Tajemnica zakonnika - Sylwia Kubik - ebook + audiobook

Tajemnica zakonnika ebook i audiobook

Kubik Sylwia

4,7
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

23 osoby interesują się tą książką

Opis

Kim staje się człowiek, który zatarł granicę między wiarą a władzą?

Dominik jest zakonnikiem, którego kazania przyciągają tłumy, a spojrzenie hipnotyzuje.
Mówi o dobru, winie, oczyszczeniu i coraz więcej osób zaczyna mu wierzyć bez zastrzeżeń.
W zamkniętym świecie reguł, modlitw i ciszy rodzi się system, w którym granice przesuwają się niepostrzeżenie.
To opowieść o charyzmie, która zamiast prowadzić, zniewala.
O wierze, która staje się narzędziem.
O słowach, które nie leczą a ranią.
I o złu, które nie krzyczy, lecz mówi pięknie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 265

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 49 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Kamil Prabucki

Oceny
4,7 (30 ocen)
23
6
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
beagal4137

Nie oderwiesz się od lektury

Historia, która porusza serce i umysł. Daje do myślenia ale i stanowi ostrzeżenie. Czytając, przeżywając i starając się zrozumieć co prowokowało konkretne zachowania trudno znaleźć wytłumaczenie dla takiego postępowania. Niestety nigdy nie wiemy kogo los postawi na naszej drodze.
00
krysfil62

Nie oderwiesz się od lektury

O vov co za historia.Przeczytana jednym tchem.Polecam po stokroć polecam.Piękna a zarazem wstrząsająca .😲
00
Aga_2911_Zaczytana

Nie oderwiesz się od lektury

📖 Tajemnica zakonnika 🖤 🖊️ Sylwia Kubik - pisarka z Powiśla 📚 Wydawnictwo FILIA 📖 🖊️ Skończyłam ... Odłożyłam ... ... i muszę od razu opowiedzieć o tej książce. Chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się zacząć lekturę od końca – a dokładniej od posłowia, w którym autorka wyjaśnia, co chciała przekazać po zakończeniu powieści. Dzięki temu od początku wiedziałam, że historia składa się z dwóch warstw: faktów, czyli tego, co wydarzyło się naprawdę, oraz literackiej interpretacji autorki, jej próby odpowiedzi na pytanie, skąd wzięło się pierwsze zło, które pociągnęło za sobą kolejne. Kiedy czytałam tę książkę, przez większość czasu towarzyszyło mi jedno słowo: psychopata. Obok niego pojawiało się również pytanie – skąd biorą się ludzie tak naiwni i podatni na manipulację?? Być może brzmi to bardzo naiwnie, ale kiedy czytałam o ojcu Dominiku, o tym, jak działał i jak wpływał na innych, trudno było mi uwierzyć, że tak wiele osób ulegało jego wpływom. Samo zło ukryte pod sutanną nie...
00
Kasiagrzmil1983

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
00
JolaK1960

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo lubię słuchać Pani książki . Dziękuję .
00



Czasem zło nie przychodzi w ciemności. Czasem przychodzi w świetle… i w imię dobra.

Copyright © by Sylwia Kubik, 2026

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Tomasz Dobrenko/GIFTKING

Redakcja: RedKor Agnieszka Luberadzka

Korekta: Agnieszka Rogocz, Agnieszka Luberadzka

Skład i łamanie: Emilia Baczyńska-Majchrzycka EMQ Design

PR & marketing: Anna Apanas

ISBN: 978-83-8441-421-7

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Książkę dedykuję wszystkim skrzywdzonym kobietom. Tym, którym uwierzono. I tym, które zlekceważono. Tym, które miały odwagę powiedzieć. I tym, które zastraszono. Zło jest zawsze złem. Niezależnie od tego, jaką formę przyjmie.

Prolog

Dominik, lat 6

Zamieszkał we mnie diabeł.

On mi szepcze do ucha i każe robić złe rzeczy.

Przez niego skończę w piekle.

Będę się smażył w czeluściach ze wszystkimi złoczyńcami.

Z Judaszem.

Piłatem.

I Kainem.

Jestem zły.

Słaby.

Szatan zrobił sobie ze mnie swoje mieszkanie.

Plami moje sumienie złymi uczynkami, a za każdy z nich będę rozliczony.

Trzeba wytępić zło.

Wybić.

Wyrwać z korzeniami.

Niech mnie ratują!

Nie chcę do piekła!

Rozdział 1

W bibliotece panował przyjemny półmrok, rozjaśniany żółtym światłem żarówek skrytych pod pomarańczowymi abażurami. Dominik lubił ten klimat i ciszę przerywaną jedynie szelestem kartek i skrobaniem długopisu po kartce. Jego notatki liczyły już wiele stron. Czytał, analizował i zapisywał w punktach, by później szybko przyswoić wiedzę. Nauka nie sprawiała mu trudności, a każdy kolejny rozdział otwierał nowe perspektywy. Było to niezwykle satysfakcjonujące zajęcie.

