Magia zabija - Ilona Andrews - ebook
Opis

Atlanta, nękana przez wojny między magią i technologią, nigdy nie była tak zabójczo niebezpieczna.

Kate Daniels opuszcza Zakon Rycerzy Miłosiernej Pomocy, ale wciąż siedzi po uszy w paranormalnych problemach. A raczej będzie, jeśli przekona kogoś, aby ją zatrudnił. Rozkręcenie własnej działalności jest trudniejsze, niż myślała. Dodatkowo Zakon szarga jej dobre imię, a wielu potencjalnych zleceniodawców boi się narazić Władcy Bestii, który jest towarzyszem Kate.

Kiedy więc najpotężniejszy w Atlancie Pan Umarłych prosi o pomoc, dziewczyna natychmiast chwyta okazję, aby zarobić. Okazuje się jednak, że nie będzie to łatwe zadanie. Kate musi poradzić sobie z nim szybko, inaczej miasto i jej najbliżsi zapłacą najwyższą cenę...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 453

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Seria z Kate Daniels:

Magia kąsaMagia parzyMagia uderzaMagia krwawiMagia zabija

Helenie Kirk.

Prolog

Ze snu wyrwał mnie dzwonek telefonu. Rozwarłam oporne powieki i stoczyłam się z łóżka, z zaskoczeniem odkrywając, że ktoś obniżył podłogę. Grzmotnęłam z hukiem.

Auć.

Sponad materaca wyłoniła się blond czupryna, a znajomy męski głos zapytał:

– Nic ci nie jest?

Curran. Władca Bestii. W moim łóżku! Nie, zaraz, nie miałam przecież swojego łóżka. Moje mieszkanie zostało zdemolowane przez szaloną ciotkę. Zostałam towarzyszką Władcy Bestii, a to oznaczało, że znajdowałam się w Twierdzy, w apartamencie Currana, w jego łóżku. Naszym łóżku. Które miało ponad metr wysokości. No tak.

– Kate?

– Wszystko w porządku.

– Może mam ci zainstalować zjeżdżalnię?

Zbyłam go machnięciem ręki i odebrałam telefon.

– Tak?

– Dzień dobry, Małżonko.

Małżonko? A to nowość. Zazwyczaj zmiennokształtni zwracali się do mnie per „alfo” lub „pani”, rzadziej „towarzyszko”. Tytuł „towarzyszki” plasował się na mojej liście rzeczy znienawidzonych gdzieś pomiędzy piciem skisłego mleka a leczeniem kanałowym, dlatego też większość ludzi nauczyła się go unikać.

– Mam na linii sekretarkę dyrektora Parkera. Mówi, że to pilne.

Coś z Julie.

– Odbiorę.

Julie, obecnie moja podopieczna, dziewięć miesięcy temu „wynajęła” mnie do odszukania zaginionej matki. Znalazłam matkę, niestety martwą. Została pożarta przez celtyckie demony morskie, które postanowiły pojawić się w Atlancie i wskrzesić niedoszłego bożka. Nie skończyło się to dobrze dla demonów. Dla Julie także nie, dlatego wzięłam ją pod skrzydła. Tak samo niegdyś mną po śmierci ojczyma zajął się mój nieżyjący już opiekun, Greg.

Ludzie wokół mnie umierali, zazwyczaj straszną, gwałtowną śmiercią, dlatego odesłałam dziewczynkę do szkoły z internatem, najlepszej, jaką udało mi się znaleźć. Problem w tym, że Julie nienawidziła szkoły z siłą żaru tysiąca słońc. W ciągu tego półrocza uciekła stamtąd już trzy razy. Ostatnio dostałam telefon od dyrekcji, ponieważ jakaś dziewczyna zwyzywała Julie w szatni, twierdząc, że ta, mieszkając przez dwa lata na ulicy, była dziwką. Mój dzieciak dał wyraz swej urazie, przykładając oszczerczyni krzesłem w łeb. Pouczyłam ją, żeby następnym razem celowała w brzuch, bo wtedy zostaje mniej śladów. Telefon od samego Parkera oznaczał, że Julie znów wpadła w tarapaty, a telefon o szóstej rano zwiastował tarapaty przez wielkie T. Julie nie robiła nic na pół gwizdka.

Sypialnia tonęła w mroku. Nasze pokoje znajdowały się na najwyższej kondygnacji Twierdzy. Z okna po lewej roztaczał się widok na tereny należące do Gromady, bezkresne, nietknięte świtem niebo, a pod nim uczerniony nocą las. W oddali linię horyzontu załamywały zarysy ruin miasta upstrzonego błękitnymi punkcikami silnych, przemysłowych feylatarń. Magia była w wyżu. Dobrze, że tym razem nie zakłóciła działania telefonów. Od zabezpieczającej okno osłony odbijała się poświata księżyca, zasnuwając pejzaż skrzącym się srebrzyście welonem.

– Małżonko? – odezwał się znów kobiecy głos.

– Tak?

– Sekretarka przełączyła mnie na czekanie.

– Dzwoni w pilnej sprawie i każe przełączyć na czekanie?

– Tak.

Dupek.

– Mam się rozłączyć?

– Nie, zaczekam.

Puls świata skoczył odrobinę. Osłona w oknie zniknęła. W ścianie rozległo się bzyczenie, lampa podłogowa zamigotała i zaświeciła się. Pstryknęłam wyłącznikiem.

Migoczące w oddali błękitne gwiazdki feylatarń zgasły. Na mgnienie oka miasto pogrążyło się w ciemności, a potem pomiędzy ruinami błysnęło coś, co zaraz rozkwitło w eksplozję światła i ognia. Ułamek sekundy później przez noc przetoczył się grzmot. Prawdopodobnie w chwili cofnięcia się magii wybuchł jakiś transformator. Widnokrąg rozjarzył się czerwonawą łuną. Przypominała wschód słońca, tyle że ono zwykle nie wstawało na południowym zachodzie. Wytężyłam wzrok. Tak, Atlanta płonęła. Znowu.

Magia odpłynęła, a panowanie nad światem jeszcze raz przejęła technika. Nazywano to efektem postprzesunięciowym. Magia przychodziła i odchodziła wedle swego upodobania. Zalewała świat niczym fala tsunami, przynosząc do naszej rzeczywistości dziwne monstra, zatrzymując silniki, unieruchamiając broń palną, pożerając wysokie budynki, a potem cofała się bez ostrzeżenia. Nikt nie wiedział, kiedy nadejdzie przypływ ani jak długo będzie trwał. W końcu kiedyś magia miała zwyciężyć w tej wojnie, ale na razie technika walczyła zaciekle, a my tkwiliśmy pośród tego chaosu, usiłując odbudować na wpół zniszczony świat, dostosowując go do nowych reguł.

W słuchawce kliknęło i zadudnił baryton Parkera.

– Dzień dobry, pani Daniels. Dzwonię, aby poinformować, że Julie opuściła teren szkoły.

O nie. Znowu? Curran otoczył mnie ramionami i przyciągnął do siebie. Oparłam się o niego.

– Jak?

– Wysłała się.

– Słucham?

Parker odchrząknął.

– Jak pani wie, nasi uczniowie zobowiązani są przeznaczyć dwie godziny dziennie na pracę na rzecz szkoły. Julie wykonywała obowiązki w sali pocztowej. Uznaliśmy, że to najlepsze miejsce, gdyż Julie pozostawała pod niemal stałą obserwacją, a z tej sali nie da się wyjść na zewnątrz. Wygląda na to, że zdobyła dużą skrzynię, sfałszowała druk nadania przesyłki i wysłała się w paczce.

Curran zachichotał mi w ucho. Odwróciłam się i kilkakrotnie uderzyłam czołem o jego pierś – chwilowo jedyną twardą powierzchnię pod ręką.

– Skrzynię znaleźliśmy nieopodal linii geomantycznej – dokończył dyrektor.

Przynajmniej miała na tyle rozsądku, że wydostała się z pudła, zanim zostało ono wepchnięte w nurt magii. Z moim szczęściem skończyłaby pewnie na przylądku Horn.

– Jej nieobecność nie potrwa długo – zapewniłam dyrektora. – Przywiozę ją najpóźniej za dwa dni.

– To nie będzie konieczne – oświadczył Parker ostrożnie.

– Jak to?

– Proszę zrozumieć, pani Daniels, jesteśmy instytucją edukacyjną, a nie zakładem penitencjarnym. Julie uciekła już trzykrotnie w ciągu ostatniego roku szkolnego. Jest bardzo bystrym dzieckiem, niezwykle pomysłowym, a trudno nie zauważyć, że nie chce tu być. Trzeba by kajdan, żeby ją tu zatrzymać, choć wątpię, czy nawet to by pomogło. Rozmawiałem z nią po ostatnim takim wybryku i uważam, że nie zaprzestanie ucieczek. Nie chce należeć do naszej społeczności, a trzymanie jej tu wbrew woli wymagałoby znacznych nakładów finansowych. Nie możemy pozwolić sobie na branie odpowiedzialności za urazy, jakich Julie mogłaby doznać podczas kolejnych prób ucieczki. Oczywiście zwrócimy część niewykorzystanego czesnego. Bardzo mi przykro.

Gdyby się dało, udusiłabym go przez telefon. A z drugiej strony, gdybym posiadała takie zdalne moce, zabrałabym Julie z miejsca, w którym aktualnie się znajdowała, i przeniosła tutaj. Tak bym jej dała popalić, że zaraz zaczęłaby błagać o odesłanie do tej cholernej szkoły.

Parker ponownie odchrząknął.

– Mam tu przed sobą listę innych placówek edukacyjnych, które mógłbym polecić...

– To nie będzie konieczne – przerwałam mu i odłożyłam słuchawkę.

Też miałam taką listę. Zrobiłam ją już po pierwszej ucieczce Julie. Odrzuciła wszystkie propozycje.

Twarz Currana rozciągnęła się w szerokim uśmiechu.

– To nie jest śmieszne.

– Jest, i to bardzo. Poza tym tak będzie lepiej.

Porwałam dżinsy z krzesła i ubrałam się szybko.

– Wykopali mi dzieciaka ze szkoły, co w tym dobrego?

– Gdzie się wybierasz?

– Znajdę ją, uziemię na tak długo, że zapomni, jak wygląda słońce, a potem pojadę do tej szkoły i nogi im z tyłków powyrywam.

Curran roześmiał się wesoło.

– To nie jest śmieszne.

– To też nie ich wina. Chcieli jej pomóc, dali sporo luzu. Dziewczyna nie znosi tej szkoły. W ogóle niepotrzebnie ją tam odesłałaś.

– Wielkie dzięki, Wasza Sierściastość, za wnikliwą krytykę moich metod wychowawczych.

– To nie krytyka, a stwierdzenie faktu. Wiesz, gdzie Julie jest teraz? Nie. Za to wiesz, gdzie jej nie ma, ani w szkole, ani tutaj.

Przyganiał kocioł garnkowi.

– Z tego, co pamiętam, sam nie wiedziałeś przez cały tydzień, gdzie podziewa się twój szef ochrony wraz z całą ekipą – odpaliłam, zakładając golf.

– Wiedziałem, wiedziałem. Byli z tobą. Załatwiłbym wszystko jak trzeba, ale pewien niedoszły gladiator wsadził swoje trzy grosze w mój bajzel i zmienił niewielki problem w katastrofę.

Wzięłam miecz.

– Nieprawda, to właśnie ja uratowałam sytuację. Tylko że ty nie chcesz tego przyznać.

Curran pochylił się do przodu.

– Kate.

Na dźwięk imienia zatrzymałam się w pół obrotu. Nie miałam pojęcia, jak to robił, ale za każdym razem, kiedy wypowiadał moje imię, przyciągał całą moją uwagę tak, że rzucałam wszystko inne. Zupełnie jakby przytulał mnie do siebie i całował. Pogładził mnie po ramionach.

– Odłóż na chwilę ten miecz.

Dobra. Odłożyłam Zabójcę na nocną szafkę, po czym skrzyżowałam ramiona na piersiach.

– Zrób mi tę przyjemność i powiedz, co złego w tym, żeby Julie tu z nami mieszkała? Ma już swój pokój. Ma też przyjaciółkę, tę cioteczną wnuczkę Doolittle’a, naprawdę się polubiły.

– Maddie.

– Tak, Maddie. Gromada to półtora tysiąca zmiennokształtnych, jeden dzieciak z problemami niczego nie popsuje.

– Nie o to chodzi.

– A o co?

– Moi bliscy giną, Curran. Padają jak muchy. Idę przez życie, zostawiając za sobą ścieżkę usłaną trupami. Moja matka nie żyje, ojczym, opiekun, ciotkę zabiłam własnoręcznie, a mój prawdziwy ojciec poruszy niebo i ziemię, żeby mnie znaleźć i zabić. Nie chcę, żeby życie Julie polegało tylko na przetrwaniu od jednej krwawej awantury do drugiej, nie chcę, żeby wiecznie bała się o bliskich. Ty i ja nigdy nie będziemy żyć normalnie, ale ona ma na to szansę, jeśli zostanie w tej szkole.

Curran wzruszył ramionami.

– Tylko ci, którzy nie dostrzegają piekła wokół siebie, mogą mieć normalność. Julie jej nie pragnie. Prawdopodobnie nie wiedziałaby, co z nią zrobić. Wyjdzie z tej szkoły i zaraz skoczy w ogień, żeby udowodnić sobie, że zniesie żar. Zrobi to w ten czy inny sposób, ale zrobi. Trzymanie jej pod kloszem sprawi tylko, że nie będzie gotowa na samodzielność.

Oparłam się o szafkę przy łóżku.

– Chcę tylko, żeby była bezpieczna. Nie chcę, żeby stało jej się coś złego.

Curran przyciągnął mnie do siebie.

– Tu będzie bezpieczna. Może chodzić do jednej z naszych szkół albo do którejś w mieście. Jest twoja, ale teraz jesteśmy parą, więc jest również moja, a to znaczy, że znajduje się pod ochroną Władcy Bestii i jego towarzyszki. Uwierz mi, nikt nie będzie chciał z nami zadzierać. Poza tym w Twierdzy przebywają zawsze trzy setki zmiennokształtnych, a każdy jeden z miejsca zabije istotę, która by jej zagroziła. Gdzie indziej będzie bezpieczniejsza?

Miał rację. Nie mogłam mieszkać z Julie w starym bloku z zepsutym ogrzewaniem. Za każdym razem, kiedy prowadziłam jakąś sprawę, apartament znajdował się pod obstrzałem. Poza tym pracowałam wtedy dla Zakonu Rycerzy Miłosiernej Pomocy, a to pochłaniało niemal cały mój czas. Julie przez większość dnia byłaby zdana na siebie, nie mogłam się o nią zatroszczyć, dopilnować, żeby zjadła i była bezpieczna. Teraz to co innego. Teraz Julie mogła mieszkać ze mną w Twierdzy pełnej śmiertelnie groźnych szaleńców o kłach wielkości sztyletów, którzy, czując zagrożenie, wpadali w morderczy amok.

Jakoś mnie ta wizja nie uspokoiła.

– Jeśli chcesz, żeby umiała sobie sama poradzić, i tak będziesz musiała ją wyszkolić – dodał.

I znów miał rację. Zdawałam sobie z tego sprawę, ale wcale mi się to nie podobało.

– Do Macon jest stąd ponad sto pięćdziesiąt kilometrów, tak?

– Mniej więcej.

– Będzie się trzymała z dala od linii geomantycznych i ma przy sobie tojad.

– A to czemu? – Curran zmarszczył brwi.

– Bo ostatnim razem, kiedy uciekła, Derek znalazł ją przy jednej z platform na linii geomantycznej i przywiózł tu dżipem Gromady. Po drodze zatrzymał się nawet na kurczaka i lody. Bawiła się doskonale, więc ostrzegłam Julie, że następnym razem nawet nie zbliży się do Twierdzy. Powiedziałam, że znajdę ją sama albo wyślę kogoś, kto odwiezie ją prosto do szkoły. Żadnej Twierdzy, spędzania czasu ze mną czy Derekiem, plotkowania z Maddie, żadnego przechodzenia przez start i żadnej premii. Nie chce zostać złapana, więc będzie szła pieszo.

– Muszę przyznać, że jest uparta – uśmiechnął się Curran.

– Mógłbyś wysłać za Julie tropiciela? Tak, żeby jej pilnował, ale się nie pokazywał?

– Co kombinujesz?

– Niech się przejdzie. Sto pięćdziesiąt kilometrów w trudnym terenie to parę dni marszu.

Kiedy byłam dzieckiem, mój przybrany ojciec, Voron, wywoził mnie w głąb lasu i zostawiał z manierką wody oraz nożem. Julie to nie ja, ale jest bystra i umiała przetrwać na ulicy. Nie miałam wątpliwości, że da radę sama dotrzeć do Twierdzy. Mimo to wolałam dmuchać na zimne.

– Upiekę dwie pieczenie przy jednym ogniu. Przede wszystkim dostanie nauczkę za uciekanie, a kiedy przyjdzie i dowie się, że może zostać, będzie czuła, jakby ciężko na to zapracowała.

– Wyślę parę wilków. Odnajdą ją i przypilnują.

Pocałowałam Currana w usta i wzięłam miecz.

– Dziękuję. Tylko powiedz im, że jeśli będą musieli podwieźć Julie, mają nie rozpieszczać jej smażonymi kurczakami.

– Tego ci nie obiecam. – Curran pokręcił głową. – Nie jestem taką bestią.

Rozdział 1

Moje biuro mieściło się w przysadzistym, solidnym budynku przy ulicy Jeremiasza, w północno-wschodniej części miasta. Ulica Jeremiasza nosiła nazwę Północnej Arkadii aż do dnia, kiedy jakiś kaznodzieja z Południa wyszedł na jej skrzyżowanie z Ponce de Leon i zaczął wykrzykiwać coś o ogniu piekielnym i potępieniu. Twierdząc, że jest drugim Jeremiaszem, domagał się, by przechodnie kajali się i przestali oddawać cześć bałwanom. Zignorowany przez tłum, ściągnął deszcz meteorów, którym zrównał z ziemią dwa kwartały. Zanim snajper z Policyjnego Wydziału Kontroli Zjawisk Paranormalnych zdjął go strzałem z kuszy, ulica zmieniła się w dymiące zgliszcza. A ponieważ trzeba było odbudować ją od podstaw, została nazwana imieniem człowieka, który dokonał zniszczeń. Musiała w tym tkwić jakaś metoda, ale nie chciało mi się jej doszukiwać.

Stanowiąca niegdyś część satelitarnego miasta Decatur, obecnie zaś fragment chaotycznego rumowiska, jakim była Atlanta, ulica Jeremiasza nie była tak ludna jak Ponce de Leon, ale znajdujące się nieopodal warsztaty naprawcze i duży autoserwis sprawiały, że moje biuro mijało wielu przechodniów. Zostawiłam dżipa na jałowym biegu, wysiadłam, zdjęłam łańcuch odgradzający parking i wjechałam na placyk.

Biuro musiało być kiedyś budynkiem mieszkalnym. Boczne drzwi z parkingu prowadziły wprost do niewielkiej, acz funkcjonalnej kuchni, z której z kolei przechodziło się do dużego, głównego pomieszczenia. Z tyłu znajdowały się drewniane schody wiodące na piętro. Górna kondygnacja stanowiła otwartą przestrzeń. Na dole, z głównego pomieszczenia wchodziło się do kilku niewielkich pokoi, które służyły mi za składziki ziół i ekwipunku. A chwilowo przede wszystkim kurzu.

Odłożywszy torbę na blat, spojrzałam na wyświetlacz automatycznej sekretarki. Jedno wielkie nic. Żadnych wiadomości. A to niespodzianka.

Podeszłam do okna i podniosłam rolety. Do środka wpadło poranne światło, poszatkowane grubymi prętami żelaznych okiennych krat. Otworzyłam drzwi na wypadek przybycia potencjalnego klienta. Drzwi były duże, masywne, wzmacniane stalą. Wyobrażałam sobie, że gdyby ktoś strzelił w nie z armaty, kula odbiłaby się i potoczyła po ulicy.

Poszłam do kuchni, włączyłam ekspres, wróciłam do biurka i klapnęłam na krześle. Na blacie leżał stos rachunków. Spiorunowałam je wzrokiem, ale niestety nie uciekły z krzykiem w popłochu.

Westchnąwszy, dobyłam noża do rzucania i zaczęłam rozcinać szare koperty. Rachunek za prąd. Rachunek za wodę. Rachunek za naładowane powietrze do feylatarń. Rachunek za wywóz śmieci. Ten ostatni wraz z groźbą podjęcia nieodwracalnych działań, jeśli nie zapłacę. Kolejna koperta od odbiorcy śmieci, zawierająca zwrot czeku. Firma, mimo licznych wyjaśnień, uparcie przypisywała mi nazwisko Donovan, a gdy zapłaciłam, nie potrafiła odnaleźć mojego indywidualnego konta. Nie pomogło nawet wpisanie na czeku prawidłowego numeru rachunku.

Już dwukrotnie przechodziłam z nimi tę całą kołomyję i zaczęłam podejrzewać, że gdybym wparowała do ich biura i wyryła swoje nazwisko mieczem na ścianie, i tak nic by to nie dało.

Odchyliłam się na oparcie. Siedzenie w biurze mnie przygnębiało. Wcześniej nie miałam swojej firmy. Pracowałam dla Gildii Najemników, a to ograniczało się do eliminowania magicznego zagrożenia, inkasowania zapłaty i niezadawania pytań. Robota dla Zakonu Rycerzy Miłosiernej Pomocy różniła się tylko tym, że należało działać według ściśle określonych zasad. Jednak nasze drogi rozeszły się, w wyniku czego prowadziłam teraz firmę detektywistyczną Ostre Cięcie. Działalność oficjalnie otworzyła swe podwoje miesiąc temu. Posiadałam odpowiednią reputację na ulicy i przyzwoite kontakty. Dałam ogłoszenie w gazecie, rozpuściłam wici, ale jak do tej pory nie dostałam ani jednego marnego zlecenia.

Doprowadzało mnie to do szału. Musiałam korzystać z finansowania Gromady, a ta miała pokrywać moje wydatki tylko przez rok. W dodatku zainwestowali w mój biznes nie ze względu na moje umiejętności i skuteczność, ani też dlatego, że przez jakiś czas posiadałam status Przyjaciela Gromady. Pożyczki udzielili mi dlatego, że byłam towarzyszką Currana, co czyniło ze mnie automatycznie alfę Gromady. Jak na razie Ostre Cięcie zakrawało na biznes-zabawkę, jakie bogaci mężowie zakładali dla swoich znudzonych żon. A ja, do licha, chciałam, żeby interes wypalił. Chciałam, żeby przynosił dochody, żebym mogła stanąć na własnych nogach. Byłam tak zdesperowana, że w razie dalszego zastoju zamierzałam biegać po ulicach, wykrzykując „Liiikwidacja, liikwidacja stworów, niedrogo!”. Może jakiś litościwy człek cisnąłby mi grosik.

Zadzwonił telefon. Popatrzyłam podejrzliwie na aparat. Nigdy nic nie wiadomo. Może to podstęp?

Kolejny dzwonek. Podniosłam słuchawkę.

– Ostre Cięcie.

– Kate. – W chrapliwym głosie wibrowało napięcie.

Długa przerwa w zabijaniu.

– Witaj, Ghastek. – Jakiż to interes mógł mieć do mnie najpotężniejszy Pan Umarłych w Atlancie?

Kiedy ofiara wirusa Immortuus umierała, przepadało jej ego i umysł, pozostawiając pustą skorupę, superszybką, supersilną, śmiertelnie groźną, napędzaną jedynie żądzą krwi. Panowie Umarłych przejmowali władzę nad skorupą i kierowali nią jak zdalnie sterowanym samochodzikiem. Narzucali każdy ruch mięśni wampira, patrzyli jego oczyma, słyszeli uszami i przemawiali jego ustami. W rękach utalentowanego nawigatora wampir stawał się istotą wprost z ludzkich koszmarów. Ghastek, podobnie jak dziewięćdziesiąt procent nawigatorów, pracował dla Rodu, obrzydliwej hybrydy sekty, korporacji i instytucji naukowo-badawczej. Nienawidziłam Rodu zajadle, a ich przywódcy Rolanda jeszcze bardziej.

Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Skoro dzwonił, to znaczy, że potrzebował przysługi, a co za tym idzie, będzie moim dłużnikiem. W mojej profesji taki dłużnik jak Pan Umarłych to przydatna sprawa.

– Co mogę dla ciebie zrobić?

– W twoją stronę zmierza wampir luzem.

O cholera! Pozbawione nawigatora wampiry żądza krwi przyprawiała o morderczy szał, zabijały, co popadło. Niekontrolowany krwiopijca w pół minuty był w stanie dokonać masakry kilkunastu ludzi.

– Co mam zrobić?

– Ścigam ją, ale jest kilkanaście kilometrów przede mną. Musisz ją zatrzymać do mojego przybycia.

– Skąd idzie?

– Od północnego zachodu. Zaczekaj, Kate, postaraj się jej nie uszkodzić. Jest niezwykle cenna...

Rzuciłam słuchawkę i wybiegłam z biura wprost na boleśnie zimne powietrze. Ulica była pełna ludzi, robotników, sklepikarzy, przypadkowych przechodniów spieszących do domów – jedzenia. Nabrałam lodowatego tchu i wrzasnęłam:

– Wampir! Bezpański wampir! Uciekać!

Przez ułamek sekundy nic się nie działo, a potem nagle ludzie rozpierzchli się jak ławica ryb przed rekinem. W mgnieniu oka zostałam sama. Łańcuch zamykający parking leżał zwinięty pod ścianą budynku. Doskonale.

W dwie sekundy byłam na parkingu.

Sekunda na porwanie łańcucha z ziemi.

Trzy kolejne na zawleczenie go pod stare drzewo.

Zbyt wolno.

Pospiesznie umocowałam łańcuch do pnia i za pomocą kłódki zrobiłam na końcu pętlę. Potrzebowałam jeszcze krwi na przynętę dla wampira. Dużo, dużo krwi.

Zza rogu wyjechał wóz ciągnięty przez dwa woły. Pognałam ku nim, wyszarpując po drodze nóż. Furman, starszy Latynos, szybko otrząsnął się z zaskoczenia na mój widok i sięgnął po leżącą na koźle strzelbę.

– Uciekaj! – krzyknęłam. – Bezpański wampir!

Kiedy woźnica gramolił się z wózka, ja przejechałam nożem po grzbiecie wołu, po czym przyłożyłam ręce do rany, nurzając je we krwi.

Wół zaryczał z bólu i jak oszalały skoczył naprzód, ciągnąc za sobą drugie zwierzę oraz łomoczący wózek.

Chwyciłam za pętlę łańcucha.

Z dachu zeskoczyła wychudła postać obciągnięta skórą tak ciasno, że wyraźnie widać było upakowane pod nią gruzły mięśni poprzecinane ścięgnami i naczyniami. Wampir wylądował na chodniku na czworaka, z rozpędu przebiegł kawałek, skrobiąc długimi szponami o asfalt, po czym obrócił się. Z potwornego oblicza łypały na mnie szkarłatne ślepia. Masywne szczęki rozwarły się, ukazując ostre kły, których biel kontrastowała ostro z czernią paszczy.

Machnęłam rękami, wyrzucając w powietrze deszcz kropelek krwi.

Wampir zaatakował.

Wabiony upojnym zapachem pognał ku mnie z nadnaturalną szybkością, jakby płynął nad ziemią. Czekałam. Słyszałam ogłuszający łomot własnego serca. Miałam tylko jedną szansę.

Wreszcie dał susa i, pokonując w powietrzu dzielące nas metry, zbliżał się z rozcapierzonymi kończynami i wyciągniętymi szponami.

Zarzuciłam mu pętlę na szyję.

Cielsko runęło na mnie, przewróciło. Przetoczyłam się błyskawicznie i zerwałam na równe nogi. Wampir rzucił się na mnie, ale pętla zacisnęła się na jego szyi i z gwałtownym szarpnięciem ściągnęła na ziemię. Krwiopijca odbił się sprężyście i zaczął miotać na łańcuchu niczym zdziczały kot na chwytaku hycla. Odsunęłam się parę kroków i odetchnęłam głęboko.

Wampir przekręcił się i rzucił w moim kierunku. Drzewo zatrzęsło się, zatrzeszczało. Stwór zaczął tarmosić pętlę, szarpiąc szponami gardło. Spod pazurów tryskała krew.

Wyglądało na to, że albo wyrwie drzewo, albo przetnie sobie szyję łańcuchem.

Znowu skoczył, w połowie susa naprężony łańcuch pociągnął go w dół. Po tym upadku pozbierał się, usiadł, w jego oczach błysnęła inteligencja. Wielkie szczęki rozchyliły się, a z gardła wydobył głos Ghasteka.

– Łańcuch?

– Nie ma za co. – Rychło w czas. – Musiałam skaleczyć wołu, żeby ściągnąć na siebie uwagę wampira. Zapłacisz właścicielowi za szkody. – Woły stanowiły źródło utrzymania wozaka i nie widziałam powodu, żeby chłop cierpiał przez nieudolność Rodu.

– Oczywiście.

Aha, już widzę to twoje „oczywiście”. Wół kosztował tysiaka. Wampir, szczególnie tak stary jak ten, trzydzieści razy więcej.

Krwiopijca przykucnął w śniegu.

– Jakim cudem zdołałaś uwięzić ją na łańcuchu?

– Posiadam nadludzkie umiejętności.

Miałam ochotę się o coś oprzeć, ale okazywanie słabości przed Ghastekiem nie było mądrym pomysłem. Równie dobrze mogłabym pomachać pieczenią przed nosem wściekłego wilka. Twarz mnie paliła, ręce zlodowaciały, na języku czułam gorzkawy posmak. Opadała ze mnie adrenalina.

– Co to, u diabła, miało być?

– Jedna z czeladniczek Roweny zemdlała – odparł Ghastek. – Jest w ciąży. Zdarza się. Oczywiście dostała zakaz nawigowania.

Czeladnicy, Panowie Umarłych w trakcie praktyki, dobrze wiedzieli, że jeśli stracą kontrolę nad wampirem, może się to skończyć jatką w mieście. Mieli nerwy jak piloci myśliwców sprzed Przesunięcia. Nie mdleli. Coś było na rzeczy, jednak Ghastek dał mi tonem do zrozumienia, że potrzebowałabym zespołu prawników i średniowiecznej machiny tortur, żeby wydobyć z niego więcej informacji. Niech mu będzie. Im mniej kontaktów z Rodem, tym dla mnie lepiej.

– Zabiła kogoś?

– Nie, nie było ofiar.

Mój puls nareszcie zwolnił.

W oddali zza zakrętu wyskoczył humvee i pędził ku nam z zawrotną prędkością.

Opancerzony niczym czołg, miał zainstalowany na dachu M240B, uniwersalny karabin maszynowy. Jednostka Szybkiego Reagowania PWKZP. PWKZP był formacją należącą do atlanckich Sił Specjalnych, zajmującą się zagrożeniami magicznymi. Jednostka Szybkiego Reagowania stanowiła odpowiednik SWAT-u. Najpierw strzelali, a dopiero później sprawdzali resztki ciał ofiar.

– Oho, kawaleria nadjeżdża – zauważyłam.

Wampir skrzywił się, odwzorowując minę Ghasteka.

– Jasne. Przygotowali się na wampirze łowy, a teraz nie będą mieli do kogo postrzelać z tej swojej wielkiej pukawki. Kate, mogłabyś podejść bliżej? Inaczej i tak ją zabiją.

To jakiś kosmiczny żart. Przysunęłam się do wampira, osłaniając go sobą.

– Masz u mnie dług.

– Zaiste. – Krwiopijca wstał i zaczął wymachiwać górnymi kończynami. – Nie strzelajcie. Sytuacja opanowana.

Z jednej z przecznic wyjechał czarny SUV. Oba samochody jednocześnie zatrzymały się przed nami z piskiem opon. Humvee wypluł czterech gliniarzy w niebieskich mundurach PWKZP i pełnym rynsztunku bojowym. Najwyższy wycelował broń w wampira.

– Co wy wyprawiacie? – warknął. – Mogliście wymordować pół miasta!

Drzwi SUV-a otworzyły się i z samochodu wysiadł Ghastek. Szczupły, złowieszczy, miał na sobie idealnie dopasowany szary garnitur w ledwie widoczny prążek. Zza niego wyłonili się jeszcze trzej członkowie Rodu, mężczyzna, szczupła brunetka i ruda dziewczyna, ledwie dorosła na tyle, by nosić w ogóle garnitur. Cała trójka była tak wymuskana, że na konferencji na najwyższym szczeblu wyglądałaby jak w domu.

– Nie popadajmy w przesadę. – Ghastek podszedł do wampira. – Nikt nie zginął.

– Nie dzięki tobie. – Gliniarz nie spieszył się z opuszczeniem broni.

– Nie stanowi już żadnego zagrożenia – zapewnił Ghastek. – Pozwólcie, że zademonstruję. – Wampir ukłonił się grzecznie.

Członkowie oddziału PWKZP jak jeden mąż spurpurowieli ze złości.

Zaczęłam się wycofywać w stronę biura. Chciałam zdążyć zniknąć, zanim postanowią wplątać mnie w ten bajzel.

– Widzicie? Posiadam nad tym umarłym pełną kon... – Oczy Ghasteka uciekły w tył głowy, żuchwa opadła bezwładnie. Pan Umarłych stał jeszcze przez długą sekundę, a potem zachwiał się i runął bez ducha w brudny śnieg.

Ślepia wampira rozjarzyły się czerwono żądzą mordu. Szczęki rozwarły się, ukazując rzędy białych kłów.

Oddział PWKZP otworzył ogień.

Rozdział 2

Lufy zagrzmiały.

Pierwszy pocisk przebił pierś wampira, przedarł się przez wysuszone mięśnie i trafił w ramię Ghastekowego czeladnika. Siła uderzenia okręciła mężczyzną, a jednostajny strumień serii z karabinu maszynowego, który przedziurawił wampira, przeszył kręgosłup czeladnika, przecinając go niemal na pół. Trysnęła krew.

Kobiety padły na ziemię.

Kule odłupywały z chodnika odpryski betonu. Kilkanaście centymetrów na prawo, a głowa Ghasteka rozbryznęłaby się niczym arbuz pod toporem. Zanurkowałam pod linią ognia, złapałam Ghasteka za nogę i powlekłam w stronę biura.

Kobiety poczołgały się za mną.

Szarpany pociskami wampir przyskoczył do leżącego czeladnika i zaczął rozszarpywać mu grzbiet, wyrzucając w powietrze strzępy ciała.

Wciągnęłam Ghasteka do budynku i zostawiłam pod ścianą. Za mną rozległ się krzyk kobiety. Przeskoczyłam wczołgującą się przez próg brunetkę. Na ulicy leżała rozpłaszczona ruda dziewczyna. Z oczyma wielkimi z przerażenia ściskała się za udo, a na śniegu pod nią czerwieniła się coraz większa plama krwi. Postrzał w nogę.

Znajdowała się dość daleko, a ja musiałam dostać się do niej, zanim dopadnie ją wampir albo zarobi kolejną kulkę od glin.

Przypadłam do ziemi i podpełzłam do rudej. Chwyciwszy za rękę, pociągnęłam dziewczynę ze wszystkich sił. Krzyknęła, ale przesunęła się odrobinę po pooranym i pokrytym topniejącym śniegiem asfalcie. Cofnęłam się i znów pociągnęłam. Kolejny krzyk i kolejny kawałek bliżej moich drzwi.

Wdech, pociągnięcie, przesunięcie.

Wdech, pociągnięcie, przesunięcie.

Drzwi.

Wepchnęłam rudą do środka, zatrzasnęłam drzwi i zamknęłam zasuwę. Drzwi były porządne, stalowe, z grubą sztabą. Powinny wytrzymać. Musiały.

Na podłodze wykwitła natychmiast kałuża krwi. Uklękłam przy rannej i rozerwałam nogawkę jej spodni. Spomiędzy poszarpanych mięśni tryskała krew. Rana była rozległa i głęboka. Pod czerwienią bieliły się odłamki kości. Uszkodzona tętnica udowa, uszkodzona żyła odpiszczelowa, wszystko uszkodzone.

Cholera.

Trzeba zatamować krwotok.

– Hej, ty! Przyciśnij tu!

Brunetka gapiła się na mnie szklanym, bezrozumnym wzrokiem. Liczyła się każda sekunda.

Złapałam rudą za rękę i przycisnęłam jej dłoń do tętnicy.

– Trzymaj, inaczej się wykrwawisz.

Jęknęła, ale posłuchała.

Pobiegłam do magazynku z medykamentami.

Opaski uciskowe stanowiły ostatnią deskę ratunku. Miałam wyjątkowo porządne, takie, jakich używają w wojsku, ale nawet najlepszej nie można założyć na zbyt długo bez ryzyka uszkodzenia nerwu, utraty kończyny, a nawet śmierci. A kiedy już się ją zacisnęło, można było zdjąć dopiero w szpitalu, inaczej upływ krwi następował błyskawicznie.

Potrzebowaliśmy karetki, ale telefon nic by nie dał. W wypadku ucieczki wampira procedury zakładały odcięcie całego zagrożonego rejonu, więc ambulans nie przyjedzie, zanim policja nie upewni się, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane.

Zostałam więc sama z opaską i wykrwawiającą się dziewczyną.

Uklękłam przy niej i wyjęłam opaskę z opakowania.

– Nie! – zaprotestowała, usiłując odepchnąć moją rękę. – Stracę nogę!

– Niedługo stracisz życie.

– Nie, nie jest tak źle. Prawie nie boli!

Usadziłam ją prosto, żeby mogła spojrzeć na swoje udo.

– O Boże...

– Jak ci na imię?

Załkała.

– Jak ci na imię?

– Emily.

– Emily, i tak już niemal ją straciłaś. Jeśli założę teraz opaskę, masz szansę przeżyć, jeśli nie, w ciągu kilku minut wykrwawisz się na śmierć.

Wczepiła się we mnie i zaczęła łkać mi w ramię.

– Będę kaleką.

– Ale żywą. A przy zastosowaniu magii szanse na uratowanie nogi są całkiem spore. Wiesz, że magomedycy leczą różne rany. Ale musimy utrzymać cię przy życiu do następnego wyżu magii, rozumiesz?

Nie przestawała płakać. Po policzkach spływały jej wielkie łzy.

– Emily, rozumiesz, co mówię?

– Tak.

– W porządku.

Wsunęłam pas pod jej nogę, przełożyłam przez sprzączkę i zaciągnęłam. Zaciskałam, dopóki krwotok nie ustał. Parę minut później strzelanina ucichła. Ghastek był nadal nieprzytomny. Miał równe tętno i oddech. Emily leżała bez ruchu, pojękując z bólu, a jej towarzyszka obejmowała się, kiwając w przód i w tył.

– Strzelają do nas, strzelają do nas – mamrotała nieustannie.

No po prostu bomba.

Cały Ród. Większość członków obserwowała akcje oczami wampira, siedząc sobie tymczasem w wygodnym, bezpiecznym pokoju w Kasynie, sącząc kawkę i racząc się słodkimi przekąskami. Postrzał sterowanego na odległość wampira a dostanie kulki osobiście to dwie różne sprawy.

Rozległo się łomotanie do drzwi.

– Wydział Kontroli Zjawisk Paranormalnych, otwierać – szczeknął mężczyzna.

Brunetka struchlała.

– Nie otwierajmy – wyszemrała przerażona.

– Spokojnie, panuję nad wszystkim. – Tak jakby.

Odsunęłam klapkę, odsłaniając wąski wizjer. Cień za drzwiami zniknął – policjant przytulił się do muru po lewej, żebym nie mogła do niego strzelić przez judasza.

– Pozbyliście się wampira?

– Tak, otwieraj.

– Po co?

Milczenie. Po chwili:

– Otwieraj. Te. Drzwi.

– Nie. – Rozochoceni strzelaniną policjanci mieli nadwrażliwe spusty. Trudno było przewidzieć ich zachowanie, gdyby tu weszli.

– Jak to nie?

Mężczyzna wydawał się całkiem zbity z tropu.

– A po co mam otworzyć?

– Żebyśmy mogli zatrzymać sukinsyna, który wypuścił na miasto wampira samopas.

Świetnie.

– Właśnie zabiliście jednego z członków Rodu, drugiego raniliście, a teraz chcecie, żebym wydała wam pozostałych świadków? Nie znam was na tyle, by to zrobić.

Funkcjonariusze PWKZP trzymali się zazwyczaj prawej ścieżki, jednak istniały rzeczy, których się nie robiło – nie wydawało się zabójcy gliniarza jego partnerowi i nie oddawało się nekromanty w ręce Jednostki Szybkiego Reagowania. Oddziały te rekrutowały się z ochotników, a w tym wypadku pełnia władz umysłowych była wymogiem opcjonalnym. Gdybym oddała im Ghasteka i jego ludzi, mogło zdarzyć się i tak, że żadne z nich nie dotrze żywe do szpitala. Oficjalnie określono by to „śmiercią w wyniku odniesionych ran”.

Usłyszałam rozzłoszczone fuknięcie.

– A co powiesz na to: albo otworzysz te drzwi, albo sami je wyważymy.

– Musielibyście mieć nakaz.

– Nie potrzebuję nakazu, jeśli podejrzewam, że znajdujesz się w bezpośrednim niebezpieczeństwie. No, sam powiedz, Charlie, nie uważasz, że grozi jej niebezpieczeństwo?

– Oczywiście, i to jakie – przytaknął Charlie.

– I naszym obowiązkiem, jako stróżów prawa, jest uratowanie jej od rzeczonego niebezpieczeństwa, prawda?

– Popełnilibyśmy przestępstwo, nie robiąc tego.

Jeden trup, jeden ledwo żywy zalewający mi podłogę krwią. Idealny moment na żarty.

– Słyszałaś Charliego. Otwieraj albo zrobimy to za ciebie!

Odsunęłam się trochę od wizjera. W razie czego dałabym im radę, ale równocześnie mogłabym pożegnać się z nadziejami na jakąkolwiek współpracę z PWKZP w przyszłości.

– Dość! – zza drzwi dobiegł mnie znajomy kobiecy głos. Nie może być!

– Proszę się odsunąć, proszę pani – warknął gliniarz. – Przeszkadza pani w pracy policji.

– Jestem rycerzem Zakonu. Nazywam się Andrea Nash. To moja legitymacja.

Andrea była moją najlepszą przyjaciółką. Nie widziałam jej od dwóch miesięcy, od czasu, kiedy moja ciotka rozniosła pół Atlanty. Po ostatecznej potyczce z Errą Andrea zniknęła. Jakieś dwa tygodnie później otrzymałam taki oto list: Kate, przepraszam za wszystko. Potrzebuję czasu, nie szukaj mnie, proszę. Nie martw się o Grendela, zaopiekuję się nim dobrze. Dziękuję, że jesteś moją przyjaciółką. Pięć minut później gnałam do miasta, żeby jej szukać, a Jego Utyskliwość Władca Bestii deptał mi po piętach. Nie znaleźliśmy niczego. Ani śladu Andrei czy mojego pudla bojowego, który po tym, jak ciotka obróciła w perzynę pół miasta, skończył w samochodzie mojej przyjaciółki.

Potem nie przestałam zadręczać Jima, szefa ochrony Gromady i zarazem kumpla z Gildii Najemników, dopóki nie kazał jednej ze swoich ekip przeczesać miasta. Jego ludzie wrócili z pustymi rękoma – Andrea zapadła się pod ziemię.

Najwyraźniej jednak żyła. Obiecałam sobie, że jeśli uda mi się wyjść cało z tego zamieszania, dam jej porządną fangę w nos.

Gliniarz uderzył w inny ton. Z rycerzami Zakonu nie było żartów.

– To miło, panno Nash. Proszę jednak się odsunąć, inaczej panią aresztuję. Będzie pani mogła zadzwonić do Zakonu z komisariatu, a oni wpłacą kaucję.

– Spójrzcie na belkę nad drzwiami. Widzicie wyrytą łapę?

– I co?

– Ta nieruchomość należy do Gromady. Jeśli wyważycie drzwi, będziecie musieli stawić się przed sądem i wyjaśnić, z jakiego powodu wdarliście się na prywatny teren bez nakazu, zatrzymaliście gości Gromady oraz spowodowaliście zniszczenia mienia Gromady.

– Nie ma sprawy – burknął policjant.

– Tak? Śmiem wątpić, bo osobiście zeznam, że nie mieliście uzasadnionego powodu, żeby wejść siłą do rzeczonego budynku. No, chyba że zamierzacie mnie zabić, a w tym wypadku radzę się pomodlić, bo wpakuję kulkę każdemu jednemu z waszej ekipy, zanim któryś zdąży pomyśleć o wystrzeleniu.

– Ja bym jej uwierzyła – powiedziałam zza drzwi. – Widziałam, jak strzela. Uważam, że była skromna.

– A pani po czyjej jest stronie? – zaperzył się gliniarz.

– Po stronie służących i chroniących – odpaliła Andrea. – Wasz oddział otworzył ogień i zabił właśnie cywila.

– To było uzasadnione użycie broni – bronił się policjant. – I nie zamierzam z panią o tym dyskutować.

W głosie Andrei zadźwięczały stalowe nuty.

– Jeden człowiek już nie żyje, a sądząc po śladach krwi, ktoś w tym budynku jest ciężko ranny. Albo wczołgał się tu, albo został wciągnięty i prawdopodobnie teraz słabnie z upływu krwi. Macie dwie opcje. Albo wezwiecie karetkę, albo pozwolicie umrzeć następnemu cywilowi, włamiecie się do nieruchomości Gromady, użyjecie siły wobec małżonki Władcy Bestii i zastrzelicie rycerza Zakonu. Wasz wybór, ale jeśli jakimś cudem któryś z was wyjdzie z tego żywy, gwarantuję, że za dwadzieścia lat, stary i schorowany, wspomni tę chwilę i pożałuje, że nie poświęcił dwóch sekund na zastanowienie, bo to jest właśnie ten moment, od którego wszystko potoczyło się źle.

A niech mnie.

– Przemyślcie to sobie.

Zapadło milczenie. Najwyraźniej rozważali sprawę.

– Hej, miałam okazję z wami współpracować – zawołałam. – Zadzwońcie do detektywa Michaela Greya. Poświadczy za mnie. Jeśli wezwiecie ratowników, otworzę. Żadnego zamieszania, żadnych zniszczeń, wszyscy będą zadowoleni i nikt nie będzie ciągany po sądach. Karetki potrzebujemy natychmiast. Mam tu dziewczynę z opaską uciskową na nodze i jeśli się nie pospieszycie, umrze.

– Zrobimy tak – odezwał się gliniarz. – Otworzysz, zabierzemy ranną, a potem skontaktujemy się z Greyem.

Jasne, bo ja urodziłam się wczoraj.

– Pewnie, jak tylko otworzę drzwi, wpadniecie tutaj. Zaczekam na karetkę.

– Niech ci będzie. Zadzwonię, ale igrasz z życiem cywila. Jeśli umrze, to będzie twoja wina i osobiście pociągnę cię za to do odpowiedzialności.

Zasunęłam klapkę i wróciłam do kobiet. Brunetka spoglądała na mnie wielkimi, pełnymi zgrozy oczyma.

– Wydasz nas im?

– Jeśli będę musiała wybierać pomiędzy twoją wolnością a życiem twojej towarzyszki, to tak. Na razie czekamy. Po tamtej stronie znajduje się moja przyjaciółka, nie pozwoli im zrobić nic głupiego. – Popatrzyłam na nią uważnie. – Dlaczego, kiedy Ghastek zemdlał, nie przejęłaś kontroli nad wampirem?

– Próbowałam. Nie było czego przejmować.

– Jak to: nie było czego przejmować? – Umysł wampira nie znikał ot tak sobie.

Brunetka potrząsnęła głową.

– Nie było go tam.

– To prawda – poparła ją Emily. – Ja też próbowałam i nic. Zupełnie jakbym nie mogła nawigować. – Zadrżała. – Zimno mi.

Poszłam do magazynku, zabrałam zapasowy płaszcz i okryłam nim rudą.

Usta Emily przybrały błękitny odcień.

– Czy ja umrę?

– Zrobię wszystko, żeby tak się nie stało.

Rozdział 3

Mijały minuty, chłodne, rozwlekłe. Piąta. Szósta. Ósma.

Nareszcie rozległo się pukanie do drzwi.

– Kate? – zawołała Andrea.

– No?

– Przyprowadziłam ratowników. Wpuść mnie.

Odsunęłam zasuwę i otworzyłam drzwi. Do biura wbiegło czterech ratowników, a za nimi Andrea. Niska, o błękitnych oczach, końcówki krótkich jasnych włosów miała, nie wiedzieć czemu, pofarbowane na jaskrawoniebiesko. Sponad jej ramienia wystawała lufa karabinu, a znając ją, pod kurtką schowała jeszcze dwa SIG-Sauery, nóż taktyczny i zapas amunicji wystarczający na podbicie Złotej Ordy.

Zazwyczaj pogodne oblicze Andrei budziło sympatię i skłaniało obcych do otwierania przed nią serc. Teraz wystarczyłby jeden rzut oka, żeby każdy na jej widok przeszedł na drugą stronę ulicy. Napięcie ściągnęło twarz Andrei w surową, sztywną maskę. Poruszała się jak żołnierz na terytorium wroga, czujny, spodziewający się w każdej chwili kuli w plecy i gotowy w ułamku sekundy odpowiedzieć ogniem.

Za nią w progu przystanęli dwaj policjanci, łypiąc na mnie groźnie. Dziwne to może, ale nie czułam się zastraszona.

Andrea podeszła i powiedziała po cichu:

– Zostawiam cię na kilka tygodni, a ty od razu wdajesz się z paranormalnymi gliniarzami w dziecinne przepychanki?

– Taka już jestem.

Emily krzyknęła z bólu.

– Przepraszam cię. – Podeszłam do ratowników, którzy przenieśli dziewczynę na nosze. Złapała mnie mocno za rękę. – Wszystko będzie dobrze – zapewniłam ją, idąc przy noszach. – Pojedziesz do szpitala, zajmą się tam tobą.

Emily nie odpowiedziała. Ściskała moją rękę, dopóki ratownicy nie umieścili jej w karetce. Nosze z Ghastekiem załadowano do drugiego ambulansu. Potem z biura wyszła opatulona kocem brunetka, prowadzona przez dwóch sanitariuszy. Drzwiczki karetek trzasnęły i oba samochody odjechały, zawodząc jak dusze potępione.

Kiedy wróciłam do biura, była w nim tylko Andrea. Na posadzce widniała duża kałuża krwi.

– Gdzie gliny?

Wzruszyła ramionami.

– Zmyli się.

Spojrzałyśmy po sobie. Ocaliła mi tyłek. To jednak nie zmieniało faktu, że zniknęła na dwa miesiące. Coś było nie tak.

– Co ty, do diabła, wyprawiasz?! – Spiorunowała mnie wzrokiem. – Jakim cudem skończyłaś oblężona przez paranormalnych we własnym biurze, i to z trojgiem nekromantów? Gliniarze byli gotowi przypuścić szturm! Zwariowałaś?

– I vice versa! Gdzieś ty się podziewała? Zapomniałaś, jak się używa telefonu?

Andrea skrzyżowała ręce na piersiach.

– Zostawiłam ci list!

– Świstek, przez który omal nie dostałam zawału!

Zadzwonił telefon. Co znowu? Pomaszerowałam do biurka i podniosłam słuchawkę.

– Słucham?

– Nic ci nie jest? – odezwał się Curran.

Absurdalne, ale kiedy usłyszałam ten głos, natychmiast poczułam się lepiej.

– Nic.

– Potrzebujesz pomocy?

Zachowywał spokój absolutny. Czyli że był o włos od przybycia mi na ratunek.

– Nie, wszystko w porządku. – Z niewiadomego powodu wnętrzności zbiły mi się w kamień. Mogłam zostać postrzelona i już nigdy bym go nie zobaczyła. To było całkiem nowe i niechciane uczucie. Wspaniale, zaczęłam czuć niepokój. Może gdybym trzepnęła się wystarczająco mocno, udałoby mi się go pozbyć?

Z trudem wydobyłam z siebie słowa. Głos miałam spięty.

– Kto zakapował?

– Nasłuchujemy bez przerwy częstotliwości policyjnych. Radiowcy dali znać Jimowi, w razie gdyby trzeba było szturmować siedzibę PWKZP, żeby cię odbić. Ja dowiedziałem się przypadkiem. Zobaczyłem, jak Jim idzie korytarzem i chichocze pod nosem.

Zanotowałam w pamięci, żeby przy najbliższej okazji grzmotnąć Jima w bark.

– Rozbawiło go to, tak?

– Mnie nie.

Nie dziwię się.

– Sytuacja była podbramkowa, ktoś mógł umrzeć, a ja mogłam coś na to poradzić. Jedna taka dziewczyna... Zresztą nieważne. Nic mi nie jest. Będę w domu na obiad.

– Jak sobie życzysz.

Serce mi podskoczyło. Ja ciebie też kocham.

Napięcie w głosie Currana zelżało.

– Na pewno nie potrzebujesz ratunku z rąk rycerza na białym koniu?

Kamień w żołądku rozpuścił się. Mój rycerz na białym koniu, ha.

– Jasne, jeśli tylko masz jakiegoś na podorędziu.

– Myślę, że dam radę jakiegoś wygrzebać. Ratować cię trzeba dość regularnie, więc...

– Jak wrócę, to kopnę cię w łeb. Niejeden raz.

– Zawsze możesz spróbować. Pewnie potrzeba ci trochę ruchu po takim całodziennym kiśnięciu za biurkiem.

– Wiesz co? Nie odzywaj się do mnie.

– Cokolwiek sobie życzysz, słonko.

Zaczął się ze mną drażnić. Warknęłam do słuchawki.

– Czekaj, zanim się rozłączysz... Wysłałem Jacksona i Martina, żeby wytropili Julie. Wieczorem powinniśmy już coś wiedzieć.

– Dzięki.

Rozłączyłam się. Trzeba mnie ratować! Drań. Nie tylko, że go kopnę. Kopnę go tak, że aż poczuje!

– Widzę, że nic się nie zmieniło – podsumowała Andrea z uśmiechem. Uśmiech ten jednak miał kruche krawędzie. – Miesiąc miodowy trwa. Nadal pijecie sobie tęczowy nektar z dzióbków i zagryzacie czekoladowymi serduszkami?

Wysunęłam bojowo podbródek.

– Gdzie mój pies?

– Zżera mi tapicerkę w furgonetce.

Rozejrzałyśmy się po biurze. Gdybyśmy wpuściły tu Grendela, zaraz zacząłby zlizywać krew.

Poszłam na zaplecze, wzięłam szmaty, wodę utlenioną i wiadro. Andrea odłożyła karabin i zakasała rękawy.

Uklękłyśmy i zabrałyśmy się do czyszczenia plamy.

– Sporo tej krwi – skrzywiła się Andrea. – Myślisz, że dziewczyna przeżyje?

– Nie wiem. Oberwała parę kulek z M240B. Nogę ma w strzępach. – Wykręciłam ścierkę nad wiadrem.

– Jak to się stało?

Miałam ochotę chwycić Andreę i potrząsać, póki nie dowiem się, gdzie była przez te dwa miesiące. Najważniejsze, że wróciła, że ze mną rozmawia. Wiedziałam, że wcześniej czy później wydobędę z niej całą historię.

– Zadzwonił Ghastek. Powiedział, że jeden z wampirów zerwał im się ze smyczy i że biegnie w tę stronę. Wyszłam i złapałam wampira. Przywiązałam go łańcuchem do drzewa. Niedługo potem Ghastek był już na tyle blisko, że złapał z nim więź. Jego ekipa i PWKZP pojawili się w tej samej chwili. Jednostka Szybkiego Reagowania przywiozła dużą pukawkę. Zamienili parę słów i nagle Ghastek zemdlał.

Andrea zamarła ze szmatą w dłoniach.

– Jak to: zemdlał?

– Zaliczył zjazd. Zderzył się z chodnikiem. Omdlał niczym południowa piękność po pierwszym pocałunku. Globus w wersji krańcowej.

– Dziwne...

– Oczy uciekły mu w tył czaszki, a potem runął, jakby go ktoś walnął. – Wylałam na posadzkę trochę czystej wody. – Wtedy ślepia wampira rozbłysły na czerwono, a PWKZP otworzył ogień. Ghastek miał ze sobą troje ludzi. Facet zginął zaraz na początku, a wampir się rzucił na ciało.

– A potem?

– Potem to ściągnęłam Ghasteka i te dwie laski do biura i zatarasowaliśmy się tu. Resztę już wiesz.

– Lepiej nie odmawiać wpuszczenia PWKZP – westchnęła Andrea. – Nie lubią tego.

– No co ty nie powiesz? – Może na przykład coś o tym, gdzie się podziewałaś przez te dwa miesiące? Wstąpiłaś do klasztoru? A może do Legii Cudzoziemskiej?

– Mogłaś zawiadomić Kasyno. Uruchomiliby armię prawników. – Andrea polała podłogę wodą utlenioną.

Wyprostowałam się.

– Ci z Jednostki Szybkiego Reagowania mają nerwowe palce. Byli wciąż na haju po zdjęciu tego wampira. Jeszcze przez pięć minut walili z karabinu w beton. Czysta nadgorliwość. Lepiej poczuliby się tylko wtedy, gdyby mogli rozwalić kolejnego wampira. Albo i kilka. Gdybym zadzwoniła do Kasyna, to bez względu na ostrzeżenia, i tak przysłaliby tu krwiopijcę. To zawsze pierwsza reakcja Rodu. PWKZP zabiłby go, a Ród wziął odwet. Spirala przemocy, chaos, a ja chciałam, żeby wszyscy się uspokoili, bo tylko tak dało się uratować Emily.

– Ghastek mówił, jak to się stało, że wampir wyrwał się spod kontroli?

Skrzywiłam się.

– Wspominał coś o omdleniu ciężarnej nawigatorki.

Andrea zmarszczyła nos w grymasie charakterystycznym dla zmiennokształtnych.

– Coś mi tu śmierdzi.

Miała rację. Dwoje nawigatorów mdlejących podczas sterowania tym samym wampirem? I to Ghastek? Zemdlał? To nieprawdopodobne.

Wzięłam suchą ścierkę i starłam utleniacz. Plama wyglądała już całkiem znośnie. Jednak krew zostawała na zawsze, nawet jeśli była już niewidoczna. Moje biuro zostało ochrzczone krwią Emily. Hura!

Wrzuciłam szmaty do wiadra i popatrzyłam na Andreę.

– Miałam kiepski dzień.

– Właśnie widzę.

– PWKZP pewnie chce mnie zamknąć, Ród znajdzie powód, żeby obwinić mnie za śmierć wampira i żądać rekompensaty, a Curran już wie, że narażałam życie w obronie Pana Umarłych, czyli czeka mnie obiad okraszony suto tłumaczeniami, ponieważ Jego Wysokość uważa, że jestem ze szkła. Gdybym oberwała i Gromada dowiedziałaby się, że towarzyszka i mysio-pysio Władcy Bestii została ranna w wyniku bajzlu, którego narobił Ród, zmiennokształtni dostaliby zbiorowego ataku apopleksji i ruszyli szturmować Kasyno.

– Uhm. Zignoruję, że nazwałaś siebie mysiem-pysiem. Jaka jest puenta tej tyrady?

– Taka, że skończyła mi się cierpliwość. Powiesz mi, gdzie byłaś, kiedy cię nie było. Natychmiast.

– Albo? – Andrea zadarła wyzywająco podbródek.

Właśnie, albo co?

– Albo walnę cię w szczękę.

Andrea zamarła. Przeszło mi przez głowę, że zaraz ucieknie. Ale nie, westchnęła tylko.

– A dostanę najpierw trochę kawy?

Usiadłyśmy w kuchni przy starym, podrapanym stole. Zaparzyłam kawę i nalałam do kubków.

Andrea zapatrzyła się w ciemną ciecz w swojej filiżance.

– Byłam od północnej strony dziury, kiedy twoja ciotka pojawiła się na swój finałowy występ. I byłam wciąż wkurzona na... różne rzeczy, więc nie myślałam jasno. Wybrałam sobie miejscówkę przy rumowisku na obrzeżu wyrwy i przygotowałam karabin. Wtedy wydawało mi, że to świetny pomysł. Kiedy twoja ciotka zrobiła wielkie wejście, postanowiłam ustrzelić ją w oko. Niestety, poruszyła się i chybiłam. A potem rozpętała ogniste piekło. I wtedy wcześniejsze rozkojarzenie kopnęło mnie w tyłek. Nie przemyślałam strategii odwrotu. Zostałam zgrillowana jak żeberka. Kiedy zeskrobali mnie z gruzów, ponad czterdzieści procent ciała pokrywały oparzenia trzeciego stopnia. Ból był zbyt wielki, nie dałam rady, straciłam przytomność. I najwyraźniej przemieniłam się w szpitalnym łóżku.

Cholera. Lyc-V, wirus zmiennokształtności, wykradał kawałki DNA nosiciela i przenosił na kolejną ofiarę. W większości wypadków zwierzęce DNA zostawało zaszczepione ludzkiemu nosicielowi, co skutkowało przemianą w zwierzołaka – człowieka przybierającego formę zwierzęcą. Czasami jednak działo się na odwrót, i wtedy jakieś nieszczęsne zwierzę kończyło jako człowiekołak. Większość stawała się istotami godnymi pożałowania, niewydolnymi umysłowo szaleńcami, niezdolnymi przystosować się do reguł rządzących społeczeństwem. Nie pojmowali istoty prawa, a to czyniło z nich nieprzewidywalne, groźne bestie. Zwyczajni zmiennokształtni z miejsca je zabijali.

Jednakże, jak w wypadku każdej reguły, i tu zdarzały się wyjątki. Należał do nich właśnie ojciec Andrei, hienoczłowiek. Andrea prawie go nie pamiętała. Dowiedziała się tylko, że miał umysłowość pięciolatka. Co nie przeszkodziło mu w parzeniu się z matką Andrei, hienołakiem, czy też boudą, bo takie określenie preferowali. Dzięki krwi ojca Andrea była zwierzydłakiem. Wiele przeszła, aby to ukryć. Po wstąpieniu do Zakonu uciekała się do okrutnych, bolesnych metod, żeby przejść przez wymagane testy, aż wreszcie ukończyła Akademię i została wybitnym rycerzem. Szybko awansowała w łańcuchu dowodzenia, aż po pewnej nieudanej sprawie została przeniesiona do Atlanty.

Przełożony delegatury Zakonu w Atlancie, rycerz obrońca Ted Moynohan, wyczuwał, że z Andreą jest coś nie tak, a choć nie potrafił tego dowieść, delegował ją do zadań w roli wsparcia. Ted nie tylko nie patyczkował się ze zmiennokształtnymi, w ogóle nie uważał ich za istoty ludzkie. Między innymi z tego powodu odeszłam ze służby. Andrea jednak pozostała fanatycznie lojalna wobec Zakonu. Służba w Zakonie była dla niej honorem, chwalebną powinnością, symbolizowała poświęcenie się wyższej sprawie. Przemiana w szpitalnym łóżku z przytupem i fajerwerkami zdradziła to, co Andrea tak skrzętnie ukrywała.

Andrea uparcie wbijała wzrok w filiżankę. Zwarła szczęki z zaciętą miną, jakby dźwigała pod górę ciężkie brzemię i była zdeterminowana wnieść je na szczyt.

– Sprawa z twoją ciotką nie potoczyła się dobrze. Ted wezwał wszelkie możliwe posiłki. Zginęło dwunastu rycerzy, między innymi dwóch mistrzów oręża, jeden rycerz wróżbita i mistrz rzemiosła. Siedmiu kolejnych zostało ciężko rannych. Zakon zarządził śledztwo. A ponieważ moja natura i tak wyszła na jaw, uznałam, że to dobry moment na udowodnienie przydatności rycerzy takich jak ja.

Teraz wszystko stało się jasne. To była jej krucjata. A ja nie zauważyłam, co się święci. W rozmowie wcześniej, zanim opuściłam Zakon, Andrea nie zgadzała się z moją decyzją, twierdząc, że powinnam zostać i wraz z nią walczyć od wewnątrz o wprowadzenie zmian. Powiedziałam jej, że nawet gdybym chciała, to i tak nie mam szans. Nie byłam pełnoprawnym rycerzem, moja opinia się nie liczyła. Co innego jej, rycerza, odznaczonego weterana. W tym, co się stało, ujrzała okazję do działania.

Pociągnęła łyk kawy i prychnęła.

– Do licha, Kate, wiem, że jesteś na mnie zła, ale nie musisz od razu poić mnie starym olejem silnikowym.

– Najmarniejszy żart, jaki od ciebie słyszałam. Nie przeciągaj, tylko mów, co się stało.

Kiedy zerknęła na mnie znad filiżanki, omal się nie cofnęłam. Jej pozbawione życia oczy przepełniała gorycz.

– Wzięłam adwokata, najlepszego na Południu. Twierdził, że mamy szanse, żeby coś ruszyć. W Zakonie jest więcej takich jak ja. Nie w stu procentach ludzi. Chciałam, żeby i oni mieli łatwiej. Prawnik doradził, żebym odcięła się całkiem od zmiennokształtnych, dlatego napisałam ten list do ciebie. Zamierzałam zostawić też Grendela, ale musiałam wyjechać w pośpiechu, więc zapakowałam go samochodu i pojechaliśmy do Wilczych Sideł.

Wilcze Sidła w Wirginii, kwatera główna Zakonu. A tam już wszyscy wiedzieli, że Andrea jest zwierzydłakiem. Musiała przejść przez piekło.

Andrea poskrobała rant filiżanki, jakby chciała zetrzeć niewidzialny brud. Jeszcze trochę i wydłubie dziurę.

– Harowaliśmy jak woły przez miesiąc, dwadzieścia cztery godziny na dobę, gromadziliśmy dokumentację, każdy skrawek papieru z moich akt. Na przesłuchaniu adwokat przemawiał trzy bite godziny, z pasją przedstawiał każdy argument świadczący na moją korzyść. Mieliśmy wykresy, statystyki, moje odznaczenia. Mieliśmy wszystko.

Żołądek zestalił mi się w bryłę lodu, przeczuwałam, dokąd to zmierza.

– I?

Andrea przygarbiła się i otworzyła usta.

Nie wydusiła ani słowa. Zamknęła je.

Czekałam cierpliwie.

Andrea pobladła. Siedziała sztywno, zaciskając wargi. W jej oczach przetoczył się czerwonawy blask – cień hieny wyzierającej pod wpływem napięcia.

Wreszcie rozwarła zaciśnięte szczęki. Głos wydobywający się z jej gardła był obojętny, przesiany przez sito jej woli tak gęste, że pozbawiony każdej okruszyny emocji.

– Awansowali mnie na mistrza oręża i odesłali na wcześniejszą emeryturę ze względu na niezdolność do pełnienia służby. Oficjalna diagnoza to zespół stresu pourazowego. Decyzja jest ostateczna i nie mogę się od niej odwołać. Nie mogę ich nawet oskarżyć o dyskryminację, bo w rozkazie nie ma mowy o moim pochodzeniu. Zakon po prostu nie przyjął tego do wiadomości, jakby kwestia nie istniała.

Skurwysyny. Nie tylko wyrzucili Andreę na zbity pysk, dodali do tego liścik do wiadomości innych: „Możesz być najlepszy, ale jeśli nie jesteś człowiekiem, to nie ma znaczenia”.

– Nie dałam rady. – Ostatnie słowa Andrea wypchnęła z widocznym wysiłkiem.

Służba w Zakonie była dla niej czymś więcej niż zawodem. Była całym życiem. Zmiennokształtni, wśród których się wychowała, napiętnowali ją z powodu ojca. Matka okazała się zbyt słaba, by jej bronić. Zanim Andrea skończyła dziesięć lat, nie było w jej ciele kości, która nie zostałaby złamana. Andrea odrzuciła każdy okruch zmiennokształtności. Zamknęła swoją naturę głęboko i poświęciła życie na stanie się człowiekiem, na balansowanie pomiędzy słabością a siłą. I była w tym cholernie dobra. A teraz Zakon uczynił z niej pariasa. Zdradził ją.

– Nie mam już nic. – Uśmiechnęła się wymuszenie z miną, jakby lada moment miała się rozsypać. – Ani pracy, ani tożsamości. Gdyby policjanci przyjrzeli się dokładniej, zauważyliby na odznace adnotację o emeryturze. Ludzie, których uważałam za przyjaciół, nie odzywają się do mnie, jestem jak trędowata. Po powrocie do Atlanty zadzwoniłam do tutejszej siedziby Zakonu i poprosiłam Shane’a. Przejął zbrojownię, kiedy odeszłam, a zostawiłam parę sztuk prywatnej broni. Chciałam ją odzyskać.

Shane był typowym rycerzem, bez zobowiązań, bez rodziny, w najlepszej kondycji fizycznej, kompetentny, pryncypialny. Ode mnie trzymał się na dystans, nie umiejąc umieścić mnie nigdzie konkretnie w hierarchii Zakonu, ale z Andreą mu się układało. Zgodnie współpracowali, a nawet darzyli się sympatią.

– I co tam u niego? – zapytałam.

Oczy Andrei zaiskrzyły oburzeniem.

– Nie chciał ze mną rozmawiać. Wiem, że był w pracy, bo Maxine odebrała mój telefon i wiesz, że mówi takim nieobecnym tonem, kiedy jednocześnie rozmawia z kimś telepatycznie? No to właśnie tak było. Pewnie pytała go, czy odbierze, a potem powiedziała, żeby zostawić dla niego wiadomość. A Shane nie oddzwonił.

– Shane to dupek – oświadczyłam stanowczo. – Raz wracałam na mule z pracy, a lało, jakby ktoś wiadrami chlustał, prawie nic nie widziałam przez deszcz i wyobraź sobie, że widzę, jak biega sobie w pełnym rynsztunku. Zapytałam, po co to robi, a on, że ma wolne, więc postanowił potrenować, żeby poprawić swój czas o dwadzieścia sekund i wyrównać wynik do okrągłych trzystu na skali PE. Facet nie ma własnego mózgu. Kiedy otwiera usta, wypada stamtąd regulamin Zakonu.

W prawdziwej walce te dwadzieścia sekund mniej w niczym by Shane’owi nie pomogło. Ja potrafiłabym zabić go w jedną. Traktował każde starcie jak pojedynek turniejowy, w którym liczy się zbieranie punktów. I pomimo jego bezspornej gorliwości Zakon też go rozgryzł. Wszyscy rycerze zaczynali karierę w randze obrońcy i mieli dziesięć lat na wykazanie się. Jeśli nie wyróżniali się niczym szczególnym, kończyli jako mistrzowie obrońcy, szeregowi pracownicy organizacji. Shane miał ambicje na więcej, ale po dziewięciu latach służby Ted nie wydawał się zainteresowany awansowaniem faceta.

Andrea skrzyżowała ramiona.

– Nie chodzi konkretnie o Shane’a, mam go gdzieś. Był po prostu ostatnią kroplą przepełniającą czarę goryczy. A wracając. Po przesłuchaniu zaszyłam się z Grendelem w domu i lizałam rany. Ale ileż można gadać z psem? Poza tym Grendel zjada różne rzeczy, które mogą mu zaszkodzić. Na przykład dywaniki albo armaturę. Wyobraź sobie, że wygryzł mi dziurę w kuchennej podłodze. W całkiem gładkiej powierzchni!

– Żadna niespodzianka.

Tylko ona i przeraźliwie wielki, cuchnący pudel, zamknięci w mieszkaniu. Żadnych przyjaciół, gości, żadnego oderwania od przykrych myśli. Siedziała tam sama, pogrążona w nieszczęściu, zbyt dumna, by podzielić jego ciężar z kimś innym. Zachowałabym się tak samo. Tyle że teraz ktoś czekał na mnie w domu, a gdybym spóźniła się więcej niż dwie godziny, przewróciłby miasto do góry nogami, żeby mnie znaleźć. Andrea nie miała nikogo takiego. O Rafaelu nawet się nie zająknęła.

– Miałam w domu książkę o szkoleniu psów – podjęła. – Wyczytałam w niej, że Grendel potrzebuje stymulacji, więc usiłowałam go tresować, ale on chyba jest niedorozwinięty. Wreszcie uznałam, że chciałabyś odzyskać swojego psa, więc przyjechałam. Do tej pory pewnie zdążył pożreć deskę rozdzielczą.

Oby tylko. Bo niewykluczone, że zarzygał też podłogę i nalał na to wszystko. Odchyliłam się na oparcie.

– Co teraz zamierzasz?

Andrea wzruszyła ramionami, nerwowo, wymuszenie.

– Nie wiem. Zakon przyznał mi dożywotnie świadczenia, kazałam im je wsadzić sobie w dupę. Nie zrozum mnie źle, wiem, że na nie zasłużyłam, ale po prostu ich nie chcę.

Też bym nic od nich nie wzięła.

– Odłożyłam trochę, więc nie muszę natychmiast szukać pracy. Może wybiorę się na ryby? W końcu będę musiała zacząć zarabiać, pewnie zaczepię się gdzieś w policji czy coś, ale jeszcze nie teraz. Dokładnie sprawdzają przyszłych pracowników, a ja nie jestem na to gotowa.

– A co byś powiedziała na pracę u mnie?

Andrea wytrzeszczyła oczy.

– Nie mam co prawda klientów i płacę marnie...

Nadal się tylko gapiła. Trudno było stwierdzić, czy w ogóle mnie słyszy.

– A nawet jeśli interes nagle rozkwitnie, i tak nie będę mogła płacić ci tyle, na ile zasługujesz. – Brak reakcji. – Ale jeśli nie masz nic przeciwko siedzeniu ze mną w biurze, piciu oleju silnikowego i paplaniu o niczym, to...

Andrea ukryła twarz w dłoniach.

O, do diabła! Co teraz? Mówić coś? Nic nie mówić?

Zaczęłam mówić lekkim tonem:

– Mam jeszcze jedno biurko. No i jeśli PWKZP pofatyguje się zamknąć mój biznes, mogę potrzebować snajpera, bo sama nie ustrzelę krowy z dziesięciu metrów. W razie szturmu mogłybyśmy przewrócić biurka, zrobić z nich osłony i rzucać granatami...

Ramiona Andrei zadrżały lekko.

Płakała. Niech to szlag.

Siedziałam zdrętwiała, nie wiedząc, co robić.

Andrea nie wydała najmniejszego dźwięku, choć nadal wstrząsało nią łkanie.

Oderwałam tyłek od krzesła i przyniosłam chusteczkę. Andrea wzięła ją ode mnie i przycisnęła do twarzy.

Współczujące gesty pogorszyłyby sprawę. Pragnęła zachować godność – tylko to jej zostało – a ja musiałam jej w tym pomóc, nie utrudniać. Udawałam, że piję kawę, i gapiłam się w kubek. Andrea ocierała łzy, udając, że wcale nie płacze.

Trwało to jeszcze chwilę, podczas której obie zakłopotane, z ponurą determinacją udawałyśmy, że nic się nie dzieje. Zaczęłam się bać, że lada moment mój kubek rozpadnie się pod naporem mojego spojrzenia.

Andrea wyczyściła nos.

– Masz w ogóle czym strzelać do tych glin? – zapytała trochę ochryple.

– Na górze jest arsenalik. Gromada zaopatrzyła mnie w jakąś broń i amunicję. Wszystko leży w pudełkach po lewej.

– Tekturowych? – zapytała Andrea ze zgrozą.

– Uhm.

Aż jęknęła.

– Nie znam się na broni palnej. Co innego, gdyby kupili mi miecze. I tu właśnie wkraczasz ty...

Andrea wstała i uściskała mnie. Trwało to ułamek sekundy. Zanim się obejrzałam, biegła już po schodach, ściskając w ręku chusteczkę.

Ta najlepszoprzyjaźń dawała mi nieźle popalić.

Na górze rozległy się stukoty i brzękanie.

W porządku. Nadszedł czas na kolejny punkt programu. Zabrałam z biurka kluczyki Andrei i poszłam wydostać Grendela, zanim pożre cały samochód.

Rozdział 4

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 5

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 6

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 7

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 8

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 9

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 10

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 11

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 12

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 13

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 14

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 15

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 16

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 17

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 18

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 19

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 20

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 21

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 22

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział 23

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Epilog

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

SStworzenie tej książki, jak większości książek, wymagało więcej wysiłku, niż zakłada się na początku. W osiągnięciu celu pomogło nam wiele osób. Chcielibyśmy podziękować im za wsparcie, cierpliwość i kompetentne wskazówki.

Anne Sowards, naszemu wydawcy, za wiarę w nas, pomimo przesłanek, że na nią nie zasługujemy.

Nancy Yost, naszemu agentowi, za nieustające wsparcie i zaciekłą walkę o naszą sprawę.

Michelle Kasper, redaktor technicznej, i Andromedzie Macri, asystentce wydawcy, za przekształcenie naszego rękopisu w książkę i za powstrzymanie się od zniszczenia nas potężnymi mocami umysłów za niedotrzymywanie terminów.

Judith Murello Lagerman, dyrektor artystycznej; Annette Fiore DeFex, projektantce okładki; Chadowi Michaelowi Wardowi, grafikowi, za stworzenie niesamowitej okładki.

Amy J. Schneider, adiustatorce za jej obłąkańcze umiejętności adiustatorskie.

Wielkie podziękowania dla Kat Sherbo, asystentki Anne – e-maile nie kłamią, naprawdę jesteśmy szaleni.

Oraz dla Rosanne Romanello, specjalistce od reklamy, za promowanie naszych prac.

Jesteśmy również wdzięczni Skye i Aubrey, najlepszemu zespołowi prawników, jakich miała Gromada, za pomoc przy kwestiach dotyczących nieruchomości zmiennokształtnych, oraz Noi Rubenstein za pomoc przy interpretacji legendy o Rolandzie.

Jak zwykle, naszym dzielnym beta-readerom za wielkoduszność i wspaniałe wskazówki, mimo że byli ciągle torturowani na wpół surowymi brudnopisami. Dziękujemy Beatrix Kaser, Ying Chumnongsaksarp, Reece Notley, Hasnie Saadani, Jeanine Rachau, Michaelowi Finnowi i Chrissy Peterson.

Dziękujemy Jeaniene Frost i Jill Myles. Jesteście wspaniałymi przyjaciółmi.

Peterowi Honingstockowi za oszczędzenie nam frustracji, dzięki znajdowaniu odpowiednich źródeł w rekordowym tempie.

Dziękujemy wreszcie sobie wzajemnie za to, że się nie pozabijaliśmy, oraz kanałowi A&E – kiedy byliśmy załamani naszymi umiejętnościami pisarskimi, wy zawsze pokazywaliście coś jeszcze bardziej przygnębiającego.

Ilona Andrews

To pseudonim, którego używa małżeństwo pisarzy. Ilona jest z pochodzenia Rosjanką. Gordon służył w armii Stanów Zjednoczonych. Wbrew powszechnemu mniemaniu Gordon nigdy nie był oficerem wywiadu z licencją na zabijanie, a Ilona nie była tajemniczą rosyjską kobietą szpiegiem, która go uwiodła. Spotkali się w szkole, na zajęciach z podstaw pisania, które Ilona ukończyła z wyższą oceną (czego Gordon wciąż nie może przeboleć).

Mieszkali w różnych regionach Stanów Zjednoczonych i imali się różnych zajęć. Aktualnie wraz z dwiema córkami, trzema psami i trzema kotami osiedli w Georgii i poświęcili się pisaniu na pełen etat.

Wspólnie stworzyli dwa cykle powieściowe – świetnie sprzedającą się urban fantasy o Kate Daniels i romantyczną urban fantasy The Edge. Aktualnie pracują nad kolejnymi tomami obu serii.

copyright © 2011 by Andrew Gordon and Ilona Gordon copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., lublin 2016 copyright © for translation by Marek Najter

tytuł oryginału Magic Slays

wydanie i

isbn 978-83-7964-104-8

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

projekt i adiustacja autorska wydania Eryk Górski, Robert Łakuta

projekt oraz ilustracja na okładce black gear Paweł Zaręba

redakcja Karolina Kacprzak

korekta Agnieszka Pawlikowska

skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

sprzedaż internetowa

zamówienia hurtoweFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

wydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabryka