Szczodry /OM/ - Elżbieta Cherezińska - ebook + książka

Szczodry /OM/ ebook

Elżbieta Cherezińska

5,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Szczodry to druga część dwutomowej powieści o królu Bolesławie II

Księcia Bolesława już zwą „twórcą kniaziów”, choć on sam nie ma nawet trzydziestu lat. Gdy po raz kolejny wymawia posłuszeństwo królowi Niemiec, nie pozostawia Henrykowi wyboru: na Polskę nadciąga cała cesarska potęga. Bolesław kryje jednak coś w zanadrzu i wielka wojna wybuchnie, ale nie w jego królestwie. On zaś znów stanie do rozgrywek w ościennych państwach, wpływając na los Rusi, Czech i Węgier. Zręcznie wykorzysta spór między cesarstwem a papiestwem, sięgając po królewską koronę. Jego sukcesy przytłaczają możnych i drażnią Stanisława, biskupa Krakowa. Ożywiają duchy przeszłości i konflikty z czasów przedpiastowskich. Wokół króla rozpina się sieć spisków. Bolesław przetnie ją, nie przypuszczając, że zapłaci za to najwyższą cenę.

To król jest osnową powieści, lecz to kobiety ją tkają. Jego ciotka, księżna kijowska Gertruda. Siostra, księżna Czech Świętosława. Matka, księżna wdowa Dobroniega. I ta, której imię wiąże się z życiem. To opowieść o tym, jak więzy pokrewieństwa wynoszą Piastów i jak stają się dla nich przekleństwem.

Był najzdolniejszym i najskuteczniejszym z Piastów, a zapamiętano go głównie ze sporu z biskupem Stanisławem, który po latach błędnie nazwano konfliktem władzy świeckiej i kościelnej. Zapomniano, że to król był twórcą i największym dobrodziejem polskiego Kościoła. Od dnia, gdy z biskupa Stanisława postanowiono zrobić świętego męczennika i patrona zjednoczenia królestwa, zaczęło się wymazywanie prawdziwej historii króla. Czas mu ją przywrócić. Oto on w pełnej krasie: Szczodry.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 602

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Elżbieta Cherezińska Szczodry ISBN Copyright © Elżbieta Cherezińska, 2025 All rights reserved Redaktor prowadzący Filip Karpow Redakcja Elżbieta Żukowska Opieka redakcyjna Tadeusz Zysk Korekta Paulina Jeske-Choińska, Julia Młodzińska Projekt okładki Tobiasz Zysk Opracowanie map Mariusz Mamet Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Nie dotykajcie moich pomazańców psalm 104 (105)

Jesień 1071, Miśnia

Małe rybackie łódki sennie kolebały się przy przystani. Na nabrzeżu żony rybaków łatały sieci, a mężczyźni piekli nad ogniskiem zatknięte na patyk karasie. Było niemal bezwietrznie, szeroki nurt Łaby połyskiwał w słońcu, jakby powierzchnia rzeki składała się z tysięcy rybich łusek. Z sadów na zboczach wzgórza dziewczęta i chłopcy znosili zbiory jesiennych jabłek. Śmiali się, gdy kilka wymsknęło się z kosza i w podskokach poturlało w dół. Rumiane i pełne jabłko wpadło w nurt Łaby, pluśnięciem budząc kudłatego rybackiego psa. Bezchmurne niebo, przemazane kilkoma plamami rozbielonych chmur, tworzyło poczucie sytej, spokojnej jesieni.

Nic bardziej mylnego. Tych, którzy zmierzali tego dnia na królewski zjazd w Miśni, łączyło jedno: związany z przeczuciem nadciągającej katastrofy niepokój. Poza tym wszystko dzieliło ich tak bardzo, iż nie mógł tego scalić wzywający ich król.

Sam król Henryk kipiał gniewem, jego przekonanie o tym, iż władza, którą posiadł, pochodzi od Boga, rok po roku było naruszane nieustannym, zatwardziałym buntem Sasów, krnąbrnością silniejszych niż książęta biskupów i nielojalnością lenników. Tych ostatnich wezwał, by zgiąć im karki i zmusić do zgody. A tych pierwszych oskarżył o zamach na swoją osobę i wsadził do lochów. Na hierarchów Kościoła niewiele mógł poradzić, wspierani przez Stolicę Apostolską używali Biblii jak tarczy, a jej wersetów jak miecza. Henryk był królem od piętnastu lat, niemal od dziecka, a wciąż nie doczekał się korony cesarskiej. Marzył o niej, jak każdy król Rzeszy i jak większość poprzedników, musiał o nią walczyć. Lecz jak ruszyć do Rzymu bez poparcia papieża? Z wojną między lennikami, która kładła się skazą na jego honorze, pokazując, iż ci mają go za nic? Jeśli książę Polski może lekceważyć króla Niemiec, zaraz zrobią to samo książęta Rzeszy. A o wojnie domowej chciał szybko zapomnieć, skoro udało się obu prowodyrów, Northeima i Billunga zamknąć w lochach. Niech gniją tam, ku przestrodze innych.

