Święty z Centralnego - Jakub Ćwiek - ebook + audiobook + książka

Święty z Centralnego ebook i audiobook

Jakub Ćwiek

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

10 osób interesuje się tą książką

Opis

NAJNOWSZY KRYMINAŁ AUTORA „DRELICHA” I „CIEMNOŚĆ PŁONIE”

Po kilku latach spędzonych na emigracji do kraju wraca sześćdziesięcioletni Mariusz Kulewicz zwany Kancerem.
Z ukrytym pasem pełnym zarobionych funtów trafia na Dworzec Centralny, gdzie przed wyjazdem spędził kilka lat jako bezdomny.
 
Tym razem ma to być tylko przesiadka w drodze do zupełnie nowego życia, ale plakat informujący o zaginięciu dawnego kolegi z peronów przypomina Kancerowi o zaciągniętym kiedyś długu. Próba spłacenia go oznaczać będzie nie tylko ponowną konfrontację z brutalną rzeczywistością dworca, ale i konieczność zmierzenia się z własną, mroczną przeszłością.
 
„Święty z Centralnego” to gorzki, trzymający w napięciu kryminalny neo-western o świecie i ludziach, których na co dzień wolimy nie widzieć.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 392

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 55 min

Lektor: Filip Kosior
Oceny
4,5 (159 ocen)
103
40
13
3
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
solo81
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Książka Rewelacja, plus czyta mistrz Kosior 💪🏻💪🏻💪🏻 PS do autora , osobiście miałem przyjemność i zaszczyt poznać wodza Manola , trenować z nim i był to najlepszy okres w moim życiu . Mariusz zasługuje na każdą formę uznania , liczę na kontynuację książki i dziękuję z całego serca za uhonorowanie naszego przyjaciela piękna dedykacja ❤️ z wyrazami szacunku i wdzięczności. Wierny czytelnik Fernando ( kto ma wiedzieć ten wie ocb ) 🤜🏻🤛🏻
10
amierzej

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra to literatura sensacyjna. Osadzenie akcji na Centralnym przywodzi na myśl Złego Tyrmanda. Filip Kosior czyta przy tym znakomicie.
00
AnnaTomes

Nie oderwiesz się od lektury

Na długo zapadnie mi w pamięci.
00
mary333

Nie oderwiesz się od lektury

Fantastyczna książka! Autor stworzył doskonale postacie i niepowtarzalną atmosferę. Całość jest dzięki temu zarówno trzymająca w napięciu, jak i nieoczywista i dająca do myślenia. Dla mnie była to czytelnicza uczta!
00
ZanetaPawlik

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra książka. Język gangusów rewelacyjny.
00

Popularność




ŚWIĘTY Z CENTRALNEGO

Jakub Ćwiek

Wydawnictwo: Pulp Books

Redaktorka prowadząca: Agnieszka Włoka

Redakcja: Karolina Macios

Korekta: Joanna Kłos, Karina Bednarska-Markot

Projekt makiety: Paweł Drygiel

Grafika okładkowa: Piotr Sokołowski

Projekt okładki i stron tytułowych: Piotr Sokołowski

ISBN 978-83-968161-3-9

PULPBOOKS SP. Z O.O.

ul. Łagiewnicka 121

91-863 Łódź

www.pulpbooks.pl

ŁÓDŹ 2023

WYDANIE PIERWSZE

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga zgody Wydawnictwa i Autora.

Niniejsza powieść jest wyłącznie fikcja literacką. Podobieństwo do prawdziwych wydarzeń i postaci jest przypadkowe.

COPYRIGHT © BY JAKUB ĆWIEK

COPYRIGHT © BY WYDAWNICTWO PULP BOOKS ŁÓDŹ 2023

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek

Pamięci Wodza

Myślę, że jesteśmy jedynie owadami, trochę pożyjemy i umieramy, ale to przecież i tak dużo. Nie ma na tym świecie miłosierdzia. Nie ma też żadnych zaświatów.

John Fowles, Kolekcjoner (przełożył Bartek Czartoryski)

Póki ktoś jak ty, nie zatroska bardziej się, Nic lepszego nas nie czeka. Bo nie.

CZĘŚĆ 1

1

Facet poprosił o papierosa, choć wyglądał, jakby go było stać na własne. Mimo to Mariusz sięgnął do kieszeni wiatrówki i wyjął z niej ledwie napoczętą paczkę. Stuknął w denko, a gdy zamiast jednego papierosa wysunęły się dwa, tego drugiego wcisnął paluchem.

Facet zdążył w tym czasie ściągnąć z twarzy maseczkę. Kryła się pod nią młoda twarz, na oko trzydziestoparolatka ze starannie wypielęgnowanym zarostem, teraz nieco odkształconym. Mężczyzna miał też, co Mariusz zauważył z pewnym zaskoczeniem, olśniewająco białe zęby.

Przyjmując papierosa, a zaraz potem ogień, aż się trząsł, tak bardzo się niecierpliwił. Zaciągnął się łapczywie, a gdy wypuścił dym, brzmiało to tak, jakby przy okazji zrzucił z serca wielki kamień.

– Dzięki – powiedział cicho. – Już myślałem, że ten pieprzony lot nigdy się nie skończy.

– Tak, dla palacza to zawsze trudne – przyznał Mariusz. Nie miał specjalnie ochoty na rozmowę. Stali niemal przy samym zejściu do kolejki podziemnej, przesunąć się nie za bardzo mieli gdzie, skoro więc już zdecydował się go poczęstować, to na tych kilka nikotynowych sztachnięć byli na siebie skazani.

– Nawet nie o to chodzi – machnął ręką facet. – Ale siedzi człowiek w tym cholerstwie na gębie, ani z kim pogadać, ani nic. Do tego swędzi, liszaje się na ryju robią.

Jakby dla podkreślenia tych słów, podrapał się najpierw po policzku, zaraz potem pod nosem.

– Chociaż nie da się ukryć, że jak Polaki cebulaki mają maseczki, to przynajmniej z pyska im tak nie wali. – Znowu się zaciągnął, tym razem jednak już mniej ekstatycznie. – Okęcia też nienawidzę tak przy okazji. Jak byłem tu po raz pierwszy, wydawało mi się, że jest takie światowe. Ale wtedy jeszcze człowiek w dupie był, gówno widział. Pan z daleka?

– Z Leeds.

– O, nie byłem nigdy. Warto?

– Wszędzie warto, jeśli pan nie był – odparł Mariusz. – Świat to piękne miejsce.

Mężczyzna przyjrzał mu się, mrużąc oczy. Jakby nie był pewien, czy ten krótko ostrzyżony, siwiejący gość o grubo ciosanej twarzy i dłoniach zniszczonych jak u peerelowskiego przodownika pracy mówi poważnie czy z niego kpi.

– Świat może piękny, tylko ludzie kurwy – stwierdził w końcu, strzepując na bok popiół.

Mariusz nie skomentował. Zerknął na zegarek. Odjazdy z lotniska dzieliły piętnastominutowe interwały, a jemu nie chciało się stać na dole, na peronie. Teraz dochodziła dwudziesta trzydzieści, co znaczyło, że ma jeszcze siedem minut albo dwadzieścia dwie. Uznał, że zdąży na ten pierwszy pociąg.

Od strony hali przylotów szła ku nim właśnie jakaś rodzinka. Zauważył ją wcześniej, jeszcze przed kontrolą. On i ona w maseczkach, kilkulatek trzymający mamę za rękę – bez. Już wtedy widział u dorosłych zmęczenie i podenerwowanie, teraz jednak ewidentnie przybrało na sile, zwłaszcza u ojca, który raczej jeszcze nie przekroczył trzydziestki, ale człapał jak starzec – zgarbiony, ze zwieszoną głową. Na plecach niósł duży, bardzo wypchany plecak i pchał prostą spacerówkę, w której spał drugi brzdąc ubrany zdecydowanie za ciepło na tę porę roku.

Choć miejsca na chodniku było dużo, Mariusz i tak cofnął się bliżej ściany i przesunął swoją walizkę, by nie tarasowała przejścia. Puścił też oko do starszego dzieciaka, gdy ten na niego spojrzał, ale chłopiec skrzywił się tylko i szarpnął mamę za rękę.

– Mamo, ale palenie papierosów jest głupie, co nie? – zapytał na głos.

– Tak, kochanie, bardzo głupie – odpowiedziała kobieta. Uniosła głowę i łypnęła na Mariusza, jakby miała do niego osobistą pretensję, że stojąc tu i paląc, zmusza ją do mówienia takich oczywistości. – Ci panowie robią bardzo niemądrze.

Dzieciak najwyraźniej uznał tę odpowiedź za bardzo satysfakcjonującą, bo rozpromienił się w szczerbatym uśmiechu. Jego ojciec natomiast pokręcił tylko głową, mamrocząc coś pod nosem.

– Głupio to jest mieć dwójkę bachorów w takim wieku – powiedział głośno Mariuszowy współpalacz. – A poza tym fajki łatwiej rzucić, bo nieważne jak stare, zawsze zmieszczą się w oknie życia, co nie?

Zarechotał i łypnął w jego stronę, jakby szukał u niego aprobaty. Gdy jej nie znalazł, wzruszył ramionami i zaciągnął się mocno.

Zmęczony ojciec przystanął. Puścił uchwyty wózka i wolno odwrócił głowę, ale zanim się odezwał, żona powiedziała mu coś cicho. Mariusz nie dosłyszał, na pewno jednak chodziło o to, że nie warto i żeby dał spokój. Jednocześnie widział, jak kobieta przejechała opuszkami palców po wierzchu dłoni małżonka i najwyraźniej był to sprawdzony sposób, bo facet trochę się rozluźnił. Nic nie powiedział, ale jeszcze przez kilka długich sekund wpatrywał się w eleganta z papierosem.

Ten z kolei wyraźnie się miotał, niepewny, co zrobić. Pójść za rzuconym już żartem? Sprawiał wrażenie, jakby bardzo chciał, ale albo nic nie przychodziło mu do głowy, albo mimo wszystko bał się przekroczyć pewną granicę. Odpuścić? Gość z plecakiem nie dość, że wyglądał na lepiej zbudowanego i groźniejszego niż on, to na dodatek był rozdrażniony, ale też stał w towarzystwie dzieci, w miejscu, gdzie na pewno jest pełno kamer.

Tyle że na kamerach nie słychać głupich żartów, pomyślał Mariusz. Nie będzie więc widać, kto naprawdę zaczął, tylko kto pierwszy uderzył. Westchnął ciężko. Napatrzył się w życiu na takie sytuacje więcej, niżby chciał, i wiedział, że zostawione same sobie kończą się naprawdę różnie. Zwłaszcza gdy ludzie są zmęczeni. Uznał, że tym razem nie chce mu się czekać na rozstrzygnięcie, w końcu i tak powinien się zbierać, jeśli ma zdążyć na pociąg.

Podszedł do śmietnika i rozgniótł niedopałek w popielniczce, a potem wyjął z kieszeni świeżo kupioną paczkę marlboro, przyjrzał się jej i położył na dłoni, jakby ważył ją w ręku.

– Ej, mały! – zawołał, a gdy cała rodzina spojrzała w jego stronę, wrzucił paczkę do kosza. Zaraz potem uniósł obie ręce, jakby prezentował karcianą sztuczkę. – Masz rację, że to było bardzo głupie. Już nie będę.

Chłopczyk znowu się wyszczerzył, ale Mariusz nie skupiał się już na nim, tylko na stojącym przy nim elegancie.

– Nie mówi się tak do rodziców w obecności ich dzieci – powiedział cicho. – Jeśli więc odezwiesz się teraz słowem, chłopcze, to rozkwaszę ci ten bezczelny pyskaty ryj. Ja kamery mam w dupie.

Facet się zaperzył, a Mariusz złapał się na tym, że chyba nawet chciałby, by tamten się postawił. By rzucił mu wyzwanie, zadrwił z tej groźby, biorąc ją za pustą.

Mężczyzna jednak patrzył tylko przez kilka sekund, po czym uciekł wzrokiem na bok. Mariusz wyjął z kieszeni maseczkę, założył ją, naciągając gumkę na odstające uszy, i jeszcze raz spojrzał na stojący obok śmietnik.

Wiedział już, że to był jego ostatni papieros w życiu.

2

W szynobusie rodzinka z lotniska rozsiadła się w boksie obok niego. Przy okazji zatarasowała wózkiem przejście w głąb wagonu, ale na szczęście pociąg nie był specjalnie przeładowany, więc nikomu nie robiło to większego kłopotu.

Ledwie usiedli, chłopczyk, który zajął miejsce od przejścia, usiadł bokiem. Mariusz domyślił się, co to prawdopodobnie oznacza. Wyciągniętą z walizki książkę odłożył więc na siedzenie obok, zaplótł ręce i cierpliwie czekał. Lubił dzieci za szczerość i otwartość, nie przeszkadzała mu też ich ciekawość. Uśmiechnął się tylko pod nosem, gdy zauważył, że mama dzieciaka, najwyraźniej również orientując się, co się święci, próbowała dyskretnie zająć chłopca swoją komórką. Ten jednak odepchnął jej rękę.

– Wyrzucił pan papierosy – powiedział.

– Tak, wyrzuciłem – przyznał Mariusz.

– Zmarnował je pan.

– Tak naprawdę tylko jednego.

Ucieszył go półuśmiech na zmęczonej twarzy mamy chłopca, która wykorzystała moment nieuwagi syna, by zdjąć maseczkę i napić się wody. Przemknęło mu przez głowę, że była zapewne jedną z tych rumianych wiejskich dziewczyn, złapanych w pułapkę miasta. Widział w jej oczach gorycz, ale wiedział, że mogła trafić dużo gorzej. A kto wie, może nawet nigdy nie miała szans trafić lepiej?

– A gdzie pan był? – zapytał znowu chłopiec.

– W Szkocji.

– A długo?

– Karol, daj panu spokój – mruknął ojciec chłopaka. Cicho, od niechcenia i nawet nie otwierając szerzej półprzymkniętych oczu.

– Nie przeszkadza mi – odparł Mariusz, po czym zwrócił się do chłopca: – Pięć lat. To chyba tyle, ile ty masz, prawda?

Chłopczyk się skrzywił.

– Ja mam już sześć! – poprawił, na co Mariusz pokiwał głową, starając się zachować powagę.

– Szmat czasu – zauważył. – No to prawie tyle co ja. Bo ja mam sześć i jeszcze jeden.

Chłopiec prychnął i przyjrzał mu się podejrzliwie.

– Pan ma siedem lat?

– Nie, sześćdziesiąt jeden.

Tym razem kobieta zaśmiała się cicho, ale chłopczyk nie uznał tego za zabawne. Z surową miną pokręcił głową.

– Tak się nie liczy. To jakaś bzdura.

– Karol, mówiłem ci, daj panu spokój, tak?

Chłopiec westchnął i komicznie przewrócił oczami, ale obrócił się i przez chwilę siedział prosto. Znowu odtrącił propozycję grania na komórce, poprzyglądał się swoim dyndającym nad podłogą nogom, a potem przez minutę czy dwie wpatrywał się w okno. W końcu jednak nie wytrzymał i znowu usiadł bokiem.

– A co pan tam robił? W tej Szkocji?

– Pracowałem na budowie.

– O, to tak jak mój wujek. Tylko że on w Polsce pracuje. Buduje domy. Ma pan dom?

– Nie mam.

– A chce pan?

Tym razem matka chłopca już nie wytrzymała i parsknęła głośno.

– Przepraszam za niego – powiedziała.

– Kiedy naprawdę nie ma za co. – Mariusz machnął ręką. – I nie, Karolu, nie mam domu i nie chcę. Wolę kupić foodtruck. Wiesz, co to jest foodtruck?

Chłopiec pokręcił głową.

– To taki trochę samochód, a trochę restauracja – spróbował wyjaśnić. – Jeździ się w różne miejsca… O, już wiem. To trochę jak lodziarz.

– Będzie pan sprzedawał lody?!

– Nie, lody nie. Chińskie bułeczki. Takie na parze, z mięsem, z warzywami…

Na to ostatnie słowo chłopiec znowu się skrzywił i wyraźnie stracił zainteresowanie rozmową. Ponownie usiadł prosto, wyjął z kieszeni jakieś dwa kolorowe kółeczka i zaczął je obracać między palcami.

Mariusz również przyjął wygodniejszą pozycję, przy okazji dyskretnie poprawiając zamocowany pod koszulką pas z pieniędzmi, który, ciasno opięty, uwierał niemal jak bandaż na połamanych żebrach.

Zerknął na siedzenie obok i leżącą tam książkę, ale uznał, że nie ma już sensu zabierać się do czytania, bo za chwilę będą na Centralnym.

Mimo to przejechał palcem po wypukłym tytule. Grona gniewu. Gruba księga, dla której musiał wyrzucić z bagażu kilka T-shirtów. Kupił ją na drogę, wyjeżdżając z Polski, bo spodobał mu się tytuł. Wtedy nie miał jeszcze pojęcia, że to w zasadzie książka o takich jak on. O ludziach, którzy przyparci do muru porzucają domy i jadą w nieznane w poszukiwaniu pracy i lepszego życia.

Jedyna różnica była taka, że Mariusz, ruszając na tułaczkę, nie porzucił żadnego domu. Na ostatnie miejsce, które ironicznie przez lata określał tym słowem, właśnie wjeżdżał.

3

Wyblakły plakat, na który zwrócił uwagę, przyklejony był od wewnętrznej strony do szyby saloniku prasowego nieopodal Costy. Format A3, czarno-biały, odbijany na przechodzonym ksero. Większą część plakatu zajmowały dwie średnio wyraźne fotografie. Nad nimi na górze wielkimi wołami napisano ZAGINĄŁ, na dole zamieszczono krótki opis.

Wcześniej Mariusz jakoś go nie zauważył, ale teraz, wychodząc z Costy z niedopitą kawą i rozważając kupno jakiejś gazety na ostatni etap podróży, przystanął, by przyjrzeć się zamieszczonym na nim zdjęciom dwóch mężczyzn. Tego po lewej, rubasznego, uśmiechniętego, który wyglądał jak święty Mikołaj z reklamy Coca-Coli, rozpoznał od razu. Drugiego, podobnej postury, ale poobijanego, bez zarostu i ostrzyżonego na krótko nie kojarzył.

A jednak zgodnie z opisem pod zdjęciem był to ten sam człowiek. Ostatni raz widziany trzy miesiące temu.

– Santa – Mariusz mruknął pod nosem. – Pieprzony stary Santa.

W saloniku była krótka kolejka, więc nie pchał się tam z walizką, tylko poczekał na zewnątrz. Dopiero gdy ogonek skrócił się do dwóch osób, wszedł i zapatrzył się w regał z tygodnikami. Nie wybrał żadnego, ale na dłużej zawiesił wzrok na okładce „Newsweeka”, skąd pogodnie uśmiechał się do niego Wiesław Gołas podpisany jako AKTOR WSZYSTKICH POLAKÓW. Dopiero słowo „był” w krótkim opisie artykułu uświadomiło mu, że jeden z jego ulubionych polskich aktorów, pamiętny Tomek Czereśniak z Czterech pancernych, najwyraźniej nie żyje. Kolejny zabrany przez tę cholerną pandemię.

– Co dla pana?

Mariusz podniósł głowę i zdał sobie sprawę, że pozostałe osoby wyszły i jest teraz pierwszy w kolejce. Oraz ostatni, bo właśnie się zorientował, że nikt za nim nie stoi. Przeprosił więc, podszedł do lady i przez moment zawiesił się na myśli, po co tu właściwie przyszedł. Na chybił trafił wziął z półeczki jakiś batonik oraz paczkę chusteczek. Wsunął jedno i drugie pod pleksę i odruchowo, zapominając, że ma na twarzy maseczkę, uśmiechnął się do młodego sprzedawcy.

Dzieciak, pewnie student, pomyślał. Chudy i żylasty. Pognieciona biała koszulka wisiała na nim jak na strachu na wróble, okulary wydawały się za duże, za to włosy miał, jakby właśnie wyszedł od fryzjera. Wysoko podgolone po bokach, postawione do góry i na bok za pomocą żelu. Do tego umięśnione ręce, poznaczone małymi kolorowymi tatuażami i smukłe dłonie z palcami długimi jak u pianisty. Również miał na twarzy maseczkę, ale aktualnie zsuniętą na brodę.

– Coś nie tak? – W głosie o zaskakująco przyjemnej i zdecydowanie kobiecej barwie zawibrowały nerwowe nuty, więc Mariusz znowu bezsensownie się uśmiechnął i szybko pokręcił głową. Na szczęście już zdążył sobie przypomnieć, po co tu jest.

– Nie, wszystko w porządku – zapewnił. – Tak naprawdę w sprawie plakatu przyszedłem. Tego z zaginionym.

Mina chłopaka świadczyła, że dopiero po chwili zorientował się, o czym mowa. Wziął batonik oraz chusteczki i przeskanował je czytnikiem kodów.

– Jeżeli pan też chce zażartować, że wygląda jak święty Mikołaj, albo powiedzieć, że widział go w telewizji… – zaczął, jednak Mariusz nie dał mu dokończyć.

– Znam Santę. To znaczy znałem – poprawił się.

– „Znałem”? – Chłopak zamarł z czytnikiem w ręku. – Skąd pan wie, że on nie żyje?

Tym razem to Mariusz potrzebował chwili, by pojąć sens wypowiedzianych przez siebie słów. Rozbawiony własną głupotą, potrząsnął głową.

– Nie, nie, źle się zrozumieliśmy – sprostował szybko. – Chodzi o to, że kiedyś go znałem, w dawnych czasach, z pięć lat temu, ale od tamtej pory nie było mnie w kraju. Dopiero wróciłem.

Jakby na potwierdzenie tych słów poklepał wysuwany uchwyt walizki, na którym wciąż znajdowała się naklejka z danymi lotu.

– Czytałem, że podobno co pięć lat w człowieku wymieniają się wszystkie komórki, więc z tego Santy, co go znałem, to już nic…

– Co siedem – poprawił chłopak z uśmiechem. – Wymieniają się całkowicie co siedem lat, więc jednak nadal trochę go pan zna. Ale obawiam się, że tutaj już go pan nie znajdzie. Nie ma go przeszło trzy miesiące.

Mariusz skinął głową, po czym spojrzał na wyświetlacz kasy. Postawił kawę na ladzie i sięgnął do kieszeni, skąd wyłowił garść drobnych, która została mu z papierosów. Wysypał je na podstawkę. Szybko przebrał monety, zostawiając odliczoną kwotę.

– Na tym drugim zdjęciu to też on? – zapytał. – Ten bez brody?

– Tak – potwierdził chłopak. – Zupełnie inny człowiek, prawda? Gdyby się wtedy nie odezwał, sam bym nie poznał, a przecież był czas, że widywałem go codziennie.

– To ty zrobiłeś to zdjęcie?

– Ja.

– A wiesz może, kto go wcześniej pobił?

Chłopak chciał odpowiedzieć, ale do saloniku wparowała akurat jakaś kobieta, wyraźnie się spiesząc, zamknął więc usta i dał Mariuszowi znak ręką, by ten chwilę poczekał.

Damulka szybko zawinęła ze stojaka trzy magazyny, wzięła małą butelkę wody gazowanej i rzuciła to wszystko na ladę. Zanim zdążyła kupić, weszły kolejne dwie osoby.

Mariusz zerknął na zegarek. Dochodziła dwudziesta druga, czyli zgodnie z rozpiską przy wejściu godzina zamknięcia saloniku. Uznał, że podejdzie do toalety i najwyżej wróci za chwilę, by dokończyć rozmowę, gdy chłopak będzie zamykał. Nie żegnając się, przecisnął się wąskim przejściem obok gazet ezoterycznych, wyszedł ze sklepu i skręcił w prawo. Do toalet po lewej miał bliżej, ale mieściły się dokładnie naprzeciwko posterunku policji, a stare nawyki nie rdzewieją. Po co niepotrzebnie wystawiać się na widok?

Idąc, myślał o Sancie. Trochę go dziwiło, że zniknął, bo choć bezdomny, należał do tych zadomowionych, osadzonych i wpisanych w miejsce. Tyle że do każdego przecież czasem przychodzi refleksja. Sam kilka lat temu zrobił dokładnie to samo. Po prostu kiedy trafia się okazja, to nie oglądasz się za siebie. Gdy nie masz nic do stracenia, wszystko jest potencjalnym zyskiem.

To, że na tym drugim zdjęciu Santa miał ślady pobicia, zasmuciło go, ale nie zaskoczyło, bo na dworcu czy klatkach schodowych, gdzie sypiali bezdomni, to przecież nic nadzwyczajnego.

Jedna myśl jednak nie dawała mu spokoju. Dlaczego Santa zgolił brodę?

4

Przed toaletą znajdowała się bramka obrotowa. Oczywista rzecz w dworcowych kiblach, ale jakoś zupełnie o tym nie pomyślał. Na urządzeniu wisiała karteczka informująca o awarii, w związku z którą płatności można było dokonać wyłącznie bilonem.

Ponownie sięgnął do kieszeni po drobne, jednocześnie szybko dokonując ponurej kalkulacji. Miał wrażenie, że tym cholernym batonem oraz chusteczkami ostatecznie wyjałowił się z drobnych i zostały mu już tylko klepaki i same stówki, których z kolei nie przyjmowała umieszczona na ścianie rozmieniarka. Tymczasem na tych kilkudziesięciu metrach pomiędzy salonikiem a łazienką potrzeba zmieniła się nagle z w miarę pilnej w bardzo uciążliwą. Ostatnie, czego teraz chciał, to biega po dworcu z walizką i starać się rozmieni pieniądze.

Gdy jednak wyjął monety i porównał kwotę z ceną na elektronicznym wyświetlaczu, okazało się, że wystarczy. Odetchnął z ulgą, wrzucił je do podajnika i naparł biodrem na obrotowe ramię.

Ani drgnęło. Mariusz cofnął się lekko, spojrzał na wyświetlacz i upewniwszy się, że urządzenie pobrało opłatę, spróbował ponownie, dużo mocniej. Tym razem, jakby na złość, ramię ustąpiło z zaskakującą lekkością i nastawiony na opór poleciał do przodu, wyciągając przed siebie prawą rękę. Prosto na mężczyznę wychodzącego właśnie z toalety.

Szczupły brunet w spranej białoniebieskiej bluzie Adidasa nie był na tyle szybki, by odskoczyć, ale reagując instynktownie, zdążył zasłonić się rękami, by zamortyzować zderzenie.

Zderzyli się. Nie jakoś mocno, ale Mariusz poczuł, jak palce mężczyzny, opuszki stanowiące ponoć najwrażliwszą część ludzkiego ciała, trafiają dokładnie na pas z pieniędzmi ukryty pod T-shirtem.

Samo w sobie nie musiało to oczywiście nic znaczyć. Dla kogoś nieświadomego mógł to być przecież gorset, może opatrunek, cokolwiek. Ludzie po sześćdziesiątce, tacy jak Mariusz, czasem potrzebują podobnych wspomagań i nie powinno to nikogo dziwić.

W tym przypadku było jednak jasne, że brunet wiedział, co kryje się pod materiałem, bo zaskoczenie na jego twarzy błyskawicznie ustąpiło najpierw zaciekawieniu, a zaraz potem czemuś na kształt złośliwej satysfakcji. A gdy sekundę później jego wzrok uciekł w stronę walizki i lotniskowej naklejki na uchwycie, było już pewne, że złożył sobie wszystko w całość.

– Ej, uważaj, jak chodzisz, typie – warknął, ale ustąpił miejsca, przywierając do ściany.

Mariusz przeprosił go, wszedł głębiej i minąwszy pomieszczenie z umywalkami oraz pisuary, nad którymi umieszczono fototapetę ze starymi samochodami z Kuby, zamknął się w środkowej kabinie. Tu również znajdowała się zaskakująca fototapeta – z jakiegoś powodu przedstawiała puste wnętrze samolotu pasażerskiego.

Mariusz wziął kilka głębokich oddechów, by wyciszyć narastający w nim gniew i uspokoić szum pompowanej adrenaliny. Cholera, naprawdę miał nadzieję po powrocie unikać kłopotów.

5

Brunet miał ksywę Wiksa i faktycznie nawet przez moment nie pomyślał, że mężczyzna, który na niego wpadł, nosi pod T-shirtem gorset.

Ledwie więc wyszedł z toalety, wyjął z kieszeni sfatygowaną maseczkę, rozprostował ją i zasłonił twarz. Potem przeciął korytarz i ukrył się za boczną ścianą przeszklonego kiosku Fruit Pie Time. Był teraz nieco na prawo od wejścia do łazienki, sam miał więc na nią idealny widok, a jednocześnie dla kogoś, kto z niej wychodził, pozostawał w miarę niewidoczny. Przynajmniej przez chwilę. Wyjął telefon i szybko przewinął listę ostatnich połączeń. Wybrał „Gutek” i przyłożył aparat do ucha.

Przeczekał trzy kolejne sygnały, nerwowo bębniąc palcami o szybę kiosku i wpatrując się w wejście do toalet. Nie miał za wiele czasu, wiedział o tym. Była co prawda mała szansa, że typ wszedł na dwójkę, ale jeżeli zachciało mu się tylko lać, zaraz trzeba będzie działać, i to jeszcze w środku, w kiblu, a nie tu, na widoku. Co prawda wolałby nie robić tego sam, ale jeśli będzie musiał…

Usłyszał głośne pukanie w szybę. Gwałtownie odwrócił głowę i zobaczył grubego brodatego kolesia, jak wyraźnie wzburzony mówi coś do niego, pokazując na ślady jego palców na szybie. Znał typa, brodacz był mężem właścicielki lokalu. Wystarczyło szybkie spojrzenie na ciuchy faceta i skrzynkę z narzędziami rozstawioną przy ladzie, by zagadka jego obecności w cukierni o tak późnej porze się rozwiązała. Najwyraźniej szefowa zleciła mężulkowi zrobienie biedaserwisu lodówek.

Wiksa nie słyszał, co koleś do niego mówi, bo akurat z głośników szedł komunikat, że Mieszko z Białegostoku jest opóźniony. Na wszelki wypadek jednak wyciągnął wolną rękę na znak, że przeprasza, i odszedł. To znaczy, udawał, że odszedł, bo w rzeczywistości przyczaił się z drugiej strony cukierni, wciąż z telefonem przy uchu. Stąd też miał niezły widok na wyjście z kibla.

W końcu Gutek odebrał.

– Co? – burknął.

– Jajco, kurwa. Gdzie jesteś?

– Dubaj, na kebsa czekamy.

– Który Dubaj?

– Przy Żabce.

– To pierdol kebsa i zapierdalaj do mnie. Blisko masz. Kto jest z tobą?

– Edziu i Gieroj.

– To niech wam Eddie zamówienie odbierze, a wy biegiem.

– Sam se, kurwa, biegiem. Co to ja…

Wiksa syknął wściekły. Ale fakt, jego wina, źle zaczął, bo się spieszył. A przecież stary zawsze mówił, że pośpiech kosztuje najwięcej czasu. Przełknął ślinę i spróbował jeszcze raz, spokojniej, konkretniej:

– Jest tu jeden typ. Z Wysp przyleciał, ma skitraną kasę w pasie. Przypadkiem wyczaiłem. W kiblu siedzi teraz, pilnuję go.

– Jesteś pewien, że to nie psiarska ustawka?

Wiksa zastanowił się przez chwilę, w końcu odruchowo potrząsnął głową.

– Nie ma chuja. Mówię, że przypadkowo wyczaiłem. Dawajcie. Tylko Ediemu nic nie mów.

Z telefonu dobiegło głośne sapnięcie.

– Weź już mu odpuść, Wiksa. Raz zawalił…

– To pizda, Gutek. A znasz mnie, ja żadnej piździe nie odpuszczam.

Zaśmiał się z własnego żartu, rozłączył i schował telefon. Koleś z walizką wciąż siedział w kiblu, co znaczyło, że jednak został na dwójeczkę. I chwalmy Pana, widać los ewidentnie im sprzyjał.

Wiksa zaczął się zastanawiać, ile koleś może tam mieć. Wyglądał porządnie, żaden menel, walizka też solidna. Skoro więc chowa kasę w pasie, to raczej nie drobne, nie? Tysiąc funciaków? Może ze dwa? Po ostatnim obiecał sobie już takich akcji nie robić, ale naprawdę potrzebował teraz kasy. Nie zamierzał ignorować uśmiechu losu.

Wychylił się zza winkla i zerknął najpierw w stronę łazienki, a potem w lewo, skąd powinni już nadbiegać Gutek z Gierojem. Trochę mu psuł szyki ten grubas z Fruit Pie, chociaż lepiej, że przyszedł bez żony. Z nią akurat mógłby być kłopot, bo wszyscy wiedzieli, że jebnięta, a ten może i się pruł, ale wyglądał na wystraszonego. Pewnie nawet się nie zorientuje, że coś się zadziało, a jakby co też dostanie w tubę i tyle będzie.

W końcu pojawiły się chłopaki. Tylko Gieroj miał na gębie maseczkę.

– Kryj ryj, Gutek – powiedział Wiksa, ruszając w stronę toalet. – Szybka akcja, kurwa!

6

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

KSIĄŻKĘ WSPÓŁTWORZYLI:

Fot. Rafał Masłow

Redaktorka:

Karolina Macios – od dwudziestu lat pracuje ze słowem jako redaktorka, pisarka, ghostwriterka oraz autorka programów kursów pisania kreatywnego. Czasem bywa akuszerką powieści, częściej przewodniczką po sztuce pisania, a najczęściej redaktorką. Na swoim koncie ma setki zredagowanych książek oraz kilka własnych powieści. Dekadę spędziła w redakcji literatury pięknej wydawnictwa Znak, współpracuje z wieloma autorkami i autorami, zarówno tymi wydającymi od lat, jak i debiutującymi.

Fot. Foto Studio Praga

Korektorka:

Joanna Kłos – redaktorka i korektorka. Wykonuje zlecenia dla wydawnictw i mediów, a także proofreading reklam i treści online. W pracy najbardziej cieszy ją różnorodność wyzwań. fb.com/loremipsumkorekty

Fot. Magdalena Bednarek/Okiem Meg

Grafik:

Piotr Sokołowski, projektant graficzny, ilustrator. Autor okładek wielu książek, m.in. nowego wydania „Kłamcy”, czy książek autorstwa Marcina Mortki. Projektuje ilustracje do gier planszowych. Jest wielkim pasjonatem gier konsolowych. Dawniej dyrektor artystyczny magazynu technologicznego. CHIP.

Fot. Piotr Błaszczyk

Skład:

Paweł Drygiel, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi. Znaczną część swego zawodowego życia spędził jako grafik prasowy w redakcjach magazynów młodzieżowych. Prowadził dział graficzny kolekcji w wydawnictwie Edipresse. Miłośnik gier bitewnych i muzyki. Tworzy własny projekt muzyczny - Shenzou.

Korekta składu:

Karina Bednarska-Markot – korektorka. Z wykształcenia bibliotekarka. Realizuje zlecenia dla wydawnictw oraz self-publisherów. Każdą wolną chwilę, z gorącą herbatą i otwartym oknem poradni językowej w przeglądarce, poświęca pracy z tekstem.

Skład wydania elektronicznego:

Katarzyna Rek, profesjonalnym przygotowaniem ebooków zajmuje się od 2015 roku. Publikacjami przez nią opracowanymi mogą cieszyć się nie tylko polscy czytelnicy ale również regularnie goszczą one na wirtualnych półkach sklepów w Dani, Finlandii, Czechach, Holandii i Norwegii.

Spis treści:

Okładka
Strona tytułowa
CZĘŚĆ 1
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
CZĘŚĆ 2
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
CZĘŚĆ 3
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51