Szlak Srebrnych Mgieł - Joanna Tekieli - ebook + audiobook

Szlak Srebrnych Mgieł ebook i audiobook

Joanna Tekieli

4,4

Opis

Szlak Srebrnych Mgieł miał być wyprawą życia dla Beaty i Witka. Los chciał jednak inaczej, a z pięknych planów pozostały zgliszcza. Jej ukochany mąż Witek, druga połowa pomarańczy, ginie w wypadku samochodowym. Zostaje ból, pustka, samotność i tęsknota za ukochanym. Co noc Beata śni, że razem z mężem przemierzają urzekający Szlak Srebrnych Mgieł. Wreszcie kobieta podejmuje wyzwanie i wyrusza w podróż, by w rocznicę ślubu stanąć nad Kruczym Wąwozem. Czy starczy jej odwagi i determinacji, by osiągnąć cel? Czy na szlaku odnajdzie wewnętrzny spokój?
Nie szukajcie Szlaku Srebrnych Mgieł na mapach, w przewodnikach i w internecie. Nie znajdziecie go tam. Każdy z nas ma swoją własną drogę. Przemierzamy ją przez całe życie i tylko od nas zależy, czy spotkamy na niej krystalicznie czyste jeziora, polany pełne kwiatów, srebrne mgły, zachwycające wschody i zachody słońca, konstelacje gwiazd i dzikie konie.
Powodzenia na Szlaku Srebrnych Mgieł!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 311

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 0 min

Lektor: Agnieszka Krzysztoń

Oceny
4,4 (188 ocen)
113
43
26
6
0
Sortuj według:
galziel

Nie oderwiesz się od lektury

Jest to niebanalna powieść o wychodzeniu z żałoby i budzącym się na nowo uczuciu. Polecam tę lekturę.
00

Popularność




Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Damasiewicz

Zdjęcia na okładce

© moayad | stock.adobe.com

Redakcja

Beata Wojciechowska-Dudek

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz przygotowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Anatta sp. z o.o.

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice 2020

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

[email protected]

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: LIBER S.A.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

www.liber.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2020

ISBN 978-83-66573-49-9

Książkę dedykuję wszystkim kobietom – z życzeniami, abyście przemierzały swój szlak z podniesioną głową i żeby w każdej wędrówce towarzyszyła Wam wiara w siebie oraz przekonanie, że się uda!

Przedmowa

Droga Czytelniczko i drogi Czytelniku! Nie szukajcie Szlaku Srebrnych Mgieł na mapach, w przewodnikach i w sieci internetowej. Nie znajdziecie go tam. Jest on bowiem kompilacją wielu szlaków występujących na całym świecie, na różnych szerokościach i długościach geograficznych. Jego fizyczne położenie nie ma znaczenia, bo znajduje się znacznie bliżej, niż myślicie: w duszy każdego i każdej z nas. Przemierzamy go przez całe życie i tylko od nas zależy, jakie widoki staną się naszym udziałem. Czy utkniemy w jednym miejscu, zatrzymamy się przed pierwszą trudną ścianą, sparaliżuje nas strach przed przepaścią i zawrócimy, czy też pokonamy słabości i pójdziemy dalej w palącym słońcu i upale, podczas nawałnic, burz i deszczów lub pod spokojnym błękitnym niebem, czując łagodny powiew wiatru we włosach.

Nie na wszystko na tej drodze mamy wpływ, nie wszystko możemy przewidzieć. Od nas jednak zależy to, czy dostrzeżemy w sobie i wokół siebie krystalicznie czyste jeziora, polany pełne kwiatów, srebrne mgły, zachwycające wschody i zachody słońca, konstelacje gwiazd i dzikie konie.

Rozejrzyjcie się i pozwólcie sobie na zachwyt nad światem – tym, który nas otacza, i tym, który nosicie w sobie.

ROZDZIAŁ 1

Ze Szlaku Srebrnych Mgieł roztaczały się oszałamiające widoki, które poruszały do głębi. Cała dolina aż po horyzont pokryta była kolorowym kobiercem łubinów, a wzgórze porastały wysokie białe kwiaty, których nazwy Beata nie znała. Wiedziała tylko, że są zachwycające, a ich subtelne płatki i postrzępione listki wyglądają jak małe dzieła sztuki. Wiatr kołysał nimi delikatnie, dzięki czemu wydzielały zapach tak intensywny i upajający, że aż kręciło się jej w głowie. Na szczęście miała przy sobie Witka – jego silna dłoń obejmowała jej talię, dając poczucie bezpieczeństwa. Odurzeni tą wonią, zaczarowani błękitem nieba i zielenią traw stali tak blisko siebie, że słyszała szybkie bicie jego serca. Beata czuła się tak szczęśliwa, jak jeszcze nigdy w życiu.

– Boże, jak tu pięknie! Miałeś rację, warto było – szepnęła do Witka, a on uśmiechnął się w ten swój niesamowity sposób, który zawsze, nawet wiele lat po ślubie, sprawiał, że miękły jej kolana.

Jasne włosy Beaty rozwiewał ciepły wiatr, który niósł w sobie aromat żywicy, łubinów i ziół.

Tak pachnie lato – pomyślała. I tak pachnie miłość.

Kiedy się obudziła, długo leżała z zamkniętymi oczami, próbując zatrzymać pod powiekami ten obraz. Jeszcze przez chwilę miała wrażenie, że wciąż widzi promienny uśmiech męża, ale odgłosy poranka nieubłaganie wkradały się w jej podświadomość, nie pozwalając ponownie zapaść w sen, w którym była tak bardzo beztroska.

Otworzyła oczy i spojrzała w okno. Wstawał piękny, słoneczny dzień. Złote promienie wciskały się pomiędzy zaciągnięte rolety, rozjaśniając wnętrze jej sypialni. Usiadła na łóżku i poczuła, że pod powiekami zbierają się łzy. Kontrast pomiędzy jej życiem a tym, co przeżyła we śnie, był tak wielki, że wolałaby nigdy się nie obudzić.

Po co to wszystko? – pomyślała.

Byli z Witkiem małżeństwem przez dziewięć lat. Udanym małżeństwem, w którym oboje czuli się bezpieczni i spełnieni, mimo że nie mieli dzieci. Była to ich świadoma decyzja – do końca chcieli pozostać dla siebie najważniejsi i jedyni. Z nikim nie chcieli się dzielić, pielęgnowali swoje szczęście tylko we dwoje i w zupełności wystarczali sobie nawzajem. Gdy minęła ich dziewiąta rocznica ślubu, od razu zaczęli planować, jak będą obchodzić cynowe gody. Marzyli, aby ta symboliczna, okrągła, dziesiąta rocznica była wyjątkowa i niezapomniana. I może za bardzo się na to nastawiali, za wiele oczekiwali?

Los nie lubi, jak się robi zbyt dalekosiężne plany – pomyślała z bólem Beata, wspominając ostatnie miesiące.

Wyprawa Szlakiem Srebrnych Mgieł miała być ich wspólnym dokonaniem. Właśnie tak zamierzali uczcić te dziesięć lat: tylko we dwoje, wśród wspaniałych krajobrazów i dzikiej przyrody, wędrując po górach, lasach i dolinach, podziwiając malownicze jeziora, strumienie, polany i kaniony. Wolni, szczęśliwi, wytrwali i dumni po pokonaniu kolejnych kilometrów. Ta podróż miała jeszcze bardziej zbliżyć ich do siebie, dołożyć kolejną nić do tych pozostałych setek, które splatały coraz mocniej ich życia. Nićmi tymi były małe i duże rytuały, poświęcenia, radości, wspólne zachwyty i rozkosze, smutki i stresy, osiągnięcia i marzenia.

– Zobaczysz, to najwspanialszy szlak w całej Ameryce! – przekonywał Witek Beatę niezbyt zachwyconą perspektywą wielodniowej tułaczki. – Czytałem o nim! Będziemy sypiać pod gołym niebem, wpatrując się w Mleczną Drogę, bo nigdzie nie widać jej tak wyraźnie, jak stamtąd! Będziemy podziwiać dzikie konie galopujące dolinami i zachwycać się wschodami i zachodami słońca. A potem staniemy nad Kruczym Wąwozem i wrzucimy tam kamień z wyrytymi naszymi imionami, na znak, że nasza miłość jest wieczna jak skała!

Beata nie była miłośniczką aż tak ekstremalnych wypadów. Owszem, towarzyszyła Witkowi podczas jego wędrówek po górach, bo mąż był ich wielkim fanem, ale sama najchętniej wybierała krótkie spacery i niezbyt forsowne trasy. Lubiła to uczucie, kiedy – pokonując ból mięśni i zmęczenie – docierała wreszcie na szczyt i zamierała z zachwytu, widząc cały świat u stóp. Ale trzytygodniowa eskapada przez ogromne, dzikie tereny to było coś zupełnie innego: wywoływała w niej niepokój i wizję trudnych do przewidzenia problemów. Entuzjazm Witka był jednak tak zaraźliwy, że w końcu ona też zapaliła się do tego projektu. Już widziała w marzeniach, jak wędrują ramię przy ramieniu, trzymając się za ręce, mając nad głową błękit nieba, a za plecami tarczę słoneczną.

Będzie pięknie! – pomyślała.

Zaczęli intensywnie się przygotowywać. Kompletowali sprzęt i każdy weekend spędzali w górach, żeby poprawić kondycję i przyzwyczaić się do wysiłku.

I po co to wszystko? – powtórzyła teraz z goryczą Beata. Leżała na wersalce i tuliła do siebie poduszkę, bezskutecznie próbując odnaleźć na niej zapach męża.

Trzy miesiące po ich dziewiątej rocznicy samochód Witka wpadł w poślizg na prostej drodze i wjechał pod koła nadjeżdżającego z przeciwka tira. Beata nigdy nie zapomni chwili, gdy w jej drzwiach stanęli policjanci. Nie musieli nic mówić, od razu wiedziała, że stało się coś strasznego, co na zawsze zmieni jej życie. Nie była pewna, jak zdołała przeżyć po tym wypadku, co się z nią działo. Nie pamiętała pogrzebu – z tego okresu został w jej umyśle tylko otępiający ból i poczucie pustki. Kilka razy zdarzyło jej się zasłabnąć, więc lekarz zaproponował terapię i odpoczynek. Tymczasem przebywanie w mieszkaniu, w którym wszystko wiązało się z Witkiem, stało się dla niej nie do zniesienia. Szybko wróciła do pracy, jednak współczujące spojrzenia koleżanek i kolegów wcale jej nie pomagały. Mało kto z nią rozmawiał, każdy zwykle rzucał jakieś zdawkowe słowa i umykał czym prędzej, wymawiając się pracą, jakby była zadżumiona.

Przecież was nie zarażę swoim nieszczęściem! – miała ochotę wykrzyczeć, ale zaciskała zęby i coraz bardziej pogrążała się w pracy.

Nic już nie miało znaczenia ani sensu. Załamana nadal przychodziła do biura, zamieniała z kimś kilka słów o pogodzie, czasem nawet uśmiechała się, ale to były pozory życia i odruchowe gesty. Gdy wracała do domu, siadała na wersalce i wpatrywała się pustym wzrokiem przed siebie, nie widząc i nie słysząc niczego, co działo się wokół.

– Musisz się wziąć w garść, musisz się pozbierać – mówili jej teściowie, którzy po śmierci Witka często zaglądali do ich mieszkania. – Beatko, jesteś jeszcze młoda, całe życie przed tobą.

Kiwała głową, żeby teściowa poczuła się lepiej, ale w duchu krzyczała do niej, że żadnego życia już przed sobą nie widzi.

On był moim życiem, a ty, jako jego matka, powinnaś to rozumieć – mówiły jej oczy i było w nich tyle bólu, że teściowa odwracała wzrok.

Boże Narodzenie Beata przepłakała wraz z teściową i teściem. Kiedy minęło, sądziła, że najgorszy okres ma za sobą, tymczasem najwięcej cierpień przyniosła jej budząca się do życia wiosna. Radosne trele ptaków, rozkwitające pąki na drzewach, pierwsze kwiaty wyłaniające nieśmiało główki z jeszcze zamarzniętej ziemi wywoływały w niej bunt i żal. Ten okres uwielbiali z Witkiem najbardziej. Spacerowali każdego dnia, tropiąc kolejne ślady wiosny i ciesząc się jak dzieci z nowych listków i traw.

„Nie mam żalu do wiosny, że znowu nastała. […] Rozumiem, że mój smutek nie wstrzyma zieleni”. Te słowa z wiersza Wisławy Szymborskiej Pożegnanie widokustały się jej mantrą, powtarzaną każdego dnia.

A jednak miała żal. Wolałaby, żeby wraz ze śmiercią jej męża ziemię skuł wieczny lód, tak jak stało się to z jej sercem. Nie chciała słyszeć ptasich śpiewów, patrzeć na kwitnące przebiśniegi i krokusy, buntowała się przeciwko młodym listkom. Jak to możliwe, że świat dalej istnieje jak gdyby nigdy nic – dziwiła się. Ludzie zachwycają się zapachem bzów, zrywają kwiaty, jeżdżą na wakacje, chodzą do kina, kochają się, kłócą, narzekają, śmieją się… Dla niej to wszystko już nie miało znaczenia. Teraz płaciła wysoką cenę za ich zaborczą miłość i za to, że przez wiele lat żyli tylko dla siebie, a ze światem zewnętrznym utrzymywali jedynie taki kontakt, jakiego wymagało codzienne życie.

Dłużej tak nie mogę – pomyślała w pewnym momencie.

W dziesiątą rocznicę ślubu Beata zrobiła przegląd wszystkich tabletek, jakie miała w domu, i zdecydowała, że z ich pomocą pożegna się z tym światem. Aby dodać sobie odwagi, wypiła prawie całą butelkę wódki, a potem sięgnęła po garść pastylek.

– Do zobaczenia niedługo – powiedziała do Witka, który uśmiechał się do niej ze ślubnej fotografii.

Miała wrażenie, że w jego oczach mignął jakiś cień, ale uznała, że to wynik działania alkoholu i lekarstw.

ROZDZIAŁ 2

Beata pochodziła z maleńkiej miejscowości, której na próżno byłoby szukać na mapie. Jej mieszkańcy pytani o to, gdzie mieszkają, podawali zwykle nazwy położonych w okolicy większych wsi, ale i one na ogół niewiele mówiły rozmówcom. To nie był region, który oferowałby jakieś atrakcje turystyczne, po prostu leżało tu kilka małych wiosek, w których starsi ludzie cieszyli się ciszą i spokojem, a młodzi utyskiwali na brak perspektyw i nudę.

– Co tutaj można robić? – narzekali i gdy tylko trafiała się możliwość, uciekali do miast, gdzie była praca i – jak sądzili – ciekawsze, bardziej kolorowe życie.

Beata miała sześcioro rodzeństwa, mieszkała w niedużym domu i także należała do tych, którzy odliczali dni do wyjazdu. Jej starsza siostra zaszła w ciążę w wieku szesnastu lat i wkrótce w domu przybył jeszcze jeden mieszkaniec, zabierając kolejny fragment już i tak małej przestrzeni. Najstarszy brat, gdy tylko osiągnął pełnoletniość, spakował kilka koszul i spodni i wyjechał do najbliższego miasteczka.

– Załapię się do pracy na jakiejś budowie czy coś – postanowił.

Beata nie zamierzała czekać aż tak długo. Po skończeniu podstawówki złożyła papiery do trzech liceów i do każdego została przyjęta. Wybrała to, które było położone najdalej od rodzinnej wsi. Przygotowywała się do realizacji tego planu przez dwa ostatnie lata nauki w podstawówce. Jako zdolna uczennica udzielała korepetycji tym, którzy sobie słabiej radzili, czasem pilnowała dzieci sąsiadów, pomagała w zbiorach owoców, plewieniu, sprzątaniu. Zarobione w ten sposób pieniądze odkładała skrupulatnie, w wyniku czego po odebraniu świadectwa ósmej klasy zgromadziła całkiem spore oszczędności, które miały pozwolić jej utrzymać się w mieście przez cały rok. Wiedziała, że na finansową pomoc rodziców liczyć nie może i że to właśnie będzie stanowiło największy problem.

Dam sobie radę – przekonywała się w myślach, gdy pojawiały się chwile zwątpienia.

Do miasta wyjechała, gdy trwały jeszcze wakacje. Wzięła ze sobą tylko dwie sukienki, trzy bluzki i dwie pary dżinsów kupionych w sklepach z odzieżą używaną – reszta jej ubrań nie nadawała się do pokazywania na ulicach dużego miasta.

Nawet tutaj obciach w nich chodzić – myślała, patrząc z zazdrością na koleżanki, które na niedzielną mszę przychodziły wystrojone jak na wesele. Ona nosiła ciuchy po starszej siostrze, o wiele na nią za duże, bo Marta była wysoka i tęga, a Beatka drobna i niska. Jej rodziców nie było stać na ubrania – skupiali się na tym, żeby dzieci nie chodziły głodne, a inne sprawy nie miały dla nich większego znaczenia. Decyzję Beaty o wyjeździe do szkoły przyjęli wzruszeniem ramion i kategorycznym stwierdzeniem:

– Nie stać nas.

Kiedy córka wyjaśniła, że ma oszczędności i sobie poradzi, nie zabraniali jej. Wyprowadzka oznaczała jedną osobę mniej do wykarmienia, no i przybywało nieco miejsca w domu.

– Skoro tak chcesz i masz na to pieniądze, to jedź – powiedziała mama, a tata tylko kiwnął głową i wrócił do swoich zajęć. Nie było płaczu, czułych pożegnań, przestróg i dobrych rad.

Beata dostała pokój w internacie wraz z dwiema dziewczynami, które także pochodziły z małych miejscowości. Szybko znalazły wspólny język i zachłysnęły się możliwościami, jakie niesie miasto. Nagle okazało się, że po lekcjach nie trzeba zajmować się młodszym rodzeństwem ani pomagać w gospodarstwie, za to można wybrać się do kina czy pospacerować po ulicach i pooglądać wystawy sklepów, których było tu tak dużo! Kusiły z nich wystrzałowe, modne kreacje, kolorowe okładki książek, błyszcząca tajemniczym blaskiem biżuteria albo eleganckie torebki, Beata wiedziała jednak, że nie może wydawać pieniędzy na takie rzeczy. Ubierała się w sklepach z tanią odzieżą, gdzie zawsze umiała wyszperać ładne i niezwykłe egzemplarze i przerobić je tak, żeby pasowały na jej drobną sylwetkę.

– Ty, Beatko, chyba zostaniesz projektantką mody – mówiły koleżanki zazdroszczące jej oryginalnego stylu.

W szkole radziła sobie dobrze i wkrótce zaczęła zarabiać, pomagając w nauce słabszym uczniom, a w weekendy pracowała jako kelnerka w małej knajpce przy miejskim rynku. Do domu pisała rzadko i nigdy nie czekała na odpowiedź, bo rodzice i rodzeństwo mieli ważniejsze sprawy niż jakieś tam listy. Telefonu w domu nie było wcale, tylko wójt i miejscowa lekarka pozwolili sobie na taki luksus, więc niezbyt mocne więzi rodzinne jeszcze bardziej się rozluźniły.

Gdy Beata wróciła do rodzinnej wsi na czas wakacji, poczuła się jak intruz. Jej kąt został zajęty przez najmłodszego brata, jej łóżko – przez siostrzenicę. A kiedy już opowiedziała o swoim życiu w mieście, przekonała się, że nie mają żadnych tematów do rozmów – rodzinę zaprzątały inne sprawy i inne problemy, które z kolei dla niej przestały mieć znaczenie. Po niespełna miesiącu wytłumaczyła, że czeka na nią praca, i wróciła do miasta. Nikt nie próbował jej zatrzymać. W kolejnym roku nie przyjechała wcale i miała wrażenie, że nawet tego nie zauważyli, bo nie otrzymała z domu żadnego listu.

Po maturze, gdy dostała się na upragniony wydział architektury, pojechała do domu, żeby podzielić się swoją radością, ale rodzice szybko podcięli jej skrzydła.

– Jeszcze ci się nie znudziło? – narzekała mama. – Cięgiem się uczyć będziesz? Po co ci to?

– Wszyscy tylko do miast uciekacie! – wtórował jej ojciec. – A gospodarka nam na zatracenie pójdzie! Męża byś lepiej poszukała i uczciwą pracą na roli się zajęła!

Tak, może mam tak jak wy tylko kolejne dzieci płodzić, a potem płakać, że nie mam ich czym wykarmić – buntowała się w duchu Beata, ale nie ośmieliła się powiedzieć tego na głos. Wytrzymała w domu tydzień, pomagając przy żniwach, słuchając pretensji i znosząc nieudolne próby swatania z synami najbliższych sąsiadów, po czym spakowała swoje rzeczy i poszła na przystanek autobusowy, pełna żalu i poczucia, że nikt jej nie rozumie.

Nie każdy chce żyć tak jak wy – myślała, patrząc przez szybę autobusu na pola uprawne, na których krzątali się żniwiarze. Poczuła ukłucie wyrzutów sumienia, że zostawia to wszystko, na co rodzice tak ciężko pracowali przez całe życie, ale uznała, że ma prawo kierować swoim losem tak, jak sobie to wymarzyła.

To moje życie, nie ich.

Studia okazały się ciężkie, ale pełna zapału, pracowita i wytrwała Beata radziła sobie dobrze. Na drugim roku jedna z jej profesorek poleciła ambitną i utalentowaną studentkę koleżance prowadzącej małe biuro architektoniczne. Beata współpracowała z biurem przez cały okres studiów, ucząc się nowych rzeczy i poznając tajniki zawodu, a po dyplomie otrzymała stały etat. W międzyczasie firma rozrosła się i szefowa postanowiła przenieść jej siedzibę do nowo otwartego biurowca w centrum miasta.

– Dla klientów takie rzeczy jak lokalizacja mają duże znaczenie – mówiła. – Poza tym to najbardziej nowoczesny budynek w mieście.

Gmach rzeczywiście wykonano za pomocą najnowszych technologii. Korytarze miały oszklone ściany, przez co przestrzeń wydawała się wręcz nieograniczona. Beata, która dostała biurko przy samej ścianie, widziała przez szybę cały hol i pomieszczenie sąsiadującej z biurem agencji doradztwa finansowego. Przez kilka miesięcy naprzeciwko niej pracowała wysoka, siwowłosa kobieta. Beata często zawieszała wzrok na jej imponującym koku, a niekiedy patrzyła z podziwem, jak finansistka z prędkością światła uderza palcami w klawiaturę komputerową.

Jakiś czas później miejsce siwowłosej kobiety zajął przystojny brunet. Już pierwszego dnia przestawił swoje biurko tak, żeby siedzieć przodem do Beaty, która pracowała jak zwykle przy swoim stanowisku. Poczuła wówczas nagle czyjeś spojrzenie. Uniosła wzrok. Młody mężczyzna przyglądał się jej z niekłamanym zachwytem. Gdy ich oczy się spotkały, uśmiechnął się i kiwnął głową. Odpowiedziała delikatnym uśmiechem i wróciła do pracy, choć serce waliło jej jak oszalałe, a na policzkach pojawił się rumieniec. Później oboje twierdzili, że już w tym momencie mieli pewność, że znaleźli swoją drugą połówkę.

Jakie on ma niesamowite oczy – myślała Beata, nie wiedząc, że on w tym samym momencie zachwyca się złotymi refleksami w jej włosach.

Po tygodniu milczącego flirtu na spojrzenia i uśmiechy doradca finansowy odważył się na kolejny krok. Pewnego ranka podszedł do ściany w swoim biurze, pomachał do Beaty, a gdy już w ten sposób zwrócił na siebie jej uwagę, wyciągnął zza pleców kartkę, na której drukowanymi literami napisał:

Czy architektki robią sobie czasami przerwę na kawę?

Spodobał jej się jego kaligraficzny charakter pisma i to, że użył kobiecej formy, choć prawda była taka, że nawet gdyby napisał architekt przez h, uznałaby to za słodkie. W odpowiedzi uniosła brwi, a on wskazał pomieszczenie na końcu korytarza, które agencja doradztwa finansowego zamieniła w aneks kuchenny, by pracownicy mieli do dyspozycji ekspres do kawy i mikrofalówkę. Wyjął zza pleców kolejną kartkę, tym razem z napisem:

Zapraszam!

Ukłonił się nisko i spojrzał na nią wyczekująco. Kiwnęła głową, wzięła swój kubek i wyszła na korytarz, starając się uspokoić coraz szybciej bijące serce i nie dać po sobie poznać, jak duże emocje budzi w niej perspektywa poznania go bliżej. Do tej pory wielokrotnie przeżywała tę chwilę tylko w wyobraźni.

– Jestem Witek – powiedział, ściskając jej rękę. Miał niski, seksowny głos i miły, trochę nieśmiały uśmiech, co w połączeniu z mocną linią szczęki i wysportowaną sylwetką stanowiło mieszankę wybuchową.

– Beata.

Wspólna kawa stała się ich codziennym rytuałem, podobnie jak to, że Witek po pracy odprowadzał ją do mieszkania, które wynajmowała z dwiema koleżankami ze studiów. Czuli się ze sobą, jakby znali się od lat. W weekendy pokazywał jej swoje ulubione zakątki w mieście, chodzili do kina albo spacerowali po parku. Po trzech miesiącach znajomości zaprosił ją na weekend w Beskidy i właśnie tam, na górskiej hali uklęknął i biorąc na świadków góry, polany i drzewa, poprosił ją o rękę. Zgodziła się bez wahania, bo już wtedy była w nim zakochana do szaleństwa i miała pewność, że to ten właściwy, jedyny i wymarzony.

– Tak szybko? – dziwiły się koleżanki, kiedy pokazała im pierścionek. – Nie lepiej trochę poczekać, wyszaleć się?

Ale oni nie zamierzali zwlekać, bo byli pewni, że to właśnie na siebie czekali przez całe dotychczasowe życie. Witek przedstawił ją swoim rodzicom, a ci przyjęli przyszłą synową miło, choć nieco powściągliwie, zaskoczeni tempem, w jakim wszystko się rozgrywa. Rodzice Beaty, gdy narzeczeni odwiedzili ich w sobotni poranek, przywożąc zaproszenia na ślub, pogratulowali im bez większego entuzjazmu i rozeszli się do swoich zajęć. Przy stole została tylko najmłodsza siostra Ewa, która z zaciekawieniem obejrzała pierścionek i wypytała Beatę o suknię, jaką zamierza kupić, ta jednak rozczarowała ją, mówiąc, że wybrała skromną sukienkę bez tiulu, falban i dwumetrowego trenu.

– Ja chciałabym w tym dniu wyglądać jak księżniczka! – skomentowała Ewa.

Beacie nie zależało na tym, żeby wyglądać jak księżniczka, nie miały znaczenia stroje, setka gości, luksusowy samochód czy wystawne przyjęcie. Przepełniało ją szczęście, które nie mogłoby być większe, nawet gdyby ich ślub odbywał się w królewskim pałacu.

Na uroczystość nie przyjechał nikt z rodziny Beaty, co przyjęła bez specjalnego zdziwienia, bo już od dawna nie łączyły ich bliskie więzi. Zjawiły się za to przyjaciółki, znajomi z pracy i rodzice Witka, więc po nabożeństwie państwo młodzi zaprosili gości do restauracji na obiad. Nie urządzali wesela, bo odkładali każdy grosz, żeby zamienić kawalerkę Witka na dwupokojowe mieszkanie. Udało im się to także dzięki sporym oszczędnościom Beaty, która od dawna zbierała na własne lokum, po czym oboje wpadli w wir dekorowania, wybierania dodatków i urządzania wszystkiego tak, jak to sobie wymarzyli. Stopniowo ten wspólny dom nabierał przytulności i stawał się ich przystanią.

– To nasze królestwo – mówili.

