Saga historyczna. Szukaj mnie wśród mgieł Wirungi - Zbigniew Zborowski - ebook + audiobook + książka

Saga historyczna. Szukaj mnie wśród mgieł Wirungi ebook i audiobook

Zbigniew Zborowski

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Agenci rosyjskiej FSB, meksykański kartel narkotykowy Sinaloa, terroryści z Al Kaidy, a nawet amerykański Border Patrol... Wszyscy szukają połówek carskiej monety, rozciętej szablą przez Jana Młynarskiego w 1863 roku. Dlaczego są takie cenne? Co to za sekret się za nimi skrywa? I jaki związek z tymi dwoma wędrującymi po świecie kawałkami złota ma Gerome Rómel, weteren Legii Cudzoziemskiej, który także podąża ich śladem?

Czy przepołowiona moneta ponownie zostanie scalona w Meksyku, gdzie Monika Wilczyńska próbuje odzyskać uprowadzoną córeczkę? Czy samotna matka będzie w stanie wydrzeć swoje dziecko z rąk potężnego kartelu? Przecież nie ma przy sobie niczego, co mogłaby przeciwstawić bandytom. Poza siłą miłości. Do dziecka. I do mężczyzny, który wbrew wszelkiemu rozsądkowi postanowił jej pomóc…

Szukaj mnie wśród mgieł Wirungi to trzeci i ostatni tom sagi rodzin Zaporewiczów i Młynarskich.

Zbigniew Zborowski, autor dziewięciu powieści (m.in. Spotkajmy się zanim przyjdzie zima i Znajdziesz mnie w cieniu guayacan) i scenarzysta filmowy. Laureat wyróżnienia Empiku za scenariusz audiobooka Letarg. W swojej pracy inspiruje się prozą Carlosa Ruiza Zafona i Marka Hłaski. Zanim zaczął pisać książki, był reporterem, redaktorem naczelnym, prezenterem telewizyjnym, podróżnikiem, instruktorem kung fu, pracownikiem leśnym w Bieszczadach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 363

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 26 min

Lektor: Wojciech Żołądkowicz
Oceny
4,5 (40 ocen)
26
9
3
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Antwerpen

Nie oderwiesz się od lektury

👍
00
AlicjaKubiszyn

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam. Super trylogia.
00
Malgorzataklimek1978

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca historia. Wszystkie części super. Polecam.
00
Annku90

Dobrze spędzony czas

"– Wiem, że nie wiesz. Widzę to w two­ich prze­ra­żo­nych oczach. A wierz mi, znam się co nieco na stra­chu." Podobno uśmiech jest prawdziwy wtedy, kiedy jednocześnie uśmiechają się oczy. A one z kolei są naszym zwierciadłem i nic nie jest w stanie się ukryć. Też tak uważacie? Trzeci i niestety ostatni tom sagi rodzin Zaporewiczów i Młynarskich -" Szukaj mnie wśród mgieł Wirungi" to równie emocjonalna przygodna, jak poprzednie. Tym razem mamy doczynienia z meksykańskim kartelem narkotykowym, terrorystami z Al Kaidy i z rosyjskimi agentami. Monika, która znamy z poprzedni części, szuka swojej córki. A mnie znowu zauroczyły czasy przeszłe i niebezpieczna i pełna przemocy Afryka kolonizowana przez Belgów. Ludzie, którzy sami tworzą swoje prawo, w zależności od tego jaki mają kaprys danego dnia i miłość, która nie miała prawa się wydarzyć, a teraz musi pozostać w ukryciu. Czy połówki monety znajdą się w końcu? O tym możecie przeczytać w tej książce :)
00
orikasia1

Nie oderwiesz się od lektury

Doskonale zwienczenie całej sagi. Polecam
00

Popularność




PROLOG

Bie­gła sze­roką aleją wijącą się wśród ogro­dów ota­cza­ją­cych domy. Spło­szyła wielką jak jej palec wska­zu­jący ważkę, stadko wyjąt­kowo wrza­skli­wych pta­ków tapla­ją­cych się w kałuży po nie­daw­nym desz­czu i roz­pro­szyła opa­li­zu­jącą w słońcu chmarę much. Usko­czyła przed spo­co­nym panem Sim­mon­sem, za któ­rym niósł para­solkę mil­czący ciem­no­skóry słu­żący, a potem puściła się bie­giem ze Wzgó­rza Edwarda ku roz­le­wi­sku Stan­ley Pool. Wysoko zasznu­ro­wane buty klą­skały w poma­rań­czo­wo­czer­wo­nym bło­cie, dopóki nie wbie­gła w trawę, zmie­rza­jąc do portu skró­tem. Mogły w niej peł­zać żmije, a nawet zaplą­tać się kobra drzewna, więc nieco zwol­niła, uważ­niej sta­wia­jąc nogi. Była już bli­sko nabrzeża, kiedy wkro­czyła na trakt cią­gnący się przez trzy­sta kilo­me­trów w dół rzeki, wokół Wodo­spa­dów Living­stone’a aż do Matadi. Tutaj zwol­niła jesz­cze bar­dziej, bo z naprze­ciwka nade­szła grupa tra­ga­rzy przy­gię­tych do ziemi cię­ża­rem kości sło­nio­wej. Pil­no­wał ich nie­wielki oddział Force Publi­que w czer­wo­nych fezach pod wodzą bia­łego sier­żanta w tro­pi­kal­nym kasku i z prze­ra­ża­ją­cym batem chi­cotte z suszo­nej na słońcu skóry hipo­po­tama w sęka­tej ręce. Zręcz­nie omi­nęła tę ludzką ciżbę, zmie­rza­jąc pro­sto do portu. Przy­sta­nęła na chwilę, patrząc na zacu­mo­wany przy nabrzeżu bocz­no­ko­ło­wiec. Kapi­tan doko­ny­wał ostat­niej inspek­cji przed wyru­sze­niem w górę rzeki, być może aż do odle­głych o wiele dni żeglugi Stan­ley Falls. Nieco dalej, w płyt­kiej sto­ją­cej wodzie, bro­dziły fla­mingi i cza­ple, a na kona­rze zadu­szo­nego przez liany i pną­cza drzewa sie­dział samotny peli­kan. Zaraz jed­nak ruszyła znów, w stronę grzmią­cych w oddali kata­rakt. Były zbyt daleko, żeby zdo­łała dojść tam na pie­chotę, ale miała nadzieję zoba­czyć cho­ciaż począ­tek bystrza, zaraz za roz­le­wi­skiem, nad któ­rym leżało Leopol­dville. Alejka zaczęła się zwę­żać, prze­cho­dząc w wąską dróżkę wijącą się wśród ogrom­nych drzew, rafii, agaw siza­lo­wych i wyso­kich traw. Tatuś ostrze­gał, że w tej tra­wie może się czaić żbik albo nawet puma, ale Juliette dobrze wie­działa, że te dra­pież­niki nie pod­cho­dzą tak bli­sko osady. Leopol­dville było wpraw­dzie małym mia­stecz­kiem, osadą wła­ści­wie, ale zamiesz­ku­ją­cych ją kil­ku­dzie­się­ciu bia­łych było uzbro­jo­nych w gwin­to­wane i łado­wane odtyl­cowo kara­biny. I z całą pew­no­ścią dawno już prze­pło­szyli wszyst­kie dzi­kie zwie­rzęta więk­sze od okapi – stąd aż do odle­głej o pół­to­rej godziny mar­szu wio­ski Kin­szasa. A prze­cież w oko­licy był także spory oddział Force Publi­que, czyli kon­gij­skiego woj­ska. Tak hała­śliwy, że zdolny wypło­szyć nawet papugi z drzew. I jesz­cze cała masa pobrzę­ku­ją­cych łań­cu­chami tra­ga­rzy cią­gnących szla­kiem z gór­nego Kongo w stronę wybrzeża i z powro­tem. Żadna puma nie znio­słaby takiego zamie­sza­nia!

Szła więc przed sie­bie pew­nym kro­kiem. Grzmot coraz bliż­szych, odle­głych led­wie o parę kilo­me­trów kata­rakt nara­stał, nie­mal zagłu­sza­jąc jazgot pta­ków, cykady i natrętne brzę­cze­nie owa­dów. Na pustej ścieżce wzbi­jała co rusz do lotu chmary barw­nych motyli, klu­cze ważek, pło­szyła ptaki tak wielu gatun­ków, że wciąż jesz­cze więk­szo­ści się nie nauczyła. Ile czasu tu szła? Pół godziny? Nie, chyba dłu­żej. Nie­ważne. Tatuś ran­kiem roz­po­czął dyżur w szpi­talu, więc i tak nie wykryje jej nie­obec­no­ści. No, chyba że ten zło­śliwy pan Sim­mons donie­sie mu, że znowu widział córkę zbie­ga­jącą w dół do portu. Trudno. Naj­wy­żej. Tatuś i tak nie potra­fił się na nią gnie­wać dłu­żej niż przez chwilę i tylko stale powta­rzał, że poza Wzgó­rzem Edwarda wszę­dzie tutaj czai się na nią wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwo. Myślałby kto!

W końcu, zdy­szana i zaru­mie­niona pod małym fil­co­wym kaskiem chro­nią­cym przed desz­czem i słoń­cem, Juliette dotarła do wiel­kich gła­zów. W tym miej­scu roz­le­gły Stan­ley Pool na powrót zamie­niał się w rzekę. I to wartką! Woda szu­miała, spię­trza­jąc się w pierw­sze fale, na któ­rych grzbie­tach bie­liła się piana. Miej­scami two­rzyły się wiry i odwoje zdolne zato­pić hipo­po­tama. Wspa­niały widok! I pomy­śleć, że kiedy Kongo dotrze stąd do Atlan­tyku, będzie pły­nąć na wyso­ko­ści niż­szej aż o trzy­sta metrów! Juliette głę­boko nabrała powie­trza, sycąc się zapa­chami dżun­gli, mokrej ziemi, kwia­tów, traw… Unio­sła głowę, wysta­wia­jąc twarz do słońca. Paliło tak mocno, że od razu zapie­kły ją policzki. Jej ble­dziutka skóra ni­gdy nie przy­wyk­nie do afry­kań­skiego żaru! Cały czas pokry­wały ją piegi.

– Dzień dobry, panienko! – usły­szała nagle ści­szony, ale wibru­jący rado­ścią, chło­pięcy głos.