– Starczy na dziś – stwierdził Karol, przeciągając się tak, że było słychać strzelanie kości. – Tyłek mnie już boli od siedzenia, a o zdrętwiałym karku nie wspomnę. Chodźmy coś zjeść, bo chyba tylko my tutaj zostaliśmy.

Dominik nawet nie uniósł głowy znad notatek. Nie interesowało go, czy ktoś jest obok, czy nie. Musiał dokończyć czytany rozdział.

– Słyszysz?

– Jeszcze nie skończyłem.

Karol spojrzał na niego z niedowierzaniem.

– Daj już spokój, siedzimy tu od rana.

– Ty siedzisz – poprawił go spokojnie. – Ja pracuję.

Kolega udał, że nie słyszy przytyku.

– Ileż można pracować? Aż oczy bolą od tego kiepskiego światła. – Karol nachylił się nad stołem i lekko szturchnął Dominika w ramię. – Słyszysz? Czas iść do refektarza.

– Idź.

– Nie bądź takim kujonem. Poza nauką inne rzeczy też są ważne. A jedzenie najważniejsze. Trzeba dać ciału paliwo.

– Nie jestem głodny – odparł wciąż skupiony na czytaniu Dominik. – Poza tym trzeba ćwiczyć się w słabościach, a uleganie głodowi jest jedną z nich.

– Głupoty gadasz, ale jak tam chcesz. Idę, a ty tutaj sobie siedź choćby i do rana.

Karol lubił Dominika. Razem wstąpili do zakonu i tak im się poukładały ścieżki, że trafili do jednego domu. Podziwiał jego samozaparcie i nieustanną chęć rozwoju. Niekiedy jednak jego ambicje go przytłaczały. W ich charyzmacie nie było ascezy ani umartwiania, a kolega niekiedy zachowywał się tak, jakby chciał przestrzegać reguł wszystkich zakonów, nie tylko tego, do którego należał.

Wiedział, że nic nie wskóra, wzruszył więc jedynie ramionami. Drzwi biblioteki zamknęły się za nim, a jego kroki szybko ucichły na korytarzu. Dominik czytał, ale jego myśli zaczęły się rozpraszać. Zatrzymał wzrok na jednym zdaniu, przeczytał je raz, potem drugi, aż w końcu westchnął cicho i odłożył długopis.

Cisza, którą tak lubił, nagle wydała mu się zbyt gęsta. Podniósł głowę i rozejrzał się po sali. Rzędy regałów ciągnęły się aż po półmrok w głębi, a stare tomy dzieł ojców i doktorów Kościoła – św. Hieronima, św. Augustyna, św. Jana od Krzyża i innych – zdawały się obserwować go z milczącą cierpliwością. Faktycznie siedział tu od rana, ale podczas lektury czas umykał mu niepostrzeżenie.

Zebrał kartki, starannie je ułożył i zaczął przeglądać. Zdał sobie sprawę, że w jego plecach pojawił się ból, a nogi mu zdrętwiały. Skrzywił się nieznacznie, uznając, że to kolejna słabość, którą musi w sobie zwalczyć. Lubił takie wyzwania. Im więcej przeszkód do pokonania, tym większa satysfakcja.

Ciche skrzypnięcie drzwi sprawiło, że spojrzał w tamtą stronę. W wejściu pojawiła się znajoma sylwetka, rzucająca długi cień na jasny dywan. Lekko speszony, szybko się wyprostował i przywitał wchodzącego z należytym szacunkiem.

– Ty jeszcze tutaj? – zdziwił się przeor. – Zaraz nieszpory, czas do kaplicy.

– Ach, już ta godzina? – Dominik udał zdziwionego i zaczął zbierać swoje rzeczy. – Nie zauważyłem.

Przełożony podszedł bliżej i spojrzał na stos notatek.

– Sporo tego.

– Staram się być przygotowany.

Ojciec Grzegorz sięgnął po jedną z kartek. Przeczytał uważnie zapiski, miejscami zatrzymywał się wzrokiem dłużej na tekście, po czym pokiwał głową z uznaniem.

– Solidna robota.

– Dziękuję.

– Obserwuję cię od dłuższego czasu i zauważyłem, że jesteś bardzo skrupulatny w tym, co robisz. Wytrwałość i pracowitość to dobre cechy w naszej działalności. Musisz uważać, żeby nie skręciło to w stronę zbyt wielkiego perfekcjonizmu. Takie dążenie do ideału już niejednego z naszych braci zgubiło.

Dominik spuścił wzrok. Poczuł lekką irytację. Nie uważał, żeby dążenie do doskonałości było wadą. Wręcz przeciwnie. Uznał jednak, że lepiej te uwagi zachować dla siebie. Tym bardziej że przeor od początku okazywał mu dużo życzliwości i lepiej było zachować jego przychylność, niż zrażać do siebie nic niewnoszącym głoszeniem swoich przekonań.

– Będę uważał, ojcze przeorze. Dziękuję – odparł, nadając głosowi nuty wdzięczności.