Byli razem bardzo szczęśliwi i nie widzieli poza sobą świata. Było w tej miłości coś egoistycznego i zaborczego, z czego nie zdawali sobie sprawy, a co doskonale wychwytywali inni ludzie. Przyjaciele, którzy odwiedzali ich w mieszkaniu, czuli się jak intruzi. Rodzice Witka także odnosili wrażenie, że młodzi czekają tylko na to, kiedy wreszcie zostaną sami. Byli uprzejmi i uśmiechnięci, ale patrzyli na siebie tak, że każdy, kto znalazł się obok, czuł się niepotrzebny, jakby przeszkadzał i zakłócał jakieś tajemne misterium. Wkrótce znajomi przestali ich odwiedzać, a oni – zapatrzeni w siebie i własne szczęście – nawet tego nie zauważyli.

Za to uzależnienie od siebie nawzajem, zaborczą miłość i odrzucenie najbliższych przyszło później zapłacić Beacie, która po śmierci Witka musiała zmierzyć się z pustką i potwornym osamotnieniem.

ROZDZIAŁ 3

Dziesiąta rocznica ich ślubu – pierwsza bez niego – miała być dniem pożegnania Beaty ze światem, w którym nie widziała już dla siebie miejsca, celu i sensu. Połknęła garść tabletek i chwilę później wstrząsnęły nią tak potworne torsje, że spędziła pół godziny w łazience, płacząc z rozpaczy i bólu i czując pieczenie w przełyku. Zwymiotowała wszystko. Nie miała sił ani odwagi, żeby powtórzyć próbę.

Dlaczego nic mi się nie udaje? – myślała, kuląc się na zimnych płytkach łazienkowych i zalewając się łzami.

Zasnęła potem wyczerpana i zrozpaczona, że nie dane jej było tej nocy spotkać Witka, choć tak bardzo na to liczyła. I tej właśnie nocy ponownie przyśnił jej się Szlak Srebrnych Mgieł. Tym razem stali oboje nad Kruczym Wąwozem, wpatrując się w spienioną nitkę strumienia opadającego z szumem na skaliste dno. Woda pryskała na wszystkie strony i kilka drobnych, lodowato zimnych kropelek spadło na twarz Witka. Wyglądały jak łzy, więc Beata scałowała je z jego policzków, a on przytulił ją do siebie i szepnął słowa, których nie potrafiła zrozumieć. Nagle zniknął z jej ramion i zobaczyła go po przeciwnej stronie wąwozu. Stał na krawędzi urwiska, wypuszczając z dłoni kolorowe motyle, mówiąc coś i mrugając do niej.

– Nie słyszę cię.

Po przebudzeniu Beata długo siedziała na łóżku, wpatrując się w ślubną fotografię. Witek uśmiechał się promiennie. Aż trudno jej było uwierzyć, że ta śliczna, roześmiana dziewczyna obok niego to ona. Stanęła przed lustrem w łazience i spojrzała na swoją poszarzałą skórę, pojedyncze siwe nitki we włosach, siateczkę drobnych zmarszczek i cienie pod oczami. W tych oczach czaił się smutek i rezygnacja, ale pojawiła się też nowa, mała iskra, którą wzniecił ten sen. Jego wspomnienie wciąż było w niej żywe i to właśnie ono pozwoliło jej przetrwać kolejny dzień. Dzień, którego przecież wcale miało nie być…

Sny o Szlaku Srebrnych Mgieł nawiedzały ją coraz częściej. Czekała na nie z utęsknieniem, bo dawały jej chwile szczęścia i bliskości. Traktowała je jak nagrodę za jej wierność i pamięć. Miała wrażenie, że tylko nadzieja na sen, w którym znów powędruje u boku Witka wśród pięknych kwiatów i krystalicznie czystych strumieni, dodaje jej sił do przetrwania kolejnego dnia. Poza tym wciąż czuła, jakby umarła razem z mężem. Została tylko pusta powłoka. Przed ludźmi udawała, że pogodziła się z tym, co ją spotkało, a potem wracała do domu i znów stawała się martwa. Nauczyła się zachowywać pozory normalnego życia, żeby uśpić czujność otoczenia.

– Powinnaś znów zacząć spotykać się z ludźmi – powiedział pewnego dnia teść, więc Beata od czasu do czasu zostawiała na wierzchu w mieszkaniu jakieś bilety do kina lub folder z muzeum albo nie odbierała telefonu i oddzwaniała po jakimś czasie, mówiąc, że była w teatrze.

– Chyba nie będziesz do końca życia nosić żałoby? Rok to za długo! – stwierdziła koleżanka z pracy, więc Beata znów zaczęła nosić kolorowe kostiumy.

– Strasznie jesteś blada, źle wyglądasz – martwiła się teściowa, więc kupiła podkład i róż i codziennie się malowała.

Tylko nocami, kiedy łaskawy los zsyłał jej kolorowe sny o Szlaku Srebrnych Mgieł, ożywała, śmiała się i oddychała pełną piersią.

Dwunastą rocznicę ślubu z Witkiem Beata spędziła na cmentarzu, siedząc przy grobie i wpatrując się w czarny granit.

– Tak bardzo bym chciała leżeć tutaj obok ciebie – szepnęła. – Nie mam już siły, kochany…

Tego wieczoru znów poczuła pokusę, żeby skończyć z życiem, ale zabrakło jej odwagi. Nie potrafiła sama się okaleczyć, a bała się, że tabletki nie zadziałają dostatecznie szybko, że ktoś coś zauważy, wezwie pogotowie i przywrócą ją do życia. Wiedziała, że wtedy teściowie zrobią wszystko, żeby zapobiec kolejnej próbie. Już teraz patrzyli na nią z niepokojem i coraz częściej wspominali o terapii.

Zamkną mnie w jakimś psychiatryku i ubezwłasnowolnią…

Położyła się do łóżka, tuląc do siebie poduszkę Witka. Nocą ponownie znalazła się na szlaku, ale tym razem wszystko było bardziej tajemnicze, niejasne, nierzeczywiste. Witek wydawał się jej jakiś daleki, znów stał po przeciwnej stronie Kruczego Wąwozu, machał do niej i wołał coś, czego nie była w stanie usłyszeć. Wokół niego unosiły się płatki białych i różowych lilii, wirowały na wietrze, wplątywały się w jego włosy. Wyglądał na bardzo szczęśliwego – jego śmiech niósł się po całej dolinie i odbijał się echem od wapiennych skał. W pewnym momencie rozłożył szeroko ręce, jakby zapraszał ją, by padła mu w ramiona, nie zważając na to, że dzieli ich przepaść.

Beata obudziła się i jak zawsze spojrzała na ślubne zdjęcie. Tym razem w uśmiechu Witka było coś oczekującego i krzepiącego, co dodało jej sił i pokazało właściwą drogę. Stanęła przed lustrem w łazience i umyła twarz, a potem nałożyła makijaż, żeby zamaskować cienie pod oczami i poszarzałą cerę. Tego ranka jednak nie dostrzegła w swoich oczach tej samej co zwykle pustki – czaił się w nich jakiś błysk, który rozpaliła ta odkryta kilka dni wcześniej iskra. Znalazła nowy cel i ta świadomość dodała jej skrzydeł.

– Pod koniec sierpnia chciałabym wziąć cztery tygodnie urlopu – powiedziała do szefowej.

Kobieta spojrzała na nią zaskoczona faktem, że pracownica, która od wielu miesięcy wygląda jak zombie, mogła myśleć o czymś takim jak wakacje. Uśmiechnęła się jednak i kiwnęła głową.

– Niby preferujemy dwutygodniowe urlopy, ale dla pani, pani Beatko, zrobię wyjątek – powiedziała. – A gdzie to się pani wybiera na tak długo?

– Jadę do Ameryki, do luksusowego hotelu – skłamała. – Potrzebuję odpoczynku i relaksu!

– O tak, na pewno dobrze to pani zrobi.

Wersję o luksusowym hotelu powtarzała wszystkim znajomym, a także teściom, bo bała się, że gdy usłyszą o jej planach, będą próbowali je wyperswadować. Nie chciała się z nikim kłócić ani przekonywać do swoich racji – nie miała na to sił. Chciała tylko podążyć Szlakiem Srebrnych Mgieł i w trzynastą rocznicę ślubu stanąć nad Kruczym Wąwozem.

Trochę później niż zamierzaliśmy, kochany, ale trzynasta rocznica jest tak samo dobra jak dziesiąta.

Miała nadzieję, że poczuje tam obecność Witka. Zamówiła kamień z wygrawerowanymi imionami jej i męża, który zamierzała wrzucić w otchłań, tak jak to sobie zaplanowali. Zapisała się na siłownię i trening samoobrony, żeby podołać trudom wielodniowej wędrówki. Przeczytała tysiące porad dla osób planujących długie samotne wyprawy i zaopatrzyła się we wszystko, co radzili ich autorzy. Kupiła wygodne i potwornie drogie buty, odzież trekkingową, nieprzemakalną i wiatroszczelną kurtkę, a także jednoosobowy namiot, śpiwór, apteczkę, kuchenkę, tabletki do uzdatniania wody, kompas i ogromny plecak, który miał to pomieścić. Spakowała go i spróbowała podnieść, po czym wyrzuciła jedną trzecią rzeczy. Jednak nawet wówczas był bardzo ciężki.

No super – pomyślała. Wygląda na to, że trzeba będzie potrenować także noszenie tego ciężaru.

Każdego dnia zakładała więc plecak i chodziła z nim po mieszkaniu. Najpierw dawała radę nosić go najwyżej przez dziesięć minut, ale stopniowo jej mięśnie przyzwyczajały się i po kilku tygodniach wytrzymywała już godzinę, pod warunkiem że nie musiała pokonywać żadnych wzniesień. Po namyśle przejrzała rzeczy jeszcze raz i zrezygnowała z połowy zapasów jedzenia, a także z grubej polarowej bluzy i zapasowej pary spodni. Dopiero wtedy ciężar plecaka przestał przygniatać ją do ziemi, choć nadal dźwiganie go nie należało do przyjemności.

Wróciła też do weekendowych wyjazdów w góry, żeby poprawić kondycję i wypróbować sprzęt, choć wędrowanie po trasach, które wcześniej przemierzała u boku Witka, sprawiało jej potworny ból. Widok porośniętego mchem pnia przywołał czas odpoczynku, kiedy Witek tulił ją do siebie, całował i obiecywał, że po powrocie do domu przygotuje jej swoją specjalność – szarlotkę z lodami. Wracały do niej wizje roześmianej twarzy i oczu patrzących z zachwytem na otaczające piękno. Wszystko to, co wówczas napawało ich podziwem dla natury, teraz wywoływało w niej głęboki smutek. Mały zagajnik, w którym Witek się schował i wyskoczył na nią, rycząc jak niedźwiedź; krzywa sosna, pod którą się całowali; wartki strumień, nad którym jedli śniadanie.

Dlaczego nie było mnie wtedy z tobą w tym cholernym samochodzie? – myślała w takich chwilach i przełykała łzy. Jednak cel, który sobie postawiła, mobilizował ją do tego, aby nie ulegać emocjom i nie poddawać się rozpaczy.

Kolejne miesiące płynęły szybko, a Beata, skupiona na przygotowaniach, nawet tego nie dostrzegała. Załatwiała formalności, paszport, kupiła nową kartę SIM i wpisywała w smartfon adresy i telefony, które mogły przydać się w trasie. Starą kartę zamierzała wyrzucić, zanim wsiądzie do samolotu. Nie chciała, żeby ktokolwiek się z nią kontaktował – to miał być czas tylko dla niej i Witka. Czytała kolejne rady wędrowców i uzupełniała apteczkę coraz to nowymi specyfikami, polecanymi przez internautów. Tydzień przed wyjazdem poszła do fryzjerki, bo uznała, że jej długie, falujące włosy nie będą zbyt praktyczne ani wygodne podczas takiej wyprawy.

– Jest pani pewna? – Fryzjerka wzięła w dłoń jej jasne kosmyki.

– Tak!

Po chwili patrzyła na nią z lustra zupełnie inna kobieta. Ścięte do ramion włosy podkreślały rysy jej twarzy: wyraźnie zarysowane kości policzkowe, ładnie wykrojone usta, niebieskie oczy w kształcie migdałów. Najbardziej zaskoczył ją fakt, że włosy zaczęły się kręcić, okalając jej twarz miękkimi, grubymi lokami. Nigdy wcześniej nie nosiła tak krótkiej fryzury, bo Witek lubił jej opadające na plecy włosy.

Gdy odmieniona pojawiła się w pracy, koleżanki i koledzy zasypali ją komplementami.

– Wyglądasz rewelacyjnie!

– Odmłodniałaś o dziesięć lat!

– Prześlicznie, Beatko!

– Przyznaj się, na te wakacje to nie jedziesz sama?

Beata uśmiechała się i niczego nie komentowała. Niech sobie myślą, co im się żywnie podoba.

W ostatni weekend przed wyjazdem sprawdziła jeszcze raz dokumenty, upewniła się, że ma bilet na samolot, przejrzała plecak i uznała, że jest gotowa, żeby wyruszyć na swój wyśniony Szlak Srebrnych Mgieł.

ROZDZIAŁ 4

Teściowie uparli się, że odwiozą Beatę na lotnisko. Przez całą drogę wypytywali ją o szczegóły związane z pobytem, warunki zakwaterowania, okolicę i atrakcje, a ona starała się promiennie uśmiechać i z entuzjazmem opowiadała o luksusach, jakie przygotował dla niej hotel, choć było jej przykro, że ich okłamuje. Na lotnisku uściskali ją oboje i życzyli szczęśliwej podróży. Beata dziwnie się czuła pod badawczym spojrzeniem teściowej, która wpatrywała się w nią, jakby próbowała prześwietlić jej myśli.

– Baw się dobrze, kochanie – szepnęła, całując ją na pożegnanie i ocierając łzy. – I wróć do nas bezpiecznie!

– Dziękuję wam za wszystko! – Pomachała im i weszła w tłum, nie oglądając się za siebie. Na lotnisku wrzuciła do śmieci starą kartę SIM ze swego telefonu.

Przeszła przez odprawę i wsiadła do samolotu, czując jednocześnie lęk i radość, niepokój i niedowierzanie, że to się dzieje naprawdę. Ku swojemu zdziwieniu przespała prawie cały jedenastogodzinny lot, więc po podróży była wypoczęta i gotowa do działania. Zgarnęła swój plecak z taśmy bagażowej i opuściła teren lotniska, kierując się w stronę dworca.

Nie ma co zwlekać!

Początkowo planowała zostać na noc w mieście i złapać poranny pociąg, ale skoro wyspała się podczas lotu, postanowiła od razu kontynuować podróż. Miasto nie wyglądało zresztą zbyt zachęcająco: duży ruch, kłęby spalin, rozkrzyczani uliczni sprzedawcy. Na dodatek upał, mimo że dopiero dochodziła dziesiąta, już mocno dawał się we znaki.

Beata bez trudu znalazła dworzec i kupiła bilet. Pociąg miał przyjechać za pół godziny, więc zaopatrzyła się w kiosku w kolorowy magazyn i kilka batoników, po czym usiadła na peronie. Z ulgą pozbyła się plecaka, bo koszulka lepiła się jej do ciała.

Dobrze, że ścięłam włosy, bo bym się teraz ugotowała – pomyślała, ocierając pot z czoła. Jest chyba ze czterdzieści stopni.

Gdy zerknęła na elektroniczny wyświetlacz na peronie, przekonała się, że nie pomyliła się – na ekranie migała liczba trzydzieści siedem. Pociąg wjechał na stację, wyrzucając kłęby dymu i robiąc taki hałas, że Beata miała ochotę zatkać uszy.

No, szczyt nowoczesnej techniki to nie jest – stwierdziła, patrząc na maszynę, która wyglądała, jakby zbudowano ją w początkach kolejnictwa. Mam nadzieję, że dojedzie na miejsce w jednym kawałku…

Z trudem pokonała wysokie schody, bo plecak ciągnął ją do tyłu. Znalazła miejsce i usiadła, opierając głowę o chłodną szybę.

Jazda nie należała do przyjemnych, bo pociąg szarpał i wyrzucał kłęby spalin, a rozlegające się raz po raz gwizdy przyprawiały nielicznych pasażerów o palpitacje serca. Beata przejrzała kolorowy magazyn, a potem zapatrzyła się w okno. Mijane krajobrazy początkowo jej nie zaciekawiły, kolejne miasta i miasteczka wydawały się jej bliźniaczo podobne, ale po godzinie okolica się zmieniła. Zabudowania ustąpiły miejsca bujnej zieleni, trawie, drzewom i majaczącym w oddali górom.

Wreszcie pociąg zatrzymał się na stacji w małej mieścinie, której nazwę wydrukowano na bilecie, i Beata wysiadła, rozglądając się wokół. Miasteczko wyglądało niczym wyjęte z westernu: puste wąskie uliczki, niskie drewniane budynki, staroświeckie tablice informacyjne.

Brakuje tylko, żeby ulicą przemknął jakiś wędrujący krzak, niesiony przez wiatr – pomyślała, idąc w kierunku pubu o niezbyt zachęcającej nazwie Swamp1. Nie zauważyła w pobliżu innego miejsca, gdzie mogłaby odpocząć i zapytać o dalszą drogę.

1swamp (ang.) – bagno

Wbrew nazwie w środku było zaskakująco czysto i schludnie. Okrąglutka starsza pani krzątała się między pustymi stolikami, strzepując obrusy i dosypując cukru do ładnych, ceramicznych cukierniczek.

– O, witaj, kochanie! – zawołała na widok wchodzącej Beaty, jakby spodziewała się jej wizyty i specjalnie na nią czekała. – Siadaj, proszę. Zaraz podam coś do jedzenia.

Zniknęła na zapleczu, zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, Beata usiadła więc przy stoliku i postawiła obok siebie plecak. W lokalu panował przyjemny chłód dzięki zamocowanym pod sufitem dużym wiatrakom, które wirowały, wypełniając wnętrze miarowym szumem.

– Proszę bardzo, zapiekanka z wołowiną. Smacznego! – Kelnerka postawiła przed Beatą talerz z apetycznie wyglądającym daniem.

Pachniało tak, że od razu poczuła głód. Smakowało równie dobrze i przez długą chwilę delektowała się pysznym jedzeniem, nie zwracając uwagi na kelnerkę, która stanęła przy barze i przyglądała się jej z nieskrywaną ciekawością. Wreszcie nie wytrzymała bezczynności, podeszła do stolika i usiadła naprzeciwko.

– Co cię tu sprowadza, skarbie? – zapytała.

– Jadę do Point, chcę przemierzyć Szlak Srebrnych Mgieł.

– Och, tak zupełnie sama? Dzielna z ciebie dziewczyna, podziwiam cię! Ale do Point masz jeszcze kawał drogi!

Beata wiedziała, że do miasteczka, gdzie zaczynał się szlak, nie doprowadzono torów i ostatni etap podróży trzeba przemierzyć autobusem. Właśnie tego etapu bała się najbardziej, bo miał najwięcej niewiadomych. Nigdzie nie znalazła żadnego rozkładu jazdy, a internauci pisali po prostu, że trzeba dojść do słupka oznakowanego jako przystanek i czekać… Kelnerka także nie znała rozkładu.

– Jak przyjedzie, to będzie – powiedziała filozoficznie, ale narysowała jej mapkę z drogą do przystanku. – W środku sezonu jeździ dosyć często, ale teraz to już jak sam chce…

Mimo tych wskazówek dotarcie do przystanku okazało się prawdziwym wyzwaniem. Beata szła wzdłuż drogi, kierując się prowizoryczną mapką, i czuła, jak paski plecaka coraz mocniej wżynają się jej w ramiona. Po godzinie znalazła się na rozstaju dróg. Mocno obdrapany znak informował, że do przystanku zostały trzy kilometry do pokonania.

Nieźle – jęknęła w duchu i poszła wolno wzdłuż szosy, powłócząc nogami.

Nie minął jej ani jeden samochód. Dzień był upalny, słońce stało już wysoko i powietrze nad ulicą drżało z gorąca. Nieliczne drzewa prawie nie dawały cienia, więc gdy Beata dotarła do przystanku, była potwornie zmęczona. Rzuciła plecak na ziemię i usiadła, mając nadzieję, że jakiś autobus rzeczywiście się pojawi, bo żadnej tabliczki z rozkładem jazdy nie było.

Skoro jest przystanek, to chyba i autobus będzie – pomyślała.

Autobus nadjechał półtorej godziny później, kiedy zaczęła się już zastanawiać nad powrotem do miasteczka i zamówieniem prywatnego transportu. W autobusie siedziało tylko kilka osób, najwidoczniej miejscowych, bo wieźli ze sobą kosze pełne owoców, worki z jakimś ziarnem, a nawet żywe zwierzęta. Beata z trudem wtaszczyła plecak po wysokich schodkach.

– Do Point.

Kiedy wymieniła nazwę miejscowości, kierowca obrzucił ją pełnym ciekawości spojrzeniem, podobnie jak pasażerowie. Zapłaciła za kurs i usiadła na pierwszym wolnym siedzeniu, stawiając plecak obok siebie, tak jak robili to inni podróżni. Kołysanie autobusu i jednostajny szum znów ją uśpiły. Obudziła się po godzinie, kiedy wiezione przez jakiegoś staruszka gęsi rozpoczęły głośny koncert. Wyjrzała przez okno i stwierdziła, że krajobraz bardzo się zmienił: zamiast pustej drogi i spalonej słońcem ziemi ujrzała gęsty, bujny las. Pół godziny później autobus zatrzymał się na ryneczku miasta i kierowca spojrzał wymownie na Beatę.

– Point! – zawołał.

Zabrała plecak i wysiadła, rozglądając się niepewnie, podczas gdy autobus zniknął za horyzontem w chmurze pyłu. Zastanawiała się, czy miasteczko nazywa się Point2 ze względu na niewielki rozmiar, czy też obecność Punktu Informacji Turystycznej, którego ogromny szyld zdominował krajobraz. Beata obstawiała tę drugą opcję, bo budynek robił duże wrażenie. Miał imponujące, podwójne drzwi, do których prowadziły szerokie schody. Jego fasadę pomalowano na intensywnie fioletowy kolor, wyróżniał się więc na tle pozostałych budynków, utrzymanych w odcieniach szarości i brązów.

2point (ang.) – punkt

Weszła po stromych schodach i wkroczyła do środka. Od razu dzięki klimatyzacji owiał ją taki chłód, że ramiona pokryły się gęsią skórką. Obszerny hol wyłożony był masywnymi, lśniącymi płytkami i prowadził do wielkiego pomieszczenia, złożonego z szeregu szklanych boksów opatrzonych tabliczkami Nieczynne. Jedyne czynne stanowisko znajdowało się dokładnie pośrodku sali, więc Beata skierowała się w tę stronę.

Za okienkiem siedział gruby mężczyzna z bujnymi wąsami. Miał czarne, kręcone włosy i małe oczka, które patrzyły beznamiętnie.

– Chciałabym zapłacić za wstęp na Szlak Srebrnych Mgieł – oznajmiła, wyciągając portmonetkę.

– A gdzie karta przewodnika? – zapytał.

– Jaka karta przewodnika?

Przewrócił oczami, wychylił się lekko ze swojego stanowiska i stuknął palcem w obwieszczenie przyklejone do szyby.

– Od Nowego Roku nie można już wchodzić na szlak samemu, chyba że ma się zaświadczenie o przebytym kursie wspinaczkowym i survivalowym – powiedział monotonnym tonem, jakby wygłaszał to zdanie po raz setny. – Trzeba wynająć przewodnika.

No nie! – jęknęła w duchu Beata. To bez sensu! To wszystko psuje!

– Mieliśmy co roku kilkanaście interwencji na tym szlaku. Trzeba było szukać zaginionych, ewakuować rannych. To są duże koszty – wyjaśnił mężczyzna, widząc jej minę. – No a zresztą nie chodzi tylko o kasę, bo co jakiś czas ktoś z tego szlaku nie wracał.

– Ale wie pan, ja świetnie znam ten szlak, byłam tu już wiele razy i nie potrzebuję żadnego przewodnika – spróbowała Beata. – Czy nie da się tego jakoś załatwić?

Mężczyzna pokręcił stanowczo głową.

– Jeśli nie ma pani tego na piśmie, to się nie da. Przewodnik kosztuje pięć tysięcy dolarów. Zgłosiły się już dwie osoby, więc pani będzie trzecia. Jeszcze dwie i możecie wyruszać.

– Jakie dwie osoby? O co chodzi?

– Przewodnik bierze ze sobą pięcioosobową grupę.

– Pięcioosobową?! – jęknęła.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Może pani iść solo, ale pod warunkiem że zapłaci mu pani za wszystkich – powiedział obojętnie, podsuwając jej formularze, które odruchowo zgarnęła z lady.

Dwadzieścia pięć tysięcy dolarów… Beata zamknęła oczy. Miała tyle na koncie, ale bała się przyznać do tego w takim miejscu. Co, jeśli ktoś pomyśli, że jest bogatą turystką, uprowadzi ją i zażąda okupu? Czytała, że takie rzeczy się tutaj zdarzały.

O nie, nie dość, że nie mogę pójść sama, to jeszcze mam przemierzać szlak w towarzystwie czterech obcych osób?! Jasna cholera, to nie może się tak skończyć! Przecież ja tylko chcę być bliżej Witka! Przecież ja… – Beata poczuła, że łzy zbierają się jej pod powiekami.

Najwyraźniej urzędnikowi w okienku zrobiło się żal turystki, bo w jego oczach pojawiła się odrobina życzliwości.

– Niech pani idzie do tego baru naprzeciwko i powie, że szuka przewodnika – doradził. – Oni tam zwykle siedzą, czekając na klienta. Niektórzy może się zgodzą pójść za mniej… Tylko proszę nikomu nie dawać kasy do ręki! Tutaj obowiązuje przelew wykonany w naszym banku, tam na rogu. Płaci pani połowę i zleca przelew na drugą połowę, który pani potwierdza po powrocie ze szlaku. Dbamy o bezpieczeństwo turystów! – dodał z dumą.

– Super, dziękuję…

– Tylko niech pani nie próbuje kombinować i wychodzić samotnie na szlak! – przestrzegł ją jeszcze. – Mamy czujniki, kamery i strażników, a kary są naprawdę dotkliwe, nie radzę ryzykować!

Wyszła na zewnątrz i usiadła na schodach, niepewna, co robić dalej. Nie uśmiechała się jej wizja wędrowania przez tyle dni w towarzystwie obcego człowieka, a już tym bardziej w pięcioosobowej grupie.

Wszystko sprzysięgło się chyba przeciwko mnie – pomyślała ze złością. To, co planowała przez tyle miesięcy, legło w gruzach przez głupią biurokrację.

Po chwili przyszedł jej do głowy pomysł. Wstała ze schodów i ruszyła w stronę baru.

Lokal nie wyglądał zbyt zachęcająco. Niski, obdrapany budynek z drzwiami jak w saloonie, z potwornie brudnymi oknami, z których jedno wisiało smętnie na pojedynczym zawiasie, a w drugim pękniętą szybę sklejono srebrną taśmą. Beata weszła do ciemnego wnętrza, w którym aż sino było od dymu tytoniowego.

Ustawa antynikotynowa tutaj najwyraźniej nie dotarła – pomyślała, starając się nie oddychać zbyt głęboko.

Ruszyła w kierunku lady w absolutnej ciszy, bo gdy tylko weszła, zwróciły się ku niej wszystkie głowy i ucichły rozmowy. Barman – wysoki, barczysty zakapior ogolony na łyso – łypnął na nią spod oka.

– Co podać? – zapytał głosem, który brzmiał, jakby wydobywał się z wnętrza studni.

– Chcę wynająć przewodnika po Szlaku Srebrnych Mgieł.