Taki diabeł straszny - Jakub Ćwiek - ebook
NOWOŚĆ

Taki diabeł straszny ebook

Jakub Ćwiek

0,0

Opis

Piekło jeszcze nigdy nie było tak zabawne i tak niebezpieczne.

Svietlana Bringer budzi się związana podczas egzorcyzmu odprawianego… na niej samej. Podobno przez ostatnie osiem miesięcy stoczyła kilka bitew, omal nie została boginią nowej religii dla diabłów i zniknęła bez śladu. Problem w tym, że nie pamięta z tego ani jednej chwili.

Ścigana przez fanatyków, potwory wabione jej krwią oraz inkwizytora, który najwyraźniej nie jest tym, za kogo się podaje, Svietka próbuje odzyskać utracone wspomnienia. Z każdą odkrytą tajemnicą coraz wyraźniej widać, że ktoś od dawna pociąga za sznurki, a diabelska układanka skrywa znacznie więcej sekretów, niż ktokolwiek przypuszczał. Pytanie tylko, czy prawda okaże się wybawieniem… czy największym przekleństwem.

Jakub Ćwiek ponownie zaprasza na szaloną jazdę bez trzymanki, pełną humoru, grozy, ciętych dialogów i zaskakujących zwrotów akcji. A kiedy wydaje ci się, że znasz już zasady tej gry, okazuje się, że ktoś właśnie napisał je od nowa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 192

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



CZĘŚĆ 1Z deszczu pod rynnę

Rozdział 1

No cześć.

Słuchajcie, wyszła trochę głupia sprawa, bo przerwa się przeciągnęła, a ja właściwie nie mam pojęcia, od czego powinnam teraz zacząć. Znaczy… pamiętam moment, w którym przerwałam, a potem jeszcze, jak otworzyłam drzwi rezydencji, żeby wybiec na dziedziniec. Ale od tego momentu dziura w pamięci, aż do kilku sekund temu. A przecież coś się jednak musiało wydarzyć w międzyczasie, skoro po drodze dorobiłam się licznych siniaków, dłuższych włosów i kryjącego się pod nimi sporego guza. No i dodajmy, że obudziłam się te pół minuty temu nie w rezydencji ojca, tylko tutaj, w śmierdzącej obornikiem chacie, gdzie leżę skrępowana na jakimś łóżku, przebrana w babciną koszulę nocną i…

Nie, stop. Skoro już znowu gadam do was, czyli wymyślonej publiczności w mojej głowie, co ma mi pomóc układać rozbiegane myśli, to zróbmy to porządnie. Jak na stand-upie.

No więc…

Też tak czasem macie, że jesteście świadkami na ślubie swojego przyjaciela, z jakiegoś powodu ubrani w białą suknię panny młodej, przez co przez chwilę nawet myślicie, że to całkiem zabawne i może z tego być najbardziej szalona anegdota wieczoru, ale potem nagle pojawiają się piekielne ogary i personifikacja śmierci i wyrzynają wszystkich gości? A wy, uciekając, trafiacie w inny wymiar, w którym musicie się całować z pradawnym demonem, a potem się okazuje, że to wszystko dlatego, że wasze pieprznięte rodzeństwo uznało, że z taką tępą mordą idealnie nadajecie się na twarz ich nowej kampanii społecznej „Diabły też mogą mieć Boga”?

Co, nie macie tak? Znaczy tylko ja? No to fantastycznie! Już czuję, jak spektakularnie zbombię ten występ. No tak właśnie powiedziałam. Zbombię. Nie znacie tego słowa? Ja też nie znałam, ale skoro już wymyśliłam sobie was, to szacunek wobec publiki się należy, więc postanowiłam się tego i owego douczyć. A tak się właśnie mówi, jak komik na scenie produkuje żarty, a widownia nie dość, że się z nich nie śmieje, to jeszcze coraz bardziej patrzy po sobie nawzajem z takim „Co ja tu właściwie robię?”. Wiecie, sytuacja w stylu: „Naprawdę, Kazik? Tym właśnie chciałeś uratować nasze małżeństwo? Właśnie TO jest twój pomysł na naszą pierwszą randkę po tym, jak WARUNKOWO wybaczyłam ci tę twoją zdzirowatą sekretarkę, Luizę? Ale ją by to pewnie bawiło, co? Powiedz, bawiłoby?”. No ale dobra, rozumiem. W takim razie spróbujmy nieco bardziej klasycznie.

Nazywam się Svietlana Bringer, a naprawdę Salomea Boruta, bo tak sobie wymyślił mój ojciec. Jego możecie kojarzyć jako słynnego diabła Borutę, co to na obrazach wygląda, jakby cosplayował Zagłobę. W rzeczywistości był w regionie jednym z najważniejszych, najpotężniejszych i pewnie też najokrutniejszych demonów tak zwanej trzeciej fali. I tak, mówię „był”, bo już nie żyje.

Ostatnie, co pamiętam, to jego stypa. Wtedy właśnie moje starsze rodzeństwo poinformowało mnie, że jakiś czas temu za sprawą ludzkiego naukowca, profesora Twardowskiego, dokonali epokowego odkrycia: diabły nie są wolne od wiary. Moja rodzina wpadła na pomysł, że skoro jest wiara, to na jej podstawie można stworzyć religię – doskonałe narzędzie do manipulacji. Religię taką jak dla ludzi, tyle że tym razem skierowaną do innych diabłów, dzięki której będzie można przejąć kontrolę nad nimi i ich zasobami dusz. Tak im jakoś wyszło, że w tym planie odgrywam kluczową rolę.

Wszystko pięknie ładnie, ale ponieważ mają mnie za istotę o inteligencji mieszczącej się w wąskim zakresie między Kanye Westem a przeciętnym labradorem, wprowadzili mnie w swój plan dopiero, jak już z pięć razy mało nie zginęłam, a do tego musiałam… a nie, to o całowaniu się z Belzebubem już mówiłam. W każdym razie powiedzieli mi późno.

W sumie, jak się zastanowić, to mogło być gorzej. Na przykład mój brat Jarema, prymityw o mentalu rzuconej w okno cegłówki, też o niczym nie wiedział. Szczególnie o tym, że do powodzenia planu potrzebne było stworzenie odpowiednich pozorów dla innych demonów, na przykład wbicie Jaremie widelca w oko i poderżnięcie mu gardła. Tak wiecie, żeby potem inni myśleli, że to ja to zrobiłam, dając tym samym sygnał, że na swojej drodze ku boskości praktykuję raczej odwrócony nepotyzm. Zresztą z tego samego powodu nakarmili szalejem jednego z dwóch moich największych przyjaciół, czyli legendarnego Samsona, a potem napuścili go na samych siebie, by im spuścił solidny wpierdol – znowu niby na moje zlecenie. Taką ze mnie zrobili jędzę, że nic tylko jeździć po znajomych i skupować małe dalmatyńczyki na futro, cholera!

Swoją drogą, musicie wiedzieć, że rzeczony Samson to jeden z najpoczciwszych ludzi, jakich znam. Tak, to prawda, że przez stulecia wykorzystywał daną mu przez Lucyfera moc, żeby wyrżnąć do ostatniego całą populację Filistynów, a kiedy go spotkałam po latach w Szeolu, był akurat w trakcie budowy potężnej fortecy zmontowanej ze szczątków pokonanych wrogów. Ale poza tym dusza człowiek, ze świetnym gustem modowym i włosami, w które nie uwierzylibyście nawet w reklamie szamponu. A jak prosić o równiutką kreskę na oku, to słowo daję, tylko mój Sammy.

No ale odbiegam od tematu, a tymczasem chyba już pora, by uważniej się rozejrzeć i uświadomić tak sobie, gdzie właściwie teraz jestem. I co tu tak, cholera, śmierdzi.

Wygląda to jak, słowo daję, wiejska świetlica w jakimś peerelowskim pegeerze. Na podłodze wykładzina, ściany pokryte do połowy cielistą olejną lamperią, wyżej niegdyś pewnie białą kredówką. Na niej… O! Nie pomyliłam się z tym PRL-em, bo z portretu patrzy na mnie ten, no, jak mu było… Powinnam to ze szkoły pamiętać, cholera, pierwszy sekretarz… Pustułka? Szpatułka?… Gomułka!

No tak, towarzysz Gomułka! Ten, co krzyczał: „Pomożecie?”. Tak, wiem, że powinnam od razu skojarzyć, bo było o nim całkiem sporo na historii w szkole u pana Jasińskiego. No ale raz, że jest tu ciemno, a mnie dodatkowo smród szczypie w oczy, więc widzę teraz trochę niewyraźnie, a dwa, że gdy jak ja przeżywasz swoje życie raz za razem przez kolejne epoki, a w dodatku masz za siostrę miłośniczkę wojen, która w ramach zacieśniania rodzinnych więzi zabiera cię na oglądanie na żywo zamachu na księcia Ferdynanda, to potem troszkę inaczej selekcjonujesz w głowie fakty i postacie historyczne warte zapamiętania. A jeśli mam być szczera, to gdybym miała zapamiętać tylko jednego łysego okularnika, który pyta o pomoc, to wybieram Owsiaka. Głównie dlatego, że – co już wam chyba kiedyś mówiłam – mój drugi najlepszy przyjaciel, czyli Wojtek, poznał się ze swoją obecnie już żoną właśnie na owsiakowym Pol’and’Rocku. Nie no, na pewno mówiłam. Ona była przebrana za stokrotkę, byli razem na koncercie Majki Jeżowskiej. Nie pamiętacie? Ha, a mnie wypominacie jakiegoś Gomułkę!

No ale dobra, skoro na ścianie wisi pierwszy sekretarz, to albo jestem w jakimś peerelowskim skansenie, albo jakimś cudem cofnęłam się w czasie i teraz… A nie, wróć! Fałszywy alarm. To jednak nie Gomułka, tylko Maksymilian Kolbe. Coś mi nie pasowała ta aureola do towarzysza pierwszego sekretarza. I teraz to dopiero mi głupio, bo przecież podstawówka, do której chodziliśmy z Wojtkiem, nosiła imię właśnie tego świętego. Mój przyjaciel miał go nawet kiedyś grać w szkolnym przedstawieniu, ale za nic nie chciał do tego skrócić zapuszczanych włosów, więc jak mu założyli na nie cielisty czepek imitujący łysinę, to wyglądał, jakby miał wodogłowie.

Kurwa, Swietka, skup się! Dwa głębokie oddechy… Fuuuj! Jednak zły pomysł. Co tu tak capi?!

No dobra, jak teraz patrzę, to ten Kolbe pasuje tu jednak bardziej, bo zaraz obok niego wisi też maleńka ikonka Matki Boskiej Częstochowskiej, a po drugiej stronie Jezus strzelający promieniami z serca. I cała trójka gapi się na mnie z iście chrześcijańską dezaprobatą, a ja mogę teraz jedynie przyznać im rację. No bo skoro leżę tu, na wielkim łóżku przytarganym do wiejskiej świetlicy, w babcinej koszulinie, przywiązana i rozciągnięta na starym łóżku w literę X, to powiedzmy sobie szczerze, na którymś etapie musiałam coś dokumentnie spierdolić.

No ale nie ma co się roztkliwiać, rozglądam się dalej, co – przypominam – nie jest łatwe, bo łzawią mi oczy, a w pomieszczeniu panuje półmrok. Jedyne źródło światła stanowi blask kilku świec, bo wszystkie okna, zajmujące większą część ściany po lewej, są aktualnie oklejone plandekami z powyborczych billboardów. Gapiące się z nich gęby są tak przaśne, że wyglądają jak ejajowe obrazki wygenerowane po przejściu facebookowego testu „Jakim ziemniakiem dziś jesteś?”.

O, ale nie wszystko tu jest jak z planu Samych swoich, bo na przykład do parapetu dosunięte jest drewniane ludwikowskie krzesło o lekko giętych nogach i ażurowym oparciu z jakimś delikatnym rzeźbieniem. Na moje załzawione oko wygląda dostojnie i dumnie, tym bardziej że po obu jego stronach niczym ochronę ustawiono cztery proste, lakierowane stołki. Patrzę na nie i przypomina mi się, jak stryj Rokita opowiadał kiedyś o pewnym księciu, który był na tyle popieprzony, że oddał mu duszę za życzenie, by całą jego służbę zamienić w gadające meble i zastawę. Wiem, że coś takiego było potem u Disneya, ale poprawcie mnie, jeśli się mylę – tam chyba nie było sceny, że zdesperowane, przemienione fotele próbowały się zabić, skacząc z okien lub wieszając na koleżankach kotarach? Tak, stryjek potrafi w bajki na dobranoc.

W każdym razie to krzesło pod oknem wygląda tak, że jeśli wypomni mi zaraz, że przychodzę do niego w dniu ślubu jego córki i nie nazywam go przyjacielem, to mi nawet brewka nie pyknie. Zero zdziwienia.

A właśnie, bo wspomniałam wcześniej o świecach. Aktualnie pali się kilka, ale zgaszonych widzę tu o wiele więcej. Są na parapecie, na koślawej komodzie pod częściowo zasłoniętym lustrem, na podłodze. Niektóre z nich musiały być zapachowe, bo w panującym tu zaduchu i smrodzie wciąż wyczuwam parafinową woń lawendy i bzu.

O, są też znicze, w tym przynajmniej jeden z melodyjką i dogorywającą baterią, bo gdzieś tam z kąta dobiegają dźwięki, jakby mocno przeziębiona Edyta Górniak autorsko interpretowała Barkę.

Zaraz, chwileczkę… Muszę się trochę podnieść, żeby się upewnić, momencik.

Szlag! Czyli jednak!

Świece i znicze układają się we wzór, a dodatkowo przy części z nich znajdują się przyklejone woskiem święte obrazki. Widzę też krąg usypany z soli, a to może oznaczać już tylko jedno.

Widzieliście kiedyś egzorcyzm? Jeśli nie, to sądząc po głosach dochodzących właśnie zza drzwi, zaraz zobaczycie.

Taki diabeł straszny

Copyright © Jakub Ćwiek 2026

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026

Redakcja – Tomasz Hoga

Korekta – Kornelia Dąbrowska, , Katarzyna Myszkorowska

Skład i łamanie – Joanna Pelc

Przygotowanie e-booka – Julia Dominika Rombel

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Ilustracja na okładce – Krzysztof Piasek

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2026

ISBN epub: 9788384060865

ISBN mobi: 9788384060858

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia, Edyta Gara

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska

Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Martyna Całusińska, Ola Doligalska, Magdalena Ignaciuk-Rakowska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga

E-commercei IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz

Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec

Finanse: Karolina Żak

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl

Spis treści

Okładka

Spis treści

Strony tytułowe

CZĘŚĆ 1 Z deszczu pod rynnę

Rozdział 1

Strona redakcyjna

Reklamy