Szkoła magicznych zwierząt. Przechlapane - Margit Auer - ebook + audiobook + książka

Szkoła magicznych zwierząt. Przechlapane ebook

Margit Auer

0,0
33,50 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Szesnasty tom bestsellerowej serii w nowej, odświeżonej szacie graficznej! Ta szkoła kryje w sobie niezwykłą tajemnicę. Można tu znaleźć wyjątkowego przyjaciela: magiczne zwierzę, które potrafi mówić! Otrzyma je ten, kto najbardziej potrzebuje bratniej duszy. Szapoklap! Powódź w sklepie z magicznymi zwierzętami! Pan Morrison przenosi się wraz ze wszystkimi domownikami do siostry. Piaskówki śpiewają, surykatki harcują, a niedźwiedź polarny Murphy smaży naleśniki. Pośród tego chaosu Mary Cornfield planuje z klasą szkolny festyn. Tymczasem jednego z uczniów odwiedza Salim, sokół wędrowny należący do Luny. Okazuje się, że dziewczynka pilnie potrzebuje pomocy… „Szkoła Magicznych Zwierząt” to fenomenalna seria, która podbiła serca młodych czytelników i teraz powraca w zachwycającej, odświeżonej odsłonie! - nowa, efektowna szata graficzna – bestseller w świeżym, przykuwającym wzrok wydaniu. - idealne połączenie magii i rzeczywistości – szkolne wyzwania i niezwykli przyjaciele, którzy zawsze stoją po właściwej stronie. - bliskie dzieciom tematy – przyjaźń, odwaga, akceptacja i rozwiązywanie konfliktów pokazane w mądry, ciepły i przystępny sposób. - krótkie, dynamiczne rozdziały sprawiają, że czytanie wciąga od pierwszej strony. - każdy tom zawiera charakterystyki bohaterów oraz osobiste posłowie autorki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 166

Rok wydania: 2026

Data ważności licencji: 5/18/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Rozdział 1Niespodziewany gość

Matteo był całkowicie pochłonięty grą i nie zauważył, że ktoś obserwuje go przez okno.

Normals Tinto zbliżał się właśnie do wrót świątyni. Teraz musiał jakoś dostać się do środka. Wszystkie drzwi i okna zabito na głucho dechami. Nagle dostrzegł obluzowaną deskę i gestem wezwał do siebie pozostałych członków oddziału.

– Tinto znalazł wejście – pochwaliła go ViviGold.

Normals Tinto to był Matteo. Gra, która tak bardzo go wciągnęła, nosiła tytuł Normalsi i półbogowie. Prócz Tinta i ViviGold brali w niej udział jeszcze Milkman i Cattgirl. Wspólnie tworzyli Oddział Niepokonanych.

Czwórka przyjaciół zmniejszyła swoje awatary i skryła się w mroku. Cattgirl włączyła świetlny promień. Nagle pojawił się złoty rozbłysk. Tuż obok, w zasięgu ręki, stał puchar. Tinto się do niego zbliżył.

Nagle jakby znikąd zobaczyli dłoń. Dłoń należącą do greckiego półboga. Auć! Złoty puchar spadł na ziemię. Dziesięć talarów rozpłynęło się w powietrzu.

– Kurka blaszka! – zdenerwował się Normals Milkman.

Czworo członków Oddziału Niepokonanych kontaktowało się ze sobą na czacie grupowym. Mieli też awatary, które potrafiły mówić. Wspólnie stawiali czoła innym drużynom – i półbogom. Właśnie stracili jedno z trofeów.

Matteo przeczesał włosy, podniósł wzrok i gwałtownie się wzdrygnął. Na parapecie okna garażu siedział czarny cień. Mniejszy od kota, większy od gołębia.

Cień zastukał w szybę. Matteo nie mógł nic zrobić – okna w garażu nie dało się otworzyć. Garaż stanowiła niewielka przybudówka domu rodziny Martinezów. Matteo urządził sobie tam małą pracownię komputerową. Jeśli ktoś chciał odwiedzić Mattea w garażu, musiał przejść przez dom albo przez ogród.

Matteo wyciągnął szyję, żeby sprawdzić, kto siedzi na parapecie: to był Salim, sokół wędrowny. Salim należał do Luny. Chłopiec aż przetarł oczy ze zdumienia. Czego sokół mógł od niego chcieć?

Luna była dawną koleżanką Mattea z klasy panny Cornfield. Od Mortimera Morrisona, właściciela sklepu z magicznymi zwierzętami, jako towarzysza dostała sokoła wędrownego. Oboje, Salim i Luna, byli tak samo nierozłączni jak wszystkie pozostałe pary, które już się wzajemnie odnalazły. Ida i lis Rabbat, Benni i żółwica Henrietta, Jo i pingwin Juri – wszyscy oni byli jak połówki jednego jabłka. Matteo codziennie obserwował, jak się razem śmieją i ze sobą rozmawiają. Nie czuł się jednak wykluczony – wiedział, że i na niego przyjdzie w końcu czas!

Poza tym absorbowały go inne rzeczy. Zerknął na monitor – Cattgirl torowała sobie właśnie drogę do kolejnej świątyni. Powinien pójść za nią. Na pewno będzie go potrzebowała!

Spojrzenie Mattea powędrowało z powrotem ku Salimowi, który usilnie się w niego wpatrywał. Skąd się tutaj wziął? Sokół wędrowny i jego towarzyszka wyprowadzili się z miasta po tym, jak rodzice Luny znaleźli gdzie indziej nową pracę. Luna chodziła teraz do innej szkoły… Jak się ta szkoła nazywała?

Milkman i ViviGold zniknęli tymczasem we wnętrzu świątyni, większej i wyższej od tej pierwszej. Matteo wstał, podszedł do drzwi i otworzył je zdecydowanym ruchem. Na twarzy poczuł zimny, mokry podmuch wiatru.

– Cześć, Salim! – Matteo zmierzył sokoła wzrokiem.

Jakże majestatycznie wyglądał! Miał cętkowane pióra i żółte obwódki wokół oczu. Po raz pierwszy Matteo zastanowił się, jakie zwierzę jemu kiedyś przypadnie w udziale. Bawół? Bawoły robiły wrażenie! Przynajmniej w grach komputerowych. Ryś? Ryś także był „na wyposażeniu” Normalsów i półbogów. Tak samo jak kuropatwy, jelenie o imponujących porożach i dziki.

Leonie z jego klasy dokładnie wiedziała, jakie zwierzę chciałaby dostać – kucyka! On zaś nigdy o tym nie myślał. Aż do teraz.

– Tinto, gdzie się podziewasz? – usłyszał głos Cattgirl dobiegający z wnętrza świątyni.

Salim spojrzał na Mattea swoimi ciemnobrązowymi oczami.

– Po co przyleciałeś? – spytał Matteo.

W progu leżała zmięta kulka papieru. Salim pchnął ją pazurem w stronę chłopca.

Matteo pstryknął palcami, odbijając kulkę.

– Chcesz się pobawić?

Salim pokręcił głową.

– Mam ją rozwinąć? – Matteo nie mógł zrozumieć, co mówi sokół. Tylko Luna potrafiła z nim rozmawiać. I oczywiście pozostałe magiczne zwierzęta.

Kiedy Salim przytaknął skinieniem, Mateo sięgnął po kulkę. Była kompletnie przemoczona.

– Posikałeś się? – Chłopiec wyszczerzył zęby.

Oburzony Salim zaskrzeczał głośno.

Matteo wygładził dłonią papier. Zobaczył czarno-białe zdjęcie z szarą zygzakowatą obwódką, wyblakłe i powycierane.

– To może być wydruk komputerowy – mruknął.

Zdjęcie przedstawiało dziewczynkę z długimi blond włosami. Czy to była Luna? Jakoś dziwnie wyglądała. Dziewczynka miała świńskie uszka, wielki nos i wydęte policzki. Jakby ktoś połączył klauna z kosmitą.

Matteo obrócił kartkę. Na odwrocie nie było jednak nic.

Salim przestąpił z nogi na nogę. Najwyraźniej nie miał zbyt dużo czasu, co akurat chłopcu bardzo odpowiadało. Czekał na niego Oddział Niepokonanych!

Trach! Brzdęk! Trzask! Rozgorzała walka na miecze.

Matteo zastanawiał się przez chwilę, czy pociągnąć jeszcze tę zabawę w zgadywanki. Jego kolega Anthony mówił mu, że magiczne zwierzęta rozumieją ludzką mowę. Anthony dostał od pana Morrisona świnkę morską imieniem Margarita. Czasem nazywał ją Kartofelkiem.

Matteo obrócił się do Salima.

– Dlaczego przyleciałeś akurat do mnie? – spytał. – Przecież ja nie rozumiem, co mówisz!

Zero odpowiedzi. Chłopiec wzruszył ramionami.

– Chcesz wejść do środka? – zadał kolejne pytanie. – Gram teraz na komputerze w grę, która nazywa się Normalsi i półbogowie. Jestem w drużynie Normalsów. Chcesz popatrzeć?

Salim pokręcił głową. Matteo się uśmiechnął. Czyli działa!

– Jesteś głodny? – ciągnął. – Mój tata dziś gotuje. Na kolację będzie burrito, czyli takie pszenne placki z nadzieniem z kukurydzy i fasoli. Do tego pasta z awokado. Pycha!

Zero reakcji.

– Coś mi się wydaje, że jednak chciałbyś pograć chwilę w Normalsów i półbogów? – Matteo zgniótł z powrotem kartkę, którą cały czas trzymał w dłoni, i odłożył ją na biurko.

To się Salimowi bardzo nie spodobało. Zaczął machać głową to w prawo, to w lewo. Potem uniósł jedno skrzydło i wskazał nim w dal.

– Matteo! – Nagle jedno z okien w domu się otworzyło i rozległ się głos pana Martineza. – Kolacja gotowa!

Niech to gęś kopnie! Matteo się zdenerwował, bo kolacja oznaczała koniec czasu, który mógł spędzić przed komputerem.

Salim chwycił dziobem zmiętą papierową kulkę i wetknął ją chłopcu do kieszeni spodni. To było dziwne. Matteo się skrzywił.

– Matteo! – zawołał znowu tata. – Bo zjem całą pastę z awokado! Jest przepyszna!

Sokół rozłożył skrzydła i wystartował. Energicznie nimi machając, wzbił się wysoko w powietrze. Matteo patrzył za nim zafascynowany.

– Coś takiego! – mruknął. Wrócił przed ekran komputera, żeby pożegnać się z Milkmanem, Cattgirl i ViviGold.

„Trochę ci zajęło to sikanie” – zakpił Normals Milkman na grupowym czacie.

„Sorki!” – odpisał Matteo. Wyjął z kieszeni spodni mokrą papierową kulkę i położył ją na biurku. – „Jutro odzyskam te dziesięć talarów!”

„Będę czekać!” – odpowiedziała Cattgirl. – „Spotkamy się o trzeciej po południu przed błękitnym portalem?”

Matteo obiecał, że się pojawi, i wyłączył komputer. Jeśli chciał się jeszcze załapać choćby na resztki pasty z awokado, musiał się pospieszyć!

Rozdział 2Same deszczowe chmury!

Następnego ranka niebo było szare. Matteo włożył kurtkę przeciwdeszczową i wyszedł na zewnątrz. Wszędzie było pełno błota! Przez ostatnie dni deszcz padał niemal bez przerwy.

Dokładnie w tym samym momencie z domu wyszedł Anthony. Mieszkał tuż obok i większość czasu spędzał na graniu w piłkę nożną. Obie rodziny zajmowały jeden bliźniak.

– Cześć, Matteo! – Anthony pomachał koledze i ruszył przez ogród w kierunku furtki. – Odrobiłeś zadanie z matmy? Potrzebowałem strasznie dużo czasu, żeby zrozumieć, że te zera można po prostu skreślić.

Matteo otworzył furtkę. Zazgrzytała, a potem zatrzasnęła się ze szczękiem. Chłopcy ruszyli przed siebie.

– Wczoraj na treningu naprawdę dobrze mi poszło – wyrzucił z siebie Anthony. – Dryblowaliśmy wokół słupków i ani razu nie zgubiłem piłki!

Matteo słuchał go jednym uchem. Piłka nożna w ogóle go nie interesowała.

– A potem ćwiczyliśmy z maluchami! – roześmiał się Anthony. – Uczyłem ich, jak podbijać piłkę kolanem.

Z plecaka Anthony’ego dobiegł pisk. To musiała być Margarita, świnka morska. Należała, jak wszystkie zwierzęta i wszystkie dzieci z klasy panny Cornfield, do magicznej wspólnoty. Wspólnota ta dysponowała czymś w rodzaju wiedzy tajemnej, którą stopniowo przekazywała im nauczycielka.

Uczniowie wiedzieli, że na całym świecie istnieją zwierzęta, z którymi można rozmawiać. Wiedzieli, że Mortimer Morrison jest nie tylko bratem panny Cornfield, ale także właścicielem sklepu z magicznymi zwierzętami.

Regularnie przyjeżdżał do szkoły Winterstone, pukał do drzwi klasy i przekazywał kolejne magiczne zwierzę. Eddie dostał zabawną nietoperzycę Eugenię, a Helena zarozumiałego kocura Karajana.

Tylko członkowie magicznej wspólnoty wiedzieli o istnieniu zasad, których należało przestrzegać. Jedną z nich było to, że o magicznych zwierzętach nie wolno rozmawiać z nikim, kto nie jest wtajemniczony.

Anthony i Matteo nie musieli mieć przed sobą żadnych tajemnic. Obaj należeli do klubu. Matteo obrócił głowę.

– Co mówi ten twój mały Kartofelek?

Anthony się roześmiał.

– Że w moim plecaku śmierdzi starymi skarpetami – przetłumaczył. – I że… – zaczerwienił się – że jest super, kiedy daję maluchom pograć, i że się nimi tak fajnie zajmuję.

Zaczął padać deszcz. Anthony i Matteo naciągnęli na głowy kaptury.

– À propos gry – rzucił Matteo. – Wczoraj naprawdę skopałem sprawę. Byliśmy już tak blisko złotego pucharu.

Margarita znowu wydała z siebie kwik.

– A potem przylazł taki chamski półbóg i zrobił nas w bambuko.

Tym razem to Anthony się wyłączył. Komputery to w ogóle nie była jego bajka.

Rozległ się dzwonek roweru. Laura, młodsza siostra Anthony’ego, pędziła chodnikiem na swoim różowym dwukołowcu z jednorożcem. Wyprzedziła Mattea i Anthony’ego i zsiadła z roweru.

– Pójdę z wami kawałek. Mogę?

Matteo westchnął. Miał straszną ochotę poopowiadać jeszcze o Oddziale Niepokonanych i o tym, że na trzecią umówił się z Cattgirl przed niebieskim portalem. Teraz nie było już na to szans.

Zamiast tego gadali o dniu otwartym, który miał się odbyć w szkole Winterstone w najbliższą sobotę. Dyrektor, pan Siegmann, chciał pokazać całemu miastu, jaka wspaniała jest szkoła, którą kieruje, i co ma do zaoferowania.

Zaplanowano między innymi mecz koszykówki, w którym reprezentacja Winterstone zmierzy się z absolwentkami i absolwentami, oraz piknik na łące z koncertem pod gołym niebem.

– Moja klasa ma stoisko w szkolnym ogrodzie – opowiadała Laura. – Będziemy przygotowywać mleczne koktajle. Ja najbardziej lubię bananowy.

– A to się Tingo ucieszy! – wyrwało się Anthony’emu.

– Kto to jest Tingo? – zainteresowała się Laura. – Chodzi do waszej klasy?

Matteo się roześmiał.

– Tak!

I to wcale nie było kłamstwo. Tyle że Tingo nie był uczniem, a szympansem. Magicznym szympansem, który należał do Yannika.

Dotarli do szkoły Winterstone. Pierwszoklasistka zaparkowała rower, rzuciła chłopcom wesołe „narka!” i pobiegła w stronę drzwi.

Ida, Benni i Jo tłoczyli się pod wielkim parasolem.

– Coś mi się wydaje, że nici z pikniku. – Benni pogłaskał trzymaną na rękach żółwicę.

– Szkoda by było! – Przyjaciółka Benniego wyglądała na smutną. – Ja tak lubię stokrotki!

Na ścianie wisiał duży plakat. Było na nim napisane „Sobota: dzień otwarty”.

– Dzień obdarty – przeczytała Henrietta.

Tylko Benni i pozostałe magiczne zwierzęta potrafili zrozumieć, co mówi żółwica. Tym razem Henrietta pomyliła się przy czytaniu nie dlatego, że nadal nie potrafiła dobrze czytać, ale przez to, że deszcz rozmiękczył plakat. Rogi się zwinęły, a napisy częściowo rozpłynęły.

– Mój starszy brat Mats się wybiera. – Jo poklepał pingwina, który stał obok niego, kiwając się w przód i w tył. – Gra w drużynie absolwentów. Mają być nawet czirliderki. Mats już nie może się doczekać. No i oczywiście cieszy się, że ja też będę grał – dodał nieco ciszej.

Ida potrząsnęła parasolem, aż krople deszczu prysnęły im w twarze.

– Ej, ty! – Jo uśmiechnął się do Idy tak, że dziewczynce zmiękły kolana.

– Deszczowa pogoda wcale nie jest taka zła! – pisnął Juri i wskoczył do szkolnego stawu.

Foka Mette-Maja, należąca do Hatice, także wśliznęła się do wody.

– Miriam ćwiczy już od kilku tygodni – powiedziała Ida. – Jeśli koncert zostanie odwołany, to może wcale nie przyjedzie?

Duża kropla deszczu spadła jej na kark.

Miriam była najlepszą przyjaciółką Idy i fantastycznie grała na skrzypcach. Lubiła przyjeżdżać w odwiedziny, przede wszystkim wtedy, gdy w szkole Winterstone odbywały się jakieś imprezy. Jej rodzice natomiast niespecjalnie się z tego cieszyli. Woleli, żeby Miriam uczyła się do kolejnej klasówki z matematyki.

Magicznym towarzyszem Miriam był wyrak o imieniu Fitzgeraldo. Miriam dostała go, gdy bardzo tego potrzebowała. Rodzice Miriam nie mieli o tym pojęcia. Dla nich Fitzgeraldo wyglądał po prostu jak zwykły pluszak.

Do szkoły zmierzało coraz więcej dzieci i zwierząt.

– Czy wiecie, jakie jest najbardziej mokre miejsce na świecie? – Dołączył do nich Maks, zwany Profesorkiem.

– Mokry Dwór? – pisnęło coś z plecaka Anthony’ego.

– Mokronos! – zawołał Leander, który właśnie pojawił się razem z Henrym. Leander był lampartem.

– Waterford! – zaproponowała Mette-Maja, która zdążyła się wygramolić na brzeg.

Przed szkołą zgromadził się już niezły tłumek. Pojawiły się również kameleon, samiczki dzikana rzecznego i szopa pracza, a nawet kangur. Były też: kot, koala, szympans i wilczyca.

Deszcz przybierał na sile.

Plask! Jedna z kropel wylądowała na nosie Henrietty. Żółwica schowała się w skorupie.

– Chodźmy na górę! – zaproponował Rabbat.

Ida przetłumaczyła i po chwili cała gromadka ruszyła do klasy.

Pannie Cornfield deszcz posłużył za temat lekcji. Omówiła z dziećmi obieg wody w przyrodzie, przedyskutowała zanieczyszczenie rzek i mórz plastikiem i zapytała, jaką wodę lubią najbardziej: tę z kranu czy butelkowaną, kupowaną w sklepie.

– Ja piję wodę zmineralizowaną – oświadczyła Helena.

– Czyli wzbogaconą o sód i potas – wyjaśnił Karajan. – Czegoś innego nie wziąłbym do pyszczka.

Wilczyca Silver w ogóle nie zrozumiała pytania. Leander opowiedział o wyschniętych źródłach na sawannie, a Maks mógł wreszcie wszystkich poinformować, gdzie znajduje się najbardziej mokre miejsce na Ziemi: w Indiach! Według jednych źródeł to wioska Czerapuńdżi, według innych – Mawsynram.

– Właśnie! – przytaknęła sowa Muriel.

Ida z kolei wiedziała, że najbardziej deszczowym miejscem w Europie jest norweskie miasto Bergen.

– Wyczytałam to w encyklopedii – oświadczyła, ale Maks nie był do końca przekonany.

Sprawdzili więc wspólnie i okazało się, że Ida ma rację: rzeczywiście najwięcej opadów deszczu notowało Bergen, ale mocno i często padało również w Czarnogórze, Słowenii i na Wyspach Owczych.

Przedpołudnie minęło w okamgnieniu.

Panna Cornfield zupełnie nie martwiła się o sobotę.

– Po deszczu zawsze wychodzi słońce! – Siedziała na biurku i machała nogami w powietrzu. – W mojej ojczyźnie, Szkocji, jest dokładnie tak samo. Wszystko będzie dobrze, zobaczycie! Aha, tak na marginesie, wysłałam też zaproszenie do Luny. Lubię, kiedy nasza magiczna wspólnota spotyka się w komplecie. Czy Miriam wie o sobocie? – Panna Cornfield spojrzała na Idę. – Ćwiczy pilnie?

Ida skinęła głową.

W tym samym momencie słońce przebiło się przez chmury i opromieniło klasę złotym blaskiem. Henrietta wysunęła głowę z pancerza, szympans Tingo nonszalancko włożył na nos okulary przeciwsłoneczne. Pepperoni, samica dzikana rzecznego należąca do Czoka, zaczęła się tarzać w plamie słońca, która pojawiła się na parkiecie.

Ida poszeptała chwilę z leżącym u jej stóp Rabbatem.

– Do festynu zostało tylko pięć dni! Już nie mogę się doczekać, kiedy przyjedzie Miriam!

– I Fitzgeraldo – zawołał Rabbat. – Na powitanie dam mu ciasteczko czekoladowe!

Rozdział 3Mordeczka i Pyszczydełko

Choć Matteo bardzo lubił szkołę Winterstone, jedna z panujących tam reguł kompletnie mu nie odpowiadała: zakaz używania telefonów komórkowych. Kiedy rodzice zapisywali go do szkoły – a było to już parę lat temu – musieli na piśmie zobowiązać się, że będą przestrzegać tej zasady.

– Bez urządzeń elektronicznych dzieci lepiej się koncentrują – oznajmiono rodzicom na pierwszej wywiadówce. – Nowoczesne media pozbawiają wyobraźni i energii. W naszej szkole nie ma telefonów komórkowych ani klasowych czatów grupowych. Jeśli ktoś musi czegoś poszukać, idzie do pracowni komputerowej i robi to pod nadzorem. Albo do biblioteki.

Większości uczennic i uczniów to nie przeszkadzało. Benni nie miał ochoty na komórkę, wydawała mu się zbyt skomplikowana. Uważał też, że w internecie jest mnóstwo bzdur. Wystarczało mu radio, w którym słuchał programu Trzeci wymiar. To była jego ulubiona audycja.

Yannik cieszył się natomiast, że rodzice nie mogą do niego zadzwonić, kiedy straci poczucie czasu i zbyt długo ugania się z szympansem po miejskim parku.

„Brak komórki to więcej wolności!” – tak brzmiało jego motto.

Tylko Helena, największa szpanerka w klasie, nie przestrzegała tego zakazu. Często potajemnie zabierała ze sobą do szkoły telefon, chociaż już kiedyś się zdarzyło, że aparat wylądował przez nieuwagę w akwarium.

Bul, bul, bul! Ależ się wtedy Helena wkurzyła!

W rodzinie Martinezów nie było stałej pory obiadu.

Gdy Matteo wszedł do domu, zza drzwi gabinetu dobiegł go głos ojca. Raul Martinez pracował w domu. Mówił po hiszpańsku, niemiecku i angielsku. Co chwilę w innym języku! Jego kontrahenci byli rozsiani po całym świecie. Najwyraźniej akurat brał udział w jakiejś telekonferencji.

Na kuchennym blacie leżała wiadomość od mamy. „Pojechałam na prezentację. Wrócę późno”. Nela Moller-Martinez pracowała jako agentka nieruchomości.

Matteo zniknął w garażu. Chyba nic nie stało na przeszkodzie, żeby zagrał w Normalsów i półbogów? Dziś wrócił ze szkoły sam. Anthony został dłużej, bo Margarita za nic w świecie nie mogła się rozstać z Cooperem. Cooper był szczurem należącym do Franki. Chciał pokazać Margaricie, ile radości może dać zimny prysznic, gdy się stanie pod rynną. Polly, samica flaminga, także chciała wziąć w tym udział.

Matteo się zalogował i uruchomił swojego awatara.

Normals Tinto był starszy od Mattea. Miał więcej mięśni, nosił srebrny pancerz i mówił niskim głosem.

Tinto przeszedł przez niebieski portal. Ani śladu Cattgirl. No jasne, umówili się przecież na trzecią. Było dopiero wpół do drugiej. Sprawdził aktualne ustawienia i je zatwierdził.

Tinto wędrował rozświetloną słońcem aleją, przy której rosły pinie, stały pałace i wille. Jedna z willi należała do ich ekipy. Gdyby mieli dość pieniędzy, mogliby ją pięknie urządzić. Niektóre domy przypominały raczej psie budy, ale ich willa była prawdziwym cacuszkiem! Na ścianie wisiały świadectwa męstwa i odwagi, na półkach stały puchary, misy i broń. Na posesję mógł wejść tylko ten, kto znał kod. Tinto go znał!

Matteo wpisał cztery cyfry na klawiaturze i brama się uchyliła.

Tup, tup, tup. Normals Tinto rozejrzał się dookoła. Było mega! Od ostatniego razu doszła tu fontanna, w której płynęła fioletowa woda. Najwyraźniej jego drużyna wygrała wczoraj jeszcze walkę na miecze i zgarnęła nagrodę w postaci talarów.

Na czacie pojawiła się wiadomość. Od Milkmana.

„Też już jesteś po lekcjach? Wszystko w porzo?”

Matteo się uśmiechnął i zaczął stukać w klawisze.

„Cziluję sobie w garażu. Co może być lepszego w taką pogodę?”

„No właśnie!” – zgodził się z nim Milkman. „Widziałeś już fontannę? Wczoraj zgarnęliśmy dodatkowe dwadzieścia talarów, Cattgirl dała czadu, pogoniła tego półboga aż miło. Ale potem zjawiło się stado bizonów i musieliśmy przerwać…”

Pisali i pisali, aż Milkmana zawołano na obiad.

Matteo trochę się wkurzał, że nie było go z nimi wczoraj wieczorem. Najpierw pojawił się Salim, potem musiał zejść na kolację. A jeszcze później nie wolno mu już było usiąść do komputera.

– Przed snem możesz poczytać książkę – powiedziała mama. – Albo trochę pomarzyć.

Matteo uznał, że to nudy. Co niby w tym ciekawego? Poza tym bardzo chciał się spotkać z przyjaciółmi. Świetnie dogadywał się z Milkmanem, Cattgirl i ViviGold.

Na szczęście rodzice nie do końca wiedzieli, ile czasu Matteo spędza w garażu.

Myśli chłopca poszybowały gdzieś daleko. Obok monitora leżała kartka, którą wczoraj przyniósł Salim. Papier zdążył już wyschnąć. Matteo go rozprostował. Luna z kartki miała nos jak kartofel i świńskie uszka – wiedział, jak się robi takie rzeczy.

Otworzył na komputerze drugie okno i odpalił aplikację Fotopstryk. Program umożliwiał tworzenie zabawnych obrazków. Można było sobie zafundować jakieś odjechane okulary albo przyprawić długą brodę… a nawet umieścić komuś na głowie psią kupę. Chyba właśnie w ten sposób Luna dorobiła się świńskich uszu. Ale dlaczego Salim przyfrunął z tym obrazkiem akurat do Mattea?

Matteo wgrał swoje zdjęcie i zaczął je modyfikować. Brwi stały się szersze, nos wydłużył się jak marchewka, twarz pokryła się bliznami.

Może Luna potrzebuje pomocy z komputerem albo telefonem? Wydrukował swoje zdjęcie, które wyszło całkiem zabawnie, i dopisał:

Cześć, Luna,

aplikacja, w której się robi takie rzeczy, nazywa się Fotopstryk. Jak przyjedziesz w sobotę na dzień otwarty, to Ci pokażę, jak z niej korzystać.

Pozdro

Matteo