Tajemnice Wiśniowego Sadu - Jesienne powroty - Katarzyna Grabowska - ebook

Tajemnice Wiśniowego Sadu - Jesienne powroty ebook

Katarzyna Grabowska

0,0

Opis

Weronikę i Jusufa dzieliło wszystko: kultura, religia, status społeczny. Pierwsze, dość dramatyczne spotkanie przed laty zaważyło na dalszych losach tej dwójki. Gorące uczucie wybuchło z pełną namiętnością, jednak nie przeszło ciężkiej próby, na którą zostało wystawione. Cena, jaką Weronika musiała zapłacić za chwilę zapomnienia, okazała się bardzo wysoka. Ogarnięty żądzą zemsty gangster bez skrupułów odebrał jej wszystko, co kochała i zmusił do podjęcia najtrudniejszej decyzji. Czy teraz, gdy minęło już trochę czasu, pojawi się wreszcie szansa na wyjaśnienie niedomówień? Czy Weronika i Jusuf będą jeszcze potrafili znaleźć nić porozumienia? Czy w imię dawnej miłości zdecydują się na ponowny związek, raniąc przy tym najbliższe im osoby? Czy przeszłość stanie na drodze ich szczęściu?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 539

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Maksym Leki

Ilustracja na okładce

© Grok (xAI)

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Przygotowanie wersji elektroniczenj

Maksym Leki

Korekta

Urszula Bańcerek

Marketing

Magda Caboń

[email protected]

Wydanie I w tej edycji, Siemianowice Śląskie 2026

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-100 Siemianowice Śląskie, ul. Olimpijska 12

tel. 600 472 609

[email protected]

www.videograf.pl

Cykl powieściowy Tajemnice Wiśniowego Sadu ukazał się w 2021 roku pod tytułem Wszystkie nasze chwile.

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2019

tekst © Katarzyna Grabowska

ISBN 978-83-8293-395-6

Kochanej mamie – Barbarze Grabowskiej

1.

Otworzyłam okno i zaciągnęłam się zapachem porannego powietrza. Boże, jak dawno nie czułam tego swojskiego aromatu polskiej wsi. Rodzinny Skarbiesz przez te kilka lat stał się dla mnie prawie abstrakcją. W odmętach pamięci przechowywałam jego wspomnienie, jednak dopiero teraz namacalnie powróciły do mnie dawno zatarte obrazy.

Popatrzyłam na obsypane bladoróżowym kwieciem drzewka wiśniowe, za których widokiem tak tęskniłam. Nie myślałam, że powrót do tego miejsca wyzwoli we mnie tyle pozytywnej energii.

To już ponad sześć lat, odkąd opuściłam Polskę. Uciekając tuż przed własnym ślubem, nie przypuszczałam nawet, że moja ucieczka będzie trwała tak długo…

***

Zatrzaskując za sobą drzwi wynajmowanego mieszkanka na jednym z łódzkich osiedli, właściwie nie myślałam o niczym. Po prostu chciałam zapaść się pod ziemię, żeby nie musieć spojrzeć w oczy Jusufowi. Czułam się jak najgorsza zbrodniarka, która na swoje usprawiedliwienie nie ma żadnych argumentów. Popełniłam błąd i musiałam za niego zapłacić. Adamczewski dopiął swego!

Dopiero gdy wsiadłam do taksówki, naszła mnie refleksja, co teraz. Dokąd się udać? Co zrobić? Kierowca zapytał o cel podróży, a ja milczałam, zastanawiając się nad odpowiedzią. Nie miałam nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić.

W końcu podjęłam decyzję. Może i zostałam całkiem sama na świecie, ale nadal posiadałam miejsce, które należało do mnie. Nie wydawało mi się wprawdzie oazą szczęścia i spokoju, ale było moje.

Gdy po trwającej kilka godzin podróży pekaesem i małym busikiem dotarłam wreszcie do Skarbiesza, byłam tak wykończona, że jedyne, o czym mogłam myśleć, to aby natychmiast położyć się do łóżka. Zasnęłam, tonąc we łzach i rozpamiętując mój związek z Jusufem. Dlaczego wszystko tak bardzo się skomplikowało? Dlaczego byłam tak głupia i uległam Adamczewskiemu? Cóż mi teraz pozostało? Tylko próżny żal. To, co się stało, już się nie odstanie.

Obudziłam się w środku nocy, słysząc natarczywe walenie w drzwi.

– Cholera! Nika, wiem, że tam jesteś! Otwórz!

Właściwie spodziewałam się, że Jusuf bez problemu domyśli się, gdzie się udam. Zresztą nawet gdybym wybrała zupełnie inne miejsce, to on i tak dzięki swoim kontaktom z łatwością mógłby je znaleźć. Ukrycie się przed nim graniczyło z cudem.

– Otwieraj te drzwi! – krzyczał coraz głośniej, nie przestając łomotać, ja jednak nie miałam sił i odwagi na spotkanie z nim. – Chcę usłyszeć to osobiście od ciebie! Jesteś mi to winna!

Wyciągnęłam spod poduszki telefon i pospiesznie odszukałam numer Jacka. Tylko on jeden przyszedł mi teraz na myśl. Mimo późnej pory i naszego niezbyt miłego ostatniego spotkania nacisnęłam opcję połączenia.

– Czy ty wiesz, która jest godzina? – Po dość długim oczekiwaniu wreszcie usłyszałam w słuchawce jego zaspany głos.

– Jacek, błagam, pomóż mi – wyszeptałam.

– Coś się stało? Gdzie jesteś? – Nagle stał się bardzo rzeczowy.

– W domu. Tu, w Skarbieszu.

– W Skarbieszu? – zdziwił się. – Co się dzieje?

– Proszę, przyjdź i mi pomóż. Uciekłam od Jusufa, a on przyjechał tu za mną i teraz stoi pod drzwiami, i robi awanturę. Bardzo się boję!

– Zaraz będę. Tylko mu nie otwieraj! – krzyknął.

– Nie otworzę – zapewniłam. – Błagam, pospiesz się!

Skuliłam się na łóżku i, dygocąc ze strachu, wpatrywałam się w ciemność przed sobą. Może powinnam jednak zejść na dół i wpuścić Jusufa? Powinnam mu wszystko wytłumaczyć i… Nie! Nie dam rady! Nie teraz! Jest taki wściekły! Nie będzie chciał mnie słuchać. On już mnie osądził i skazał!

Łomotanie w drzwi ustało, a ja przez moment nabrałam nadziei, że Jusuf jednak zrezygnował. Kiedy jednak po chwili usłyszałam brzęk tłuczonego szkła, zrozumiałam, że zamiast odejść, zdecydował się dostać do środka w sposób niezbyt zgodny z prawem. Szybkie kroki dobiegające ze schodów utwierdziły mnie w przekonaniu, że się nie mylę. Po chwili szarpnął drzwi od mojego pokoju i odszukał włącznik światła. Zmrużyłam oczy pod wpływem jasności, która zalała pokój. Trochę trwało, zanim mój wzrok się przyzwyczaił. Jusuf tymczasem wolnym krokiem podszedł i zatrzymał się tuż przy łóżku, na którym siedziałam. Nadal ubrany był w wytworny czarny frak, który jednak zdążył się już trochę pognieść. Przy rozpiętym kołnierzyku śnieżnobiałej koszuli smętnie zwieszały się rozwiązane jedwabne końce bladoróżowego fularu. Lekko przechylił głowę w bok, tak jakby zastanawiał się, czy to naprawdę ja. Jego twarz była poważna, wręcz zdawała się wykuta w kamieniu, a oczy przyglądały mi się z dziwną intensywnością.

– Nie miałaś nawet odrobiny odwagi, aby przyznać się do wszystkiego? Po prostu uciekłaś jak najzwyklejszy tchórz! Na tyle tylko było cię stać? Po tym wszystkim, co niby nas łączyło? Oszukałaś mnie i… Jak mogłaś?

– Jusuf… – jęknęłam, nie potrafiąc sformułować żadnego sensownego usprawiedliwienia. – To nie tak.

– No to może powiesz mi, co to jest? – Uniósł rękę, w której, dopiero teraz to zauważyłam, trzymał plik kart formatu A4. Rzucił nimi we mnie.

W przerażeniu podążyłam wzrokiem za opadającymi na posłanie dużymi fotosami, dobrze wiedząc, co przedstawiają.

– Co to jest? – powtórzył pytanie. – Do jasnej cholery, co to jest? To naprawdę ty? No powiedz coś! Zaprzecz! Czemu milczysz?

Powoli sięgnęłam po jedną z fotografii, na której bez trudu rozpoznałam kadry z filmiku z Łeby. Bezwiednie wypuściłam zdjęcie z dłoni. Majestatycznym ruchem spłynęło w dół, lądując wśród pozostałych. Pochyliłam głowę, wpatrując się w nie niewidzącym wzrokiem.

– No czemu nic nie mówisz? – Jusuf gwałtownie chwycił mnie za podbródek, mocno zaciskając na nim palce, i zmusił, abym uniosła głowę. Przybliżył twarz do mojej twarzy. – Nie zasługuję według ciebie na wyjaśnienia?

– Ja… Ja nie wiem, co mam ci powiedzieć… – wydukałam ze strachem.

Patrzył mi prosto w oczy, a jego wzrok zdawał się przewiercać mnie na wylot.

– Najlepiej prawdę – wysyczał. – Ty i on… Ty i Adamczewski… Zresztą co będziesz gadać! Zdjęcia nie kłamią! I nie próbuj mi wmówić, że to jakiś fotomontaż.

– To był tylko raz – jęknęłam, nie mogąc powstrzymać łez. – Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo tego żałuję.

– Raz… – powtórzył cicho. Puścił mój podbródek i cofnął się o krok. – Zdradziłaś mnie! Oszukałaś! A na koniec uciekłaś jak tchórz! W dniu naszego ślubu! Kobieto, czy wiesz, co ja teraz czuję? Przecież kochałem cię jak wariat! Wszystko chciałem dla ciebie rzucić! Stałaś się sensem mojego życia! A ty… Dlaczego?

– Jusuf! – krzyknęłam rozpaczliwie, nie panując nad swoimi emocjami. – Ja nie wiem, jak ci to wszystko wytłumaczyć. Naprawdę nie wiem! Myślisz, że było mi łatwo?! Codziennie patrzeć na twoją twarz, doznawać od ciebie tyle miłości i żyć ze świadomością, iż uległam innemu mężczyźnie… Chciałam ci powiedzieć, ale tak bardzo się bałam… Bałam się, że gdy poznasz prawdę, znienawidzisz mnie!

– Więc wolałaś skłamać! Wolałaś zachować się jak najpodlejszy zdrajca! A na końcu uciekłaś!

– Proszę, błagam, wybacz mi! Nie wiem, jak to się stało, że ja i Adamczewski… To było wtedy, gdy się rozstaliśmy. Gdy powiedziałeś mi tyle okropnych słów. Myślałam, że to już koniec. Byłam taka samotna. Ja nie wiem… Naprawdę nie wiem! Piłam wino, grała muzyka… To stało się tak jakoś samo z siebie! Nawet za bardzo nie pamiętam tamtej nocy. Jednak gdy rano zrozumiałam, co zrobiłam, bardzo tego żałowałam. Gdybym mogła cofnąć czas…

– Czasu cofnąć się nie da, ale zawsze można zdobyć się na szczerość i wyznać to, co się uczyniło. Przecież pytałem cię wtedy… Dlaczego więc wybrałaś kłamstwo zamiast prawdy? Na nim chciałaś budować naszą przyszłość?

– Ja nie wiem! Nie wiem… Po prostu cię kocham…

– Właśnie widzę! Gdy się kogoś kocha, nie rani się go! Nie okłamuje! Nie zdradza! I nie ucieka!

– Bałam się, że mnie zostawisz, że już nie będziesz chciał ze mną być! – Mój płacz przeszedł w spazmatyczny szloch. Zrozumiałam, że właśnie go tracę. Nieodwracalnie, na zawsze, i nic nie zdoła tego zmienić.

– Masz rację! Po czymś takim jak mógłbym z tobą zostać? Zawsze już pamiętałbym o tym, że jesteś zdolna do zdrady i kłamstwa. Cały czas miałbym przed oczami te przeklęte zdjęcia. Okłamałaś mnie – powtórzył. – Nie ufam ci już! Skąd mam w ogóle mieć pewność, że dziecko, które nosisz, jest moje?

Z dołu dobiegł odgłos otwieranych gwałtownie drzwi. Domyśliłam się, że to Jacek spieszy mi na pomoc. Tylko on jeden miał zapasowy klucz od domu.

– Nika! – krzyknął, wbiegając po schodach.

– No proszę, kolejny facet do ciebie spieszy! – Jusuf zaśmiał się nienaturalnie. – Co, może z nim też spałaś? Może ta twoja Anka służyła ci tylko za zasłonę dymną, abyś mogła do woli gzić się z tym swoim wiejskim chłopaczkiem? Ależ byłem głupcem!

Jacek wpadł do pokoju, podbiegł do Jusufa i szarpnął go, odciągając ode mnie.

– Spieprzaj stąd!

– Bo co? Pobijesz mnie? Może poczekamy to i Adamczewski się zjawi, spiesząc na pomoc swojej kobiecie. Ilu facetów miałaś? Szmata z ciebie! – rzucił w moją stronę. – Zwykła ściera!

Jacek bez chwili namysłu wymierzył mu cios prosto w szczękę, czego Jusuf chyba się nie spodziewał. Zatoczył się do tyłu i uderzył plecami w futrynę.

– Jusuf! – Podbiegłam do niego, przerażona myślą, że mogłoby mu się coś stać. W końcu niedawno był poważnie ranny.

– Nie masz prawa wymawiać mojego imienia! – krzyknął, prostując się i odpychając mnie z taką siłą, że aż poleciałam do tyłu, na ścianę. – Jeśli to dziecko faktycznie jest moje… Nie powinno dorastać pod okiem takiej matki jak ty! Gdy się urodzi, odbiorę ci je i nigdy, przenigdy nie pozwolę, abyś miała z nim cokolwiek do czynienia!

Poczułam przejmujący ból w dole brzucha. Zrobiło mi się słabo. Z trudem zdołałam złapać oddech. Świat zawirował, wciągając mnie w szaleńczy wir. Zachwiałam się, zgięłam w pół i osunęłam, wprost w bezkresną głębię.

To był koniec mojego związku z Jusufem. Definitywny. Już nic nie mogło go uratować. Nawet dziecko.

Przed oczami ciągle jak żywą mam tę chwilę, gdy ocknęłam się w szpitalu. Przez rurkę podłączoną do mojej lewej dłoni wolno skapywała kroplówka. Lekarz długo tłumaczył mi, co się stało, lecz miałam wrażenie, jakby mówił w jakimś zupełnie obcym języku i o zupełnie obcej osobie. W tamtej chwili potrafiłam tylko płakać.

Gdy lekarz opuścił salę, natychmiast znalazł się przy mnie Jacek. Od razu zaczął zapewniać, że wszystko jakoś się ułoży i jeszcze będzie dobrze. Wiedziałam jednak, że nie będzie.

Po chwili z korytarza wszedł Jusuf. Ciągle ubrany w ślubny frak i rozpiętą pod szyją koszulę, z twarzą wykrzywioną wściekłością.

– A ty tu czego?! – warknął Jacek. – Dałbyś już spokój. Wszystko przez ciebie! Nika potrzebuje teraz dużo spokoju. Po prostu idź stąd!

– Pójdę, ale najpierw chcę się dowiedzieć, co z moim dzieckiem. Mam do tego prawo, jednak lekarze upierają się, że nie mogą mi przekazać żadnych informacji.

– No cóż, w końcu jesteś dla Niki obcym człowiekiem – nie bez cienia satysfakcji zauważył Jacek.

– To może być moje dziecko! Mam do niego prawo! – krzyknął.

Utkwiłam wzrok w obdrapanej ścianie. Łzy spływały mi po policzkach nieprzerwanym strumieniem, staczając się na poduszkę.

– Zabrałbyś mi je, prawda? – zapytałam, odwrócona tyłem do Jusufa. Nie miałam siły patrzeć na niego. – Nie żartowałeś wtedy?

– Zabrałbym – przyznał. – Zabiorę na pewno, jeśli faktycznie jest moje. Nie powinno być wychowywane przez taką matkę jak ty!

Wiedziałam, że mówił całkiem serio.

– A jeśli tego dziecka… jeśli już go nie ma?

– Jak nie ma? – Usłyszałam w jego głosie panikę. Dopadł do łóżka, odepchnął Jacka i szarpnął mnie za ramię, odwracając twarzą w swoją stronę. – Co ty, do cholery, mówisz?

– Już go nie ma – powtórzyłam, łykając łzy. – Nie ma i nie będzie. Poroniłam.

– Co? – Puścił mnie i zatoczył się jak pijany.

– Pchnąłeś mnie, uderzyłam w ścianę i… straciłam nasze dziecko.

– Kłamiesz! Znowu kłamiesz! – Ciągle mi nie dowierzał.

– Straciłam nasze dziecko! To ty je zabiłeś! Ty! – rzuciłam oskarżycielsko.

Przez chwilę stał bez ruchu, po czym ocknął się i wybiegł z sali, jednak już po kilkudziesięciu sekundach wrócił, niemalże wlekąc za sobą lekarza, z którym dopiero co rozmawiałam.

– Czy to prawda? Czy to prawda, co ona mówi? – krzyczał, szarpiąc go. – Chyba tyle może mi pan powiedzieć? Niech pan zaprzeczy lub potwierdzi! Tylko tyle!

– Proszę mnie puścić! – Mężczyzna próbował się uwolnić. – Co pan wyprawia? Zaraz wezwę ochronę.

– Powiedz to! Czy ona faktycznie straciła dziecko? Muszę to wiedzieć!

Nie odrywał wzroku od twarzy lekarza, wpatrując się w niego intensywnie. Zszokowany doktor przeniósł spojrzenie z Jusufa na Jacka, a następnie na mnie, jakby oczekiwał z naszej strony pomocy. Nieznacznie pokręciłam głową, chcąc mu dać znak, aby nic nie mówił.

– Bardzo mi przykro, ale… – zawahał się.

Nie zdążył jednak dokończyć zdania, gdyż Jusuf sam dopowiedział sobie resztę. Puścił lekarza i spojrzał na mnie.

– Nika… Ja… – szepnął, a jego twarz ściągnęła się w wyrazie ogromnego bólu. – Nika… Przecież ja… – Niepewnie postąpił w moją stronę.

– To twoja wina! – powtórzyłam bezdusznie, mając gdzieś jego uczucia. Nie mogłam okazać litości. – Tylko twoja!

Zatrzymał się. Drgający mięsień na jego policzku świadczył o tym, jak bardzo był zdenerwowany.

– Moja? Przecież to ty mnie okłamałaś! Ty! – krzyknął. – Odebrałaś mi wszystko. Miłość, szczęście… nawet dziecko. Nienawidzę cię z całych sił i będę nienawidził aż do śmierci. Przeklinam twoje imię po wsze czasy. Jeszcze nigdy nikt nie potraktował mnie tak jak ty! Ze wszystkich ludzi na całym świecie ty jesteś najpodlejsza.

Nie odzywałam się. Poprzez łzy wpatrywałam się w jego twarz. Chciałam, aby wryła się w moją pamięć, aby już zawsze była przy mnie.

– Przeklinam cię, kobieto – powtórzył. – Żałuję każdej chwili, którą spędziłem z tobą. Nigdy więcej nie chcę cię oglądać! Jesteś dla mnie nikim! Chcę, by było tak, jakbyś nigdy nie istniała.

Leżąc w szpitalnym łóżku i ściskając dłoń Jacka, patrzyłam za oddalającym się korytarzem Jusufem. Drugą dłoń kurczowo przyciskałam do brzucha, w którym nadal rosło nowe życie. Wcale nie poroniłam, a przedwczesne skurcze udało się powstrzymać, jednak nie zamierzałam mówić o tym Jusufowi. Okłamałam go. Tym razem nie miałam innego wyjścia. Utrata ukochanego była dla mnie ogromnym ciosem, jednak odebrania jego ostatniej cząstki, która rozwijała się we mnie, chybabym nie przeżyła.

***

Nie czułam się zbyt dobrze ani psychicznie, ani fizycznie, ale postanowiłam zebrać w sobie wszystkie siły i spróbować normalnie żyć. W szpitalu spędziłam trzy tygodnie, a później wróciłam do domu. Pomoc Jacka i jego mamy okazała się nieodzowna, jednak na dłuższą metę nie mogłam obciążać ich moimi problemami. Bojąc się, że Jusuf mógłby dzięki swoim dojściom dowiedzieć się o moim kolejnym kłamstwie, postanowiłam na jakiś czas wyjechać z Polski. Najlepiej gdzieś bardzo, bardzo daleko. Tam, gdzie odnalezienie mnie sprawiłoby mu sporo trudu.

Z pomocą przyszła mi Anka, a raczej jej narzeczony – doktor Konrad Szyszko. Dzięki jego znajomościom udało się załatwić dla mnie staż naukowy u profesora Alejandro Gallardo w Argentynie. Prywatne lekcje hiszpańskiego, na które uczęszczałam od pierwszej klasy podstawówki, wreszcie mogły się na coś przydać. Wprawdzie długa podróż samolotem w moim stanie nie była zbyt bezpieczna, jednak nie mając innej opcji, postanowiłam zaryzykować.

Na szczęście bez żadnych przeszkód dotarłam do Argentyny, a lot w klasie biznesowej okazał się naprawdę komfortowy, właściwie większość czasu przeleżałam na bardzo wygodnym, całkowicie rozkładanym fotelu.

W ten sposób rozpoczął się nowy rozdział w moim życiu. Z dala od Polski i miejsc, które znałam. Z dala od Jusufa, za którym nadal tęskniłam.

Profesor Alejandro, sześćdziesięcioośmioletni dość żwawy siwy pan o dobrodusznym wyrazie twarzy i bujnym wąsie, oraz jego żona, Estela, zajęli się mną bardzo troskliwie, oferując lokum w swojej ogromnej willi na przedmieściach Rosario oraz wsparcie w zaaklimatyzowaniu się w nowym miejscu.

Jeśli spodziewałam się, że będę dla nich jedną z pracownic, tak jak zatrudnione w rezydencji dwie pokojówki, ogrodnik, kucharka i szofer, to bardzo się pomyliłam. Od pierwszej chwili mojego pobytu w ich domu poczułam się niczym członek rodziny.

Pani Gallardo, o trzy lata młodsza od swojego męża, niewysoka, korpulentna kobieta o energicznych ruchach i farbowanych na czarno włosach, czesanych w niemodny wysoko upięty kok, szczycąca się swoim arystokratycznym pochodzeniem, stała się dla mnie kimś w rodzaju bratniej duszy. To właśnie na jej ramieniu wypłakałam mój cały żal za Jusufem, a ona potrafiła mnie zrozumieć i nie potępiać. Co więcej, sama przyznała się do tego, że za młodu postąpiła wbrew rodzinie, wiążąc się ze swym obecnym mężem. Estelę i profesora Alejandra dzieliła ogromna przepaść społeczna, która wydawała się nie do przeskoczenia. Ona – bogata dziedziczka, córka przemysłowca, w którego żyłach płynęła krew znamienitych przodków związanych z hiszpańskim dworem królewskim i on – syn biednego robotnika, któremu dzięki walce o przetrwanie i ciężkiej pracy udało się zdobyć wykształcenie.

Opowiedziała mi historię swego życia, zaznaczając, iż też rozstała się z Alejandrem, którego jej ojciec, chcąc uniknąć skandalu, wysłał na studia do Hiszpanii. Miał nadzieję, że w ten sposób skutecznie rozdzieli zakochanych, a córkę wyda za bardziej odpowiedniego kandydata. Jednakże Estela wykazała się uporem i wbrew staraniom rodziców wytrwała w stanie panieńskim. Przez dziesięć lat oczekiwała na powrót ukochanego, chociaż nie otrzymała od niego ani jednego listu. Nigdy nie traciła nadziei, jak się okazało słusznie, gdyż pan Gallardo pisał regularnie, jednak cała jego korespondencja trafiała prosto w ręce ojca Esteli.

Po śmierci rodziców, którzy umarli w odstępie roku, przyszła żona profesora sama zdecydowała się udać do Madrytu i odszukać ukochanego. Po raz pierwszy opuszczała rodzinny dom, jednak nie czuła strachu. Spotkanie po latach przyniosło im wiele wzruszeń. Wytłumaczyli sobie wszystkie niedomówienia i do Rosario wrócili już jako małżeństwo.

Estela tłumaczyła mi, że dopóki się żyje, zawsze jest nadzieja, więc ja również nie powinnam jej tracić.

– Drogie dziecko, spójrz tylko na niebo. Czyż księżyc i słońce nie są sobie tak różne? Patrząc na nie, można odnieść wrażenie, że nigdy się nie spotkają. A jednak czasem następuje zaćmienie, gdy ich tarcze najdą na siebie. Cóż to wtedy jest za widok. Dla takich chwil warto żyć. Tak samo jest z ludźmi. Jeśli wszystko ich dzieli, to, co ich łączy, jest wyjątkowe. Musi takie być. Głęboko wierzę w to, że ty i ten twój Jusuf jeszcze się kiedyś zejdziecie, a jeśli nawet tak się nie stanie, to pamiętaj tylko te najpiękniejsze momenty i dziękuj mu za dar, który ci ofiarował.

Pod koniec kwietnia, gdy wraz z panią Gallardo przebywałyśmy w jej wiejskiej rezydencji, kilkanaście dni przed wyznaczonym terminem porodu dostałam silnych skurczy. W tym najtrudniejszym dla mnie momencie towarzyszyła mi właśnie Estela, która wiedząc, iż nie zdążymy dotrzeć do szpitala, zdecydowała się sama przyjąć mój poród w domu, wspierając się jedynie pomocą nie mniej ode mnie przerażonych pokojówek i wielce zaaferowanej kucharki. To ona pierwsza wzięła na ręce nowo narodzone dziecko i wybrała mu imię – Nicolas.

Rosario stało się dla mnie spokojną przystanią. Wreszcie poczułam, jak to jest być częścią pełnej rodziny. Państwo Gallardo jawili się niczym ojciec i matka, okazując mi swoją miłość i troskę. Zostawiając Nicolasa pod opieką Esteli, mogłam poświęcić się nauce, która nigdy nie była przecież sensem mojego życia, jednak stała się doskonałym lekarstwem na tlącą się w głębi serca tęsknotę. Dzięki temu ukończyłam studia magisterskie, a pracując pilnie pod kierunkiem profesora Alejandro, stałam się niebawem szanowaną posiadaczką dyplomu doktora nauk ekonomicznych.

Przez wszystkie te lata ani razu nie przyjechałam do Polski, chociaż miałam bardzo dobry kontakt z Jackiem. Przetwórnia pod kierownictwem Bogusza i pani Olgi, która awansowała na zastępcę dyrektora, rozwijała się dynamicznie, przynosząc coraz większe zyski.

Jacek, coraz bardziej odczuwając braki w swoim wykształceniu, dopingowany przeze mnie, zdecydował się na podjęcie studiów zaocznych z zarządzania i – muszę to przyznać – całkiem dobrze sobie radził. Z doskonałym wynikiem obronił licencjat, lecz nie poprzestał na tym, decydując się na kontynuowanie nauki na studiach magisterskich. Zaczął też bardziej dbać o swój wygląd – zagustował w markowych rzeczach, na które było go teraz stać. Zrezygnował z burzy niesfornych, przydługich włosów na rzecz eleganckiej, bardzo modnej krótkiej fryzury, która nadała mu wyrazu pewnej drapieżności, podkreślanej jeszcze przez wypielęgnowany lekki zarost. Od czasu do czasu odwiedzał mnie w Rosario, stając się ulubionym wujem Nicolasa.

Lata mijały, Nicolas rósł, a ja powoli zaczynałam traktować stan rzeczy, w którym ja i mój syn staliśmy się nieodłączną częścią rodziny Gallardo, jako całkiem naturalny.

Pewnie jeszcze przez długi czas nie zdecydowałabym się na przyjazd do Polski, gdyby nie śmierć ojca Jacka. Pan Bogusz chorował od ponad roku i niestety jego organizm przegrał tę nierówną walkę. Wprawdzie z racji obowiązków zawodowych nie dałam rady zjawić się na pogrzebie, ale czując potrzebę towarzyszenia Jackowi i jego matce w tych trudnych momentach, postanowiłam wesprzeć ich w okresie żałoby.

Początkowo zamierzałam zostawić Nicolasa pod opieką Esteli, jednak doszłam do wniosku, że pobyt w Polsce dobrze mu zrobi. Będzie mógł wreszcie poznać ojczyznę swojej matki i zobaczyć miejsca, w których dorastała.

W ten sposób ponad sześć lat po moim wyjeździe z Polski ponownie postawiłam stopę na rodzinnej ziemi. Nie wiedziałam, czego mogę się tam spodziewać. Właściwie nie oczekiwałam niczego – to miała być przecież tylko krótka wizyta. Życie jednak jak zawsze mnie zaskoczyło.

2.

Odsunęłam się od okna i omiotłam spojrzeniem pokój, który przez tyle lat był moją oazą spokoju i bezpieczeństwa. Nic się w nim nie zmieniło, chociaż już od dawna w moim rodzinnym domu gospodarował się Jacek. Przebywając za granicą i nie zamierzając sprzedawać posiadłości w Skarbieszu, wpadłam na pomysł, aby to młody Bogusz tymczasowo w niej zamieszkał. Mój przyjaciel od razu przystał na tę propozycję. Było mu to nawet na rękę, gdyż miał szczerze dość przebywania pod jednym dachem z ojcem, do którego czuł urazę. W ten sposób przez lata Jacek dbał o mój polski dom, gdyż nie planowałam powrotu z Argentyny. Za moją zgodą zabrał się za jego przebudowę i przemeblowanie. Byłam mu wdzięczna, iż planując zmiany, pokoje należące do mnie i do dziadka pozostawił nietknięte – takie, jakimi je zapamiętałam.

Wyszłam na korytarz, gdzie od razu dopadł do mnie biszkoptowy labrador – trzyletnia suczka Zocha, przygarnięta przez Jacka po śmierci Łaziora. Pamiętałam, jak Bogusz rozpaczał, gdy wierny towarzysz młodzieńczych zabaw zachorował i mimo długiego i dość kosztownego leczenia trzeba było go uśpić. Jacek zadzwonił do mnie wtedy i z płaczem opowiadał o spojrzeniu ukochanego psa, który zasypiając swym ostatnim snem, starał się na niego patrzeć, z trudem otwierając ciągle opadające powieki. Mojemu przyjacielowi głos łamał się ze wzruszenia, gdy mówił, że do samego końca głaskał go po pysku, zapewniając, iż ten był dobrym, serdecznym przyjacielem, którego nigdy nie zapomni.

Mnie także było żal Łaziora. Jak by nie patrzeć, to przecież ja znalazłam go przed laty i przyprowadziłam do domu. Dzięki mnie jego życie nie skończyło się wtedy w lesie, gdzie jakiś bezduszny typ przywiązał go do drzewa, skazując na powolną śmierć z wycieńczenia.

Łazior miał piękne, długie życie. Był u Jacka szczęśliwy, a jego odejście zasmuciło wszystkich domowników. Zwlekali kilka miesięcy, zanim zdecydowali się wziąć pod swój dach kolejnego psa. Ich wybór padł na Zochę – słodkiego kilkutygodniowego szczeniaczka, który dość szybko podbił serce pani Boguszowej i jej syna, stając się częścią rodziny, jednak nie usuwając w cień pamięci Łaziora, który już na zawsze miał pozostać, jako wspomnienie najwierniejszego przyjaciela.

Zocha podsunęła mi łeb do głaskania, patrząc na mnie tymi swoimi mądrymi wielkimi ślepiami. Miałam nieodparte wrażenie, że rozumie wszystko, co się do niej mówi, a nawet sama potrafi komunikować swoje potrzeby. Teraz też, odebrawszy porcję pieszczot, trąciła mnie wilgotnym nosem i zwróciła łeb w stronę schodów, jakby zachęcając do zejścia.

– No gdzie chcesz mnie zaprowadzić? – zapytałam, pochylając się nad nią.

Ponownie zwróciła łeb ku schodom i pierwsza pomknęła na dół. Zeszłam za nią, po drodze zaciągając się aromatycznym zapachem świeżo pieczonego chleba. Dom wydawał się pogrążony we śnie, jednak po odgłosach dobiegających z kuchni domyśliłam się, że Boguszowa jest już w swoim żywiole.

Zocha zatrzymała się przed drzwiami wyjściowymi i ponownie spojrzała na mnie. Już wiedziałam, o co jej chodzi. Kiedy wypuściłam ją z domu, z radością pomknęła na podwórko. Chwilę postałam, wystawiając twarz na działanie pierwszych, nieśmiałych promieni słonecznych, drżąc w rześkim chłodzie poranka, po czym zamknęłam drzwi i przeszłam do kuchni.

Nie myliłam się, pani Agata krzątała się przy stole, wycinając z rozwałkowanego ciasta fantazyjne kształty ciasteczek. Właściwie odkąd ją pamiętałam, zawsze nieodmiennie kojarzyła się mi z kuchnią, gotowaniem i pieczeniem. Lepszej kucharki nie było w całym Skarbieszu.

Stojąc w progu, przyglądałam się jej w milczeniu, gdy z pietyzmem układała ciasteczka na wysmarowanej blasze. Od naszego ostatniego spotkania nie zmieniła się prawie w ogóle, chociaż przybyło jej kilka zmarszczek i siwych włosów.

– Nika, już wstałaś? Po tak długiej podróży nie jesteś zmęczona? – Odwróciła się w moją stronę i uśmiechnęła, a widząc, że pokręciłam przecząco głową, uczyniła zachęcający gest ręką, abym weszła dalej. – No co tak stoisz w progu, jakbyś na wesele prosiła? – zażartowała. – Patrzysz pewnie, jaka to ze mnie stara baba.

– Co też pani mówi! – oburzyłam się. – Zocha chciała wyjść na podwórko, więc ją wypuściłam, a ponieważ usłyszałam, że pani już w kuchni, to weszłam zobaczyć, co tak ładnie pachnie – zaczęłam się usprawiedliwiać, przy ostatnim zdaniu znacząco pociągając nosem.

– Aj, zupełnie zapomniałam o psie! – przyznała Boguszowa. – Ale niespodziankę chciałam uszykować. – Umęczoną dłonią przetarła czoło, znacząc je białą smugą. – Zawsze lubiłaś moje wypieki, to pomyślałam, że dobrze będzie przygotować świeży wiejski chlebek. Tak dobrego nigdzie nie kupisz. A do tego kruche ciasteczka i babeczki czekoladowe. Małemu będą smakować.

– Oj, na pewno. Ja też je uwielbiam. – Podeszłam do blachy i popatrzyłam na gotowe do upieczenia motylki, serduszka, kaczuszki, żółwiki. – Tęsknię za tamtymi czasami – westchnęłam.

– Jak ty wydoroślałaś, Nikuniu. – Również westchnęła. – Pamiętam cię jako małą dziewczynkę, a widzę przed sobą piękną, dojrzałą kobietę.

– Czas leci, pani Agato. Wszystkim nam lat przybywa.

– Ty mi nawet nie mów o przybywaniu lat. – Machnęła nerwowo ręką. – Starość się Bogu nie udała.

– Pani Agato! Pani już o starości?

– Złociutka, swoje lata mam. Każdemu z nas pisane jest dorosnąć, zestarzeć się i wreszcie umrzeć. Czasu nikt nie zatrzyma. Szkoda, że ten mój stary nie dożył chwili, gdy wrócisz do Skarbiesza. Cały czas czuł się winny, że cię wtedy o zbrodnię oskarżył. Żałował, że nie przeprosił cię, gdy jeszcze byłaś w Polsce. Nosił się z takim zamiarem, ale duma mu nie pozwalała przyznać się do błędu. A później już okazji nie było.

– Naprawdę nie mam do niego o to żalu – zapewniłam szybko, widząc łzy w oczach kobiety. – Rozumiem, dlaczego tak się zachował.

– Każdy z nas popełnia błędy, tylko niektórych naprawić się już nie zdoła. – Wytarła łzy wierzchem dłoni. – A może kawusi ci zrobić? Tak sobie gadamy, a ty pewnie głodna. O chlebku wspominałaś, że pięknie ci pachnie.

– Chlebka bym spróbowała – przyznałam. – Jego zapach ściągnął mnie tutaj.

– No to siadaj, a ja raz dwa uszykuję! – Podsunęła mi krzesło, bym usiadła, co też uczyniłam.

Boguszowa podniosła białą lnianą ściereczkę, ukazując moim oczom wypieczony, rumiany bochen chleba z popękaną skórką. Długim nożem odkroiła przylepkę, a następnie kilka grubych pajd. Z lodówki wyjęła maselnicę i postawiwszy przede mną talerz oraz nóż, zachęciła, abym się częstowała. Nie musiała powtarzać dwa razy. Już po chwili z apetytem pałaszowałam jeszcze ciepłą kromkę posmarowaną świeżym wiejskim masłem.

– Ten twój synek to już całkiem spory chłopaczek. – Usiadła koło mnie i sięgnęła po wypieczoną przylepkę. – Jak mu tam na imię?

– Nicolas – odpowiedziałam, przełknąwszy uprzednio kęs, który miałam w ustach. – To po naszemu Mikołaj.

– Mikołaj brzmi lepiej – uznała. – Bardzo ładny z niego dzieciak. Wyjątkowy. I ma takie śliczne czarne oczy…

Nicolas faktycznie wyróżniał się niezwykle pięknymi oczami o bardzo ciemnych tęczówkach i dodatkowo podkreślonymi przez długie rzęsy. Ponieważ po mnie odziedziczył kręcone włosy, których niesforna czarna burza opadała mu na ramiona, czasami przez nieznajomych brany był za wyjątkowo urodziwą dziewczynkę.

– Dobrze chociaż, że skórę ma jasną jak my – westchnęła. – Prawie nie widać po nim, że nietutejszy.

– Jak nietutejszy? – zdziwiłam się. – Jest takim samym Polakiem jak ja czy pani.

– Wiem, wiem, Nikusiu. Nie gniewaj się, moja droga. – Uśmiechnęła się przepraszająco. – W ogóle to jestem pełna podziwu, że choć wychowujesz go tak daleko od Polski, zadbałaś o to, by uczył się ojczystego języka.

– W domu rozmawiam z nim tylko po polsku – wyjaśniłam. – Chcę, by wiedział, skąd pochodzi i kim jest.

– Racja – przyznała. – Mądrze mówisz. Człowiek bez korzeni jest nikim. Niby żyje, ale jakoś tak pusto. Trzeba wiedzieć, skąd pochodzą przodkowie i jaką spuściznę nam po sobie zostawili.

Poczułam ukłucie niepokoju. Słowa pani Agaty przypomniały mi o tym, że Nicolas nigdy nie pozna swego ojca. Będzie dorastał, nie wiedząc, że w jego żyłach płynie syryjska krew. Swoją decyzją sprzed lat odebrałam mu część dziedzictwa.

– Oj, coś się tak zasępiła? – Uwagi Boguszowej nie umknęła moja chwilowa zaduma. – No, bierz śmiało, chlebuś smaczny – zachęciła. – Jakoś tak mizernie wyglądasz. Jak nic po tej podróży. Tyle godzin w puszce ponad chmurami. Jacek chciał, żebym cię z nim odwiedziła w tej Ameryce, ale gdzie mi tam latanie! – Potrząsnęła stanowczo głową. – Człowiek stworzony, by po ziemi stąpać, a nie latać. Bóg mu skrzydeł nie dał.

– Jackowi się podobało – zauważyłam.

– Młody to i się podobało.

– Proszę mi wierzyć, że widziałam w samolocie i osiemdziesięciolatków – zapewniłam. – Wiek nie ma tu nic do rzeczy.

– Nigdy nie latałam, to i latać nie będę – ucięła kategorycznym tonem. – Na ziemi mi dobrze. A jak inni chcą, to niech sobie latają. Mnie nic do tego.

– Pewnie dumna jest pani z Jacka, że tak dobrze sobie radzi. – Postanowiłam zmienić temat. – Przetwórnia pod jego rządami wręcz rozkwita. Jacek okazał się doskonałym dyrektorem.

– Ano fakt – przyznała. – Ludzie go bardzo chwalą, że taki zaradny, obrotny i serce ma dla wszystkich.

– Widzi pani, a gdy wtedy wysunęłam mój pomysł, to była pani nastawiona sceptycznie.

– Bo się bałam. W takim stanie był wtedy Jacuś, że aż mi serce ściskało się z żalu. Ech, Weroniczko… – westchnęła. – Gdyby nie ty, nie wiem, co z moim synem by się stało. Jacuś totalnie załamał się po tej całej historii z tamtą dziewuchą! Aż bałam się o niego. Tak sobie myślę, że gdyby nie twoja propozycja objęcia firmy… Przyznaję, przeciwna jej byłam, ale teraz widzę, że gdybyś wtedy nie podsunęła mu tego pomysłu… Och, nawet trudno mi o tym mówić. – Otrząsnęła się ze strachem. – Chwała Bogu, zajął się pracą i jakiś sens w życiu znalazł. Całe serce w tę przetwórnię włożył. Nawet studia pokończył, aby lepiej wiedzieć, co robić.

– Najważniejsze, że praca sprawia mu przyjemność. Widać, że nie robi tego z musu.

– Oj tak. To ważne, aby lubić to, co się w życiu robi. Chociaż z tym dobrze. Teraz tylko jeszcze modlę się, żeby Jacusiowi wreszcie rozumu przybyło i się ustatkował.

– Przecież już się ustatkował. Studia skończył, dobrze sobie radzi jako dyrektor przetwórni. Poza tym jest taki elegancki, światowy… Bardzo się zmienił.

– Wiem, wiem. Zmienił się – przyznała ze smutkiem. – I to najbardziej mnie martwi.

– Martwi? Nie rozumiem. Przecież dopiero co sama pani mówiła, że to dobrze.

– Bo on się jeszcze bardziej zmienił. Po tej dziewczynie tak go naszło. Wymyślił sobie, że jest gorszy i dlatego go nie chciała. Uparł się, iż udowodni wszystkim, na co go stać. Boję się, że to całe powodzenie i pieniądze go zgubią.

– Ależ na pewno nie! Jacek taki nie jest. Nie on!

– Co ty, dziecino, możesz wiedzieć. Nie jesteś tu, na miejscu, a on przez te lata odwiedził cię tylko kilka razy, więc nie znasz prawdy. Ja obserwuję go na co dzień. Kiedyś Jacek był prostym, szczerym chłopakiem, a teraz… Wielki pan z niego, w świecie bywały! Pieniędzmi szasta, oszczędności nie ma. A najgorsze, że niby spotyka się z jakimiś dziewczynami, ale żadnej nie traktuje serio. Bardziej, aby się zabawić, pokazać, jakie to ma powodzenie. Nawet przestałam już liczyć, ile ich w sumie było. Ot ostatnio przez rok spotykał się niby z taką jedną Sonią. Bardzo ładna dziewczyna, nie mogę powiedzieć złego słowa. Kulturalna i w ogóle pracowita. Jak tam do nas czasem z nim przychodziła, to zawsze do mnie grzecznie: „Pani Agatko, w czym pomóc?”. A to ciasto upiekła, a to czekoladki kupiła. Lubiłam ją. Ale Jacek, mimo że z nią chodził, to i na randki z innymi się wybierał. Aż mnie serce bolało. Tu z Sonią u mnie siedzą, a jak ona wychodzi, to on jedzie do Radomia, by tam z innymi po klubach się włóczyć. Kto to widział, aby tak traktować dziewczynę?

– Nic mi o żadnej Soni nie mówił – zauważyłam.

– Mężczyźni nie lubią opowiadać jednej kobiecie o drugiej – wyjaśniła. – Zresztą i mnie nic o Soni i tych innych nie gadał. Sama widziałam. Myślałam, że może Jacuś wyszaleć się musi, a jak już mu szaleństwo z głowy wywietrzeje, to z tą Sonią się pobiorą. Ale gdzie tam! Gdy go zapytałam, to mi powiedział, że nie ma czasu na stały związek, a dziewczyny, z którymi się spotyka, to nic poważnego, tylko zabawa. Zabawa! – wykrzyknęła z grozą.

– Jeszcze kiedyś spotka jakąś, którą pokocha. Na pewno. Nie ma się co tym przejmować – spróbowałam zbagatelizować problem, chociaż słowa pani Agaty mnie zaniepokoiły.

Nie wiedziałam, że Jacek zaczął się tak zachowywać. Gdy odwiedzał mnie w Rosario, nie zauważyłam, aby oglądał się za jakimiś dziewczynami. Większość czasu spędzał ze mną i Nicolasem, poświęcając dużo uwagi mojemu synowi, który wręcz za nim przepadał. Owszem, nie umknęło mi, że Jacek dość szybko przywykł do wysokiego poziomu życia i nie żałował pieniędzy na przyjemności. No, ale cóż, w końcu było go na to stać.

– A ty? Ty spotkałaś?

– Ja… Ja nie szukałam.

– No właśnie. Bo ciągle myślisz o tamtym, prawda? Nie potrafisz zapomnieć o ojcu Nicolasa.

– Nie potrafię – przyznałam szczerze.

– Tak samo Jacek. Nie potrafi zapomnieć o tamtej. Chociaż stara się niby normalnie żyć, ciągle ma w sercu zadrę. A ona? Wiesz coś w ogóle o niej? – zainteresowała się nagle.

– Wszystko dobrze.

Nie chciałam opowiadać matce Jacka o burzliwym życiu uczuciowym mojej przyjaciółki, która zaledwie po roku rozwiodła się z Konradem, by natychmiast związać się z jakimś bogatym Chińczykiem. Drugie małżeństwo, poprzedzone bardzo hucznym i wystawnym weselem, okazało się trwalsze i zaowocowało pojawieniem się na świecie córki. Od tej pory Anka wiodła szalone, luksusowe życie, krążąc pomiędzy ogromnym apartamentem w Szanghaju a bajeczną rezydencją na Florydzie.

– No tak, ona światowa dziewczyna była. Gdzie Jackowi do niej. Od razu wiedziałam, że nic z tego nie będzie, ale nie sądziłam, że Jacek tak to przeżyje.

– Pani Agato, nie ma co wracać do przeszłości. Trzeba żyć chwilą. Tą wiosną, tym czasem. Nauczyłam się, że każdą, nawet najdrobniejszą radość trzeba przeżywać na bieżąco, doceniając jej wartość i unikalność. Liczy się tu i teraz, nie to, co było lub będzie.

– To czemu ty ciągle myślisz o tamtym?

Czemu o nim myślę? Może dlatego, że patrząc na Nicolasa, widzę twarz Jusufa? W nieporadnym dziecięcym uśmiechu – uśmiech Jusufa, w czarnych oczach syna widzę zaś spojrzenie jego ojca? Jak mam więc zapomnieć i zostawić tamten etap za sobą? Jusuf już zawsze będzie przy mnie, czy tego chcę czy nie. Do końca moich dni.

***

Dla Nicolasa wszystko było nowe. Biegał po piętrach, z ciekawością zaglądając do każdego pokoju, a gdy już poznał wnętrze, wypadł na podwórko, gdzie od razu dopadła do niego Zocha. W wesołych podskokach uganiała się dookoła niego, skora do zabawy. Mały był zachwycony takim towarzystwem.

– Poczekaj! – Pobiegłam za nim, martwiąc się, że zrobi sobie jakąś krzywdę. Cóż, byłam jedną z tych zbyt troskliwych, przewrażliwionych matek.

– Mamuś, ale śliczne! – Przystanął przy klombie z kwiatami zasadzonymi przez panią Boguszową i chłonął wzrokiem paletę barw.

– Podoba ci się? – Przykucnęłam obok niego i objęłam ramieniem.

– Śliczne! – powtórzył z przekonaniem. – Takie jak u babci. Mamuś… – Spojrzał na mnie. – …a kiedy babcia Estela i dziadzio przyjadą?

– Kochanie, przecież już ci tłumaczyłam, że babcia i dziadek zostają w domu, a my robimy sobie wakacje. Tylko ty i ja – wyjaśniałam cierpliwie.

Nicolas uważał Estelę i Alejandro za swoich dziadków, a ja nie wyprowadzałam go z błędu. Wraz z państwem Gallardo doszliśmy do wniosku, że tak będzie lepiej.

– Ale ja za nimi tęsknię. – Zrobił smutną minkę. – Może już wracajmy?

– Dopiero przyjechaliśmy. Mówiłeś, że ci się tu podoba.

– Podoba, ale w domu też jest fajnie. A tu nie ma babci ani dziadzia.

– Ale jest ciocia Agata i wujek Jacek. Widziałeś, jakie pyszne ciasteczka upiekła ciocia? Specjalnie dla ciebie. Wiesz, jak byłam mała, to i dla mnie je piekła.

– Też je lubiłaś? – zaciekawił się.

– Jasne. A najbardziej te z czekoladą. Chodź, pokażę ci sad.

Podniosłam się i podałam mu rękę. Uścisnął moją dłoń.

– Sad?

– Rosną w nim drzewka, z których później zbiera się wiśnie. Teraz akurat kwitną, więc zobaczysz niesamowity widok, tak jakby chmury przybliżyły się do ziemi i osiadły w konarach.

– A Zocha też może iść? – zapytał, spoglądając na psa, który widząc, iż rozmawiam z synkiem, grzecznie usiadł w pobliżu i czekał na pozwolenie na dalszą zabawę.

– Jasne. – Skinęłam głową.

– Zocha, chodź! – zawołał radośnie mały, a pies natychmiast zerwał się z miejsca.

Pomaszerowaliśmy razem za dom, a gdy wyszliśmy zza rogu, z ust Nicolasa wyrwał się okrzyk zachwytu.

Zagłębiliśmy się pomiędzy drzewami okrytymi bladoróżowym kwieciem, których konary tworzyły nad naszymi głowami bajeczne sklepienie. Od czasu do czasu sypały się na nas delikatne płatki, wirując na wietrze niczym płatki śniegu.

W pewnym momencie Nicolas puścił moją dłoń i zaczął w podskokach okrążać kolejne drzewka, a Zocha biegała za nim. Wyglądał niczym mały elf wirujący w tańcu. Klaszcząc ze szczęścia, chwytał opadające płatki, by następnie ponownie je zdmuchnąć. Zatrzymałam się, dając mu chwilę swobody. Miło było tak stać i patrzeć na radość własnego dziecka. Wiatr rozwiewał jego zbyt długie kręcone włosy, przesłaniając uśmiechniętą buźkę. Wydawał się taki beztroski, przepełniony szczęściem. Dałabym wszystko, aby taki mógł pozostać na zawsze.

– O, tu jesteście! – Od strony domu zbliżał się do nas Jacek. – Widziałem przez okno, jak szliście do sadu.

Zocha natychmiast podbiegła do niego i podsunęła łeb do głaskania.

– A ty jeszcze nie w przetwórni? – Spojrzałam na niego, gdy pochylony nad Zochą smyrał ją za uchem.

– Pani Olga wszystkim się zajmie. W związku z waszym przyjazdem wziąłem sobie kilka dni wolnego – wyjaśnił.

– Nie musiałeś…

– Ale chciałem – przerwał mi. – Po raz pierwszy od prawie sześciu lat zjawiasz się w Skarbieszu, a ja mam iść do pracy? Spokojnie, jeszcze zdążę się nachodzić.

– Wujek! Patrz, jak ja skaczę! – krzyknął Nicolas, który właśnie w tej chwili spostrzegł Jacka. – Łapię chmury!

– Łapiesz chmury? – zdziwił się.

– Powiedziałam mu, że na drzewkach wiśni osiadają chmury – wyjaśniłam. – On uwielbia takie bajkowe historie.

– Chmury! Nubes*! – radośnie wykrzykiwał mały.

* hiszp. chmury

– A chcesz ich dosięgnąć? – Jacek raźnie ruszył ku niemu, a Zocha postępowała krok w krok za nim.

Nicolas zatrzymał się i z zaciekawieniem popatrzył na wujka.

– Dosięgnę?

– Tak! – Jacek schwycił go pod pachy i posadził sobie na ramionach.

– Uważaj! – krzyknęłam przerażona, bojąc się, że Nicolas mógłby spaść i zrobić sobie krzywdę.

– Soy grande**! – Pisnął, zachwycony faktem, że znalazł się tak wysoko. – Patrz, mama, ja jestem w chmurach!

** hiszp. Jestem duży

Wyciągnął rączkę i dotknął gałęzi, strącając mnóstwo drobnych płatków, które osiadły mu we włosach i na ubranku.

– To co, pofruwamy wśród chmur? – zapytał Jacek, a gdy uzyskał zgodę Nicolasa, zaczął przechadzać się pomiędzy drzewkami, pozwalając, aby ten mógł chwytać gałązki i strząsać kwiaty.

– Śnieg! Pada śnieg! – wykrzykiwał Bogusz. – Jak nic zaraz będzie Gwiazdka!

– Święta! Tak! – rozentuzjazmował się Nicolas. – Prezenty!

Jacek coś mu odpowiedział, ale nie usłyszałam. Nie zwracałam już uwagi na słowa. Zastąpiły je obrazy. Przez moment wydało się mi, że to Jusuf, nie Bogusz spaceruje z Nicolasem na ramionach. Uśmiechnęłam się do swoich myśli, w których Jusuf właśnie pokazywał Nicolasowi na mnie. Obaj tacy podobni do siebie, machali do mnie radośnie, nawołując, abym podeszła do nich. Nie chciałam się ruszać z miejsca, bojąc się, że każdy, nawet najmniejszy ruch sprawi, iż ten cudny obraz się rozmyje. Nie chciałam tego. Pragnęłam, aby trwał i trwał. Aby stał się rzeczywistością.

Ponieważ nie reagowałam na nawoływania, „Jusuf” zdjął Nicolasa z ramion i nachyliwszy się do niego, coś mu powiedział. Mały pomachał do mnie jeszcze raz, po czym rzucił się w moją stronę.

– Mama! Mama! – Dopadł do mnie i przytulił się do moich kolan. – Nie chcesz bawić się z nami? Wujek Jacek mówi, że…

Zamrugałam, z rozpaczą uzmysławiając sobie, że wyobrażenie Jusufa rozpływa się w niebycie. To nie Jusuf zbliżał się w moją stronę.

– Hej, Nika, co z tobą?! – Głos Jacka otrzeźwił mnie zupełnie.

Pospiesznie pochyliłam się ku Nicolasowi, ukradkiem ocierając łzę. Już dawno nie zdarzyło się, aby wspomnienie Jusufa wywołało u mnie takie emocje. Dlaczego więc właśnie teraz? Może wpływ na to miał fakt, że znalazłam się tu, gdzie po raz pierwszy się spotkaliśmy. Tu każde miejsce mi go przypominało, a te wspomnienia budziły skrywaną w głębi serca żałość. Powinnam zapomnieć, spróbować normalnie żyć, ale…

Gdy byłam w Argentynie, wszystko wydawało się łatwiejsze. Nowe życie i natłok spraw powodowały, że ból chociaż nie minął, został uśpiony. Owszem, zawsze patrząc na Nicolasa, mimowolnie przypominałam sobie jego ojca, jednak te wspomnienia nie powodowały cierpień. W pewien sposób byłam nawet wdzięczna losowi, że miałam przynajmniej coś, co mi po nim zostało. Coś, czego nikt nie mógł mi odebrać. Teraz jednak, widząc Nicolasa bawiącego się beztrosko z Jackiem, zrozumiałam, że to ja zabrałam Jusufowi coś najcenniejszego. Pozbawiłam go możliwości obserwowania, jak jego syn dorasta.

– Hej, Nika! – powtórzył Jacek. – Upiora zobaczyłaś czy coś?

– Jestem zmęczona po podróży. – Opanowałam emocje i wyprostowałam się.

– To wracaj do domu, a ja przejdę się z małym – zaproponował.

– Nie chcę cię kłopotać.

– Żaden kłopot! – zaprotestował. – Idź, odpocznij, a my się pobawimy. Hej, szkrabie, chcesz pobawić się z wujkiem i Zochą?

– Chcę! – zapewnił Nicolas. – Chcę!

Znowu zaczął podskakiwać z radości.

– No nie wiem… – wahałam się.

– Mama, ja chcę iść z wujkiem!

– Nie jesteś zmęczony? – upewniłam się. – Może głodny?

– Nie!

– A nie za zimno ci?

– Nadopiekuńcza mamuśka z ciebie. – Jacek pokręcił z niedowierzaniem głową. – Wiesz, Nika, nie poznaję cię.

– Dobra, idźcie – westchnęłam z rezygnacją. – Tylko nie chodźcie za długo. Dziś nie jest zbyt ciepły dzień.

Patrzyłam za nimi, jak odchodzili i znowu, tak jak przed chwilą, miałam wrażenie, że oto widzę Jusufa prowadzącego za rękę Nicolasa. Potrząsnęłam głową, próbując pozbyć się tego obrazu. Zaczynałam wariować. Chyba przyjazd do Polski nie był dobrym pomysłem.