Szykuj sanie latem. Syberyjski mesjasz i podróż do kresu rosyjskiego snu o zbawieniu - Jędrzej Morawiecki - ebook + audiobook

Szykuj sanie latem. Syberyjski mesjasz i podróż do kresu rosyjskiego snu o zbawieniu ebook

Morawiecki Jędrzej

0,0
49,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Prawdziwa historia sekty, która miała ocalić Rosję

Co łączy syberyjskiego Chrystusa, a zarazem byłego milicjanta, który doznał objawienia w trolejbusie, z reżimem Władimira Putina? Jak to możliwe, że sekta głosząca pokój i miłość przekształciła się w strukturę przypominającą autorytarne państwo? I dlaczego Rosjanie, szukając alternatywy dla opresyjnego systemu, dali się pochłonąć innemu – równie bezwzględnemu?

Jędrzej Morawiecki – reporter, rusycysta i znawca Rosji – przez ponad dwie dekady śledził losy Wissariona i jego wyznawców. Autor z niezwykłą wrażliwością rekonstruuje losy ludzi zagubionych w czasie i przestrzeni – byłych funkcjonariuszy, artystów, idealistów i uciekinierów od codzienności – którzy podążając za wizją lepszego świata, stali się częścią niepokojącego eksperymentu. Ich historie splatają się z dziejami upadku nadziei na odnowę Rosji i pokazują, jak cienka jest granica między wiarą a uleganiem manipulacji, wspólnotą a systemem opresji.

Szykuj sanie latem to opowieść o wspólnocie, która miała być duchową alternatywą dla putinowskiej Rosji, a stała się jej lustrzanym odbiciem. To również wnikliwy portret kraju, w którym nadzieja na zmianę jest brutalnie tłumiona zniewoleniem.

Szykuj sanie latem to reportaż totalny – gęsty od emocji, przejmujący i boleśnie aktualny. To także poruszająca refleksja nad tym, co dzieje się z człowiekiem, gdy rozpada się jego świat. I nad tym, czy z ruin może powstać coś nowego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 306

Data ważności licencji: 9/24/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Jędrzej Morawiecki

Projekt okładkiMagda Kuc

Fotografia na okładce© Reuters

Fotografia autora© Radosław Kaźmierczak

Fotografie w książce© Filip Łepkowicz© Maciej Skawiński

Redaktor inicjującyPaweł Goźliński

Redaktorka prowadzącaMagda Jankowska

Redakcja Paweł Goźliński

AdiustacjaMaria Zając

KorektaKrzysztof Bernaś, Anna Skóra

Koordynatorka produkcjiHelena Piecuch

Opieka promocyjnaMonika Frankiewicz

Książka powstała dzięki Stypendium artystycznemu Prezydenta Wrocławia w dziedzinie literatury.

ISBN 978-83-8427-179-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie IV, Kraków 2025

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Wstęp

Nie miałem wtedy pojęcia, że za dwadzieścia lat trafi do aresztu, do Strefy wjadą uzbrojone oddziały policji i oficerowie Federalnej Służby Bezpieczeństwa, a „The Guardian” napisze, że długowłosy Chrystus z posiwiałą brodą został zapakowany do państwowego helikoptera i wywieziony z tajgi. Oprócz niego chłopaki ze służb zatrzymają również Wadima Riedkina, „perkusistę boysbandu z czasów radzieckich”. Zarzuty: prowadzenie nielegalnej organizacji religijnej.

Jakże mogłem to sobie wyobrazić? Był dopiero marzec 1999 roku. Południowa Syberia przywitała mnie trzydziestostopniowym mrozem, od którego dłonie lepiły się do poręczy lotniskowego ziła, oraz zamiecią, jakiej nigdy wcześniej nie widziałem. Kiedy meldowałem się w hotelu obok klocowatej siedziby prezydenta Republiki Chakasji, dowiedziałem się, że Polska wstąpiła właśnie do NATO. Rosyjscy politycy i dziennikarze, których spotkałem tego dnia, byli tą wiadomością wyraźnie zasmuceni. „Jak mogliście? Przecież mamy wspólne słowiańskie korzenie, przecież tak wam pomagaliśmy, opiekowaliśmy się wami, nawet nasze wojska u was stacjonowały. Przecież mamy nawet swojego Chrystusa, a wy się od nas odwracacie, i to w takim momencie…”, wyrzucała mi zezowata i niezwykle energiczna redaktorka gazety „Sowietskaja Chakasija”, która zaraz po moim przylocie z Moskwy podjęła mnie herbatką z konfiturami. Nic jej na ten lament nie odpowiedziałem, ale moje milczenie wy­­­starczyło obrotnej naczelnej do stworzenia tekstu na jedynkę: dzień później przeczytałem artykuł o tym, jak to „młody korespondent Jędrzej ubolewa, że Polska przystąpiła do Paktu Północnoatlantyckiego”. W rosyjskiej prasie znalazłem z kolei informację, że schorowany prezydent Federacji Rosyjskiej Borys Jelcyn rozgląda się za lojalnym następcą, a niejaki Władimir Putin, sprawujący od siedmiu miesięcy funkcję dyrektora FSB, został sekretarzem Rady Bezpieczeństwa (pół roku później miał zacząć pełnić obowiązki prezydenta Rosji). Niewiele mnie to jednak wtedy obchodziło.