Przeor przyjrzał mu się uważnie. Na twarzy chłopaka odbijało się ciepłe światło lamp, podkreślając jego młodość i młodzieńczą buńczuczność.

Uśmiechnął się półgębkiem. Miał wiedzę i wieloletnie doświadczenie w kierownictwie duchowym, więc bez trudu rozpoznał te znajome cechy i przekonanie, że świat jest po to, żeby go zdobywać. Wiedział też, jak zwodnicze niekiedy to bywa.

– Posłuchaj – zaczął łagodnie, siadając obok Dominika. – Przez lata miałem okazję obserwować początki drogi wielu z naszych braci. Widziałem, jak stawiają pytania i szukają odpowiedzi. Każdy dzień, każda próba wzmacniały ich lub też osłabiały. Niektórzy wyciągali lekcje z każdej porażki. I każdego sukcesu. Byli też i tacy, którzy nie podołali. Mieli zbyt wiele ambicji. Wysokie cele z czasem ich przytłoczyły.

– Czyż nie lepiej wysoko mierzyć, niż bezpiecznie stąpać po ziemi? – zapytał filozoficznie Dominik, wiedząc, że przeor pasjonuje się tą dziedziną nauki.

Duchownego te słowa jeszcze bardziej utwierdziły w bystrości chłopaka.

– Lepiej, ale warto pamiętać o metodzie małych kroków. Nie wszystko naraz, a powoli, czasami robiąc dwa kroki w tył. Rozumiesz?

Czy rozumiał? Może i tak. Czy się z tym zgadzał? Niekoniecznie. Dlatego wybrał milczenie.

– Nie ma nic złego w tym, że chcemy, żeby nasze działania przynosiły skutek, ale zawsze musimy pamiętać o tym, co jest najważniejsze. – Przeor zrobił pauzę, patrząc wnikliwie na młodzieńca. – O Bogu i naszej roli. On jest w centrum wszystkiego, my jesteśmy jedynie narzędziem.

Dominik zacisnął lekko szczęki. Nie miał w zwyczaju rozmawiać z innymi o swoich odczuciach i przemyśleniach. Ujawniał tylko tyle, ile musiał. Znał też doskonale tajniki psychologii, którą wnikliwie poznawali na studiach. Rozumiał postawę przeora, który wcielał się w rolę dobrego ojca. Mogłoby to działać, gdyby Dominik faktycznie oczekiwał wsparcia. Ale go nie chciał. Każda taka relacja była dla niego pętlą kontroli. A on wolał ją zakładać, niż nosić.

– Nie chodzi o to, że chcę być ponad Bogiem, absolutnie nie – zapewnił żarliwie, kładąc dłonie na notatkach. – Pragnę jedynie jak najlepiej Go reprezentować. Przede mną pierwsze rekolekcje, na których mam przez trzy dni głosić nauki. Wiem, że nabyłem trochę praktyki przez te wszystkie lata, ale teraz to zupełnie coś innego.

– Owszem, ale przecież jesteś doskonale przygotowany. – Przeor urwał, dając sobie chwilę na dobranie odpowiednich, mobilizujących zdań. – Wiem, że świetnie sobie radziłeś na zajęciach z homiletyki, jak i emisji głosu. Dykcję masz bardzo dobrą, a i wiedzę posiadasz naprawdę sporą. Stawiasz ciekawe tezy i w sposób bardzo przemyślany budujesz wypowiedzi. Miałem okazję kilku z nich wysłuchać. Jesteś naprawdę dobrym kaznodzieją.

– Dziękuję, te słowa wiele dla mnie znaczą. Mimo to wciąż czuję, że jeszcze powinienem popracować nad sobą.

– Dobry kapłan zawsze będzie tak czuł. Naszą rolą jest nieustanne rozwijanie się, dokształcanie. Całe nasze życie to służba, w której słowa mają ogromne znaczenie, bo one właśnie mają przybliżać do Pana Boga.

– Właśnie – podchwycił skwapliwie. – I im więcej o tym myślę, tym większa we mnie potrzeba nauki.

– Rozumiem. Presja i odpowiedzialność.

– Może nie tyle presja, ile właśnie odpowiedzialność. Nie chcę zawieść moich współbraci, nauczycieli oraz parafii, w której mam pełnić tę posługę. Staram się więc wszystko odpowiednio zaplanować.

– Nigdy nie da się wszystkiego zaplanować. Masz tu klasyczny przykład sytuacji, w której rozum musi ustąpić wierze. Zaufaj, a Pan Bóg cię poprowadzi. Chodźmy. – Przeor położył rękę na jego ramieniu. – Wspólnie poprosimy Ducha Świętego o oświecenie i wsparcie.

Dominik skłonił z wdzięcznością głowę. Zgasił światła, popatrzył w ciemność, która spowiła to przytulne wnętrze, po czym ruszył ciemnym klasztornym korytarzem za przeorem, wciąż układając w głowie scenariusz swoich wystąpień. Mimo słów przełożonego nie zamierzał niczego zaniechać.

Rozdział 2

Parafia, do której przyjechał, mieściła się na obrzeżach miasta. Plebania okazała się ładnym, zadbanym, kilkuletnim budynkiem. Pokój był ascetyczny. Funkcjonalny. Idealny dla kogoś, kto nie zamierzał tu zostać na długo. Stały tam tylko proste drewniane łóżko, szafa oraz mały stolik z jednym krzesłem. To jednak w zupełności mu wystarczało.

Proboszcz wydawał się całkiem przyzwoitym człowiekiem. Przyjął go życzliwie. Ugościł obfitym śniadaniem, po czym pokrótce opowiedział o parafii i parafianach. Nakreślił mu, na co powinien zwrócić uwagę oraz czym charakteryzuje się dzielnica, w której posługują.

– Trzon stanowią najstarsi mieszkańcy. Oni przychodzą nie tylko co niedzielę, ale i w tygodniu. Są naprawdę solidnym fundamentem, który wie, jak ważna jest w życiu wiara i że nasz czas tutaj, na ziemi, jest chwilowy.

Dominik pokiwał głową. Nie było to nic odkrywczego. W każdym kościele, gdzie miał okazję być, czy jako kaznodzieja, czy uczestnik mszy świętej, dominowali seniorzy. Im bliżej śmierci, tym większa wiara i gorliwość w wierze objawiały się u ludzi. Strach skutecznie mobilizował.

– Mnóstwo tu młodych rodzin. Zabieganych, zapracowanych. Rzadko mają czas, w ich przekonaniu oczywiście, żeby przyjść do kościoła.

– Tak, zawsze wszystko ważniejsze – westchnął smutno Dominik.

– Niestety, takie mamy czasy. Za komuny wszyscy garnęli się do kościoła. Szukali wsparcia, więzi, poczucia wspólnoty. Teraz, ledwo w kraju zapanowała demokracja, a już w domach, w naszej polskiej tradycji, czuć powiew zgniłego Zachodu.

– Pieniądze, kariera, sława – wtrącił Dominik. –  To zawsze kusiło, a teraz stało się realnie dostępne.

– Właśnie. Większość radzi sobie dobrze finansowo, więc jak już przyjdą, to datki dają hojne. Problem, jak wspomniałem wcześniej, jest w tym, że rzadko przychodzą. Największy ruch jest oczywiście przed świętami i przed Pierwszą Komunią. Wtedy to ich widać częściej.

– No tak. – Uśmiechnął się domyślnie. – Dom się sprząta, to i wypadałoby duszę trochę z grzechów oczyścić.

– Cieszę się i z tego, bo zawsze mam nadzieję, że uda mi się ich zatrzymać na dłużej. Pokazać, że mimo zmian w kraju, większej swobody nadal Bóg jest w życiu najważniejszy. Próbuję, ale z różnym skutkiem – przyznał proboszcz, lekko się krzywiąc. – Wierzę, że ojciec będzie mógł mi w tym pomóc.

– Postaram się najbardziej, jak będę potrafił.

Zapamiętał każde słowo. Wiedział, że mu się to przyda.

Przed mszą poszedł do pokoju, żeby w ciszy uporządkować myśli i uspokoić się wewnętrznie. Było mu to potrzebne, ponieważ w ostatnich dniach dokonał rewolucji w swoich planach. W czasie studiów wielokrotnie jeździł wygłaszać kazania i rekolekcje. Miał wtedy ustalony jeden schemat, przybierał pozę mędrca i mówcy, który głosi wielkie prawdy, objaśnia tajemnice i daje ludziom światło.

Niedawno stwierdził, że to nie jest dobry kierunek. Wiedział, że w dzisiejszych czasach ludzie nie słuchają proroków. Słuchają tych, którzy upadają razem z nimi. Musi więc się do nich przybliżyć. Pokazać swoją ludzką twarz, swoje słabości. Ten dzień miał być wielkim sprawdzianem jego intuicji – tego, czy zmiany, które wprowadził, są skuteczne. Był bardzo ciekawy rezultatu.

Przeżegnał się przed wyjściem, poprawił pas i opuszczając nisko głowę, skierował się w stronę kościoła. Nie było daleko, więc po chwili wszedł do chłodnego, rozświetlonego licznymi lampami i przesiąkniętego mieszaniną zapachów wnętrza.

Szedł boczną nawą z pochyloną głową. Powoli, bez pośpiechu. Kątem oka widział, że sporo ławek jest pustych. Zezłościł go ten widok, gdyż z tego, co mu proboszcz powiedział, parafia liczyła kilka tysięcy osób. Szkoda, że nie znajdowali czasu, a raczej chęci, żeby w tak wyjątkowym czasie przyjść przygotować się duchowo do świąt. Czyżby sprzątanie i gotowanie miało być ważniejsze? Zamierzał to zmienić.

Na ambonę wszedł z lekkim wahaniem, powoli, w skupieniu. Gdy stanął na podwyższeniu, odczekał kilka sekund, żeby zebrani skupili na nim uwagę. Czuł, jak narasta w nim ekscytacja, ale nawet najmniejszym grymasem jej nie okazał.

Powiódł wzrokiem po zgromadzonych. Kobietach, dzieciach, z rzadka migała mu męska twarz. Wśród wiernych dominowali seniorzy. Ich pomarszczone twarze były skupione. Na innych widział znudzenie. Ewidentnie wyczekiwali momentu, gdy wybrzmią słowa błogosławieństwa i będą mogli wrócić do ciepłych domów.

Uśmiechnął się skromnie. Jego gładko ogolona twarz przybrała wyraz niepewności, zawstydzenia. Zupełnie jakby czuł się onieśmielony tym, że ma przemawiać przed tak licznym gronem. Jego wahanie przykuło spojrzenia, w których widział zaskoczenie i przebłysk niechęci. Wszak skoro taki nieśmiały, to i zapewne mowa rekolekcyjna będzie nudna.

O tym, jak bardzo się mylą, mieli przekonać się dopiero za godzinę, gdy Dominik skończy mówić. Jego melodyjny głos dopiero zaczął rozbrzmiewać, kojąc ich uszy przyjemną, śpiewną barwą.

– Od wczesnych godzin porannych modliłem się, żeby Jezus przyszedł do was przez moje serce i usta. Mówiłem: „Panie Jezu, jestem słabym, grzesznym człowiekiem”. – Zatrzymał się, potarł czoło, przytrzymał palce na twarzy, po czym zaczął ponownie, obniżając głos o pół tonu. Ten zabieg ćwiczył wiele razy. Wiedział, że zadziała. – „Sam z siebie nic nie mogę zrobić, a tak bardzo bym chciał, żeby ci ludzie, którzy tutaj przyjdą, spotkali Ciebie, zrozumieli, jak ważni są dla Ciebie. Jak bardzo ich kochasz mimo ich wad i słabości”. I wiecie – urwał, zerkając na nich łagodnym wzrokiem – jesteście tutaj. Czuliście tę potrzebę. A może nie?

Trzy sekundy ciszy. Wystarczająco długo, żeby pojawił się w nich dyskomfort. Ale nie na tyle, żeby poczuli się przytłoczeni.

– Jakkolwiek było, pokonaliście tę słabość. Odrzuciliście podszepty tego, który potrafi kusić najpiękniej i najskuteczniej. Zostawiliście wygodne fotele, kubki z ulubioną kawą, a może i talerzyk z pysznym jedzeniem. I przyszliście. To ważne, żeby zrobić ten pierwszy krok. Zostawić wygody, zasiąść w drewnianej, mniej wygodnej niż fotel ławce i otworzyć swoje serce. Nie jest to łatwe. Diabeł kusi, podsuwa wymówki. Znacie ten głos, prawda?

Nikt nie zareagował. Czuł, że balansuje na cienkiej linii, więc do tych dość mocnych słów dołożył wyrozumiały uśmiech.

– Ja znam go bardzo dobrze. Wy też go znacie –  powiedział z przekonaniem, wywołując konsternację u wiernych. – Często nam szepcze to, co przecież sami wiemy. Jesteśmy zmęczeni. Zmarznięci. Głodni. Chcemy odpocząć po całym dniu pracy. Zgadza się?

Jedni nieznacznie pokiwali głowami, drudzy patrzeli podejrzliwie.

– Właśnie. On widzi nasze słabości i wie, jak uderzyć. Na jakiej czułej strunie zagrać, żeby nas odciągnąć od Boga. I powiem wam, kochani, z ogromnym wstydem i żalem, że i ja nieraz uległem tym podszeptom. Tak, przyznaję. – Zawiesił głos, opuścił nieznacznie głowę, na jego twarzy pojawił się smutek. – Jest mi naprawdę strasznie wstyd, ale nie będę was okłamywał. Postanowiłem, że stanę tu przed wami w prawdzie i wam zostawię ocenę, bo surowiej, niż ja sam siebie oceniam, nikt z was mnie nie oceni.

Na twarzach pojawiły się wyrazy współczucia, zrozumienia. Patrzyli na niego z życzliwością, chcąc mu dodać otuchy.

– Codzienność stawia wyzwania, niekiedy bardzo trudne. Sprawiające, że upadamy. Ja to wiem. Upadałem wielokrotnie, choć zdawało mi się, że jestem taki silny, odporny, zahartowany w wierze, wiedzący, co jest dobre, co złe i jak powinienem postępować. A jednak mimo tej całej wiedzy i mnie dopadały słabości. I pewnie jeszcze nieraz dopadną, ale dzięki Jego – spojrzał wymownie w sklepienie sufitu – pomocy wstaję. On mnie zna. Zna nas, ludzi. Wie, że jesteśmy istotami słabymi, a mimo to kocha nas i nieustannie tę miłość okazuje. Bez Niego i Jego pomocy nic nie miałoby na tym świecie sensu. I to wsparcie, tę jego miłość chcę wam dzisiaj przekazać.

Wypowiedziane słowa przykuły uwagę. Na twarzach już nie było widać znużenia, a ciekawość. W Dominiku buzowała adrenalina. Słowa płynęły niczym strumień. Przywoływał przykłady. Te zabawne, wywołujące szczery, głęboki śmiech, i te wzruszające, chwytające za serce nawet najbardziej opornych i najmniej empatycznych. Mówił prosto, zrozumiale. Tak, że nawet dzieci rozumiały i słowa, i ich wagę. Gdy skończył, zapadła pełna zadumy cisza. Nikt się nie wiercił, nie spieszył, żeby przyklęknąć, przeżegnać się i wyjść. Napawali się przeżyciem, tym, czego doświadczyli. W tej prostocie było coś mistycznego i niezwykle oczyszczającego. Czuli się ukojeni. Zupełnie jakby naprawdę sam Pan Bóg przytulił ich do serca.

Gdy wychodził z kościoła, miał wręcz pewność, że jutro wrócą, a on da im to, czego potrzebują. Słowa przynoszące otuchę, dające nadzieję. Dzięki nim na nowo poczują potrzebę bycia we wspólnocie.

Podobnie uważał proboszcz, który nie szczędził Dominikowi słów uznania.

– Wspaniale, naprawdę wspaniale, ojcze. Dawno nie widziałem moich parafian tak poruszonych. Obserwowałem, jak chłoną każde słowo. Oni naprawdę słuchali.

– Dziękuję. Jutro postaram się jeszcze bardziej, a teraz, jeśli ksiądz pozwoli, pójdę się pomodlić. Muszę podziękować Panu Bogu za te chwile natchnienia.

– Oczywiście, oczywiście – przytaknął gorliwie poczciwy ksiądz. – Ja również odmówię dziesiątkę różańca za ojca. Takich ludzi nam trzeba w Kościele. Charyzmatyków.

Dominik pierwszy raz usłyszał to określenie w odniesieniu do swojej osoby, ale bardzo mu się spodobało. Uznał, że pasuje wręcz idealnie.

Skrył pełen dumy uśmiech w połach kaptura i pochyliwszy niżej głowę, udał się do swojego pokoju, by na spokojnie wszystko przeanalizować i jeszcze lepiej przygotować się na jutro.

Rozdział 3

Pierwsze samodzielne rekolekcje zapoczątkowały pasmo sukcesów, których sława niosła się od parafii do parafii, sprawiając, że Dominik stał się bardzo pożądanym kaznodzieją, a zaproszenia spływały z każdej strony. Nie tylko z miasta, lecz i z ościennych miejscowości.

Pochwały mile łechtały jego ego, ale i motywowały do dalszej pracy. Nieustannie szukał nowych inspiracji, sprawdzał brzmienie słów w różnych konfiguracjach i dobierał do nich odpowiednią mimikę oraz gestykulację. Obrana przez niego strategia nieśmiałego cherubina przynosiła sukcesy, ale wiedział, że formuła nie została jeszcze odpowiednio dopracowana, więc nie tylko ćwiczył, lecz także rozmyślał, co mógłby ulepszyć, żeby jego słowa trafiały do wiernych.

Tak się zatopił w tym samodoskonaleniu, że zupełnie stracił zainteresowanie światem zewnętrznym. Gdyby nie kolega, nieustannie krążący gdzieś obok, przegapiałby nie tylko Liturgię Godzin, ale i pory posiłków.

– Gwiazdor, pora na obiad. – Karol szturchnął zamyślonego współbrata w ramię, zamknął notatnik i zgasił lampkę stojącą na biurku. – Koniec kontemplacji, pora wracać na ziemię.

– Co ty masz ciągle z tym jedzeniem? – obruszył się Dominik. – Myśl więcej o strawie duchowej, a mniej o tej ziemskiej. Tym bardziej że ostatnio chyba przybrałeś kilka kilogramów.

– Pfi, żaden problem. A nawet zaleta, bo habit dzięki temu lepiej się układa – odparł, przygładzając materiał lekko odstający na brzuchu. – Wyglądam jak nobliwy proboszcz, a nie wychudzony chłystek jak ty.

– Nie wygląda to dobrze. – Dominik zmierzył go krytycznym spojrzeniem. – A już na pewno nie jest zdrowe. Kilka dni głodówki dobrze by ci zrobiło.

– Mam się umartwiać? To nie czas Wielkiego Postu.

– Można się umartwiać o każdej porze roku, niezależnie od kalendarza liturgicznego. Poza tym myśl o zdrowiu. Taki post o chlebie i wodzie świetnie robi. Oczyszcza ciało i rozjaśnia umysł. Człowiek przestaje myśleć o doczesnych sprawach i może się bardziej skupić na rozwoju. Spróbuj, a przekonasz się, jak łatwo analizować słowo Boże, gdy organizm nie jest przeciążony.

– Naprawdę tak jest? – Z końca biblioteki dobiegły ich słowa nacechowane niemieckim akcentem. – Brak jedzenia rozjaśnia umysł?

Zaskoczeni spojrzeli w przeciwległy kąt biblioteki. Żaden z nich nie zauważył obecności Augustyna, młodego brata, który dzieciństwo spędził w Niemczech i dopiero po obaleniu komuny wrócił z rodzicami do Polski. Był to niezwykle skromny, rozmodlony chłopak, który całe życie marzył, żeby zostać księdzem. Po rekolekcjach dla młodzieży, w których brał udział po przyjeździe, uznał, że jego miejsce jest w zakonie. I każdym dniem, każdym czynem potwierdzał swoje powołanie.

Niekiedy też lekką naiwność, gdyż wychowany w zupełnie innych realiach, nie odnajdywał się w niuansach postkomunistycznej rzeczywistości, nie znał żartów, nie rozumiał kontekstów. Poza tym wierzył w ludzi tak samo bezwarunkowo jak w Boga.

– Proszę, ojcze Dominiku, powiedz mi, czy to faktycznie jest dobry sposób. Też bym chciał umieć tak przemawiać jak ty. Wiesz, że uczę się i naprawdę staram, ale wciąż brak mi tego ducha, który ty masz.

Twarz Dominika pozostała niewzruszona, ale ci, którzy dobrze go znali, bez trudu zauważyliby błysk tryumfu przemykający przez jego ciemne oczy. Słowa młodego zakonnika sprawiły mu przyjemność. Wiedział, że wielu mu zazdrości sławy skutecznego kaznodziei, którą zyskiwał zaskakująco szybko. Niektórzy często rzucali w jego stronę zawoalowane złośliwości. On jednak zbywał je półuśmiechem. Nie zamierzał dać się sprowokować ani tym bardziej wchodzić z nimi w słowne konflikty. Szkoda mu było na to czasu i energii.

Oprócz tych, którzy nie pałali do niego sympatią, byli i tacy jak Augustyn. Szczerze zafascynowani jego kazaniami. Szukający w jego słowach i wystąpieniach sposobu na jak najlepsze przygotowanie się do roli duszpasterza. Takim chętnie pomagał i służył swoim czasem oraz radą. Do tego grona zaliczał się oczywiście Augustyn. Dość nieśmiały i skromny, zawsze stojący z boku, przysłuchujący się i niemający odwagi zapytać wprost o nurtujące go sprawy. Jego dzisiejsza przemowa była pierwszą, w której tak bezpośrednio zwrócił się do starszych braci.

– Nie, to nie jest dobry sposób – odpowiedział zamiast Dominika Karol. – Głodówka źle wpływa na ciało, a to nasza ziemska świątynia, którą musimy szanować i dbać o nią najlepiej, jak potrafimy.

Augustyn zaczerwienił się, zrobił krok w tył, po czym zebrał się w sobie i przybliżywszy się do Dominika, odważył się raz jeszcze zapytać.

– Ty tę metodę stosujesz. Powiedz mi, jak jest naprawdę i jak to zrobić, żeby działało.

Dominik przymrużył lekko powieki. Od razu wyczuł, że Augustyn nie pyta o jedzenie. Pyta o drogę na skróty. Takich zachowań nie tolerował. Ale wiedział, jak je wykorzystać.

Zastanawiał się więc nad doborem słów.

Rozejrzał się po pomieszczeniu, sprawdzając, czy nikogo więcej nie ma, a jednocześnie dając Augustynowi sygnał, że to, co powie, jest bardzo ważne i przeznaczone tylko dla wybranych.

Odchrząknął i przybrał łagodny wyraz twarzy. Byli w małym, zamkniętym gronie, ale nawet w takim musiał się pilnować. Uważać, żeby nie wypaść z roli. Mimo zniecierpliwionego wyrazu twarzy Karola i jego lekko kpiącego spojrzenia dał sobie czas na zbudowanie odpowiedniej atmosfery.

– To zależy – zaczął w końcu powoli przyciszonym głosem. – Głodówka sama w sobie nie czyni człowieka mądrzejszym ani świętszym. Jest tylko narzędziem i jak każde inne może pomóc albo zaszkodzić. Efekt, który przyniesie, zależy wyłącznie od sposobu, w jaki zostanie zastosowana.

Augustyn słuchał z zapartym tchem, splótł dłonie na wysokości pasa, jakby bał się poruszyć. Karol zaś wymownie wzniósł oczy ku sufitowi.

Dominik nie reagował na gesty kolegi. Kontynuował, zachowując przy tym spokojny ton i łagodny wyraz twarzy.

– Jeśli ktoś pości, żeby się popisać albo zmusić ciało do posłuszeństwa – spojrzał przelotnie na Karola – to nie ma w tym większego sensu. Ale jeśli robi to z umiarem i intencją, by się wyciszyć, odsunąć nadmiar bodźców, to wtedy łatwiej usłyszeć samego siebie.

– Czyli tobie pomaga?

– Owszem, pomaga – przyznał Dominik. – Ale nigdy bez rozeznania i nigdy kosztem obowiązków. Słowo musi mieć oparcie nie tylko w duchu, ale i w ciele. Kaznodzieja, który słabnie na ambonie, nie przekona nikogo, choćby mówił najpiękniej.

Karol parsknął cicho, lecz nie wtrącił się tym razem.

– A jeśli chodzi o mówienie – ciągnął Dominik, zwracając się już wyłącznie do Augustyna – to nie szukaj skrótów. Elokwencja nie bierze się z wyrzeczeń, tylko z uważności. Słuchaj ludzi, patrz na nich, próbuj zrozumieć, co ich boli. Reszta przyjdzie z czasem.

Augustyn skinął głową, wyraźnie uspokojony.

– Dziękuję – powiedział cicho, wpatrzony w Dominika z nieskrywanym zachwytem. – Bałem się, że robię coś źle.

– Robisz dokładnie to, co trzeba – odparł Dominik łagodniej, niż sam się spodziewał. – Pytasz.

Zapadła chwila ciszy, którą przerwał Karol, wzdychając przeciągle.

– No dobrze, mistrzu słowa i umiaru – mruknął lekko zdegustowany – skoro już nas oświeciłeś, chodźmy na ten obiad. Augustyn też powinien jeść, zanim uzna, że świętość polega na znikaniu.

Dominik uśmiechnął się pod nosem i wstał od biurka. Uznał, że odpowiednio dobrał słowa i choć Karol nie stał się jego zagorzałym zwolennikiem, to w Augustynie na pewno ma oddanego brata, który zawsze będzie wobec niego lojalny. Zamierzał mu w kolejnych dniach poświęcić więcej czasu. Musiał budować swoje otoczenie na solidnych fundamentach, na osobach zaufanych, które pomogą mu w przyszłości osiągnąć zamierzone cele.

Rozdział 4

Miesiące przelatywały mu przez palce. Nie wiedzieć kiedy grudzień zmienił się w kwiecień, a kwiecień w sierpień. Po tygodniach intensywnego głoszenia słowa Bożego miał kilkanaście dni wolnego. Wcale jednak nie cieszył się z urlopu. Wolny czas go irytował. Zbyt dużo ciszy. Zbyt mało sensu.

Zdecydowanie bardziej wolałby spędzić go, wygłaszając kazania. Niestety rozluźnienie nastąpiło również w kościołach. Nie zapraszano go, by głosił słowo Boże, bo świątynie podczas wakacji się wyludniły. Ludzie powyjeżdżali na urlopy, spędzali czas na działkach, a okres pielgrzymek, w których chętnie brał udział, również się skończył.

Mógłby dokądś wyjechać, ale nie miał ochoty. Ich zakon posiadał kilka domów wakacyjnych. Był kilka razy na takim wyjeździe. Mierziła go panująca tam atmosfera wytwarzana przez starszych zakonników. A właściwie bardzo starych, którzy tam spędzali swoje ostatnie ziemskie dni. Zapach chorych i starzejących się ciał wywoływał w nim mdłości, szczególnie podczas wspólnie spożywanych posiłków. Mlaskanie, siorbanie, pociąganie nosem czy też jedzenie zsuwające się z ust na habit sprawiało, że nie tylko tracił apetyt, ale autentycznie musiał walczyć z żółcią napływającą mu do ust.

Wzdrygnął się na samo wspomnienie. Lubił czystość i porządek. Wiedział, gdzie znalazłby wręcz ascetyczną schludność. W domu rodzinnym. Ale tam na pewno nie zamierzał jechać, choć przeor już kilka razy go o to pytał. Wszyscy cieszyli się, gdy mogli odwiedzić rodziny. On za nią ani nie tęsknił, ani jej nie potrzebował.

Zdecydowanie bardziej wolał snuć się po zakonnym ogrodzie, spędzając czas z braćmi, którzy powrócili z urlopów. O, chociażby z Augustynem czy Piotrem. Rozmowy z nimi zawsze nastrajały go pozytywnie. Szczególnie z Augustynem, który po zastosowaniu jego rad coraz lepiej radził sobie z kazaniami. Całkiem średnio, a nawet przeciętnie, ale jak na jego możliwości naprawdę dobrze. Teraz nawet i ich nie było widać. Zaszyli się w swoich celach, zapewne oddając się pośniadaniowej drzemce. A może modlitwie? W to drugie szczerze wątpił.

Spacerował więc dalej wzdłuż żywopłotu, licząc kroki niemal odruchowo. Ogród był pusty w tych wczesnych przedpołudniowych godzinach. Ziewnął przeciągle, gdy kątem oka dostrzegł coś, co burzyło panujący porządek. Pod wielką, rozłożystą lipą, którą w lipcu omijał szerokim łukiem, gdyż intensywny słodki zapach przyciągał roje pszczół, których brzęczenie nie zwiastowało niczego dobrego. W dzieciństwie został dotkliwie użądlony. Doskonale pamiętał swędzenie twarzy tak opuchniętej, że ledwo mógł oczy otworzyć. Od tamtej pory unikał pszczół. Teraz było bezpiecznie. Kwiaty przekwitły, więc owady straciły zainteresowanie lipą.

Ale kto inny je zyskał.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja

Meritum publikacji