Dreszcz - Jakub Ćwiek - ebook + audiobook + książka

Dreszcz ebook i audiobook

Jakub Ćwiek

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Ta książka to po prostu jazda po bandzie. Długie, porypane gitarowe solo grane do publiki tyłem.

Chcecie polskiego superbohatera? Nie ma sprawy. Weźcie na przykład takiego mieszkańca Katowic, Ryśka Zwierzchowskiego. Podstarzały rockman o niewyparzonej gębie, którego dieta to piwo, fajki i kebaby, największa pasja to muzyka, a jedyny przyjaciel to emerytowany górnik. Może być? Świetnie. To teraz walnijcie w niego piorunem.
Obdarzony nadprzyrodzonymi mocami Rysiek musi poradzić sobie z nowymi wyzwaniami: opinią publiczną, policją, kibicami, serią dziwnych przestępstw, krakowskimi mimami i tradycjami pewnej brytyjskiej rodziny. Czy im podoła? Czy zostanie przy tym sobą? A może zmieni się w kogoś bardziej… superbohaterskiego?

Jakub Ćwiek zaprasza do energetyzującej opowieści podanej w gęstym polskim sosie, doprawionym pikantnym humorem i satyrą na naszą współczesną rzeczywistość. To prawdziwie szalona, komiksowo-rockowa jazda bez trzymanki!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 290

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 13 min

Lektor: Filip Kosior
Oceny
4,3 (168 ocen)
86
53
22
7
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
gard_leg

Dobrze spędzony czas

Jakub Ćwiek w odsłonie "komiksowej" - podejrzewam, że fan komiksów ma więcej radości z tej lektury niż czytelnik nie łapiący nawiązań do komiksowych superbohaterów.
00
PaniSchabinska

Całkiem niezła

pomysł ciekawy ale jak na książkę o rockmanie i napisaną przez fana rocka to użycie najbardziej oklepanych i zgranych kawałków zespołów rockowych i metalowych razi niesamowicie
00
Tamtamo

Z braku laku…

Sorki, ale nie wkręciłam się w fabułę.
00
RainbowDashPH

Nie oderwiesz się od lektury

zabawna, rubaszna, mięsna - świetna lektura. czytający Filip dopełnia dzieła!
00
Kasiauuuu

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna zabawa :)
00

Popularność




WSTĘP

Kiedyś, gdy Dreszcz pojawił się na rynku po raz pierwszy, rozpoczynał się od następujących słów:

Szanowny Czytelniku,

W trosce o Twoje zdrowie psychiczne, komfort wyznaniowo-światopoglądowy, orientację seksualną, zainteresowania sportowe i muzyczne, gusta dotyczące mody, a także – może przede wszystkim – wrażliwość na słowa powszechnie uważane za wulgarne i obelżywe pragnę przestrzec, iż gdy tylko skończy się ta strona i przewrócisz kartkę, jednocześnie skończy się dla Ciebie strefa ochronna. Możesz więc zaprzestać lektury w tym miejscu i przyjść na spotkanie autorskie z nietkniętą książką i deklaracją, że nigdy jej nie przeczytasz, a ja narysuję Ci pod tym wstępem kwiatek jako symbol Twej nieskalanej niewinności.

Tym, którzy zdecydują się jednak poczytać trochę więcej… Dobrej jazdy, Kochani. I bawcie się… w sumie jak chcecie!

Nawet sobie nie wyobrażasz, ile osób próbowało to wykorzystać i wyłudzić kwiatek! Brzegi książki przechodzone jak najpopularniejsza kurwa seksworkerka w mieście, a oni twierdzą, że nie czytali i że nie będą. To już prędzej bym księdza na kinderbal zaprosił, niż się na to nabrał.

Zmierzam do tego, że było ostrzeżenie, a ludzie mimo to czytali. Oczywiście część się zirytowała i ruszyła z pretensjami, że to czy tamto ich uraziło, dotknęło, zniesmaczyło. I że nie powinienem tak pisać. Cóż, trzeba było mi zaufać, dostać kwiatek i żylibyśmy w zgodzie.

Dreszcz to seria popieprzona. To dwie moje pasje, czyli rock i komiksy, zaplecione ciasno w absurdalny warkocz szurniętych pomysłów. Jeśli podczas lektury będziesz się zastanawiać, co akurat ćpałem, to spełniłem swoje zadanie. Jeśli będziesz nucić przywołane kawałki, zrobiłem to po raz wtóry. A jeśli dzięki mnie poznasz jakieś świetne kapele, to już w ogóle rozbiłem bank.

Ten cykl jest inny niż moje współczesne rzeczy, różni się też od Kłamcy i Chłopców. To po prostu jazda po bandzie. Długie, porypane gitarowe solo grane do publiki tyłem, z wypiętą dupą. Jeśli Cię to nie zniechęciło, czytaj dalej. A jeśli tak – przypominam o kwiatku.

THUNDERSTRUCK

DZIEŃ PIERWSZY, PORANEKKATOWICE

Zaczęło się za kwadrans siódma. Miarowe, dostojne bicie piekielnych dzwonów.

DONG!

Zadrżały ściany. W kredensie u Maciorków z drugiego rozbrzęczały się kryształy.

DONG!

Jamnik Kotulowej podłapał nutę i zawył, ale uciszony chodakiem przerwał w pół dźwięku niczym krakowski hejnalista.

DONG!

Stary Janiak przebudził się z pijackiej mary. Tylko na chwilę, bo zaraz czknął, powiódł nieprzytomnym, lekko spłoszonym wzrokiem po tapetach w kwiatki i uspokojony wtulił się na powrót w pochrapującą Mańkę.

DONG!

Dopiero czwarte uderzenie dzwonu wywołało prawdziwie ludzką, przytomną reakcję. Listonosz Kowalik z parteru swoim skrzeczącym głosem zawołał nagle:

– Weś to wyłoncz, pieronie!

A potem kilka razy grzmotnął brudną od owsianki łyżką w rurę kaloryfera. Dzwonów to oczywiście nie obeszło.

Cztery wibrujące metaliczne tony, cztery ledwo zauważalne reakcje. Z jednej strony trudno to nazwać właściwym społecznym odzewem na zwiastowany czarcimi dźwiękami koniec świata…

Z drugiej strony miało to miejsce na katowickim osiedlu Tysiąclecia. W domu setek górników, w strefie nieustającej wojny między dwoma piłkarskimi klubami, wreszcie w miejscu, gdzie sam Behemoth nakręcił jeden ze swoich teledysków. Mieszkańcy Tauzena naprawdę widzieli i słyszeli już wiele, więc jeśli diabeł chciał zrobić na nich wrażenie, musiał się, kurwa, bardziej postarać.

DONG!

Rozległo się po raz piąty, a do wibrującego dźwięku dołączyła gitara. A potem bębny…

– I’m rolling thunder, pouring rain. I’m coming on like a hurricane – wyjęczał wreszcie Brian Johnson, frontman AC/DC.

I dopiero w tym momencie Rysiek zareagował.

– Kurwa – wychrypiał, waląc otwartą ręką w budzik.

Pomogło na pięć minut. Potem piekielne dzwony rozdzwoniły się na nowo, po kolei dołączyły instrumenty, aż wreszcie po minucie i dwudziestu sześciu sekundach wszedł ze swym skrzekliwym wokalem Johnson. Wszystko jak w pieprzonym Dniu świstaka, tyle że z lepszą muzyką na dzień dobry. W filmie bohaterowi na przebudzenie śpiewała Cher – kobieta, której Rysiek nie tknąłby kijem, nawet zanim jeszcze zaczęła sobie wstrzykiwać w usta tłuszcz z własnych pośladków. Nie żeby chciał czymkolwiek tykać Briana Johnsona…

Dzwony zagrzmiały jeszcze trzy razy, w równych odstępach, co pięć minut, zanim Rysiek Zwierzchowski – dla nielicznych dziś przyjaciół po prostu Zwierzu – wreszcie odrzucił kołdrę i wygramolił się z łóżka.

W ciągu kolejnych pięciu minut wypił resztkę piwa z przewróconej butelki i dokładnie obadał, czy gdzieś nie został choć maleńki skrawek wczorajszego jointa. Dopiero upewniwszy się, że nie ma co liczyć ani na łut szczęścia, ani tym bardziej na swoją zeszłonocną zapobiegliwość, zrezygnowany poczłapał do łazienki. Stanął przed lustrem i przyjrzał się swojemu zmizerowanemu odbiciu.

Minęły już czasy, kiedy wyglądał naprawdę dobrze, ale starość obeszła się z nim łaskawie. Choć właściwie nie – prawdziwsze byłoby stwierdzenie, że toczyła z nim nieustanny i wyrównany bój o każdy kawałek skóry na policzkach, każdy siwy włos i pazurek kurzych łapek. Dlatego jeżeli na twarzy Ryśka pojawiała się już jakaś zmarszczka, wyglądała jak żłobiona dłutem, co paradoksalnie dodawało mu uroku. Był dzięki nim jak pomnik na własnym nagrobku – nadniszczony, ale twardy, hardy, niezłomny mimo deszczu czy śniegu.

Rysiek uśmiechnął się do tej myśli. Odkręcił kran, przemył twarz zimną wodą i dopiero wtedy, dumny ze swej niepodzielnej władzy nad pęcherzem i prostatą, stanął nad muszlą sedesu.

Gdy sikał, z przedpokoju zawołał go Alice Cooper.

– I’m dressed in black, I’m a heart attack and my draw is lightning quick. If you’re looking for a man with the magic hands, I can really do the trick – śpiewał podstarzały heros rocka, tak jak tylko on potrafi.

– Chwila, nie? – odpowiedział Rysiek. – Odlać się muszę.

Ale Cooper nie odpuszczał. Wręcz przeciwnie, z każdą chwilą nakręcał się coraz bardziej.

Pull my trigger, I get bigger

Then I’m lots of fun.

I’m your gun,

I’m your gun, gun, gun.

Bite my bullet,

Push and pull it,

Tell me I’m the one.

I’m your gun,

I’m your gun, gun, gun.

Rysiek westchnął. Skoro Alice doszedł aż do refrenu, znaczyć to mogło tylko jedno. Dzwoniła Janka – słodki skarbuś tatusia, skarbuś, który nigdy nie rezygnuje.

A tym bardziej dzisiaj, pomyślał Rysiek, spuszczając wodę. Nie w dniu rozmowy. Pewnie zadzwoni jeszcze piętnaście razy, zanim w ogóle dotrę do przeklętego centrum.

Wyszedł z łazienki, ale zanim odebrał komórkę, wziął jeszcze kilka głębokich oddechów i wyobraził sobie kaczkę tkwiącą w bezruchu na niezmąconej tafli jeziora… Strzelił do niej z widmowego obrzyna akurat w chwili, gdy Alice Cooper kolejny raz zawołał, że jest Ryśkową spluwą. Ktoś z boku mógłby uznać, że to znak, ale Rysiek był zdecydowanie ponad to. Usiadł na łóżku i sięgnął po telefon.

– Janka, do cholery, umiem sobie nastawić budzik, nie musisz mnie tak pilnować!

Krzyknął z przyzwyczajenia i nie spodziewał się efektu, bo Janka nie dawała się stłamsić byle huknięciem. Była przecież nieodrodną córeczką swego tatusia.

– Muszę, bo cię znam, tato. I już ci tłumaczyłam, że mam teraz na imię Janice.

Mówiła z właściwą amerykańskiej Polonii manierą, nakazującą wymawiać polskie słowa z amerykańskim akcentem. Swoim „sz” pewnie wietrzyła hotelowe pokoje.

– Niech będzie, Janice – mruknął Rysiek. – Jak słyszysz, już nie śpię. Możesz się rozłączyć.

– Ale czemu nie odbierałeś tak długo? For God’s sake, myślałam, że masz accident!

Rysiek westchnął ciężko. Z tą dziewczyną naprawdę trudno było czasem wytrzymać. Odkąd stwierdziła, że będzie łożyć na jego utrzymanie, nie wiedzieć czemu uznała, że może się też wpieprzać w absolutnie wszystko.

– A gdzie niby twoim zdaniem miałem mieć ten wypadek, hę? – zapytał. – Dopiero wstałem!

– Pod… Jak się inPolish mówi shower?

Zwierzchowski ani myślał bawić się w tłumacza.

– Pod szałer, kochanieńka, to ja teraz tylko grzecznie stoję – odparł. – Dawno minęły czasy, gdy mogłem się tam wygłupiać, jak wtedy z twoją matką. Takie numery…

– Bullshit, tato! Przecież wiem, że jej nawet nie pamiętasz…

– Berlin Zachodni, osiemdziesiąty trzeci, koncert Omegi, tak?

– Tak.

– Jeden pokój i ośmiu chłopa na czterech łóżkach. Prysznic był jedyną opcją bez gang bangu, więc akurat…

Coś w głowie Ryśka szepnęło cicho, że może nie powinien kończyć tego zdania.

Po krótkiej jednak chwili ta niezbyt stanowcza myśl skapitulowała wobec potęgi Zwierzowej złośliwości.

– …akurat miejsca jestem pewien, słonko. No a skoro już o wyuzdanym seksie mowa, co u Dave’a i dzieciaków?

I znowu, już w chwili wypowiadania tego zdania, wiedział, że to daremna próba. Speszyć Jankę było równie łatwo, co wystraszyć krzykiem.

– Dave’s fine, tato, pozdrawia cię. A dzieci już śpią, ale pytały dzisiaj, czy mogą cię odwiedzić on holiday.

– Rockmani nie mają wakacji, Janeczko. Wiesz przecież.

– To znaczy, że nie?

– Prędzej piekło zamarznie, perełko – doprecyzował Rysiek, po czym odruchowo zerknął na budzik. – A jeśli chcesz, żebym zdążył na tę przeklętą rozmowę o pracę, to musimy już kończyć.

– Ale jest dopiero…

– U was jest już przecież strasznie późno i dawno powinnaś spać – wszedł jej w zdanie. – Pa, słodziutka.

Zakończył rozmowę i wyłączył telefon. Przynajmniej ta jedna metoda pozostawała niezawodna. Następnie, drapiąc się po tyłku, ruszył w stronę ustawionych w kącie starych walizek. W przyćmionym umyśle Ryśka kołatała się bowiem myśl, że tam właśnie mogła znajdować się jakaś czysta koszulka, nieprzesiąknięta jeszcze smrodem wódki i dymu.

I rzeczywiście, była. Czarna, ponaciągana i z wielkim logo AC/DC na piersi. Do tego złożona tak, że prawie nie wymagała prasowania, co dla człowieka, który ostatni raz widział żelazko, zanim wywalił przez okno telewizor, nie było bez znaczenia.

Oprócz koszulki Rysiek dokopał się także do względnie czystych dżinsów i zupełnie świeżych skarpet. Buty, nie wiedzieć czemu, leżały na środku pokoju w pudełku po pizzy. Na sam koniec zostawił sobie wygrzebanie spomiędzy śmieci swej wysłużonej ramoneski. Wciągnął ją na grzbiet i postukał palcami w przypinkę wpiętą w lewą klapę kurtki.

„Tak, twoją matkę też” – głosił napis na znaczku.

Rysiek się uśmiechnął.

– Pierwsza zasada rozmów kwalifikacyjnych – zwrócił się do stojącego w kącie fendera – to być sobą, nie?

Gitara nie odpowiedziała, ale Rysiek i tak pogładził ją czule po gryfie, podrapał za kluczem. Wreszcie podszedł do drzwi, wcisnął słuchawki w uszy i wyszedł w takt muzyki.

Back in black AC/DC jako pierwszy track był najoczywistszym z wyborów.

KRAKÓW

Pan Boguś, jak każdy dobry taksówkarz, miał naturę drapieżnika. To znaczyło, że potrafił całymi dniami czaić się w cieniu bocznych uliczek w okolicach centrum, czatując na ofiary. A gdy już jakąś upatrzył, gdy dostrzegł jej wzniesioną rękę, pojawiał się nagle, hamował z piskiem opon, witał szeroko otwartymi drzwiami i łamaną angielszczyzną.

O tak! Pan Boguś był tak dobrym drapieżnikiem, że grzechotniki w Nevadzie mogłyby się od niego uczyć.

Tego dnia jednak nieszczególnie mu się chciało. Noc była dla niego łaskawa: złapał trzy komplety zalanych w trupa Angoli, a potem na dokładkę jeszcze dwa kursy współfinansowane przez salon masażu i tańca ekstremalnego Dziunia. Do tego doszło kilka krótszych tras, ale na przypadkiem włączonej czwartej taryfie – nocna, poza miastem – co dało łącznie całkiem godziwy zarobek.

Oczywiście nie na tyle dobry, by nie mógł być lepszy, więc na razie panu Bogusiowi nie chciało się spać. Czuwał, raz po raz bębniąc palcami w kierownicę. I, rzecz jasna, obserwując okolicę.

Tuż przed nim przetoczył się wypchany po brzegi tramwaj, zasłaniając na moment parę kłócącą się w parku. Taksówkarz przyglądał im się od dłuższej chwili, bo darli się na siebie i machali rękami tak widowiskowo, że równie dobrze mogli być ulicznym teatrem. Kraków, od zawsze studencki, widział już nie takie sposoby zarabiania na piwo i akademik.

Gdzieś w oddali zawyła karetka, a zaraz potem, jakby w odpowiedzi na niewypowiedziane pytanie pana Bogusia, w radiowych wiadomościach podali komunikat, że ktoś strzelał do mimów pod kościołem Mariackim. Trzech z nich z lekkimi obrażeniami zabrano do szpitala. Snajpera niechętnego ulicznej sztuce na razie nie pochwycono.

Zaraz po wiadomościach puszczono blok piosenek i bębnienie w kierownicę wpasowało się w rytm muzyki. Pod tak zwanym papieskim oknem zatrzymała się wycieczka.

I właśnie w tej chwili ktoś zapukał w szybę od strony pasażera. Wyrwany z transu pan Boguś otrząsnął się, zamrugał i zerknął w bok. Przy samochodzie stał schludny młody chłopak w sweterku bardziej angielskim niż królowa Elżbieta i krykiet razem wzięte. Uśmiechał się, szczerząc końskie zęby. Nie było cienia wątpliwości, że to Brytyjczyk.

Zaproszony gestem, otworzył drzwi i usiadł, biorąc na kolana niewielki plecak. A wtedy, ku wielkiemu rozczarowaniu taksówkarza, przemówił płynną polszczyzną.

– Jak to dobrze, że pana znalazłem – powiedział dzieciak. – Przez moment zastanawiałem się, czy nie czeka pan tutaj na kogoś, bo tak w bocznej uliczce…

– Właściwie… – spróbował wtrącić pan Boguś, któremu nie w smak było marnowanie dobrej miejscówki dla dziesięciu czy dwudziestu złotych od studenciaka.

Chłopak jednak nawet tego nie usłyszał.

– …no ale widać los się do mnie uśmiechnął i nie musiałem iść aż na postój przy dworcu – dokończył i znów wyszczerzył końskie zęby. – Przyjmie pan zapłatę w funtach?

Na dźwięk ostatniego słowa serce pana Bogusia zabiło szybciej. Zaraz jednak taksówkarz przypomniał sobie historię o studentach cwaniakach, którzy udając Anglików, wyłudzali darmowe kursy, a potem uciekali z samochodu bez płacenia. Ten tutaj co prawda nie mówił po angielsku i nie pozował na pijanego turystę, ale tym bardziej nietypowo brzmiało owo pytanie o funty.

Pan Boguś postanowił się zabezpieczyć.

– W obcej walucie to tylko z góry – powiedział.

Przechylił się ponad drążkiem zmiany biegów i wyciągnął ze schowka urządzenie przypominające zszywacz z wbudowaną świetlówką. Błysnął na moment ultrafioletem, pokazując, że z nim nie ma żartów.

– Oczywiście – odparł chłopak niezrażony.

Sięgnął po portfel i z pliku pięćdziesiątek wyłuskał pojedynczy banknot dwudziestofuntowy. Podał go taksówkarzowi.

– Proszę. I może się pan nie obawiać, to nowa dwudziestka, po wymianie, z kwietnia tego roku. Zresztą proszę popatrzeć, to Adam Smith w miejscu niegdysiejszego Edwarda Elgara. Te nowe mają więcej zabezpieczeń niż studolarówka i przynajmniej przez jakiś czas są nietykalne. Teraz tylko czekać, aż to samo zrobią z pięćdziesiątkami, bo to, co jest teraz, to zgroza. Przedszkolak z zestawem świecowych kredek by je podrobił.

Pan Boguś skinął tylko głową. Zupełnie nie znał się na sprawdzaniu banknotów, więc nie wiedział nawet, jak się do tego zabrać. Dla zachowania pozorów obświecił dwudziestkę ultrafioletem i wsadził do kasetki.

– To dokąd jedziemy? – zapytał.

– Najpierw pod Wawel, muszę zrobić jeszcze kilka fotografii, a potem na lotnisko – odpowiedział chłopak. – Musimy się wyrobić przed trzynastą, żebym zdążył na odprawę. Damy radę?

Mózg pana Bogusia dokonał szybkich obliczeń. Dwadzieścia funtów po cztery osiemdziesiąt za funta to godziwy zarobek i właściwe zwieńczenie dyżuru. Na nic lepszego nie trafi. Uśmiechnął się i odpalił silnik.

– Trzeba zdążyć, to zdążymy – odparł.

Przez chwilę jechali w milczeniu, wsłuchani w głosy z radia. W wiadomościach o wpół do dziesiątej podano między innymi, że życiu mimów z krakowskiego Rynku nie zagraża niebezpieczeństwo i że sprawca wciąż pozostaje nieznany. Zapowiedziano więcej informacji na ten temat w wiadomościach o pełnej godzinie. Po krótkim dżinglu znowu zaczął się muzyczny blok złożony z najnowszych przebojów.

W końcu odezwał się taksówkarz.

– To mówi pan, że pięćdziesiątki łatwo jest podrobić – zagadnął. – A można wiedzieć, skąd pan tyle wie na temat banknotów i ich zabezpieczeń?

Chłopak znowu się wyszczerzył. Wyglądało to tak, jakby nie mógł pomieścić wielgachnych, końskich zębów w ustach.

– Studiuję ekonomię na Oksfordzie i właśnie pracuję na stażu w Bank of England. Tam wymagają ode mnie takich rzeczy.

– I umiałby pan rozpoznać fałszywy banknot? – upewnił się taksówkarz.

– Och, jeśli funty, to ze stuprocentową pewnością.

I znowu na chwilę zapadła cisza. Wreszcie podczas postoju na światłach pan Boguś otworzył kasetkę i wyciągnął plik banknotów w stronę chłopaka.

– A te? Mógłby pan sprawdzić?

Pasażer wzruszył ramionami.

– Oczywiście.

Rezultat oględzin nie był najgorszy, ale wystarczająco zły, by popsuć taksówkarzowi humor. Aż trzy spośród pięćdziesiątek były fałszywe. I nie pomogły nawet zapewnienia chłopaka, że nie ma powodu do zmartwień, bo wszystkie trzy fałszywki są dość nietypowe i w Anglii mógłby od kolekcjonerów dostać za nie nawet dwukrotność wartości. Dla człowieka, który w całym swoim życiu najdalej był w Międzyzdrojach, stanowiło to marne pocieszenie.

Tymczasem jednak dojechali pod Wawel. Chłopak sięgnął do plecaka, wyjął aparat cyfrowy i przeprosił na chwilę, po czym wysiadł z samochodu i natychmiast wtopił się w tłum turystów.

Pan Boguś raz jeszcze spojrzał na fałszywe pięćdziesiątki i zaklął szpetnie. Złapał za banknoty i już miał je podrzeć, gdy nagle zauważył, że na fotelu pasażera leży wypchany portfel chłopaka. Brzeżek jednej z pięćdziesiątek wystawał zachęcająco.

Taksówkarz westchnął. Czy naprawdę stałoby się coś złego, gdyby podłożył dzieciakowi te pieniądze? Skoro rzeczywiście były tyle warte, to przecież w zasadzie wyświadczał mu jeszcze przysługę.

Ta ostatnia myśl przesądziła. Pan Boguś rozejrzał się uważnie, po czym drżącymi dłońmi sięgnął po pozostawiony portfel.

Dwie godziny później, już na lotnisku w Balicach, chłopak uparł się, by dorzucić do tamtej dwudziestki jeszcze dziesięć funtów napiwku. Taksówkarz nie miał nic przeciwko temu, w końcu – do czego zdołał sam siebie przekonać, jadąc tu spod Wawelu – zrobił dobry uczynek. A takie powinny być nagradzane.

– Dziękuję, także za porady – powiedział. – Od dziś będę się bardziej pilnował.

– Nie wątpię – odparł chłopak. – No cóż, do widzenia.

Złapał za plecak i ruszył w stronę terminalu. Pan Boguś patrzył za nim jeszcze przez chwilę, zastanawiając się, czy zostać tu na lotnisku i upolować jeszcze kogoś, czy też lepiej nie prowokować losu. Zdecydował, że jednak najwyższa pora wracać już do domu. Wrzucił więc jedynkę i powoli ruszył w stronę szlabanu.

Ledwie taksówka pana Bogusia wyjechała z terenu lotniska, jej niedawny pasażer, Benjamin Benford junior, wrócił na parking, trzymając w ręku specjalną nakładkę na zęby. Przystanął, rozpiął plecak, wrzucił ją do środka, a potem zajrzał do portfela.

Na tle chałupniczo wykonanych podróbek banknoty od taksówkarza bardzo się wyróżniały. Wyglądały, no cóż, staro i nieatrakcyjnie.

Czego to nie da się dziś zrobić przy pomocy drukarki, eleganckiego pergaminu i odrobiny psychologii, pomyślał. Nie nazywał tego oszustwem, lecz raczej, wzorem Gandhiego, biernym oporem wobec ludzkiej pazerności. W końcu nikomu nie kazał grzebać w swoim portfelu.

Benjamin Benford junior zapiął plecak, zarzucił go na ramię i beztroskim krokiem ruszył w stronę postoju taksówek.

KATOWICE

Widok Ryśka rozpartego na krześle po drugiej stronie biurka ostatecznie utwierdził Dorotę Jagodę w przekonaniu, że powinna zrezygnować z pracy. Po serii coraz mniej subtelnych znaków od losu pojawienie się tego faceta na rozmowie kwalifikacyjnej było aż nadto wyraźnym sygnałem, że Wszechświat na pewno jej w tym miejscu nie chce. I że zaczyna wytaczać ciężkie działa.

A wszystko zaczęło się tak: salon multimedialny w największej śląskiej galerii Silesia City Center potrzebował menedżera. Kogoś z wyższym wykształceniem, kto zna się na kierowaniu zespołem i choć trochę na kulturze. Dorota była akurat po interesującym stażu, miała doświadczenie jako dziennikarka kulturalna, a do tego prezentowała się lepiej niż większość hostess plączących się po alejkach z ulotkami i kuponami zniżkowymi. Słowem ideał, w dodatku jedyna kandydatka spełniająca wszystkie wymogi. Nic dziwnego, że dostała tę pracę.

I wtedy właśnie się zaczęło. Już pierwszego dnia, ledwie zaczęła zaznajamiać się z zespołem, poinformowano ją, że jako nowa menedżerka ma dokonać redukcji zatrudnienia. Tydzień później zażyczono sobie od niej planu imprez kulturalnych na najbliższe pół roku, wyznaczając limit środków, na którego widok oburzyłby się nawet nieletni Chińczyk z fabryki trampek pod Pekinem. Wreszcie po upływie miesiąca ustalono i przekazano jej miesięczny pułap satysfakcjonującej sprzedaży porównywalny z rocznym budżetem małego afrykańskiego państewka.

Ze wszystkimi tymi kłopotami radziła sobie Dorota nie najgorzej. Wyprosiła u dyrekcji możliwość znalezienia innych sposobów na oszczędzanie niż zwolnienia, wypromowała kilka ciekawych akcji i dzięki ogromnej determinacji ściągnęła do salonu parę gwiazd estrady i mistrzów pióra. Potem natomiast, gdy musiała znaleźć zastępstwo dla dwóch pracowników, wyszukała w sieci rządowy program „Pięćdziesiąt plus”, dzięki któremu, aktywizując ludzi starszych, mogła zyskać dla firmy niesamowite przywileje.

Oczywiście pochwalono ją za to, dostała nawet premię za inicjatywę, a w dwa dni później dyrektor okręgu przekazał jej informację, że znaleźli dla niej świetnego kandydata.

– Ojciec mojej przyjaciółki z dawnych lat – powiedział. – Podobno uroczy człowiek i do tego muzyk. Przyjdzie do ciebie pojutrze na rozmowę kwalifikacyjną. Nazywa się Ryszard Zwierzchowski.

Ta rozmowa była w zasadzie formalnością – ton dyrektora nie pozostawił co do tego żadnych wątpliwości – ale Dorota i tak postanowiła ją przeprowadzić, wychodząc z założenia, że warto zachować pozory, bo człowiek bardziej dba o to, co zdobył z trudem.

To było dobre podejście, właściwe, godne prawdziwej menedżerki i zgodne z jej sumieniem. Biedaczka nie przewidziała jednak, że tym razem Titanicowi jej życiowej filozofii przyjdzie się zmierzyć z prawdziwie przerażającą górą ignorancji i lenistwa. Do tego ubraną, jakby się urwała z filmu dokumentalnego o Hell’s Angels.

Facet wszedł do jej biura bez pukania i niemal z miejsca opadł na fotel. Jego pomarszczona twarz – oblicze Keitha Richardsa z Rolling Stones w interpretacji rzeźbiącego w drewnie ludowego artysty – nie wyrażała nic prócz błogiego znudzenia.

– Można tu palić? – zapytał.

Pochylona nad aktami Jagoda pokręciła głową.

– A możemy iść gdzieś, gdzie można?

Menedżerka uniosła wzrok na Ryśka, ściągając usta w ciup. Okulary zsunięte na czubek nosa nadawały jej wygląd gorącej nauczycielki z amerykańskiego filmu dla nastolatków. Takiej, w której zakochują się pryszczaci nieudacznicy i nauczyciele wuefu.

– Nie, panie… – sprawdziła na żółtym karteluszku – panie Zwierzchowski. Nie możemy. To rozmowa kwalifikacyjna i potrzebuję, żeby udzielił mi pan odpowiedzi na kilka pytań. Może pan, prawda?

Uznawszy wzruszenie ramion za zgodę, ze stosu dokumentów wygrzebała formularz zatrudnienia.

– Zacznijmy może od tego, czym do tej pory się pan zajmował.

– Przed chwilą intensywnym rozmyślaniem, jak to dobrze, że zza tego biurka widzisz mnie wyłącznie od pasa w górę, dziecinko. Ale chyba nie do końca to miałaś na myśli, prawda?

Menedżerka westchnęła ciężko. To był stary facet, więc spodziewała się paskudnych tekstów, ale chyba nie takiego kalibru od razu na dzień dobry. Poprawiła okulary.

– Rzeczywiście, panie Zwierzchowski, nie do końca to. Proszę mi powiedzieć, czym się pan zajmuje na co dzień?

– Słucham muzyki rockowej i czytuję Chandlera.

– Zawodowo?

– Ależ skąd. – Pokręcił energicznie głową. – To hobby. Zawodowo oglądam filmy ze Stevenem Seagalem.

Rozejrzał się, pochylił nad stołem i szepnął konspiracyjnie:

– Ale nienawidzę swojej pracy.

I to by było na tyle, pomyślała Jagoda. Ten facet albo nie chce tu być i w całą tę rozmowę został wkręcony jak ja, albo też za wszelką cenę chce od razu pokazać, kto tu rządzi. Ale, na miłość boską, z naszej dwójki to ja mam zaliczony celująco kurs z komunikacji!

Zdjęła okulary i rozmasowała nasadę nosa.

Przypomnij sobie, dziewczyno, ponaglała się w myślach, czego cię uczono. Najważniejsze to znaleźć wspólny język, coś, co was łączy. Fundament, na którym…

I nagle, rażona myślą jak gromem, wyprostowała się na krześle. Zdała sobie bowiem sprawę, że wie, jak poprowadzić dalej tę rozmowę.

Otworzyła szufladę i wyciągnęła z niej paczkę cienkich papierosów. Wyłowiła jednego i zaczęła się nim bawić.

– Byłam na ich koncercie, wie pan? – powiedziała, wskazując papierosem logo na jego koszulce. – AC/DC, rok dziewięćdziesiąty pierwszy, stadion w Chorzowie. Byłam tam z tatą.

Zwierzchowski zmrużył oczy, a lewy kącik jego ust uniósł się lekko. Gdyby grali właśnie w pokera, ta mina oznaczałaby „sprawdzam”.

– Słonko, jeśli to prawda, to znaczy, że miałaś wtedy…

– Sześć lat, tak. Ale mój tata był wielkim fanem i powiedział, że nie mogę przepuścić takiej okazji, bo się może nie powtórzyć. Strasznie się wtedy pokłócili z mamą, ale w końcu pojechałam.

Drugi kącik ust rockmana powędrował w górę, dając w połączeniu z pierwszym uśmiech, jakiego nie powstydziłby się Hannibal Lecter.

– I jak ci się podobało? – zapytał. – Była moc, nie?

– W sumie to z samego koncertu niewiele pamiętam – przyznała szczerze Jagoda. – Dzwon, armaty, wielką lalkę. I że zaczęli od energetycznego kawałka, który mnie przeraził. Wcześniej grała Metallica i oni też mocno dawali, ale to, od czego zaczął się właściwy koncert, było jak…

– …uderzenie pioruna – wszedł jej w zdanie Rysiek.

Nie wyglądał w tym momencie ani jak podstarzały, złośliwy erotoman, ani tym bardziej jak ludowa rzeźba. Blask, jaki wspomnienia rozpaliły w jego oczach, sprawił, że gdzieś zniknęły wszystkie zmarszczki.

– I nic dziwnego, bo koncert otwierał Thunderstruck, maleńka.

Dziewczyna pokiwała głową, ze zdumieniem odkrywając, że to, co miało być tylko wytrychem do serca rockmana, okazało się naprawdę miłym i wciąż żywym wspomnieniem. Od lat nie słuchała żadnej z płyt ojca, ale całkiem możliwe, że sięgnie do nich dziś po powrocie do domu. Może niekoniecznie AC/DC, ale już Kiss byłoby całkiem miłe. Albo The Who…

– I jeszcze pamiętam – dorzuciła nagle – że zanim wpuszczono nas na płytę stadionu, długo czekaliśmy w parku koło skansenu i tam na małej scenie grał taki polski zespół, którego nigdy później nie widziałam. Pamiętam, że wszystkim się podobało, a na koniec zagrali ładną balladę i potem bardzo energiczny kawałek, akurat wtedy, gdy otworzono bramy. Ludzie wbijali się na stadion do rytmu.

– Bo ma być głośno i Apokurwalipsa – powiedział Rysiek. – Zespół nazywał się El Voltage i rozpadł kilka tygodni po tamtym koncercie.

– Możliwe, nie pamiętam. Ale byli świetni.

Zapadła cisza. Przez chwilę rockman i menedżerka siedzieli i patrzyli na siebie w zupełnym milczeniu jak wspólnicy w zabójstwie nad świeżo wykopanym, leśnym grobem. W końcu Rysiek podniósł się z krzesła.

– Pójdę już, złotko. Nie chciałem ci tu robić syfu – powiedział. – Jesteś pewnie świetną szefową, a do tego masz tyłek słodki jak premia do wypłaty, ale ja po prostu nie chcę tej roboty. Żadnej na pieprzonym etacie, łapiesz?

– Jak najbardziej. – Jagoda pokiwała głową. – Szczerze mówiąc, też pana tu nie chciałam, ale mi kazali. Mój szef…

– …zna się z moją córką. A Janka to uparte dziewuszysko, już ja coś o tym wiem. Ale gdyby bracia Young słuchali tych rozsądniejszych krewnych, do dziś nie mielibyśmy naszej ulubionej kapeli, nie? Trzeba się czasem postawić.

Złapał za leżące na biurku długopis i kartkę, napisał kilka zdań, po czym złożył arkusz na pół i podał go Jagodzie.

– To powinno załatwić sprawę. Jak masz na imię, dziecinko?

– Dorota. Dorota Jagoda.

– Rysiek. Albo Zwierzu. Wpadnę tu do ciebie kiedyś, mam parę nagrań El Voltage, to sobie posłuchamy albo coś. A tymczasem trzymaj się… a puszczaj tylko z rockmanami.

Zasalutował i wyszedł, gwiżdżąc Wind of C hange zespołu Scorpions.

Centrum handlowe od domu Ryśka dzielił dystans paru kilometrów albo, jak wolą mówić miejscowi, czterech przystanków. Ponieważ tramwaje na tej trasie jeździły w zasadzie co dziesięć minut, Rysiek zdążył spokojnie przejrzeć w salonie płyty i pisma, zjeść śniadanie i kupić w Tesco parę pierdół, a i tak był w domu przed południem. Akurat żeby wziąć leżak, fendera i czteropak pilsnera i zająć swoje ulubione miejsce na trawniku.

Robił tak codziennie. Jeśli nie było dość ciepło na leżak, po prostu siadał na ławce, ale i tak piwo i fender były nieodłączną częścią jego rytuału. Kiedyś tachał ze sobą także gitarowy piecyk – nie miał daleko, bo ledwie z pierwszego piętra, kabel spuszczał balkonem – aż do dnia, gdy Alojzy Meller, emerytowany górnik z naprzeciwka, nie wytrzymał jazgotu i strzelił do urządzenia ze sztucera. W rewanżu rockman włamał się w nocy na jego balkon i nasikał mu w bławatki. Tak właśnie zaczęła się ich piękna, długoletnia przyjaźń.

Rysiek postawił leżak na trawie i wyjął z ziemi własnoręcznie sporządzoną tabliczkę z komunikatem dla właścicieli psów. Nie było na niej sylwetki czworonoga w czerwonym okręgu, tylko numer telefonu do weterynarza i napis: „Zadzwoń tam, gdy twój obsrany kundel zarobi ode mnie ze śrutówki. 20% zniżki”. Zadziałało. Wąska trawnikowa przestrzeń pod jego balkonem była jedyną niezanieczyszczoną przez psy na całym osiedlu.

Gdy leżak już stanął, Rysiek położył się i wyciągnął z folii pierwszą puszkę. Nie sięgnął po gitarę, bo Alojz już od trzech dni zapowiadał, że kupuje telewizor, i zaplanował prezentację w samo południe. Zwierzchowski ze swoim odbiornikiem pożegnał się, gdy po pijaku obejrzał w nim katolicki program o Przystanku Woodstock, i teraz był trochę spragniony ruchomych obrazów. Otworzył więc puszkę, upił łyk piwa, a potem zerknął na zegarek i zawołał:

– Alojz! Dwunasta jest, do kurwy nędzy!

W oknie naprzeciwko niemal natychmiast pojawiła się pyzata, niedogolona gęba niegdysiejszego górnika, a potem tłusta ręka ściskająca pilota.

– Dyć wiym przeca, niy? Mom cyferblat, co żech go jeszcze na grubie od sztygara dostoł, na pamiontka. A telewizor dopiyro żech podłączył do sztekra i nic w niym nie ma ciekawego, coby pokazywać.

– To po chuj ci plazma, w której nic nie ma? – zdziwił się Rysiek. – Koncert chociaż jakiś włącz, dałem ci przecież Zeppelinów na DVD w prezencie. Albo mecz jakiś… Alojz, słyszysz mnie, dupku? Dawaj ten szajs do okna!

– Doczkej ino, wejrza sie w program.

Zwierzchowski westchnął, upił piwa i zapadł w leżak, zamykając oczy. Poczuł się błogo. Słońce przyjemnie ogrzewało twarz, w ustach czuł cierpki posmak browara, a wywołane podczas spotkania wspomnienia z chorzowskiego koncertu wciąż kotłowały się w głowie.

W takich chwilach i o tej porze – gdy uciążliwa dzieciarnia tkwiła jeszcze w szkołach, jej rodzice w biurach i zakładach, a lokalni zadymiarze odsypiali pracowite noce – nie sposób było sobie wyobrazić milszego i przytulniejszego miejsca niż skryte w cieniu ogromnych „kukurydz” katowickie osiedle Tysiąclecia. To miejsce było jak raj w rok po podpisaniu przez Adama umowy z deweloperem – wciąż dawało się wyczuć zapach boskich jabłek gnijących pod asfaltem.

– I’m dressed in black, I’m a heart attack… – ryknął Alice Cooper z kieszeni spodni Ryśka.

Rockman otworzył oczy, zerknął na zegarek i westchnął ciężko. No tak, to by się zgadzało, pomyślał, po czym wyciągnął telefon, który ani chybi włączył dupą. Tak jak się spodziewał, dzwoniła Janka. Odebrał.

– Witam cię, słońce dni moich. Ile ty spałaś? Przecież tam u was musi być teraz jakaś nieludzko wczesna…

Ale Janka nie była zainteresowana pogaduszkami. Jej głos aż drżał z oburzenia.

– Is it true?!

Rysiek upił solidny łyk piwa.

– Czy co jest prawdą, misiaczku, bo chyba się gubię?

– Don’t toy with me! – Janka uderzyła w wysokie tony. – Czy jesteś pewien, że ta dziewczyna to też twoja córka?

– Złotko, nie wiem, o czym ty do mnie…

– Ta dziewczyna, z którą dzisiaj rozmawiałeś!

– Aaa, Dorotka! – Rysiek upił kolejny łyk piwa, zanim wyjaśnił. – Moja albo Lemmy’ego, kluseczko. To było na koncercie Motörhead w Monachium i, o ile mnie pamięć nie myli, nad mamuśką tej małej parę razy skrzyżowaliśmy miecze.

– Tato, for God’s sake!

– Nie rozumiem, co cię tak oburza. Wypełniałem tylko wolę Wszechgrzmocącego, tak? Macie tam pod ręką jakąś Biblię, mała bezbożnico?

– Oczywiście, że mamy, przecież Dave jest pastorem!

– No właśnie. To tam stoi jak byk: „Rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię”, nie? Zobaczysz, twój stary jeszcze świętym zostanie za gorliwość.

W oknie naprzeciw pojawił się Alojz, a zaraz potem kawałek jego telewizora plazmowego. Rama okna dzieliła ekran na dwie nierówne części, absolutnie uniemożliwiając oglądanie czegokolwiek. Rysiek pokręcił głową z dezaprobatą.

Tymczasem Janka vel Janice najwyraźniej doszła do wniosku, że nie wymusi na ojcu skruchy. Przyzwyczaiła się zresztą do tego. Choć była jedynym dzieckiem, które wciąż przyznawało się do Ryśka, dawno zdała sobie sprawę, że rodzeństwa ma pewnie więcej, niż liczy sobie parafia jej męża. Właściwie następna siostra nie robiła już żadnej różnicy. To tylko jedna intencja więcej w codziennej modlitwie.

– No nic, tato – powiedziała w końcu – skoro tym razem nic nie wyszło, spróbujemy again, gdzie indziej. Zobaczysz, znajdę coś wreszcie.

– Nie wątpię, perełko – odparł Rysiek. – A teraz ucałuj dzieciaki i zrób dobrze wielebnemu, żeby nie miał grzesznych myśli.

Janka vel Janice prychnęła.

– Bóg cię kiedyś ukarze za takie gadanie, zobaczysz.

Biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się chwilę później, nie mogła wypowiedzieć tych słów w gorszym momencie.

POPOŁUDNIEKRAKÓW

Po jakimś czasie Benjamin Benford junior miał już w kieszeni prawie sześćset funtów, dwieście pięćdziesiąt euro i trzysta polskich złotych. Uznał, że to wystarczy mu w zupełności, i całość wpłacił na specjalne konto. Teraz musiał tylko kupić bilet lotniczy, wrócić do Londynu i złożyć raport z przebiegu ostatniego testu. A potem, już z ojcowskim błogosławieństwem i rekomendacją, zająć się szukaniem pracy u jakiegoś lorda.

Tak, najprawdopodobniej już od przyszłego tygodnia czekało go życie, do którego przygotowywał się w zasadzie od kołyski. A na pewno od dnia, gdy po raz pierwszy przeszedł samodzielnie przez cały salon, co jego ojciec skomentował zapytaniem, z czego niby ma się cieszyć, skoro chłopak się garbi, ma za nisko głowę i źle stawia stopy.

Co dziwne, Benjamin naprawdę cieszył się na myśl o pracy, a świadomość, że nareszcie jest gotowy, napełniała go dumą. Tyle że…

– Nie – powiedział na głos. – Nie będę teraz o tym myślał.

I ledwie wypowiedział te słowa, zdał sobie sprawę, że nawet sam do siebie nadal mówi po polsku. Jakby po ledwie trzech dniach w tym kraju już nie mógł się odzwyczaić.

Bo coś rzeczywiście było w tym języku, akurat to Benjamin przeczuwał od dnia, gdy dziesięć lat temu po raz pierwszy go usłyszał. Może chodziło o te zabawne, urocze, ale i mordercze w wymowie głoski sprawiające, że słowa brzmiały jak wiatr szeleszczący w liściach drzew? Albo o niczym nieuzasadnione żeńskie końcówki, przez które rzeźba zawsze była kobietą, nawet gdy przedstawiała wąsatego marszałka?

Tak czy owak, ze wszystkich języków, jakie Benjamin poznał i biegle opanował, to właśnie polski darzył szczególną sympatią, ale i estymą. Tylko prawdziwi językowi twardziele mogli na co dzień mówić po polsku bez uszkodzeń w jamie ustnej i przypadkowych samougryzień.

Lingwistyczne rozważania Benforda przerwało wyświetlenie się strony z ofertami tanich lotów. Dość nagłe i niespodziewane, należałoby dodać, bo od momentu wpisania adresu Benjamin zdążył już zapomnieć, co właściwie wklepał w pasku, i pogrążył się w myślach, obliczeniach, marzeniach… Teraz zakodował sobie w głowie, tak na bliżej nieokreśloną przyszłość: w Polsce wolniejsza od internetu jest tylko miejska komunikacja. I uśmiechnął się pod nosem, wyobrażając sobie ową tezę w interpretacji Monty Pythona.

Tymczasem wyświetlona właśnie internetowa witryna ogłosiła z całą stanowczością, że nie ma żadnych informacji na temat wyszukiwanego lotu. Czerwoną czcionką, jakby oburzona, że w ogóle ktoś śmiał zapytać.

Benford otworzył listę lotnisk, a w osobnym oknie mapę Polski. Szybkie porównanie uświadomiło mu, że najbliższe lotnisko znajduje się w Pyrzowicach rzekomo koło Katowic. Prawie dziesięć minut później strona z rozkładami ujawniła, że nie tylko ma do zaoferowania lot stamtąd do Londynu jutro przed południem, ale nawet w specjalnej ofercie cenowej. Wstyd było nie skorzystać.

Kwadrans później, uzbrojony w dwa wydruki biletów kupionych online – lotniczego i kolejowego – oraz notkę z sieciowej encyklopedii na temat „stolicy najbardziej uprzemysłowionego regionu Polski i jednocześnie największego miasta wielkiej aglomeracji śląskiej”, Benjamin Benford junior opuścił przydworcową kawiarenkę internetową i ruszył na peron.

Wygodniej byłoby taksówką, ale po swojej szeroko zakrojonej akcji „Pazerność nie popłaca” trochę bał się ryzykować.

KATOWICE

Pierwszym, co Rysiek poczuł po przebudzeniu, było mrowienie w całym ciele. Ból nadszedł chwilę później wraz z pierwszą nieudaną próbą otwarcia oczu. Stary rockman czuł się teraz jak Guliwer w krainie liliputów – związany, dźgany tysiącem małych stópek i karany salwami z tycich armat przy każdym ruchu.

Był w szpitalu – to jedno wiedział na pewno. Wszędzie wokół śmierdziało środkami odkażającymi, lekami, farbą olejną i moczem, a taką zapachową mieszankę serwowały wyłącznie państwowe ośrodki zdrowia. To znaczyło, że coś mu się stało, miał nagły wypadek. Tylko jaki?

Ostatnim, co pamiętał, była rozmowa z Janką vel Janice, która tradycyjnie przestrzegała go przed boską interwencją. Pamiętał, że leżał wtedy na leżaku pod własnym balkonem i gapił się w okna Alojza. Następne wspomnienie to mrowienie i smród szpitala. Czyżby więc to był…

– Ja pierdolę – wychrypiał Zwierzchowski. – Dostałem zawału.

– O, łobudziłżeś sie? Dochtor obstawioł długoletnio śpiączka.

Rysiek nie potrzebował wzroku, by zidentyfikować swego rozmówcę. Któż jeszcze mógłby siedzieć obok jego łóżka, jeśli nie weteran kopalnianych kombajnów, właściciel czterdziestosześciocalowej plazmy i czterech roztrzęsionych podbródków, Alojz Meller?

Chciał parsknąć, ale skrzywił się tylko – liliputy zasuwające tam i z powrotem jak szkolna wycieczka na zakopiańskich Krupówkach robiły się coraz bardziej bezczelne, a w ustach czuł posmak, jakby całował się niedawno z jakąś baterią. Albo dał się nakarmić metalowym lizakiem.

– Co ci je? – zapytał Alojz. – Bo wyglondosz jak czi ćwierci do śmierci.

Rysiek podjął kolejną próbę otwarcia oczu. Znowu okupioną bólem i, jak się okazało, bezowocną.

– Co mi się stało? – zapytał.

– Wersja dugo czy krótko?

– Krótka.

– Pieron cie ciulnoł.

Zwierzchowski sapnął. Mógł się spodziewać takiej odpowiedzi. Każdy przecież wie, że coś – zapewne kłopoty z ciśnieniem pod ziemią – miesza górnikom w głowach i zabarwia węglem poczucie humoru, czyniąc je czarniejszym niż amerykański prezydent.

– No dobra, a długa wersja?

Alojz westchnął.

– Legnąłżeś sie na tyn ligynsztul, godołżeś bez telefon, śmiołżeś sie jak gupi do syra, a tu nagle jak niy ciulło. Dostołżeś tym pieronym prosto bez łeb, a z ligynsztula łostała sie ino kałuża. Na szczyńscie nic wielgiego ci sie niy stało, dochtor godoł, że zaburzyło ci równowaga elektrolitów, ale poza tym…

– Czekaj, czekaj…

Zdumienie wygrało z bólem. Rysiek nie dość, że otworzył oczy, to jeszcze nawet podniósł się na łokciach. Grubego sąsiada widział teraz niewyraźnie; wyjątkowo tłusty hologram rodem z filmu science fiction.

– Wkręcasz mnie z tym piorunem, nie? Niebo było czyste, ani jednej jebanej chmurki!

Ramiona Alojza wzruszył ramionami.

– Możeś czym Pon Buczka szterowoł, fto wiy… Mie by to wcale niy dziwiyło. Pamiyntosz jeszcze, jak żeś tych kocików łod Jehowych nafutrowoł zistom z marihuanom? Abo jak żeś pisoł na drzwiach „Highway to hell”, jak ksiądz łaził po kolyndzie? Abo tych krysznowców, coś do nich z giwery cylowoł? Jo tam myśla, że fto by tam na wierchu niy rządził, to mosz u niego richtich przesrane.

Rysiek parsknął.

– Tak, całkowicie. I dlatego właśnie przeżyłem walnięcie piorunem bez szwanku?

– Dyć mosz zaburzono ta równowaga tego czegoś…

– Piorun, Alojz, kurwa!

Górnik skapitulował.

– A terozki sie już dobrze czujesz? – zapytał.

– Jak na kacu, ale poza tym w porządku.

Rysiek rozejrzał się po pokoju. Ostrość wzroku wróciła i bez trudu dostrzegł nie tylko swoje ubranie ułożone na krześle, lecz także spokojnie zdołał odczytać napis na wpiętym w klapę znaczku. Mrowienie też powoli zaczynało ustępować, ostatni lilipuci maruderzy kończyli swe wędrówki. Tylko ból przy każdym ruchu – to głupie uczucie, gdy człowiek uderzy o coś łokciem, ale rozlane na całe ciało – powracał falami, ilekroć się poruszył.

Co oczywiście nie przeszkodziło mu, by zaraz odrzucić kołdrę i zapytać:

– To co? Zbieramy się?

Alojz westchnął. Wiedział dobrze, że argument pod tytułem „lekarz kazał” zadziała na Zwierza jak maryjny apel o zachowanie czystości w przeciętnym polskim gimnazjum, dlatego też zamiast mówić cokolwiek, wstał i zdjął lustro znad umywalki wiszącej w kącie. Podsunął je przyjacielowi przed twarz.

– Jakbyś szukoł swoich łachów, to żech ci je wciepnął do kastlika – powiedział. – Ino niy wiym, czy to mondre. Niy chciołbyś sam na trocha zostać, poleżeć i dychnońć?

Rysiek już miał odpowiedzieć złośliwostką, ale zamarł w pół słowa. Twarz, którą zobaczył w lusterku, nie była bowiem obliczem podstarzałego, wciąż jednak dziarskiego rockmana. Z lustra gapił się na niego zmęczony starzec o obwisłych policzkach porośniętych jednodniową, niemal białą szczeciną. Do tego podkrążone oczy, usta spierzchnięte i spękane jak u rajdowca po Dakarze… Nie, zdecydowanie nie nadawał się teraz na listę seksownych tetryków imienia Seana Connery’ego. Ani na kogoś, kto powinien już, teraz natychmiast, opuszczać szpital.

– Dochtor pedzioł, że wejrzy sam za jakoś godzina – powiedział Alojz, odwieszając lustro na miejsce. – Byś sie może do tego czasu drzymnoł trocha? Chociaż i tak za chwila pewnie przidom te twoje współlokatory.

– Kto?

Górnik spróbował ironicznego uśmiechu, ale cztery podbródki, niczym odważniki, skutecznie ściągały mu usta ku dołowi.

– Chopie, dyć to jes polski szpital, ja, choćbyś sie zdrzistoł, to niy bydziesz mioł cołki izby dlo siebie – stwierdził. – I tak możesz być rad, żeście niy dostali czech chrapiących opów.

Zerknął na zegarek od sztygara, elegancki i gustowny jak stara łada, i sapnął. W sapaniu był naprawdę dobry.

– Byda już szoł. Cza ci coś jeszcze? Załonczyć ci tyn telewizor?

– Możesz. – Rezygnacja w głosie Zwierza sprawiła, że zaczął brzmieć tak, jak wyglądał. – Zobacz, czy na którymś kanale mają jakieś wiadomości.

– Dobra.

Trochę pocieszające były dla Ryśka newsy świadczące o tym, że reszta świata też miała się tego dnia raczej do dupy. Ktoś strzelał do mimów na krakowskim Rynku, dziwne wyładowania nad stadionem Lecha Poznań sprawiły, że przerwano mecz, a kilka osób odwieziono do szpitala z poparzeniami. Gdzieś na Kielecczyźnie grom z jasnego nieba walnął w stodołę, a w Niemczech i Francji rozgościły się meteoryty. Ten, który wylądował w ojczyźnie win i serów, był zdecydowanie masywniejszy, za to Niemcy mieli ich dużo więcej, rozrzuconych po całym kraju. Naukowcy z minami, jakby właśnie przyłapano ich na zbytnim spoufaleniu z laboratoryjnymi małpami, mówili, że nie mogli tego przewidzieć, bo kamienie pojawiły się znikąd już w naszej atmosferze. Jak w jakimś tanim filmie science fiction.

Gdzieś w połowie wiadomości sportowych – wydarzeniem dnia był ów feralny mecz Lecha, a także towarzyski pojedynek golfowy prezydenta Obamy i zrehabilitowanego po sekscesach Tigera Woodsa – do sali przydreptał zgarbiony staruszek, jak się okazało z łóżka pod oknem. W jednej ręce trzymał pojemnik z moczem, dłonią drugiej delikatnie głaskał jego wieczko. Brakowało tylko, by mówił do niego „ssskarbie”.

Rysiek chrząknął, zaznaczając swoją obecność. Staruszek go zignorował.

– Hej, dziadek!

Starzec, skryty w swoim własnym świecie, niczym żółw z bajki Ezopa, wciąż szedł w stronę łóżka, nie przestając głaskać pojemniczka. Rysiek wycelował w niego pistoletem z palca.

– Ej, sta… – zaczął, ale nie dokończył, bo poczuł dreszcz, a z jego palca wystrzeliła elektryczna wiązka podobna trochę do dzikiego leśnego pnącza, tyle że srebrno-niebieska. Gdy sięgnęła staruszka, ten wyprostował się gwałtownie, zgniatając kubeczek. Mocz rozprysnął się po pokoju.

Zwierzchowski cofnął palec, a wtedy dziadek, niczym nadmuchiwany ludek pozbawiony nagle powietrza, sflaczał i złożył się na podłodze.

– No pięknie – mruknął Rysiek.

Wcisnął przycisk dzwonka alarmowego, myśląc intensywnie, co powie pielęgniarce.

„Hej, dziunia, zróbcie coś z dziadkiem, bo go walnąłem elektryką z palca” raczej odpadało, jeśli nie chciał zaliczyć szybkiej przeprowadzki na inny, mniej otwarty oddział. Może więc po prostu zawał?

I to właśnie powiedział, gdy pulchna pielęgniarka o urodzie włoskiej matrony – z obowiązkowym wąsikiem – zjawiła się w końcu w progu.

Kobieta zawołała kogoś z korytarza, po czym podeszła do staruszka i przyklęknęła w kałuży jego sików.

– Widział pan atak? – zapytała.

Zwierzchowski skinął głową.

– Jakby go prąd poraził.

Zaraz potem zjawiła się druga pielęgniarka, młodsza, możliwe, że dopiero na stażu, pchając przed sobą łóżko na kółkach. Raz-dwa wsadziły na nie staruszka i wywiozły z sali nie wiadomo dokąd. Rychu został sam z jazgotem telewizyjnego bloku reklamowego i smrodem starczego moczu. I własnymi myślami, rzecz jasna.

– Co ja właściwie zrobiłem? – zapytał na głos.

Przyglądał się swojemu palcowi wskazującemu. Robił to ostrożnie, nie celując w siebie opuszkiem i starając się nie patrzeć na paznokieć.

W końcu, po dokładnych oględzinach całej dłoni, uznał, że to jednak majak. A że była to całkiem rozsądna myśl w całkiem nierozsądnej sytuacji, oczywiście uchwycił się jej natychmiast. Dziadek dostał zawału na środku sali, a on całą resztę dorobił sobie w głowie. Przecież zarobił w nią piorunem, mógł nie myśleć do końca trzeźwo.

– Albo to, albo strzelasz prądem, brachu – zadrwił, układając palce w główkę rogatego diabła.

Pomiędzy palcami małym i wskazującym pojawiła się elektryczna wiązka.

O ja pierdolę, pomyślał Rysiek.

– O ja pierdolę – powiedział na głos.

Nie odrywając wzroku od ręki, wycelował nią w telewizor.

– Strzel – rozkazał.

I strzelił. Wiązka uderzyła w telewizor, zawinęła się kilka razy wokół obudowy i… wysadziła odbiornik. Wywalając przy tym bezpieczniki w całym skrzydle szpitala.

– Ups – jęknął Rysiek i natychmiast schował rękę pod kołdrę.

Uznał, że bez względu na to, jak wygląda i jak się czuł jeszcze przed chwilą, najwyższa pora stąd znikać. Jeszcze ktoś go obciąży za ten telewizor albo co…

Odczekał trochę na wypadek, gdyby w sali miał się zjawić jakiś sanitariusz, po czym ostrożnie podniósł się z łóżka i wyciągnął z szafki elegancko poskładane ciuchy, które przyniósł mu Alojz. Spodnie i koszulkę sąsiad musiał kupić po drodze, bo miały metki i śmierdziały nowością, ale Rysiek i tak doceniał gest. Poza tym było to, co najważniejsze – złożona na cztery ramoneska.

Wyciągnął ją, rozprostował i powiesił na krześle.

Resztki telewizora na stojaku skwierczały jak przypiekany bekon, a na korytarzu rozpętała się wrzawa wywołana nagłym brakiem prądu, ale zupełnie na to nie zważał. Musnął palcami żółto-czarny okrągły znaczek, a gdy to zrobił, po zamku skórzanej kurtki przebiegła błyskawica.

– Tak, maleńka – mruknął rockman. – Widzę, że to czujesz, co?

Szybko założył spodnie i koszulkę od Alojza, wzuł buty i dopiero wtedy, z pewnym namaszczeniem, zdjął kurtkę z oparcia i wciągnął ją na grzbiet. Wychodząc, zerknął jeszcze do lustra i z przyjemnością stwierdził, że znów był całkowicie sobą – świątkiem wystruganym w dębie na cześć gitarzysty Stonesów.

Wśród powszechnej wrzawy, co rusz potrącany bądź przeganiany przez sanitariuszy dziarsko gnających na wyciemniony OIOM, Rysiek opuścił szpital.

KRAKÓW

To była pierwsza podróż Benforda polską koleją i młody Anglik raczej nie zaliczał jej do miłych doświadczeń. Pociąg spóźnił się niemal półtorej godziny, był potwornie obłożony, a wszędzie dominował smród z niedomykających się toalet. W tych okolicznościach nawet zwykłe przepychanie się konduktora sprawdzającego bilety byłoby, zdaniem Benjamina, pewnym nietaktem. A już wędrowanie całej konduktorskiej załogi i notowanie w zeszycie celu podróży, rodzaju ulgi i ceny biletu każdego z podróżnych, dalece przekraczało granicę bezczelności.

Mimo to Benford nie skarżył się ani słówkiem, a gdy przyszło co do czego, grzecznie i spokojnie okazał wydrukowany bilet.

Na nic mu się ta uprzejmość nie zdała, bo konduktor tylko spojrzał na wydruk i prychnął:

– Co ty mi tu dajesz? Bilet proszę do kontroli.

I znowu, inny by się pewnie zirytował czy to sytuacyjnym kontekstem, czy to tonem wypowiedzi kontrolera, ale Benjamin był ponad to. Od razu spostrzegł, że jego rozmówca jest człowiekiem starej daty, niekoniecznie obeznanym z technicznymi nowinkami, a do tego ma, sądząc po grubości szkieł w okularach, poważną wadę wzroku. Dlatego zamiast wybuchnąć, Anglik uśmiechnął się tylko.

– Ależ to jest mój bilet, proszę pana. Kupiłem go online, zapłaciłem przelewem i wydrukowałem potwierdzenie. Tutaj ma pan specjalny kod obrazkowy, który…

– Co ty tu, chłopie, chrzanisz? – wszedł mu w zdanie drugi konduktor, ten z notesem. – Na ten pociąg nie ma biletów w sieci. One są na ekspresy.

Benjamin wzruszył ramionami.

– W takim razie ten pociąg musi stanowić korzystny dla mnie wyjątek, bo widzi pan, mam wydruk biletu. Mogą go panowie sprawdzić na czytniku i…

– Nie będę sprawdzał nic niewartych świstków. Bilet proszę!

– Przecież panu podaję.

– Prawdziwy!

Benford przejechał ręką po twarzy. Nie, nie da się wyprowadzić z równowagi; nie pozwoli sobie na utratę kontroli. W przyszłej pracy, do której wszak przygotowywał się także i w tej chwili, przyjdzie mu jeszcze nie raz spotkać się z prawdziwie absurdalnymi sytuacjami. To w ogniu takich zdarzeń hartuje się stal doświadczenia.

– Dobrze zatem – powiedział. – Proszę o wypisanie mi kary za brak biletu, a ja się od niej odwołam, używając tego wydruku. Możemy to tak załatwić?

Pierwszy konduktor uśmiechnął się z wyraźną satysfakcją.

– Widzisz? Od razu trzeba było się przyznać, a nie takie chuje-muje astronauci. Dowód osobisty proszę.

Benjamin podał swój angielski paszport.

Konduktor obejrzał go, zupełnie jakby przyglądał się nieznanej roślinie. Przewertował, spróbował coś spisać, zrezygnował i podał koledze. Ten zrobił niemal dokładnie to samo, tylko z bardziej skupioną miną, aż wreszcie oddał dokument Benfordowi.

– A polskiego nie masz?

– Niestety nie. – Benjamin wzruszył ramionami. – Jestem obywatelem brytyjskim, polskie dokumenty mi nie przysługują. Ale jak trzeba coś pomóc, przetłumaczyć, to ja…

– Dobra, to dawaj jeszcze raz tamten świstek.

Pierwszy konduktor wyrwał Benjaminowi z ręki wydruk biletu, skasował go i cisnął chłopakowi na kolana.

– Zachciało nam się pieprzonej Unii! – warknął jeszcze na odchodne, po czym wyszedł z przedziału.

Benjamin westchnął ciężko, schował bilet i uśmiechnął się do siedzącej przy oknie starszej kobiety. Jeżeli jednak liczył na zrozumienie, srodze się zawiódł, bo pasażerka zmierzyła go tylko wzrokiem pełnym pogardy.

– I co się tak cieszycie? – mruknęła. – Ładnie to tak śmiać się, że ktoś czegoś nie umi? Zresztą z wos to też taki Anglik, jak ze mnie królowa Bona. Nie godaliśbyście tak ładnie po polsku…

– Z rodzicami pewnie na zmywak pojechał i się Angolom zaprzedali – wtrącił się wąsaty jegomość siedzący naprzeciwko kobiety.

Do tej pory spał z twarzą ukrytą pod marynarką, ale, jak przystało na prawdziwego Polaka, gdy temat bogoojczyźniany, to przepuścić go grzech.

– Takich to teraz cała masa – kontynuował. – Nic, tylko na obywatelstwo obce dybią, a potem wracają do kraju i się chwalą, że niby lepsi.

Wąsacz powiódł wzrokiem po pozostałych pasażerach, ale ci uznali najwyraźniej gremialnie, że lepiej się nie wtrącać. Dziewczyna siedząca naprzeciw Benjamina zajęła się czytaniem starych SMS-ów, gruby jegomość zanurzył nos w „Wyborczej”, a parka między Benfordem a wąsaczem mocniej wtuliła się w siebie. To zdecydowanie nie była reakcja, jakiej mężczyzna oczekiwał.

– I jeszcze cały Kraków nam zarzygują – dorzucił na koniec, po czym ponownie schował się za marynarką głuchy na ewentualne riposty.

Ale Benjamin i tak nie zamierzał odpowiadać. Bo raz, że go zatkało, a dwa, że pociąg właśnie wjechał do Katowic.

KATOWICE

Na śląskim osiedlu nie możesz oberwać piorunem i pozostać anonimowym.

Nawet jeśli stało się to w południe, gdy większość ludzi była w pracy, a nawet gdy twój kolega, były górnik, zareagował natychmiast, wzywając pogotowie, zanim twój leżak przestał się tlić, gdzieś w którymś oknie z pewnością czuwała jakaś stara baba z wielkimi cycami na puchowej poduszce. I widziała, co zaszło.

Wystarczyła jedna taka, by wiadomość dotarła do całego osiedla w mniej niż dzień. W godzinę, jeśli plotkara umiała obsługiwać komórkę.

Rysiek wiedział o tym doskonale, toteż wracając ze szpitala, przezornie wysiadł przystanek wcześniej i ostrożnie, niczym najstarszy i najgorzej ubrany ninja świata, podkradł się pod własny blok. Drzewka i krzaki były mu osłoną, serialowa pora w telewizji sprzyjającą okolicznością.

Tak jak się spodziewał, na miejscu przy trawniku gromadziła się wciąż grupka gapiów, wśród nich kilku gości z aparatami i ekipa z TVS. Młoda dziennikarka w eleganckiej garsonce rozmawiała właśnie z Kotulową spod czterdziestkidziewiątki, więc można się było spodziewać, że reportaż opowie o tym, jak to Bóg ukarał wreszcie antychrysta.

– Chrzanić, wrócę później – powiedział na głos Rysiek.

Wyprostował się i przetrząsnął kieszenie kurtki w poszukiwaniu lufki. Z wąskiej przegródki ukrytej za podszewką wyjął srebrne zawiniątko. I już miał nabić lufkę zielem, gdy coś mu się przypomniało.

Fender!

Jego ukochana gitara, pamiętająca nawet te imprezy, o których Rychu chciał zapomnieć. Ozdobiona autografami sław i legend rocka tak gęsto, że trudno było na niej dostrzec oryginalny lakier. Na tę gitarę – jeżeli wierzyć gnojkowi, od którego Rysiek kupił fendera lata temu – zrzygał się kiedyś Richards!

Gdzie jest teraz? Czy zabrał ją Alojz? A może ktoś ukradł albo…

Zwierzchowski spojrzał na trawnik i na leżące na nim nadtopione resztki leżaka. Gdy to się stało, przypomniał sobie, gdy rozmawiałem przez telefon z Janką vel Janice, gitara stała tuż przy mnie, z gryfem na oparciu. Więc skoro tak skończył leżak…

– Mnie nie stało się nic – powiedział do siebie, ale na głos, co było błędem, bo nie brzmiał przekonująco.

W końcu doszedł do wniosku, że zna tylko jeden sposób, by się upewnić. Schował lufkę do kieszeni i mijając swój blok szerokim łukiem, pognał do mieszkania Alojza.

Górnik nie powitał go z radością.

– Jo to dupca! Ty giździe! – ryknął. – Dyć miołżeś leżeć w tym szpitalu! Łoni już sami nawet za tobom dzwonili, wszyndzie cie szukajo, a ty…

– Alojz, nie ma czasu na mizianie. Fender. Gitara. Gdzie jest?

– Dupc ta gitara, karlusie. Pieron cie przeca piznoł, to niy możesz tak po placu lotać, ino…

Za plecami Zwierza szczęknęły drzwi.

Zaraz pewnie wylezie na korytarz głupia sąsiadka i zrobi chryję na cały blok, pomyślał Rysiek. Tylko tego mi tu teraz trzeba. Uniósł dłoń i podobnie jak w szpitalu, ułożył palce w diabełka. Ciekawe, czy i tym razem…

Zadziałało. Pomiędzy palcami przeskoczyła błękitna wiązka, Alojz się zamknął, a Rychu, odepchnąwszy przyjaciela drugą ręką, wparował do jego mieszkania i zamknął za sobą drzwi.

– Tak więc fender – powtórzył, zaciskając dłoń w pięść. Elektryczność spłynęła po dłoni i ukryła się w rękawie. – Wiesz, co się z nim stało?

Górnik pokiwał głową, niezdolny wydobyć słowa. Oczy miał tak wielkie, że wyglądał jak Budda w interpretacji japońskiego komiksiarza. Potrzebował naprawdę długiej chwili i wielu sapnięć, zanim wreszcie wydusił z siebie:

– Co… Co to… było? Ta iskra?

Mógł nie pytać. Znał Zwierza.

– Taki bonus do leczenia teraz dają – wyjaśnił Rysiek zupełnie spokojnie. – Wiesz, wszyscy walczą o pacjentów, kuszą bajerami, więc jak cię walnie piorun, to dostajesz coś takiego. Ale nie pytaj, co jest za migdałki albo raka prostaty, bo to jeszcze niedopracowany system. Skończyliśmy już te miłe pogaduszki? Dowiem się wreszcie, kurwa, co z moją gitarą?!

Zaskwierczało i po przedpokoju rozszedł się smród palonego linoleum. Obaj mężczyźni spojrzeli pod stopy.

– Fuck – jęknął Rysiek na widok dwóch czarnych, dymiących obwolut wokół swoich butów. – Sorry, chyba nie powinienem się teraz wkurzać.

Alojz znowu sapnął i pokręcił głową. Powtarzalność tych gestów świadczyła wyraźnie, że w stresowych momentach nie był raczej bogiem elokwencji.

– Doczkej ino, Richard – powiedział.

Wyminął Zwierza i wszedł do pokoju. Wrócił z kawałkiem gryfu i nadtopionym mostkiem uczepionym niekształtnej bryłki węgla.

Rysiek wziął resztki instrumentu na ręce, przez chwilę mu się przyglądał, po czym pogładził tak, jak się głaszcze najukochańsze dziecko.

Gdy podniósł głowę, miał zaszklone oczy.

– Alojz, masz coś do picia?

– Zgupiołżeś, że musisz pytać? – odparł górnik.

Nie bacząc na ewentualne wyładowania, błyski czy błękitne wiązki elektryczności, objął przyjaciela ramieniem i poprowadził do stołowego. Na wytopione w linoleum ślady stóp nawet się nie obejrzał.

WIECZÓRKATOWICE

Tramwaj numer dziewiętnaście zatrzymał się gwałtownie i Blacha całym ciężarem naparł na stojącą przed nim parę. Uderzył w plecy drobnego chłopaka, i to z takim impetem, że tamten puścił uchwyt i tylko ścisk uchronił go przed upadkiem.

– Sorry – mruknął Blacha.

Nie był świnia, poza tym miał na sobie adidasa, a to zobowiązywało.

– Nic się nie stało – odparł tamten.

Towarzysząca mu dziewczyna obrzuciła jednak Blachę gniewnym spojrzeniem i szepnęła coś wymoczkowi na ucho. Chłopak pokiwał głową energicznie i oboje zachichotali.

Zupełnie jak dwie baby, pomyślał Blacha i w jednej chwili zdjęło go przerażenie. A co, jeśli to jednak nie chłopak? Co, jeśli właśnie uderzył dziewczynę? Niby przypadkiem, każdemu może się przytrafić, ale jakoś chłopakom z Irysa, wiernym fanom Ruchu, do tej pory się nie zdarzało.

Blacha musnął naszytą ręcznie na dres niebiesko-białą naszywkę z literką R. Jak Ruch, oczywiście, ale równie dobrze mógł to być inicjał od słowa „rycerz”, bo chorzowscy kibice byli przecież zawsze rycerscy jak sama kurwamać. A rycerze nie biją przecież kobiet…

Tramwaj wszedł w kolejny łuk i obrócił parą, dzięki czemu Blacha mógł zobaczyć twarz wyrostka. Dostrzegłszy zarys wąsa i hiszpańskiej bródki, odetchnął z ulgą, nie ulegało bowiem wątpliwości, że walnął jednak faceta. No, chłopaka.

I już miał wrócić do toczonej wcześniej z kompanami dyskusji na temat tego, jaką przyśpiewkę najlepiej teraz uskutecznić, gdy zupełnie nagle opadła go kolejna myśl, jeszcze straszliwsza niż poprzednia. A jeśli właśnie dotknął pedała?

Już sam pomysł wstrząsnął nim do głębi, a krążące w jego żyłach promile natychmiast zasugerowały, że powinien na wszelki wypadek spacyfikować potencjalnego geja – w razie czego tam na górze Bóg rozpozna swoich. Ale rycerska natura i obecność dziewczyny, w którą wtulał się chudy delikwent, sprawiły, że Blacha postanowił się upewnić.

– Te, tyś je jakiś cwel? – zapytał najgrzeczniej jak potrafił. Doprecyzował nawet, by uniknąć ewentualnych dwuznaczności: – Dupisz sie z chopami?

Było to rzeczowe zagajenie, szczere i uczciwe postawienie sprawy, ale ani wąsaty drobiazg, ani jego towarzyszka najwyraźniej nie docenili intencji Blachy, bo odsunęli się tylko, przytulając do słupka przy drzwiach.

Zaraz potem, gdy tramwaj zatrzymał się na przystanku WPKiW Wejście Główne, drobiazg i dziewczyna wysiedli i pognali schodkami w dół, do przejścia pod Chorzowską.

Blacha sapnął wściekle. Był zmęczony, ale takiej zniewagi wobec niego, dresu i naszywki z literą R nie mógł przecież puścić płazem. Grzecznie się przecież pytał i grzeczną, do chuja, powinien dostać odpowiedź. Przecież jak to był cwel, to należałoby wyprać dres – nie takie znowu hop-siup, odkąd starym siadła waszmaszyna.

Skinął więc na towarzyszących mu Drona i Ziutę i przepychając się, ruszył do wyjścia. Koledzy rycerze podążyli za nim. Na krucjatę.

W cieniu „kukurydz”, tuż za placem zabaw obok Osiedlowego Centrum Kultury – tak, tego samego, na którego murach dumnie widniało godło Gieksy – znajdowało się niewielkie jeziorko skryte pośród drzew. Trudno je było przeoczyć, w dzień bowiem skrzyło się w blasku słońca, w nocy z kolei odbijało w swej tafli światło lamp – albo gwiazd, gdy latarnie z jakichś powodów gasły.

Legenda mówi, że ktoś kiedyś po pijaku pomylił owo odbicie z prawdziwym nieboskłonem i zaczął wrzeszczeć, że kawałek nieba spadł do lasu. Jakiś dziennikarz spłodził potem dydaktyczny artykuł o szkodliwości picia alkoholu, a Rychu napisał na ten temat balladę.

Utwór Pomylone gwiazdy spodobał się Niedźwieckiemu i byłby zawojował listę radiowej Trójki, gdyby Zwierzu z zespołem zjawili się w studiu nagrań radia, by zrobić utwór porządnie. Ale z Katowic do Warszawy droga daleka, a że wódka była wtedy tańsza, a kobiety chętniejsze… do nagrania nie doszło. Utwór przepadł, a jeziorko tkwiło nadal w tym samym miejscu niczym wyrzut sumienia.

I właśnie przy nim, stojąc na rozmiękłym, porośniętym trawą brzegu, Zwierzchowski, solidnie zaprawiony Alojzową śliwowicą, postanowił pożegnać się ze swoim fenderem.

Słońce przed momentem zaszło, szum liści targanych wzmagającym się wiatrem brzmiał jak stadionowa wrzawa, a od wody bił kloaczny odór. Na ścieżce za linią drzew i krzaków pojawili się rowerzyści w zabawnych kaskach i ochraniaczach na przyrodzenie, chwilę potem z podziemnego przejścia wyszła w pośpiechu jakaś wystraszona para, a za nimi grupa kibiców Ruchu.

Rysiek zakołysał się, wziął bucha z lufki i wymruczał:

We roll tonight

To the guitar bite.

Yeah, yeah, oh…

A cappella i bez gitarowego intro nie zabrzmiało to rewelacyjnie, ale każdy, kto kiedykolwiek słyszał śpiewającego Ryśka, wiedział, że jego wokal miał w sobie nieodparty urok. Lekko schrypnięty, ale niezwykle melodyjny niczym dźwięki ze starego winylu. Poza tym ta piosenka, For Those About to Rock, zdaniem Ryśka niosła ze sobą istotny przekaz. Była manifestem ludzi, którzy złożyli życie na ołtarzu rock and rolla. Tych, którzy wybrali trudną i pełną osobistych poświęceń ścieżkę rockmana. Podążających drogą powołania, by…

Rysiek nigdy nie kończył tej myśli, bo zwykle gdy ją wygłaszał, był już tak pijany i spalony, że cierpiał na niedobór trudnych słów. Ale każdy, kto z nim balował, i tak wiedział, o co chodzi.

Pożegnanie fendera trwało, a Rysiek wyraźnie się rozkręcał.

Stand up and be counted

For what you are about to receive.

We are the dealers,

We’ll give you everything you need.

Hail, hail to the good times,

’Cause rock has got the right of way.

We ain’t no legend, ain’t no cause,

We’re just livin’ for today.

Już-już miał wejść w refren, gdy nagle dobiegły go krzyki z alejki. Kilka głosów, w tym jeden wyraźnie wzburzony. Było coś o odwadze osobistej i honorze, o rycerskości, prawdziwych chrześcijańskich wartościach i duchu walki. A wszystko solidnie zaprawione kurwami, chujami, cwelami i całą masą śląskiej gwary.

Rysiek umilkł. Nie będzie się przecież przekrzykiwał z małolatami. Takich słowno-pięściowych utarczek było na osiedlu pewnie z kilkanaście każdego wieczora i żadna nie trwała dłużej niż kwadrans. Dwa wyzwiska, kilka prostych, krew i zęby – ot i cała filozofia Tauzena.

I rzeczywiście. Po chwili krzyki ustały, a Rysiek zamknął oczy i zanucił:

For those about to rock, we salute you…

– I pamiyntej sie, jebany cwelu, że fto z Ruchem sie ciulo, łod Ruchu bydzie mioł naciulane!

For those about to rock…

– Słyszołżeś, pedale?!

Zwierzchowski nie wytrzymał. Ucałował gryf, cisnął fendera do wody i wyszedł na alejkę.

Zrobił to akurat w chwili, gdy najwyższy i największy spośród trzech kiboli Ruchu złapał za fraki chudego chłopaczka. Dwóch pozostałych trzymało dziewczynę dzieciaka, jeden zasłaniał jej usta. Można by powiedzieć – normalna sytuacja na Tauzenie, ale piorun i utrata gitary sprawiły, że Rysiek potraktował sprawę osobiście.

Ułożył palce w diabełka i upewnił się, że wciąż ma w sobie to coś. Następnie, wykrzywiając się w paskudnym uśmiechu, wstąpił w krąg światła. Splótłszy ręce na piersi, wyglądał trochę jak dżin z butelki whiskey Ozzy’ego Osbourne’a.

– Trochę za wcześnie was wyrzuciło, chłopaki – powiedział, wskazując głową na nie tak znowu odległe graffiti z godłem Gieksy. – Nie żebym na co dzień miał coś do tego, ale straciłem właśnie coś cennego i mam ochotę spuścić komuś łomot. A wy panoszycie się nie po swoim podwórku. Spierdalacie czy pomóc?

Rycerze Ruchu popatrzyli po sobie zdumieni. Z wrażenia nawet wypuścili swe ofiary, które oddaliły się w pośpiechu na bezpieczną odległość i przystanęły, by zobaczyć, jak się sprawa potoczy.

Blacha wiedział, że misja na terenie gieksiarskich cweli wymaga precyzji, a nie demolki. Chirurgicznej operacji, nie rąbania siekierą. Wyrwania chwasta, nie orania pola. Na cóż jednak była ta wiedza, skoro na tej nieprzyjaznej ziemi nawet starcy wyglądali jak kretyni z pornola sado-maso, a do tego otwarcie szukali śmierci?

Mimo to, nie bacząc na fakt jawnej obrazy, Blacha postanowił, że dziadkowi daruje i nie zrobi mu za dużej krzywdy. Ot, najwyżej lekko go trzepnie w tył głowy i najuprzejmiej na świecie powie mu, żeby się oddalił. W obliczu tego, co mógłby zrobić, to i tak będzie akt miłosierdzia i łaski. Sam Jezus nie zachowałby się łaskawiej.

– Skończ się ciepać, dziadek, bo ci… – zaczął, robiąc krok do przodu.

Nie zdołał jednak dokończyć, bo odziana w skórę koścista mumia rockmana wycelowała w niego chudym palcem i wystrzeliła srebrzysto-niebieską wiązką elektryczności. Blacha chciał zawołać „co je, kurwa”, ale poczuł mocny, przeszywający go dreszcz, po czym obraz przed oczami mu się zamglił i kibic runął na ziemię.

Tym razem strzał okazał się dla Rycha trudniejszy. Dreszcz, który poczuł, sprawił, że kolana zrobiły się jak z waty, w płucach paliło go, jakby przed chwilą przebiegł kilka kilometrów, a obraz na chwilę zrobił się czerwony. Do tego znów ogarnęło go to paskudne uczucie, jakby całe jego ciało było łokciem, który właśnie wyrżnął o szafkę. Znany już metaliczny posmak w ustach jeszcze się nasilił i Rysiek był pewien, że gdyby teraz splunął na trawę, ta z sykiem zamieniłaby się w siano.

Mimo to widok padającego łysego wielkoluda sprawił mu nielichą satysfakcję i pchnął go do działania. Bez namysłu ruszył więc na dwóch pozostałych „rycerzy”. Z każdym jego krokiem rozlegał się trzask, elektryczne wiązki biegały po nim jak naspidowane węże, a zaciśnięte pięści przypominały energetyczne kule.

Kibice wytrzymali jeszcze moment, po czym, nie bacząc na nieprzytomnego Blachę, rzucili się w stronę przystanku, nie oglądając za siebie.

– Rock and roll! – wrzasnął jeszcze Rysiek.

I zgasł.

Zaraz potem osunął się na kolana, na przemian kaszląc i dysząc ciężko. Przed oczami niczym w kalejdoskopie przemykały mu wielobarwne plamy, a cała reszta wyglądała, jakby ktoś chciał zrobić obrazek w sepii, ale przesadził z czerwienią.

Powinieneś coś powiedzieć, przemknęło mu jeszcze przez myśl. Dokopałeś wielkim gościom. Jesteś bohaterem i powinieneś na koniec rzucić jakimś żartem. Taka jest zasada. Otworzył usta i… zemdlał.

DZIEŃ DRUGI, PORANEKKATOWICE

Choć teoretycznie śniadanie w hotelu Novotel w Katowicach było dostępne od godziny szóstej trzydzieści, obsługa bardzo się zdziwiła, gdy dokładnie minutę po wpół do siódmej w jadalni zjawił się pierwszy gość. Zdumieli się jeszcze bardziej, gdy zobaczyli, w jak niezwykły sposób ów młody człowiek układa na talerzu plastry szynki i sera, jak tworzy wzór z ogórków i przygotowuje tosty. Z każdego jego ruchu biła gracja i pewność właściwa raczej wieloletnim mistrzom kuchni, a nie przygodnym podrostkom.

W końcu, gdy jego talerz bardziej kojarzył się z dziełem sztuki niż hotelowym śniadaniem, chłopak rozsiadł się przy stoliku przy oknie i z przepastnej kieszeni bojówek wyjął elegancki tablet Samsunga. Wklepał hasło połączenia sieciowego, otworzył stronę, oparł tablet o solniczkę, po czym zajął się równoczesnym studiowaniem newsów oraz szykowaniem i jedzeniem kanapek. Wszystko natomiast robił z taką pewnością siebie i wprawą, że nikomu z obsługi do głowy by nie przyszło pytać go o numer pokoju i o to, czy w ogóle jest zameldowany w hotelu.

Gdzieś między drugim a trzecim kęsem na ekranie urządzenia pojawiła się roztrzęsiona zielona słuchawka. Chłopak puknął w ekran i zaraz w miejscu internetowego serwisu z lokalnymi wiadomościami – gdzie królował artykuł o człowieku ukaranym piorunem za grzeszne życie – pojawiła się twarz mężczyzny po czterdziestce. Przystojna, choć surowa i poznaczona zmarszczkami zwłaszcza w okolicach oczu, co nadawało jej wyraz wiecznie srogiej. Wrażenie to pogłębiało jeszcze wysokie czoło mężczyzny i cieniutki wąsik, za których sprawą mężczyzna wyglądał jak podupadły, zgorzkniały lord ze starego filmu.

– Witam cię, Benjaminie – powiedział po angielsku z akcentem tak brytyjskim, że zdawało się, jakby każda sylaba chciała wyśpiewać God Save the Queen. – Odczytałem twoją wiadomość i rozumiem, że wracasz dzisiaj do domu?

– Tak, ojcze. – Benford junior skinął głową. – Mam już zarezerwowany bilet i powinienem zdążyć na podwieczorek.

– To wyśmienicie, Benjaminie, doprawdy! Jutro rano jestem bowiem umówiony z lordem Drakiem, który szuka kogoś dla swojego syna. Ufam, że w takim przypadku dołączysz do mnie i wybierzemy się tam wspólnie? Jeżeli w przyszłości miałbyś dla nich pracować, byłoby wskazane, abyś poznał ich zawczasu, ocenił…

Benjamin westchnął cicho. Troszkę uwierało go to, że ojciec nawet nie zapytał o próbę. Uznał za oczywiste, że wszystko poszło idealnie, czy też mało go ona obchodziła? Obie odpowiedzi były równie prawdopodobne, więc serce i rozum chłopaka toczyły w tej kwestii zażarty bój. Pewnie gdyby mogły, poszłoby na pistolety.

– Benjaminie, słyszysz mnie? – ponowił pytanie starszy Benford. – Co ty na to, żebyśmy…

– Z przyjemnością pójdę z tobą do Drake’ów, ojcze.

– Wybornie, mój synu. Widzimy się w takim razie za kilka godzin.

Nie czekając na odpowiedź, starszy Benford przerwał połączenie i na ekranie tabletu znowu pojawił się lokalny serwis informacyjny. W trakcie rozmowy strona zdążyła się odświeżyć i teraz inny news figurował na środku ekranu. Nagłówek ryczał:

BATMAN NA KATOWICKIM OSIEDLU?

Tuż pod nim, w krótkiej zajawce, reporter napisał:

Dwoje młodych ludzi twierdzi, że przed ulicznymi chuliganami uratował ich zamaskowany, ubrany na czarno mężczyzna.

– Walczył jak zawodowiec, a na koniec dosłownie poraził ich prądem – twierdzi świadek zdarzenia. – Zupełnie jak jakiś superbohater.

Ręka Benjamina zadrżała, gdy uniósł ją, by trafić w rozszerzenie artykułu. Jego serce tłukło się w piersi jak szalone.

Czyżby to był znak? Dowód, że marzenia jednak się spełniają? – myślał, zabierając się do lektury.

Gdy skończył czytać, był pewien, że nie zdąży na samolot.

POŁUDNIE

Rysiek nie miał pojęcia, ani jak trafił do domu, ani tym bardziej, jak to się stało, że dał radę zdjąć buty i spodnie, zanim położył się do łóżka. Ostatnim, co pamiętał, był pochówek fendera nad jeziorem i smażenie kiboli nowo nabytą mocą. A potem…

Potem wielka dziura w pamięci, ale nie trzeba było Sherlocka Holmesa, by wyciągnąć logiczne wnioski z nowych puszek po piwie walających się po podłodze i ledwie napoczętej flaszki stojącej na parapecie. Musiał nad nią czuwać jakiś święty od alkoholików, że w nocy nie spadła strącona przez połączone siły wiatru i otwartego na oścież okna.

Teraz, ledwo otworzył przekrwione oczy, Zwierzchowski wgapił się w butelkę, mając ogromną nadzieję, że jego nabyte moce zawierają w pakiecie sztuczkę Jedi. Tę z przyciąganiem przedmiotów.

I byłby tak pewnie siedział z godzinę, gdyby ktoś nie zadzwonił do drzwi. Raz, potem drugi, trzeci, czwarty – w równych odstępach co trzydzieści sekund.

W końcu Rysiek nie wytrzymał. Zwlókł się z łóżka i poczłapał do drzwi. Gdy je otworzył, zobaczył młodego chłopaka w eleganckim garniturku i z plecakiem. Skrzywił się z wyraźną niechęcią.

– Dzień dobry – odezwał się dzieciak. – Czy mam przyjemność z panem Zwierzchowskim?

– Jestem Zwierzchowski – potwierdził Rysiek. – Ale przyjemności ze mną mieć nie będziesz. Czego chcesz?

– Chciałem podziękować za wczorajsze uratowanie życia. Wie pan, przy tych kibicach mało nie narobiłem w portki i…

Rychu zmarszczył czoło.

– To byłeś ty? – zapytał. – Kurde, coś mi się we łbie mieli, bo wczoraj wyglądałeś zupełnie inaczej. I jak tam? Z dziewczyną w porządku?

Chłopak wyszczerzył się w najszczerszym i najgłupszym uśmiechu, na jaki stać nastolatka.

– Jest super, od wczoraj nie przestaje mówić o panu i tych iskrach, którymi pan strzelał. Chciała przyjść tu ze mną, ale…

– Jeżeli nie jest nieletnia, możesz ją podesłać później – stwierdził Rysiek, a zaraz potem dodał: – A o tych iskrach to nikomu nie wspominaj, bo…

Między wyciągniętymi palcami wskazującym i małym znowu pojawiła się błękitna wiązka. A potem zgasła, a ręka zacisnęła się w pięść.

– …bo ci jebnę, jasne?

Chłopak pokiwał głową, ale zaraz potem pokręcił nią, jakby nie mógł się zdecydować.

– A jednak – powiedział. – A jednak… marzenia się spełniają.