Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Carrie Fitzgerald jest najszczęśliwszą dziewczyną. Jako jedyna drugoklasistka należy do uniwersyteckiej drużyny koszykówki, dostaje najlepsze role w szkolnych przedstawieniach i ma najprzystojniejszego chłopaka w szkole. Jest też najbardziej przesądną osobą. Uważa, że ma szczęście dzięki T-shirtowi, który tata przywiózł jej z jednej ze swoich podróży. Ale mama przez pomyłkę oddaje koszulkę na cel charytatywny – dla sierocińca w Indiach. Gdy Carrie opuszcza szczęście, robi to, co zrobiłaby każda logicznie myśląca dziewczyna – jedzie na drugi koniec świata, żeby odzyskać T-shirt.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Lubowidzu
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu (2)
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 291
Rok wydania: 2006
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Szczęśliwy
T-shirt
Kate Brian
Megan przewodnik po chłopcach
Polecamy również bestsellerowe serie
Meg Cabot
Pamiętnik księżniczki
Cecily von Ziegesar
Plotkara
Szczęśliwy
T-shirt
KateBrian
Agnieszka Różańska
Tytuł oryginału
Lucky T
Redaktorzy serii
Małgorzata Foniok
Ewa Turczyńska
Redakcja stylistyczna
Izabella Sieńko-Holewa
Redakcja techniczna
Andrzej Witkowski
Korekta
Katarzyna Kucharczyk
Projekt graficzny okładki
Małgorzata Foniok,
Ilustracja na okładów
Hywell Jones/Iconica/Getty Images/Flash Press Media
Skład
Wydawnictwo Amber
Druk
Wojskowa Drukarnia w Łodzi
Copyright © 2005 by Alloy Entertainment.
All rights reserved.
For the Polish edition
Copyright © 2006 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.
ISBN 83-241-2476-4
Warszawa 2006. Wydanie 1
WYDAWNICTWO AMBER Sp. z o.o.
00-060 Warszawa, ul. Królewska 27 tel. 620 40 13, 620 81 62
www.wydawnictwoamber.pl
Dla Maniszy i Aimee
W ciepłe, słoneczne sobotnie popołudnie Carrie Fitzgerald wyszła ze swojej garderoby ubrana w limonkowozieloną spódniczkę, tak krótką, że pod żadnym pozorem nie należało się w niej pochylać. Jasne włosy niedbale zwinęła w kok, który podpięła ołówkiem. Dopiero co wpadła do swojego pokoju z najlepszą przyjaciółką, Piper Breslin, i obie zaczęły przymierzać fantastyczne ciuchy, które kupiły bladym świtem podczas szalonych zakupów. Centrum handlowe Westfield w San Francisco nigdy wcześniej nie zostało równie dokładnie przetrzebione, i to o tak wczesnej porze.
- Wyglądam w tym seksownie albo chociaż powalająco? - zapytała Carrie.
Piper obejrzała się uważnie w sięgającym podłogi lustrze i pokazała język swojemu odbiciu. Wydekoltowany, króciutki top w kolorze indygo, który wykopała z pominiętego przez przyjaciółkę stosu ubrań, obciskał ją we wszystkich nieodpowiednich miejscach. Carrie miała smukłą figurę, której mogłaby pozazdrościć nawet supermodelka, podczas gdy Piper należała do osób niższych i nieco okrągłej szych.
- Jak mam to powiedzieć, żeby nie zranić twoich uczuć? - odparła z afektowanym uśmiechem. - Może jakaś panienka z Los Angeles chciałaby dostać z powrotem swoją kieckę?
Carrie się uśmiechnęła. To właśnie jeden z licznych powodów, dla których nie rozstawały się z Piper od czasów przedszkola. Łączyła je niewiarygodna więź, granicząca z miłością siostrzaną. Nikt inny nie mógłby jej powiedzieć, że wygląda tandetnie, a w kilka sekund później prawić komplementów. Nikt inny nie znosiłby cierpliwie zrzędzenia Carrie, że wybujała w tym roku do metra siedemdziesięciu siedmiu (chociaż dzięki temu, mimo swoich niecałych szesnastu lat, dostała się do uczelnianej drużyny koszykówki). Nikt nigdy nie zdołałby zastąpić Piper w roli najlepszej przyjaciółki.
Jedyne, czego nie robili, to rozmowa na jakiekolwiek istotne tematy, co zawsze wydawało się Carrie trochę dziwne. Nie w tym rzecz, by Jason wysiadywał koło niej i milczał. Ale jak dotąd, na przykład, ani razu nie wdali się w ożywioną dyskusję o karze śmierci; nawet nie wymienili się opowieściami o najbardziej żenujących momentach swojego życia. Jednak dziś wieczór miało się to zmienić. Już wkrótce Carrie zgłębi, co dzieje się w głowie Jasona (oprócz myśli o całowaniu, oczywiście).
Piper wyciągnęła ramiona nad głową.
Piper usiadła i zaczęła przekładać poduszki, żeby się wygodnie podeprzeć i obserwować, jak przyjaciółka przymierza kolejny zestaw - tego popołudnia już dziesiąty. Pod lawiną puszystych kap i kilkoma zabłąkanymi pluszakami zauważyła coś wciśniętego pomiędzy oparcie łóżka a materac.
Carrie wybiegła z garderoby, piszcząc jak nadepnięty szczeniak.
Piper zdołała wreszcie wyciągnąć swoje znalezisko i kompletnie osłupiała. Trzymała w ręku stary T-shirt, którego, jak sądziła, przyjaciółka pozbyła się już całe lata temu. Przecież dostała tę koszulkę w piątej klasie.
Carrie była wyraźnie speszona.
Mógł istnieć tylko jeden powód, by trzymać sprawę w tajemnicy.
Tym razem Carrie leżała na królewskich rozmiarów łożu, teraz już starannie zasłanym. Powiodła wzrokiem po pokoju. Zbliżało się lato i wydawało się, że jest tu znacznie więcej powietrza i słońca. Na kremowych ścianach wisiały równiutko, jeden obok drugiego, zagraniczne widoczki, które tata przysyłał jej ze swoich licznych podróży. Zeszyty schludnie piętrzyły się na zabytkowym biurku, a książki, ustawione od najwyższej do najniższej, wypełniały komplet regałów. Krótko mówiąc, dla bałaganu Carrie rezerwowała miejsce w garderobie, gdzie zawsze mogła zamknąć drzwi.
Jednak teraz Piper nacierała na to pomieszczenie niczym Mary Poppins na Czerwonego Byka.
Piper nie dawała się zrazić.
Carrie usiadła. Popatrzyła przyjaciółce w oczy.
Piper złapała się za głowę i powlokła w stronę łóżka.
Carrie się uśmiechnęła. Zerknęła w dół na znajomą zieloną gwiazdę widniejącą na czerwonej koszulce. Ta koszulka przynosiła szczęście w każdej dziedzinie życia. Kiedy ją wkładała, czuła, że da sobie ze wszystkim radę. Zresztą miała na to dowody.
W ciągu tych kilku lat Carrie sporządziła obszerną listę wszystkich szczęśliwych momentów od czasu, gdy dostała swój talizman. Włożyła czerwoną koszulkę na sprawdzian kwalifikacyjny do uczelnianej drużyny koszykarskiej i przeszła jako jedyna z młodszych. Od piątej klasy miała ją na sobie podczas przesłuchań do każdego szkolnego przedstawienia i za każdym razem wygrywała pierwszoplanową rolę. Stopnie też wyraźnie podskoczyły. Z żadnego sprawdzianu nie dostała poniżej 5, co było całkiem logiczne, ponieważ na egzaminy zawsze chodziła w szczęśliwej koszulce.
Jednak Piper, usłyszawszy to, nie wyglądała na przekonaną. Ani trochę.
Już miały odpowiedzieć, kiedy usłyszały kroki na schodach. Pani Fitzgerald dobrze wiedziała, że przymierzają nowe ciuchy, jak zwykle, gdy wydały całe kieszonkowe, i również chciała wziąć udział w pokazie mody.
Tak naprawdę mama nie inwestowała zbyt wiele w swój wygląd. W zasadzie odkąd wydała ją na świat, nosiła odwieczny zestaw, złożony z batikowej spódnicy, wielkiego szkarłatnego swetra i naszyjnika z koralików. Jednak psuła córkę, gdy chodziło o stroje, a Carrie doskonale zdawała sobie sprawę dlaczego. Panią Fitzgerald nadal gnębiły wyrzuty sumienia z powodu rozwodu, chociaż miał on miejsce całe lata temu.
Najlepsza przyjaciółka mamy, Celia DeMarco, zawsze zbierała odzież albo żywność w puszkach na taki czy inny cel charytatywny.
Carrie niechętnie zwlokła się z łóżka i odnalazła przyjaciółkę wśród stosu ubrań. Miała nadzieję, że wtargnięcie mamy odwróciło uwagę Piper na tyle, by zapomniała, o czym rozmawiały.
Może zresztą koszulka wcale nie przynosiła szczęścia.
W chwili gdy zaczęła poddawać w wątpliwość całą teorię, opadła na kolana po skłębioną na podłodze zapinaną bluzkę i zastygła. W najdalszym kącie garderoby stało pudełko po butach firmy Skechers - jej „kapsuła czasu” jeszcze z podstawówki. Obdarte na rogach, poobklejane uśmiechniętymi buźkami, z ostrzegawczym napisem: Otwórz, A POTEM GIŃ!!!, nabazgranym czerwonym markerem na pokrywce. Carrie uśmiechnęła się, usiadła po turecku i z szacunkiem umieściła je sobie na kolanach.
Carrie radośnie wyszczerzyła zęby i ostrożnie ściągnęła spinające pudełko recepturki. Kilka się rozerwało. Uniosła wieczko. Powitało ją błyszczące zdjęcie dwóch dziesięciolatek, z okazji Halloween przebranych za dorosłe. Ze stanowczo zbyt obfitym makijażem i błyszczykiem na buziach, zastygły w pozach modelek - jedna ręka na biodrze, druga wzniesiona ku głowie - uśmiechając się do obiektywu.
Następny w kolejności był program Ani z Zielonego Wzgórza, spektaklu, który wystawiali w piątej klasie. Czując lekki zawrót głowy, Carrie otworzyła stronę z obsadą. Jak to możliwe, że po tak długim czasie nadal wspaniale było zobaczyć swoje nazwisko na samej górze? Przebiegła opuszkiem palca po wydrukowanych literach, a potem przesunęła go w dół listy, aż do nazwiska Piper.
Pod programem leżał duży arkusz białego papieru, złożony na trzy części tak, jak się składa listy. Carrie rozpostarła go i serce jej zamarło.
Piper oparła się o zwisające na ścianie garderoby naręcze ciuchów i wzięła się do czytania.
MIĘDZYNARODOWE LINIE LOTNICZE
Kochana Carrie Ann
Powietrze w Maroku jest ciężkie, gęste i aromatyczne. Kiedy spacerowałem wczoraj po zatłoczonym targowisku, o mało nie dostałem zawrotu głowy od tych wszystkich kolorów, zapachów i dźwięków. Żeby znaleźć chwilę wytchnienia, wstąpiłem do sklepu z pamiątkami i tam spotkałem tę zwariowaną kobietę. Byłabyś nią zachwycona - na całej głowie warkoczyki, a oczy jak u kota, tak wydłużone makijażem. Zaczęliśmy rozmawiać i kiedy usłyszała, że mam córkę, uparła się, żebym kupił dla Ciebie coś, co do tego listu załączam. Zaklinała się, że przyniesie Ci szczęście. Nie wiem, czy to prawda, ale mam nadzieję, że tak. Nikt nie zasługuje na szczęście bardziej niż moja najmilsza dziewczynka. A poza tym, pomyślałem, że odmowa mogłaby przynieść pecha. Wiem, że ta koszulka wygląda jak coś, co nosi zwykły turysta - to niemal dokładnie flaga Maroka - ale słowo daję, ta zwariowana kobieta twierdziła, że zielona gwiazda z klejnocikami jest w całości ręcznie naszywana.
Myślę o Tobie w każdej sekundzie tych wszystkich moich przygód, pragnąc, żebyś była przy mnie i mogła zobaczyć całe piękno świata. Pewnego dnia wybierzemy się w podróż - tylko Ty i ja - dokądkolwiek zechcesz.
Niedługo się zobaczymy, Kochanie. Tymczasem noś szczęśliwą koszulkę i pamiętaj, że zawsze o Tobie myślę.
Moc całusów. Tata
Piper skończyła i podniosła wzrok na przyjaciółkę, która nagle wydała jej się bardzo smutna.
- Pamiętam, jak po raz pierwszy czytałam ten list - powiedziała Carrie, odbierając arkusik z rąk Piper. - To było tego dnia, kiedy wszystko się zmieniło...
Dzień, w którym wszystko się zmieniło: pech na początek
Wielgachna kanapka. Ze wszystkich rzeczy na świecie, które Carrie mogła wywalić na swoją nowiusieńką różową bluzę z kapturem od Abercrombiego, to musiała być właśnie ona! Plama - mazista, obrzydliwa, w dziwnych pomarańczowych brązach - nie tylko zdawała się krzyczeć: „Nigdy nie zejdę, obojętnie ile razy twoja matka będzie mnie spierać!”, ale również ogłaszała całemu światu, że Carrie w ogóle ośmieliła się jeść ogromną mięsno-serowo-majonezową bułę. Coś, na co nikt przy zdrowych zmysłach w szkole by się nie zdobył.
Carrie popędziła do swojej szafki w szatni. Rękę trzymała wygiętą pod nienaturalnym kątem przy klatce piersiowej, próbując ukryć plamę. Najwyraźniej miał to być najgorszy dzień piątej klasy. Nie dość że rano spóźniła się dosłownie parę sekund na przystanek - dając Chrisowi Berenowi i Gregowi McCaffreyowi okazję do robienia głupich min przez tylne okno autobusu, który ruszył, zostawiając ją w kłębach pyłu - to jeszcze w połowie biegu do szkoły uświadomiła sobie, że zapomniała notatek do ustnego sprawozdania na temat przeczytanej książki, z którego właśnie tego popołudnia miała zostać odpytana. Przez cały dzień roztrzęsiona oczekiwała upokorzenia na lekcji angielskiego i nieuchronnej odsiadki po zajęciach. A teraz jeszcze to. Sam fakt, że musi przyznać się pani Russo do nieprzygotowania, a wszyscy w klasie będą się na nią gapić, sprawiał, że czuła się okropnie. Ale z tą ogromną plamą na przodzie bluzy w żadnym wypadku nie mogła tego zrobić. Prędzej umrze.
Jednym szarpnięciem otworzyła szafkę i padła na kolana, żeby wyciągnąć upchniętą w głębi sportową torbę. W środku znajdowała się duża czerwona koszulka z błyszczącą zieloną gwiazdą na piersi. Koszulka, której w ciągu wszystkich tych tygodni, odkąd ją dostała, ani razu nie chciała założyć. Już sam jej widok sprawiał, że policzki Carrie płonęły z gniewu i urazy. Ojciec odszedł. Odszedł i wszystko, co w zamian proponował, to parszywy T-shirt.
Carrie nienawidziła tej koszulki; była niczym jakaś nagroda pocieszenia. Jakby dzięki niej znowu miało być dobrze. „Nie możesz mieć przy sobie taty, ale co tam! Masz koszulkę!” Jak ojciec mógł być takim durniem? I ta koszulka miała przynosić szczęście? Litości! Jakby cokolwiek, co jej dawał, mogło przegonić pecha. Ale jednocześnie Carrie nie umiała zdobyć się na to, żeby prezent wyrzucić. Myśl o tacie w marokańskim sklepie, opowiadającym o niej jakiejś dziwnej kobiecie i tak bardzo pragnącym posłać coś córce na szczęście, sprawiała, że pękało jej serce. Obłęd, ile emocji potrafił wzbudzić jakiś głupi ciuch. Carrie zaczynała wariować, a miała zaledwie dziesięć lat.
Rozległ się pierwszy dzwonek. Serce podeszło jej do gardła. Nie było wyboru. To jedyna rzecz, w którą mogła się przebrać. Pobiegła do łazienki, ściskając koszulkę w garści. Trzeba przetrwać do końca dnia. Potem będzie mogła wrócić do domu i dostać załamania nerwowego.
Dzień, w którym wszystko się zmieniło: szczęśliwy traf nr 1
OK, po prostu powiedz jej prawdę. Powiedz jej prawdę, może nie załatwi cię na amen, myślała Carrie, kiedy nauczycielka kroczyła w stronę biurka. Pani Russo miała co najmniej metr osiemdziesiąt wzrostu, krótkie brązowe włosy i bary szersze niż nauczyciel gimnastyki pan Latke, dawny zapaśnik. Nie było na świecie bardziej onieśmielającej osoby. U pani Russo nie zapominało się prac domowych. To się po prostu nie zdarzało.
- Mam nadzieję, że wszyscy jesteście przygotowani do ustnego sprawozdania na temat przeczytanych książek - powiedziała, unosząc brew i lustrując klasę uważnym spojrzeniem zza okularów. Dwadzieścioro piątoklasistów zastygło na swoich miejscach, bojąc się nawet odetchnąć.
Od początku roku, cokolwiek by się działo, Carrie zawsze była w pierwszej grupie wyrywanych do tablicy albo do czytania na głos. I nie tylko to. Zwykle dostawała pytania, na które nie znała odpowiedzi, a nigdy takich, na które znała. Jeśli szło o lekcje pani Russo, to Carrie najwyraźniej nie miała do nich szczęścia.
No, to już po mnie, kompletnie, całkowicie, na amen, pomyślała.
A wtedy nauczycielka zrobiła najdziwniejszą rzecz pod słońcem. Uśmiechnęła się.
Dziewiętnaścioro piątoklasistów odwróciło się, żeby popatrzeć w osłupieniu na Lauren Dillon. Nim minęło dziesięć sekund, twarz jubilatki z naturalnej mlecznej bladości przeszła w ceglastą czerwień.
Proszę, tylko nie moje nazwisko... proszę, tylko nie moje nazwisko...
Tak naprawdę Carrie nie wierzyła, że nieme błaganie coś zmieni - nigdy dotąd nie działało - ale to wszystko, co mogła zrobić.
Pani Russo wyciągnęła pierwszy skrawek papieru i go rozwinęła.
Carlos jęknął. Serce podeszło Carrie do gardła.
Proszę, tylko nie moje nazwisko... proszę, tylko nie moje nazwisko...
Ashley, wzorowa uczennica, wyprostowała się dumnie i uśmiechnęła.
Proszę, tylko nie moje nazwisko... proszę, tylko nie moje nazwisko...
- Micah Taylor!
Carrie gwałtownie otworzyła oczy. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że miałaje mocno zaciśnięte. To był cud. Nikt nigdy nie dowie się, że zapomniała swojego sprawozdania. Nie będzie publicznej kompromitacji. Nie będzie musiała za karę zostać po lekcjach. Wprost nie mogła uwierzyć we własne szczęście.
Dzień, w którym wszystko się zmieniło: szczęśliwy traf nr 2
W pół godziny i trzy nudne sprawozdania później klasa zgromadziła się wokół biurka pani Russo, żeby spróbować babeczek. Były czekoladowe, pokryte białym lukrem i ślicznymi żółtymi i różowymi kwiatuszkami.
Nie było wątpliwości, kto dostanie babeczkę z dużym różowym kwiatkiem. Abby Simpson. Abby Simpson dostawała wszystko. Nauczyciele ją uwielbiali. Uczniowie ją uwielbiali. Zycie Abby Simpson było idealne i każdy zdawał się w głębi ducha zgadzać, że tak właśnie być powinno i należy utrwalać ten stan rzeczy na wszelkie możliwe sposoby.
Carrie nawet nie zawracała sobie głowy pożądliwym zerkaniem na wielki różowy kwiatek. Należał się Abby, to jasne jak słońce.
Patrzyła, jak pani Russo, krocząc przejściami między rzędami ławek, wręcza kolejnym uczniom ich porcje. Wyprostowała się nieco na krześle, kiedy nauczycielka podeszła do niej. Jednak gdy ciastko znalazło się już przed nią, brązowe oczy Carrie rozszerzyły się ze zdumienia.
Była to babeczka z ogromnym różowym kwiatkiem.
Carrie odwróciła się, żeby spojrzeć na Ashley. Ashley gapiła się z osłupieniem na jej babeczkę. Tak samo Carlos i Greg, i Delores Mancini. To nie Abby dostała najlepsze ciastko. Cały ich świat stanął na głowie.
Dzień, w którym wszystko się zmieniło: szczęśliwy traf nr 3
Tego popołudnia Carrie wyszła z klasy po lekcji matematyki - na której otrzymała maksymalną liczbę punktów ze sprawdzianu - kiedy dopadła ją Piper. Brązowe włosy Piper, pierwotnie zwinięte w pięć minikoczków - porozplatały się i sterczały na jej głowie pod dowolnym kątem. Fryzura ta w połączeniu z szeroko otwartymi oczami i szalonymi podskokami sprawiała, że przyjaciółka wyglądała jak obłąkany naukowiec.
W podstawówce każdego roku jedna klasa wystawiała sztukę dla reszty szkoły i rok w rok Carrie miała nadzieję, że los padnie właśnie na nich. Jednak ciągle wybierane były grupy innych nauczycieli, więc nigdy nie dostawała szansy, żeby chociaż postawić stopę na scenie. Przyprowadzana na widownię, żeby oglądać cudze występy, zawsze wyobrażała sobie siebie - uśmiechniętą w blasku reflektorów, ubraną w oszałamiający kostium, doskonale wygłaszającą przyswojony na pamięć tekst. Zazdrościła dzieciakom, które plątały się tu i tam z wymiętymi egzemplarzami scenariusza i musiały codziennie spędzać godzinę po lunchu na próbie w audytorium. Wszystko to wydawało się wielką frajdą. A Carrie zawsze wiedziała, że mogłaby być świetną aktorką, gdyby tylko dano jej szansę. Przecież mama wiecznie powtarzała, że Carrie potrafi zrobić dramat z byle czego...
Teraz Carrie była już w gimnazjum1. Również tutaj wystawiano tylko jedną sztukę na rok i każdy musiał przejść przez eliminacje. Przesłuchania w poprzednim tygodniu ogromnie szarpały nerwy, ale Carrie dała z siebie wszystko i od tego czasu marzyła o tym, że dostanie jakąś rolę. Może chociaż kilka linijek. Może więcej niż kilka. Ale zagrać główną bohaterkę? Nigdy nie myślała, że dostanie taką rolę!
Ruszyły biegiem przez zatłoczony hol do audytorium, gdzie wokół wiszącej na drzwiach listy zebrał się już niezły tłumek.
Carrie nie mogła w to uwierzyć, dopóki sama nie zobaczyła. Dokładnie tam, przed jej oczami widniało:
Ania Shirley - Carrie Fitzgerald
Piper miała rację. Carrie była gwiazdą!
Dzień, w którym wszystko się zmieniło: szczęśliwy traf nr 4
Tego popołudnia, kiedy autobus zatrzymał się na jej przystanku, Carrie nadal promieniała. W San Francisco był piękny, pogodny dzień, więc ze swojego wzgórza mogła widzieć słońce odbijające się w wodach zatoki i migoczące na moście Golden Gate. Dlaczego nigdy dotąd nie zauważyła, jaki to fantastyczny widok? Dlaczego nigdy nie spostrzegła, że wszystko jest fantastyczne?
Drzwi otworzyły się gwałtownie i dziewczynka poderwała się ze swojego miejsca.
Była to Abby Simpson. Podeszła z tylnej części autobusu, gdzie codziennie zasiadała otoczona przyjaciółmi. Jasne loki otaczały jej anielską buzię, gdy niedbale nadmuchiwała wielki balon z gumy do żucia, aż pękał, powracając prosto do ust, zamiast oblepić jej całą twarz. Abby miała supermodne rzemykowe sandały, których nikomu innemu rodzice nie pozwalali nosić, i paznokcie u nóg pomalowane na jaskrawy róż, z naklejkami Hello Kitty na obu dużych palcach.
Oszołomiona Carrie wzięła kopertę i wbiła w nią wzrok.
Jakimś cudem Carrie udało się odwrócić i wysiąść, choć kolana się pod nią uginały. Wprost nie mogła uwierzyć w to, co trzymała w ręku. Kiedy tylko autobus zniknął za rogiem, rozerwała różową kopertę.
Złote, pełne zawijasów litery głosiły:
Abby urządza Urodzinowe Piżama-Party i Ty jesteś zaproszona!
Carrie wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Zaproszenie na jedną z imprezek Abby! Czekała na to przez całe wieki. I ta chwila wreszcie nadeszła.
Zatrzymała się u stóp schodów, które wiodły do jej domu, i nagle przypomniała sobie paniczny pośpiech, w jakim opuszczała go tego ranka. Czy dzień nie zaczął się, jakby miał być najgorszy w życiu? Z zapomnianym sprawozdaniem i wypadkiem z majonezową kanapką?
Jeszcze raz opuściła wzrok na zaproszenie i spojrzenie jej padło na połyskującą z przodu koszulki zieloną gwiazdę. Serce Carrie wywinęło koziołka. Koszulka. Wszystko, co dobre, zaczęło się dziać, kiedy ją włożyła. Czy to możliwe? Czy możliwe, że koszulka naprawdę przynosiła szczęście?
Nagle dziewczynkę ogarnęło ciepłe niewyraźne uczucie, które brało początek w piersi i promieniowało na całe ciało. Ta koszulka była magiczna. Odmieniła jej życie. Carrie nie zamierzała jej już zdejmować.
Nagle twarz Piper spoważniała.
Carrie zastygła.
Piper wyczuła napięcie w głosie przyjaciółki i starała się wyrazić swoje obawy w delikatniejszy sposób.
Przez chwilę Carrie milczała. Wyłowiła spośród ciuchów ojcowski gruby szary sweter, który nigdy nie wróci już do mody. To prawda, była na tatę wściekła, kiedy się wyprowadził. Przez całe lata była naprawdę zła, bo nigdy nie wydawał się specjalnie wysilać, żeby w ogóle spędzać z nią czas. Podczas gdy próbowała stopniowo pozbywać się gorzkich uczuć, jej przekonanie o magicznych właściwościach koszulki bezgranicznie rosło. Mogła uczynić wszystko. Może rzeczywiście w głębi duszy Carrie wierzyła, że pewnego dnia szczęśliwa koszulka na nowo połączy ich rodzinę? I nie czuła się gotowa, by porzucić tę nadzieję. Nie teraz. Nigdy.
Carrie westchnęła. Zdawała sobie sprawę, że powariowanie na Piper w niczym nie pomoże. Poza tym przyjaciółka po prostu się o nią troszczyła. Carrie podeszła do Piper i otoczyła ją ramieniem.
Wzięła Piper za rękę i popędziły na dół. Kiedy dotarły do kuchni, ujrzały, jak pani Fitzgerald wylewa cały gar zupy do pojemnika na odpadki.
Carrie zacisnęła wargi, siłą powstrzymując szeroki uśmiech. Piper robiła, co w jej mocy, żeby pohamować wybuch śmiechu godny hieny.
Obie spojrzały na zieloną gwiazdę migoczącą na piersiach Carrie i radośnie wyszczerzyły zęby. Do listy sukcesów szczęśliwej koszulki została dodana kolejna pozycja.
Późnym popołudniem Carrie wyszła z łazienki po dobrej godzinie strojenia się. Była ubrana w swoje ulubione obcisłe dżinsy biodrówki i biały koronkowy stanik. Włosy miała idealnie puszyste, skóra lśniła pod cienką warstewką przyciemniającego balsamu. Otworzywszy szufladę ogromnej dębowej komody, dziewczyna posłała uśmiech swemu lustrzanemu odbiciu. W dużych brązowych oczach malowało się wyczekiwanie, nieskazitelna skóra (wyjąwszy kilka piegów na nosie) była zarumieniona od gorących podmuchów suszarki. Carrie wyjrzała przez okno i dostrzegła, że kilka złowieszczo wyglądających chmur przetacza się od strony zatoki. Co z tego. Mały deszczyk nie mógł zepsuć jej humoru. Nadchodził romantyczny, cudowny wieczór - czuła to.
Właśnie miała się skropić odrobinką perfum, które Jason szczególnie lubił, kiedy kątem oka dostrzegła, że szczęśliwa koszulka nie wisi już na klamce, gdzie ją zostawiła. Obróciła się i popatrzyła jeszcze raz. Coś niesamowitego. Mogłaby przysiąc, że tam jest.
Szybko przeszukała wzrokiem cały pokój, upewniając się, czy nie rzuciła jej na łóżko albo przypadkowo do kosza z rzeczami do prania. Przekopała się przez dwa stosy brudnych ciuchów i niczego nie znalazła. Zdenerwowana, przetrząsnęła wszystkie szuflady komody, wiedząc, że nigdy jej tam nie odkładała, ale musiała sprawdzić dla pewności. Tak jak podejrzewała, koszulki nie było.
Carrie gwałtownie otworzyła drzwi garderoby, obrzucając wzrokiem opróżnioną podłogę. Nigdzie ani śladu błyszczącej zielonej gwiazdy. Z walącym sercem wróciła do komody i znowu zaczęła wyciągać wszystko z szuflad, ciskając byle jak na dywan. Padła na kolana, sortowała swetry, bluzy, koszulki polo i piżamy. Bez skutku.
W porządku, nie panikuj. Przecież jej nie zgubiłaś, powtarzała sobie. Nie było możliwe, by coś takiego zrobiła. Nie ze szczęśliwą koszulką. Niedawno przygotowała całą masę rzeczy do prania. Może przez pomyłkę wcisnęła ją z innymi ubraniami. Tak. To musiało być to.
Carrie wypadła z sypialni i zbiegła do maminego pokoju, a potem drugimi schodami na najniższą kondygnację. Przemknęła koło mamy, która jak zwykle ślęczała w kuchni nad książką kucharską, i ślizgając się w skarpetkach, wpadła do pralni.
W małym pomieszczeniu stały trzy kosze: jeden na białe rzeczy, drugi na delikatne, a trzeci na ciemne. Carrie złapała kosz na rzeczy delikatne i wytrząsnęła go na podłogę, po czym zamknęła oczy, odmówiła krótką modlitwę i zabrała się do przekopywania stosu ubrań. Koszulki nie było.
Serce Carrie znajdowało się gdzieś w bliskim sąsiedztwie nerek. Odwróciła się i wywaliła zawartość dwóch pozostałych koszy, wiedząc, że niczego nie znajdzie, pamiętając, że nie wsadzała koszulki do prania, ale w nadziei na jakiś cud, jakąś szczelinę w kontinuum czasoprzestrzeni. Cokolwiek, co mogłoby zmienić rzeczywistość.
Zagryzła wargi i powoli wstała. Wzięła głęboki oddech, z całej siły starając się nie wpaść w panikę, i ruszyła w stronę kuchni. Mama ubrana była w kwiecistą spódnicę, purpurową koszulkę, swoje odwieczne koraliki i bardzo poplamiony fartuch z napisem Słodka tarta. Włosy miała zebrane z tyłu w luźny kok. Spojrzała na córkę i ściągnęła brwi.
Pani Fitzgerald zamrugała.
Carrie weszła do kuchni i zbliżyła się do kontuaru, za którym siedziała mama. Położyła dłonie na blacie, by się na czymś oprzeć. Istniała duża szansa, że za chwilę straci panowanie nad sobą i zacznie odbijać się od ściany do ściany i do sufitu, jakby była zwariowaną postacią z filmu rysunkowego.
Carrie pamiętała kilka trzęsień ziemi, jakie nawiedzały jej miasto, ale nic nie równało się z obecnym. Podłoga zakołysała się jej pod nogami. Cały dom walił się wokół niej. Chwyciła kurczowo blat, jak gdyby życie od tego zależało, jak gdyby rozpadlina wielkości Teksasu rozwierała się u jej stóp, grożąc, że pochłonie całe miasto.
Jej koszulka. Jej szczęśliwa koszulka. Na zawsze... przepadła?!
Pani Fitzgerald, wyczuwając, że coś jest nie tak, znowu podniosła wzrok znad książki i na widok bólu malującego się na twarzy córki zmarszczyła czoło.
Carrie ścisnęło się gardło. Nie potrafiła odetchnąć ani przełknąć. Nagle wszystko nabrało sensu. Koszulka musiała ześlizgnąć się z klamki i upaść prosto na wielką kupę ubrań, które sama zostawiła dla Celii.
O Boże, pomyślała. Zaraz zwymiotuję.
Po raz pierwszy w życiu doświadczyła efektu tunelowego. Była w stanie widzieć jedną i tylko jedną rzecz - telefon. Przeszła przez kuchnię i chwyciła go ze ściany. Może Celia jeszcze nie przekazała koszulki dalej. Może był jeszcze czas.
Kiedy gorączkowo wybierała numer, mama przypadkiem zawadziła o kuchenny stół i przewróciła łokciem solniczkę, rozsypując dookoła jej zawartość. Carrie o mało nie zemdlała. Tego tylko brakowało - dodatkowego pecha.
Pani Fitzgerald, od dawna przyzwyczajona do przesądów córki, automatycznie zebrała szczyptę soli i cisnęła przez ramię. Macierzyński instynkt najwyraźniej rozbudził się i podpowiadał, że to jedyny sposób, by ustrzec dziecko od jakiegoś psychotycznego ataku.
Tymczasem Carrie z uwagą wsłuchiwała się w sygnał telefonu. Zajęte!
Coś w Carrie pękło. Cisnęła telefon na miejsce i gorące łzy napłynęły jej do oczu. To nie mogło się dziać naprawdę. Koszulka nie mogła przepaść. Po prostu nie mogła. Wszystkie te dobre rzeczy, na które Carrie miała nadzieję i o których marzyła, a szczególnie jedna, teraz już się nigdy nie ziszczą.
Gdzieś w głębi duszy miała ochotę wyjaśnić mamie, że koszulka przynosi szczęście i że jeśli nie znajdzie się w jej posiadaniu w ciągu najbliższych sześćdziesięciu sekund, życie rozleci się na kawałki. Chciała opowiedzieć, dlaczego ma do niej taki sentyment, że to prezent od taty, więc kiedy ją wkłada, czuje mu się bliższa w sposób, którego nikt nigdy nie zdoła zrozumieć. Wiedziała jednak, że rozmowa o ojcu zawsze wprawiała matkę w podły nastrój. Chociaż ostatnimi czasy było już wyraźnie lepiej, pani Fitzgerald nadal nie mogła się uporać z rozwodowymi emocjami. Carrie nie cierpiała tego ciągłego obchodzenia się z mamą jak z jajkiem, a już szczególnie teraz, kiedy potrzebowała zrozumienia dla swojej rozpaczliwej sytuacji. A jednak nie potrafiła się zdobyć na szczerą rozmowę.
- Mamo, proszę - powiedziała Carrie, wstrzymując oddech. - Nie mogę stracić tej koszulki.
Carrie zatrzasnęła drzwiczki maminego forda escape hybrid i popędziła ścieżką prowadzącą do domu Celii. Cała futryna obwieszona była dzwoneczkami wszelkich możliwych kształtów, rozmiarów i kolorów, które zabrzęczały, kiedy Carrie wpadła jak burza na schody. Zadzwoniła do drzwi i, podskakując niecierpliwie, czekała. Czuła się jak jeden wielki kłębek nerwów. Niech nikt się nie waży stanąć pomiędzy nią a jej szczęśliwą koszulką!
Proszę. Proszę... proszę... proszę, myślała, z całej siły zaciskając pięści. Teraz już palce obu rąk trzymała skrzyżowane. Proszę, niech nie będzie za późno.