Wratysław, książę Czech jako jedyny jechał na zjazd zadowolony. Nawet dźwięk kopyt jego ogiera wydawał mu się radosny. W końcu król Henryk wysłuchał jego skarg. Wezwał Bolesława, a Piast przyjął wezwanie; to sukces, bo dotąd na żadne się nie stawiał. To osobisty tryumf Wratysława. Jego uporczywej i zręcznej dyplomacji. Podarków dla króla. Dla jego doradców, podwójnych dla biskupa Bremy, Adalberta, ten dzisiaj jest najważniejszy, a także dla urzędników królewskich, zastępu ministeriałów, którym Henryk ufa bardziej niż możnym.

Bolesław z pokładu barki patrzył na drugi brzeg Łaby, na trakt wiodący wzdłuż rzeki. Na czeskie chorągwie, żółte tło i czarną orlicę Przemyślidów. Czesi żyli po niemieckiej stronie Łaby, więc Wratysław i jego oddział jechali wzdłuż rzeki, on zaś musiał się przeprawiać na barkach; jakże to dobrze obrazuje odmienność położenia wobec cesarstwa Piastów i Przemyślidów.

Oni są niczym kora na drzewach wielkiego, niemieckiego lasu, ja jestem osobnym borem, dziką puszczą rozciągającą się na wschodzie, za rzekami, chronią mnie wody mojej Odry, jej mokradła. Roześmiał się na głos po tej myśli i sam siebie skarcił: — Nie masz dziesięciu lat, nie fantazjuj.

To prawda, tyle miał, gdy był z ojcem na swym jedynym zjeździe, w Kwedlinburgu. Żył wtedy stary cesarz, król Henryk był czteroletnim chłopcem, a Wratysław długowłosym dwudziestolatkiem, któremu przyrodzenie stanęło na baczność na cesarski werdykt: pięćset grzywien srebra i trzydzieści złota, za Śląsk, rok w rok, dla Przemyślidów od Piastów. Ta myśl rozbawia Bolesława. Pokład barki płynącej przez Łabę kołysze się lekko, on patrzy na czeski orszak już podchodzący pod obwarowania Miśni, słyszy rogi, po których otworzą się przed Czechami bramy. — Jutro posłucham, jak szczekasz na mnie przed królem Niemiec, przed chłopakiem, który mógłby być twoim synem. — Bolesław odwraca oczy od Czechów, patrzy na pyszniący się na wzgórzu kościół i miasto. Potem na rzekę, którą tyle razy przekraczali jego przodkowie. Wciąż poruszam się po śladach Chrobrego — myśli.

— Wiesz, dlaczego przyjąłem królewskie wezwanie? — odzywa się do stojącego przy nim opata Anchorasa. — Bo ze zjazdu, na którym byłem z ojcem, zapamiętałem, że najwięcej uwagi poświęca się nieobecnym.

Anchoras patrzył na skaliste wzgórze, nad którym górowały cztery wieże bazyliki, na kryte łupkiem dachy biskupiej siedziby i zamku margrabiów, na barwne miasto wypiętrzone ponad Łabą; oczywiście, widział podobieństwo do Tyńca i Wisły. Tyle, że na tynieckim szczycie stoi tylko kościół w budowie i klasztor w otulinie ciemnego lasu. I nie, nie chciał, by Tyniec zamienił się w miasto.

— Słusznie — odpowiedział księciu. — Lepiej za plecami króla porozmawiać o dzisiejszych nieobecnych, niż pozwolić, by o nas rozmawiano bez nas.

— Niedaleko jest bród — wtrącił się Nałęcz, podchodząc do księcia i opata. — Wiem od ojca, a on od swojego i tak, aż do pradziada. Z pokolenia na pokolenie — klepnął się w pierś i roześmiał. — We krwi to mamy, nasi przodkowie poili konie w Łabie, jak szli na zachód.

— Konie dobrze znoszą tę podróż — pochwalił opat, patrząc na sąsiednią barkę. — A my płyniemy w gości, nie na rozbój.

Fanfary wygrywane na trąbkach powtarzały się raz po raz, gdy orszaki gości przez udekorowaną wieńcami bramę wchodziły na zamek. Żeby nie uchybić żadnemu z książąt, Wratysława i Bolesława proszono razem, by szli obok siebie, ich sprawa będzie rozstrzygana jako pierwsza, zatem oni przodem, za nimi biskupi, książęta, kler, możni. Arystokratyczny tłumek oddychał z ulgą, że dzisiaj nie o nich, że gniew króla skupi się na tych dwóch słowiańskich książętach, gdy tymczasem oni z przebiegu audiencji będą mogli wyciągnąć wnioski, może zmienić fronty, może tylko się przegrupować? A może ich pan wyżyje się dzisiaj tak, że wytraci impet i w kolejnych dniach będzie syty i łagodny? Kwestia odbierania ziem Sasom rozpala głowy i nerwy, zwłaszcza że na zamkowym dziedzińcu powiewa cesarska chorągiew, złoty orzeł na czarnym tle. Niby tylko jako wspomnienie ojca najjaśniejszego pana, ale przecież to groźba.

Obaj książęta idą, patrząc przed siebie, jakby tego drugiego nie było, lecz w końcu ciekawość bierze górę, przecież nie widzieli się wieki. Gdy zawracają ku sobie głowy, robią to jednocześnie.

— Wyrosłeś od Kwedlinburga — mówi Wratysław, unosząc wzrok. Piast jest wyższy.

— Wiedziałbyś, gdybyś nie uciekł nocą spod Raciborza — rzecze Bolesław.

Przemyślida zacisnął szczęki, zadrgały mu nozdrza.

— Wiedziałbym wcześniej, gdybyś przyjechał do Pragi na wesele siostry — rzucił. — Nie spytasz, co u niej? — Pytanie jest prowokacją, obaj wiedzą, że piastowskie rodzeństwo utrzymuje kontakt.

— Oddałem ci sokolicę, co znosi złote jaja — mówi Bolesław, patrząc mu w oczy. — Masz z nią troje dzieci.

Wratysław chciał odpowiedzieć, lecz doszli do sali audiencyjnej i majordomus Henryka powitał ich ukłonem, zaprosił do wnętrza i na tym uprzejmości się skończyły.

Król Henryk był dwudziestojednolatkiem, szczupłym, ciemnookim, zaciętym. Zaciskał dłonie na podłokietnikach tronu, aż bielały mu knykcie, a pierścienie szczerzyły złote kły i drapieżnie połyskiwały kamieniami z każdego z palców. Tron ustawiono na podwyższeniu, a jakże. Ramiona młodego króla okrywał purpurowy płaszcz, pod nim pyszniła się niebieska, jedwabna tunika, nogę obutą w wyszywany złotą nicią trzewik trzymał na podnóżku, wysuniętą, jakby w marzeniach wyobrażał sobie, że ktoś go w tę stopę pocałuje, ale to nie Bizancjum. Na skroniach miał ceremonialną koronę, przez co trzymał głowę sztywno i prosto. Za jego plecami stało dwóch doradców, jednym był biskup bremeński Adalbert, drugim Bruno Krak, służebny ministeriał, którego wiedza i lojalność wobec króla czyniły nietykalnym. Król widywał Wratysława często, teraz więc wbił spojrzenie w niespełna trzydziestoletniego piastowskiego księcia. Z racji wzrostu skojarzył się Henrykowi z włócznią. Taką, co zamiast drzewca ma żelazo. Pewnie przez ten stalowoszary kaftan, za skromny jak na księcia — pomyślał król, lecz w tej samej chwili Piast przeszedł obok wielkiego, ośmioramiennego świecznika, który sięgał mu ledwie piersi i światło świec rozjaśniło kaf­tan olśniewającym blaskiem. Jest srebrny — zrozumiał król i to go rozzłościło. Książęta stanęli pod tronem, ukłonili się i w tym samym momencie zabrzmiał dźwięk rogu.

Jak na rozpoczęcie polowania — przemyka przez głowę Piasta.

— Złamałeś zasady, Bolesławie — zaczął mocno Henryk. — Nie protestuj. Wiemy o wszystkim, co się dzieje pod naszym panowaniem.

Bolesław nie drgnął, choć wyciągnięty w jego stronę palec Henryka wydał mu się czymś niestosownym do tego miejsca. Grubiańskim. Na dziedzińcu rozszczekały się psy, musiało być ich dużo, cała sfora, bo ich głosy, zwielokrotnione przez zamkowe mury, wdzierały się do komnaty audiencyjnej. Polowanie z nagonką — przemyka przez głowę Bolesława.

— Najpierw przestałeś płacić trybut, który kazaliśmy uiszczać, a potem uderzyłeś na naszego lennika, a twego sąsiada. Nie protestuj! — uniósł się Henryk. — W pościgu za wojskami naszego wiernego Wratysława strzelaliście do Czechów jak do dzikich gęsi. W plecy! Co na to powiesz? — z trumfem zakończył młody król.

— Tak było — potwierdza Bolesław. Napotyka uniesione brwi Brunona Kraka za plecami króla. Sam Henryk, podekscytowany tym, że może dalej wyładowywać swą złość, rozkręcił się:

— Łuk to oręż myśliwych, ale broń dzikich! Rycerstwu nie przystoi strzelać w plecy! — aż poczerwieniał na szczupłych policzkach.

— Wojsko czeskie zostało zaproszone do walki po rycersku — mówi Bolesław. — Wratysław wyznaczył dzień i miejsce, ale w noc poprzedzającą bitwę zniknął. Musiałem go wygnać ze swej ziemi, mój panie, bo, jak jest wam wiadome, zapuścił się aż na Śląsk, który wasz ojciec, cesarz, przyznał memu ojcu. Zatem nie strzelałem do rycerstwa, lecz do złodziei plądrujących mój kraj.

Oczy Henryka rozszerzyły się, nie był na to przygotowany. Jego doradcy pochylili się do niego, lecz chyba szeptali równocześnie, bo młody król uderzył rękoma o podłokietniki, aż zabrzęczały pierścienie i krzyknął:

— Ja mówię! Nie sprzeciwiać mi się! Wratysławie? Tak było? Najechałeś… — Bruno Krak pochylił się do jego ucha i szepnął, a król powtórzył: — Śląsk?

— Skoro Piast nie płaci trybutu, chciałem odzyskać ziemie — rzekł Przemyślida.

Doradcy pochylili się i dłużej szeptali do obu uszu króla, tyle że teraz naprzemiennie. Oczy Henryka błądziły od Wratysława do Bolesława, słuchał, aż przerywał machnięciem dłoni.

— Dość tego. Twój ojciec zabrał jego ojcu, jego ojciec twojemu — mówi, pokazując na odwrót. Twarz biskupa wyraża zmartwienie, że król się pomylił, oblicze Brunona Kraka jest nieruchome, jakby wiedział, że koniec końców, jego pan powie, co trzeba. — Ważne, co na to powiedział n a s z ojciec, cesarz Henryk. A orzekł, że Śląsk jest polski i że Czechom należy się trybut. Wiemy także — mówi król, a spojrzenie ministeriała dowodzi, skąd wie — że Śląsk jest wart dużo, naprawdę dużo więcej, niż to, co płacicie.

— Nie płacą — przypomina się Wratysław.

— To zaczną — młody król unosi głos i ramię. Potrząsa nim teraz z wyciągniętym palcem. — Bez zwłoki! Jak się dowiemy, że nastąpi jakieś uchybienie, to z wojskiem wyegzekwujemy królewskie posłuszeństwo.

Czubki palców biskupa dotykają pleców króla i ten przypomina sobie o czymś.

— Trzymajcie się swoich granic — teraz grozi Wratysławowi. — Za ich przekroczenie ukarzemy srogo i bezwzględnie. Nikt nie będzie sprzeciwiał się naszej woli. Co król mówi, jest święte! — to ostatnie Henryk zdaje się już kierować do pozostałych. Jeśli mieli nadzieję, że ich władca skończy połajanki na książętach Czech i Polski, już wiedzą, że tak nie będzie.

Bolesław słucha i obserwuje. Słyszy, jak jedni wstrzymują oddech, a inni wydają struchlałe westchnienie, żałuje, że nie widzi tych ludzi za swymi plecami, ich reakcje powiedziałyby mu więcej. Trójcę przed sobą, biskupa, ministeriała i króla, zdaje się rozumieć. Król nie miał czterech lat, gdy został namaszczony za życia ojca, ten zmarł krótko po tym, regencja jego matki była pasmem klęsk, krwawą walką o wpływy, która małego Henryka kosztowała majątki rozdawane poplecznikom za krótkotrwałe choćby sojusze. Porwanie przez arcybiskupa Annona i słynnego Northeima, tego, co dzisiaj siedzi w królewskim lochu, król nie miał nawet lat dwunastu. Małżeństwo, do którego go przymuszono i mimo sztabu legistów nie udaje się go unieważnić, choć jak mówią, cierpi na obsesyjną niechęć do żony — za tym chybionym związkiem stał także wszechpotężny Anno. Zatem tak, rozumie, że młody król jest rozdarty między przekonaniem o własnej wielkości i wszechwładzy, i jednocześnie każdego dnia musi wszystkim udowadniać, że tak jest naprawdę. Wspiera go biskup Adalbert, jego patronus i sztab ministeriałów, takich jak Bruno Krak, wierniejszych niż książęta, bo opłacanych pensją i nieposiadających wsparcia w rozległych, niczym korzenie, rodach. A inni?

Na znak Henryka, Przemyślida i Piast przyklękają na jedno kolano, pokorni lennicy, przyjmujący werdykt swego króla. Bolesław czuje się jak wtedy w Kwedlinburgu. Jakby stał z tyłu i patrzył na plecy Kazimierza i Brzetysława, klęczących, jak oni teraz. Lecz to tylko chwila, wspomnienie i wie, że wówczas czuł większe wzburzenie niż dzisiaj. Fanfary, za głośne do tej sali, ich dźwięk zamiast uroczyście, brzmi krzykliwie i przytłaczająco. Po nich jeszcze sygnał rogu. Polowanie na słowiańskich książąt zakończone, po myśli królewskiego łowcy.

Wstają, odwracają się, nie patrząc na siebie, i idą w stronę audytorium. Bolesław może zobaczyć tych innych, których tak był ciekaw przed chwilą. Margrabia Dedi, wyznaczony regentem Miśni. Benon, gospodarz, biskup Miśni, obok niego Werner, biskup Magdeburga. Zwyczajowo skłóceni, lecz teraz patrzą w jedną stronę: na niego. Odwrotnie niż biskup Bambergu, ten śledzi wzrokiem kroki Wratysława. Spojrzenia książąt i panów saskich zdają się krzyżować, jedni wpatrują się w Przemyślidę, drudzy w Piasta. I wtedy widzi szczupłego biskupa o policzkach rumianych jak jabłka i choć zna go tylko z opowiadań, jest pewien, na kogo patrzy: oto ­­Bucco, Burchard, pogromca pogan. ­Bucco stoi po stronie królewskich lojalistów, lecz spod wpół przymkniętych powiek śledzi kroki Bolesława. Książę zaś, mijając ośmioramienny świecznik, najpierw pozwala, by blask rozjarzył jego skromny kaftan, by rozświetlił każdą ze srebrnych nici i na mgnienie uważnego oka ukazał wzór utkany srebrem na srebrze, widoczny tylko pod światło i pod kątem, jeden na plecach, drugi na piersi. Słyszy pomruk za swoimi plecami. Król Henryk zobaczył. I widzi drgnięcie powiek biskupa ­Bucco. A przechodząc obok ostatniego z wysuniętych niczym konary drzewa ramion świecznika, zdmuchuje świecę. Jest wysoki, wystarczyło, że wypuścił powietrze.

Przed wieczorną ucztą do jego komnaty wchodzi Wojsław Odrowąż. Wżenił się w miśnieńską rodzinę, więc jest w świcie Bolesława, bo ma tu krewnych żony. Przydaje się na każdym kroku, jak teraz, gdy zapowiada:

— Książę, ktoś ważny chce się z tobą zobaczyć przed wieczerzą, nie na widoku.

Po ścianach pełgają płomyki lamp oliwnych, są ustawione niewysoko, głowa księcia jest ponad nimi, w cieniu.

— Poproś — mówi Bolesław w czasie, gdy sługa zdejmuje mu koszulę, przebierając na ucztę. Wojsław patrzy przez chwilę na nagi tors księcia, jakby badał, czy jego pan jest tak samo zbudowany, jak wszyscy. Owszem, nie ma tam nic, czego nie mieliby inni, lecz sam widok nagiego księcia bez głowy przyszpila Wojsława. Wychodzi po gościa, gdy sługa okrywa pana świeżą koszulą.

— Margrabia Miśni, Ekbert Drugi — anonsuje, a sługa pospiesznie zarzuca na ramiona księcia płaszcz, by nie przyjmował margrabiego nieubrany.

Do komnaty wszedł chłopiec, najwyżej dwunastoletni. Poważny, choć jego twarz wciąż jeszcze miała dziecinny, okrągły zarys. Krótko skłonił się Bolesławowi.

— Syn nieżyjącego margrabiego Ekberta — rzekł Wojsław i Bolesław wszystko sobie przypomniał. Tak, ten chłopiec jest prawowitym dziedzicem marchii miśnieńskiej, do pełnoletniości zarządzanej przez Dediego.

— Dziękuję za gościnę — zaczął Bolesław.

— Gościny królewskie są jednym z powodów naszych nieszczęść — odpowiedział chłopiec. — Sasi cierpią pod rządami tyrana. Prześladuje nas, odbiera majątki, buduje na naszych ziemiach obronne zamki, naszym kosztem. I naszym kosztem je żywi. I tych ministeriałów, sługusów, którymi je obsadza. Buduje nam księstwo w księstwie, rozumiesz, książę?

Chłopiec mówi, jakby recytował wyuczoną lekcję, ale taką, którą dobrze rozumie i z którą się zgadza, ot, jak tą, o pannach roztropnych, które wzięły ze sobą oliwę; któżby nie chciał w godzinie próby być taką panną?

— Rozumiem, Ekbercie — odpowiada mu książę.

— Przyjaciele mego ojca, Otto Northeim i Magnus Billung siedzą w lochu, oskarżeni niesłusznie o rzekomy zamach na króla, który nie miał miejsca. Szukają wsparcia, bo ktoś ci bliski czeka na ich… — chłopiec margrabia zaciął się; może zapomniał, co kazano mu powiedzieć, może nie chciało mu to przejść przez gardło. Patrzył na Bolesława, jakby od niego teraz oczekiwał pomocy, jakby się miał rozpłakać, że nie zdał zadanej mu lekcji. Bolesław przykucnął, by być na jego wysokości, położył mu dłoń na ramieniu i zachęcił skinieniem głowy. W oczach Ekberta naprawdę zalśniła łza.

— Wydaje ci się, że jesteś mały, w wielkim lesie — powoli mówi Bolesław. — Widzisz tylko poszycie, mech, krzewinki, nawet trawy są wyższe od ciebie, a gdy zadzierasz głowę, korony drzew zdają się sięgać nieba. Potykasz się, ale idziesz, idziesz i pewnego dnia, nawet nie wiesz kiedy, zaczynasz wspinać się na te drzewa.

— Las nie stanie się mniejszy? — spytał chłopiec, poruszając nosem, po którym spłynęła mu łza.

— Nie — rzekł Bolesław. — Byłem niewiele starszy od ciebie, gdy straciłem ojca.

— A dzisiaj siedzisz na najwyższej gałęzi? Nie boisz się, że spadniesz?

— Boję się — potwierdza książę. — Ale z góry widać lepiej — uśmiecha się i puszcza oko do chłopca. — Szukam tych najgrubszych konarów.

Ekbert przygryzł wargę i wpatrywał się w niego, chciał sprawdzić, czy polski książę nie naigrywa się, poruszył brwiami tak jasnymi, jakby ich nie było.

— Ten ktoś czeka na ich ziemie — wyrzucił z siebie jednym tchem. — Król mu obiecał.

Wypuścił powietrze i odwróciwszy się na pięcie, wybiegł.

— Komu? — spytał Wojsław, kręcąc głową z niedowierzaniem. Ta scena, między księciem a małym margrabią, wydała mu się nierzeczywista.

— Dowiemy się podczas wieczerzy — odpowiedział Anchoras, który nie przebierał się na ucztę. Poprawił tylko skórzany pas i z niechęcią, ale wyjął nóż z pochwy i odłożył na ławę. Potem otworzył swoją sakwę, wyciągnął z niej chleb, ser i jabłko i zaczął jeść.

— Opacie — Wojsław nie krył zaskoczenia. — Co robisz? Przecież udajemy się na królewską ucztę.

— Nie idę się tam posilać — wzruszył ramionami Anchoras.

Uczta powinna być hałaśliwa, gwarna, okraszona śmiechami przed toastami i po nich. Goście winni wciąż zwracać głowy do siedzącego u szczytu stołu króla. On zaś, niczym hojny gospodarz, dobry ojciec, wreszcie ich pan i punkt odniesienia, łagodnym uśmiechem, półzdaniem, skinieniem głowy łagodzić może blask swego majestatu, by na tę chwilę stać się bliższym ludziom. Tak nie było.

Muzycy grali skoczną piosenkę do tańca, przy takiej na wiejskiej zabawie furkoczą spódnice i nogi same niosą, lecz tu, w komnacie audiencyjnej miśnieńskiego zamku, tej samej, w której w południe rozpoczęło się królewskie polowanie, władca wytykał palcem i pokrzykiwał, a w której teraz rozstawiono stoły i ławy, piosenka brzmi smętnie, jak wymuszony dowcip. Brak tupotu tancerzy. Toasty owszem, są wznoszone, lecz każdy z nich pusty, napuszony i „niech żyje król” zdaje się wyczekiwanym końcem, by goście mogli schować się za czaszą kielicha. Wreszcie Henryk, który nie siedzi u szczytu wspólnego stołu, jego stół jest na podwyższeniu, osobny, wyniesiony ponad biesiadników. I nie bije od niego blask majestatu, lecz migotliwy blask klejnotów, którymi zdobiony jest jego diadem, płaszcz, długa tunika pod spodem, i każdy z palców obu dłoni. W oczach Bolesława, które wciąż pamiętają blask Kijowa, Henryk wygląda niczym niedokładnie odtworzona miniatura. Widać, że chciałby wyglądać jak cesarz Konstantynopola, bazyleus, ale zna go tylko ze słyszenia, jakby jego kopista malował portret ze zbyt oględnych opowieści. Tyle, że miejsce króla oświetlone jest rzęsiście, więc owszem, można uznać, iż Henryk IV się mieni. Po jego prawicy biskup Adalbert, patronus, zaufany doradca. Po lewicy arcybiskup Anno, który przybył w ostatniej chwili. To najpotężniejszy z wrogów Henryka, spośród tych, którzy jeszcze są na wolności. Zbyt wpływowy, by król pozwolił sobie wprost zadać mu cios. Woli go trzymać blisko i ranić jego stronników, jak teraz, gdy wsadził Northeima i Billunga. Kiedy zwraca się do Annona, na twarzy Henryka widać zaciekawienie, takie samo, jak na twarzach chłopców znęcających się nad szczeniętami. Za to oblicze Annona jest nieprzeniknione. I, co widzi Bolesław, to ku arcybiskupowi częściej wędrują spojrzenia biesiadujących. O ile nie patrzą na niego. Słyszał już szepty o sobie, złośliwe, podszyte zawiścią i, tak, pewnym podziwem: twórca królów. A zatem docenia się tu jego kijowski wyczyn, a może niektórzy pamiętają jeszcze, że jego wojska wyniosły na tron Belę Arpada, choć na głos nikt tego nie komentuje. Poza tym, umniejszyłoby to królowi, który w ostatnim czasie nie odniósł żadnych zwycięstw, zatem każdy z obecnych woli przemilczeć sukcesy Bolesława. A sprawą palącą jest bunt Sasów. Bolesław już wie, że tych dwóch, Billung i Northeim, są w lochu zarządzanym przez biskupa ­Bucco. Lecz ­Bucco jest krewnym i sojusznikiem Annona. Intryga zaczyna być wciągająca, przypomina korzenie krzewu, znacznie bardziej rozgałęzione niż jego zielone, kwitnące gałęzie.

Stół gości jest długi. Bolesław siedzi na pierwszym miejscu od podwyższenia i króla, a przy nim zostawiono wolne nakrycie, więc ktoś jest oczekiwany i tak cenny, że czeka na niego krzesło. Na równie bliskim władcy miejscu, naprzeciw Bolesława, twarzą w twarz, a jakże, Wratysław. Usadzono ich tutaj z racji urodzenia i pozycji, to jasne, są godnymi zdobyczami w królewskim polowaniu. Zapewne Henryk patrzy na nich z podwyższenia i myśli, że gdy zjazd się zakończy, gdy przeprowadzi te zakulisowe i pokazowe rozmowy, będzie mógł wszystkich zebranych ułożyć u swych stóp niczym zwierzynę w rytualny pokot, od najgrubszego zwierza, po przepiórkę. Bolesław nie ma złudzeń, w wyobraźni króla największym drapieżnikiem z obecnych jest siedzący u boku monarchy Anno. Leżałby na miejscu ubitych niedźwiedzi. Za nim potężne łosie, Northeim i Billung, już schwytane w sidła. Kto potem? Margrabia Łużyc i regent Miśni, Dedi? Trzyma głowę nisko, jak ktoś, kto nie chce, by zwracano na niego uwagę. Czy raczej margrabia Marchii Północnej, Lothar? Siedzi w połowie stołu, skłócony z innymi wrogami króla, lecz z powodu uwięzienia Northeima wydaje się kluczowy. Rudowłosy, z krótką brodą, przypomina Bolesławowi Sasów, jakich zapamiętał z dzieciństwa, ze zjazdu w Kwedlinburgu. Twardych, nieogolonych, mówiących ojcu dzisiejszego króla rzeczy, których tamten nie chciał słuchać. Lata temu widziałem początek tego konfliktu, choć wówczas nikt jeszcze nie sądził, że wybuchnie — myśli książę.

Bolesław przesuwa wzrokiem po innych, układa ich w wymyślonym przez siebie królewskim pokocie. Gdzie ja bym był? — pyta siebie. — Na miejscu rysiów i wilków? Czy też z racji dzisiejszego werdyktu Henryk ma mnie zaledwie za lisa lub sarnę?

Spojrzenie Bolesława krzyżuje się ze wzrokiem Anchorasa. Opat, jako gość ważny funkcją, lecz niski urodzeniem, siedzi przy końcu stołu. Prowadzi ożywioną rozmowę z innymi benedyktynami. Dla kogoś, kto go nie zna, sprawia wrażenie zasłuchanego i wciągniętego w dyskusję takich jak on, skrytych pod czarnymi habitami, mnichów. Bolesław widzi jednak, że Anchoras uważnie nasłuchuje także innych rozmów przy stole. Jest jak uczony, który czyta kilka ksiąg jednocześnie.

Ekbert, dwunastoletni margrabia, gospodarz, któremu na czas zjazdu odebrano zamek, piwnicę, spiżarnie i spichrze, a także stajnie i półroczne zapasy siana, krząta się tu i tam, jako podczaszy, bo choć ma tytuł i prawa do marchii, to król postanowił go poniżyć, nie dając mu miejsca przy stole. Gdy przechodzi za plecami Wratysława, doglądając, czy kielichy pełne, jego spojrzenie wędruje do Piasta. Chłopiec staje na palcach, unosi głowę i patrzy na sklepienie komnaty. Bolesław mruga do niego. Zawiązali porozumienie, jak wielu przed nimi, chlubny poczet margrabiów Miśni trzymających z Piastami. Eberhard, Guncelin, Herman i inni.

Król Henryk nie był głodny, popróbował bażanta i wydał mu się zbyt suchy, teraz przechwytuje uśmiechy gości i myśli, jak by to było, gdyby zamiast małego Ekberta wino podawał mu Piast. Jest tak wysoki, że aby napełnić kielich, musiałby zginać się w pas. To ekscytuje młodego króla przez chwilę, napawa się tą wizją, ale potem przypomina sobie dziwną rzecz, blask świec, co musnął plecy Piasta, gdy wychodził z audiencji, światło, które zdawało się poruszać na jego barkach, niczym skrzydła. Ułuda — odepchnął tę myśl król. — Mam zwidy, bo jestem zmęczony Saksonią.

Ponad głowami ucztujących wiszą chorągwie rodowe. Bolesław widzi, że dom Piastów reprezentuje zniszczona stanica z czasów jego ojca, Kazimierza, ze srebrnym książęcym orłem. Nie wywiesili chorągwi królów, Bolesława i Mieszka, uznają tylko stanicę księcia, który złożył im hołd. Przełyka to, popija winem. Patrzy na barwne płachty chorągwi wiszących po obu stronach komnaty. Czerwienie, żółcie, czerń, lazur, zieleń. Tyle kolorów, wszystkie przytłumione i brudne, jakby na co dzień żerowały na nich wrony i kruki. Otrząsa się: są okopcone przez pochodnie i świece, nic więcej.

Jego ramię muska drobna dłoń.

— Wina, książę? — spytał za jego plecami Ekbert. I gdy nachylił się z dzbanem, szepnął pospiesznie:

— Zaraz tu będzie.

Bolesław widzi, że na końcu stołu Anchoras zasłania dłonią kielich. Sługa, który chciał mu dolać wina, kiwa głową i odchodzi. Większość opatów uprzejmie odmawia trunków. Wracają do ożywionej dyskusji, lecz poza słowami, z których żadne nie dociera do Bolesława, ich rozmowa toczy się w języku obcym pozostałym biesiadnikom, w języku gestów. Palce złożone w piramidkę, szybko odjęty z niej jeden, potem drugi. W odpowiedzi pięść zaciśnięta lekko i otwarta, palce wolno skierowane w dół, kciuk w bok, kółko z kciuka i palca wskazującego. Bolesław widzi to po raz pierwszy i nie może oderwać wzroku od benedyktynów, którzy poczynają sobie przy królewskim stole swobodnie, świadomi, że nikt poza nimi nie rozumie ich ukrytej mowy.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Jesień 1071, Miśnia