Przyleciałem na Syberię, bo jeżdżąc po Rosji, usłyszałem o Siergieju Toropie, milicjancie drogówki, który na początku lat 90. (kiedy dokładnie – nie wiadomo) doznał objawienia w trolejbusie i zrozumiał, że jest zbawicielem. O Chrystusie milicjancie jako o miejscowej atrakcji opowiadali mi dziennikarze i politycy w kolejnych odwiedzanych regionach. Niektórzy rozprawiali o nim z fascynacją, inni – ze strachem, bo założona przez Siergieja Toropa sekta miała być toksyczna (bądź totalitarna). Wierni oddawali ponoć byłemu milicjantowi majątki, głodowali i wierzyli, że tworzą nowy wspaniały świat, który podźwignie Rosję, a później cały glob.

Szczególnie podziałało mi na wyobraźnię to, że były milicjant wyglądał podobno jak Chrystus z obrazka, chodził jak na Chrystusa przystało i mówił niczym rasowy mesjasz. W przekonaniu o boskości utwierdzali Siergieja Toropa muzyk popowy Wadim Riedkin, który zaczął też pisać Najnowszy Testament, oraz Nikołaj Polikarpowicz, pułkownik bezpieki, który woził milicjanta służbowym samochodem i organizował spotkania z wiernymi w lokalu należącym do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Próbowałem się dowiedzieć, co Siergiej Torop robił przez ostatnie dwa lata, zanim wsiadł do trolejbusu, awansował na rosyjskiego Chrystusa i przybrał imię Wissarion. Milczały jednak na ten temat zarówno Najnowszy Testament, jak i obserwujące Toropa organy administracji państwowej. Nie miał takich informacji również doradca prezydenta Chakasji, jowialny wąsacz, którego polecono mi odwiedzić, zanim wyruszę w tajgę i ujrzę Wissariona na własne oczy („Spotkaj się z doradcą od razu, nie odkładaj tego, przed takimi jak on należy się na wstępie ujawnić, ułatwisz mu pracę, nie będzie się musiał za tobą uganiać, odnotuje, że jesteś dziennikarzem, i wszyscy będą zadowoleni, może ci nawet pomoże”, radzili znający życie rosyjscy znajomi).

Doradca prezydenta okazał się nad wyraz życzliwy. Zaoferował pomoc w załatwieniu transportu w tajgę. Powiedział też, że co prawda w Rosji żyje teraz wielu Chrystusów, kilku spotkało się nawet niedawno w telewizyjnym talk-show i każdy starał się udowodnić, że jest prawdziwszy od reszty, ale Wissarion to jednak zbawiciel inni niż wszyscy. Tylko jemu udało się zebrać wiernych i utrzymać ich na jednym obszarze, tylko on zdołał stworzyć w połowie lat 90. na południu Kraju Krasnojarskiego Strefę z zanurzonym w lesie, oddalonym o dwa dni marszu od pierwszej wioski Nowym Jeruzalem (nazywanym również zamiennie Miastem Słońca lub po prostu Miastem). Dowiedziałem się też, że w Strefie mieszka około trzech tysięcy osób, a łączną liczbę wyznawców i sympatyków sekty w ośrodkach w siedemdziesięciu dwóch miastach byłego ZSRR i filii w Bułgarii szacuje się na mniej więcej piętnaście tysięcy.

Zanim pierwszy raz pojechałem w tajgę, wąsaty doradca napoił mnie jeszcze koniakiem polewanym do kruchych filiżanek i opowiedział, że Strefa składa się z czterech wiosek: Pietropawłowki, Czeriemszanki, Guliajewki i Żarowska. Ostatnia osada nie jest zelektryfikowana i zasiedlają ją, z wyjątkiem dwóch świeckich rodzin, sami wissarionowcy. Po przybyciu nowych osadników starowiercy wynieśli się głębiej w tajgę, tłumaczył mi życzliwie wąsacz, uzupełniając zawartość filiżanki. „Będziesz tam pewnie chodzić pieszo. Uazem głębiej wjechać nie da rady, ma za mały prześwit, teraz utonąłby w śniegu, a wiosną – w błocie. W Strefie mają co prawda ciężarówkę terenową, ale ona kursuje rzadko. Lepiej więc idź piechotą. Pamiętaj, że Żarowsk to najlepsza baza noclegowa po drodze. Zatrzymasz się u wiernych, pogadasz, posłuchasz, co się u nich dzieje, opowiesz mi potem wszystko, a następnego dnia ruszysz tajgą w stronę Sajanów przez Chutor Chlebnogo (nazywają go także Chutorem Łotewskim). Droga zaprowadzi cię wprost do Nowego Jeruzalem”, zakończył doradca z namaszczeniem, a kiedy wstał, zrobił się tak poważny, że pomyślałem, że zaraz udzieli mi błogosławieństwa na drogę.

