Tajemnice Lestorii - Aleksandra Zalewska - ebook
Opis

To był wiosenny dzień, niewiele różniący się od innych. Tak przynajmniej wydawało się Emily i Ediemu, dopóki niespodziewanie nie natknęli się na gadającą wiewiórkę z pomocą której trafili do niezwykłej krainy – Lestorii. Tego dnia zaczęła się ich przygoda...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 263

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

 

ROZDZIAŁ 1

Był ciepły, wiosenny poranek. Emily dopiero co wstała z łóżka i otworzyła okno, aby poczuć zapach kwiatów, które jej matka zasadziła w ogrodzie. Dźwięk przekręcanej klamki w starym, drewnianym oknie pomalowanym niebieską farbą olejną jeszcze przez jej dziadka, obudził Ediego. Edi był młodszym bratem Emily. Tej wiosny kończył siedem lat. Dziewczynka nie zauważyła, że malec wstał i dopiero jego cichy głos mówiący „dzień dobry” uświadomił jej to.

– Dzień dobry – odpowiedziała – wyspałeś się?

– Nie do końca. Bo widzisz, miałem bardzo męczący sen. Jeśli chcesz, to ci opowiem.

– Nie czas na to, Edi. Musimy zjeść śniadanie i przygotować się do szkoły. Za godzinę zaczynamy lekcje.

Wzięła głęboki wdech i wyjrzała raz jeszcze przez okno. Uwielbiała przez nie spoglądać i patrzeć, jak z każdą porą roku zmienia się krajobraz. Szczególnie zaś lubiła wielki, stary dąb, który rósł samotnie na wzniesieniu nieopodal ich domu.

Nalała wody do porcelanowej miski o pięknych kwiatowych wzorach, która stała w kącie pokoju. Woda była jeszcze ciepła, bo niedawno przyniosła ją w brązowym, glinianym dzbanku gosposia Susan.

– No, dalej, Edi, nie ociągaj się. Musisz umyć buzię.

Chłopiec posłusznie wykonywał polecenia siostry.

– Nie oszukuj. Za uszami też. I szyja. Chyba nie chcesz, żeby dzieci w szkole śmiały się z ciebie, że jesteś brudaskiem. No dobrze. A teraz ubierz mundurek. Nie te skarpetki, te miałeś wczoraj, weź nowe z komody. Dobrze. Zejdź na dół, ja też zaraz przyjdę.

Kiedy Edi zniknął za zamkniętymi drzwiami, Emily zaczęła się myć i ubierać w mundurek szkolny. W przeciwieństwie do innych dzieci, lubiła go nosić. Uważała, że granatowy fartuszek z białym obszyciem i świeżo wyprasowana biała bluzka podkreślają jej powagę i dodają majestatu. Zerknęła na swoje odbicie w lustrze i upewniwszy się, że wszystko jest w porządku, wyszła z pokoju. Zbiegła w dół po wysokich, skrzypiących schodach z drewna, które uginały się pod naciskiem jej świeżo wyczyszczonych pantofli.

– Dzień dobry, Susan. Dzień dobry, mamo.

– Witaj, kochanie. Twoja miska już na ciebie czeka. Lepiej nasyp sobie płatków, zanim twój braciszek wszystkie zje – odpowiedziała mama.

– Taki drobniutki, a je za trzech. Gdyby choć odrobinę przytył… – dodała Susan.

– Ma to po ojcu. Tom też miał wilczy apetyt, ale mógł jeść, ile chciał, a i tak nigdy nie tył.

– Czy tata dzisiaj wróci? – zapytał Edi.

– Obawiam się, że nie. Tak jak przypuszczałam, jego rejs wydłużył się o kolejne trzy miesiące. Zawsze kiedy płyną na wody nowego kraju, wraca do domu z dużym opóźnieniem. Wczoraj dostałam jego list. Kazał was pozdrowić, ucałować i powiedzieć, że bardzo was kocha i na pewno przywiezie wam wiele wspaniałych prezentów.

– Nie chcę prezentów, chcę jego – rzuciła krótko Emily.

– Nie bądź niemądra, córeczko. Masz już trzynaście lat i powinnaś zrozumieć, że tata nie może cały czas być z nami. Jest kapitanem statku i dzięki temu możesz mieszkać w tym domu i co dzień zasiadać do stołu, nie martwiąc się, czy starczy nam pieniędzy na chleb i mleko – szybko ucięła matka.

– Ja tam lubię prezenty – dodał z uśmiechem Edi.

– No, kochani. Koniec tych pogaduszek. Czas iść do szkoły, nie możecie się spóźnić.

Dzieci wstały posłusznie od stołu, założyły tornistry na plecy i pożegnawszy mamę i gosposię, ruszyły w stronę szkoły.

Pogoda była wyborna tej wiosny. Słońce delikatnie przygrzewało i wiał lekki wietrzyk, który przynosił ze sobą najróżniejsze zapachy. W drodze do szkoły lub do domu Emily lubiła zatrzymywać się na wzgórzu koło starego dębu. Oddychała powoli i głęboko. Wyobrażała sobie, że jest na wysokim szczycie, który wznosi się ponad całym światem i z którego wszystko widać. Wiatr podsuwał jej pod nos zapach pól i łąk, na których dopiero co skoszono trawę, i zapach lasu pełnego choinek, a przede wszystkich zapach morza. Czuła wyraźnie sól i ryby i wiedziała, że to samo czuje teraz jej ukochany tata. Tęskniła za nim i nie potrafiła zrozumieć, dlaczego to właśnie jej ojciec musi być kapitanem. Czemu nie mógłby, jak inni ojcowie, być piekarzem, murarzem albo policjantem i każdego dnia wracać do domu, siadać koło niej na łóżku i opowiadać bajki przed snem.

– Szybciej, bo znowu będziemy siedzieć w ostatniej ławce.

– Ja lubię tam siedzieć. Jest blisko drzwi i mogę pierwszy wybiegać na przerwę. Jak siedzimy z przodu, to Billy mnie wyprzedza i zabiera piłkę.

– Co z tego? Przecież i tak wszyscy chłopcy grają razem – zaśmiała się.

– Tak, ale ten, który pierwszy ją złapie, pierwszy wybiera zawodnika do drużyny. Billy zawsze wybiera Tomiego, a przecież wiesz, że on ma czternaście lat i strzela najwięcej bramek.

Po piętnastu minutach dotarli do szkoły, która mieściła się obok kościoła. Jak w każdym z małych miasteczek, w trakcie lekcji musieli iść i odmówić pacierz przed obrazem jednego ze świętych. Szkoła była niewielka i chodziły do niej wszystkie dzieci z miasteczka, niezależnie od wieku i płci. Starsi pomagali młodszym w nauce, a za to pani Black nagradzała ich plusami na tablicy, która wisiała zaraz koło wejścia. Dziecko, które pod koniec tygodnia miało najwięcej plusów, mogło czytać fragment z Biblii w niedzielę na ambonie, będąc dumą całej rodziny, dlatego też plusy zbierali tylko ci, którzy umieli już czytać.

Tego dnia zajęcia w szkole wydawały się Emily bardzo interesujące. Uczyli się o zwierzętach, ich obyczajach i o tym, jak rozpoznać zwierzę po śladach łap.

Gdy tylko okrągły zegar na ratuszu wybił godzinę czternastą, wszyscy spakowali zeszyty i książki do tornistrów i ruszyli w stronę swoich domów. Schodząc po zakurzonych stopniach, Emily nie spodziewała się jeszcze, że to popołudnie nie będzie dla niej i dla jej brata zwykłym popołudniem. Kilka metrów dalej, w cieniu starego dębu czekała na nich przygoda.

ROZDZIAŁ 2

– Jak myślisz, co Susan zrobiła dziś na deser? Może będziemy zgadywać, a ten kto będzie miał rację, dostanie część deseru od przegranego? Zgódź się, Emi, będzie zabawnie! Ja stawiam na budyń waniliowy.

– Ty zawsze myślisz tylko o zabawie albo o jedzeniu. Czy naprawdę ciągle jesteś głodny? Ja stawiam, że dzisiaj będą wiśnie z cukrem.

– Ale jak przegram, to weźmiesz ode mnie tylko dwie wisienki, dobrze?

– Eh, Ed...

Emily nadal gniewała się na ojca, że nie wróci dziś, jak obiecał, ale wiedziała, że nie może chodzić cały dzień nadąsana, bo wtedy jej bratu będzie przykro. Lubiła, kiedy to na niej skupiała się uwaga wszystkich, ale opiekując się Edim, koncentrowała się wyłącznie na nim i na tym, żeby był szczęśliwy. Często oddawała mu połowę swojego deseru, nawet jeśli o niego nie prosił, żeby zobaczyć ten słodki uśmiech na jego twarzy i wdzięczność w wielkich błękitnych oczach.

Wracali do domu powoli. Po drodze zrywali kwiatki i zbierali ciekawe kamyki, nadawali imiona przydrożnym krzewom lub rzucali grudkami ziemi w pnie drzew.

Właśnie zbliżali się do starego dębu, kiedy Edi zawołał:

– Zobacz! To wiewiórka! Zobacz, jaka jest pomarańczowa i jaki ma puszysty ogon! Wchodzi na to drzewo! Pewnie ma tam dom i składa w nim żołędzie.

Emily zerknęła w stronę miejsca, które wskazywała blada rączka jej brata. Zobaczyła wiewiórkę, o której mówił. W zasadzie nie było w niej nic niezwykłego, chociaż... Emily zdawało się, że wiewiórka ma różnokolorowe oczy. Była pewna, zgodnie z tym czego uczyła się w szkole, że wiewiórka ma dwoje brązowych oczu, a nie niebieskie i zielone.

– Chodź, Ed. Nie zbliżaj się do niej, bo może być chora. Ma takie dziwne oczy.

Dziewczynka odwróciła wzrok od drzewa i szła dalej, ale już po chwili spostrzegła, że jej towarzysza drogi nie ma przy niej. Odwróciła się. Edi stał blisko dębu i jak zahipnotyzowany wpatrywał się w wiewiórkę, która siedziała spokojnie na wysokości jego oczu. Dziewczynka przyglądała się uważnie, nie wiedząc, co zrobić. Słyszała, że co jakiś czas Edi śmieje się cicho i coś szepcze pod nosem.

– Spóźnimy się na obiad! – zawołała. – A jeśli się nie pospieszysz, to zjem wszystkie wiśnie, nawet twoje.

Wiedziała, że nie ma mocniejszego argumentu niż jedzenie, żeby odciągnąć tego malca od jakichkolwiek innych zajęć. Ale Edi nawet nie popatrzył na nią. Ani drgnął. Stał dalej i mówił coś niewyraźnie, wpatrując się w niebiesko-zielone oczy.

Robiło się coraz później i musieli się pospieszyć z powrotem do domu, bo inaczej mama i gosposia zaczną się denerwować. Emily postanowiła zadziałać bardziej radykalnie. Ruszyła w stronę drzewa pewnym krokiem.

– Mama będzie się martwić. Musimy wracać – powiedziała.

– Spokojnie. Jeszcze wcześnie – powiedział głos.

To nie był głos jej brata. To musiała być... Nie! Na pewno się przesłyszała.

– No, dalej. Nie ociągaj się – dodała pospiesznie.

– Wasza mama jest teraz w ogrodzie i zajmuje się swoimi kwiatami, więc nie zauważy, jeśli odrobinę się spóźnicie, a Susan jest zajęta sprzątaniem – powiedział znowu głos.

„Czy ja kompletnie oszalałam?” – pomyślała dziewczynka. – „Przecież to niemożliwe, żeby zwierzę mówiło”.

– Nie ma rzeczy niemożliwych – skomentował głos. – Jeśli w coś się wierzy, to prędzej czy później staje się to rzeczywistością.

– To jest Anabella – powiedział Edi. – Mieszka na tym starym drzewie od dawna i dobrze nas zna. Mówi, że pamięta jeszcze naszego tatę, kiedy był mały i chodził tędy do szkoły.

– Ed, nie wygłupiaj się. Przecież to jest wiewiórka. Ona nie potrafi mówić i na pewno nie zna taty, bo wiewiórki tak długo nie żyją – powiedziała zniecierpliwiona Emily.

– Anabello, opowiedz mojej siostrze tę historyjkę o tacie – odpowiedział, uśmiechając się szeroko.

– Masz dopiero trzynaście lat, moja droga, a jesteś poważniejsza niż niektórzy dorośli. Całkowite przeciwieństwo Thomasa. On zawsze dużo się śmiał i lubił wpadać do mnie na herbatę z liści dębu – powiedziała wiewiórka.

– Nie bądź niemądra. Nie da się zrobić herbaty z liści dębu. Poza tym, jak niby tata miałby się zmieścić do twojej dziupli? – odparła z irytacją Emily.

– Wspaniale! Przyjęłaś już do wiadomości fakt, że potrafię mówić, a to pierwszy krok, aby dać porwać się przygodzie! – ucieszyła się Anabella.

Dziewczynka nie potrafiła zrozumieć tego, co widziała i słyszała, choć wszystko wydawało się tak realne, że nie chciała budzić się z tego snu. Wyraźnie dostrzegała detale – rude futerko w kolorze przybrudzonej ziemią marchwi, a jednocześnie pięknie połyskujące w promieniach wiosennego słońca, łapki z ostrymi pazurkami wbitymi w korę dębu, prawe oko w kolorze nieba o poranku i lewe – zielone jak pierwsze źdźbła trawy o tej porze roku.

– Czy my też możemy przyjść do ciebie na herbatę? – zapytał niespodziewanie chłopiec.

– Byłoby wybornie! Już tak długo nie przyjmowałam gości. Inni zapewne też ucieszą się z waszej wizyty.

– To was, gadających zwierząt, jest więcej? – nie dowierzała Emi.

– Oczywiście! Cała Lestoria budzi się do życia po długiej zimie!

Emily przypomniała sobie, że w domu czeka na nich Susan z obiadem i pewnie zaczyna się już niepokoić.

– A zatem wpadniemy jutro, a teraz musimy już iść. Chodź, Ed. Nie ma czasu do stracenia. Twoje wiśnie z cukrem czekają. Do widzenia.

– Do zobaczenia – odpowiedziała wiewiórka i zaczęła wspinać się w górę.

– Do zobaczenia jutro! – krzyknął do niej Edi.

Pędzili ile sił w nogach. Słońce było coraz niżej nad horyzontem i zaczynało zmieniać barwę ze słonecznikowej na mandarynkową.

Weszli do domu i zostawiwszy plecaki koło schodów, które znajdowały się zaraz naprzeciw drzwi frontowych, skierowali się w lewą stronę do kuchni.

– Gdzie się podziewaliście tyle czasu? Lekcje już dawno się skończyły. Martwiłyśmy się – powiedziała Susan.

– Przepraszamy. Nawet nie zauważyliśmy, że czas tak szybko minął. Edi miał problem z nauczeniem się nowych liter, więc zostaliśmy trochę dłużej w szkole, żeby wszystko weszło mu do głowy.

– To wcale...

– Tak właśnie było, braciszku. Nie zaprzeczaj. Przecież nie ma się czego wstydzić, a skoro tak ładnie się uczyłeś, to dostaniesz część mojego deseru. Co dziś przygotowałaś?

– Wiśnie z cukrem – odpowiedziała zadowolona gosposia. – Zrobiłam kilka słoików tamtego lata i jeszcze trzy ocalały.

– Skąd wiedziałaś, Emi? Ale pamiętasz, że możesz wziąć ode mnie tylko dwie malutkie wisienki? – zaniepokoił się malec, zapominając, co chciał wcześniej powiedzieć.

Dzieci zjadły obiad i pyszny deser i jak zawsze po posiłku udały się do swojego pokoju, aby odrobić lekcje.

Wspinali się po schodach ociężali i zmęczeni, pełni niezwykłych wrażeń. Kiedy tylko weszli do pokoju, Emi skarciła brata:

– Nie możesz mówić nikomu o tym, co nas spotkało. Zresztą i tak nikt ci nie uwierzy. To będzie nasza tajemnica. A teraz bierz się za odrabianie zadania, zanim zrobi się ciemno.

– Ale...

– Żadnych „ale”!

Dziewczynka posadziła brata przy stole stojącym pod oknem i wyciągnęła z tornistra zeszyt, który rozłożyła przed Edim, wręczając mu jednocześnie ołówek. Sama usiadła obok niego, w miejscu, które umożliwiało jej wyglądanie przez okno w stronę wzniesienia i dębu. Próbowała skupić uwagę na książce leżącej przed nią na bukowym stole, ale to, co się wydarzyło, nie dawało jej spokoju.

„Na pewno to tylko jakieś moje przywidzenie i jutro wszystko wróci do normy” – pomyślała, próbując przekonać samą siebie.

Kiedy kończyli odrabianie lekcji, do ich pokoju weszła mama i powiedziała:

– Babcia prosiła, żebyś przyniosła jej sok z malin, o ile znajdziesz chwilę czasu. Jeśli skończyłaś się uczyć, może przejdziesz się do niej z tą butelką?

– Babcia! – zawołała radośnie Emily.

Że też wcześniej o tym nie pomyślała! Opowie swojej kochanej babci tę niezwykłą historię. Kto jak kto, ale ona na pewno uważnie jej wysłucha i udzieli jakiejś mądrej porady.

– Rozumiem, że się zgadzasz? Zejdź do kuchni, to Susan da ci koszyk. Tylko pamiętaj, idziesz do babci i z powrotem. Nie błąkaj się nigdzie po ciemku.

– A czy ja też mogę iść do babci? – zapytał niewinnie Edi.

– Obawiam się, że nie tym razem. Będziesz mi potrzebny tutaj. Masz bardzo ważne zadanie do wykonania!

– Zadanie? Ale nie będę musiał się już uczyć? A jak je wykonam, to dostanę dodatkowe ciastko i szklankę mleka przed snem?

– Zastanowię się, ale teraz musisz iść ze mną do ogrodu i pogłaskać każdy kwiatek po płatkach, żeby spokojnie zasnął i nie miał koszmarów w nocy.

– To kwiatki mają sny? Mamo, a czy mogę opowiedzieć ci mój sen? Był taki męczący...

Emily poczekała, aż jej brat i mama wyjdą z pokoju, ubrała sweter i upewniwszy się, że butelka z sokiem jest dobrze zakręcona, włożyła ją do tornistra. Wolała nieść prezent dla babci na plecach niż w koszyku, żeby mieć wolne ręce i móc zbierać różne rzeczy po drodze.

Dom babci Mary był położony niedaleko ich domu. Do celu w mgnieniu oka prowadziła wąska ścieżka, wijąca się między krzewami. O tej porze krzewy te były jeszcze lekko zielone, ale im bliżej lata, tym bardziej soczysty stawał się odcień ich liści, pojawiały się pączki, które z końcem wiosny zamieniały się w różnobarwne kwiaty, a wraz z początkiem lata zawiązywały się z nich owoce róży, agrestu czy porzeczek.

Dom babci był mały i ukryty pod kołdrą winnej latorośli. Jego ściany były pokryte białym jak śnieg wapnem, a w oknach wisiały ręcznie haftowane zasłonki o bogatych kwiecistych wzorach. Emi lubiła tu przychodzić, bo wiedziała, że zawsze czeka na nią kubek herbaty z sokiem malinowym, miękki dywan rozłożony u stóp babcinego fotela i ciepłe słowo, które dodawało jej otuchy, szczególnie kiedy jej tata był daleko. Babcia opowiadała ciekawe i śmieszne historie o małym Tomie i zawsze potrafiła wskazać liczne podobieństwa między nim a Emily, co było dla dziewczynki największym komplementem.

Zapukała do drzwi małą kołatką w kształcie głowy psa i już po chwili w progu pojawiła się babcia.

– Witaj, moja droga. Cieszę się, że znalazłaś chwilkę czasu, aby do mnie zajrzeć. Właśnie zaparzyłam lipowej herbaty. Myślę, że będzie pyszna z sokiem, który przyniosłaś.

– Dobry wieczór, babciu. Przecież wiesz, że zawszę znajdę czas, żeby cię odwiedzić. Jesteś moją najukochańszą babcią i najlepszą przyjaciółką.

– Cieszę się, że tak mówisz, kochanie – odpowiedziała z uśmiechem babcia, biorąc butelkę z sokiem i idąc w stronę piecyka, na którym stał dzbanek z herbatą.

– Jak się czujesz, babciu? Czy pomasować ci stopy lub dłonie?

– Nie trzeba, nie trzeba. Usiądź lepiej i opowiedz, co tam u ciebie słychać, dawno cię u mnie nie było – powiedziała babcia, podając dziewczynce jej ulubiony kubek z motylami pełen słodkiego, parującego napoju.

– Dziękuję. Wszystko ci opowiem, ale obiecaj, że nie będziesz się śmiała i że nikomu nie przekażesz tego, co ode mnie usłyszysz.

– Przecież wiesz, że te stare uszy zawsze z uwagą cię słuchają, a ta siwa głowa przechowuje wszystkie twoje opowieści w sekrecie, jak najcenniejsze skarby.

– Wiem, babciu, chciałam się tylko upewnić, bo widzisz... Nie wiem nawet, jak zacząć, bo to dość dziwna historia. Czy pamiętasz to stare drzewo, które rośnie samotnie nieopodal naszego domu?

– Dąb szypułkowy? Oczywiście! To prawda, że od dłuższego czasu nie wychodzę z tej chatki, ale ten dąb rośnie tam, od kiedy pamiętam. Bawiłam się przy nim, będąc jeszcze małą dziewczynką i mieszkałam z rodzicami w twoim domu, a później, gdy Thomas był w twoim wieku, zawsze znajdywałam go tam, kiedy znikał gdzieś po lekcjach – zaśmiała się babcia.

– To on jest aż taki stary? A czy mieszkały tam kiedyś jakieś zwierzęta?

– Zwierzęta? Oczywiście, oczywiście. Najciekawszą lokatorką była wiewiórka. Cóż za radosne stworzenie.

– Wiewiórka? A czy ta wiewiórka, wiem, że to dziwnie zabrzmi, miała może jakieś imię?

– Oczywiście, że tak! Oni wszyscy mają imiona! Każdy mieszkaniec Lestorii ma swoje imię, a z tego co pamiętam, to na wiewiórkę mówili Anabella, chociaż mogłam coś przekręcić.

– Babciu, czy ty sobie ze mnie żartujesz?

– Kochana wnusiu, chyba jesteś zbyt poważna jak na swój wiek. Czy ja mogłabym z ciebie kpić? Mówię ci tylko to, co pamiętam.

– Gdzieś już ostatnio słyszałam to stwierdzenie... Kontynuując, dzisiaj, kiedy wracaliśmy z Edim ze szkoły, zatrzymała nas przy drzewie i zaprosiła na herbatę.

– Kto taki?

– No, Anabella. Wiewiórka. Najpierw rozmawiała z nim, a dopiero później ze mną. Czy to w ogóle możliwe, żeby zwierzęta mówiły?

– Moja Emi, już czas, abyś i ty pozostawiła swój ślad na kartach kroniki Lestorii, jak ja i Tom przed tobą. To dziwne, że dopiero teraz, mając trzynaście lat, poznałaś naszą tajemnicę, ale twój pradziadek zawsze mówił, że wszystko ma swoje miejsce i czas, więc to jest twój czas...

ROZDZIAŁ 3

– Ed, skup się. Czy naprawdę uważasz, że litera „M” jest aż tak trudna i twój mały rozumek nie znajdzie dla niej choć kawałka miejsca w pamięci? Przestań bazgrać po zeszycie i pisz.

Emily strofowała brata zniecierpliwiona. Musiała skupić się na tym, co mówiła jej nauczycielka, i jednocześnie tłumaczyć Ediemu zawiłości alfabetu. Zazwyczaj nie stanowiło to dla niej problemu, ale tego dnia zbudziła się pełna niepokoju. W nocy śniły jej się dziwne rzeczy, ale za nic nie mogła sobie przypomnieć, co to dokładnie było. Nie była pewna, czy to, co wydarzyło się wczoraj, to rzeczywistość, czy jej bujna wyobraźnia znowu robi sobie z niej żarty.

– Emi, proszę, podejdź i zapisz na tablicy to, co właśnie powiedziałam. Chciałabym, aby wszyscy mnie dobrze zrozumieli – powiedziała pani Black.

Dziewczynka nagle uprzytomniła sobie, że znajduje się w klasie pełnej uczniów. Jej twarz oblała się rumieńcem czerwieńszym niż dojrzałe truskawki, bo zupełnie nie wiedziała, o czym jest lekcja.

– Przepraszam panią, ale słabo się czuję i wolałabym zostać na swoim miejscu – wybroniła się sprytnie.

– Nie ma problemu. W takim razie może Mat? Emi, może wyjdziesz na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza? – zaniepokoiła się nauczycielka.

– Nie ma takiej potrzeby. Zaraz mi przejdzie. Dziękuję.

Lekcje dobiegły końca i zanim Emily zdążyła wsadzić książki do tornistra, jej brat był już przed szkołą. Kiedy wyszła do niego, zniecierpliwiony powiedział:

– Pospiesz się. Chyba nie chcesz spóźnić się na herbatę?

– Ty znowu swoje...

– Mama zawsze mówi, że jeśli ktoś zaprasza cię w gości, to nie można odmówić, a jeszcze gorzej spóźnić się.

– Tak, masz rację. Niech ci będzie. Chodźmy.

I ruszyli żwawym krokiem przed siebie. Edi co chwila wybiegał kilka kroków do przodu, lub zwalniał, czekając za siostrą i poganiając ją.

Ledwo dotarli do dębu, a już dostrzegli czekającą na nich Anabellę.

– Witajcie – powiedziała wiewiórka.

Nim zdążyli odpowiedzieć, ich oczom ukazała się dziupla, ale była to dziupla niezwykła, wyższa o metr od Emily. Zapraszała przybyszów zapachem świeżo upieczonych ciasteczek z orzechami i aromatem herbaty.

Dzieci nie mogły uwierzyć własnym oczom. Drzewo, które tak często mijały, nagle rozpostarło przed nimi swoje ramiona i z całą stanowczością zapraszało do wnętrza.

Edi wbiegł do środka bez zastanowienia, a zaraz za nim przestąpiła próg niepewnym krokiem Emi. To, co zobaczyli, przeszło ich najśmielsze oczekiwania.

Znajdowali się w salonie znacznie większym od ich pokoju. Podłoga zrobiona była z dębowych desek, a sufit zadziwiał ręcznie rzeźbionymi dekoracjami w kształcie dębowych liści. Był przestronny i jasno oświetlony przez żyrandol wiszący pośrodku, poniżej którego znajdował się stół okrągły i tak duży, że mógłby pomieści tuzin gości. Wokół stołu ustawione były wysokie krzesła obite materiałem w kolorze dębowych liści. Zastawa przygotowana została z myślą o większej ilości osób.

– Mam nadzieję, że nie będzie wam przeszkadzało, jeśli kilkoro moich dobrych znajomych wpadnie również na filiżankę herbaty – powiedziała wiewiórka, która ku wielkiemu zaskoczeniu dzieci zmieniła się nie do poznania.

Stała na tylnych łapach, miała co najmniej tyle wzrostu co Emily i ubrana była w zielony fartuszek. Jej ogon nie był rudy, lecz fioletowy i wyraźnie dało się dostrzec teraz, że jedno wielkie oko jest niebieskie, a drugie zielone. Podchodząc w stronę swojego krzesła, zaprosiła ich, aby usiedli.

– Za chwilę powinien zjawić się pierwszy z gości. Usiądźcie wygodnie.

Ledwie to powiedziała, a ich uszu dobiegł dźwięk dzwonka u drzwi. Zajęli swoje miejsca i niecierpliwie czekali.

– To jest Ferdynand – powiedziała Anabella, wprowadzając swojego sąsiada.

Stanął przed nimi stwór, na pierwszy rzut oka przypominający chomika, lecz gdy przyjrzeć się uważnie... Miał wielki i czerwony jak pomidor nos, uszy, których nie powstydziłby się słoń, ogon długi i puszysty jak kita Anabelli. Co dziwniejsze, jego sierść wcale nie była brązowa, lecz niebieska!

Edi aż otworzył usta z wrażenia i bezceremonialnie zapytał:

– A co ty jesteś?

– Nazywam się Ferdynand i jestem dzidzio-chomikiem – oburzył się lekko Ferdynand.

– Jesteś taki śmieszny! – zawołał uradowany Edi.

– Nie wolno tak mówić – zwróciła mu uwagę siostra.

Chłopiec zmieszał się nieco, ale nadal wpatrywał się zdumiony w dzidzio-chomika.

– Widzę, że spodobał wam się mój sąsiad. Ferdynandzie, bardzo cię proszę, usiądź naprzeciw Emily.

Wiewiórka nie zdążyła skończyć zdania, kiedy po raz kolejny odezwał się dzwonek.

– Jak widzicie, wszyscy chcą was poznać – powiedziała.

Wszedł kolejny gość, a był nim misio-minio, bardzo przypominający niedźwiedzia brunatnego z wielkim brzuchem, jednak zamiast uszu miał skrzydełka, które unosiły go kilka cali nad ziemią. Co więcej, każdą łapę miał w innym kolorze. Prawa przednia była różowa, lewa przednia seledynowa, prawa tylna pomarańczowa, a lewa tylna bordowa. W miejscu, gdzie powinien znajdować się pępek, misio-minio miał lampkę, która zaczynała świecić, kiedy się śmiał.

– To mój kolejny sąsiad. Ma na imię Todd.

– Witaj, Todd – powiedziała dziewczynka, której coraz bardziej podobało się popołudniowe spotkanie przy herbacie.

– Zaraz przyjdzie moja żona – powiedział Todd, zajmując miejsce koło Ediego.

I oto w drzwiach pojawiła się Wilma. Była prawie tak mała jak Edi, ale za to nosiła na czubku głowy wielką kokardę w kolorowe groszki, która dodawała jej centymetrów. Wilma różniła się nieco od męża. Jej futro było jednobarwne, ale zmieniało się wraz z nastrojem. Kiedy była zadowolona, przybierało kolor dojrzałej brzoskwini, a kiedy się smuciła, nabierało koloru herbatnika. Jeśli coś ją zmartwiło, oznajmiała to barwa szara, a kiedy zaczynała nad czymś się zastanawiać, futro robiło się perłowe.

Usiadła po lewej stronie Todda, ponieważ prawa zajęta była przez Ediego.

Rodzeństwo jeszcze nie zdążyło nadziwić się stworzeniom, które pojawiły się przy stole, a do drzwi zawitał kolejny przybysz. Tym razem był to stary przyjaciel Anabelli – Wiliam.

Ciężko było powiedzieć, kim jest. Z pozoru nosorożec, ale zamiast rogu miał na nosie banana, dlatego mówiono, że jest bananożcem. Wyglądał na niezwykle silnego, chociaż jego ciało zamiast grubej szarej skóry, pokrywała skórka jak u pomarańczy. Emi miała ochotę się roześmiać, ale wiedziała, że jeśli to zrobi, Wiliamowi będzie przykro, więc schowała uśmiech za dłońmi, zupełnie jakby miała kichnąć.

Przy stole nadal pozostały dwa puste krzesła.

– Barney i Serafina pewnie jak zwykle się spóźnią, więc nie czekajcie, częstujcie się – zachęciła wiewiórka.

Pierwszym, który sięgnął po ciastko, był Edi. Jego mała, chuda rączka wysunęła się w stronę drewnianego półmiska, co wzbudziło dyskretny śmiech wśród zebranych.

– Nawet ty nie masz z nim szans, Todd, łakomczuchu. Lepiej się pospiesz, bo ani się obejrzysz, a wszystkie ciastka znikną ci sprzed nosa – zaśmiała się Wilma.

Edi zawstydził się lekko, ale nie mógł się nawet uśmiechnąć z powodu ciastka, które właśnie włożył do ust.

Rodzeństwo poznało już kilkoro znajomych Anabelli. Jeśli zaś chodzi o nich samych, to nikomu nie trzeba było przedstawiać tej pary:

– Ach, te oczy, zupełnie jak u Johna – powiedział jeden z gości.

– A noski? Cały Tom – powiedział następny.

– No i uszy mają też po ojcu! – dodał kolejny.

Dziewczynka nie wiedziała, czy coś odpowiedzieć, czy uśmiechnąć się. Popatrzyła w stronę brata, który na wyścigi z Toddem pochłaniał orzechowe ciastka i nabrawszy trochę pewności siebie, powiedziała:

– Mój tata wyjechał. Nie ma go już trzy miesiące i nie wróci przez kolejne trzy.

Wszyscy popatrzyli na nią z uśmiechem i wzrokiem pełnym współczucia.

– Nie martw się, kochanie. Z nami nie będziesz się nudzić, a ten czas, choć wydaje się być tak długim, minie w mgnieniu oka i ani się obejrzysz, a twój tata będzie w domu. Jak sama wiesz, ojciec Toma, a twój dziadek, też był marynarzem i często nie wracał do domu przez długie miesiące, ale wtedy my byliśmy blisko. Myślę, że przychodząc tu, poznacie wiele wspaniałych i ciekawych opowieści o waszym tacie, a i sami zapewne przeżyjecie w naszej krainie niejedną przygodę. Tu nigdy ich nie brakuje.

Po raz ostatni odezwał się dzwonek u drzwi i wiewiórka nie zdążyła nawet wstać od stołu, kiedy w progu pojawili się Barney i Serafina.

– Czekaliśmy na was – powiedziała Wilma.

– Wybaczcie nam to spóźnienie, ale Serafina jak zwykle sto razy zmieniała kapelusz. Już wychodziliśmy, kiedy postanowiła zmienić ten w kształcie łabędzia na beret z pomponem, ale po głębszym zastanowieniu przebrała go na cylinder z pawimi piórami, który także nie okazał się odpowiedni i tak przez godzinę – rzekł Barney.

– Ale musicie przyznać, że ten jest odpowiedni na dzisiejszą okazję – dodała szybko Serafina, wskazując dłonią na czubek swojej głowy.

Dopiero teraz goście siedzący wokół stołu dostrzegli to, co kryło się pośród gęstych niebieskich loków, a mianowicie kapelusz w kształcie kwiatu stokrotki misternie przymocowany do włosów za pomocą spinki w kształcie liścia.

– Wspaniały. Jak każdy z twojej kolekcji – powiedziała Anabella, zapraszając, aby usiedli. – Pozwólcie, że na chwilę was opuszczę i przyniosę świeżych ciasteczek i herbaty.

Emily, w przeciwieństwie do innych, nie skupiła się na niezwykłym nakryciu głowy, ale na wyglądzie tej sympatycznej pary.

Barney był białym królikiem z wielkimi okularami na nosie, których oprawki miały kształt czterolistnych koniczynek. Miał trzy pary uszu, a zamiast ogona dzwonek. Ubrany był w czerwony kubraczek, na którym wyhaftowano napis: „Królikowiec Barney”, co jednocześnie wskazywało, do jakiego gatunku należy. Jego żona, królikowica, nieco różniła się od niego. Miała zaledwie dwie pary uszu, ale za to piękne niebieskie loki, sięgające aż do pasa. Zamiast ogona nie miała tak jak jej mąż dzwonka, a miotełkę, i była posiadaczką największej kolekcji kapeluszy w całej Lestorii.

Kiedy już siedzieli w komplecie przy stole i ucichły komentarze na temat kwiecistego nakrycia głowy Serafiny, Emily zaczęła pytać:

– Czy wszyscy znacie mojego tatę? Jak go poznaliście? Podobno moja babcia też bywała tutaj? Kiedy ostatni raz ich widzieliście? Czemu nigdy wcześniej o was nie słyszałam? Gdzie jest ta wasza kraina?

– Powoli, skarbie. Cieszy nas, że chcesz tak wiele wiedzieć, ale pozwól, że będziemy odpowiadać na pytania po kolei – uspokoiła dziewczynkę wiewiórka.

Jako pierwszy zabrał głos dzidzio-chomik Ferdynand:

– Zarówno my, jak i pozostali mieszkańcy Lestorii, znamy waszego tatę bardzo dobrze. Często nas odwiedzał popołudniami, a niekiedy i rano. Nie ma chatki, której progu nie przestąpił choćby raz, i nie ma mieszkańca, z którym choć raz nie porozmawiał. Wszyscy wiele mu zawdzięczamy, tak jak i waszej babci.

– Twoja babcia pojawiła się tu jako pierwsza z waszej rodziny. To ona sprawiła, że nasz świat stał się tak kolorowy i wesoły. Pierwszy raz zawitała tu zupełnie przypadkiem. Wdrapała się na ten dąb i chcąc zobaczyć, co kryje się we wnętrzu jego dziupli, weszła do środka. Dziupla była wtedy bardzo mała, ale ona była drobną dziewczynką, więc z łatwością się przez nią przecisnęła. Wpadła do salonu Anabelli lekko przestraszona i zdziwiona, ale gdy tylko ją zobaczyła, uśmiechnęła się od ucha do ucha i pełna zaufania wtuliła się w jej futerko. Anabella zaskoczona reakcją dziecka nie wiedziała, jak się zachować, ale szybko poddała się urokowi wielkich brązowych oczu i mysich warkoczyków. Poczęstowała Mary herbatą i ciasteczkami, i zaprosiła do siebie kolejnego dnia. Nasza gospodyni wraz z waszą babcią przechadzały się po dolinie i odwiedzały nas. Wtedy byliśmy jeszcze zwykłymi zwierzętami, ale każdy pomysł Mary w połączeniu z jej dotknięciem i szczerym śmiechem zmieniał nas w takich, jakimi jesteśmy teraz. Niezwykłe dziecko – opowiedział misio-minio.

– Kiedy wasza babcia miała piętnaście lat, została wydana za mąż za młodego marynarza i wkrótce przestała tu przychodzić. Nie wypadało, żeby młoda dama i żona szanowanego obywatela zagłębiała się w otchłań baśniowej krainy, zapominając o prawdziwym świecie. Teraz musiała spędzać popołudnia, ucząc się szyć, gotować i pielęgnować ogród – dodał bananożec Wiliam.

– Ale niedługo potem zaszła w ciążę i urodził się Tom. Mary przynosiła go na polanę pod dębem i przesiadywała z nim tutaj długie godziny. Często obserwowaliśmy ją, jak się zmienia i jak rośnie jej syn. Wszyscy dobrze wiedzieliśmy, że ona nie może już do nas wrócić, ale pokładaliśmy wielkie nadzieje w małym Tomim. Bardzo szybko nauczył się chodzić i mówić. Kiedy miał sześć lat, po raz pierwszy dostrzegł wiewiórkę, która czekała na niego przy drzewie, i przyjął zaproszenie na podwieczorek. Przez siedem lat nasza kraina bardzo zmieniła się bez waszej babci i potrzebowaliśmy kogoś takiego jak on – dopowiedział swoją część Todd.

– Wasz tata był tu ostatni raz, kiedy miał osiemnaście lat, zaraz przed tym, jak pierwszy raz wypłynął w morze. Potem, jak sama dobrze wiesz, ożenił się z waszą mamą i niedługo później urodziłaś się ty, Emily. Czekaliśmy niecierpliwie na twoją wizytę, ale nigdy się tu nie zatrzymałaś. Już jako mała dziewczynka chodziłaś ciągle zamyślona i wpatrzona w ziemię. Wolałaś spędzać czas w domu, a kiedy urodził się Edi, zaczęłaś opiekować się nim jak matka, próbując zrekompensować mu brak taty i szybko zapomniałaś o dziecinnych uciechach, marzeniach i zabawach. Dopiero twój mały brat uwierzył w nas na nowo. Czekaliśmy na was czternaście lat. Baliśmy się, że już nigdy tu nie przyjdziecie – powiedziała z lekkim smutkiem Wilma.

– Twoja babcia i tata często opowiadali ci o nas, kiedy byłaś mała, ale tęsknota za ojcem zajęła w twojej głowie i sercu miejsce tych opowieści. Nie byliśmy pewni, czy Edi również będzie miał umiejętność rozmawiania z nami i baliśmy się, że twoja dorosłość nas zgubi – skomentował Barney.

– Ale teraz tu jesteście. Jesteście razem z nami i nadzieja powróciła do Lestorii. Jesteśmy teraz w domu Anabelli. To on jest przejściem pomiędzy naszym światem a waszym. Zaraz obok jej chatki znajdują się jedne, a kawałek dalej kolejne i następne. Cała dolina ma bardzo wielu mieszkańców, ale wszyscy się znają. Mamy las pełen różnorodnych drzew, łąkę, która jest zielona przez cały rok, i strumyk z krystalicznie czystą i zimną wodą oraz jezioro o tafli błękitnej jak bezchmurne niebo. Kiedyś zawsze świeciło tu słońce, ale od dłuższego czasu pogoda zmienia się jak nasze nastroje. No i jest jeszcze Lisi Zaułek... ale o tym kiedy indziej, na razie delektujcie się smakiem ciastek i aromatem herbaty – powiedziała Serafina, uśmiechając się.

Kiedy wspomniała Lisi Zaułek, zgromadzeni poruszyli się niespokojnie i zaczęli szeptać, ale szybko ukryli to, podnosząc filiżanki z napojem.

Emily cały czas siedziała w ciszy, słuchając opowiadania swoich nowych przyjaciół i w skupieniu analizując ich słowa, za to Edi skoncentrowany był wyłącznie na pochłanianiu deseru, o który walczył dzielnie z Toddem.

– Zrobiło się późno. Pora, żebyśmy wracali do domu. Chodźmy.

Chłopiec wstał posłusznie.

– Dziękujemy za gościnę. Było nam bardzo miło was poznać – dodała Emily.

– To my dziękujemy, że zechcieliście spędzić z nami ten czas, i mamy nadzieję niedługo znowu was zobaczyć. Drzwi naszych chatek są dla was zawsze otwarte i obiecujemy, że nie będziecie się tu nudzić – pożegnała ich Anabella.

– Na pewno nie – rzucił bananożec.

Dzieci, pożegnawszy się, opuściły salon. Kiedy pojawili się na polanie pod dębem, słońce nadal znajdowało się w tym samym punkcie, w którym było, zanim weszli do wnętrza drzewa. Pewni, że są spóźnieni na obiad i mama z gosposią znowu będą się martwić, co tchu popędzili do domu. Wpadli do holu jak burza i pobiegli prosto do kuchni. Susan mieszała coś w garnku, a kiedy zobaczyła ich zdyszanych i zmęczonych, powiedziała: