Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Wiosną 1927 roku powódź nawiedza Vermont. Wezbrane rzeki niosą coś, czego nie powinno być na tym świecie: dziwne ciała, których nie da się przypisać żadnemu znanemu stworzeniu. Albert Wilmarth, wykładowca Uniwersytetu Miskatonic, uważa doniesienia za wiejskie przesądy. Zmienia zdanie, gdy dostaje list od Henry'ego Akeleya, samotnika z odludnej farmy wśród zalesionych wzgórz.
Nie każdy, kto szepcze w ciemności, mówi własnym głosem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 135
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
H.P Lovecraft
Szepczący w Ciemności
Przetłumaczył Marcin Gołda
WROTA WYOBRAŹNI · 2026
Szepczący w Ciemności
Autor: H.P. Lovecraft
Tytuł oryginału: The Whisperer in Darkness
Tłumaczenie i redakcja: Marcin Gołda
Okładka: Marcin Gołda
Wydanie I
ISBN: 978-83-68914-81-8
Copyright
© 2026 by Wrota Wyobraźni
Wszelkie prawa zastrzeżone
Proszę dobrze zapamiętać: na samym końcu nie ujrzałem na własne oczy żadnej potworności. Kto twierdzi, że to wstrząs psychiczny podsunął mi mój wniosek – ową ostatnią kroplę, która wygnała mnie zsamotnej farmy Akeleya ikazała pędzić nocą cudzym samochodem przez dzikie, kopulaste wzgórza Vermontu – ten pomija najoczywistsze fakty mojego ostatniego przeżycia. Choć znałem niemal wszystkie informacje idomysły Henry’ego Akeleya, choć sam niejedno widziałem isłyszałem, awrażenie, jakie to na mnie wywarło, było – przyznaję – niezwykle silne, nawet dziś nie potrafię dowieść, czy mój upiorny wniosek był słuszny, czy błędny. Bo przecież zniknięcie Akeleya niczego nie przesądza. Wjego domu nie znaleziono nic podejrzanego, jeśli nie liczyć śladów kul – zarówno na zewnątrz, jak iw środku. Wyglądało to tak, jakby po prostu wyszedł na przechadzkę po wzgórzach inie wrócił. Nic nie wskazywało nawet na to, że miał gościa ani że wgabinecie stały owe straszne cylindry imaszyny. To, że śmiertelnie bał się stłoczonych zielonych wzgórz inieustannego szmeru strumieni, wśród których się urodził iwychował, również oniczym nie świadczy – podobne chorobliwe lęki dręczą tysiące ludzi. Jego dziwne postępki iobawy zostatnich dni łatwo zresztą złożyć na karb ekscentryczności.
Dla mnie cała sprawa zaczęła się od pamiętnej, bezprzykładnej powodzi, która nawiedziła Vermont 3 listopada 1927 roku. Byłem wtedy, tak jak idziś, wykładowcą literatury na Uniwersytecie Miskatonic wArkham wstanie Massachusetts, aprzy tym zapalonym badaczem amatorem folkloru Nowej Anglii. Wkrótce po powodzi, wśród wypełniających prasę doniesień oniedoli, cierpieniach iorganizowanej pomocy, pojawiły się osobliwe historie orzeczach, które widziano wnurcie kilku wezbranych rzek. Wśród moich znajomych rozgorzały na ten temat zajmujące dyskusje, amnie proszono, bym wmiarę możliwości wyjaśnił tę sprawę. Pochlebiało mi, że moje folklorystyczne zainteresowania traktuje się tak poważnie, irobiłem, co mogłem, by pomniejszyć znaczenie tych dzikich, mglistych opowieści, które najwyraźniej wyrosły ze starych wiejskich przesądów. Bawiło mnie, że kilka wykształconych osób upierało się, iż uźródła tych pogłosek mogą tkwić jakieś niejasne, zniekształcone fakty.
Opowieści te docierały do mnie głównie wpostaci wycinków prasowych, choć jedna pochodziła zprzekazu ustnego: mojemu znajomemu powtórzyła ją wliście matka mieszkająca wHardwick wstanie Vermont. We wszystkich opisywano wgruncie rzeczy to samo, przy czym chodziło, jak się zdaje, otrzy odrębne przypadki – pierwszy wiązał się zrzeką Winooski wpobliżu Montpelier, drugi zWest River whrabstwie Windham, za Newfane, trzeci zaś zrzeką Passumpsic whrabstwie Caledonia, powyżej Lyndonville. Rozproszone wzmianki mówiły oczywiście także oinnych zdarzeniach, lecz po bliższym zbadaniu wszystkie dawały się sprowadzić do tych trzech. Za każdym razem wieśniacy twierdzili, że we wzburzonej wodzie spływającej zbezludnych wzgórz widzieli jeden lub kilka nadzwyczaj dziwacznych, niepokojących kształtów, ipowszechnie łączono te widoki zprymitywnym, na wpół zapomnianym cyklem szeptanych legend, które starzy ludzie wskrzesili na tę okazję.
Świadkom zdawało się, że widzą kształty organiczne, niepodobne do niczego, co dotąd oglądali. Rzecz jasna, wtamtych tragicznych dniach rzeki niosły wiele ludzkich ciał, lecz ci, którzy opisywali owe dziwne kształty, mieli pewność, że nie były to ludzkie ciała – mimo powierzchownego podobieństwa rozmiarów iogólnego zarysu. Nie mogło to też być, zapewniali, żadne zwierzę znane wVermoncie. Były to różowawe stwory długie na jakieś pięć stóp, oskorupiaczych ciałach zaopatrzonych wpary ogromnych płetw grzbietowych czy też błoniastych skrzydeł iw kilka par członowanych odnóży; tam, gdzie zwykle znajduje się głowa, miały coś wrodzaju pofałdowanej elipsoidy, pokrytej mnóstwem króciutkich czułków. Doprawdy zadziwiające, jak bardzo zgadzały się ze sobą relacje zróżnych źródeł – choć zdumienie słabło, gdy się pamiętało, że stare legendy, znane niegdyś wcałej górzystej krainie, podsuwały chorobliwie wyrazisty obraz, który złatwością mógł zabarwić wyobraźnię wszystkich świadków. Doszedłem do wniosku, że ludzie ci – bez wyjątku naiwni, prości mieszkańcy leśnych ostępów – dostrzegli wwirującym nurcie poobijane iwzdęte zwłoki ludzi bądź zwierząt gospodarskich, ana wpół zapamiętane podania kazały im przydać tym żałosnym szczątkom fantastyczne cechy.
Dawny folklor, choć mglisty, nieuchwytny iw dużej mierze zapomniany przez obecne pokolenie, miał charakter wielce osobliwy inajwyraźniej nosił ślady jeszcze wcześniejszych opowieści indiańskich. Znałem go dobrze, mimo że nigdy nie byłem wVermoncie, dzięki niezmiernie rzadkiej monografii Eliego Davenporta, wktórej zebrano przekazy ustne uzyskane przed rokiem 1839 od najstarszych mieszkańców stanu. Materiał ten pokrywał się zresztą ściśle zopowieściami, które sam słyszałem od sędziwych wieśniaków wgórach New Hampshire. Mówiąc najkrócej, napomykano wnich oukrytej rasie potwornych istot, czających się gdzieś pośród odleglejszych wzgórz – wgłębokich lasach porastających najwyższe szczyty iw mrocznych dolinach, gdzie sączą się strumienie onieznanych źródłach. Same istoty widywano rzadko, lecz ośladach ich obecności opowiadali ci, którzy zapuścili się dalej niż zwykle na zbocza pewnych gór albo wgłąb pewnych stromych wąwozów, omijanych nawet przez wilki.
W błocie nad strumieniami ina gołych spłachetkach ziemi trafiały się dziwne odciski stóp czy raczej szponów, atakże osobliwe kamienne kręgi zwytartą dokoła trawą, które nie wyglądały na dzieło samej Natury – ani ich ułożenie, ani kształt. Były też wzboczach wzgórz jaskinie oniezbadanej głębokości; ich wyloty zamykały głazy, ułożone wsposób raczej nieprzypadkowy, aowych dziwnych śladów prowadziło ku nim iod nich więcej niż gdzie indziej – oile wogóle dało się trafnie ocenić kierunek tych tropów. Najgorsze jednak było to, co śmiałkowie zrzadka widywali ozmierzchu wnajdalszych dolinach iw gęstych lasach na urwistych stokach, wyżej, niż sięgają zwykłe górskie wędrówki.
Wszystko to budziłoby mniejszy niepokój, gdyby owe rozproszone relacje nie zgadzały się ze sobą tak dobrze. Tymczasem niemal wszystkie pogłoski miały kilka punktów wspólnych: utrzymywano, że stwory przypominają ogromne jasnoczerwone kraby owielu parach odnóży iz dwoma wielkimi, nietoperzymi skrzydłami pośrodku grzbietu. Czasem chodziły na wszystkich odnóżach, czasem tylko na ostatniej parze, pozostałymi dźwigając duże przedmioty niewiadomego przeznaczenia. Pewnego razu wypatrzono ich całą gromadę – oddział brodził płytkim leśnym potokiem, trójkami, wszyku bez wątpienia karnym. Kiedy indziej widziano jednego wlocie: wzbił się nocą ze szczytu nagiego, samotnego wzgórza iznikł na niebie, ajego wielkie, łopoczące skrzydła przez mgnienie odcinały się czernią na tle księżyca wpełni.
Na ogół istoty te zdawały się zostawiać ludzi wspokoju, choć niekiedy obarczano je winą za zaginięcia śmiałków – zwłaszcza tych, którzy pobudowali się zbyt blisko pewnych dolin albo zbyt wysoko na pewnych górach. Owielu miejscach zaczęto mówić, że lepiej się tam nie osiedlać, iprzeświadczenie to trwało jeszcze długo po tym, jak zapomniano ojego przyczynie. Ludzie zdreszczem spoglądali na niektóre zokolicznych urwisk, choćby nawet nie pamiętali, ilu osadników przepadło iile zagród spłonęło do cna na niższych stokach tych ponurych zielonych strażników.
O ile jednak według najdawniejszych legend stwory krzywdziły jedynie tych, którzy zakłócali im spokój, otyle późniejsze relacje mówiły już oich zaciekawieniu ludźmi io próbach zakładania tajnych przyczółków wludzkim świecie. Opowiadano odziwnych odciskach szponów, znajdowanych rankiem pod oknami domów, io zaginięciach, do których dochodziło czasem poza okolicami uchodzącymi za nawiedzone. Opowiadano również obrzęczących głosach, które naśladowały ludzką mowę iskładały zdumiewające propozycje samotnym wędrowcom na drogach ileśnych traktach, atakże odzieciach śmiertelnie wystraszonych tym, co zobaczyły lub usłyszały tam, gdzie pierwotna puszcza podchodziła pod same podwórza. Wostatniej warstwie legend – tuż przed zmierzchem przesądów izerwaniem bliższej styczności zbudzącymi grozę miejscami – pojawiały się pełne zgorszenia wzmianki opustelnikach ifarmerach zodludzia, wktórych wpewnym okresie życia zaszła jakaś odstręczająca przemiana duchowa; stroniono od nich iszeptano, że zaprzedali się obcym istotom. Wjednym zpółnocno-wschodnich hrabstw około roku 1800 zapanowała wręcz moda na oskarżanie dziwaków inielubianych samotników oto, że są sprzymierzeńcami lub wysłannikami owych wstrętnych stworów.
Co do tego, czym one właściwie były, zdania – rzecz jasna – się różniły. Powszechnie nazywano je „tamtymi” albo „pradawnymi”, choć miejscami iprzejściowo używano też innych określeń. Większość purytańskich osadników uznała je zapewne bez ogródek za diabelskie chowańce iosnuła wokół nich pełne bojaźni teologiczne dociekania. Ci, którzy odziedziczyli podania celtyckie – głównie Szkoci zUlsteru osiadli wNew Hampshire oraz ich krewniacy, którzy zamieszkali wVermoncie na kolonialnych nadaniach gubernatora Wentwortha – mgliście łączyli je ze złośliwymi wróżkami i„małym ludkiem” ztrzęsawisk istarych grodzisk, abronili się przed nimi strzępami zaklęć przekazywanych zpokolenia na pokolenie. Najbardziej fantastyczne teorie mieli jednak Indianie. Choć legendy poszczególnych plemion różniły się między sobą, wkilku zasadniczych punktach panowała wyraźna zgoda: jednomyślnie twierdzono, że stwory nie pochodzą ztej ziemi.
Mity Pennacooków, najbardziej spójne ibarwne, głosiły, że Skrzydlaci przybyli zWielkiej Niedźwiedzicy na niebie imają wnaszych ziemskich wzgórzach kopalnie, zktórych wydobywają pewien kamień, niedostępny na żadnym innym świecie. Nie mieszkają tu, powiadały mity – utrzymują jedynie przyczółki iz ogromnymi ładunkami kamienia odlatują ku swoim gwiazdom na północy. Krzywdzą tylko tych ludzi, którzy podejdą zbyt blisko albo ich szpiegują. Zwierzęta stronią od nich zinstynktownej nienawiści, anie dlatego, że są przez nich tropione. Skrzydlaci nie mogą jeść ziemskich roślin ani zwierząt, więc przywożą sobie pożywienie zgwiazd. Źle jest się do nich zbliżać; bywało, że młodzi myśliwi, którzy zapuścili się wich wzgórza, nigdy nie wracali. Niedobrze jest też słuchać tego, co szepczą nocą wlesie głosami podobnymi do pszczelich, które usiłują udawać głosy ludzi. Znają mowę wszelkich ludzi – Pennacooków, Huronów, ludów Pięciu Narodów – lecz własnej mowy, zdaje się, nie mają ani nie potrzebują. Rozmawiają głowami, które zmieniają barwy na różne sposoby, akażda zmiana coś znaczy.
Wszystkie te podania, zarówno białych, jak iIndian, przygasły oczywiście wciągu dziewiętnastego wieku, jeśli nie liczyć sporadycznych, atawistycznych nawrotów. Życie mieszkańców Vermontu weszło wustalone koleiny; agdy ich zwyczajowe drogi isiedziby rozmieściły się już według pewnego stałego planu, coraz słabiej pamiętali, jakie lęki iprzestrogi ten plan ukształtowały – aw końcu ito, że jakiekolwiek lęki iprzestrogi wogóle istniały. Większość wiedziała po prostu, że pewne górzyste okolice uchodzą za bardzo niezdrowe, nieopłacalne iw ogóle pechowe, aim dalej się od nich trzymać, tym zwykle lepiej się człowiekowi wiedzie. Zczasem koleiny zwyczaju igospodarczego interesu wyżłobiły się wuznanych miejscach tak głęboko, że nie było już powodu, by poza nie wykraczać, inawiedzone wzgórza pozostały bezludne raczej przypadkiem niż zrozmysłem. Poza rzadkimi chwilami miejscowej paniki jedynie rozmiłowane wcudownościach babki izapatrzeni wprzeszłość dziewięćdziesięcioletni starcy szeptali jeszcze oistotach mieszkających wśród tych wzgórz; anawet oni przyznawali, że niewiele już zich strony grozi, skoro przywykły do bliskości domów iosad, aludzie zostawili wzupełnym spokoju wybrane przez nie tereny.
Wszystko to wiedziałem od dawna zlektur iz kilku ludowych opowieści zasłyszanych wNew Hampshire; kiedy więc po powodzi zaczęły krążyć pogłoski, bez trudu odgadłem, na jakim podłożu wyobraźni wyrosły. Dokładałem starań, by wytłumaczyć to znajomym, iszczerze mnie bawiło, gdy kilku zapalczywych dyskutantów nadal obstawało przy tym, że wdoniesieniach może tkwić ziarno prawdy. Usiłowali dowodzić, że dawne legendy odznaczają się znamienną trwałością ijednolitością, awzgórza Vermontu są właściwie niezbadane, toteż nierozsądnie byłoby wyrokować, co może, aco nie może wśród nich mieszkać. Nie uciszyło ich też moje zapewnienie, że wszystkie te mity układają się wdobrze znany wzór, wspólny większości ludów iukształtowany przez wczesne fazy rozwoju ludzkiej wyobraźni, które zawsze rodziły ten sam rodzaj złudzeń.
Na nic się zdało dowodzenie takim oponentom, że mity vermonckie niewiele różnią się wistocie od owych powszechnych legend uosabiających przyrodę, które zaludniły świat starożytny faunami, driadami isatyrami, podsunęły współczesnej Grecji jej kallikandzary1, adzikiej Walii iIrlandii dały mroczne podania odziwnych, małych istrasznych ukrytych plemionach jaskiniowców imieszkańców podziemnych nor. Na nic też było wskazywanie na jeszcze bardziej uderzające podobieństwo: na wiarę nepalskich plemion górskich wbudzących trwogę Mi-Go, czyli „Straszliwych Ludzi Śniegu”, którzy czają się upiornie wśród lodów iskalnych iglic himalajskich szczytów. Kiedy przytoczyłem te dowody, moi oponenci obrócili je przeciwko mnie: twierdzili, że muszą one świadczyć ojakimś historycznym jądrze dawnych opowieści – orzeczywistym istnieniu dziwnej, starszej ziemskiej rasy, która po nadejściu izapanowaniu człowieka zmuszona była się ukryć iktóra, co wcale niewykluczone, przetrwała wszczątkowej liczbie do stosunkowo niedawnych czasów, amoże nawet po dziś dzień.
Im bardziej wyśmiewałem takie teorie, tym zacieklej obstawali przy nich moi uparci znajomi. Dodawali, że nawet gdyby pominąć spuściznę legend, ostatnie doniesienia są zbyt jasne, spójne, szczegółowe iprzekazane nazbyt trzeźwo irzeczowo, by je całkiem zlekceważyć. Dwóch czy trzech fanatyków posunęło się do sugestii, że coś może być na rzeczy wdawnych indiańskich opowieściach, które przypisywały ukrytym istotom pozaziemskie pochodzenie; powoływali się przy tym na ekstrawaganckie książki Charlesa Forta, głoszące, że przybysze zinnych światów iz przestrzeni kosmicznej często odwiedzali Ziemię. Większość moich przeciwników była jednak zwykłymi romantykami, którzy usiłowali przenieść do rzeczywistości fantastyczne podania oczającym się „małym ludku”, spopularyzowane przez znakomite opowieści grozy Arthura Machena.
Jak można się było wtych okolicznościach spodziewać, nasze ożywione spory trafiły wkońcu do druku wpostaci listów do „Arkham Advertisera”; część znich przedrukowała prasa tych okolic Vermontu, zktórych pochodziły opowieści opowodzi. „Rutland Herald” zamieścił pół strony wyjątków zlistów obu stron, a„Brattleboro Reformer” przedrukował wcałości jeden zmoich obszernych wywodów historyczno-mitologicznych, opatrując go komentarzem wwyważonym felietonie „Pendriftera”, który poparł ipochwalił moje sceptyczne wnioski. Wiosną 1928 roku byłem już wVermoncie postacią niemal znaną, choć moja noga nigdy wtym stanie nie postała. Wtedy właśnie nadeszły rzucające mi wyzwanie listy Henry’ego Akeleya, które wywarły na mnie tak głębokie wrażenie iktóre po raz pierwszy iostatni zawiodły mnie do owej urzekającej krainy stłoczonych zielonych urwisk imamroczących leśnych strumieni.
Większość tego, co dziś wiem oHenrym Wentworcie Akeleyu, zebrałem już po tym, co przeżyłem na jego samotnej farmie, korespondując z