Nie wiedziałem jeszcze, że ruszam właśnie w pierwszą z pięciu wypraw do Strefy (dwóch w roku 1999, jednej w roku 2002, kolejnych dwóch w roku 2004). Nie wiedziałem, że wydarzenia we wspólnocie i moje rozmowy z wiernymi sprawią, że zrozumiem w końcu, iż więcej do sekty jeździć mi nie wolno. Nie wiedziałem, że kiedy złamię własne postanowienie i spróbuję jednak do Strefy powrócić, okaże się, że dawne ścieżki dostępu zostały już dla mnie zamknięte. Nie miałem pojęcia, że będę świadkiem kolejnych etapów ewolucji sekty: od pionierskiego zapału i fanatycznej euforii przez utopijny pacyfizm i wiarę w budowanie lepszej cywilizacji po zwątpienie najwierniejszych, którzy jako pierwsi poszli za syberyjskim Chrystusem, karczowali tajgę, oddawali majątki i tracili zdrowie. Nie miałem pojęcia, że zobaczę komercjalizację grupy, a potem będę obserwować upadek utopii, rozpaczliwe próby ratowania Wissariona i wreszcie ostateczną katastrofę, która musiała nastąpić. Na koniec usłyszę jeszcze o wielkim śnie oraz nowej nadziei wiernych – nadziei tak szalonej, że w roku 1999, gdy jechałem do Strefy po raz pierwszy, nie byłbym jej sobie w stanie wyobrazić ani zobaczyć w najbardziej cudacznych koszmarach.

Nie potrafiłem również przewidzieć, że nie tylko Strefa, lecz także cała polifoniczna odwilżowa Rosja lat 90. odejdzie w zapomnienie szybciej, niż zdążę osiwieć na podobieństwo Wissariona. Że z częścią dawnych znajomych Rosjan nie będę umiał rozmawiać, nie udźwignę ich patriotycznego wzmożenia. Że innym znajomym postawią zarzuty za lajkowanie nieprawomyślnych treści w mediach społecznościowych, jeszcze innych za udostępnianie tych treści skażą na więzienie. Że znikną redakcje, od których uczyłem się pisania. Że zacznę unikać hoteli. Że po wynajęciu kwatery przez Booking będę czyścić komputer z robaków i zaniecham wysyłania wywiadów do chmury, przez mejle nawet, bo taki wirtualny backup może zaszkodzić rozmówcom.

Nie mogłem wiedzieć, że zakażą odjechanych rozmów w transsyberyjskiej, opowieści o Matkach Boskich na jeziorze, o Chrystusach, o duchach przodków, leśnych duszkach, tajemniczym mieście Szambali, subtelnym wymiarze i kosmicznych energiach (zarzut: nielegalna agitacja religijna). Oraz że docisną mniejszości religijne do spodu. Najpierw świadków Jehowy (tych nikt w Rosji nie lubi), potem krysznowców, wreszcie resztę „odmieńców”. A potem dojadą wszystkich: wierzących i ateistów, będą ich sadzać jak leci: pracowników kotłowni, dziennikarki, aktywistów z prowincji, naukowczynie i reżyserki teatralne, rencistów i emerytów.

Nie rozumiałem jeszcze, że – podobnie jak część rosyjskich intelektualistów i duchowych dziwaków – dałem się zaczarować iluzji nieograniczonej wolności. Rosyjski badacz religii Aleksandr Wierchowskij napisał potem o tym za- i rozczarowaniu następująco: „Krach ZSRR zrodził podzielane przez prawie wszystkich przekonanie, że Rosja stanowi coś w rodzaju tabula rasa, że w kraju powstała »ideologiczna próżnia« i każda droga jest teraz przed nami otwarta […]. Nie było wtedy czasu na refleksję, że przecież społeczna tabula rasa w rzeczywistości nigdy nie występuje”1.

Nie wiedziałem, że Anna Reid napisze z kolei, że „upojona agresywną propagandą nacjonalistyczną Rosja wydaje się nie do uratowania, przynajmniej nie w przewidywalnej przyszłości”2.

Nie wiedziałem, że będą tam u nich wstawać z kolan.

Nie wiedziałem, że i my będziemy wstawać z kolan.

Nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak bardzo będę tęsknić za smakiem skąpanych w tłuszczu pierożków z kartoszką, biełomorów, wolności, prim, beztroski, moskiewskiej wódki zagryzanej oliwkami, za zachłyśnięciem się duchowością, rybkami suszonymi na desce rozdzielczej uaza, własną naiwnością, zapachem kadzidła w cerkwi i świeżego drewna w Nowym Jeruzalem, za nieświadomością czarnej strony religii i kościołów, zapachem ołowiowej benzyny, zaduchem plackarty w transsyberyjskiej. A nawet za niemiłosiernie słoną zupą z paproci. Za próżnią. Rozszczelnieniem. Wiarą, której już nigdy nie odzyskam.

Ale czy mogłem przewidzieć, że świat, który zobaczyłem, widać było jedynie przez lufcik? Załapałem się na okienko, na przerywnik pomiędzy totalitaryzmami, na dziwaczną liberalną wariację. Nie rozumiałem, że pod spodem czeka już ruski mir, że żelazna kurtyna powróci, że będę szukać kontaktu z tymi z drugiej strony przez szyfrowane komunikatory, a oni będą do mnie dzwonić w rozpaczy i samotności, nie mając z kim porozmawiać, bojąc się nawet najbliższych: wzmożonej patriotycznie sąsiadki, zaczadzonego propagandą męża watnika czy brata pracującego w organach bezpieki. Nie potrafiłem wtedy przewidzieć, że stworzymy razem Nadieżdę Achmatową. Że na podstawie tych szeptanych rozmów ze źródłami zza żelaznej kurtyny powstanie niefikcjonalny Symulator Ruskiego Miru. Reportaż-gra pozwalająca przejść na drugą stronę lustra.

Nadieżda Achmatowa: SimRus – Symulator Ruskiego Miru. Level 1

Jesteś emerytką. Mieszkasz na blokowisku w milionowym mieście w azjatyckiej części Rosji. I za dużo ostatnio rozmyślasz. A im więcej myślisz, tym mniej masz nadziei. Trzeba więc te myśli jakoś rozproszyć. Potrzebna ci jakaś rozrywka.

Dziś w mieście zorganizowali etnokoncert. Dostałaś nawet zaproszenie. Na miejscu niby wszystko jak trzeba: jest i kuchnia, i muzyka, dyrektor centrum wita cię serdecznie i nawet Czeczeniec Rusłan rozkłada ramiona na powitanie. Siadacie w fotelach. Zapowiedzi w różnych językach, organizator wymienia poszczególne mniejszości, nawet te „nieprzyjacielskie”: Ukraińców i Polaków. Chodzi o to, by pokazać, jak bardzo SimRus jest kolorowy i jak fajni jesteśmy: wszystkich ochronimy, wszystkich przygarniemy, a jak trzeba, to i wyzwolimy. Początek przedstawienia: muzyka, oklaski, tańce ludowe, wszystko pięknie. Co ciekawe, tańczą na scenie głównie kobiety, mężczyzn jakoś zabrakło. Patrzysz na tę kulturową wielobarwność i myślisz, że tak to właśnie powinno wyglądać.

Za chwilę jednak przypominasz sobie, co z wielobarwnością robią w strefie Specoperacji. Próbujesz nadal patrzeć na scenę, ale widzisz obrazy z wojny. Ciężko jakoś te występy i wojnę poskładać razem w głowie. Mimo to oglądasz dalej i zaczynasz rozumieć, że ukraińskich mężczyzn, tadżyckich mężczyzn ani uzbeckich mężczyzn nie ma na scenie, bo oni właśnie w tym momencie jadą na front. Wysyłają ich na przemiał. A kobiety? Niech sobie na razie pląsają. Kobiety to tylko kobiety. Chociaż ta różnorodność w tańcach, ta nieprzewidywalność w ruchach, te różne języki: w końcu to też ryzykowne. Kto wie, o czym one tak naprawdę między sobą rozmawiają. A może zastanawiają się właśnie, jak obalić władzę? Nie no, lepiej niech posługują się tą samą mową co my. Mową ruską. Wszyscy powinni mówić tak samo jak w Moskwie.

Rozmyślasz tak sobie, a na scenie zaczyna się taniec czeczeński. Nareszcie są mężczyźni, mnóstwo mężczyzn. Ich taniec jest gorący, niepokorny, oni przecież nigdy nie dali się Rosji do końca złamać. Zaraz po nich wchodzą jednak Kozacy z szablami. Słyszałaś, jak ich zapowiedzieli? Jako obrońców tradycyjnych wartości! Przed kim oni właściwie tych wartości bronią, zastanawiasz się. Przed odmiennym myśleniem, rzecz jasna, odpowiadasz sobie zaraz. Bo odmieńców najlepiej posiekać szabelką. Ech…

No i takie są teraz w Rosji koncerty. Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle.

Wracasz do domu i włączasz wiadomości. News numer jeden: „Duma chce uznać autonomiczne organizacje etniczne za agentów zagranicy”.

News numer dwa: „Minister spraw wewnętrznych Koło­kolcew wezwał, by donosić na podejrzanych sąsiadów. »Nie bądźcie obojętni. Dzwońcie i raportujcie: mój sąsiad prowadzi się nieodpowiednio. A przecież nie przyleciał z kosmosu«”.

Do tego dwa przykłady czujności obywatelskiej. W Moskwie „pracownica salonu telefonii komórkowej donios­­ła na klienta, który nie popierał Specoperacji”. Pod Moskwą natomiast „mężczyzna doniósł na policję na żonę, która krytykowała Specoperację. Zeznał, że dama przejawia antyrosyjskie nastroje i nastawia ich dziecko przeciwko władzy”.

Dalej nie dajesz rady, wyłączasz telewizor. Lepiej już odpalić na laptopie turecki serial. Próbujesz oglądać, ale przypomina ci się inny koncert, sprzed kilku lat, zorganizowany z okazji rocznicy wyzwolenia obozu w Oświęcimiu. Na imprezę przyszli Żydzi, Niemcy, Dagestańczycy. Przyszli rzecz jasna i rosyjscy urzędnicy, którzy nagle zaczęli mówić o neofaszystach w Polsce, tłumaczyli, że wszystkich ich trzeba wybić. Mówili jeszcze, że z naszego Putina to prawdziwy zuch, superbohater, bo właśnie Putin wytłumaczył światu, że II wojnę światową rozpętała Polska.

Dobranoc.

Rano znajdujesz w skrzynce na listy gazetę rosyjskich nazistów. Czytasz do kawy artykuł o tym, że Ukraina jest integralną częścią ZSRR, wara wszystkim od naszych wewnętrznych spraw. To samo dotyczy zresztą państw nadbałtyckich, one wszystkie są nasze. Autorzy tekstu nazywają je zbiorczo Pribałtiką, na radziecką modłę. Tłumaczą, że to i tak jeden obszar, który należy do nas. Nie ma żadnej Litwy, Łotwy ani Estonii, nie ma tam żadnych trzech krajów. Wszystko to taka nasza przystawka, stąd zresztą właśnie przedrostek „pri”. Do jedynego ZSRR należą również Gruzja, Białoruś, Kazachstan. Niestety – wyjaśniają ci w gazecie ze smutkiem – Rosja jest okupowana przez USA, a nasz lider Władimir Władimirowicz walczy o to, żeby nas spod tej okupacji wyzwolić. Chcąc to zrobić, „musimy nastraszyć USA, bo Amerykanie nie będą umierać za daleką Gruzję czy Ukrainę. Wycelujmy w nich rakiety jądrowe, niech zacznie się panika, niech masy w USA zmuszą Waszyngton, by zaniechać pomocy dla Kijowa”. I co dalej? Potem pozostanie nam już tylko „przeprowadzić czystki na terytorium Ukrainy i zlikwidować tych faszystów, którzy nie zdążą uciec”.

Kończysz tekst, dopijasz kawę, wychodzisz znów na klatkę schodową. Zauważasz, że ten sam numer gazety leży w skrzynkach pocztowych w całym bloku.

Jedziesz trolejbusem. Siedzisz tyłem do kierunku jazdy, widzisz wszystkich pasażerów. Niemal same kobiety. W całym pojeździe udaje ci się znaleźć tylko dwóch mężczyzn. No nie, są przecież jeszcze mężczyźni na plakatach, które przyklejono do okien trolejbusu. Każdy ubrany w mundur, każdy bardzo męski. Idź, mężczyzno, idź na front, morduj jak mężczyzna, daj się zabić po męsku. Idź, idź, obiecują solidną zapłatę. Oto i wasze tradycyjne wartości. Oto i wasza szczęśliwa ruska rodzina.

Na jednym z przystanków wsiada trzeci facet. Zuch prawdziwy! Staje zaraz koło ciebie. Po chwili wyciąga smartfon. „Jestem ruski. Słońce patrzy na mnie z nieba”, oznajmia niespodziewanie jego telefon. Po chwili rozumiesz, że mężczyzna ustawił sobie jako dzwonek piosenkę Jestem ruski śpiewaną przez blondwłosego Szamana, młodziutkiego pieszczocha władzy, którego nieżyczliwi krytycy porównują do należącego do Hitlerjugend bohatera filmu Kabaret.

Jestem ruski i idę do końca!Jestem ruski, płynie we mnie mego ojca krew, he-hej,Jestem ruski, ależ mam szczęście,Jestem ruski, wbrew całemu światu!Oo, ooo-ooo, ooo-ooo, oo-oo,Jestem ruski,Oo, ooo-ooo, ooo-ooo, ooo-oo.

Właściciel rozśpiewanego smartfona dostrzega odrazę na twojej twarzy, wysiada za tobą na przystanku, zaczepia, pyta, jak się ten przystanek właściwie nazywa. Dziwne. Nie wie, na jakim wysiadł? Potem mówi, że ma tu spotkanie służbowe. Ale po co ci to w ogóle wiedzieć? Odchodzi w końcu i dopiero wtedy dociera do ciebie, że masz do torebki przypiętą biało-niebiesko-białą flagę Wolnej Rosji (popularną w czasie protestów przeciw agresji Rosji na Ukrainę, kiedy jakiekolwiek protesty były jeszcze możliwe) i że ruski zuch chciał z powodu tej zakazanej przypinki dokonać obywatelskiego zatrzymania, unieruchomić cię na chodniku do czasu przybycia policji. Z jakiegoś powodu odpuścił.

Zaraz koło przystanku widzisz Kamień Smutku, poświęcony napaści na Polskę we wrześniu 1939 roku. Podchodzisz. Na pomniku ktoś położył papierowe kwiaty i karteczkę. Treści nie rozumiesz. Coś po polsku chyba… Kiedy czytasz, podbiegają policjanci. Konfiskują bukiet, zabierają karteczkę, biorą cię pod pachy i wrzucają do radiowozu. No więc pojedziesz na posterunek. Może i dalej. Siedzisz sama w samochodzie bez klamek, dwóch młodziutkich policjantów debatuje, piszą coś, dzwonią, nie rozumiesz treści rozmowy. W końcu wypuszczają cię bez żadnego tłumaczenia. „Nie masz, babciu, nic innego do roboty? To nie jest czas na spacerki koło pomników ani czytanie świńskich notatek. Idźże lepiej do domu, załóż kapcie, obejrzyj turecki serial”, rzuca na pożegnanie funkcjonariusz.

Po raz kolejny masz szczęście. Tylko za co właściwie chcieli cię zatrzymać? Co było napisane na tej karteczce?

Wieczorem sąsiadka jak zwykle zaprasza ciebie i twojego kota na herbatę. Nakładasz sobie właśnie konfitur, gdy ona po raz kolejny zaczyna ci robić wyrzuty, że nie byłaś na wyborach, a skoro nie głosowałaś, to najwyraźniej jesteś wrogiem państwa. Ona sama oczywiście zagłosowała. Na Putina, a na kogo by innego? Wpłaciła też sporą część emerytury na Specoperację. No i co masz jej powiedzieć? Prosisz tylko, żeby przestała oglądać przy tobie telewizję, nie możesz już patrzeć na dyżurnych propagandystów Władimira Sołowjowa i Margaritę Simonjan. A jeśli naprawdę musi coś włączyć, to niech przynajmniej leci kanał Kultura. Mówisz jej to i wychodzisz.

Kolejnego wieczora niezrażona sąsiadka znowu cię do siebie zaprasza. Oczywiście z kotem. Mówi, że obejrzycie razem koncert. Pewnie na kanale Kultura…

Kiedy wchodzisz do jej mieszkania, słyszysz żołnierskie pieśni. Na ekranie artyści przepasani wstęgami Świętego Jerzego, w kolorze stonki, tymi samymi, z którymi rosyjskie wojska wtargnęły do Ukrainy. Przypominasz sobie piosenkę Wysockiego Żołnierze grupy „Centr”:

Żołnierz zawsze zdrów!Żołnierz zniesie trud!I pył sypie się spod nóg;Wydeptanych w marszu dróg.I nie można się zatrzymać,Ani zmienić rytmu – nuty;Jaśnieją nasze lica,Błyszczą nasze buty!Spaloną już równiną,Za metrem, metr…Idą UkrainąŻołnierze grupy „Centr”.

I dalej:

Przed nami wszystko jasne jest.Za nami płonie świat!Nie trzeba myśleć, z nami ten,co całą prawdę zna!

A wreszcie:

Niewiasty jasnowłoseNagrodą będą nam!To wszystko nas nie minie,Lecz teraz w prawo skręt!Idą po UkrainieŻołnierze grupy „Centr”3.

Słuchasz pieśni artystów w pasiastych wstęgach i ogarnia cię groza. Wybiegasz od sąsiadki i docierasz na stadion. Robisz kilka okrążeń, żeby się uspokoić.

Kolejnego ranka nie możesz się uwolnić od wspomnienia wczorajszej wizyty. Sąsiadka powtarzała ci ciągle przy herbatce, że na Putina zagłosowało osiemdziesiąt osiem procent Rosjan, że wszyscy są za Putinem, to znaczy: za Państwem. I ona też jest za Państwem, chodzi więc na wybory, a ty nie poszłaś na wybory, jesteś wobec tego przeciwko Państwu, przeciw SimRusowi, jesteś wrogiem, inaczej się tego nazwać nie da. No i co masz z tym zrobić? Wiesz, że wybory są fikcją, wiesz, że w istocie żadnego wyboru nie masz. Mają natomiast jakiś wybór żołnierze, którzy mogliby nie wykonać przestępczego rozkazu (co potem się z nimi stanie, to już inna rzecz). No więc żołnierze to jedno, a z cywilami – jak ty – sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. Przedstawia się beznadziejnie. No bo co ma robić obywatel na wyborach? Rozmawiali o tym ostatnio rosyjscy deputowani na emigracyjnym zjeździe w Warszawie. Widziałaś ich obrady od 22 do 25 czerwca 2024 roku dzięki VPN-owi. Delegaci wyliczyli, że w rzeczywistości na Putina zagłosowało trzydzieści procent uczestników sfałszowanych wyborów. Sfabrykowane były również wyniki w roku 2018. A w roku 2012 odbyły się w Rosji ostatnie masowe protesty: właśnie przeciw fałszowaniu wyborów. Putin nigdy nie uczestniczył w debatach ze swoimi rywalami. Nigdy! Putin zawsze był kotem w worku.

No ale z drugiej strony… Cokolwiek by jednak mówić, to nawet jeżeli Putina popiera realnie tylko trzydzieści procent, i tak oznacza to, że co najmniej tylu Rosjan popiera z przekonaniem krwawą wojnę, którą rozpętał przeciwko Ukrainie. Nawet z tym trudno ci się ciągle pogodzić, w końcu to jest twój świat, innego nie masz. A co, jeżeli jest ich więcej? Oficjalnie frekwencja w wyborach wyniosła osiemdziesiąt siedem procent. Czy to znaczy, że dziewięciu na dziesięciu twoich znajomych, sąsiadów, krewnych to mordercy? Żądne krwi ludojady? Jeśli tak jest, to kraj, w którym żyjesz, stanowi rzeczywiście śmiertelne zagrożenie dla reszty świata. Jeżeli tak jest, to trzeba Rosję szczelnie odgrodzić od tego, co na zewnątrz, izolować ją, by ludzkość przetrwała. No ale nie, to przecież niemożliwe. Te liczby muszą być napompowane, musi być jakaś nadzieja, na pewno da się to kiedyś jakoś odkręcić.

Karmisz kota, zamykasz mieszkanie i idziesz do Sberbanku. Sąsiadka wpłaca na Specoperację, a ty robisz w kasie przelew na sfinansowanie adwokata dla swojego znajomego Leonida Rybakowa, którego oskarżono o dyskredytację armii. Zobacz, nikt cię za to nie aresztował! Nie doniósł, nie spojrzał krzywo! Nawet pomogli ci wypełnić wniosek. No więc musi być jakaś nadzieja. Po prostu musi, powtarzasz sobie.

1999. Jest rok trzydziesty dziewiąty

A ja myślę, droga Nadieżdo, że żadnej nadziei już nie ma. Tak samo jak nigdy nie będzie już tak mroźnego marca jak wtedy. Nigdy już nie podejdziemy bez obaw do ruskiego policjanta ani nie zapytamy go, jak się dostać do Strefy. Nigdy już nie dostaniemy uaza z rządowej autobazy za butelkę pożywnego koniaku Napoleon. Nigdy już nie wypalimy primy bez filtra z wąsatym doradcą prezydenta, a on już nigdy nie przełoży króciutkiego papierosa do drugiej ręki i nie przeżegna nas prawosławnym krzyżem na drogę.

Nigdy już żaden kierowca terenówki nie będzie bać się tak bardzo jak tamtego marca, kiedy ruszyliśmy z Chakasji na południe Kraju Krasnojarskiego. Wiatr nie będzie targać plandeką, sypki śnieg nie będzie pełzać po lichym asfalcie, nie zobaczymy już takich zasp, wsteczny, w przód, wsteczny, znów zaspy. „My dokąd?”, pytał kierowca raz za razem i raz za razem targał lodowatym drążkiem zmiany biegów, milczenie, zadymka, „My dokąd, riebiata?”. W końcu ruszył, nie doczekawszy się odpowiedzi.

Uaz wył, kaszlał i szarpał, kierowca przełączył zasilanie na dodatkowy zbiornik paliwa i zaczął biadolić, że benzyny nie starczy na powrót. Ale myśmy przecież wtedy o żadnym powrocie nie myśleli.

Skończył się asfalt. Zaczęła się tajga.

Nie zobaczymy już nigdy tamtej tajgi, tamtej drogi, rozmytej w białych łąkach i gęstym lesie, nie zobaczymy, Nadieżdo, dziwaków w wielobarwnych chitonach. To były postaci jak z tandetnego katechizmu, tyle że na głowach miały włóczkowe czapki i uszanki, a na wąsach i brodach szron oraz zmrożone gile. Szaty ich tonęły w śniegu, a oczy błyszczały im jak gwiazdy. Szli tak poboczem w walonkach i krasnoludzkich buciorach, odwracali się, szczerzyli w uśmiechach, kiwali miarowo rękami.

Kierowca milczał.

A potem zobaczyliśmy niskie drewniane domy, kryte eternitem i tłuste od farby olejnej. „Macie wielkie szczęście! On jest wśród nas. Zszedł tu właśnie z Góry Suchej, to znak boży, nic nie dzieje się przypadkiem. Rozumiecie, że znaleźliście się w świecie, o którego istocie nie mieliście pojęcia? My tutaj inaczej odliczamy godziny, inaczej liczymy lata. Teraz jest rok trzydziesty dziewiąty, bo Chrystus urodził się trzydzieści dziewięć lat temu. On ma ostatnio coraz mniej czasu, musi zajmować się całym wszechświatem. Ale wy ujrzycie go na własne oczy”, powiedział na powitanie starosta Czeriemszanki, szarpnąwszy za klamkę uaza. A potem podwinął błękitną szatę, kazał nam czekać w śniegu i znikł gdzieś między domami. Kierowca rzucił tylko, że zaraz zachód słońca, i odjechał. My zostaliśmy w Strefie.

Najpierw nakarmili nas przezroczystą i przesoloną zupą z paproci. W piecu trzaskał ogień, a zgromadzone w chacie dziewczęta śpiewały nabożne pieśni o Chrystusie i pytały nas, czy „już czujemy”. Kazały się wpatrywać w zdjęcie Wissariona Nauczyciela. Na ścianie wisiał jego kolejny portret. Z ekranu kineskopowego telewizora również przemawiał Wissarion.

Potem zapakowali nas do pachnącej spaliną buchanki i powieźli do Pietropawłowki. „Macie wielkie szczęście! Mówił wam to już ktoś? To nie przypadek. Weźmiecie udział w ostatnim spotkaniu z Nauczycielem przed jego powrotem do Nowego Jeruzalem”. Wprowadzili nas do drewnianej świątyni, wszystko dopiero w budowie, w oknach folia targana podmuchami wiatru. „Idźcie, riebiata, idźcie do przodu, chociaż dwa rzędy, nasyćcie się, napawajcie. Nauczyciel zaraz wejdzie, zaraz wszystko zrozumiecie”.

Wszedł. Czerwony chiton, rękawiczki z jasnej, szorstkiej wełny. Zasiadł na fotelu, dmuchnął parą w mikrofon, wierni westchnęli. I mówił: długo, cicho, łagodnie. Potem pytania: co, jeśli mężczyzna kocha kobietę, co, jeśli kobieta nie jest posłuszna, jak zmienić program szkolny, jak ustrzec się Carstwa Gwałtu, jak budować, jak uprawiać, co robić, jak żyć? Odpowiadał godzinę, może dwie, my staliśmy w tłumie na mrozie, telepało nas od wiatru, tkwiliśmy tam tak długo, aż przestaliśmy czuć palce. Byliśmy zdezorientowani, przestraszeni, bo wjeżdżając tu, planowaliśmy w swojej młodzieńczej naiwności, że będziemy udawać poszukujących wiary, miałem nawet ze sobą numer „Tygodnika Powszechnego”, chciałem opowiedzieć, że polski tygodnik katolicki po śmierci swego wieloletniego redaktora naczelnego wysłał dziennikarzy na cztery strony świata i że jestem jednym z posłańców szukających dobrej nowiny. Myśleliśmy, że ściemnimy im tą opowieścią, nagramy, co trzeba, zrobimy zdjęcia toksycznej sekty, po czym uciekniemy, że będziemy biec przez śnieg, byle dalej od Strefy, no tak to sobie wyobrażaliśmy, dopóki nie ujrzeliśmy tej jedynej drogi na zewnątrz, którą właśnie pokonaliśmy rządowym uazem, osiemdziesiąt kilometrów zasp dzielących nas od świata, od pierwszego rozwidlenia i zapyziałej stacyjki w Kuraginie. Docierało do nas powoli, że nie będzie żadnej ucieczki, a ruski Chrystus mówił, mówił, mówił… Aż w końcu w całej swojej łaskawości i dobroci powstał, a wierni zakrzyknęli: „Nauczycielu, porozmawiaj z gośćmi, riebiata przyjechali ze Świata”. „A jest chęć rozmowy?”, spytał ciepło. „Jeśli tak, porozmawiam”. „Poczekajcie”, szepnął do nas tłum. „Czekajcie tu, zaraz przyjdzie Wadim, powie, co i jak”.

Czekaliśmy.

Przyszedł Wadim Riedkin, były popowy piosenkarz, a w Strefie ewangelista piszący Najnowszy Testament, kronikę żywota Wissariona i jego wyznawców. „Mówił już wam ktoś, jak niezwykłe macie szczęście, że dotarliście akurat dziś? To pierwsze zejście Nauczyciela od grudnia. I akurat jesteście”, rzucił na wstępie. „Więź nastąpiła. Widzieliście, fotografowaliście. Spotkanie indywidualne już niepotrzebne. Tak mówi Nauczyciel. Możecie obserwować, chodzić wszędzie”.

To wtedy pojęliśmy, że nie rozumiemy jeszcze nic. Że nie damy rady odgrywać roli posłańców ani religijnych neofitów, bo nie mamy pojęcia, czym jest Strefa, w której właśnie utknęliśmy. „Nie mogę obiecać, że będziemy pisać o was dobrze. Ale zapewniam, że nie przyjechaliśmy, żeby pisać źle”, rzuciłem, a Wadim skinął głową i zaraz dodał: „Zobaczycie, że tu są ludzie, którzy próbują inaczej żyć, zmienić hierarchię wartości, wyrzec się wojen i przemocy. Są wojskowi, są przestępcy, są ci ze szpitali psychiatrycznych i ci, których i szpitale przyjąć nie chciały. My przyjmujemy każdego. Zobaczcie wszystko sami. Niech wystarczy wam to, co wokół. Dowiecie się, jak jest i jak było”.

Dalsza część w wersji pełnej

Przypisy

1А. Верховский, Религиозные организации и возможности идеологического проектирования в путинской России [w:] Двадцать лет религиозной свободы в России, под ред. А. Малашенко, С. Филатова, Москва 2009, s. 161. Jeśli nie wskazano inaczej, fragmenty cytowanych utworów zostały przełożone z języka rosyjskiego na język polski przez autora książki.

2 A. Reid, Pogranicze. Podróż przez historię Ukrainy (988–2015), przeł. W. Tyszka,Kraków 2016, s. 9.

3 Przeł. Artur Jackowski.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Wstęp

Nadieżda Achmatowa: SimRus – Symulator Ruskiego Miru. Level 1

1999. Jest rok trzydziesty dziewiąty

Przypisy

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Meritum publikacji

Przypisy