4,99 zł
Na początku 1914 roku w gazetach pojawiają się opisy kradzieży popełnionych na uśpionych ofiarach. Okazuje się, że przestępcy używają morfiny ukrytej w wymyślny sposób. Narzędziem zbrodni stają się modne w tamtym czasie szpilki do krawatów z rzeźbioną trupią główką. To w nich przestępcy chowają środek usypiający. Wykrycie sprawców nie będzie łatwe.
Opowiadanie kryminalne oparte na faktach. Wieloletni nadkomisarz Policji Śledczej Ludwik Kurnatowski dzieli się z czytelnikami wspomnieniami z pracy. Zdradza, jakimi prawami rządził się ówczesny świat kryminalny i kim byli jego przedstawiciele.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 41
Ludwik Marian Kurnatowski
Saga
Szpilka z trupią główkąJęzyk, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi. Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1935, 2020 Ludwik Marian Kurnatowski i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726464856
1. Wydanie w formie e-booka, 2020
Format: EPUB 2.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.
SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont
Na początku roku 1914 dzienniki zarówno polskie, jak i rosyjskie roiły się od opisów wielce pomysłowych kradzieży, popełnianych przeważnie w wagonach kolejowych. Zorganizowana banda opryszków okradała podróżnych w sposób zaiste nieprzeciętny, a mianowicie przy pomocy usypiania nieznanym narkotykiem. Ten rodzaj kradzieży nosi w żargonie złodziejskim miano „malinki”. Wziąć kogoś na „malinkę” lub „dać komuś malinkę” znaczy tyleż, co uśpić w celu obrabowania.
Początkowo tego rodzaju kradzieże były wypadkami sporadycznymi, lecz, że walka z przestępcami popełniającymi je, była niezmiernie utrudniona, więc bezkarność rozzuchwaliła rzezimieszków. Dziś obrabowali podróżnych w pociągu dążącym z Kijowa do Odessy, jutro operowali na odcinku Moskwa – Petersburg, pojutrze zaś słaniający się podróżny meldował w Warszawie, iż przygodni towarzysze uśpili go i doszczętnie obrabowali.
Jako ówczesny naczelnik Warszawskiego Urzędu Śledczego zasypywany byłem po prostu skargami poszkodowanych, nic jednak poradzić nie mogłem ze względu na nadzwyczajną ruchliwość złoczyńców. Otrzymując rano meldunek ofiary byłem z góry przeświadczony, że „usypiacze” w tej chwili operują w głębi Rosji.
Wreszcie kradzieże stały się tak częste, że wzburzone społeczeństwo za pośrednictwem prasy jęło domagać się w sposób kategoryczny i zdecydowany ukarania winnych.
Konsekwencją tego był telefon, który pewnego ranka odebrałem. Zawierał on lakoniczny rozkaz stawienia się niezwłocznie przed oblicze generała Meyera oberpolicmajstra warszawskiego.
– To niedobrze – pomyślałem. – I czego ten dygnitarz może chcieć ode mnie?
Znając dobrze stanowczość, a zarazem cichą gwałtowność charakteru Meyera, nie chciałem go drażnić długim czekaniem, więc, ubrawszy się pośpiesznie, pojechałem.
Oberpolicmajster siedział przy biurku. Zmarszczone czoło i nastroszone brwi nie wróżyły nic dobrego. Bez słowa podał mi rękę na powitanie.
– Panie Kurnatowski, jestem z pana wysoce niezadowolony – oświadczył krótko.
– Nie rozumiem, ekscelencjo, o co panu chodzi? – odparłem również lakonicznie.
– Jak to pan nie rozumie? Prasa całego kraju naigrawa się z bierności władz bezpieczeństwa, setki osób zostało w biały dzień uśpionych przez bandytów i obrabowanych, a pan nie wie, o co mi chodzi? – irytował się Meyer.
– Ekscelencja ma na myśli szajkę usypiaczy?
– A kogóż miałbym na myśli, jak nie tych rozzuchwalonych opryszków? Żadna szajka dotychczas nie była tak głośna. Imię swe zapisała od granic byłego Księstwa Warszawskiego aż po tundry Sybiru. Ani jeden z członków bandy dotychczas nie został ujęty! Doszło do tego, że dostałem surowy monit z Petersburga – mówił podniesionym głosem, wymachując w powietrzu jakimś papierem.
– Zgadzam się najzupełniej, ekscelencjo, – odrzekłem – lecz sam pan zaznaczył, iż bandyci operują aż na Syberii. Dlaczegóż więc tamtejsze władze bezpieczeństwa nie troszczą się o unieszkodliwienie złodziei? Skąd podobne pretensje do policji warszawskiej?
– Bo policja warszawska była dotychczas wzorem dla innych dzielnic Rosji – przerwał oberpolicmajster. – Głównym jednak powodem pretensji władz petersburskich jest fakt, iż najwięcej kradzieży tego rodzaju zostało popełnionych na terenie „Prywiślinja”.
– Przyzna pan jednak, ekscelencjo, że walka z usypiaczami jest niesłychanie utrudniona. Dotychczas nie posiadamy nawet dokładnego rysopisu opryszków. Jeżeli przestępca operuje w ściśle określonej dzielnicy czy to mieście, czy guberni łatwiej jest wówczas zasięgnąć o nim języka, wytropić go i ująć. A w danym wypadku, chcąc unieszkodliwić usypiaczy, należałoby w każdym wagonie, ba, w każdym przedziale umieścić wywiadowcę, który by obserwował zachowanie się podróżnych.
– Ale przestępcy ci operują nie tylko w kolejach, lecz i w miastach – bronił się generał, widocznie przekonany moją argumentacją.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
