny dzień?

– Nie, każ­dego dnia. Możesz też zoba­czyć, jak je i odpra­wia codzienne rytu­ały. Jeśli straci włos albo obe­tnie pazno­kieć, możesz go zacho­wać jako reli­kwię.

– Brzmi dzi­wacz­nie.

– Tro­chę.

– Któ­rędy do jego kom­nat? – spy­tała Zwinka.

– Tędy. – Gawx wska­zał na kory­tarz pro­wa­dzący w lewo, w stronę prze­ciwną do kom­nat wezy­rów. – Nie chcesz tam iść, Zwinko. Tam wła­śnie wezy­ro­wie i inne ważne oso­bi­sto­ści prze­glą­dają zgło­sze­nia. W obec­no­ści Pierw­szego.

– Ale on jest mar­twy.

– Nowego Pierw­szego.

– Jego jesz­cze nie wybrali!

– Cóż, to tro­chę dziwne – powie­dział Gawx. W sła­bym bla­sku wpa­da­ją­cym przez uchy­lone drzwi widziała jego rumie­niec, jakby wie­dział, jak gło­dowo dzi­waczne jest to wszystko. – Ni­gdy nie jest tak, żeby nie było Pierw­szego. Po pro­stu jesz­cze nie wiemy, kto nim jest. To zna­czy, żyje i już jest Pierw­szym, w tej wła­śnie chwili. My tylko musimy nad­ro­bić zale­gło­ści. Oto więc są jego kom­naty, a potom­ko­wie i wezy­ro­wie chcą być w jego obec­no­ści, gdy podej­mują decy­zję, kim on jest. Nawet jeśli osoby, którą wybiorą, nie ma na sali.

– To nie ma sensu.

– Oczy­wi­ście, że ma sens – sprze­ci­wił się Gawx. – To rząd. Wszystko zostało bar­dzo szcze­gó­łowo opi­sane w kodek­sach i…

Zamilkł, kiedy Zwinka ziew­nęła. Azir­czycy potra­fili być bar­dzo nudni. On przy­naj­mniej zauwa­żał alu­zje.

– W każ­dym razie – mówił Gawx – wszy­scy w ogro­dach mają nadzieję, że zostaną wezwani na roz­mowę. Do tego jed­nak może nie dojść. Potom­ko­wie nie mogą zostać Pierw­szym, gdyż są zbyt zajęci odwie­dza­niem wio­sek w całym kró­le­stwie i bło­go­sła­wie­niem ich… ale wezyr może, a ich zgło­sze­nia są zazwy­czaj naj­lep­sze. Naj­czę­ściej wybie­rany jest jeden z nich.

– Kom­naty Pierw­szego – powie­działa Zwinka. – W tamtą stronę szło jedze­nie.

– O co ci cho­dzi z tym jedze­niem?

– Zjem ich obiad – odpo­wie­działa cicho, lecz z naci­skiem.

Gawx zamru­gał, zasko­czony.

– Ty… co?

– Zjem ich jedze­nie – powie­działa. – Boga­cze mają naj­lep­sze.

– Ale… w kom­na­tach wezy­rów mogą być kule…

– Ech – powie­działa. – I tak bym je wydała na jedze­nie.

Kra­dzieże zwy­kłych rze­czy ją nie bawiły. Pra­gnęła praw­dzi­wego wyzwa­nia. Przez ostat­nie dwa lata znaj­do­wała naj­trud­niej­sze miej­sca do prze­nik­nię­cia. I wśli­zgi­wała się do środka.

I zja­dała ich obiady.

– Chodź – powie­działa, wyszła z salonu i skrę­ciła w lewo, w stronę kom­nat Pierw­szego.

– Naprawdę osza­la­łaś – szep­nął Gawx.

– Nie. Tylko się nudzę.

Spoj­rzał w drugą stronę.

– Ja idę do kom­nat wezy­rów.

– Jak sobie chcesz – powie­działa. – Na twoim miej­scu wró­ci­ła­bym na górę. Nie masz dość doświad­cze­nia do cze­goś takiego. Jeśli mnie zosta­wisz, pew­nie wpa­ku­jesz się w tara­paty.

Zawa­hał się, po czym ruszył w stronę kom­nat wezy­rów.

Zwinka prze­wró­ciła oczyma.

– Dla­czego w ogóle poszłaś z nimi? – spy­tał Wyn­dle, wyśli­zgu­jąc się z kom­naty. – Mogłaś się tu wkraść sama.

– Tig­zikk dowie­dział się o tych całych wybo­rach – wyja­śniła. – Powie­dział mi, że dziś jest naj­lep­szy wie­czór. Byłam mu to winna. Poza tym chcia­łam tu być na wypa­dek, gdyby wpa­ko­wał się w kło­poty. Mogę być potrzebna, by mu pomóc.

– Dla­czego?

A wła­ści­wie, dla­czego?

– Bo ktoś się musi przej­mo­wać – powie­działa, rusza­jąc kory­ta­rzem. – W dzi­siej­szych cza­sach zbyt mało ludzi się przej­muje.

– Mówisz to w cza­sie, gdy zamie­rzasz kogoś obra­bo­wać.

– Pew­nie. Krzywdy im nie zro­bię.

– Masz dziwne poczu­cie moral­no­ści, panienko.

– Nie bądź głupi. Każde poczu­cie moral­no­ści jest dziwne.

– Pew­nie tak.

– Szcze­gól­nie w oczach Pust­kowca.

– Ja nie jestem…

Uśmiech­nęła się sze­roko i pośpie­szyła w stronę kom­nat Pierw­szego. Wie­działa, że je odna­la­zła, gdy zaj­rzała do bocz­nego kory­ta­rza i zauwa­żyła straż­ni­ków na końcu. Tak. Drzwi były takie ładne, że musiały nale­żeć do cesa­rza. Tylko bar­dzo bogaci ludzie mieli wymyślne drzwi. Czło­wiek musiał mieć naprawdę kupę pie­nię­dzy, by zacząć wyda­wać je na drzwi.

Straż­nicy byli pro­ble­mem. Zwinka uklę­kła i wyj­rzała za róg. Kory­tarz pro­wa­dzący do kom­nat cesa­rza był wąski, jak uliczka. Sprytne. Trudno się skra­dać w czymś takim. A ci dwaj straż­nicy nie nale­żeli do znu­dzo­nych. Byli raczej z tych „musimy stać tutaj i robić wra­że­nie naprawdę wście­kłych”. Stali tak pro­sto, że wyglą­dali, jakby ktoś wepchnął im w tyłki kije od szczo­tek.

Spoj­rzała do góry. Kory­tarz był wysoki – boga­cze lubili wyso­kie miej­sca. Gdyby byli biedni, wybu­do­wa­liby tam kolejne pię­tro dla cio­tek i kuzy­nów. Bogaci ludzie mar­no­wali prze­strzeń. Udo­wad­niali, że mają mnó­stwo pie­nię­dzy i mogą je mar­no­wać.

Okra­da­nie takich ludzi wyda­wało się zupeł­nie roz­sądne.

– Tutaj – szep­nęła Zwinka, wska­zu­jąc na nie­wielki ozdobny gzyms bie­gnący wzdłuż ściany, wysoko w górze.

Nie byłby dość sze­roki, by po nim przejść, chyba że było się Zwinką. Którą na szczę­ście była. Do tego na górze było ciemno. Żyran­dole były z tych zwi­sa­ją­cych i wisiały nisko, a lustra odbi­jały blask kul w stronę ziemi.

– Na górę – powie­działa.

Wyn­dle wes­tchnął.

– Musisz robić, co ci każę, albo cię przy­tnę.

– Ty mnie… przy­tniesz.

– Pew­nie.

To brzmiało groź­nie, prawda?

Wyn­dle wzra­stał na ścia­nie, two­rząc dla niej uchwyty. Pędy, które pozo­sta­wił w kory­ta­rzu, już zni­kały, zmie­niały się w krysz­tał i roz­pa­dały w pył.

– Dla­czego cię nie zauwa­żają? – szep­nęła Zwinka. Ni­gdy go nie spy­tała, choć spę­dzili razem całe mie­siące. – Czy to dla­tego, że widzą cię jedy­nie ludzie o czy­stych ser­cach?

– Nie mówisz poważ­nie.

– Pew­nie. To by się zga­dzało z legen­dami, opo­wie­ściami i innymi takimi.

– Och, teo­ria sama w sobie nie jest śmieszna – powie­dział Wyn­dle z pobli­skiego pędu, zie­lone pasma poru­szały się jak wargi. – Jedy­nie pomysł, że uwa­żasz się za osobę o czy­stym sercu.

– Jestem czy­sta – szep­nęła Zwinka, nie prze­ry­wa­jąc wspi­naczki. – Jestem dziec­kiem i takie tam. Jestem tak burzowo czy­sta, że wła­ści­wie rzy­gam tęczą.

Gdy dotarli do gzymsu, Wyn­dle znów wes­tchnął. Wyraź­nie to lubił. Zaczął rosnąć wzdłuż boku półki, posze­rza­jąc ją nieco, a Zwinka wspięła się na nią. Ostroż­nie zła­pała rów­no­wagę i ski­nęła do Wyn­dle’a. Rósł dalej wzdłuż gzymsu, a póź­niej zawró­cił i urósł po ścia­nie do miej­sca tuż nad jej głową. Stam­tąd rósł poziomo, by zapew­nić jej uchwyt. Mając dodat­kowy cal pędu obok półki i uchwyt u góry, prze­śli­zgi­wała się, przy­ci­śnięta brzu­chem do ściany. Ode­tchnęła głę­boko i wyszła za róg, na kory­tarz ze straż­ni­kami.

Poru­szała się powoli. Wyn­dle prze­su­wał się to w jedną, to w drugą stronę, za każ­dym razem posze­rza­jąc półkę i zwięk­sza­jąc dostępne uchwyty. Straż­nicy nie zaczęli krzy­czeć. Udało jej się.

– Nie widzą mnie – powie­dział Wyn­dle, rosnąc obok niej, by utwo­rzyć kolejny sze­reg uchwy­tów – ponie­waż ist­nieję głów­nie w Kra­inie Umy­słu, nawet jeśli prze­nio­słem świa­do­mość do tej Kra­iny. Mogę się uczy­nić widzial­nym dla kogo zechcę, choć nie jest to dla mnie łatwe. Inne spreny radzą sobie z tym lepiej, a nie­które mają wręcz odwrotny pro­blem. Oczy­wi­ście, nie­za­leż­nie od tego, jak się obja­wię, nikt nie może mnie dotknąć, gdyż w tej Kra­inie jestem wła­ści­wie nie­ma­te­rialny.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki