Tajemnice Wiśniowego Sadu - Wiosna pełna sekretów - Katarzyna Grabowska - ebook

Tajemnice Wiśniowego Sadu - Wiosna pełna sekretów ebook

Katarzyna Grabowska

0,0

Opis

Weronika wiedzie na pozór szczęśliwe życie jako jedyna spadkobierczyni fortuny Skarbierskich. Po śmierci dziadka, zmuszona do powrotu do rodzinnego domu, szybko przekonuje się, że nic nie jest już takie jak kiedyś. Wspierana przez przyjaciółkę, próbuje stawić czoła trudnej rzeczywistości, ale z każdym dniem jest jej trudniej, tym bardziej, iż ludzie, którym do tej pory ufała, zaczynają budzić w niej niepokój. Pojawiają się też niejasności związane ze śmiercią dziadka, a jego pożegnalny list jeszcze bardziej komplikuje sprawę. W cieniu wiśniowego sadu kryją się cienie przeszłości i tajemnica, o której nikt nie chce mówić.

Czy poznany przypadkiem syryjski uchodźca, Jusuf, okaże się cudownym wybawcą, który ocali Weronikę i sprawi, że jej serce otworzy się na miłość? A może to on stanie się jej najgorszym koszmarem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 570

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Kolekcje



Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Maksym Leki

Ilustracja na okładce

© Grok (xAI)

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Przygotowanie wersji elektroniczenj

Maksym Leki

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I w tej edycji, Siemianowice Śląskie 2026

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-100 Siemianowice Śląskie, ul. Olimpijska 12

tel. 600 472 609

[email protected]

www.videograf.pl

Cykl powieściowy Tajemnice Wiśniowego Sadu ukazał się w 2021 roku pod tytułem Wszystkie nasze chwile.

© Wydawnictwa Videograf SA,

tekst © Katarzyna Grabowska

ISBN 978-83-8293-393-2

Moim córeczkom – Basi i Karolci

1.

Kiedyś, dawno temu, gdy byłam jeszcze całkiem małą dziewczynką, pojechałam z dziadkiem do miasta. Ta wycieczka była dla mnie czymś niezwykłym, istną wyprawą w nieznane, gdyż do tej pory nie opuszczałam rodzinnego Skarbiesza, a mój cały świat ograniczał się jedynie do domu i sadu dziadka oraz gospodarstwa mieszkających w pobliżu Boguszów.

Zazwyczaj, gdy dziadek musiał załatwić coś ważnego, zostawiał mnie pod opieką pani Bogusz. Rodziców praktycznie nie znałam – wyjechali za granicę, gdy miałam zaledwie kilka miesięcy, więc nie wytworzyła się między nami naturalna więź. Byli dla mnie kimś abstrakcyjnym i takimi mieli pozostać już na zawsze, gdyż zginęli w wypadku samochodowym na obczyźnie, a do kraju wróciły tylko ich prochy.

Strata rodziców nie odcisnęła na mnie jakiegoś piętna. Nie znałam ich, więc nie czułam żadnego żalu. To dziadek był moim ojcem i matką w jednym, a sąsiedzi – państwo Boguszowie – stanowili dopełnienie tej naszej małej rodziny. Zresztą my wszyscy w Skarbieszu byliśmy ze sobą bardzo zżyci, co wynikało chyba z faktu, iż żyliśmy na uboczu, tworząc swoją własną społeczność.

Dziadek bardzo starannie przygotował mnie na wyprawę do miasta. Naszykował najładniejszą, błękitną sukienkę z falbankami i szerokimi wstęgami wiązanymi z tyłu w kokardę. Zadbał o nowe, lakierowane białe buciki i cienkie rajstopki. Długo rozczesywał moje niesforne kręcone włosy, starając się je ugładzić i zebrać w koński ogon.

Zaaferowana szykującą się niezwykłą przygodą, przez całą drogę wpatrywałam się w okno granatowego volvo dziadka, podziwiając mijane widoki. Byłam taka podekscytowana! Do dziś pamiętam ten dreszcz emocji, który mi wtedy towarzyszył.

W Radomiu panował gwar. Po ulicach chodziło tylu ludzi! Światła migały, samochody trąbiły. W oszołomieniu mocno ściskałam rękę dziadka. Bałam się, aby go nie zgubić. Jakże ten świat różnił się od tego, do którego przywykłam! Wszystko było inne: duże domy, ruch na ulicach, ciągły hałas. I ogromna liczba spieszących się ludzi. Skarbiesz wydawał się przy tym odległą, wręcz nierzeczywistą osadą, zagubioną gdzieś w oddali.

Mijając jedną z wystaw sklepowych, dostrzegłam na niej śliczną lalkę, na włosach której pysznił się spleciony z kwiatków wianek, ozdobiony długimi, zwieszającymi się, różnokolorowymi wstążkami. Przystanęłam i z zachwytem przyglądałam się uśmiechniętej jasnowłosej lalce.

– Podoba ci się, Nikusiu? – Dziadek także przystanął i przykucnął koło mnie.

Bez słowa skinęłam głową. Całą sobą czułam, że ta lalka przyzywa mnie do siebie.

– To krakowianka – wyjaśnił. – Ma na sobie tradycyjny strój ludowy.

– Śliczna – wyszeptałam z przejęciem. – Dziadziuś, kup mi ją. Proszę, kup!

Dziadek roześmiał się i skinął głową na znak zgody.

– Jakże mógłbym odmówić mojej księżniczce?

Dziadek podniósł się i skierował się do wejścia. Energicznym krokiem podszedł do lady, za którą stała otyła sprzedawczyni.

– W czym mogę panu pomóc? – zapytała na powitanie.

Z napięciem obserwowałam, jak zdejmuje z wystawy lalkę i podaje ją dziadkowi.

– Proszę, oto twoja lala. – Dziadek zapłacił i zwrócił się do mnie.

Ostrożnie odebrałam od niego ten niezwykły prezent. Przycisnęłam do siebie lalkę, która była niewiele mniejsza ode mnie. Zaciągnęłam się zapachem nowości i farb, którymi barwiono jej wzorzysty strój.

– Zadowolona?

W milczeniu skinęłam głową. Byłam zbyt przejęta, aby móc sformułować jakiekolwiek słowo.

– No, to chodźmy dalej.

Wyszliśmy ze sklepu. Dziadek chciał pomóc mi nieść lalkę, ale mimo iż była spora i troszkę niewygodnie mi się ją trzymało, nie chciałam wypuścić z rąk swojego skarbu. Czułam się taka dumna, niosąc moją Krakoankę, jak ją nazwałam w myślach, i mając wrażenie, że wszyscy spoglądają na mnie z podziwem i zazdrością.

Ponieważ rączki miałam zajęte, nie mogłam wziąć za rękę dziadka. Kroczyłam jednak dzielnie obok niego, udając zupełnie dużą i ciesząc się z tej swojej samodzielności. Przecież byłam już prawie dorosła – pięć lat to bardzo dużo. Wkrótce pójdę do szkoły, tak jak Jacek – syn państwa Boguszów, który już od dwóch lat chełpił się tym, że jest uczniem i umie pisać oraz czytać.

Przypomniawszy sobie o Jacku, momentalnie zatrzymałam się na środku chodnika. Przecież obiecałam, że kupię mu jakiś prezent! Jak mogłam zapomnieć?! Musimy wrócić do sklepu i wybrać mu jakąś zabawkę! Ja mam lalkę, a on nic!

– Dziadku! Chodźmy kupić coś Jackowi.

W tej chwili z przerażeniem uzmysłowiłam sobie, że dziadek wcale nie stoi obok mnie. Pogrążony w swoich myślach, nawet nie spostrzegł, że zostałam w tyle. Chciałam podbiec do niego i żwawo ruszyłam z miejsca, ale ledwie przebyłam dwa kroki, gdy ktoś spieszący z naprzeciwka z całym impetem mnie potrącił. Lalka wypadła mi z rąk, a ja sama przewróciłam się na zakurzony chodnik.

– Dziadku! – krzyknęłam, patrząc na coraz bardziej oddalającą się sylwetkę. – Dziadku!

Przez chwilę poczułam strach. Ogromny, przytłaczający strach. Byłam w miejscu, którego nie znałam, a mój dziadek właśnie odchodził. Co się ze mną stanie? Jak znajdę drogę do domu i czy w ogóle ją znajdę?

– Nikusiu! – Dziadek zjawił się koło mnie błyskawicznie. Sam wyglądał na nie mniej przerażonego ode mnie. – Boże, Nikuś, jakże ja cię przepraszam! Boże, jak mogłem nie spojrzeć!

Chwycił mnie i podniósł z ziemi. Uważnie obejrzał zabrudzone i podarte na kolankach rajstopy i otrzepał wyjściową sukienkę.

– Boli cię coś, kochanie?

– Nic mi nie jest, dziadziu – wychlipałam, piąstkami rozmazując łzy na policzkach.

– Dobrze, dobrze, Nikusiu. O, jest i twoja lalka. – Sięgnął po leżącą nieopodal Krakoankę. – Patrz, nic jej się nie stało. Troszkę ma zakurzoną sukienkę, ale już ją otrzepuję. – Szybkimi ruchami ręki strząsnął pył z ubrania lalki. – No, nadal wygląda jak nowa – oświadczył, patrząc na nią. – Może ja poniosę lalę, co? Musi być dla ciebie za ciężka.

Wyjął z kieszeni spodni chusteczkę i dokładnie wytarł mi twarz. Potrząsnęłam przecząco głową i wyciągnęłam ręce po lalkę.

– A jak znowu się przewrócisz? Jesteś jeszcze mała. Ja ją poniosę, dobrze? Jeszcze się nią nabawisz w domu.

– Dziadziu! – Przypomniałam sobie, dlaczego o mało się nie zgubiłam. – Musimy kupić coś dla Jacka!

Przeniosłam wzrok na dziadka. Nie wyglądał na typowego starszego pana, zresztą nawet nim nie był. Bardzo młodo, bo w wieku osiemnastu lat, został ojcem. Syn poszedł w jego ślady, świętując moje przyjście na świat zaledwie kilka dni po swoich dwudziestych urodzinach. Mając czterdzieści trzy lata, dziadek nadal miał młodzieńczą, szczupłą, wysportowaną sylwetkę. Jego twarz znaczyły delikatne zmarszczki, widoczne dopiero wtedy, gdy się uśmiechał lub o czymś intensywnie myślał. Zielone oczy pełne były smutku, gdyż, trzeba to przyznać, życie go nie oszczędzało, przynosząc coraz to nowe zmartwienia. Ciemne, krótko obcięte włosy poprzetykane były wąskimi pasmami siwizny, co jednak dodawało tylko dziadkowi uroku. Pani Bogusz wielokrotnie mówiła, że dziwi się, że tak atrakcyjny i zamożny wdowiec nie szuka sobie nowej żony i woli sam wychowywać dziecko.

– Jasne! Kupimy! A jakże! Ale teraz musimy się pospieszyć. – Zerknął na zegarek. – Jestem umówiony i nie wypada, abym się spóźnił. Wracając, wejdziemy do sklepu i kupimy Jackowi, co tylko będziesz chciała. Wieczorem jesteśmy proszeni do Boguszów, pani Agata mówiła, że będzie dziś piekła ciasto. Twoje ulubione.

– Z czekoladą? – Uwielbiałam wypieki naszej sąsiadki, zwłaszcza babeczki z czekoladowymi wiórkami.

– Z czekoladą – potwierdził i wyprostował się. Nie dał mi lalki, niosąc ją pod pachą.

Szybko zapomniałam o bólu i koncentrując myśli wokół obiecanego przysmaku, podążyłam wraz z dziadkiem, ponownie trzymając go mocno za rękę, ulicą zabudowaną starymi, posępnie wyglądającymi kamienicami. Dziadek wiedział dokładnie, gdzie się kierować, gdyż bez wahania odnalazł szary, wyjątkowo ponury budynek i wszedłszy w ciemną bramę, w której pachniało wilgocią, zagłębił się w klatkę schodową. Szerokie kamienne schody zaprowadziły nas na drugie piętro, prosto przed masywne ciemnobrązowe drzwi, na których przymocowana była mosiężna tabliczka z wygrawerowanymi ozdobnymi napisami. Niestety nie potrafiłam czytać, ale bardzo podobały mi się te esy-floresy.

Dziadek nacisnął przycisk dzwonka. Raz, później drugi. Niecierpliwie, tak jakby chciał ponaglić osobę wewnątrz do szybszego otwarcia. Po chwili usłyszałam szczęk zamka i masywne drzwi uchyliły się na tyle, że zobaczyliśmy przez nie kobietę o nieprzyjemnym wyrazie twarzy i gładko zaczesanych do tyłu siwiejących włosach. Zmierzyła nas nieufnym spojrzeniem.

– Pan w jakiej sprawie?

– Jestem umówiony z panem Anatolem. Moje nazwisko Skarbierski.

Drzwi otworzyły się szerzej, więc mogliśmy wejść do środka. Ledwie przekroczyliśmy próg, gdy witająca nas kobieta natychmiast je zatrzasnęła i pieczołowicie przekręciła zamek.

– Proszę tędy. – Wskazała ręką kierunek.

W obszernym holu panował półmrok i czuć było stęchliznę. Każdą ze ścian zajmowały wysokie do sufitu półki biblioteczne, zapełnione grubymi tomiskami. Podeszliśmy do końca korytarza. Tu nasza przewodniczka otworzyła następne drzwi i wpuściła nas do kolejnego, dużo mniejszego przedsionka.

– Pan tu poczeka. Powiadomię brata – obwieściła, zupełnie ignorując moją obecność.

Zauważyłam, że ubrana była w czarną, prostą w kroju suknię, długą do połowy łydki. Czarne rajstopy i domowe pantofle tego samego koloru dopełniały stroju kobiety. Dodatkowo natura obdarzyła ją nad wyraz odpychającą fizjonomią. Wąska kreska zaciśniętych, bladych ust, obwisłe policzki, spiczasty podbródek, wysokie czoło oraz długi, garbaty nos upodabniały nieszczęsną do wiedźmy. Bałam się jej.

Przedsionek, w którym się znaleźliśmy, był zupełnie pusty, pozbawiony mebli. Na każdej z czterech ścian znajdowały się drzwi. Te za naszymi plecami wiodły do wyjścia, kolejne nie wiedziałam gdzie prowadzą. Nieprzyjemna kobieta weszła do pomieszczenia po naszej prawej stronie.

– Nie wierć się, Nikusiu. – Dziadek zniżył głos do szeptu, pochylając się nade mną i podając mi lalkę. – Stój prosto, a jak już wejdziemy do środka, nie dotykaj niczego i nie odzywaj się niepytana. Pamiętaj.

Drzwi po lewej stronie uchyliły się z lekkim skrzypieniem. Odwróciłam się w ich stronę i w rozświetlonej słonecznym blaskiem szparze napotkałam zaciekawione spojrzenie ciemnowłosego chłopca. Nie zdołałam jednak dobrze mu się przyjrzeć, gdyż ledwie zauważył, że spoglądam na niego, natychmiast zamknął drzwi, pogrążając korytarz w półmroku.

– Pan wejdzie. – Kobieta w czerni ponownie stanęła przed nami. – Brat już czeka.

Dziadek mocniej ścisnął moją dłoń.

W pokoju, do którego nas wpuszczono, również panował półmrok. Na wprost wejścia znajdowało się wprawdzie ogromne okno, zajmujące prawie całą ścianę, jednak przysłonięte było do połowy grubymi kotarami. Pod oknem stało masywne biurko, za którym widać było pokaźnych rozmiarów fotel. Pozostałe ściany, tak jak w pierwszym korytarzu, zastawione były bibliotecznymi półkami, uginającymi się pod ciężarem opasłych ksiąg. Byłam ciekawa, czy ktoś w ogóle kiedykolwiek je czytał. Wyglądały na bardzo stare.

Pod jedną ze ścian ustawiono kanapę, ale nie taką, jakie znałam. Zaintrygowały mnie jej nóżki, przypominające szpony jakiegoś mitycznego stworzenia. Dziadek podprowadził mnie do tej kanapy i usadowił na niej, po czym podszedł do biurka.

– Moje nazwisko Skarbierski. Florian Skarbierski. Dzwoniłem do pana w zeszłym tygodniu.

– A tak, pamiętam. Byliśmy umówieni. Miło pana poznać. Anatol Adamczewski-Rychter. – Usłyszałam męski, lekko ochrypły głos, po czym z fotela pod oknem podniosła się jakaś zwalista postać, która uścisnęła dłoń mojego dziadka. – Proszę usiąść.

Anatol Adamczewski-Rychter usiadł na powrót w fotelu, zaś dziadek odsunął jedno z dwóch krzeseł stojących po przeciwnej stronie biurka i zajął miejsce na wprost tajemniczego mężczyzny.

– Ludzie w pana wieku nie są jeszcze tak przezorni i zostawiają te sprawy na później. Lepiej jednak dmuchać na zimne. Tym bardziej że jest pan jedynym opiekunem małoletniej. Widzę, że przyprowadził pan ze sobą wnuczkę.

– Tak, chciałem, aby była przy tym obecna. Jest jeszcze mała, ale w końcu decyduję o jej życiu.

– Rozumiem. Poproszę pana dokument tożsamości.

– Oczywiście. – Dziadek wyjął portfel z kieszeni spodni i wyłuskał z niego dowód osobisty, który niezwłocznie podał mężczyźnie.

– I jeszcze dokument potwierdzający, iż jest pan prawnym opiekunem małoletniej.

Dziadek bez słowa otworzył czarną teczkę i po chwili podał nieznajomemu kilka kartek.

– A to co? – Pan Rychter zerknął na przedstawione dokumenty.

– Akt zgonu syna i synowej.

– Rozumiem. To będzie zbędne, wystarczy decyzja sądu. Rozumiem, że mała nie ma żadnej innej rodziny?

– Jej matka wychowała się w domu dziecka – wyjaśnił dziadek.

– Ach tak… Poproszę jeszcze akt własności ziemi i spis majątku, jaki uwzględni pan w swoim testamencie.

Na biurko trafiły kolejne dokumenty z czarnej teczki. Przez dłuższą chwilę mężczyzna uważnie zapoznawał się z treścią przedstawionych pism. Od czasu do czasu notował coś na kartce. W ciszy panującej w pokoju słyszałam skrobanie pióra po papierze i ciężki oddech Rychtera.

– Tak, panie Skarbierski… – odezwał się w końcu. – Wszystko wygląda bardzo dobrze. Nie musi się pan niczym martwić. Weronika Skarbierska zostanie jedynym spadkobiercą, lecz gdyby panu coś się stało, zanim ona osiągnie pełnoletność…

– Właśnie to jest najważniejsze… To spędza mi sen z powiek. Chciałbym, aby w przypadku mojej śmierci Nikusią zajęła się rodzina Boguszów ze Skarbiesza. Jestem pewien, że otoczą ją właściwą opieką i pomogą przetrwać najtrudniejsze momenty. Jednakże, co istotne, ziemia i wszelkie dobra mają należeć wyłącznie do Weroniki i Boguszowie nie będą mieć do nich żadnych praw. Nie będą mogli zbyć jej własności. Ich zadaniem będzie jedynie sprawowanie pieczy nad Weroniką do czasu jej pełnoletności. To jedyni ludzie, jakim ufam. Gdyby kiedyś Weronika i ich syn… Byłbym szczęśliwym człowiekiem, jeśli tak by się stało.

– Zapis testamentu nie może obligować do zawarcia związku małżeńskiego z określoną osobą. To wbrew prawu – suchym tonem upomniał Rychter.

– Tak tylko mówię, że byłbym szczęśliwy, gdyby tak potoczyły się ich losy. Jeśli jednak życie napisze inny scenariusz… No cóż, na to już nie ma rady.

– Państwo Boguszowie wiedzą o pana zamiarach? Przejmą na siebie obowiązki, jakie im pan wyznaczył?

– Oczywiście. Bez ich zgody nie przyszedłbym do pana. Oto ich dokumenty i oświadczenia podpisane przez notariusza z Iłży.

– Dobrze, to wystarczy. – Prawnik odłożył pióro. – Będzie tak, jak pan chce.

– Bogu dzięki. To zdejmie mi ciężar z barków. Od pogrzebu jej rodziców martwię się przyszłością. Tylko w ten sposób mogę zapewnić Weronice bezpieczeństwo.

– Bardzo kocha pan wnuczkę.

– Jest wszystkim, co mam na świecie. – Dziadek wstał z krzesła i podszedłszy do kanapy, na której siedziałam, pociągnął mnie za rękę, abym się podniosła. – Przedstaw się panu, skarbie.

– Jestem Weronika. – Dygnęłam grzecznie, tak jak mnie uczył dziadek. – Mam pięć lat i mieszkam z Skal… w Skalbonce. A to moja lalka. – Uznałam, że dobrze będzie przedstawić również Krakoankę. – Dziadek mi ją kupił – dodałam.

Mężczyzna wybuchnął śmiechem, po czym wstał z fotela i wolnym krokiem zbliżył się do nas. Szedł, lekko utykając na lewą nogę. Gdy znalazł się bliżej, zobaczyłam, iż ma długą, gęstą brodę i wąsy. Siwe włosy opadały mu swobodnie na ramiona. Wysokie, odsłonięte czoło naznaczone było podłużnymi poziomymi zmarszczkami. Zmarszczki również otaczały jego niebieskie, nad wyraz młodzieńcze oczy. Mężczyzna był starcem, tylko to spojrzenie zdawało się nie pasować do jego wieku.

– Weronika… – Pochylił się nade mną. – Co za śliczna młoda dama. I taka rezolutna. – Wyciągnął pomarszczoną rękę i pogłaskał mnie po głowie. – Masz cudownego dziadka, który bardzo się o ciebie troszczy. A ja dopilnuję, aby to, co postanowił, zostało wypełnione.

Wizyta u tego mężczyzny najwyraźniej uspokoiła dziadka. W drodze powrotnej zabrał mnie nawet do restauracji i zamówiwszy obiad, zaprowadził do ogródka, gdzie pod wysokimi parasolami porozstawiane były stoliki i wygodne krzesła. Na jednym z nich usadziłam lalkę, a kolejne dwa zajęliśmy sami i czekaliśmy, aż kelnerka przyniesie nam zamówienie.

Czas upływał nam wyjątkowo miło. Kończyłam właśnie jeść frytki, gdy nagle do ogródka weszła kobieta w kolorowej długiej spódnicy, czerwonej koszuli i z wielobarwną chustą na głowie. Uszy kobiety zdobiły duże okrągłe złote kolczyki. Na jej rękach pobrzękiwały tuziny błyszczących bransoletek.

– Powróżyć panu? – zapytała, podchodząc do nas. – Ja wszystko widzę i wszystko wiem. Jeśli, złociutki, dasz monetę, to odsłonię rąbek tajemnicy.

– Nie trzeba. – Dziadek machnął ręką, tak jakby chciał odgonić natrętną muchę. – Żadnych wróżb nam nie trzeba!

Kobieta odeszła, szepcząc coś pod nosem.

Sięgnęłam po plastikowy kubek z kompotem truskawkowym, lecz tak niefortunnie go złapałam, że wypadł mi z rąk i rozlewając całą zawartość, potoczył się pod krzesło.

– Co za pech – westchnął dziadek. – To przez tę Cygankę.

– Dziadziu, mi się chce pić. – Pociągnęłam nosem.

Jeszcze chwila, a bym się rozpłakała. Byłam już troszkę zmęczona nadmiarem wrażeń, a przez to marudna.

– Dobrze, Nikusiu. – Dziadek obejrzał się do tyłu, szukając kelnerki, aby złożyć kolejne zamówienie, ponieważ jednak jej nie dostrzegł, postanowił wejść do środka, do baru. – Posiedź tu chwilę, zaraz przyniosę ci kompocik. Z truskawek, tak?

Skinęłam głową, a dziadek wstał i wyminąwszy stolik, wszedł do restauracji. Ja w tym czasie podeszłam do siedzącej obok lalki i wyjąwszy serwetkę, uważnie wytarłam twarz Krakoanki.

– Dobre było, prawda? – zapytałam lalkę. – Pyszne jedzonko.

– Nie bój się. – Niespodziewanie usłyszałam głos za plecami. Zaskoczona, odwróciłam się i rozpoznałam Cygankę, którą wcześniej przegonił dziadek.

– Piękną masz lalkę. – Cyganka kucnęła koło mnie i sękatym palcem odgarnęła mi kosmyk włosów za ucho. – Mała jesteś, baw się, póki możesz. Taka ładna, taka grzeczna… Oczko w głowie dziadka… I taki straszny grzech! Wiele już straciłaś, a stracisz więcej…

– A pójdziesz stąd! – Zdenerwowany dziadek szarpnął kobietę do góry i odepchnął ją energicznie. – Policję wezwę! Idź stąd precz! Dziecko straszysz!

Stanął tak, aby odgrodzić mnie od staruchy.

– Grzech i cierpienie, wszędzie cierpienie! Zapłaci pan za to, co zrobił. Zapłaci! I ona też! – Cyganka wskazała na mnie sękatym paluchem i roześmiała się gardłowo.

– Zamilcz! A pójdziesz stąd! – Dziadek zamachnął się na nią.

– Już idę, idę! – wymamrotała, widząc, że z lokalu wyszły dwie kelnerki i facet w przepoconym podkoszulku. – Idę, idę. Ale i tak nie ukryjesz tego, coś zrobił. Ona za to zapłaci! – Ruszyła do wyjścia, ale znajdując się już na zewnątrz ogródka, przystanęła i odszukała mnie wzrokiem. – Weronika, Weronika!

– Nie bój się, Nikuś. – Dziadek odwrócił się w moją stronę i przykucnął obok. Otoczył mnie ramieniem. – To zła kobieta. Szalona. Dlaczego z nią rozmawiałaś? – W jego głosie brzmiała nutka wyrzutu. – W Skarbieszu wszyscy się znamy, ale tu… Nie wolno, Nikusiu, ufać nieznajomym. Nie wolno! Tyle razy ci mówiłem, abyś nie rozmawiała z obcymi, a ty tak po prostu zdradzasz swoje imię!

– Ja przecież nic… – Patrzyłam za Cyganką, która, cały czas śmiejąc się i powtarzając moje imię, odchodziła w dal.

Skąd wiedziała, jak się nazywam? Czy była czarodziejką? Nie potrafiłam tego wytłumaczyć, ale jako dziecko nawet nie próbowałam. Dopiero później, dużo później…

Na długie lata moja pierwsza podróż do Radomia i niezwykłe spotkanie umknęły z mojej pamięci. Ich miejsce zajęły setki innych, ważnych i mniej istotnych wydarzeń, które absorbowały umysł kilkuletniej dziewczynki, dorastającej pod troskliwym okiem kochającego dziadka, w przepięknej cichej miejscowości, oddalonej o kilkanaście kilometrów od Iłży.

Z czasem mały skarbieszowy świat, który znałam, zaczął się poszerzać. Poszłam do szkoły w Iłży, później przez kilka lat mieszkałam w bursie w Radomiu, gdzie chodziłam do liceum. Dostałam się na studia w Łodzi. Coraz rzadziej odwiedzałam rodzinne strony. Bywało tak, że czasem nie przyjeżdżałam nawet na święta. To nie było zbyt miłe z mojej strony, ale jako młoda, beztroska osoba korzystałam z uroków życia, bawiąc się wraz z przyjaciółmi. Skarbiesz wydawał mi się nieatrakcyjny, wręcz nudny. Tam nic się nie działo. Panowała stagnacja, tak jakby świat zatrzymał się w miejscu. Brak dostępu do Internetu, do telefonu, ograniczone możliwości komunikacji. Przyjeżdżając do domu, miałam wrażenie, że cofam się w czasie. Coraz gorzej się tam czułam i nie wyobrażałam sobie, abym mogła po studiach wrócić na stałe. Widziałam się w Warszawie, Łodzi, w każdym z wielkich miast tego świata. Miałam plany, piękne plany, jednak wtedy los zadrwił ze mnie. Zadrwił w sposób okrutny. Przepowiednia Cyganki, którą kiedyś napotkałam w Radomiu, zaczęła się spełniać.

2.

Siedziałam przy stoliku ogródka piwnego i słuchając słów Anki, która opowiadała o swoich ostatnich podbojach miłosnych, patrzyłam na tonącą w promieniach słonecznych ulicę Piotrkowską. Mimo iż panował skwar, cienia użyczała nam kolorowa parasolka z logo jednego z browarów.

Wreszcie zaliczyłyśmy sesję letnią i przed rozstaniem się na czas wakacji wybrałyśmy się na pożegnalne spotkanie przy kuflu piwa.

– Za kolejny rok! – Iza uniosła szklanicę. – I precz z prognozowaniem i symulacją!

– Dokładnie! Zamierzam spalić notatki z wykładów i nigdy już nie wracać pamięcią do tego koszmaru – dodała Wiktoria, odgarniając opadające na oczy czarne włosy.

– Ja też. – Anka nie wyglądała na zadowoloną, bo przerwałyśmy jej ekscytującą opowieść. – Ale pamiętajcie, że ten magister, który miał z nami ćwiczenia, uśmiechał się tak uroczo.

– Tobie tylko faceci w głowie. – Roześmiałam się.

Anka była drobną, długowłosą blondynką o zielonych oczach, ocienionych firanką gęstych rzęs. Dodatkowo potrafiła wyczyniać cuda tymi oczami. Mrużyła je, trzepotała powiekami niczym motyl, sprawiając, że żaden przedstawiciel płci brzydkiej nie pozostawał obojętny na jej wdzięki. Na studiach z każdego przedmiotu, który był prowadzony przez mężczyznę, otrzymywała piątki, oczywiście wyjąwszy prognozowanie i symulację. Pan profesor Rudnicki pozostał, o dziwo, odporny na czar rzucany przez ponętną studentkę.

– Gdybyście były mądre, też byście się za nimi rozglądały. Za rok skończymy studia i co? Myślałyście o tym?

– Pewnie. Po studiach znajdziemy dobrze płatną pracę i zrobimy zawrotną karierę.

– Taaa. – Anka parsknęła śmiechem. – Uczelnie produkują mnóstwo takich optymistów, którzy później zderzają się boleśnie z prozą życia. Dlatego ja nie będę szukać pracy, tylko zanim skończę studia, muszę znaleźć odpowiednią partię…

– Partię? Chcesz zająć się polityką? – Iza krztusiła się ze śmiechu. Wszystkie wiedziałyśmy, o co chodzi naszej koleżance, ale lubiłyśmy się z nią podroczyć.

– Faceta. Przystojnego, bogatego…

– Mądrego – dodała Wiktoria. – Na przykład magistra Szyszkę.

– On jest przystojny, ale z jego uczelnianej pensji nie mogłabym sobie pozwolić na dostatnie życie. Marek był odpowiedni, ale…

– Zerwałaś z nim, gdy spotkałaś Sebastiana – dopowiedziałam.

– Skąd jednak miałam wiedzieć, że Sebastian jest tylko szoferem? Jeździł taką fajną bryką… – Rozmarzyła się na wspomnienie samochodu.

– Może spróbuj wrócić do Marka? – zasugerowałam.

– Nie odbiera moich telefonów. – Westchnęła smutno.

– Od ciebie? Przecież to niemożliwe. Jak on może tak potraktować najbardziej uroczą dziewczynę na świecie?

– Właśnie. Też tego nie rozumiem…

Wszystkie wybuchłyśmy śmiechem.

– Dziewczyny, jeszcze po jednym piwku! – zaproponowała Wiktoria. – Jak się bawić, to się bawić. Przecież zobaczymy się dopiero w październiku.

– Ja już dziękuję. – Pokręciłam przecząco głową. – Wiecie, że nie jestem fanką alkoholu.

– Jakiego alkoholu? Przecież to prawie soczek dla dzieci. Tyle że z chmielu.

– Jasne. Dlatego pijcie, ile chcecie, ja skuszę się raczej na jakieś ciacho.

– Jedno widzę po twojej prawej stronie, na godzinie trzeciej. – Anka pochyliła głowę, tak iż włosy zupełnie zasłoniły jej twarz. – Od kilku minut stoi przy wystawie księgarni i patrzy w naszą stronę. Ej, nie odwracajcie się tak ostentacyjnie!

Jej ostrzeżenie było jednak spóźnione, gdyż jednocześnie, jak na komendę, wszystkie spojrzałyśmy we wskazanym kierunku. Dostrzegłam wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę, ubranego w błękitną koszulkę polo z charakterystycznym biało-czerwonym pasem w granatowej obwódce z przodu, będącym znakiem rozpoznawczym firmy Tommy Hilfiger, i białe lniane spodnie. Ciemne włosy mężczyzny, ułożone na żel, sterczały niczym igiełki jeża. Twarzy gościa nie widziałam, gdyż przesłaniały ją duże okulary przeciwsłoneczne.

– Pewnie olśniła go twoja uroda. – Iza szturchnęła Ankę łokciem. – Wszędzie roztaczasz ten swój urok. Gościu wygląda na totalnie oczarowanego.

– Albo po prostu na kogoś czeka – dodałam. – Spójrzcie na jego fryzurę. Takie typy nie zwykły tylko stać i patrzeć. Gdyby był zainteresowany, to by podszedł. Zazwyczaj nie brakuje im odwagi.

– Pomachajmy do niego! – Wiktoria zdecydowanie przesadziła z ilością wypitego piwa, ewentualnie upał rzucił się jej na głowę. Podniosła się z krzesła i bezceremonialnie pomachała do nieznajomego.

– Głupia! – Iza pociągnęła koleżankę za ramię i zmusiła do ponownego zajęcia miejsca. – Jeszcze pomyśli, że jesteśmy łatwe.

– Nie, on chyba jest niewidomy, stąd te jego ciemne okulary. Nawet nie drgnął, gdy do niego machałam.

– Może nie jesteś w jego typie? Wiesz, nie każdy mężczyzna lubi, jak dziewczyna mu się narzuca.

– Ooo… idzie sobie. – Z piersi Anki dobył się jęk zawodu.

Wpatrywałyśmy się w nieznajomego, który tymczasem, nie zwracając na nas najmniejszej uwagi, obrócił się na pięcie i odszedł.

– Przestraszyłaś go! – Anka pokręciła z niedowierzaniem głową. – Tak schrzanić taką ładną sytuację. Nie macie za grosz podejścia do mężczyzn. Specjalnie spuściłam głowę, aby wyjść na bezbronną i wstydliwą. Próbowałam go zaintrygować. Jeszcze chwila, a by do nas podszedł. Ale oczywiście wy musiałyście wszystko spieprzyć. Pewnie pomyślał, że się z niego nabijamy.

– Cóż, jego strata. Takie fajne dziewczyny jak my…

– No, wreszcie cię znalazłam!

Niespodziewanie do naszego stolika podeszła Milena, moja przyjaciółka i zarazem współlokatorka, z którą razem wynajmowałyśmy mieszkanie w jednym z bloków na łódzkim osiedlu Retkinia.

– Szukam cię od kilku godzin.

Pojawienie się Mileny przerwało wiszącą w powietrzu kłótnię.

– Ale co ty tutaj robisz? – Ze zdziwieniem popatrzyłam na współlokatorkę. – Przecież wczoraj wieczorem poszłaś na całonocną imprezę. Nie powinnaś teraz odsypiać?

– Zgadza się! – Milena chwyciła krzesło od sąsiedniego, wolnego stolika i dostawiła je do naszego. Usiadła z prawdziwą ulgą. – Powinnam! A wiesz, czemu tego nie robię?

– Nie, ale za chwilę pewnie się dowiem.

Milena westchnęła i z rezygnacją pokręciła głową, po czym sięgnęła do przewieszonej przez ramię płóciennej torby. Wyjęła z niej telefon, który położyła na blacie.

– Co to? – zaciekawiła się Anka.

– Jak widzisz, telefon – wyjaśniła uprzejmie Milena. – Tylko nigdy byś nie zgadła czyj. Że też miałyśmy taki głupi pomysł i kupiłyśmy jednakowe aparaty!

Już dotarło do mnie, co się stało. Pospiesznie wyjęłam z bocznej kieszonki mojej torebki identyczny telefon. Nawet tapetę miałyśmy tę samą. Wpisałam kod odblokowujący, jednak na ekranie pojawiła się informacja, że jest on błędny.

– Spałam sobie w najlepsze, odsypiając nocną zabawę, gdy nagle z samego rana rozdzwonił się ten przeklęty telefon. Początkowo nie reagowałam, mając nadzieję, że ten, kto śmie o tak wczesnej porze zakłócać mój spokój, wreszcie da za wygraną, ale gdzie tam! Dzwonił raz za razem. Wkurzyłam się na maksa! Obiecałam sobie, że ktokolwiek by to był, już ja mu nieźle nagadam. Wstałam, sięgnęłam po aparat i spojrzałam na wyświetlacz. Wiesz, co na nim zobaczyłam? Właśnie! Wyświetlił mi się jakiś Jacek Bogusz. Jacek Bogusz! Ktoś, kogo nawet nie mam w spisie moich kontaktów! Wtedy zrozumiałam, że pomyliłyśmy telefony.

– Jacek dzwonił?

Ten fakt bardzo mnie zainteresował. Boguszowie byli sąsiadami mojego dziadka, a ich syn, Jacek, dorastał wraz ze mną. Przyjaźniliśmy się przez wiele lat, a nasze relacje osłabły dopiero wtedy, gdy pojechałam na studia do Łodzi. Właściwie można powiedzieć, że to ja je zerwałam, gdyż mojemu wieloletniemu towarzyszowi zabaw przestała wystarczać sama przyjaźń, a ja, niestety, nie byłam zainteresowana niczym więcej. Dlaczego? No cóż… Jacek skończył tylko technikum rolnicze i, prawdę mówiąc, mieliśmy coraz mniej wspólnych tematów. Poza tym rzadko bywałam w domu i układałam sobie życie w mieście. Poznałam też faceta, który, jak myślałam, był tym jedynym. W każdym razie podczas ostatniego mojego pobytu w Skarbieszu, gdy spotkaliśmy się z Jackiem przypadkowo w sklepie pani Helenki, wymieniliśmy się numerami telefonów. Nigdy jednak nie dzwoniliśmy do siebie.

– Czego chciał? – zapytałam.

– Myślisz, że odebrałabym nie swój telefon? – Milena szeroko otworzyła oczy ze zdumienia. Jej brązowe tęczówki stały się prawie czarne. Nerwowo przeczesała dłonią krótkie ciemne włosy. – Ale on dzwonił natrętnie. Chyba ze dwadzieścia razy. A później wyświetlił się jakiś nieznany numer. Też kilkanaście razy. Nie wiem, o co chodzi, ale to pewnie ważne. Dlatego zwlekłam się z łóżka i na ostatnich nogach biegam jak głupia po całej Łodzi, i szukam cię. Dobrze, że przypomniałam sobie o tej waszej ulubionej knajpce.

– Hej, przecież mogłaś po prostu zadzwonić na swój numer, a Nika by odebrała i wtedy nie musiałabyś aż tak się męczyć – Iza podsunęła rozwiązanie.

– Podejrzewasz, że jestem aż tak głupia, że tego nie zrobiłam? – Lena obdarzyła ją nieprzyjemnym spojrzeniem. – Dzwoniłam i dzwoniłam, ale oczywiście tej laluni nie wpadło do głowy, żeby chociaż raz spojrzeć na aparat, a dźwięk sama wyłączyłam, jeszcze zanim pomyliłyśmy telefony.

Nie słuchałam jej dalej. Oddałam jej telefon i pospiesznie sięgnęłam po swój aparat. Bateria była już na wyczerpaniu, ale zauważyłam kilkadziesiąt nieodebranych połączeń. Czyżby coś stało się u mnie w domu? Ale dlaczego w takim razie dzwonił Jacek, a nie dziadek?

– Kurczę, nie mam ładowarki. Bateria zaraz padnie. Może ty masz? – Spojrzałam z nadzieją na Milenę.

– Ładowarka została w domu. Leży bezpiecznie na półeczce, czyli tam, gdzie zawsze. Wybacz, ale nie pomyślałam, aby zabrać ją ze sobą.

– Dziękuję ci, że zadałaś sobie tyle trudu. Przepraszam, że coś takiego się stało.

– Przecież to nie twoja wina. Chciałyśmy jednakowe telefony, to mamy. O Boże, dziewczyny, jaka jestem spragniona! Hej, proszę pani! – Milena zawołała w stronę kelnerki, która zbierała właśnie kufle z innego stolika. – Poproszę jedno duże piwo!

Mój telefon znowu zaczął dzwonić. Nie znałam numeru wyświetlającego się na ekranie, ale to był ten, z którego dziś już wielokrotnie próbowano się ze mną skontaktować. Odebrałam połączenie.

– Halo.

– Halo, czy pani Weronika Skarbierska? – Usłyszałam obco brzmiący męski głos.

– Tak.

– Przy telefonie starszy aspirant Zbigniew Maruszko z komendy w Radomiu.

Poczułam nieprzyjemne ukłucie lęku. Policja rzadko dzwoni ot tak do spokojnych obywateli.

– Czy coś się stało? – Te słowa z trudnością przeszły przez moje ściśnięte strachem gardło.

– Bardzo mi przykro, ale zdarzył się wypadek. Pani dziadek…

Telefon wydał krótki pisk, po czym wyłączył się.

– Halo, halo! – Przez chwilę krzyczałam do aparatu, choć miałam świadomość, że połączenie zostało przerwane.

– Boże, co się stało? – Anka patrzyła na mnie z przerażeniem. – Tak bardzo zbladłaś.

– Mój dziadek… Zdarzył się jakiś wypadek! Ten pieprzony telefon! Potrzebuję ładowarki!

Ręce trzęsły mi się tak mocno, że nie potrafiłam schować aparatu do kieszonki. Umysł podsuwał mi same najkoszmarniejsze wersje wydarzeń, jednak nie chciałam wierzyć, żeby mogły być prawdziwe. Na pewno nic się nie stało! Na pewno! To jakiś niegroźny wypadek. Może dziadek złamał nogę albo rękę? Tylko dlaczego policja miałaby do mnie wtedy dzwonić? Coś musiało się wydarzyć i to coś nie było dobre! Jacek o tym wie! Dzwonił do mnie! Tak, muszę natychmiast się z nim skontaktować. Telefon! Numer mam w tym cholernym aparacie! Dlaczego nie zapisałam go na kartce albo nie zapamiętałam? Muszę na przyszłość być bardziej rozważna.

– Weź taksówkę – poradziła Anka. – Jedź do domu i podłącz telefon. Nie panikuj. Wszystko będzie dobrze.

– OK, jadę z tobą. – Milena wstała z krzesła. Rzuciła na stół banknot dziesięciozłotowy. – Wypijcie piwo za mnie, bo ja już nie zdążę.

Gdy podjechałyśmy przed nasz blok, pierwsza wyskoczyłam z samochodu, zanim jeszcze na dobre się zatrzymał. Dobrze, że Milena jechała ze mną, bo zajęła się kwestią finansową. Ja zupełnie nie miałam do tego głowy. Wbiegłam po schodach na drugie piętro. Chwilę zajęło mi trafienie kluczem do zamka. W końcu jednak opanowałam drżenie rąk.

Ładowarka leżała na półeczce pod oknem. Pospiesznie podłączyłam aparat. Sekundy, gdy telefon załączał się, wydawały mi się wiecznością. Wreszcie wyświetlił się ekran startowy. Pomyliłam się, wpisując PIN, ale na szczęście zdołałam opanować nerwy i zebrać myśli.

Milena weszła do pokoju w momencie, gdy wybierałam numer do Jacka. Stanęła w progu i patrzyła na mnie z napięciem. Jacek odebrał po drugim sygnale.

– O matko, Nika, co się z tobą dzieje? Dzwoniłem cały ranek…

– Mój dziadek… Co z nim? – przerwałam mu.

Po drugiej stronie zapanowała cisza.

– Co z nim? – powtórzyłam. Nabrałam pewności, że musiało stać się coś naprawdę okropnego.

– To był wypadek… – mówił wolno, cicho. Musiałam wsłuchiwać się w jego głos, aby zrozumieć. – Twój dziadek najprawdopodobniej chciał naprawić coś w instalacji elektrycznej w garażu i chyba zapomniał o odłączeniu zasilania… Dodatkowo ta przeklęta podłoga była mokra… Poraził go prąd. Nie wiemy, kiedy dokładnie to się stało. Nie widzieliśmy go od dwóch dni. Dziś z rana mój ojciec poszedł do was, aby zobaczyć, czy wszystko w porządku. To on go znalazł… Bardzo mi przykro, Nika. Nie miał szans…

Jacek mówił coś jeszcze, ale nic już nie słyszałam. Ręka z aparatem opadła mi wzdłuż ciała. Bezwładne palce rozsunęły się, wypuszczając telefon, który z łoskotem upadł na podłogę. Świat zawirował mi przed oczami. Mojego dziadka już nie ma? Poraził go prąd? Ja zakuwałam do egzaminu, a on… Dlaczego nie byłam lepszą wnuczką? Dlaczego nie dzwoniłam do niego częściej i nie odwiedzałam go? Dlaczego myślałam, że mam jeszcze tyle czasu?

Łzy płynęły mi po policzkach, chociaż nie zdawałam sobie z tego sprawy. Przed oczami przesuwały mi się obrazy z dzieciństwa. Milena dopadła do mnie i mocno przytuliła do siebie.

– On nie żyje! – krzyknęłam. – Ja się uczyłam, a on umierał! Nie było mnie przy nim! Rozumiesz, Lena? Nie było mnie, gdy mnie potrzebował. Uczyłam się! Marzyłam o najlepszych ocenach! Nie miałam czasu dla dziadka! A teraz już nie powiem mu…

– Płacz, kochana, płacz. – Milena pogładziła mnie po plecach. – Wyrzuć z siebie całą rozpacz. Wiem, że to boli. Jestem tu, aby ci pomóc. Będę przy tobie zawsze. Razem przez to przejdziemy. Możesz na mnie liczyć.

Rozpłakałam się na dobre. Nieludzki krzyk wydobył się z mojego gardła i zawirował w powietrzu. Wraz z nim uwolniły się całe pokłady żalu, jaki w sobie nosiłam. Szlochałam, wtulona w ramiona Leny, zdając sobie sprawę, że moje życie właśnie diametralnie się zmieniło. Już nic nie będzie takie samo jak kiedyś.