Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
67 osób interesuje się tą książką
Catalina Baylor jest Magnusem i posiada władzę, której boi się pół Teksasu.
Jako zastępczyni Strażnika Teksasu Catalina balansuje na cienkiej granicy między prawem a chaosem, pilnując, by magia nie wymknęła się spod kontroli. Problem w tym, że właśnie to zaczyna się dziać.
Kiedy Ród Baylorów zostaje zaatakowany, a po Houston zaczynają krążyć potwory rodem z koszmarów, Catalina nie ma wyboru, musi ponownie współpracować z Alessandrem Sagredem.
Alessandro ma własną misję i mroczną przeszłość, depczącą mu po piętach, ale nie pozwoli, by Catalinie spadł włos z głowy. Nawet jeśli będzie musiał zniszczyć przy tym pół Houston.
Cóż, Catalino… czas rozpalić własny ogień. Choćby miało w nim spłonąć wszystko, co próbowało cię kontrolować.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 432
Wilk był już u progu.
Lander Morton o tym wiedział, ponieważ sam go zaprosił do swojego domu. Opiekun Landera, Sheldon, przyszedł mu powiedzieć, że wilk już jest, i poszedł po niego. Teraz szli do niego obaj, ale po domu niosły się echa kroków tylko jednej osoby. Lander poruszył się w swoim wózku inwalidzkim i pociągnął solidny łyk burbona. Przez gardło spłynął mu ogień. Wiedział, że wiekowe wnętrzności każą mu za to później zapłacić, ale nie dbał o to. Niektórzy ludzie byli ludźmi, a inni wilkami w ludzkiej skórze. Do tego zadania potrzebował człowieka-wilka i takiego też znalazł.
Po raz pierwszy od trzech dni poczuł coś poza przytłaczającym żalem. To nowe uczucie rozcięło gęstą mgłę rozpaczy i Lander rozpoznał w nim wyczekiwanie. Nie, to było coś więcej. Upajająca mieszanka wyczekiwania, obawy i podniecenia, zabarwiona strachem. Tak czuł się lata temu, kiedy był bliski sfinalizowania ogromnej transakcji. Minęły dekady, odkąd doświadczył takiego przypływu adrenaliny, i przez chwilę znów poczuł się młodo.
Sheldon pojawił się w progu gabinetu i stanął z boku, by przepuścić gościa. Mężczyzna wszedł i zatrzymał się po trzech krokach, dając się sobie przyjrzeć. Był młody, taki młody, i poruszał się ze zwinnością, która sprawiła, że Lander poczuł się wręcz prastaro. Silny, wysoki, przystojny na ten śródziemnomorski sposób, ukształtowany przez słońce i słoną wodę. Może kiedy chłopak Feliksa dorośnie, będzie wyglądał podobnie.
Lander poczuł przeszywający ból i przez chwilę się z nim zmagał.
Jego gość czekał spokojnie.
Lander spojrzał mu w twarz. A z oczu mężczyzny wyjrzał na niego wilk. Zimny. Wygłodniały.
No nareszcie. Nie, tak nie mógł go przywitać. Musiał być uprzejmy. Nie mógł tego schrzanić.
– Doceniam, że przybyłeś tak szybko.
Sheldon cofnął się do holu i zamknął drzwi. Miał stać przy nich i pilnować, żeby nikt im nie przerywał.
– Drobiazg – zapewnił przybyły. – Moje kondolencje.
Lander skinął głową w stronę stojącej w rogu biurka butelki burbona Blood Oath Pact.
– Napijesz się?
Gość podziękował ruchem głowy.
– Nie piję w pracy.
– Rozsądnie. – Lander nalał sobie kolejną porcję. Sam nie wiedział, czy topi swój smutek, czy buduje odwagę. Zdawał sobie sprawę, że jeśli nie uda mu się odpowiednio przedstawić sprawy, mężczyzna odejdzie… Lander nie mógł na to pozwolić.
– Znałem twoich rodziców – powiedział. – Spotkałem ich, kiedy dopinałem umowę na marmur Carrara dla Hotelu Castle. Drogie cholerstwo, ale chciałem najlepszego.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
Landera ogarnęła panika i słowa popłynęły potokiem.
– Zabili mi syna. Zabrali mu pieniądze, wykorzystali jego wiedzę i powiązania, a potem go zamordowali, a ja nie wiem dlaczego.
– Czy powód cię obchodzi?
– Tak, ale to załatwi ktoś inny.
– Więc czego ode mnie oczekujesz?
– Kochałem syna. Był mądry, bystry, bystrzejszy niż ja, i do tego uczciwy. Mnie ludzie nienawidzą, ale jego wszyscy lubili, ponieważ był dobrym człowiekiem. Jego żona, Sofia, zmarła trzy lata temu, więc sam opiekował się dziećmi. Zostawił syna i dwie córki. Chłopak jest najstarszy, ma czternaście lat. Jestem po udarze, a do tego toczy mnie rak, ale teraz nie mogę zdechnąć jeszcze przez cztery lata. Muszę wytrzymać, dopóki chłopak nie będzie wystarczająco dorosły, by przejąć interes. I chcę, żeby te łajdaki zginęły! – Lander zacisnął pięści. Słyszał swój ochrypły głos i cząstka świadomości zasugerowała mu, że brzmi jak szaleniec. Ale ból był zbyt świeży, wylewał się z niego. – Chcę, żeby cierpieli, i chcę, żeby wiedzieli dlaczego. Zabrali mi syna, a jego dzieciom ojca. Zniszczyli mojego chłopca, mojego przystojnego, mądrego chłopca. Wydaje im się, że mogą mi po prostu wyrwać wszystko, co zbudowałem, wszystko, co on stworzył! – Głos Landera przeszedł w ledwie słyszalny szept, chrapliwy i ociekający bólem. – Zabij ich. Zabij ich dla mnie.
W gabinecie zaległa cisza.
Landera zalała fala niepokoju. Powiedział za dużo? Brzmiało to jak bełkot obłąkańca?
– Moja matka pamięta spotkanie z tobą – rzekł mężczyzna. – Mamy zdjęcie waszej trójki na jachcie. Mama była wtedy ze mną w ciąży. Wspominała, że cierpiała na okropne mdłości, a ty powiedziałeś, że pomaga na to piwo imbirowe. Nie było go na jachcie, więc zamówiłeś skrzynkę z Mediolanu, kurierem.
Gość podszedł do biurka, nalał sobie burbona i podniósł szklankę.
– Za twojego syna.
Osuszył ją jednym haustem i Lander znów zobaczył wilka, który spoglądał na niego z głębi duszy mężczyzny.
– Czy to znaczy, że przyjmujesz zlecenie?
– Tak.
Ulga była przytłaczająca. Lander osunął się w wózku.
– Zapoznałem się z sytuacją przed wizytą tutaj – ciągnął gość. – Zlecenie wymaga czasu i pieniędzy. Wykonanie go będzie skomplikowane, ponieważ musi zostać zrobione właściwie.
– Oczywiście, ty decydujesz, jak je wykonasz – odrzekł Lander. Opadło go znużenie. Ale dopiął swego. Mógł teraz spojrzeć na nagrobek Feliksa i obiecać synowi, że zemsta nadchodzi.
– Dowód ich winy musi być niepodważalny.
– Proszę się nie martwić – zapewnił gościa Lander. – Będziesz miał swój dowód. Zatrudniam tylko najlepszych.
Agencja Detektywistyczna Baylorów! – wrzasnęłam. – Schować broń i odsunąć się od małpy!
Pomarańczowy tamaryn wielkości dużej wiewiórki gapił się na mnie z wierzchołka latarni ulicznej. Było późne popołudnie, a sylwetka małpki odcinała się wyraźnie na błękitnym tle nieba. Pod słupem stali dwaj mężczyźni i kobieta uzbrojeni w broń palną.
Trójka nieznajomych była ubrana całkiem zwyczajnie, mężczyźni w luźne spodnie i koszule, kobieta w białe rybaczki i niebieską bluzkę. Wszyscy byli w dobrej formie, a broń trzymali w identyczny sposób, z lekko opuszczonymi lufami, co oznaczało, że są zawodowcami, którzy nie chcą nas przypadkowo postrzelić. Prawdopodobnie uważali, że mają przewagę, ponieważ żadne z nas nie sięgnęło po swoją broń. Cóż, mieli pecha, bo wybitnie błędnie ocenili sytuację.
– Catalino, wiesz, jak nie lubię, gdy ktoś do mnie mierzy – powiedział Leon i wyszczerzył zęby w niewesołym uśmiechu.
Też tego nie lubiłam, ale w przeciwieństwie do kuzyna panowałam nad impulsami i nie zamierzałam pakować im kulek w lewe oczodoły „z potrzeby zachowania symetrii”.
– Agencja Bezpieczeństwa Montgomerych – przedstawił się najstarszy z trójki. – Zabierajcie dupy w troki, dzieciaki, i pakujcie się do swojego wehikułu tajemnic.
Ludzie Augustine’a zazwyczaj nosili garnitury, ale pościg za małpami w piekielnym upale lipcowego Houston wymagał wygodniejszego stroju. My z Leonem również wybraliśmy swobodne stylówki. Miałam ubrudzoną twarz, byle jak spięty kok na czubku głowy, a mój strój z pewnością nie robił dobrego wrażenia. Z naszej trójki tylko Cornelius prezentował się przyzwoicie, tyle że i on ociekał potem.
– Utrudniacie nam odzyskanie obiektu, do którego mamy prawo – oznajmiłam. – Odstąpcie.
Kobieta, zgrabna trzydziestolatka o jasnobrązowej skórze i lśniących ciemnych włosach związanych w kucyk, wysunęła się naprzód.
– Wyglądasz na miłą dziewczynę – powiedziała.
Nawet sobie nie wyobrażasz.
– Bądź rozsądna i wycofajcie się, zanim testosteron weźmie górę – ciągnęła. – Małpa należy do Rodu Thomów i jest częścią niezwykle ważnego badania farmaceutycznego. Nie wiem, co wam powiedziano, ale posiadamy certyfikat potwierdzający własność tej małpy. Chętnie pozwolę wam go sprawdzić. Jesteście jeszcze młodzi, więc dam wam przy okazji małą radę: zawsze miejcie przy sobie odpowiednie papierki, żeby sobie zabezpieczyć zadki.
– Nie wierzę, naprawdę to powiedziała? – mruknął Leon pod nosem.
W wieku dwudziestu jeden lat większość moich rówieśników albo studiowała, albo pracowała dla swojego Rodu, albo też korzystała z luksusu beztroskiego życia, jakie zapewniały im magiczne talenty ich rodzin. Z tego powodu zwykle spotykałam się z lekceważącym stosunkiem do mnie, a to działało na moją korzyść. Jednakże szukaliśmy tej małpki już od kilku dni, byłam zgrzana, zmęczona, głodna i kończyła mi się cierpliwość. Do tego ta kobieta podważyła moje biurokratyczne umiejętności. A tak się składało, że na drugie miałam Papierologia.
– Ta małpka to zwierzę towarzyszące, specjalnie wyszkolone, posiadające certyfikację pomocnika osoby z urazami rdzenia kręgowego. Została skradziona właścicielce podczas podróży do lekarza i nielegalnie sprzedana waszemu klientowi. Posiadam jej rodowód, książeczkę szczepień, dokumentację weterynaryjną, certyfikat wystawiony przez Pyski, Łapy i Ogony, organizację non profit szkolącą zwierzęta przewodników, oświadczenie z podpisem prawowitej właścicielki, kopię policyjnego zgłoszenia kradzieży oraz profil DNA. Poza tym nie jestem miłą dziewczyną. Jestem głową swojego Rodu, która zgodnie z prawem przeprowadza odzyskanie skradzionego mienia. Proszę mi więcej nie przeszkadzać.
Stojący obok mnie Cornelius ściągnął brwi.
– Możemy się pospieszyć? Różyczka jest bardzo zdenerwowana.
– Słyszeliście zoomaga! – zawołał Leon. – Chyba wszyscy chcemy jak najlepiej dla tego zestresowanego biedactwa?
– Głowa Rodu, co? – Niższy mężczyzna obrzucił nas niedowierzającym spojrzeniem. – Skąd w ogóle wiecie, że to wasza małpa?
A ile marmozet lwich skacze sobie wolno po Parku Eleanor Tinsley?
– Różyczko, zaśpiewaj!
Małpka przekrzywiła uroczo łepek, otworzyła pyszczek i zaświergotała jak ptak.
Pracownicy MABM gapili się na nią okrągłymi oczyma. Oby rozsądek i logika przemówiły…
– To niczego nie dowodzi – oznajmiła kobieta.
Jak to często bywa w przypadku naszego gatunku, rozsądek i logika ustąpiły przemożnej potrzebie posiadania racji, a fakty i konsekwencje niech diabli wezmą.
– A teraz? Teraz już mogę któreś zabić? – dopytywał Leon. – Chociaż jedno. Proooszę.
Leon był niezwykle wybredny, jeśli chodziło o strzelanie do ludzi, ale agenci MABM wymierzyli we mnie i Corneliusa, więc instynkt nakazujący mu bronić swoich z miejsca wszedł na wysokie obroty. Gdyby unieśli lufy pięć centymetrów wyżej, już by nie żyli, zatem mój kuzyn odgrywał swoją najlepszą wersję grzechotnika, żeby do tego nie dopuścić.
Poruszył sugestywnie brwiami.
– Nie – odpowiedziałam.
– Przecież ładnie poprosiłem. A może chociaż rzepki? Od zgruchotanej rzepki się nie umiera.
– Nie – powtórzyłam i zwróciłam się do Corneliusa: – Dałoby się ją odzyskać, nie robiąc im krzywdy?
Uśmiechnął się w odpowiedzi i spojrzał w niebo.
Cornelius Maddox Harrison nie wyglądał szczególnie groźnie. Biały trzydziestolatek, przeciętnej budowy, poniżej przeciętnego wzrostu, miał jasne włosy, krótko, acz twarzowo przycięte przez świetnego fryzjera. Agenci rzucili okiem na tego przystojnego, gładko ogolonego mężczyznę o niebieskich, marzycielskich oczach, ubranego w zestaw twardziela, czyli lniane spodnie i białą koszulę z podwiniętymi rękawami, i uznali, że nie stanowi zagrożenia. Wedle ich oceny większe ryzyko stanowił Leon, ciemnowłosy, szczupły, opalony, który emanował groźbą i rzucał pogróżki.
– No dobra, było fajnie, ale dość tego dobrego – stwierdził starszy agent. – Koniec zabawy, mamy tu robotę.
Rdzawobrązowy jastrząb zanurkował z nieba, złapał małpkę, śmignął nad agentami i upuścił swą zdobycz prosto w wyciągnięte ręce Corneliusa. Zwierzątko wdrapało się po ramieniu zoomaga, przysiadło na barku, objęło Corneliusa łapkami za szyję i zaśpiewało mu do ucha. Jastrząb zatoczył krąg i spłynął na krzak mirtu, na którego gałęzi się usadowił.
– No cholera! – zaklęła kobieta.
– Możecie to zgłosić Augustine’owi – rzuciłam do niej. – Ma mój numer.
I jeśli będzie robił problemy, dam radę go ułagodzić. Nasze rodowe relacje z Augustine’em Montgomerym były złożone. Uczyłam się go z takim samym zaangażowaniem jak skomplikowanych równań, na wypadek gdyby stał się dla nas zagrożeniem i przyszłoby mi go zneutralizować.
Starszy agent popatrzył na nas twardo, a jego lufa uniosła się o dwa centymetry.
– A dokąd to się wybieracie?
Przybrałam maskę Magnusa.
– Leon, jeśli ten człowiek w nas wymierzy, możesz go okulawić – przyzwoliłam.
Leon uśmiechnął się z rozmarzeniem.
Profesjonaliści szybko uczyli się rozpoznawać kolegów po fachu. Agenci MABM byli dobrze wyszkoleni i doświadczeni, bo Augustine szczycił się jakością. Wystarczyło im spojrzeć w oczy mojego kuzyna, żeby zrozumieli, że Leon potraktuje moje polecenie bardzo poważnie. Nie było w nim strachu czy wahania. Leon lubił to, co robił, i chętnie wykorzystałby nadarzającą się okazję.
Potem spojrzeli na mnie. Przez ostatnie pół roku zdołałam opanować do perfekcji postawę głowy Rodu. Mój wzrok mówił, że nie obchodzi mnie, czy przeżyją i w jakim będą stanie. Że jeśli nadal będą stanowili przeszkodę, usunę ich ze swojej drogi. I nie miało znaczenia, w co byłam ubrana, ile miałam lat czy jaki miałam głos. Ten rodzaj spojrzenia mówił im wszystko, co musieli wiedzieć.
Napięte milczenie się przeciągało.
Kobieta sięgnęła w końcu po telefon i wybrała numer. Mężczyźni opuścili broń.
Co oznaczało, że wrócą do domów w jednym kawałku.
Po chwili cała trójka ruszyła w stronę rzeki. Idący na przedzie niski mężczyzna skręcił w prawo, gdzie zaparkowałam naszego Rhino, opancerzonego SUV-a przerobionego dla mnie przez babcię Fridę. Agenci obeszli nas szerokim łukiem. Odprowadzaliśmy ich wzrokiem. Nie było potrzeby dążyć do kolejnej konfrontacji na parkingu.
Szukaliśmy Różyczki przez całe pięć dni, od momentu gdy Cornelius przyjął sprawę. Właścicielka, dwunastoletnia dziewczynka, tak przeżyła stratę małpki, że trzeba ją było uspokoić lekami. Odnalezienie futrzaka zepchnęło chwilowo na margines wszystkie nasze inne zlecenia. Przyjęliśmy tę sprawę pro bono, bo kradzież zwierzęcia asystującego dziecku przykutemu do wózka inwalidzkiego była czynem tak ohydnym, że ktoś musiał naprawić szkodę.
Przeczesywanie miasta skąpanego w trzydziestoośmiostopniowym upale wymagało nie lada wysiłku. Przez ostatnie dwie doby spałam pięć godzin, ale nie żałowałam ani jednej kropli potu na myśl, że będę mogła zobaczyć, jak Maya przytula swoją małpkę. Poniedziałek zapowiadał się coraz lepiej.
– Kocham szczęśliwe zakończenia – uśmiechnął się Cornelius.
– Szczęśliwe może dla ciebie – wymamrotał Leon. – Ja nie miałem okazji pociągnąć za spust.
Najpierw musieliśmy odwieźć zwierzę do Mai, a potem mogłam wrócić do domu, wziąć długi prysznic i zapaść w równie długą, słodką drzemkę.
– Twój pociąg do przemocy jest dość niepokojący – skwitował Cornelius. – A co, jeśli natkniesz się na kogoś szybszego od siebie?
– Hmmm – zadumał się mój kuzyn. – W sumie będę martwy, więc nie będę się tym przejmował.
Szpon zerwał się nagle do lotu i pofrunął nad rzekę. Cornelius i Leon zatrzymali się jednocześnie. Cornelius popatrzył spod zmarszczonych brwi na mętne wody Buffalo Bayou.
Dokładnie przed nami rozciągał się pasek skoszonego trawnika przylegający do chodnika. Za nim teren opadał stromym zboczem, porośniętym wysokimi chwastami aż do rzeki, płynącej ku widocznemu w oddali mostowi Memorial Parkway.
Woda toczyła się leniwym nurtem, a jej powierzchni nie marszczyła żadna falka.
Popatrzyłam na Leona. W jego jeszcze przed chwilą pustych rękach zobaczyłam SIG-a P226 oraz Glocka 17. Łącznie trzydzieści dwa dziewięciomilimetrowe naboje. A wystarczył mu jeden, by zabić.
– Co się dzieje? – zapytałam.
– Nie wiem – odpowiedział Leon.
– Jastrząb się boi – rzekł Cornelius.
Powierzchnia wody, wciąż gładka, połyskiwała lekko, odbijając słońce jak zmatowiała dziesięciocentówka.
Spojrzenie Corneliusa stało się jeszcze bardziej nieobecne.
– Coś się zbliża – szepnął.
Nie było potrzeby stać tu i czekać na to coś.
– Idziemy. – Skręciłam ostro w prawo, ku naszym samochodom, a Leon i Cornelius ruszyli za mną. Idący przed nami agenci już prawie dotarli do parkingu. Za tym niskim szła kobieta, a pochód zamykał wyższy mężczyzna.
Nagle z chaszczy wyskoczyło coś zielonego. Długa na dwa i pół metra istota sunęła na masywnych, umięśnionych łapach, ciągnąc za sobą długi, łuskowaty ogon, zwieńczony falbaną jasnoczerwonej płetwy. Podobna płetwa, ciemnokrwista i najeżona trzydziestocentymetrowymi kolcami, ciągnęła się przez całą długość grzbietu. Łeb stwora mógłby należeć do wodnego dinozaura albo jakiegoś prehistorycznego krokodyla – wielkie nożycowate szczęki rozwierały się, ukazując szpiczaste zębiska stworzone do nadziewania i przytrzymywania szamoczącej się ofiary, którą bestia mogła wciągnąć pod wodę. Osadzone w czaszce dwie pary ślepi jarzyły się fioletem.
Istota nie przypominała nic, co zrodziła nasza planeta. Albo była wynikiem jakiegoś eksperymentu, który wymknął się spod kontroli, albo została przyzwana ze sfery astralnej.
Potrzebowaliśmy cięższej amunicji.
Bestia runęła przez trawnik wprost na wyższego agenta MABM.
– Uciekaj! – krzyknęliśmy z Leonem w tym samym momencie.
Mężczyzna obrócił się gwałtownie, zamarł na mgnienie, a potem szarpnął w górę rękę z bronią i wypalił. Kule trafiły w potwora, ale ześliznęły się po łuskach. Pozostali agenci również zaczęli strzelać. Popędziłam do Rhino i ukrytej w nim strzelby bojowej. Leon skoczył za mną, chcąc uzyskać lepszy kąt do strzału. Cornelius również zaczął biec.
Ludzie Augustine’a opróżnili magazynki, celując w stwora, ten jednak przedarł się przez grad pocisków, lekko tylko brocząc fioletową krwią z boków, jakby kule jedynie odłupywały fragmenty łusek.
Bestia utkwiła we mnie ślepia. Ignorując agentów, ruszyła w moją stronę, ryjąc darń czerwonymi pazurami.
Leon wystrzelił dwukrotnie z obu pistoletów, a w miejscu oczu bestii wykwitły cztery fioletowe fontanny. Potwór z rykiem runął na ziemię.
Przystanęłam. Cornelius wyminął mnie w biegu.
Agentka podniosła się z wolna. Jej wyższy towarzysz wpatrywał się w swoje udo, na którym czerwieniła się głęboka szrama. Strzępy nogawki wisiały wokół kostki. Kiedy przestąpił z nogi na nogę, z rany trysnęła krew, a w rozszarpanej tkance zabieliła się kość. Agent gapił się na to skamieniały, wyraźnie pod wpływem szoku.
– Ja pierniczę! – mruknął niższy agent, zapinając nowy magazynek do swojego HK45.
Cornelius, który tymczasem dobiegł do skarpy, obrócił się i zaczął gwałtownie gestykulować w stronę rzeki.
– Uważajcie! – zawołał. – Jest ich więcej! Wyłażą!
Z zarośli zaczęły wypełzać zielone bestie, masa łuskowatych ciał, płetwiastych ogonów i uzębionych paszcz, a w samym środku ich stada, ukryty między potworami, pulsował jak niewidzialna latarnia skoncentrowany węzeł magii. Magia z węzła rozlała się, dotknęła mnie i rozbiła się na mojej mocy niczym fala na falochronie. Morze fioletowych oczu skupiło się na mnie.
Stado obróciło się w moją stronę i zaatakowało.
Cokolwiek magicznego kryło się pośród stworów, kontrolowało je. Gdybym miała choć sekundę, mogłabym się z tym zmierzyć, ale masa cielsk była zbyt zbita, a bestie poruszały się niezwykle szybko.
Odwróciłam się i pobiegłam w stronę Rhino. Magia podążyła za mną, namierzając mnie niczym radar. Nie musiałam się oglądać, żeby wiedzieć, że ściga mnie całe stado.
Cornelius wyszarpnął z kieszeni pilota i światła jego BMW mignęły. Uniosła się klapa bagażnika, a z kufra wystrzeliła wielka bestia, tygrys na sterydach o niebieskim futrze, poznaczonym czarnymi i jasnobłękitnymi cętkami.
Zeus wylądował i ryknął, prezentując kły wielkości noży do steków. A potem pognał przez parking, jeżąc kryzę macek. Minęliśmy się, on pędził w stronę stworów, ja w przeciwną, do samochodu.
Za mną rozległa się kanonada, jakby ktoś odpalał petardy. To Leon przerzedzał stado. Ale miał mniej nabojów, niż było stworów. Wskoczyłam do Rhino, wcisnęłam hamulec i guzik zapłonu. Silnik ryknął. Cornelius szarpnął drzwiczki i wskoczył na fotel pasażera. Dodałam gazu. Przerobiony silnik wskoczył na wysokie obroty i samochód dał susa na trawnik, gdzie kotłowały się bestie.
Po lewej wzdłuż krawężnika jezdni Allen Parkway piętrzył się stos gadzich cielsk. Leon stał po drugiej stronie i wykorzystując ruch uliczny jako osłonę, strzelał metodycznie krótkimi seriami. Zjeżony, warczący obok Zeus rozorał jedno z łuskowatych trucheł, podkreślając swoje zwycięstwo. Po naszej prawej dwoje zdrowych agentów wzięło rannego towarzysza pod ramiona i wlekli bezwładnego, ciągnącego za sobą krwawiącą nogę w stronę parkingu. Stwory na czele stada kłapały paszczami kilka metrów za nimi.
Z silnym postanowieniem, że jeśli coś mogę na to poradzić, żadne wstrętne potwory już dzisiaj nikogo nie skrzywdzą, skręciłam ostro, odcinając im drogę do agentów. Masywny Rhino uderzył w jedną z bestii, miażdżąc ją z mokrym chrzęstem, i przechylił się, przetaczając się po resztkach. Wypadliśmy na wolny od stworów teren. Wcisnęłam gaz i z rykiem przejechaliśmy po trawniku. Stado zakotłowało się, próbując zmienić kierunek, żeby za mną podążyć, i na moment się rozproszyło, a spomiędzy gadów wyłoniło się coś okrągłego, metalowego, co jarzyło się i wirowało. Dziwny kłąb magii.
– Widzisz to?
– Widzę. – Cornelius podniósł z podłogi strzelbę i przeładował.
– Możesz sięgnąć do ich umysłów?
– Nie, są zbyt skoncentrowane.
Dopytywanie o szczegóły tylko by go rozproszyło. Skręciłam w lewo, zajeżdżając za tył stada i roztrącając najwolniejsze stwory.
– Już – powiedział Cornelius spokojnie.
Wdusiłam przycisk opuszczania szyby i wjechałam w masę, torując drogę po przekątnej. Wirujące coś mieliśmy teraz po prawej. Cornelius wymierzył w to i strzelił.
BUM.
Zadzwoniło mi w uszach.
BUM.
– Jeszcze raz proszę – powiedział Cornelius tonem, jakby zamawiał kawę.
Śmignęliśmy obok stada, grzmotnęliśmy prosto w jednego potwora, odbiłam w prawo i wyskoczyłam z powrotem na parking. Z przodu srebrny jeep MABM z piskiem opon wyrwał na Allen Parkway. Do naszych nosów dotarł smród palonej gumy.
– Nie ma za co! – zawołał za nimi Cornelius i przeładował.
Zawróciłam na parking i przejechałam na lewo od stada.
BUM. BUM.
– Nie da rady – orzekł Cornelius. – Śrut odbija się od metalu. W środku tej wirującej kuli jest coś żywego.
– Zwierzę?
– Nie całkiem.
Jeśli to coś żyło, można to było zabić.
Mogliśmy tak krążyć, zmęczyć stado, zgarnąć Leona i Zeusa i odjechać, ale wtedy te potwory szalałyby nadal po Houston. Paręset metrów dalej grupa dzieci grała w baseball. Mijaliśmy je i tłumek kibicujących dorosłych, kiedy jechaliśmy tu po Różyczkę.
Różyczka!
– Gdzie małpa?
– Bezpieczna. Siedzi w BMW.
Dzięki Bogu. Dobrze.
Znów zawróciłam i śmignęłam ulicą na parking. Bestie miotały się, chcąc podążyć za nami. Znów się rozstąpiły i zobaczyłam wyraźnie źródło magii. Dwa metalowe pierścienie wirujące jeden w drugim, jak żyroskop. A w centrum mała niebieska poświata.
Kiedy przejeżdżaliśmy obok Leona, pokazał na sferę i zderzył o siebie pistolety. Wjedźcie w to. Wielkie dzięki, Kapitanie Strategio, załapałam. To coś wyłoniło się z wody. Uderzone, mogło odbić się od samochodu, a jeśli pochodziło ze sfery astralnej, kto wie jakie szkody mogło wyrządzić wozowi. Nie, to wymagało precyzji.
– Rapier – rzuciłam.
– Sekunda. – Cornelius obrócił się i nacisnął przełącznik na konsoli między naszymi siedzeniami. Większość SUV-ów miała dwa przednie siedzenia i szeroką tylną kanapę na trzy osoby. Kanapa w Rhino była podzielona na pół długim schowkiem. Klapa odskoczyła, a półka z bronią wysunęła się w górę, prezentując wybór: dwa ostrza i dwa pistolety zamocowane na zatrzaskach.
Wykonałam kolejną zawrotkę. W pewnej chwili z piskiem opon zahamowała mi przed maską biała furgonetka. Kierowca wcisnął klakson, ale zobaczywszy bestie, cofnął się gwałtownie, zjeżdżając ulicą tyłem w tempie wyścigowym.
– Mam. – Cornelius obrócił się z powrotem z moim rapierem w ręce. Nakierowałam samochód na żyroskop. Cielska załomotały o maskę.
– To nierozsądne – zauważył Cornelius. – A co, jeśli to coś eksploduje?
– Wtedy będę martwa, więc nie będę się tym przejmowała – zacytowałam Leona.
– Naśladowanie twojego kuzyna to wątpliwa strategia przetrwania.
Wcisnęłam hamulec. Rhino prześliznął się po trawniku i stanął. Złapałam rapier, wyskoczyłam z SUV-a kilkanaście metrów od wirujących obręczy. Rzuciłam się ku nim, po drodze uskakując przed zmutowanym krokodylem.
Za mną ryknął silnik Rhino – Cornelius dodał gazu, żeby rozproszyć stwory.
Powietrze paliło mnie w płucach. Wyminęłam jedną bestię, kolejną…
Dziesięć metrów.
Lśniący obiekt uderzył mnie impulsem magii.
Sześć metrów. Trzy.
Metalowe pierścienie wirowały tuż przede mną. Miały około trzydziestu centymetrów średnicy i były upaćkane jakimś glutem i wodorostami. Wewnątrz jarzył się pąk kwiatowy, jaskrawoniebieski lotos utkany z mocy i gotów w każdej chwili rozkwitnąć.
Magia mojej rodziny buzowała we mnie, kierując ręką. Wykonałam pchnięcie.
Pąk rozpękł się, rozsiewając wokół chmurę jasnych iskier. Kiedy blask zgasł, pierścienie obróciły się ostatni raz i spadły na ziemię.
Bestie zamarły. Na jedną okropną chwilę świat wokół stanął.
Stwory wpatrywały się we mnie. Ja wpatrywałam się w nie.
W końcu stado się odwróciło i rzuciło do ucieczki w stronę rzeki.
To był koniec.
Omyła mnie fala ulgi. Uświadomiłam sobie, że słyszę miarowe dudnienie, a po chwili – że to uderzenia mojego oszalałego serca. Kolana mi zmiękły. Poczułam żelazisty posmak na języku. Nie byłam pewna, czy jest mi zimno, czy gorąco. Czułam się dziwnie, jakbym została otruta.
Resztki urządzenia leżały tuż obok. Spróbowałam zrobić krok, ale noga ugięła się pode mną, ziemia przechyliła się gwałtownie i omal nie wyłożyłam się na równym trawniku. Za dużo adrenaliny. Nie dało się nic z tym zrobić poza przeczekaniem. Niektórzy ludzie rodzą się do tego rodzaju intensywnych chwil walki na krawędzi. Ja do nich nie należałam.
Zwykle pomagało skupienie się na czymś innym. Kucnęłam i zaczęłam oglądać leżące pierścienie. Nie wyglądały na stalowe, ale mogły być z jakiegoś innego rodzaju stopu żelaza. Na powierzchni każdego po obwodzie biegł ciąg glifów.
Wyjęłam telefon z kieszeni i zrobiłam zdjęcie.
Pierścienie pasowały jeden w drugi. Do dolnej części tego wewnętrznego, kilka centymetrów mniejszego niż zewnętrzny, umocowana była łodyga kwiatu. Nie, nie umocowana. Wyrastała z niego bez widocznej granicy, jakby metal naturalnie przechodził w roślinę.
Ale jak?
Podniosłam pierścień i szarpnęłam łodygę, ale się trzymała. Przesunęłam po niej palcami. Na samym końcu, tam skąd wyrastał kwiat, faktura była całkowicie roślinna. Niżej bardziej przypominała metal. Prawdziwe zespolenie biomechaniczne. Nie słyszałam, żeby ktoś czegoś takiego dokonał.
Rhino przytoczył się do mnie i Cornelius wyskoczył na trawnik. Nietypowa atrapa SUV-a zachlapana była fioletową posoką, a między prętami tkwiły fragmenty tkanki.
– Wszystko w porządku? – zapytał Cornelius.
Nie.
– Tak. Przykro mi, wiem, że to było dla ciebie nieprzyjemne.
Zoomagowie tworzyli szczególną więź z wybranymi stworzeniami, jednak leżało im na sercu dobro wszystkich, a my właśnie wykończyliśmy kilkanaście, może więcej.
– Dziękuję za troskę, ale to nie były prawdziwe zwierzęta, nie w ziemskim znaczeniu. To osłabiło nieco efekty.
– Czy to były istoty przyzwane?
– Nie sądzę. Wydawały się mieć odrobinę tego czegoś, co Zeus, ale choć nie były ziemskimi stworzeniami, to też nie pochodziły ze sfer tajemnych.
– Mówiłeś, że były zbyt „skupione”, by do nich dotrzeć.
Cornelius zmarszczył brwi i wskazał skinieniem głowy leżący na trawie przedmiot.
– To coś emitowało magię.
– Tak, czułam ją.
– Emisja była tak silna, że w zasadzie je ogłuszała. Nie wyczuwały mnie. Próbowałem się połączyć z tym przedmiotem, ale komponent organiczny był tak prymitywny, że przypominało to próbę porozumienia się z gąbką.
Scenariusz z laboratorium któregoś z Rodów wydawał się coraz bardziej prawdopodobny. Jeśli te protokrokodyle przybyłyby ze sfer astralnych, widzielibyśmy portal i przyzywacza. Takie szczeliny w tkance rzeczywistości trudno przeoczyć.
Linus byłby zachwycony.
Wybrałam jego numer. Jeden sygnał… Drugi… Trzeci…
Leon przebiegł przez ulicę z Zeusem u boku. Linus Duncan nadal nie odbierał. Oficjalnie przeszedł już na emeryturę. W rzeczywistości nadal służył stanowi Teksas, jednak jego nowa funkcja była znacznie bardziej przerażająca. A ja byłam jego zastępczynią. Ode mnie zawsze odbierał.
Sygnał. I jeszcze jeden.
– Tak? – usłyszałam w końcu głos Linusa.
– Zostałam zaatakowana przez magiczne potwory w Parku Eleanor Tinsley. Bestie kontrolowało jakieś biomechaniczne urządzenie zasilane mocą.
Leon dotarł do nas.
– Potrzebujesz wsparcia? – zapytał Linus.
– Nie, już po wszystkim.
– Pokaż.
Włączyłam aplikację z kamerą i przesunęłam telefonem tak, by obiektyw objął urządzenie, truchła i uciekające stwory. Na ekraniku Linus wpatrywał się w swój telefon. Sześćdziesięciolatek o szpakowatych włosach, opalony, jak na Teksańczyka przystało, był nadal w formie. Przystojny, o wyrazistych rysach, miał mocno zarysowaną żuchwę, obramowaną gęstą bródką, wydatny nos, ciemne, gęste brwi, brązowe albo piwne oczy, w zależności od światła. Chętnie się uśmiechał, a gdy skupiał się na kimś, obiekt jego uwagi czuł się wyjątkowy. Zapytane o jego opis, te osoby, które dopiero co go poznały, użyłyby jednego określenia – czarujący.
Człowiek, który spoglądał na mnie z telefonu, był tym autentycznym Linusem Duncanem, Magnusem, byłym przewodniczącym Zgromadzenia Stanu Teksas, skupionym, bystrym i bezlitosnym. Przypominał teraz starego tygrysa, który wyczuł na swoim terenie intruza i ostrzył sobie na niego pazury. Z głośnika telefonu dobiegł mnie suchy terkot i metaliczny wizg. Wieżyczki strzelnicze. Ktoś go zaatakował.
Kto, na wszechświat, zaatakowałby Linusa Duncana w jego własnym domu? Jako mag hefastus potrafił stworzyć zabójczą broń z paczki spinaczy i taśmy klejącej, a jego dom był niczym forteca z arsenałem zdolnym w pięć minut zmieść z powierzchni ziemi cały batalion elitarnych najemników.
Atak przypuszczony jednocześnie na mnie i Linusa… Myśl ta przemknęła mi przez głowę jak kometa, wypalając ognistą ścieżkę. Ktoś wziął na cel urząd Strażnika?
– Wycofaj się – polecił. – Jedź prosto do biura Montgomery’ego i przejmij sprawę Mortona, użyj odznaki. Powtórz.
– Jechać prosto do biura Montgomery’ego i przejąć sprawę Mortona.
Zwykle Linus wysyłał mnie już po załatwieniu kwestii jurysdykcyjnych. W ciągu ostatniego półrocza musiałam użyć odznaki tylko raz, żeby przejąć śledztwo FBI. Niezadowolenie to zbyt delikatne słowo, żeby opisać ich reakcję.
– Wysyłam ci akta – rzucił Linus i się rozłączył.
– To był ogień z wieżyczek – stwierdził Leon.
– Zapewne.
Mój kuzyn wyszczerzył się, bez wątpienia węsząc walkę.
– To co robimy?
– Zawieziesz mnie do MABM.
– Pojadę za wami. – Cornelius od razu pobiegł do swojego samochodu, a Zeus kicał za nim jak rozentuzjazmowany kociak.
Złapałam oślizłe urządzenie, wrzuciłam je do skrzynki w bagażniku Rhino i wskoczyłam na miejsce pasażera.
W oddali zawyły zbliżające się syreny policyjne.
• • •
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
• • •
Chcielibyśmy podziękować naszej wspaniałej wydawczyni Erice Tsang za przerobienie bałaganu na książkę i za „pokładanie w nas wiary”. Dziękujemy wszystkim z Avon Books, których zadręczaliśmy: Nicoli Fischer, Christinie Langone, Brittani DiMare i Pameli Jaffee. Myślałaś, Pam, że uda ci się przed tym uciec w stanie nienaruszonym. Ha. Ha.
Jesteśmy niezmiernie wdzięczni Nancy Yost, naszej agentce, oraz wspaniałej, anielsko cierpliwej ekipie Nancy Yost Literary Agency: Sarze Younger, Natanyi Wheeler oraz Cheryl Pientce. Hurra, wbrew wszelkim przeciwnościom, jakoś udało nam się ukończyć kolejną książkę.
Szczególne podziękowania kierujemy do Stephanie Mowery, która sprawiła, że nasze poprawki były jeszcze bardziej poprawne, a także do Jessie Mihalik, Jill Smith i RJ Blain za ich rady i przyjaźń. Ogromne podziękowania dla biednej Jeaniene Frost, która odłożyła pisanie swojej powieści, by skomentować fragmenty niedokończonego jeszcze rękopisu, i znosiła nasze niekończące się narzekania na jego temat.
Chcemy również podziękować wszystkim, którzy życzliwie udzielili nam swojej fachowej wiedzy. Wszelkie błędy w tej powieści są tylko i wyłącznie nasze. Dziękujemy Chiarze Prato, Harriet Chow, Jing Ting, Sherene Neo oraz Ninie Z. Javan, Esq.
Na koniec chcielibyśmy gorąco podziękować wszystkim naszym betaczytaczom, którzy przełknęli roboczą wersję tekstu i jakoś to przeżyli: Hasnie Saadani, Kate Small, Jeanine Rachau, Julie Heckert, Scottowi Drummondowi, Tori Benson, Robyn Huffman, Kristi DeCourcy oraz Debrze J. Murray. Jeśli kogoś pominęliśmy, jest nam naprawdę przykro.
Ilona Andrews to pseudonim literacki kreatywnego duetu małżeńskiego. Ilona pochodzi z Rosji, a Gordon to były sierżant łączności w armii USA. Wbrew legendom, Gordon nigdy nie był tajnym agentem z licencją na zabijanie, a Ilona nie była enigmatyczną rosyjską szpieginią, która uwiodła go w imię ojczyzny. Poznali się na zajęciach z angielskiego na studiach (tak, tego języka, w którym Ilona zdobyła lepszą ocenę – Gordon do dziś nie może tego przeboleć).
Obecnie mieszkają w Teksasie z dwójką dzieci, stadkiem psów i kotów oraz arsenałem pomysłów na kolejne książki.
Wspólnie stworzyli kilka bestsellerowych serii, w tym urban fantasy o Kate Daniels (#1 na liście NYT), fantasy z wątkami romantycznymi z cyklu „Na krawędzi”, urban fantasy z serii „Ukryte dziedzictwo” oraz „Innkeeper Chronicles”, które publikują także w formie darmowych powieści w odcinkach. Po pełną listę książek, ciekawe dodatki i odcinki „Innkeeper Chronicles” zapraszamy na ich stronę: Ilona-andrews.com.
PS. Nie bójcie się pytać Andrew o jego ulubionego psa – odpowiedź zmienia się co tydzień.
COPYRIGHT © BY Ilona Gordon and Andrew Gordon, 2020COPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., 2026
TYTUŁ ORYGINAŁU: Emerald Blaze
WYDANIE I
ISBN 978-83-8375-239-6
Kod produktu: 4000687
Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
REDAKTORKA PROWADZĄCAJoanna Orłowska
TŁUMACZENIEDominika Schimscheiner
REDAKCJAKarolina Kacprzak
KOREKTAMagdalena Byrska
ILUSTRACJA NA OKŁADCEIvan Khivrenko Olexandrovich
PROJEKT OKŁADKISzymon Wójciak
SKŁAD WERSJI [email protected]
PRODUCENTFabryka Słów sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów [email protected]
DANE DO KONTAKTUFabryka Słów sp. z o.o.ul. Chmielna 28B/400-020 Warszawawww.fabrykaslow.com.plbiuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabrykainstagram.com/fabrykaslow/
WYDAWCARobert Łakuta
DYREKTORKA WYDAWNICZAIzabela Milanowska
MARKETINGAleksandra KowalskaLuiza KwiatkowskaUrszula Słonecka
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWEDressler Dublin sp. z o.o.ul. Poznańska 9105-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32www.dressler.com.pl [email protected]