Odwró­ciła się w stronę, skąd dobie­gły wypo­wie­dziane cięż­kawą fran­cusz­czy­zną słowa, i ujrzała ciem­no­skó­rego chłopca w jej wieku wyła­nia­ją­cego się zza wiel­kiego głazu.

– Dzień dobry, Kidogo! – pozdro­wiła go jego miej­sco­wym imie­niem, które wyja­wił jej w sekre­cie w cza­sie ich ostat­niego spo­tka­nia.

– Cze­ka­łem na cie­bie! – odpo­wie­dział, a ona zdała sobie sprawę, że ostatni raz tu była pra­wie mie­siąc temu. Naprawdę cze­kał?

CZĘŚĆ I

Juliette

Rozdział 1

Leopol­dville, Wolne Pań­stwo Kongo Sty­czeń 1885

Arkady Rómel kiwał się na pro­stym krze­śle, patrząc na ogród ota­cza­jący jego dom. Rosły w nim palmy i bana­nowce, mię­dzy barw­nymi kwia­tami prze­cha­dzał się nawet dziki paw kon­gij­ski. Tak naprawdę obser­wo­wał jed­nak swoją trzy­na­sto­let­nią Juliette, uko­chaną córkę, jedyne dziecko, wzru­sza­jąco bole­sną pamiątkę po uko­cha­nej Lau­rze.

Juliette. Julia…

Mar­twił się o nią. Kiedy dwa lata temu wsia­dał w Antwer­pii na pokład parowca nale­żą­cego do kom­pa­nii Elder Demp­ster, była jesz­cze dziec­kiem. Wcze­piona w jego sur­dut, zafa­scy­no­wana i prze­ra­żona zara­zem dźwię­kami żegna­ją­cej ich orkie­stry, kara­bi­nami prze­wie­szo­nymi przez plecy bel­gij­skich urzęd­ni­ków wyru­sza­ją­cych razem z nimi do Afryki, wido­kiem zabi­tych gwoź­dziami drew­nia­nych skrzyń, w któ­rych grze­cho­tały naboje do kara­bi­nów i sztu­ce­rów. Jasne, sam wtedy też się bał. Czar­nego, dzi­kiego kon­ty­nentu, któ­rego mroki usi­ło­wały roz­ja­śnić kaganki nie­sione przez nie­licz­nych euro­pej­skich pod­da­nych króla Leopolda. Tajem­ni­czych tro­pi­kal­nych cho­rób zabi­ja­ją­cych ponad połowę przy­by­wa­ją­cych tam bia­łych. Pig­me­jów-kani­bali, kro­ko­dyli, noso­roż­ców, leopar­dów i tych nie­licz­nych pasa­że­rów ich parowca, któ­rzy już w Wol­nym Pań­stwie Kongo byli, a teraz do niego wra­cali. Bo ci mieli zimne spoj­rze­nia mor­der­ców… Wtedy nie miał jed­nak wyboru, był spłu­kany, a praca dla bel­gij­skiego króla była jedyną, która pozwa­lała nie tylko uciec od wie­rzy­cieli, ale i dobrze zaro­bić.

Teraz, po dwóch latach pracy w szpi­talu dla Euro­pej­czy­ków w osa­dzie Leopol­dville, Afryki już się tak nie bał. Ow­szem, okre­sowo dopa­dała go mala­ria i dyzen­te­ria, ale jakoś się trzy­mał. A córeczka nawet jesz­cze lepiej. Ale to wła­śnie o nią zaczy­nał się bać. W ostat­nich mie­sią­cach doro­sła, wysmu­klała i nabrała kobie­cych kształ­tów. Arkady zauwa­żył lepiące się do niej spoj­rze­nia bia­łych nad­zor­ców tra­ga­rzy, pod­ofi­ce­rów Force Publi­que, kapi­ta­nów rzecz­nych parow­ców i wszel­kich innych awan­tur­ni­ków poja­wia­ją­cych się w mia­steczku. A to nie byli bez­pieczni ludzie. Rómel dobrze wie­dział, do czego są zdolni wobec tubyl­ców w inte­rio­rze. Tu, pod cienką poli­turą ogłady, wyczu­wał w nich tę samą zbrod­ni­czą dzi­kość. I nie potra­fił uciec od myśli, co by się stało, gdyby jego Juliette wpa­dła w ich łapy.

Żeby choć ona jesz­cze chciała go słu­chać! Żeby wdała się w matkę Laurę – słodką, cichą, oddaną, nie­winną. Ale nie! Julia pod wzglę­dem cha­rak­teru przy­po­mi­nała raczej swoją sza­loną ciotkę, Alek­san­drę Zapo­re­wicz. A star­sza sio­stra żony zawsze Arka­dego prze­ra­żała. Była zadziorna, pewna sie­bie, skłonna do ryzyka. I naj­gor­sze – nie bała się męskich ról. Ten jej pomysł na pro­wa­dze­nie kawiarni we Lwo­wie… Zgroza! A już zupeł­nie naj­gor­sze, że jej inte­res wypa­lił! No bo kto by pomy­ślał, żeby kobieta, do tego samotna, zaj­mo­wała się takimi spra­wami! A jesz­cze, kiedy opusz­czał mia­sto i w ogóle Gali­cję, wszy­scy plot­ko­wali, że wzięła sobie za kochanka Gustawa Miko­la­scha, syna świę­tej pamięci pryn­cy­pała Arka­dego Rómla! Co za tupet! Ech, gdyby Juleńka miała być taka sama… Strach nawet pomy­śleć!

Naj­gor­sze, że z takim cha­rak­te­rem prę­dzej czy póź­niej wpa­kuje się w jakieś tara­paty. I jak on, zwy­kły fel­czer i apte­karz, w dodatku dość pogar­dzany przez Bel­gów emi­grant z dale­kich Austro-Węgier, miałby ją z nich wycią­gać?

– Tato! Tatku! – Nie zauwa­żył, kiedy Juliette prze­stała łowić motyle siatką na patyku i pode­szła do jego scho­wa­nego pod pal­mową strze­chą krze­sła.

– Mogę wyjść na spa­cer?

– Sama?! – Arkady poczuł zna­jomą gorycz żółci na języku.

– No prze­cież nie mam tu kole­ża­nek! Ostat­nią białą dziew­czynę w swoim wieku widzia­łam w Bomie! W dodatku wsia­dała na pokład parowca pły­ną­cego do Europy!

– Tylko nie odchodź daleko! – zarzą­dził sła­bym gło­sem, bo nie potra­fił odmó­wić dziecku.

– Natu­ral­nie, tatku. – Poznał po szel­mow­sko zmru­żo­nych, zie­lo­nych oczach, że ani myśli go posłu­chać.

Lecz tylko ciężko wes­tchnął.

Rozdział 2

Wil­ków na Dol­nym Ślą­sku Sier­pień 1991

Anna nie potra­fiła sku­pić uwagi na infor­ma­cjach w tele­wi­zji. Mimo że na ekra­nie radziec­kie czołgi ostrze­li­wały ciężki beto­nowy kloc budynku par­la­mentu w Moskwie. Biały Dom pło­nął, w błę­kitne niebo wzno­siły się czarne kłęby smo­li­stego dymu, a Borys Jel­cyn – pre­zy­dent Fede­ra­cji Rosyj­skiej – prze­ma­wiał, sto­jąc na pan­ce­rzu woj­sko­wego trans­por­tera. Sie­dzieli na sofie w swoim domu na skraju lasu, sied­mio­let­nia Joasia spała w łóżeczku na pię­trze, a jej było tak słodko, tak dobrze w sil­nych ramio­nach Grze­go­rza.

– Poca­łuj mnie – powie­działa.

Jej mąż drgnął, odry­wa­jąc spoj­rze­nie od obra­zów moskiew­skiego puczu i spoj­rzał zasko­czony.

– Ale… tam u nich wojna – zauwa­żył nie­zbyt odkryw­czo.

– A niech się biją – wes­tchnęła, uno­sząc się lekko i przy­wie­ra­jąc do jego sze­ro­kiego torsu całym cia­łem. – Tamta wojna nas nie doty­czy – wyszep­tała, kiedy naresz­cie speł­nił jej żąda­nie i ich odde­chy się połą­czyły.

– Masz rację – wymru­czał. – To już nie nasza sprawa.

* * *

Masza Mły­nar­ska patrzyła na pło­nący Biały Dom z roz­dartą duszą. Mili­cyjne kor­dony zatrzy­my­wały ludzi w dość dużej odle­gło­ści od miej­sca szturmu, lecz nawet tu czuła smród dymu, a na jej twa­rzy osia­dały szare płatki popiołu. Po raz pierw­szy od nie­pa­mięt­nych cza­sów – chyba od wojny ojczyź­nia­nej albo i jesz­cze wcze­śniej – pła­kała. Serce pod­po­wia­dało, że powinna być tam, w środku. Ramię w ramię z przed­sta­wi­cie­lami Pań­stwo­wego Komi­tetu Stanu Wyjąt­ko­wego i chło­pa­kami z 2 Gwar­dyj­skiej Dywi­zji Tamań­skiej, któ­rzy opo­wie­dzieli się po stro­nie puczy­stów. Rozum z kolei krzy­czał, że to bez sensu. Nie da się już powstrzy­mać demo­kra­tycz­nej zgni­li­zny. Zacza­dzeni ułudą zachod­niego życia Rosja­nie nie chcą powrotu zsrr. Nie staną murem za Jana­je­wem. Wszystko stra­cone! Nie, nie wszystko. Nad­szedł czas, żeby pomy­śleć o sobie. O tym, o czym roz­ma­wiali rok temu z Leną Wil­czyń­ską i Pie­tią Zapo­re­wi­czem. Wtedy ich plany pokrzy­żo­wała nagła śmierć Adama Wolec­kiego. Prze­klęty kontr­re­wo­lu­cjo­ni­sta zmarł nagle na atak serca, wkrótce po powro­cie ze Szwaj­ca­rii. Wtedy myślała, że to koniec. Że została prze­cięta ostat­nia nitka łącząca ją z sekret­nymi bada­niami Syl­we­stra Kali­skiego. A potem donie­siono jej, co Wolecki robił w Zury­chu, i znów odzy­skała nadzieję. Stary dureń! Myślał, że jest taki sprytny. A tylko ska­zał na śmierć tę swoją Zosię.

Rozdział 3

Rzeka Kongo, Wolne Pań­stwo Kongo Paź­dzier­nik 1890

Popo­łu­dniowy skwar musiał ją uśpić, bo nagłe par­sk­nię­cie hipo­po­tama na pra­wej bur­cie aż pode­rwało ją na nogi. Sto­jący za kołem ste­ro­wym nie­wy­soki, ale mocno zbu­do­wany męż­czy­zna z sze­roką twa­rzą oko­loną czarną brodą skwi­to­wał to weso­łym śmie­chem.

– Wczo­raj widzia­łem, jak hipo­po­tam prze­wró­cił łódź tubyl­ców! – pochwa­lił się. – Te zwie­rzęta wyglą­dają jak prze­ro­śnięte pro­siaki, ale są nie­bez­piecz­niej­sze od kro­ko­dyli!

– Nie sądzę, żebym prze­ga­piła taki incy­dent – mruk­nęła Juliette, nie­za­do­wo­lona, że się z niej śmiano. – Pra­wie nie scho­dzę z gór­nego pokładu!

Miała już skoń­czone osiem­na­ście lat i czuła się doro­słą kobietą. Damą. A z damami nie wolno żar­to­wać sobie jakimś tam mary­na­rzom. No dobrze. Ten Joseph Con­rad mary­na­rzem nie był, w cza­sie ich wspól­nego rejsu w górę rzeki przy­uczał się do zawodu kapi­tana parowca. Lecz jak dotąd na statku dowo­dził ten wysoki Belg, a nie on!

Mon­sieur Con­rad odgadł w mig jej iry­ta­cję i tak­tow­nie zamilkł. Przez dłuż­szą chwilę sta­te­czek Le roi des Bel­ges pły­nął więc w ciszy. O ile mia­nem ciszy można okre­ślić mia­rowe sapa­nie paro­wego tłoka, plusk łopa­tek tyl­nego koła napę­do­wego i pokrzy­ki­wa­nia czar­nych zało­gan­tów dorzu­ca­ją­cych do kotła drew. Mil­cząca nie była też z całą pew­no­ścią pora­sta­jąca brzegi dżun­gla, od któ­rej dobie­gały nie­usta­jące pta­sie trele, jakieś pohu­ki­wa­nia, przej­mu­jące wrza­ski małp, dono­śne trą­bie­nie słoni, a cza­sem stłu­miony odgłos bęb­nów, murzyń­skich tam-tamów. Pozo­stali ludzie na pokła­dzie – biali pasa­że­ro­wie, ofi­cer Force Publi­que, kilku agen­tów i kapi­tan – drze­mali pod moski­tie­rami na dol­nym pokła­dzie.

A ona nie mogła się napa­trzeć. Desz­czowy las ją zachwy­cał! Ponad zwartą kopułą zie­leni na wyso­ko­ści trzy­dzie­stucz­ter­dzie­stu metrów, co rusz wystrze­li­wały potężne drzewa giganty wzno­szące się na wyso­kość osiem­dzie­się­ciu metrów! To puchowce – maje­sta­tyczne, samotne, potężne. Zwarty bal­da­chim zie­leni w poło­wie ich pni nie dora­stał do ich koron, ale za to tęt­nił ukry­tym wśród liści życiem. Juliette mogła sobie tylko wyobra­zić, ile peł­zało tam węży, masze­ro­wało owa­dów, brzę­czało much i moski­tów, trze­po­tało tęczo­wymi skrzy­deł­kami motyli.

Pod tym sufi­tem soczy­stej zie­leni zwi­sały liany i pną­cza. Omszałe, lep­kie, żar­łocz­nie opla­tały pnie drzew takich jak odkryte wła­śnie w tym roku „złoto Konga”, czyli kau­czu­kowce. To z ich „łez”, czyli mleczka, wytwa­rza się ponoć w Euro­pie i Ame­ryce naj­now­szy wyna­la­zek ludz­ko­ści: opony, dętki, uszczelki i całe mnó­stwo innych przed­mio­tów wyra­bia­nych z gumy. Jej jed­nak nie inte­re­so­wał prze­mysł ani surowce. Podzi­wiała drzewa, które dla niej nie były maho­niem, balsą, heba­nem czy pali­san­drem, ale tęt­nią­cymi ener­gią i życiem żoł­nie­rzami tej nie­zmie­rzo­nej, nie­po­zna­nej, nie­po­ko­na­nej dżun­gli. Nawet w cie­niu pod roz­le­głym para­so­lem koron kipiało życie. To tu wal­czyły o pro­myk świa­tła niskie bana­nowce, stor­czyki, ana­na­so­wate. Tu rosły takie dzi­wo­lągi jak rośliny nie­po­trze­bu­jące w ogóle słońca, bo paso­ży­tu­jące na innych. Przede wszyst­kim jed­nak to tutaj prze­cha­dzały się pumy, okapi, szym­pansy, a cza­sem i sło­nie. Nie widziała ich jed­nak w tym cha­otycz­nym gąsz­czu. Wyraź­nie nato­miast dostrze­gała całe stada kro­ko­dyli wygrze­wa­ją­cych się na błot­ni­stych brze­gach z otwar­tymi pasz­czami, z któ­rych – spo­mię­dzy zębów – wydłu­by­wały im sma­ko­wite kąski małe, ruchliwe i bar­dzo odważne ptaszki. Jesz­cze bli­żej doka­zy­wały hipo­po­tamy. Te wiel­kie zwie­rzęta z ogromną cie­ka­wo­ścią pod­pły­wały do ich niewiel­kiego parowca, cza­sem nawet trą­ca­jąc go pyskiem, od czego od stępki aż po górny pokład prze­cho­dziło drże­nie.

„Licho wie, może i fak­tycz­nie ten żar­tow­niś widział prze­wró­cone czółno?”, pomy­ślała. Choć wciąż wyda­wało się to mało praw­do­po­dobne, bo kra­jowcy – z nie do końca zro­zu­mia­łych dla Juliette powo­dów – raczej trzy­mali się z dala od ich statku. Nawet wtedy, kiedy wie­czo­rami przy­bi­jali do brzegu, żeby narą­bać drew na następny dzień, panicz­nie przed nimi ucie­kali. Kie­dyś na widok ich dymią­cego komina cała wio­ska porzu­ciła chaty, trzodę i narzę­dzia, w panice ucie­ka­jąc w busz. Aż tak ich prze­ra­żał widok parowca?

– Dają sobie o nas znać wła­śnie tymi bęb­nami – znowu ode­zwał się „pra­wie kapi­tan”. – Boją się nas.

Nie spy­tała dla­czego. Bo raz, że nie chciała dać mu oka­zji do poka­za­nia, że wie wię­cej niż ona. A dwa – bo prze­cież miała nie­ja­sne podej­rze­nia. Mało to widziała tra­ga­rzy spę­ta­nych żela­znymi łań­cu­chami i poga­nia­nych chi­cotte? Czarni ludzie bali się przy­by­szów, to dla Juliette żadna tajem­nica. Tak było w pobliżu Leopol­dville. Ale tu? Pomię­dzy Stan­ley Pool a Stan­ley Falls, w samym środku dzie­wi­czego kon­ty­nentu? Czym biali ludzie zasłu­żyli sobie na taki strach?

– Sły­sza­łem, że pani ojciec ma objąć pla­cówkę han­dlową pra­wie już nad brze­gami Lualaby – nie pod­da­wał się pan Con­rad.

Jego fran­cu­ski miał dziwny akcent. Niby nic dziw­nego, w końcu był Bry­tyj­czy­kiem, ale Juliette sły­szała w jego sło­wach taki dziwny sze­lest, który przy­wo­dził jej na myśl nie­ja­sne wspo­mnie­nia dzie­ciń­stwa w pod­lwow­skim Tata­ro­wie.

– Tak – odpo­wie­działa zdaw­kowo, bo temat nie był dla niej miły.

Nie żeby nie chciała się prze­nieść w głąb Afryki. Miała już po dziurki w nosie cha­otycz­nie roz­ra­sta­ją­cego się Leopol­dville! Ale tatuś wyda­wał się jakiś smutny. Za nic nie chciał jed­nak roz­ma­wiać o przy­czy­nach tej nagłej prze­pro­wadzki.

– Sły­sza­łem w por­cie plotkę – czar­no­brody pra­wie kapi­tan nie­ła­two się znie­chę­cał – że uka­rano go za zbyt­nie pobła­ża­nie czar­nym.

– Nie zwra­cam uwagi na plotki – syk­nęła.

– A ja i ow­szem! – Joseph bły­snął bia­łymi zębi­skami. – Zwłasz­cza gdy nie mogę dotrzeć do fak­tów.

– I co jesz­cze pan sły­szał? – W końcu zwy­cię­żyła w niej nie­zdrowa cie­ka­wość, bo i ona chęt­nie dowie­dzia­łaby się cze­goś wię­cej.

– Że pan Rómel sta­now­czo zapro­te­sto­wał, kiedy ska­zano na wyba­to­że­nie grupę miej­sco­wych dzieci. Ponoć malu­chy naśmie­wały się z bia­łego urzęd­nika…

Zaczęło prze­ja­śniać się jej w gło­wie. Fak­tycz­nie! Kilka mie­sięcy temu była jakaś afera o grupę wyrost­ków, któ­rzy odwa­żyli się śmiać w obec­no­ści pana Sim­monsa! A jakiś czas póź­niej z samego rana obu­dziły ją roz­pacz­liwe piski, pła­cze i wrza­ski nio­sące się po całym Wzgó­rzu Edwarda. Tata jed­nak kate­go­rycz­nie zabro­nił tam iść i spraw­dzić, co takiego się wyda­rzyło.

– Ska­zano je na chło­stę – mru­czał dalej pan Con­rad, deli­kat­nie krę­cąc kołem ste­ro­wym, żeby omi­nąć pły­ci­znę obsia­dłą przez grupę kro­ko­dyli i dwa bar­dzo rubaszne hipo­po­tamy. – Po pięć­dzie­siąt razów dla każ­dego.

Palce Juliette moc­niej zaci­snęły się na relingu.

– Pięć­dzie­siąt ude­rzeń chi­cotte?

– W rze­czy samej.

– Prze­cież sto to dla więk­szo­ści doro­słych dawka śmier­telna!

– Nie ina­czej. – Kapi­tan na nią nie patrzył, wpa­tru­jąc się ciem­nymi oczami w rzeczną dal. – Ludzie mówili, że pani ojciec osią­gnął tylko tyle, że dzie­cia­kom roz­ło­żono karę na raty. Dwa­dzie­ścia pięć razów jed­nego dnia i tyle samo naza­jutrz. Cóż, dobre i to.

Długo nie odpo­wia­dała, wpa­tru­jąc się przed sie­bie w brą­zową, muli­stą rzekę, któ­rej brzegi były od sie­bie odle­głe może i o kilo­metr. Wielka, potężna – jak pra­wie wszystko w Afryce. Wszystko, poza miło­sier­dziem bia­łych.

– Dla­czego mi pan o tym opo­wiada?

– Bo podzi­wiam takich ludzi jak pani ojciec – odparł bez chwili waha­nia. – Nie­wielu zdo­by­łoby się na odwagę, wie­dząc, że kon­se­kwen­cją może być albo zerwa­nie kon­traktu, albo wysła­nie do odle­głej fak­to­rii w głębi lądu.

Rozdział 4

Wil­ków na Dol­nym Ślą­sku Maj 1994

Nad rzeczką pły­nącą przez wrzo­so­wi­sko rosła lesz­czyna i krzewy cze­rem­chy. Chciała tam­tędy tylko przejść w dro­dze na skróty do domu. Mostek był dalej, musia­łaby do niego nad­ło­żyć drogi – a po co? Skoro głę­bo­kość Rudki rzadko kiedy prze­kra­czała wyso­kość kolan. Zdjęła już buty i zaka­sała sukienkę, gdy oszo­ło­mił ją zapach cze­rem­chy. Słodki, ożyw­czy, domi­nu­jący. Joasia przy­gar­nęła do twa­rzy gałązkę pełną bia­łych kwiat­ków i mocno wcią­gnęła powie­trze. Ach, jaka była szczę­śliwa! Wkrótce koniec szkoły, począ­tek lata i takich wypraw z dzie­cia­kami ze wsi jak ta dzi­siej­sza będzie wię­cej. Ganiali cały dzień po lesie, wśród drzew olszy, jesio­nów, dębów i brzóz. Jasno­zie­lo­nych list­ków wciąż przy­by­wało, ale nawet w zaro­ślach wciąż dało się się­gnąć daleko wzro­kiem, dla­tego zabawa w cho­wa­nego wyma­gała sprytu i zręcz­no­ści. Wio­sna w tym roku przy­szła późno i jesz­cze nie zro­bił się gąszcz – musiała się ukry­wać pod omsza­łymi, zwa­lo­nymi pniami świer­ków, wśród kieł­ku­ją­cych paproci i krze­wi­nek jagód. Przy oka­zji z satys­fak­cją prze­ko­nała się, że te ostat­nie mają mnó­stwo zawiąz­ków owo­ców – tego lata będzie dużo jagód!

Teraz jed­nak dzie­się­cio­let­nia Joanna Zapo­re­wicz de Ville wra­cała do domu, bo mama i tata nie lubili, kiedy przy­cho­dziła o zmierz­chu. Jakby nie wie­dzieli, że oko­liczny las nie ma przed nią tajem­nic! Była śmiałą, rezo­lutną i pewną sie­bie dziew­czynką – szybko wyro­sła na przy­wódcę klasy, słu­chali się jej nawet chłopcy. No, nie wszy­scy. Ale wśród dziew­czy­nek wodziła prym, mimo że ni­gdy o to nie zabie­gała. Byłaby w domu wcze­śniej, gdyby nie odpro­wa­dziła Basi. Pode­szła z kole­żanką aż pod samą zagrodę, tak bli­sko, że zauwa­żyła je pani Aldona, jej matka. Aldona nama­wiała nawet Joasię, żeby wstą­piła na her­batę i dopiero co wyjęte z pieca cia­sto droż­dżowe, ona jed­nak już śpie­szyła się do sie­bie. Bo prze­cież miesz­kali wła­ści­wie poza wsią, za rzeczką, na skraju lasu.

Prze­stała więc wąchać cze­rem­chę, znów zaka­sała sukienkę i ostroż­nie wkro­czyła w kry­sta­liczną, ale wciąż jesz­cze lodo­watą po zimie toń. Wartki nurt Rudki poła­sko­tał jej stopy, mię­ciutki pia­sek na dnie ugiął pod jej cię­ża­rem. W kilku kro­kach poko­nała rzeczkę i wyszła na drugi brzeg. Już została jej do poko­na­nia tylko nie­wielka łąka, kiedy zamarła w zachwy­cie. Pomię­dzy nią a domem pasło się stadko saren. Były takie piękne! Smu­kłe, czujne, zwinne. Mogłaby tak patrzeć na nie godzi­nami, wciąż jesz­cze nie­zau­wa­żona w cie­niu lesz­czyny, lecz nagle zwie­rzęta rzu­ciły się do ucieczki. Mknęły przez łąkę z gra­cją, dłu­gimi susami.

– Co je spło­szyło? – zasta­no­wiła się na głos, roz­glą­da­jąc wokół.

Niczego nie zauwa­żyła. Niebo za jej ple­cami pło­nęło poma­rań­czą i czer­wie­nią zacho­dzą­cego słońca, cie­nie sta­wały się coraz dłuż­sze, robiło się chłodno. Daleko na wscho­dzie, nad ciem­nie­jącą ścianą drzew, dostrze­gła na nie­bie sierp księ­życa. To druga kwa­dra, za kilka dni będzie nów. Wtedy poczuła dziwny nie­po­kój. Czy to ucieczka saren napeł­niła ją lękiem? A może jakieś nie­uchwytne prze­czu­cie? Rozej­rzała się po ciem­nie­ją­cej łące, ale niczego nie zauwa­żyła. Nawet zna­jo­mego stada dzi­ków, które wie­czo­rami uwiel­biały pod­cho­dzić z mło­dymi pod ich dom, żeby rado­śnie ryć w mięk­kiej czar­nej ziemi aku­rat tam, gdzie Joasia gry­wała cza­sem z tatą w bad­min­tona. Nic. Cisza. Spo­kój.

A może to echo żalu i roz­pa­czy, jakie opa­dły ją na początku roku, po nagłej śmierci babci? Zosia ode­szła zimą, ale już w nowym roku, tuż po tym, jak wró­ciła do tej swo­jej War­szawy ze świą­tecz­nej wizyty w Wil­ko­wie. Rodzice nie chcieli o tym roz­ma­wiać, ale z pół­słó­wek i nie­do­po­wie­dzeń Joanna wyczy­tała, że bab­cia umarła nagle, a nawet… chyba została zamor­do­wana. Ktoś wła­mał się do jej miesz­ka­nia i… Nie, sta­now­czo nie chciała teraz o tym myśleć. Potrzą­snęła głową, jakby chciała wytrzą­snąć z niej rodzący się na nowo żal, i ener­gicz­nym kro­kiem ruszyła przed sie­bie.

Zbli­ża­jąc się do domu, zoba­czyła świa­tło w kuchen­nym oknie i potężną syl­wetkę tatu­sia. Coś mówił, gesty­ku­lo­wał, pew­nie roz­ma­wiał z mamą. Nagle owiała ją smuga zapa­chu.

– Chleb! Mama upie­kła chleb! – ucie­szyła się i przy­spie­szyła kroku.

* * *

Maria Wasy­lewna Mły­nar­ska, mimo swo­ich sześć­dzie­się­ciu ośmiu lat, czuła się znów jak młoda dziew­czyna – ta, która pod Sta­lin­gra­dem strze­lała Ger­mań­ców jed­nego po dru­gim. Leżała teraz na skraju lasu, za oba­lo­nym pniem potęż­nego świerka, z lunetą przy­sta­wioną do oka. Śle­dziła małą, dzie­się­cio­let­nią dziew­czynkę zmie­rza­jącą w pod­sko­kach do domu, który był celem jej grupy. Roz­sta­wieni byli już do ataku, cze­kali tylko, aż zapad­nie głę­boka ciem­ność. Księ­życ był w dru­giej kwa­drze, niebo nie­stety bez­chmurne, ale zabu­do­wa­nia stały na szczę­ście dosyć daleko od wsi. Na prawo od niej, już na wrzo­so­wi­sku, zajęła pozy­cję Lena. Była dość nie­po­radna, wła­śnie przed chwilą spło­szyła stadko saren – ale na szczę­ście nikt nie zwró­cił uwagi na to małe zamie­sza­nie.

Po lewej, nie­wi­doczny za budyn­kami gospo­dar­stwa, czaił się Pie­tia. To on miał pierw­szy wtar­gnąć do domo­stwa, likwi­du­jąc ewen­tu­alny opór miesz­kań­ców. Dla bez­pie­czeń­stwa cała ich trójka uzbro­jona była w stan­dar­dowe pisto­lety Pol­skiego Woj­ska i Mili­cji Oby­wa­tel­skiej – P-64. Broń dobra i sku­teczna, ale gło­śna. Masza miała nadzieję, że nie trzeba będzie jej użyć. Wystar­czy już kom­pli­ka­cji. Zdo­by­cie obu połó­wek sta­rej car­skiej monety wyda­wało się banal­nym zada­niem. Lecz od początku pię­trzyły się same pro­blemy. Naj­pierw, żeby nie­po­strze­że­nie wje­chać do Pol­ski i bez­piecz­nie wyko­nać zada­nie, musieli przy­go­to­wać sobie tutaj zaple­cze. Nie było to łatwe, bo ten prze­klęty kraj, za sprawą Lecha Wałęsy, wyła­mał się spod rosyj­skiej kon­troli. Dawni agenci potra­cili swoje sta­no­wi­ska albo uda­wali, że nie pamię­tają, co kie­dyś pod­pi­sali. Nowa poli­cja zaro­iła się od nowych ludzi, któ­rzy czuli do wschod­nich braci nie­uza­sad­nioną nie­chęć i podejrz­li­wość. W końcu udało się jed­nak zmon­to­wać akcję i dopaść Zofię Zapo­re­wicz, kochankę zmar­łego Adama Wolec­kiego. Jakież było zdu­mie­nie Maszy, gdy oka­zało się, że ta kobieta nie ma przy sobie kawał­ków monety! W dodatku za nic nie chciała powie­dzieć, gdzie je ukryła. Wolała umrzeć. Nie po to jed­nak eme­ry­to­wana gene­rał Mły­nar­ska ukoń­czyła szko­le­nie dla agen­tów wywiadu, żeby nie odgad­nąć, że ta prze­klęta Polka musiała oddać swoją rodzinną pamiątkę i skarb jedy­nym naj­bliż­szym oso­bom – Annie Zapo­re­wicz i jej mężowi, Grze­go­rzowi de Ville. Tym razem zmon­to­wa­nie akcji poszło szyb­ciej, bo we Wro­cła­wiu gru miało swo­jego uśpio­nego agenta, pro­ku­ra­tora Toma­sza Bra­niaka, który, choć prze­ra­żony tym, czego od niego żądano, zgo­dził się jed­nak roz­to­czyć na rosyj­skim koman­dem para­sol ochronny. No, zresztą wiel­kiego wyboru nie miał. I oto Masza była tu. W dzi­czy opo­dal Legnicy, którą do nie­dawna można było prze­cież uwa­żać za radziec­kie mia­sto w środku Pol­szy. Sku­piona i cier­pliwa, jak w cza­sach, gdy była snaj­perką, pewna zwy­cię­stwa, gotowa do napi­sa­nia ostat­niego aktu dra­matu, jakim były losy błą­ka­ją­cych się po świe­cie połó­wek car­skiej monety.

* * *

Poło­że­nie Joasi spać oka­zało się łatwiej­sze niż zwy­kle. Chyba naprawdę nie­źle się wybie­gała z dzie­cia­kami z wio­ski! Zja­dła pajdę jesz­cze cie­płego chleba grubo posma­ro­waną masłem, nakrytą pla­strem domo­wej roboty sera wyra­bia­nego przez sąsiadkę Aldonkę Bojak, która zawsze obdzie­lała nim „naszą dok­tórkę” – jak nazy­wano Annę we wsi – do tego nie­miec­kie kakao z prze­mytu kupione na targu w Zło­to­ryi i pasek cze­ko­lady „z okien­kiem”, z tego samego źró­dła. I zaraz zaczęła zie­wać. Ledwo dała radę umyć zęby, ochla­pać się wodą i prze­brać w piżamkę poda­ro­waną na gwiazdkę przez świę­tej pamięci Zosię. Potem powlo­kła się stro­mymi scho­dami do swo­jego pokoju na pię­trze i zasnęła, zanim zdą­żyła upaść na łóżko.

– Wciąż myślę o mamie. – Anna przy­tu­liła się do Grze­go­rza, a on deli­kat­nie pogła­skał ją po gło­wie. – Jesz­cze na święta sie­działa o, na tym krze­śle, opo­wia­da­jąc poplą­tane dzieje tej prze­po­ło­wio­nej monety, a zaraz potem…

Roz­pła­kała się już na dobre.

– Kto mógł chcieć ją skrzyw­dzić? Dla­czego? I czemu poli­cja na­dal nie zła­pała sprawcy?

Mąż, zamiast odpo­wie­dzieć, wziął ją na ręce i poniósł przez kuch­nię i sień do drzwi wyj­ścio­wych.

– Co ty wypra­wiasz, głup­ta­sie?

Otwo­rzył i wyniósł ją na rześ­kie powie­trze. Ostroż­nie posta­wił na ziemi i wska­zał na niebo, które roz­cią­gało się nad ich głową wysoką kopułą prze­ciętą sre­brzy­stym pasmem gwiazd dysku Drogi Mlecz­nej i roz­ja­śnione cie­niut­kim sier­pem księ­życa.

Wokoło było cicho, grały tylko świersz­cze, odle­głe świa­tła wsi nie roz­pra­szały mroku.

– Tajem­nicę zabrała ze sobą tam. – Nieco teatral­nym gestem zato­czył ręką koło. – Kie­dyś nam ją wyjawi.

Te w innych oko­licz­no­ściach zbyt pate­tyczne słowa tej nocy ją uspo­ko­iły. Wiszące nad łąką gwiazdy tchnęły spo­ko­jem i pew­no­ścią sie­bie, wywo­łu­jąc wra­że­nie, że cokol­wiek by się tutaj na dole działo, wszystko na świe­cie toczy się według dobrego, boskiego planu.

– Myślę, że coś prze­czu­wała – szep­nęła. – Ina­czej po co dawa­łaby nam w pre­zen­cie te połówki monety? To był jej rodzinny tali­zman, dzi­wi­łam się, że chce nam go prze­ka­zać.

Grze­gorz nie odpo­wie­dział. Ale nie dla­tego, że patrzył w gwiazdy. Jego ciało stę­żało, zasty­gło w wycze­ki­wa­niu. Cze­goś nasłu­chi­wał.

– Co się dzieje? – Anna poczuła ukłu­cie nie­po­koju.

– Nic, nic. Chyba. Na wszelki wypa­dek wra­caj do domu i zamknij drzwi.

– A ty?

– Ja się rozej­rzę i zaraz przyjdę. Zapu­kam. Jak zwy­kle.

Zaczęła się odwra­cać. Już widziała smugę świa­tła bijącą z wnę­trza domu. Zro­biła nawet pierw­szy krok, gdy nagle trawa zasze­le­ściła, zadud­niły kroki i cał­kiem bli­sko roz­legł się stłu­miony krzyk: Wpie­riod!

Odwró­ciła się aku­rat w chwili, gdy jakiś cień sko­czył na jej męża. Za nim nad­bie­gały już dwa kolejne.

– Grze­gorz! – krzyk­nęła, się­ga­jąc do klamki.

– Ucie­kaj! – sap­nął, siłu­jąc się z napast­ni­kiem.

Zawa­hała się. I wtedy huk­nął strzał. Jej mąż drgnął, zaklął, a potem… upadł. Dopiero wtedy Anna otrzeź­wiała. W jej gło­wie błę­kit­nym ogniem zapło­nął napis: Joanna! Musiała ją rato­wać. Wpa­dła do sieni i już pra­wie zatrza­snęła za sobą drzwi, gdy nagle – kop­nięte od zewnątrz – ude­rzyły ją w twarz. Odrzu­ciło ją aż pod schody. Na twa­rzy poczuła krew, ale chciała zerwać się z pod­łogi i biec na pię­tro. Wtedy do ziemi przy­gwoź­dził ją cię­żar czy­je­goś ciała. A potem nad­szedł cios. Jeden, drugi. Zro­biło się jej tak jakoś sen­nie, błogo… Jako lekarka wie­działa, że to pierw­szy objaw wstrzą­śnie­nia mózgu – ktoś tłukł ją po gło­wie kolbą pisto­letu. I wtedy, przez zacho­dzącą na oczy mgłę, usły­szała na scho­dach kroki. Lek­kie, szyb­kie stópki jej córeczki. Unio­sła oczy i ją zoba­czyła. W piżamce od Zosi, taką małą, bez­bronną, prze­stra­szoną. Spró­bo­wała powie­dzieć jej, że ją kocha, ale usta tylko uło­żyły się w słowa, bo gar­dło nie wydało głosu.

– Mów, gdzie to jest, albo zabiję tę twoją małą sukę! – Nad uchem zagrzmiał męski głos, a Anna zdała sobie sprawę, że wcze­śniej wypy­ty­wał ją o połówki car­skiej monety.

Prze­nio­sła na niego spoj­rze­nie i zmar­twiała z prze­ra­że­nia. On… celo­wał z pisto­letu w jej dziecko! Chciała go bła­gać o litość. Nie dla sie­bie, dla Joasi, ale wtedy z pokoju dobie­gły słowa jakiejś star­szej kobiety mówią­cej z rosyj­skim akcen­tem:

– Zna­la­złam!

Oczy Anny roz­sze­rzyły się, gdy huk­nął strzał. Bły­snął ogień, odsko­czył zamek, wyle­ciała dymiąca łuska. A na scho­dach roz­legł się łoskot spa­da­ją­cego bez­wład­nie ciała.

– Córeczko! – naresz­cie udało jej się wydo­być z sie­bie głos.

– Za późno! – wysy­czał sie­dzący na niej męż­czy­zna. – Następna kulka dla cie­bie.

A potem zapa­dła ciem­ność.

* * *

Gene­rał Masza była zado­wo­lona. Gładko poszło! W dłoni ści­skała obie połówki car­skiej pię­cio­ru­blówki, a świad­ko­wie zgi­nęli. Co prawda Pie­tię tro­chę ponio­sło i zamiast noża użył pisto­letu. Huk strza­łów mógł zaalar­mo­wać sąsia­dów, któ­rzy wezwą poli­cję, ale zanim przy­je­dzie patrol, oni zdążą się już ulot­nić. A potem śledz­two utknie w mar­twym punk­cie – już się o to postara pro­ku­ra­tor Bra­niak.

– To przez tego wiel­ko­luda! – tłu­ma­czył się Piotr, kiedy zbie­gali truch­tem po zbo­czu przez mostek do zapar­ko­wa­nej w krza­kach lesz­czyny zwy­czaj­nej, oso­bo­wej łady. – Silny jak niedź­wiedź, omal nie skrę­cił mi karku! Musia­łem użyć pisto­letu.

– Niczewo, niczewo – nie­mal dobro­tli­wie roz­grze­szała go Masza. – Zaraz nas tu nie będzie, a potem…

W wątłym bla­sku księ­ży­co­wego sierpa ujrzała kre­mową biel ich auta. Nie­stety, zoba­czyła coś jesz­cze. Wszy­scy troje sta­nęli jak wryci.

– Wik­tor! – pierw­sza ode­zwała się Lena. – A więc przy­je­cha­łeś jed­nak, żeby…

Słowa zamarły jej na ustach, gdy jej wia­ro­łomny kocha­nek Wik­tor Wil­czyń­ski uniósł dłoń uzbro­joną w pisto­let z dokrę­co­nym tłu­mi­kiem.

„Lepiej niż ja przy­go­to­wał się do akcji”, prze­mknęło przez myśl Maszy, gdy sama wydo­by­wała z kie­szeni broń.

Pie­tia był szyb­szy. W jego ręce nie­mal natych­miast poja­wiło się P-64, w któ­rym wciąż tkwiły trzy naboje. I dla­tego to on zgi­nął pierw­szy. Zanim zdą­żył prze­ła­do­wać, pisto­let Wik­tora wydał z sie­bie dwa ciche: puf, puf i tors Pio­tra Alek­san­dro­wi­cza Zapo­re­wi­cza eks­plo­do­wał kar­mi­nem.

Masza widziała to kątem oka. W tym samym cza­sie zare­pe­to­wała broń. Wie­działa, że nie ma czasu, posta­no­wiła więc strze­lić z bio­dra. Taki strze­lec jak ona trafi z każ­dej pozy­cji.

Puf, puf.

Mocne szarp­nię­cie za bark wytrą­ciło jej broń z ręki. W lewej wciąż jed­nak ści­skała połówki monety.

– Oddaj je! – usły­szała ciche słowa.

Z nadzieją spoj­rzała na Lenę. Bladź! Ona prze­cież też miała pisto­let! Czemu po niego nie sięga! Lena jed­nak stała jak wryta, patrząc na Wik­tora roz­sze­rzo­nymi oczami, i w tym momen­cie Masza zro­zu­miała. To ta głu­pia, zako­chana w przy­rod­nim bra­cie laleczka ją zdra­dziła! Do czorta! Prze­cież sama, jak kre­tynka, posłała ją do Wik­tora, do Mek­syku! To wtedy musiał ją zma­ni­pu­lo­wać.

– Wik­tor, co ty wypra­wiasz?! – Masza nie­mal się uśmiech­nęła, sły­sząc teraz jej prze­stra­szony głos. Naiwna!

– Ty zgi­niesz jako trze­cia! – wysy­czała do Leny. – Naprawdę uwie­rzy­łaś, że ten dia­beł cię kocha? Co ci obie­cał? Że puści nas wolno, a cie­bie zabie­rze do Mek­syku?

– Zamknij się i oddaj monetę!

„Nie­do­cze­ka­nie”, pomy­ślała. Stała aku­rat na mostku. Masza wzięła więc zamach i zanim prze­brzmiało kolejne puf, puf, cisnęła połówki złota w ciemną jak atra­ment wodę. Upa­da­jąc, zauwa­żyła jesz­cze, jak Lena zrywa się do ucieczki, a Wik­tor celuje jej w plecy. Czy trafi po ciemku? Aby się o tym prze­ko­nać, zabra­kło jej już jed­nak czasu.

– W końcu zmą­drza­łaś… – To były jej ostat­nie słowa.

Rozdział 5

Stan­ley Falls, Wolne Pań­stwo Kongo Listo­pad 1890

Ciężki, tro­pi­kalny deszcz bęb­nił o dach gór­nego pokładu, zagłu­sza­jąc nawet mla­ska­nie łopa­tek koła napę­do­wego. Cylin­der parowy sapał i wzdy­chał, wal­cząc z coraz sil­niej­szym nur­tem. Wska­zy­wało to, że wodo­spady muszą być już bli­sko. Lecz czy na pewno? Nie było jak spraw­dzić ani się kogo zapy­tać. Od kilku dni nie widzieli na rzece żywego ducha – ani czółna, ani wio­ski. Nic. Za to zbli­żyły się do sie­bie brzegi Konga. Cza­sami, kiedy mijali nie­zli­czone rzeczne wyspy, Juliette zda­wało się, że do parowca zaraz wsko­czy z gałęzi jakaś mał­piatka, wpeł­znie wąż, prze­lecą ptaki. Wśród wysp prąd rzeki był nie­wy­czu­walny i gdyby nie zwra­cali uwagi na poło­że­nie pło­ną­cego na nie­bie słońca, mogliby zabłą­dzić, a nawet nie­chcący zawró­cić. Teraz jed­nak wypły­nęli z tego zie­lo­nego labi­ryntu, za to rzeka zaczęła z nimi wal­czyć.

– Wysią­dzie­cie w pla­cówce pod samymi Stan­ley Falls i dalej pój­dzie­cie pie­szo, aż poko­na­cie wodo­spady i dotrze­cie do rzeki Lualaba – po raz tysięczny powta­rzał pan Con­rad.

Zabawna sprawa… Teraz roz­ma­wiali czę­ściowo po pol­sku – oka­zało się, że on też jest z pocho­dze­nia Pola­kiem. Kie­dyś nazy­wał się Józef Korze­niow­ski i, podob­nie jak jej rodzina, wywo­dził się ze szlachty.

– To będzie pie­kielna prze­prawa – kon­ty­nu­ował naj­wy­raź­niej zatro­skany losem Juliette. – Kata­rakty mają nie wię­cej niż po pięć metrów, ale cią­gną się za to przez sto kilo­me­trów. W dżun­gli to ozna­cza wiele dni drogi.

– Damy sobie radę! – Co do tego Juliette nie miała żad­nych wąt­pli­wo­ści. – Skoro cał­kiem nie­dawno udało się tę trasę poko­nać sir Stan­ley­owi, to czemu nie mnie?

W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści bia­łych, któ­rych dotych­czas spo­tkała, nie bała się Afryki. Sza­no­wała ją, podzi­wiała, trak­to­wała z respek­tem. Ale strach? Co to, to nie!

– No cóż… być może. – Joseph nie pró­bo­wał kryć scep­ty­cy­zmu. – W każ­dym razie zamie­rzam sta­now­czo popro­sić naczel­nika pla­cówki, do któ­rej zmie­rzamy, o silną eskortę dla was. Mam nadzieję, że to czło­wiek roz­sądny i…

– Coś widzę! – prze­rwała mu, wska­zu­jąc miej­sce, które wyło­niło się wła­śnie z zakola rzeki. – Fak­to­ria!

Jej krzyk zwa­bił na pokład pozo­sta­łych pasa­że­rów i kapi­tana. Wszy­scy pochy­lili się lekko, wytę­ża­jąc wzrok.

– Jakaś dziwna ta pali­sada ota­cza­jąca dom naczel­nika… – zauwa­żył Arkady Rómel.

– Co on tam ma na tych szta­che­tach? – zasta­na­wiał się na głos kapi­tan. – Drew­niane kule dla ozdoby?

Zamil­kli, wypa­tru­jąc. Koło napę­dowe na rufie rów­no­mier­nie mla­skało w wodzie swo­imi łopat­kami. Cylin­der sapał, dym uno­sił się w niebo.

– To nie kule… – wyszep­tał w końcu Joseph Con­rad. – To ludz­kie głowy.

Rozdział 6

Wil­ków na Dol­nym Ślą­sku Maj 1994

Było tuż po pół­nocy, kiedy zie­lony polo­nez pro­ku­ra­tora Toma­sza Bra­niaka minął wieś Wil­ków i wje­chał na mostek nad jakąś zapy­ziałą rzeczką. Z daleka widział już radio­wóz patrolu pre­wen­cji, audi 80 komi­sa­rza Ant­ciaka z kry­mi­nal­nego i jesz­cze jakie­goś nie­ozna­ko­wa­nego polo­neza.

– Za dużo ich – szep­nął do sie­bie i zmełł szyb­kie prze­kleń­stwo.

Dosko­nale znał swoje zada­nie. Brzmiało ono – zatrzeć wszel­kie ślady. Wła­śnie dla­tego na miej­sce wezwał w cha­rak­te­rze śled­czego Ant­ciaka. Sko­rum­po­wany glina i były esbek już dawno zostałby wywa­lony z poli­cji na zbity pysk, gdyby nie jego opieka. Komi­sarz umiał to doce­nić i nie zada­wał pytań w spra­wach takich jak ta. Choć nie. Na taką minę jak ta sprawa ni­gdy jesz­cze nikt Bra­niaka nie wsa­dził. Zgi­nęła cała rodzina. W dodatku zastrze­leni! A kto w dzi­siej­szych cza­sach miał dostęp do pisto­le­tów? Wia­domo: poli­cja, woj­sko oraz mafia. Prasa więc może rzu­cić się na tę histo­rię niczym szczer­baty na suchary! Jeśli szybko nie uda się ukrę­cić jej łba, będzie za późno, żeby poza­mia­tać to, co napa­sku­dzili na jego tere­nie radzieccy (tfu, rosyj­scy!) towa­rzy­sze.

Pro­ku­ra­tor pod­je­chał pod gospo­dar­stwo, wyłą­czył sil­nik, nie­spiesz­nie wysiadł. Cho­lera, kom­plet­nie nie miał ochoty tam wcho­dzić! Zigno­ro­wał wycią­gniętą dłoń sier­żanta pre­wen­cji, który do niego pod­biegł, zasa­lu­to­wał służ­bi­ście i chciał się witać. Popa­trzył w górę. Nie było już gwiazd ani księ­życa. Bez­chmurne niebo, kiedy wyjeż­dżał z Legnicy, zasnuły chmury, z któ­rych ciur­kał mu za koł­nierz drobny deszcz. Brrr. Obok ścieżki zauwa­żył pierw­sze ciało. Męż­czy­zna, lat ponad czter­dzie­ści. Ciemna kar­na­cja.

– To sąsiadka, Aldona Bojko, usły­szała strzały i zaraz pobie­gła do soł­tysa, który ma tele­fon – wciąż nawi­jał sier­żan­cina. – Zawia­do­mili komi­sa­riat w Zło­to­ryi, czyli nas. A my od razu zatele­fonowaliśmy do dyżur­nego w Legnicy! Gruba sprawa! Lekarz już w dro­dze, tech­nicy też. Prze­słu­cha­łem na szybko tę Bojko. Kobieta twier­dzi, że naj­pierw strzały docho­dziły z cha­łupy tych de… de Ville. A póź­niej z bli­ska, jakby z tam­tego mostka. Po chwili przez wieś prze­mknęła łada w kolo­rze…

– Dobrze, już dobrze – prze­rwał mu pro­ku­ra­tor Bra­niak. – Może­cie stąd spa­dać.

Mun­du­rowy aż zamru­gał z wra­że­nia.

– Że co pro­szę?

– Że, kurwa, ma cię tu nie być! Ale już! Przej­muję śledz­two!

Do domu wszedł dopiero, kiedy odpro­wa­dził wzro­kiem nie­bie­skiego fiata 125 z archa­icz­nym kogu­tem na dachu mkną­cego z powro­tem do Zło­to­ryi.

– I jak sytu­acja? – powie­dział chwilę póź­niej, prze­stę­pu­jąc próg domu.

– A jak ma być? – zamru­czał wielki jak tur Ant­ciak. – W sumie trzy trupy, tak jak uprze­dza­łeś, sze­fie.

Bra­niak syk­nął, prze­no­sząc wzrok na dru­giego poli­cjanta. Dużo młod­szy od Ant­ciaka, nie­spełna trzy­dzie­sto­letni, wysoki, szczu­pły, rzecz dziwna – bez wąsów. Mgli­ście pamię­tał, że facet jest aspi­ran­tem i nazywa się…

– Piotr Wysocki – przed­sta­wił się tam­ten. – Zosta­łem wta­jem­ni­czony w sprawę przez komi­sa­rza.

Pro­ku­ra­tor otak­so­wał tam­tego wzro­kiem. Chło­pak był blady, miał roz­bie­gane oczy. W sumie nic dziw­nego. Pod scho­dami, nie­mal w obję­ciach, leżała kobieta z roz­wa­loną głową i dzie­się­cio­let­nie dziecko – z raną postrza­łową lewej skroni.

– Po chuj cią­gną­łeś tu towa­rzy­stwo? – z tym pyta­niem pro­ku­ra­tor zwró­cił się do Ant­ciaka.

– Chło­pak jest w porządku – zamru­czał tam­ten niskim gło­sem. – A gdy­bym przy­je­chał sam, wyglą­da­łoby to podej­rza­nie. Co to za ekipa śled­cza? Jed­no­oso­bowa?

– A jak się nam chło­pa­czyna roz­pruje? – Bra­niak roz­ma­wiał o Wysoc­kim tak, jakby był powie­trzem.

– Jakby co, mam na niego haka – zare­cho­tał komi­sarz. – Co, Pio­truś? Jego młod­sza sio­strzyczka zabiła autem sta­ruszkę na pasach. Po pijaku! Na razie mamy w kwi­tach „sprawca nie­usta­lony”, ale w każ­dej chwili mogę ją wsa­dzić na takie sanki, że pój­dzie sie­dzieć na dwa­na­ście lat!

– Aha. No to w porządku. Bierz­cie się do pracy.

– A co kon­kret­nie mamy robić? – zapy­tał Wysocki.

– To co zwy­kle – znów zagul­go­tał śmie­chem Ant­ciak. – Wycie­ramy wszystko tak, żeby nie został tu żaden odcisk palu­cha czy buta, który mogliby zna­leźć tech­niczni, a potem robimy roz­wałkę pod hasłem: „ban­dycki napad połą­czony z rabun­kiem”.

Ant­ciak spoj­rzał na Bra­niaka jak wielki, ale wierny pies doma­ga­jący się pochwały, a on łaska­wie ski­nął głową.

– To wy dzia­łaj­cie, a ja idę uci­szyć tę Aldonę Bojko.

Wyszedł w deszcz, po chwili zamru­czał sil­nik i zaklą­skały w bło­cie koła odjeż­dża­ją­cego służ­bo­wego polo­neza.

– Uci­szyć? – z nie­po­ko­jem w gło­sie powtó­rzył aspi­rant Wysoki, kiedy obaj z komi­sa­rzem zabrali się do wycie­ra­nia mebli i pod­łóg.

– Nie bój nic! – Ant­ciak zaśmiał się gar­dłowo. – Nie odstrzeli jej!

– To jak?

– Na począ­tek suro­wym gło­sem uprze­dzi o odpo­wie­dzial­no­ści kar­nej za skła­da­nie fał­szy­wych zeznań. Jak wiesz, grozi za to osiem lat. Nie w kij dmu­chał! A potem zacznie ją tak szcze­gó­łowo wypy­ty­wać, że kobieta w końcu zacznie sama sobie zaprze­czać. No i gdy ją przy­ła­pie na jakiejś nie­ści­sło­ści, uda wiel­kie obu­rze­nie. Dla­czego pani kła­mie?! W końcu pora­dzi, żeby – jeśli nie jest cze­goś abso­lut­nie pewna – nie zezna­wała do pro­to­kołu. A czego można być pew­nym, gdy jest noc, a ona tylko widziała przez okno jakąś prze­my­ka­jącą ładę? Więc jutro, na ofi­cjal­nym prze­słu­cha­niu, powie, że nic nie pamięta. I o to wła­śnie cho­dzi, młody!

Pra­co­wali szybko, meto­dycz­nie i już po czter­dzie­stu minu­tach mogli wybe­be­szyć szafy oraz szu­flady, pozo­ru­jąc pry­mi­tywny napad.

– Jesz­cze na górze! – pole­cił Ant­ciak i Wysocki ruszył ku scho­dom.

Robił już krok nad cia­łami matki i córki, gdy nagle…

– To dziecko jesz­cze żyje! O, popatrz! Leciutko drży jej powieka!

Wielki komi­sarz pod­szedł ener­gicz­nym kro­kiem.

– O kurwa! Rze­czy­wi­ście!

– Trzeba natych­miast wezwać pogo­to­wie! Może jesz­cze…

Wysocki zamilkł, kiedy na barku spo­częła mu ciężka łapa.

– Czyś ty ochu­jał, młody?

Aspi­rant patrzył na niego chwilę, poru­sza­jąc ustami jak ryba wycią­gnięta z wody.

– Ona musi być mar­twa, kapu­jesz? W tym miej­scu nie może być żad­nych świad­ków!

– No ale… ona żyje!

– A gówno prawda! – Komi­sarz w końcu się zde­ner­wo­wał. – To trup, tylko sam jesz­cze o tym nie wie! Masz to zała­twić!

– Jak?

– Nor­mal­nie! Jaki masz pisto­let w kabu­rze?

– P-64.

– Tak się składa, że ich zastrze­lono z takiej samej broni. Dalej wiesz, co masz zro­bić!

– Żar­tu­jesz?! To zabój­stwo!

– Tak samo jak prze­je­cha­nie po pija­nemu sta­ro­winki prze­cho­dzą­cej przez pasy! Bali­sty­kami się nie martw, Bra­niak to zała­twi. No, do roboty, skur­wielu! A ja wra­cam do Legnicy!

Powie­dziaw­szy to, Ant­ciak wyto­czył swoje ciel­sko na zewnątrz z zadzi­wia­jącą gra­cją. Wsia­dał już do audi o war­to­ści kil­ku­dzie­się­ciu poli­cyj­nych pen­sji, kiedy Wysocki wyjął z kabury pisto­let.

– Jeśli to zro­bię, już zawsze będą mieli na mnie haka – wyszep­tał, uno­sząc w drżą­cej ręce broń i celu­jąc w prak­tycz­nie już mar­twą dziew­czynkę. – Lecz jeśli tego nie zro­bię…

Po twa­rzy spły­nęły mu łzy. Zacie­rać dowody prze­stęp­stwa to jedno, ale zabić dziecko?

Ant­ciak zatrzy­mał na chwilę samo­chód i opu­ścił szybę. Nasłu­chi­wał. Po chwili z wnę­trza domu dobiegł poje­dyn­czy strzał. Komi­sarz w mil­cze­niu ski­nął głową, zapa­lił, wrzu­cił bieg i odje­chał.

* * *

Powoli zbli­żał się świt, kiedy polo­nez Wysoc­kiego dojeż­dżał do Kłodzka. Zarzu­ca­jąc nie­do­cią­żo­nym tyłem, wpadł mię­dzy uśpione wciąż uliczki, pisz­cząc łysymi opo­nami na dziu­ra­wym asfal­cie.

Na tyl­nym sie­dze­niu leżała zawi­nięta w kapę dziew­czynka. Nawet już bar­dzo nie krwa­wiła. Prak­tycz­nie była mar­twa, nie do odra­to­wa­nia. Ale on nie chciał być tym, kto dobija ciężko ranne dziecko. Oczy­wi­ście, nie mógł jej też ura­to­wać. Z jakie­goś powodu sprawcy tej masa­kry musieli pozo­stać nie­znani i nie­uchwytni – nie miał odwagi się temu prze­ciw­sta­wić. Wła­do­wał więc kulę ze służ­bo­wego pisto­letu w drew­niane schody, a dzie­ciaka zapa­ko­wał do swo­jego auta.

– Niech sobie umrze jako nn na tere­nie innej jed­nostki – wysy­czał przez zęby, gwał­tow­nie hamu­jąc pod małą przy­chod­nią.

Chwilę póź­niej kopał w zamknięte drzwi z zawi­niąt­kiem w ramio­nach, dopóki zaspany dozorca mu nie otwo­rzył.

– Zna­la­złem ją nie­da­leko, na pobo­czu – oznaj­mił krótko, wrę­cza­jąc zasko­czo­nemu cie­ciowi swoją prze­syłkę.

A potem od razu się odwró­cił i pobiegł do prze­zor­nie zapar­ko­wa­nego z dala od świa­tła latarń polo­neza.

Rozdział 7

Lualaba, Wolne Pań­stwo Kongo Gru­dzień 1890

Od wielu dni ich kara­wana prze­dzie­rała się przez dżun­glę na połu­dnie. Kara­wana… Duże słowo. Sza­lony naczel­nik poste­runku poło­żo­nego tuż pod Stan­ley Falls począt­kowo zda­wał się w ogóle nie rozu­mieć, czego od niego żądają. Ten bel­gij­ski ofi­cer, jedyny biały w pro­mie­niu setek kilo­me­trów, żył tutaj niczym książę ciem­no­ści albo bóg zła i znisz­cze­nia. Po wielu mie­sią­cach w głę­bo­kim inte­rio­rze zada­nie skupu kości sło­nio­wej i kau­czuku od miej­sco­wych wyna­tu­rzyło się w nim w tak straszny spo­sób, że stał się naj­gor­szym tyra­nem. Wio­ski, które nie nadą­żały z dostar­cza­niem mu koszy kau­czu­ko­wego mleczka albo zaopa­trze­nia, kazał swoim ciem­no­skó­rym żoł­nie­rzom Force Publi­que okrut­nie pacy­fi­ko­wać. Jego ludzie upro­wa­dzali wszyst­kie kobiety i dzieci, trzy­ma­jąc je w ogro­dzo­nej zagro­dzie do czasu, aż męż­czyźni nie wywiążą się z nało­żo­nej kon­try­bu­cji. W ocze­ki­wa­niu na haracz czy­nił sobie z ich kobiet nałoż­nice, żyjąc w swo­jej obwie­dzio­nej drew­nianą pali­sadą cha­cie niczym turecki pasza z hare­mem. Nic dziw­nego, że Afry­ka­nie się bun­to­wali. Na poste­ru­nek przy­pusz­czono kilka ata­ków. Tyle że kon­tyn­gent Force Publi­que był uzbro­jony w odtyl­cowe i gwin­to­wane kara­biny, miej­scowi nato­miast we włócz­nie, strzały i co naj­wy­żej – archa­iczne musz­kiety zaku­pione od arab­skich han­dla­rzy nie­wol­ni­ków ze wschod­niego wybrzeża. To wła­śnie głowy zroz­pa­czo­nych bez­pra­wiem bun­tow­ni­ków ujrzała Juliette w dniu, w któ­rym Le roi des Bel­ges zacu­mo­wał w miej­sco­wej przy­stani. Ten widok miał prze­śla­do­wać ją już do końca życia…

– Wrócę do Leopol­dville i rzu­cam tę posadę – zawy­ro­ko­wał Joseph Con­rad. – To miej­sce jest jak samo dno pie­kieł!

– Albo jądro ciem­no­ści – wyszep­tała Juliette.

– Płyń­cie ze mną! Marsz przez las desz­czowy wzdłuż kata­rakt to czy­ste samo­bój­stwo, a tu nie może­cie zostać!

Ku zasko­cze­niu wła­snej córki Arkady Rómel jed­nak odmó­wił. Ten dawny subiekt w lwow­skiej aptece Pio­tra Miko­la­scha, ban­krut, emi­grant i wresz­cie fel­czer, nie wyobra­żał sobie nie­do­trzy­ma­nia umowy. Paro­wiec odpły­nął więc na pół­noc, a oni wyru­szyli w prze­ciw­nym kie­runku. Eskor­to­wani przez kil­ku­na­stu ciem­no­skó­rych żoł­nie­rzy, z grupą tra­ga­rzy zaku­tych w żelazo, roz­po­częli żmudną wędrówkę przez dżun­glę. Na naj­bliż­szym postoju, gdy tylko zabu­do­wa­nia upior­nej fak­to­rii znik­nęły im z oczu, Arkady kazał roz­kuć uwię­zio­nych. I, jak łatwo było prze­wi­dzieć, wszy­scy ucie­kli, gdy tylko zapadł zmrok. Póź­niej zde­zer­te­ro­wało jesz­cze kilku żoł­nie­rzy. Reszta została by­naj­mniej nie z powodu lojal­no­ści wobec króla Leopolda, ale dla­tego, że – mówiąc deli­kat­nie – nie byli lubiani przez tubyl­czą lud­ność. Wszy­scy pocho­dzili aż z dale­kiego Zan­zi­baru, byli więc w tych stro­nach nie­mal rów­nie obcy jak Arkady i Juliette. Zawró­cić też nie mogli, bo spo­tka­łaby ich kara – wybrali więc żmudną drogę na połu­dnie.

Już po tygo­dniu się oka­zało, że jedyne, czego im nie brak, to woda. Mogli ją czer­pać z kata­rakt, zbie­rać desz­czówkę z codzien­nych, wie­lo­go­dzin­nych tro­pi­kal­nych ulew albo wyci­skać z wiecz­nie prze­po­co­nych ubrań, bo wil­got­ność powie­trza przy­po­mi­nała gąbkę kąpie­lową. Rewol­wer, z któ­rym od czasu zej­ścia na ląd nie roz­sta­wał się Arkady, kom­plet­nie zardze­wiał już w pierw­szych dniach. Juliette pocie­szała się tylko, że gdyby naprawdę zostali zaata­ko­wani lub prze­ciw nim zbun­to­wa­liby się żoł­nie­rze, ojciec i tak nie umiałby go użyć.

Po dro­dze, tnąc macze­tami przej­ście w gęstym poszy­ciu, zapa­dali na dyzen­te­rię, mala­rię i wszel­kie odmiany gorączki tro­pi­kal­nej. Bywały dni, kiedy poko­ny­wali zale­d­wie trzy do pię­ciu kilo­me­trów. Raz, jed­nego z sze­re­gow­ców, który został w tyle, pożarła puma. Inny, kiedy nabie­rał wody z rzeki, padł ofiarą kro­ko­dyla. Wszy­scy spra­wiali wra­że­nie kom­plet­nie wykoń­czo­nych – głod­nych, cho­rych, pozba­wio­nych nadziei. Wszy­scy, ale nie Juliette.

– Skąd w tobie tyle siły? – zasta­na­wiał się cza­sami Rómel, kiedy wie­czo­rem sie­dzieli przy ogni­sku. – Twoją matkę zabrała mi pierw­sza z brzegu epi­de­mia cho­lery, ja do sil­nych też nie należę. W kogo ty się wro­dzi­łaś, dziew­czyno?

Odpo­wia­dała mu wtedy, że prze­cież też czuje się zmę­czona. Że tak jak wszy­scy miewa cza­sem gorączkę albo wymioty. I była to prawda. Ale nie cała. Bo te nie­do­ma­ga­nia ni­gdy nie pozba­wiały jej cał­kiem sił. Zaczęli zauwa­żać to nawet żoł­nie­rze. Ci, któ­rzy led­wie kilka tygo­dni temu popa­try­wali na nią z mie­sza­niną zdu­mie­nia, pro­tek­cjo­ni­zmu i led­wie skry­wa­nej żądzy, teraz ją sza­no­wali. Bo Juliette zawsze miała dość sił i cier­pli­wo­ści, by opa­try­wać ran­nych, doglą­dać cho­rych i nie wyma­wiała się od nie­sie­nia wła­snego ple­caka.

Ich podróż przez ocie­ka­jący wodą las, po któ­rego mrocz­nym dnie peł­zały węże i bie­gały wiel­kie pająki ptasz­niki, zda­wała się ni­gdy nie mieć końca. Aż pew­nego dnia nie­spo­dzie­wa­nie wyszli z lasu i sta­nęli na kra­wę­dzi roz­le­głego pola manioku. W dali ujrzeli gli­niane chaty kryte liśćmi pal­mo­wymi i nie­wiele od nich dostoj­niej­szy budy­nek misji pre­zbi­te­riań­skiego misjo­na­rza Johna Pil­l­pina. To był ich cel. Tutaj, w miej­scu, gdzie wody rzeki Lualaby, czyli gór­nego Konga, pły­nęły leni­wym nur­tem, Arkady miał za zada­nie zało­żyć nową pla­cówkę.

Rozdział 8

Legnica Kwie­cień 1994

Piotr Wysocki oso­bi­ście nie znał tego lokalu. Sły­szał jedy­nie, że w Sabri­nie można posłu­chać disco polo, napić się wódki bez akcyzy i kupić mięk­kie nar­ko­tyki. Przy czym do tych ostat­nich zali­czać się miała także pro­du­ko­wana w Pol­sce amfe­ta­mina. Jako gli­niarz wolał się więc tam nie poka­zy­wać. A zresztą po co? Był więc zasko­czony, kiedy komi­sarz Ant­ciak wyzna­czył mu tam spo­tka­nie po pracy. A tej miał ostat­nio dużo, bo z wydziału kry­mi­nal­nego został prze­nie­siony do poli­cyj­nego maga­zynu, w któ­rym musiał wciąż od nowa inwen­ta­ry­zo­wać zło­żone tam dowody rze­czowe. Sie­dział więc cały dzień w pomiesz­cze­niu bez natu­ral­nego świa­tła, wpi­su­jąc na maszy­nie tak nie­zwy­kle istotne dla śledz­twa przed­mioty, jak pół paczki papie­ro­sów zna­le­zione przy aresz­to­wa­nym, jed­no­ra­zową zapal­niczkę i dwie pre­zer­wa­tywy. Ta robota wypeł­niała mu całe dyżury – już się o to posta­rał jego nowy prze­ło­żony. Zara­biał też mniej, bo pole­ciał w dół w gru­pie zasze­re­go­wa­nia, ale naj­gor­sze, że pro­ku­ra­tor Bra­niak odwie­sił śledz­two w spra­wie wypadku spo­wo­do­wa­nego przez jego sio­strę. A kto je pro­wa­dził? Oczy­wi­ście Ant­ciak! Było więc jasne, że tamci dwaj trzy­mają Pio­tra na celow­niku. Czego mogli od niego chcieć, poza uka­ra­niem za oca­le­nie dziew­czynki? To było jasne jak słońce – odkąd oka­zało się, że leka­rzom jakimś cudem udało się ją utrzy­mać przy życiu, pro­ku­ra­tor cze­kał, co będzie, gdy mała się wybu­dzi ze śpiączki. Na razie była zare­je­stro­wana jako nn i w żaden spo­sób nie­po­wią­zana z Grze­go­rzem de Ville i Anną Zapo­re­wicz zastrze­lo­nymi koło Zło­to­ryi. Gdy jed­nak mała w końcu się ock­nie i zacznie zezna­wać… Wysocki nie miał złu­dzeń, że Bra­niak i Ant­ciak każą mu wtedy napra­wić to, co zepsuł. Aż ciarki go prze­cho­dziły na tę myśl.

Pchnął drzwi i w twarz ude­rzyła go fala dymu papie­ro­so­wego pomie­sza­nego ze skoczną muzyką. Było jesz­cze dość wcze­śnie, więc na par­kie­cie krę­ciły się tylko dwie samotne smar­kule, które i tak wyglą­dały już na naćpane. Napa­ko­wany bram­karz zmie­rzył go nie­przy­chyl­nym wzro­kiem.

– Mam tu spo­tka­nie z komi­sa­rzem – szybko powie­dział Piotr, zanim tam­ten ruszył się z zydelka.

Bram­karz sap­nął, stęk­nął i pocią­gnął nosem.

– Idź pro­sto przez par­kiet i wejdź do loży na lewo od sta­no­wi­ska didżeja.

Wysocki ruszył przez kako­fo­nię dźwię­ków i barw­nych świa­teł emi­to­wa­nych przez srebrną kulę krę­cącą się pod sufi­tem. Nasto­latki posłały mu pełne tęsk­noty spoj­rze­nia w płon­nej nadziei, że tra­fił się jeleń, który postawi im drinka.

Loża oka­zała się ciemną wnęką zasła­nianą prze­siąk­niętą niko­tyną, flau­szową zasłonką. W środku stała nie­mi­ło­sier­nie wysie­dziana sofa i niski sto­lik, któ­rego blat pory­so­wały obcasy zama­wia­nych tutaj na „pry­watny taniec” dziew­czyn. W fotelu obok sie­dział Ant­ciak. Mię­dzy gru­bymi palu­chami lewej dłoni tlił mu się papie­ros, prawą obej­mo­wał szkla­neczkę z bursz­ty­no­wym pły­nem, na któ­rego powierzchni uno­siła się samotna kostka lodu.

– Sia­daj! – wychry­piał na widok Wysoc­kiego. – Czego się napi­jesz?

– Może coli?

– Nie pieprz, tu colę się pija tylko w drin­kach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki