64,90 zł
Dlaczego sukces kryje się tam, gdzie go nie szukasz?
Dlaczego ludzie, którzy robią wszystko „właściwie”, tak często nie osiągają tego, czego chcą? Ciężko pracują, są zdyscyplinowani i ambitni – a mimo to ich wysiłek nie przynosi oczekiwanych rezultatów.
Ten bestseller „Wall Street Journal” pokazuje, że problemem nie jest brak zaangażowania ani talentu, lecz błędne wyobrażenie o tym, co naprawdę pozwala osiągnąć sukces.
Eric Barker, opierając się na badaniach naukowych i nieoczywistych historiach, wyjaśnia, dlaczego wiele popularnych strategii prowadzi w ślepy zaułek – oraz gdzie w rzeczywistości warto kierować energię.
W książce znajdziesz m.in.:
•powody, dla których najlepsi uczniowie rzadko osiągają finansową niezależność
•sytuacje, w których bycie miłym pomaga – i takie, w których skutecz-nie blokuje rozwój
•sposoby, w jakie słabości mogą stać się siłą
•co naprawdę buduje odporność psychiczną i determinację
•odpowiedź na pytanie, czy w sukcesie ważniejsze jest to, co wiesz, czy kogo znasz.
Zmiana kierunku może przynieść więcej niż lata bezsensownej pracy. Przestań błądzić i zacznij działać tam, gdzie to naprawdę ma znaczenie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 520
Rok wydania: 2026
Tytuł oryginału: Barking Up the Wrong Tree: The Surprising Science Behind Why Everything You Know About Success Is (Mostly) Wrong
Wydawca prowadzący: Justyna Malatyńska
Tłumaczenie: Marcin Kowalczyk
Redakcja: Justyna Topolska
Korekta: Agnieszka Anulewicz Wypych
Skład: Tomasz Gąska | 7colors.pl
Opracowanie e-wydania: Karolina Kaiser |
Okładka: Joanna Wasilewska
Copyright © 2017 by Eric Barker
All rights reserved.
First harpercollins paperback edition published in 2019
Copyright © 2026 for this edition by MT Biznes Ltd.
All rights reserved.
Copyright © 2026 for this Polish translation by MT Biznes Ltd.
All rights reserved.
Wydanie pierwsze
Warszawa 2026
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
MT Biznes Sp. z o.o.
mtbiznes.pl
ISBN 978-83-8231-823-4 (epub)
ISBN 978-83-8231-824-1 (mobi)
Moim Rodzicom,
którzy z wielką wyrozumiałością znosili swojego syna orchideę, obiecującego potwora, nieprzefiltrowanego lidera.
Pewnie się zastanawiacie, co to ma, do diabła, znaczyć.
No cóż, może lepiej już zacznę…
„Nic, co ważne, nie przychodzi z dołączoną instrukcją obsługi”.
James Richardson
Analizując naukowe podstawy tego, co wyróżnia osoby odnoszące ogromne sukcesy, dowiadujemy się, co robić, by się do nich upodobnić… a także, dlaczego w niektórych przypadkach to dobrze, że nie jesteśmy tacy jak oni.
Dwóch zawodników straciło życie.
Magazyn „Outside” uznał Race Across America (RAAM) za najbardziej wymagające zawody wytrzymałościowe na świecie. Kolarze pokonują ponad cztery tysiące osiemset kilometrów w mniej niż dwanaście dni. Trasa wiedzie od jednego wybrzeża do drugiego – wyścig zaczyna się w San Diego, a kończy w Atlantic City.
Ktoś może pomyśleć: „O, to coś jak Tour de France”. Nie. Tour składa się z etapów. Kolarze mają przerwy. W RAAM przerw nie przewidziano. Rywalizacja trwa non stop. Każda minuta, którą kolarze poświęcają na sen, odpoczynek lub cokolwiek innego poza pedałowaniem, to kolejna minuta, którą ich rywale mogą wykorzystać, żeby ich pokonać. Zawodnicy poświęcają na sen średnio trzy godziny na dobę – choć czynią to z niechęcią.
W czwartym dniu wyścigu czołowi zawodnicy mają trudny orzech do zgryzienia. Odpocząć, czy nie? Rywale są blisko (różnice między nimi nie przekraczają godziny), więc ta decyzja ma ogromne znaczenie – kolarz wie, że kiedy będzie odpoczywał, zostanie wyprzedzony i będzie musiał odzyskać utraconą pozycję. A z każdym kolejnym dniem sił będzie coraz mniej. Nie ma chwili wytchnienia. Wyczerpanie, ból i brak snu tylko się nasilą.
Jednak w 2009 roku zawodnik jadący na czele nie musi rozstrzygać tego dylematu. Ma pół dnia przewagi. Jure Robič wydaje się niepokonany. Jedzie po swoje szóste zwycięstwo – tak, już pięciokrotnie wygrał ten wyścig, przy czym kilka razy pokonał dystans w czasie krótszym niż dziewięć dni. W historii zawodów nikt nie stawał na najwyższym stopniu podium częściej niż on. W 2004 roku wyprzedził drugiego zawodnika w klasyfikacji o jedenaście godzin. Wyobrażasz to sobie? Musisz czekać pół dnia, żeby zobaczyć, jak na metę wjeżdża zdobywca drugiego miejsca.
Pytanie o tajemnicę sukcesu Robiča nasuwa się samo. Czy to geny? Nie. Podczas testów jego parametry fizyczne okazały się typowe dla czołowego zawodnika sportów ultrawytrzymałościowych.
A może miał najlepszego trenera na świecie? Też nie. Jego przyjaciel Uroč Velepec opisał Robiča jako osobę, której „w ogóle nie da się trenować”.
Dopiero w artykule opublikowanym w „New York Times” Dan Coyle ujawnił przewagę, jaką Robič miał nad konkurentami – tę, dzięki której stał się najlepszym zawodnikiem w historii RAAM.
Jego szaleństwo.
I wcale nie chodziło mu o to, że zawodnik gotów jest podejmować ekstremalne ryzyko. On miał na myśli dosłowne znaczenie słowa „szaleństwo” – chciał powiedzieć, że Robič w trakcie wyścigu dosłownie tracił rozum.
Popadał w paranoję; wybuchał bez powodu płaczem i przeżywał załamania nerwowe; dostrzegał tajemne znaki w pęknięciach na asfalcie. Zdarzało się, że rzucał rower na ziemię i z zaciśniętymi pięściami ruszał w kierunku samochodu wsparcia, w którym jechali członkowie jego ekipy. (Byli na tyle mądrzy, że ryglowali drzwiczki). Czasami zeskakiwał z roweru i wdawał się w pojedynki na pięści… ze skrzynkami pocztowymi. Miewał halucynacje – pewnego razu zdawało mu się, że gonią go uzbrojeni mudżahedini. Jego ówczesna żona była tak zaniepokojona zachowaniem Robiča, że zamknęła się przed nim w przyczepie ekipy.
Coyle napisał, że Robič postrzegał własne szaleństwo jako „niezręczne i krępujące, ale bez którego nie da się żyć”. Najbardziej fascynujące w tym wszystkim jest to, że Robič nie był pierwszy i szaleństwo wcale nie jest nieznanym źródłem przewagi w sporcie. Już w XIX wieku naukowcy tacy jak Philippe Tissié i August Bier zauważyli, że niezrównoważony umysł bywa przydatny – dzięki niemu sportowiec może zignorować ból i zmusić swój organizm do przekraczania naturalnych granic.
Cóż, nie wiem, jak to było w twoim przypadku, ale mój doradca zawodowy w szkole nigdy nie wspominał, że halucynacje, ataki na skrzynki pocztowe i ogólnie szaleństwo sprzyjają osiąganiu światowego sukcesu w jakiejkolwiek dziedzinie. Przeciwnie, mówił, że mam pilnie odrabiać prace domowe, przestrzegać zasad i być miły.
To wszystko rodzi zasadnicze pytanie: co tak naprawdę jest źródłem sukcesu? W tej książce przyjrzymy się temu, co przynosi sukces w prawdziwym świecie. Myślę tu o sukcesie życiowym, a nie tylko o zarabianiu pieniędzy. Jakie postawy i zachowania pomagają ludziom osiągnąć cele w każdej dziedzinie, niezależnie od tego, czy chodzi o karierę, czy życie osobiste? Wiele książek porusza tylko jeden aspekt sukcesu lub przedstawia teorię, z której nie wynikają żadne konkretne działania. My najpierw przyjrzymy się temu, co się sprawdza w praktyce, a następnie poznamy konkretne kroki, które pomogą nam osiągnąć zamierzone cele.
Definicja sukcesu jest kwestią indywidualną. Chodzi o to, czego osobiście potrzebujesz, żeby czuć się szczęśliwym w życiu zawodowym i osobistym. Nie oznacza to jednak, że sukces jest czymś zupełnie dowolnym. Znasz już strategie, które mogą cię do niego doprowadzić – takie, które z dużym prawdopodobieństwem się sprawdzą (wytrwałość i ciężka praca), oraz takie, które raczej ci w tym nie pomogą (codzienne wstawanie w południe). Ale między tymi skrajnymi postawami jest ogromna przestrzeń i to w niej tkwi problem. Niby wiesz, jakie cechy i techniki mogą ci pomóc w osiągnięciu celu, ale nikt nie pokazał ci na to żadnych konkretnych dowodów. Przeciwnie, bardzo możliwe, że widziałeś już mnóstwo wyjątków. I temu właśnie przyjrzymy się w tej książce.
Od ośmiu lat na moim blogu „Barking Up the Wrong Tree” analizuję wyniki badań i przeprowadzam wywiady z ekspertami na temat tego, co decyduje o sukcesie w życiu. Wyciągam wnioski i znajduję odpowiedzi. Wiele z nich jest zaskakujących. Niektóre na pierwszy rzut oka wydają się sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i powszechną wiedzą, ale wszystkie dają nam wgląd w to, co powinniśmy robić w życiu zawodowym i prywatnym, aby zbliżyć się do sukcesu.
Znaczna część tego, co słyszeliśmy na temat cech, które powinniśmy w sobie rozwijać, jest logiczna i przekazywana nam w dobrej wierze, ale okazuje się po prostu błędna. Zmierzymy się z tymi mitami, przyjrzymy się badaniom nad tym, co wyróżnia osoby odnoszące ogromne sukcesy, dowiemy się, co robić, by się do nich upodobnić, a także sprawdzimy, dlaczego w niektórych przypadkach dobrze, że wcale tacy nie jesteśmy.
Czasem sukces zawdzięczamy talentowi, czasem dobrym radom, które dawały nam nasze mamy, a czasami czemuś zupełnie odwrotnemu. Które powiedzenia sprawdzają się w praktyce, a które są tylko mitami?
Czy porządni ludzie zawsze przegrywają? A może jednak nie?
Czy ci, którzy się poddają, zawsze kończą jako ostatni? A może to właśnie ślepy upór w dążeniu do celu jest naszym prawdziwym wrogiem? Czy pewność siebie daje przewagę? A może to tylko złudzenie?
W każdym rozdziale przeanalizujemy poruszane kwestie z obu skrajnych perspektyw. Poznamy całą historię. Jeśli więc coś początkowo będzie ci się wydawało oczywiste albo przeciwnie – wewnętrznie sprzeczne – po prostu czytaj dalej. Przytoczę argumenty za każdą ze stron – trochę tak jak na rozprawie sądowej. Dopiero wtedy przedstawię rozwiązanie, które wydaje się przynosić największe korzyści przy najmniejszych kosztach.
W rozdziale pierwszym zastanowimy się, czy złoty środek – trzymanie się reguł i robienie tego, co mówią nam inni – naprawdę prowadzi do sukcesu. Dowiemy się, co profesor Harvardu Gautam Mukunda nazywa „wzmacniaczami”. Podobnie jak szaleństwo Jurego Robiča, „wzmacniacze” to cechy, które w ujęciu ogólnym mają negatywny wydźwięk, ale w określonych okolicznościach zapewniają ogromną przewagę. Dowiemy się, dlaczego prymusi rzadko stają się milionerami, dlaczego najlepsi (i najgorsi) prezydenci Stanów Zjednoczonych to ci, którzy podważają działanie systemu, oraz w jaki sposób nasze największe słabości mogą w rzeczywistości okazać się naszymi największymi atutami.
Z rozdziału drugiego dowiemy się, w jakich sytuacjach porządni ludzie jednak wygrywają, a także kiedy Machiavelli miał całkowitą rację. Przytoczę rozmowę z profesorem z Wharton School, który wierzy w biznes oparty na współczuciu i altruizmie, oraz z wykładowcą z Uniwersytetu Stanforda, którego badania pokazują, że znaczenie ciężkiej pracy bywa przeceniane, a awanse dostają ci, którzy potrafią się podlizywać. Przyjrzymy się piratom i gangom więziennym, aby sprawdzić, jakich zasad przestrzegają nawet ci, którzy zwykle je łamią, oraz dowiedzieć się, jak znaleźć równowagę między ambitnym dążeniem do sukcesu a spokojnym snem w nocy.
W rozdziale trzecim zastanowimy się nad skutecznością szkoleń komandosów Navy SEAL oraz zgłębimy najnowsze badania naukowe dotyczące wytrwałości i odporności psychicznej. Porozmawiamy z ekonomistami, aby ustalić, kiedy warto zwiększyć wysiłki, a kiedy lepiej się po prostu poddać. Mistrzowie kung-fu pokażą nam, kiedy należy zrezygnować. I poznamy to zabawne słowo, które pomoże nam zdecydować, kiedy warto być nieustępliwym i przeć dalej, a kiedy lepiej rzucić ręcznik na ring.
W rozdziale czwartym przyjrzymy się temu, czy liczy się to, co wiesz, czy to, kogo znasz. Zobaczymy, że pracownicy z największą siecią kontaktów są często najbardziej produktywni, ale także że najwięksi eksperci niemal bez wyjątku są introwertykami (w tym aż 90 procent czołowych sportowców). Poznamy rady i spostrzeżenia mistrza budowania relacji w Dolinie Krzemowej i dowiemy się, jak nawiązywać kontakty.
W rozdziale piątym zajmiemy się kwestią odpowiedniego nastawienia. Zobaczymy, jak pewność siebie może pomóc nam przekroczyć granice tego, do czego – jak nam się wydaje – jesteśmy zdolni, ale jednocześnie jak takie podejście zrównoważyć trzeźwym spojrzeniem na stojące przed nami wyzwania. Dowiemy się, w jaki sposób nowa dziedzina nauki zwana „kontrastowaniem mentalnym” może pomóc nam ustalić, kiedy warto postawić wszystko na jedną kartę, a kiedy lepiej się wstrzymać i dwa razy zastanowić. Co najważniejsze, przyjrzymy się najnowszym badaniom, które sugerują, że cały ten paradygmat pewności siebie może być w swej istocie dość problematyczny.
W rozdziale szóstym spróbujemy spojrzeć na całe zagadnienie sukcesu z szerszej perspektywy i zrozumieć, kiedy sukces zawodowy idzie w parze z sukcesem życiowym, a kiedy nie. Czy w naszym świecie, który nieustannie pędzi do przodu, jest jeszcze miejsce na równowagę między pracą a życiem osobistym? Clayton Christensen z Harvard Business School i Czyngis-chan pokażą nam, jak znaleźć spokój w dynamicznie zmieniającym się środowisku. Wyciągniemy wnioski z tragicznych przykładów legendarnych postaci, które osiągnęły sukces, ale zapłaciły za to zbyt wysoką cenę, poświęcając rodzinę i szczęście.
Sukces nie musi być czymś, co widuje się wyłącznie w telewizji. Nie chodzi tu tyle o bycie idealnym, ile o świadomość własnych najmocniejszych stron oraz o odpowiednie dostosowanie się do otoczenia i okoliczności. Nie musisz być szalony jak Jure Robič, ale czasami brzydkie kaczątko może stać się łabędziem, jeśli znajdzie odpowiedni staw. To, co cię wyróżnia, nawyki, których być może próbowałeś się wyzbyć, rzeczy, przez które wyśmiewano cię w szkole, mogą koniec końców dać ci przewagę.
I może zacznijmy właśnie od tego…
Czy opłaca się przestrzegać zasad i iść wytyczoną przez innych ścieżką? Wnioski płynące z historii prymusów, ludzi, którzy nie czują bólu, oraz cudownych dzieci przy fortepianie.
Ashlyn Blocker nie odczuwa bólu.
Nie zna tego uczucia. Na pozór wygląda jak zwykła nastolatka, ale uszkodzenie genu SCN9A sprawiło, że jej system nerwowy nie działa tak jak u mnie czy u ciebie. Sygnały bólowe nie docierają do jej mózgu.
Myślisz, że to świetnie? No cóż… Wystarczy pobieżne przejrzenie artykułu w Wikipedii zatytułowanego Wrodzona niewrażliwość na ból z anhydrozą (ang. congenital insensitivity to pain with anhidrosis, CIPA), by zrozumieć, jak poważna jest to choroba. Dane Inouye pisze: „Większość dzieci marzy o tym, by zostać superbohaterem. Osobę cierpiącą na CIPA można uznać za Supermana, ponieważ nie odczuwa bólu fizycznego, ale ironia polega na tym, że to, co daje jej »supermoc«, staje się jednocześnie jej kryptonitem”.
Justin Heckert w artykule opublikowanym na łamach magazynu „New York Times” opisuje sytuację, w której rodzice Ashlyn zauważyli, że córka złamała kostkę, zanim ona sama to dostrzegła – a stało się to dwa dni po wypadku. Karen Cann, kolejna kobieta cierpiąca na tę niezwykle rzadką chorobę, podczas porodu swojego pierwszego dziecka złamała miednicę, ale zdała sobie z tego sprawę dopiero kilka tygodni później, kiedy sztywność w biodrze niemalże całkowicie uniemożliwiła jej chodzenie.
Osoby z tą chorobą genetyczną zwykle żyją krótko – wiele osób umiera jeszcze w dzieciństwie, a połowa nie dożywa trzeciego roku życia. Otulane kocami przez troskliwych i mających jak najlepsze intencje rodziców nie płaczą, gdy jest im za gorąco. Te, którym udaje się przeżyć, często odgryzają sobie czubki języka lub mają poważne uszkodzenia rogówki wywołane pocieraniem sobie oczu aż do krwi. Dorośli cierpiący na tę chorobę są zwykle pokryci bliznami i mają długą historię złamań kości. Codziennie muszą uważnie oglądać swoje ciała, szukając jakichkolwiek oznak uszkodzeń. Siniak, rozcięcie skóry lub oparzenie bywają jedynym sygnałem, że coś im się stało. Szczególne zagrożenie stanowią choroby wewnętrzne, nawet tak pozornie zwyczajne jak zapalenie wyrostka robaczkowego. Osoby z CIPA często nie odczuwają żadnych objawów, dopóki problem nie stanie się śmiertelny.
Ale ilu z nas choć raz w życiu nie marzyło o tym, żeby być jak Ashlyn?
Z jakiegoś powodu koncentrujemy się wyłącznie na korzyściach płynących z tej sytuacji. Koniec z dokuczliwymi kontuzjami. Koniec ze strachem przed dentystą. Życie wolne od tych drobnych przykrości związanych z chorobami i urazami. Żadnych bólów głowy ani ograniczeń wynikających z kapryśnego bólu krzyża.
Szacuje się, że w samych Stanach Zjednoczonych koszty związane z bólem – obejmujące opiekę zdrowotną i utratę wydajności – wynoszą od pięciuset sześćdziesięciu do sześciuset trzydziestu pięciu miliardów dolarów rocznie. Piętnaście procent Amerykanów boryka się codziennie z przewlekłym bólem i nie ma wątpliwości, że wielu z nich chętnie zamieniłoby się z Ashlyn.
Jeden z czarnych charakterów w bestsellerowej powieści Dziewczyna, która igrała z ogniem cierpi na CIPA, a schorzenie to przedstawiono jako jego supermoc. Umiejętności bokserskie w połączeniu z brakiem odczuwania bólu czynią z niego przerażającego antagonistę, który wydaje się niemożliwy do pokonania.
To prowadzi nas do całej serii kolejnych pytań: W którym momencie nasze słabości stają się zaletami? Czy lepiej być kimś odstającym od normy – osobą, która ma zarówno ograniczenia, jak i supermoce? A może lepiej być przeciętniakiem, reprezentującym środkową część krzywej dzwonowej? Zazwyczaj zachęca się nas do wybierania bezpiecznych rozwiązań i niewychylania się, ale czy robienie tego, co powszechnie uznaje się za właściwe, i unikanie ryzyka związanego z ekstremami rzeczywiście jest drogą do sukcesu – czy raczej do przeciętności?
Aby rozwiązać tę zagadkę, przyjrzyjmy się najpierw tym, którzy przestrzegają zasad i robią wszystko jak należy. Jaki los spotyka prymusów ze szkół średnich? Cóż, wszyscy rodzice marzą o takim dziecku. Chyba każda matka mówi: „Ucz się pilnie, a osiągniesz sukces”. I często mają rację.
Ale nie zawsze.
*
Karen Arnold, badaczka z Boston College, prześledziła losy osiemdziesięciu jeden najlepszych absolwentów szkół średnich, którzy zajęli pierwsze i drugie miejsce pod względem wyników w nauce. Studia wyższe ukończyło 95 procent badanych, a średnia GPA w tej grupie wyniosła 3,6. Do 1994 roku 60 procent z nich uzyskało tytuł magistra. Nie ma więc chyba wątpliwości co do tego, że sukcesy w szkole średniej są dobrym predyktorem sukcesów na studiach. Blisko 90 procent badanych pracuje obecnie jako specjaliści, a 40 procent zajmuje stanowiska kierownicze najwyższego szczebla. Są solidnymi, konsekwentnymi i dobrze przystosowanymi społecznie fachowcami, a większość z nich ma dobre życie.
Ale ilu spośród tych najlepszych uczniów szkół średnich realnie zmienia świat, rządzi lub przynajmniej odciska wyraźne piętno na naszej rzeczywistości? Odpowiedź jest oczywista: nikt.
Komentując ścieżki kariery badanych, Karen Arnold stwierdziła: „Chociaż wielu z nich odnosi znaczne sukcesy zawodowe, to jednak zdecydowana większość dawnych prymusów szkół średnich nie wydaje się zmierzać na sam szczyt w najważniejszych dziedzinach dorosłego życia”. W innym wywiadzie Arnold powiedziała: „Najlepsi absolwenci raczej nie będą wizjonerami przyszłości… zazwyczaj dostosowują się do systemu, zamiast próbować go zmieniać”.
Może to po prostu przypadek, że akurat te osiemdziesiąt jeden osób nie dotarło na szczyt? Nie. Badania jasno pokazują, że cecha, która pozwala osiągać świetne wyniki w nauce, sprawia jednocześnie, że poza szkołą ci ludzie rzadziej odnoszą sukcesy.
Dlaczego? Powody są dwa. Po pierwsze, szkoła nagradza tych, którzy posłusznie i konsekwentnie wykonują polecenia. Korelacja między ocenami a inteligencją jest stosunkowo niewielka (testy standaryzowane lepiej sprawdzają się w pomiarze IQ). Stopnie w szkole są za to doskonałym wskaźnikiem samodyscypliny, sumienności oraz umiejętności przestrzegania zasad.
W jednym z wywiadów Arnold stwierdziła: „W zasadzie [szkoła] nagradza konformizm i gotowość do podporządkowania się systemowi”.
Wielu spośród tych najlepszych absolwentów przyznało, że w swoich klasach wcale nie byli najinteligentniejsi, a jedynie najbardziej pracowici. Niektórzy twierdzili, że w tym wszystkim bardziej chodziło o spełnienie oczekiwań nauczycieli niż o rzeczywiste opanowanie materiału. Większość uczestników badania określono mianem „karierowiczów”: zadanie, jakie przed sobą postawili, sprowadzało się do zdobywania dobrych ocen, a nie do nauki jako takiej.
Drugim powodem, dla którego najlepsi uczniowie zwykle nie osiągają sukcesu w późniejszym życiu, jest to, że szkoły cenią wszechstronność. Autentyczne pasje uczniów i głęboka znajomość jednej dziedziny rzadko spotykają się z uznaniem. W prawdziwym świecie jest odwrotnie. Arnold tak mówiła o najlepszych absolwentach: „Są to osoby niezwykle wszechstronne i odnoszące sukcesy zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym, ale też takie, które nigdy nie poświęciły się całkowicie jednej dziedzinie. To nie jest przepis na wybitność”.
Jeśli twoją prawdziwą pasją jest matematyka, ale chcesz osiągać dobre wyniki w szkole, to w pewnym momencie musisz odłożyć ją na bok, żeby dostać piątkę również z historii. Takie wszechstronne podejście nie prowadzi jednak do specjalizacji. A przecież w życiu dorosłym niemal każdy z nas wybiera konkretną ścieżkę kariery, w której wysoko ceniona jest zwykle tylko jedna umiejętność, a pozostałe nie mają aż takiego znaczenia.
Jak na ironię, Arnold odkryła, że zdolni i inteligentni uczniowie, którzy lubią się uczyć, nie radzą sobie najlepiej w szkole średniej. Problem w tym, że tacy młodzi ludzie mają swoje pasje, na których chcieliby się skupić. Chcą osiągnąć mistrzostwo w jednej dziedzinie i szkoła, z jej wymaganiami i sztywną strukturą, jest dla nich ograniczająca. Najlepsi absolwenci są niezwykle pragmatyczni. Przestrzegają zasad i przedkładają najwyższe oceny nad umiejętności i dogłębne zrozumienie.
W szkole obowiązują konkretne, jasne zasady. W życiu zwykle jest inaczej i gdy nie ma wyraźnie wytyczonej drogi, najlepsi absolwenci tracą orientację.
Badania Shawna Achora przeprowadzone na Harvardzie pokazują, że oceny uzyskiwane na studiach nie pozwalają przewidzieć przyszłego sukcesu lepiej niż rzut kostką. Analiza obejmująca ponad siedmiuset amerykańskich milionerów wykazała, że ich średnia ocen na studiach (GPA) wyniosła 2,9.
Przestrzeganie zasad nie gwarantuje sukcesu – pozwala jedynie uniknąć skrajności. Chociaż zazwyczaj jest to korzystne i praktycznie eliminuje ryzyko całkowitej przegranej, to jednak często pozbawia nas także szansy na osiąganie wybitnych sukcesów. To tak, jakby zamontować w silniku ogranicznik prędkości, który nie pozwala jechać szybciej niż dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę; ryzyko śmiertelnego wypadku jest znacznie mniejsze, ale nie pobijesz też żadnych rekordów.
No dobrze, ale skoro osoby przestrzegające zasad nie osiągają szczytu, to w takim razie kto ma na to największe szanse?
*
Winston Churchill nigdy nie powinien był zostać premierem Wielkiej Brytanii. Z całą pewnością nie należał do osób, które „robiły wszystko jak należy”, a i jego wybór na to stanowisko wywołał prawdziwe zaskoczenie. Współcześni mu ludzie wiedzieli, że był błyskotliwy… ale uważali go też za paranoika i nieobliczalnego człowieka, z którym trudno się dogadać.
Początkowo Churchill szybko piął się w górę w brytyjskiej polityce (do parlamentu wszedł, gdy miał dwadzieścia sześć lat), jednak z czasem uznano, że nie nadaje się do objęcia najwyższych urzędów. Jego kariera utknęła w martwym punkcie. Pod wieloma względami stanowił dokładne przeciwieństwo Neville’a Chamberlaina – przywódcy, który postępował właściwie w każdej sytuacji i zawsze robił to, co należy, będąc tym samym kandydatem na „idealnego” premiera.
W Wielkiej Brytanii nie wybiera się przywódców lekkomyślnie. Premierzy tego kraju są zazwyczaj starsi i przechodzą dokładniejszą weryfikację niż ich amerykańscy odpowiednicy – prezydenci. John Major doszedł do władzy stosunkowo szybko, ale nawet on był lepiej przygotowany do pełnienia tej funkcji niż większość prezydentów Stanów Zjednoczonych.
Churchill był indywidualistą. Nie tylko kochał swój kraj, lecz także wykazywał chorobliwą podejrzliwość w stosunku do każdego potencjalnego zagrożenia dla imperium. Za takowe uważał nawet Gandhiego, wprost wyrażając swój sprzeciw wobec pokojowych przemian w Indiach. Był brytyjskim odpowiednikiem Kurczaka Małego, z wielkim zaangażowaniem piętnował wszelki sprzeciw wobec swojego kraju – zarówno ten rzeczywisty, jak i wyobrażony. Jednak to właśnie ta „zła” cecha okazała się kluczem do zrozumienia, dlaczego stał się jednym z najbardziej szanowanych przywódców w historii świata.
Ten „Kurczak Mały” to jedyna osoba, która widziała, jakim zagrożeniem był Hitler. Chamberlain natomiast uważał, że nazistowskiemu przywódcy można wierzyć i polegać na danym przez niego słowie. Przedwojenny rząd brytyjski był przekonany, że Hitlera da się powstrzymać polityką ustępstw.
W decydującym momencie to jednak prognozy paranoicznego Churchilla okazały się trafne. Nie wierzył, że szkolny łobuz zostawi Wielką Brytanię w spokoju, jeśli tylko ta odda mu swoje drobniaki na lunch. Wiedział, że trzeba dać mu w nos.
Fanatyzm Churchilla – ten sam, który na początku niemal zrujnował jego karierę – był dokładnie tym, czego Wielka Brytania potrzebowała u progu II wojny światowej. I na szczęście Brytyjczycy zdali sobie z tego sprawę, zanim było za późno.
Aby znaleźć odpowiedź na pytanie, kto w życiu osiągnie szczyt, powinniśmy spojrzeć na to z innej perspektywy: co decyduje o wielkości lidera? Cóż, przez wiele lat naukowcy nie potrafili dojść do jednoznacznego wniosku, czy przywództwo w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie. Niektóre badania dowodziły, że świetne zespoły odnoszą sukcesy niezależnie od tego, czy na ich czele stoi osoba, która później zbiera zasługi, czy też nie. Inne badania wskazywały, że czasem to właśnie charyzmatyczny lider jest tym najważniejszym czynnikiem decydującym o sukcesie lub porażce całej grupy. Wnioski były sprzeczne, aż w końcu jeden z naukowców, kierując się przeczuciem, wpadł na pewien pomysł.
Gautam Mukunda wysunął hipotezę, że przyczyną rozbieżności w wynikach dotychczasowych badań jest istnienie dwóch zasadniczo różnych typów liderów. Pierwszy typ awansuje w standardowy sposób: zdobywa kolejne stanowiska, przestrzega zasad i spełnia oczekiwania. Ci przywódcy, do których należał Neville Chamberlain, są niejako „przefiltrowani” przez system. Drugi typ nie wspina się po szczeblach kariery w tradycyjny sposób – wchodzi przysłowiowym oknem, nie drzwiami. Są to przedsiębiorcy, którzy nie czekają, aż ktoś ich awansuje; wiceprezydenci Stanów Zjednoczonych, którym niespodziewanie powierzono urząd prezydenta; przywódcy, którzy zajmują swoje stanowiska dzięki niezwykłym zbiegom okoliczności – tak jak w przypadku Abrahama Lincolna. To grupa liderów „nieprzefiltrowanych” przez system.
Jeszcze zanim ci „przefiltrowani” kandydaci znajdą się w gronie pretendentów do najwyższego stanowiska, są już tak gruntownie prześwietleni i sprawdzeni, że można mieć absolutną pewność, iż będą podejmować jedynie standardowe, tradycyjnie akceptowane decyzje. W praktyce nie da się ich od siebie odróżnić – i właśnie dlatego w licznych badaniach stwierdzono niewielki wpływ tych przywódców.
Natomiast kandydaci „nieprzefiltrowani” – ci, którzy nie przeszli długiego procesu selekcji i nie zostali zweryfikowani przez system – są w zasadzie nieobliczalni. Wielu z nich nie ma nawet pojęcia, które decyzje są „właściwe”, a które nie. Robią więc niestandardowe rzeczy, pochodzą z różnych środowisk i trudno przewidzieć, jaki będzie ich kolejny krok. Wprowadzają zmiany i odciskają mocne piętno. Często ten wpływ jest negatywny. Ponieważ nie przestrzegają zasad, nierzadko doprowadzają do upadku instytucje, którymi kierują. Jednak niewielka grupa takich niekonformistycznych przywódców ma wpływ transformacyjny – uwalnia organizacje od błędnych przekonań oraz kieruje je na nowe tory, ku lepszej przyszłości. To właśnie ci liderzy jawią się w badaniach jako osoby, które wywierają ogromny pozytywny wpływ.
W swojej pracy doktorskiej Mukunda zastosował tę teorię do analizy wszystkich prezydentów Stanów Zjednoczonych, oceniając, którzy z nich byli „przefiltrowani”, a którzy nie, oraz którzy zostali wielkimi przywódcami. Wyniki były jednoznaczne. Teoria Mukundy pozwalała przewidzieć wpływ prezydenta z niesamowitą statystyczną pewnością na poziomie 99 procent.
„Przefiltrowani” liderzy nie kołysali łodzią. „Nieprzefiltrowani” nie potrafili się przed tym powstrzymać. Często coś psuli i niszczyli, ale od czasu do czasu udawało im się przy okazji dokonać czegoś dobrego i wielkiego – na przykład znieść niewolnictwo.
Mukunda doświadczył tego na własnej skórze. Jego niekonwencjonalna praca doktorska sprawiła, że stał się swoistym wyrzutkiem na akademickim rynku pracy. Mimo że ukończył Harvard i MIT, po wysłaniu ponad pięćdziesięciu podań o pracę dostał tylko dwa zaproszenia na rozmowy kwalifikacyjne. Uczelnie poszukiwały typowego profesora – kogoś, kto mógłby prowadzić schematyczne, standardowe zajęcia z podstaw politologii, czyli, innymi słowy, chciały mieć „przefiltrowanego” naukowca. Nieszablonowe podejście Mukundy sprawiało, że nie mieścił się w tych kryteriach. Kimś takim jak on zainteresowane były wyłącznie te uczelnie, które chciały mieć w swoich szeregach wyjątkowych, wybitnych naukowców i dysponowały odpowiednimi środkami na ich zatrudnienie. W końcu Mukunda przyjął ofertę pracy z Harvard Business School.
Kiedy z nim rozmawiałem, powiedział: „Różnica między dobrymi a wielkimi przywódcami nie polega na tym, że ci drudzy mają czegoś więcej. Są po prostu fundamentalnie różni”. Gdyby Brytyjczycy po zrozumieniu błędu polityki ustępstw powiedzieli: „Znajdźcie nam lepszego Neville’a Chamberlaina”, mieliby przechlapane. Nie potrzebowali kolejnego „przefiltrowanego” przywódcy; potrzebowali kogoś nieszablonowego – osoby, której system nigdy by im nie dał. Dotychczasowe metody się nie sprawdziły i dalsze ich stosowanie mogłoby doprowadzić do katastrofy. Aby stawić czoła takiemu zagrożeniu, jakie stanowił Hitler, Brytyjczycy potrzebowali niepokornego indywidualisty, takiego jak Churchill. Kiedy zapytałem Mukundę, co sprawia, że owi nieprzefiltrowani przez system liderzy mają tak duży wpływ, odpowiedział, że często stoją za tym pewne wyjątkowe cechy, które ich wyróżniają. I wcale nie chodzi tu o pochlebne określenia, takie jak „ponadprzeciętna inteligencja” czy „polityczna przenikliwość”. Przeciwnie, często były to cechy, które normalnie uznalibyśmy za negatywne lub „złe”, ale w danym kontekście stawały się pozytywne i „dobre”. Podobnie jak paranoiczna obrona państwa brytyjskiego przez Churchilla, cechy te były trucizną, która w odpowiednich okolicznościach mogła zmienić się w prawdziwy eliksir.
Mukunda nazywa te cechy „wzmacniaczami” (ang. intensifiers). To właśnie w nich kryje się sekret tego, jak nasze największe słabości mogą nieoczekiwanie okazać się naszymi największymi zaletami.
*
Pianista Glenn Gould był hipochondrykiem do tego stopnia, że gdy ktoś kichnął podczas rozmowy telefonicznej, natychmiast się rozłączał.
Stale nosił rękawiczki, a nierzadko zdarzało mu się zakładać kilka par naraz. Mówiąc o swojej podręcznej apteczce z lekami, którą zawsze miał przy sobie, Gould powiedział: „Jeden z dziennikarzy napisał, że podróżuję z walizką pełną tabletek. W rzeczywistości ledwie zapełniają aktówkę”. Rezygnował nawet z 30 procent swoich koncertów – czasami najpierw przekładał je na inny termin, a potem całkiem odwoływał. Powiedział kiedyś: „Nie chodzę na koncerty, czasem nawet na własne”.
Tak, Gould był dziwnym facetem, ale jednocześnie należał do grona najwybitniejszych muzyków XX wieku. Zdobył cztery nagrody Grammy i sprzedał miliony płyt. Udało mu się nawet osiągnąć jeden z największych wyznaczników sławy naszych czasów – wspomniano o nim w jednym z odcinków serialu Simpsonowie.
Gould nie był jedynie hipochondrykiem. Magazyn „Newsweek” nazwał go „muzycznym Howardem Hughesem”. Kładł się spać o szóstej rano i budził się po południu. Jeśli z jakiegoś powodu uznał, że lot jest pechowy, odmawiał wejścia na pokład samolotu. Tak bardzo nie cierpiał chłodu, że nawet latem zakładał zimowe ubrania. Swoje rzeczy często nosił w worku na śmieci, co skończyło się aresztowaniem na Florydzie, ponieważ policja uznała go za włóczęgę.
Oczywiście takie ekscentryczne zachowania wpływały również na jego relacje z ludźmi. Obawiając się, że zbyt bliskie kontakty mogą zaszkodzić jego pracy, często trzymał przyjaciół na dystans. Jego łącznikiem ze światem był telefon. W ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy swojego życia nabił rachunek telefoniczny na prawie trzynaście tysięcy dolarów. Przez szalony styl jazdy Goulda znajomi zaczęli nazywać siedzenie pasażera w jego samochodzie „fotelem samobójców”. Jak sam przyznał: „Można chyba powiedzieć, że jestem roztargnionym kierowcą. To prawda, że zdarzało mi się przejeżdżać na czerwonym świetle, ale z drugiej strony zatrzymywałem się przy wielu zielonych światłach i jakoś nikt tego nie docenia”.
Jeszcze dziwniejsze było to, w jaki sposób wykonywał swoje wspaniałe utwory. Kevin Bazzana tak opisywał to w swojej biografii Goulda: „niechlujny wygląd, przygarbiona pozycja nad klawiaturą, wymachujące ręce, wijący się tułów i podskakująca głowa”. Pamiętajmy, że nie jest to opis pianisty jazzowego czy Eltona Johna. Ten facet grał Bacha. I… nienawidził występować. Był osobą o silnej potrzebie kontroli, co nie współgrało z rzeczywistością tras koncertowych, które wymagają częstych przesiadek, zmian hoteli oraz codziennego kontaktu z nowymi ludźmi. „Nie znoszę publiczności. Myślę, że to jest siła zła” – wysyczał kiedyś.
No i jeszcze to „krzesło”. Ze względu na swój styl gry Gould potrzebował specjalnego krzesła. Było niskie – siedzisko znajdowało się zaledwie około trzydziestu centymetrów nad podłogą i było pochylone do przodu, dzięki czemu pianista mógł wygodnie usiąść na samej jego krawędzi. Konkretnych wymagań miał tak wiele, że w końcu ojciec musiał wykonać je specjalnie dla niego. Krzesło posłużyło Gouldowi przez całą karierę – zabierał je ze sobą na wszystkie występy. Oczywiście z biegiem lat mebel się zużył, aż w końcu trzymał się w całości jedynie dzięki dużej ilości taśmy i drutu. Jego skrzypienie można nawet usłyszeć na nagraniach.
Pomimo całej tej ekscentryczności, Gould był naprawdę niesamowitym muzykiem. Jak powiedział kiedyś George Szell z Cleveland Orchestra: „Ten wariat to geniusz”.
W tym miejscu zauważmy jednak, że to wszystko – te niezwykłe umiejętności, sława i sukces – równie dobrze mogło się nigdy nie wydarzyć. Tak, był cudownym dzieckiem – już jako dwunastolatek osiągnął poziom profesjonalisty – ale był tak nieśmiały i wrażliwy, że przez kilka lat musiał uczyć się w domu, ponieważ nie radził sobie z presją związaną z przebywaniem wśród innych dzieci.
Istniało duże ryzyko, że Gould mógłby sobie nie poradzić z funkcjonowaniem w świecie. Jak więc udało mu się osiągnąć sukces i stać się jednym z największych muzyków? Na szczęście urodził się w środowisku idealnie dopasowanym do jego wrażliwej natury. Rodzice gotowi byli zrobić wszystko, by go wspierać. Jego matka całkowicie poświęciła się synowi i rozwijaniu jego talentu, a ojciec wydawał trzy tysiące dolarów rocznie na edukację muzyczną syna. (Czy trzy tysiące dolarów nie wydaje ci się dużą kwotą? Pamiętaj, że to działo się w latach czterdziestych ubiegłego wieku. W tamtym czasie trzy tysiące dolarów to była dwukrotność średniej rocznej pensji w Toronto, rodzinnym mieście Goulda).
Dzięki tak niesamowitemu wsparciu i ogromnemu nakładowi pracy talent Goulda rozkwitł. Był znany z tego, że spędzał w studiu nagraniowym po szesnaście godzin dziennie i po sto godzin tygodniowo. Przy ustalaniu terminów spotkań nie zwracał uwagi na kalendarz i trzeba mu było przypominać, że większość ludzi nie chce pracować w Święto Dziękczynienia czy w Boże Narodzenie. Zapytany, jaką radę dałby początkującym artystom, odpowiedział: „Trzeba zrezygnować ze wszystkiego innego”.
Jego obsesyjność na podłożu neurotycznym się opłaciła. Mając zaledwie dwadzieścia pięć lat, odbył trasę koncertową po Związku Radzieckim. Był pierwszym artystą z Ameryki Północnej, który dokonał tego od czasów II wojny światowej. Kiedy miał dwadzieścia osiem lat, wystąpił w telewizji wraz z Leonardem Bernsteinem i Filharmonią Nowojorską. Przed trzydziestym pierwszym rokiem życia stał się prawdziwą legendą muzyki.
I wtedy postanowił zniknąć. „Naprawdę chciałbym, żeby druga połowa mojego życia należała wyłącznie do mnie” – zapowiedział. Kiedy miał trzydzieści dwa lata, przestał występować publicznie. W sumie w swoim życiu zagrał mniej niż trzysta koncertów. Większość muzyków koncertujących daje po sto występów rocznie, co oznacza, że osiągnęłoby ten wynik w ciągu zaledwie trzech lat. Gould nadal pracował jak szalony. Chciał jednak mieć nad swoją muzyką absolutną kontrolę, którą było w stanie zapewnić mu wyłącznie studio nagraniowe. Co ciekawe, wycofanie się ze sceny nie ograniczyło jego wpływu w świecie muzyki – wręcz przeciwnie, jeszcze go wzmocniło. Jak zauważa Kevin Bazzana, Gould „utrzymywał swoją obecność poprzez rzucającą się w oczy nieobecność”. Artysta pracował niestrudzenie aż do śmierci w 1982 roku. W kolejnym roku wszedł do Galerii Sław Grammy.
A co sam Gould miał do powiedzenia na temat swoich dziwacznych nawyków i szalonego stylu życia? „Nie sądzę, żebym był aż tak ekscentryczny”. Biograf Kevin Bazzana twierdzi: „To cecha charakterystyczna prawdziwego ekscentryka – żaden nie uważa się za aż tak ekscentrycznego, nawet gdy każda jego myśl, każde słowo i każdy czyn wydają się odróżniać go od reszty świata”.
Gould z pewnością nie stałby się legendą muzyki, gdyby nie ogromne wsparcie emocjonalne i finansowe ze strony rodziców. Był zbyt delikatny i osobliwy, by móc samodzielnie stawić czoła realiom życia. Bez pomocy rodziców mógłby naprawdę skończyć jako włóczęga na Florydzie.
Porozmawiajmy więc teraz o orchideach, mleczach i obiecujących potworach. (Tak, wiem, wiem, ciągle o tym dyskutujesz i ten temat nie jest dla ciebie niczym nowym. Ale zrób mi tę przyjemność, proszę).
Jest takie stare szwedzkie powiedzenie, które mówi, że większość dzieci to mlecze, a tylko niektóre to orchidee. Mlecze są odporne. Może nie są to najpiękniejsze kwiaty, ale nawet bez odpowiedniej pielęgnacji świetnie się rozwijają. Nikt nie sieje ich celowo. Nie ma takiej potrzeby. Mlecze dobrze sobie radzą niemal w każdych warunkach. Inaczej jest z orchideami. Jeśli nie będziesz o nie odpowiednio dbać, zwiędną i obumrą. Ale jeżeli zapewnisz im właściwe warunki i pielęgnację, rozkwitną w najpiękniejsze kwiaty, jakie można sobie wyobrazić.
Mówimy tu nie tylko o kwiatach i nie tylko o dzieciach. W gruncie rzeczy zagłębiamy się w zawiłości najnowszych odkryć genetycznych.
W wiadomościach często mówi się o jakimś genie, który prowadzi do powstania tej lub innej cechy. Już niemal instynktownie dzielimy geny na „dobre” i „złe”. Ten gen powoduje alkoholizm lub skłonność do przemocy. Uff, dobrze, że go nie mam. To zły gen. Psycholodzy nazywają to „modelem podatność–stres”. Jeśli masz ten zły gen i napotykasz w życiu trudności, to jesteś bardziej narażony na wystąpienie depresji czy zaburzeń lękowych, więc módl się, żebyś nie miał tego okropnego genu, który może zmienić cię w potwora. Z takim spojrzeniem jest tylko jeden problem – coraz więcej wskazuje na to, że może być ono błędne.
Najnowsze odkrycia w dziedzinie genetyki całkowicie podważają ten model „złych” i „dobrych” genów i wskazują na coś, co znacznie bardziej przypomina koncepcję czynników wzmacniających. Psychologowie nazywają to „hipotezą zróżnicowanej podatności”. Te same geny, które wywołują złe skutki, mogą w innej sytuacji doprowadzić do czegoś dobrego. Tym samym nożem można kogoś zadźgać, ale można nim również przygotować posiłek dla całej rodziny. To, czy nóż jest „dobry”, czy „zły”, zależy więc od kontekstu.
Przejdźmy do konkretów. Większość ludzi ma gen DRD4, ale u niektórych występuje jego wariant o nazwie DRD4-7R. Oj… Wariant 7R wiąże się z ADHD, alkoholizmem i skłonnością do przemocy. To „zły” gen. Jednak Ariel Knafo przeprowadził eksperyment, w którym sprawdzał, które dzieci chętniej dzielą się słodyczami. Większość trzylatków nie jest gotowa do rezygnacji ze smakołyku, jeśli nikt ich o to nie poprosi, ale okazuje się, że dzieci z wariantem 7R robią to chętniej. Dlaczego dzieci z tym „złym” genem miały taką skłonność do altruizmu? Bo 7R wcale nie jest „zły”. Podobnie jak w przypadku noża, wszystko zależy od okoliczności i kontekstu. Osoby z wariantem 7R, które wychowały się w trudnych środowiskach, były w dzieciństwie maltretowane lub zaniedbywane, rzeczywiście w późniejszym życiu częściej popadały w alkoholizm i znęcały się nad innymi. Ale dzieci z 7R, które wychowywały się w dobrych warunkach, są jeszcze bardziej życzliwe niż dzieci posiadające standardową odmianę genu DRD4. O wszystkim decydują warunki środowiskowe – kontekst.
Podobną zależność zaobserwowano w przypadku wielu innych genów związanych z zachowaniem. Nastolatkowie z pewnym wariantem genu CHRM2, którzy wychowują się w niekorzystnych warunkach, stają się groźnymi przestępcami, podczas gdy nastolatkowie z tym samym genem, wychowani w dobrych rodzinach, osiągają największe sukcesy. Dzieci posiadające wariant genu 5-HTTLPR i wychowywane przez autorytarnych rodziców częściej dopuszczają się oszustw, podczas gdy dzieci z tym samym genem, które są wychowywane w atmosferze pełnej życzliwości i ciepła, z reguły przestrzegają zasad.
No dobrze, odłóżmy na chwilę mikroskop i tajemnicze nazwy genów.
Większość ludzi to mlecze – poradzą sobie niemal w każdych okolicznościach. Inni to orchidee – są bardziej wrażliwi w zasadzie na wszystko. Nie będą się rozwijać i bujnie rosnąć w byle jakiej ziemi przy drodze. Ale gdy są odpowiednio pielęgnowane w ładnej szklarni, odwdzięczą się pięknem, które przyćmiewa mlecze. Jak napisał David Dobbs w artykule dla magazynu „The Atlantic”: „Te same geny, które sprawiają nam jako gatunkowi najwięcej kłopotów, powodując zachowania autodestrukcyjne i antyspołeczne, leżą również u podstaw fenomenalnej zdolności adaptacyjnej ludzkości i jej sukcesu ewolucyjnego. W niekorzystnym środowisku i przy złym wychowaniu dzieci orchidee mogą popaść w depresję, uzależnić się od narkotyków lub trafić do więzienia, ale w odpowiednim środowisku i przy dobrym wychowaniu mogą wyrosnąć na najbardziej kreatywnych, odnoszących sukcesy i szczęśliwych członków społeczeństwa”.
I tak dochodzimy do obiecujących potworów. O kim mowa? Profesorowie Wendy Johnson i Thomas J. Bouchard Jr. stwierdzili: „Obiecujący potwór to osobnik, który radykalnie odbiega od normy w populacji z powodu mutacji genetycznej zapewniającej potencjalną przewagę adaptacyjną”. Darwin twierdził, że ewolucja przebiega stopniowo, ale Richard Goldschmidt wysunął hipotezę, że w naturze zdarzają się od czasu do czasu bardziej radykalne zmiany. Oczywiście środowisko uznało go za wariata. Jednak pod koniec XX wieku naukowcy tacy jak Stephen Jay Gould zaczęli zdawać sobie sprawę, że Goldschmidt mógł mieć rację. Badacze coraz częściej obserwowali mutacje, które wcale nie przebiegały stopniowo i dowodziły słuszności teorii „obiecujących potworów”. Okazuje się, że czasem w przyrodzie zdarza się jakiś wybryk i jeśli mutacja doprowadzi do powstania „potwora”, który w dodatku znajdzie odpowiednie środowisko i odniesie sukces, może ostatecznie zmienić gatunek na lepsze. I znów wracamy do teorii wzmacniaczy. Jak powiedział pisarz Po Bronson: „Cała Dolina Krzemowa opiera się na pewnych wadach charakteru, które w tym środowisku są wynagradzane w wyjątkowy sposób”.
A co, gdybym ci powiedział, że twój syn będzie miał zbyt długi tułów, zbyt krótkie nogi, dłonie i stopy zbyt duże, a ramiona zbyt chude? Wątpię, żebyś skakał z radości. Żadna z tych cech nie wydaje się niczym dobrym. Ale kiedy taki opis usłyszy trener pływania, przed jego oczami natychmiast pojawi się złoty medal olimpijski.
Michaela Phelpsa można byłoby spokojnie uznać za X-Mena: mutanta obdarzonego supermocami. Przyjrzyjmy się mu. Czy jest fizycznie doskonały? Och, wręcz przeciwnie. Nie jest dobrym tancerzem. Nawet z bieganiem nie idzie mu najlepiej. Właściwie w ogóle nie wygląda na stworzonego do poruszania się po lądzie. Jednak zarówno Mark Levine, jak i Michael Sokolove w swoich artykułach dla „The New York Times” opisali, jak zbiór niezwykłych cech Phelpsa czyni go wyjątkowo predysponowanym do bycia świetnym pływakiem. Tak, jest silny i szczupły, ale budowa jego ciała odbiega od normy. Przez krótkie nogi i długi tułów przywodzi na myśl kajak. Ma nieproporcjonalnie duże dłonie i stopy – lepsze „płetwy”. U przeciętnego człowieka rozpiętość ramion, czyli odległość między czubkami palców przy rękach wyciągniętych na boki, powinna być równa wzrostowi. U Phelpsa jest inaczej. Rozpiętość jego ramion wynosi dwieście jeden centymetrów przy wzroście stu dziewięćdziesięciu czterech centymetrów. Dłuższe ramiona oznaczają mocniejsze pociągnięcia w wodzie. Phelps dołączył do amerykańskiej reprezentacji jako piętnastolatek, stając się w ten sposób najmłodszym zawodnikiem ekipy olimpijskiej od 1932 roku. Co w tym sporcie sprawia mu najwięcej trudności? Skok ze słupka. Na starcie jest wolniejszy niż większość pływaków. Jego ciało po prostu nie jest stworzone do poruszania się poza wodą. Cóż, ten potwór nie był tylko obiecujący – zdobył więcej medali olimpijskich niż ktokolwiek inny w historii.
Czy kwestia genów ma jakiekolwiek przełożenie na sukces poza sportem? Wendy Johnson i Thomas J. Bouchard Jr. sugerują, że geniuszy również można uznać za obiecujące potwory. Tak jak Michael Phelps nie jest stworzony do poruszania się na lądzie, tak samo Glenn Gould nie był stworzony do życia wśród innych ludzi. Obaj odnieśli sukces dzięki temu, że natrafili na odpowiednie warunki.
Jedne dzieci orchidee więdną z powodu złej opieki rodzicielskiej, inne kwitną, gdy są odpowiednio pielęgnowane. Z jakiego powodu niektóre potwory mogą być obiecujące, a inne beznadziejne? Dlaczego niektórzy ludzie stają się geniuszami, a inni szaleńcami? Profesor wydziału psychologii Uniwersytetu Kalifornii, Dean Keith Simonton twierdzi, że kiedy geniusze przechodzą testy osobowości, „ich wyniki w skalach patologii plasują się w środkowym przedziale. Twórcy wykazują więcej zaburzeń psychicznych niż przeciętni ludzie, ale mniej niż osoby z prawdziwymi zaburzeniami psychotycznymi. Wydaje się więc, że mają w sobie idealną ilość dziwactwa”.
Zbyt często nazywamy rzeczy „dobrymi” lub „złymi”, podczas gdy właściwym określeniem byłoby chyba po prostu słowo „inne”. Izraelskie siły zbrojne szukały ludzi potrafiących analizować zdjęcia satelitarne pod kątem potencjalnych zagrożeń. Potrzebowali żołnierzy, którzy mieli doskonały wzrok, nie nudzili się, wpatrując się cały dzień w to samo miejsce, i potrafili dostrzegać subtelne zmiany. To nie jest łatwe zadanie. Jednak izraelska Jednostka 9900, odpowiedzialna za wywiad wizualny, znalazła idealnych kandydatów w najbardziej nieoczekiwanym miejscu. Ów elitarny oddział zaczął rekrutować ludzi w spektrum autyzmu. Chociaż wiele osób autystycznych mierzy się z trudnościami w kontaktach międzyludzkich, część z nich doskonale radzi sobie z zadaniami wizualnymi, takimi jak układanki, i udowodniła już, że ich wyjątkowe umiejętności mogą być wielkim atutem dla obronności kraju.
Doktor David Weeks, neuropsycholog kliniczny, napisał: „Ekscentrycy to mutacje ewolucji społecznej, dostarczające materiału intelektualnego dla doboru naturalnego”. Mogą to być zarówno orchidee, takie jak Glenn Gould, albo obiecujące potwory, jak Michael Phelps. Poświęcamy zbyt wiele czasu na to, by być „dobrymi”, podczas gdy bycie dobrym oznacza często po prostu bycie przeciętnym. Aby sięgnąć do gwiazd, musimy być inni. A inność nie oznacza chęci dostosowania się do społecznej wizji tego, co jest najlepsze, ponieważ społeczeństwo nie zawsze wie, czego potrzebuje. Często bycie najlepszym oznacza po prostu bycie najlepszą wersją samego siebie. Jak zauważył John Stuart Mill: „To, że tak niewielu ludzi pozwala sobie dziś na ekscentryczność, stanowi największe zagrożenie naszych czasów”.
W odpowiednim środowisku to, co złe, może stać się dobre, a to, co dziwne, może stać się piękne.
*
Steve Jobs miał problem.
Był rok 2000, a on i inni liderzy Pixara zadawali sobie to samo pytanie: „Czy ich firma traciła przewagę konkurencyjną?”. Filmy Toy Story, Toy Story 2 i Dawno temu w trawie były prawdziwymi przebojami, ale obawiali się, że wraz z sukcesem ich studio, które stało się synonimem kreatywności, nadmiernie się rozrośnie, osiądzie na laurach, a ludzie popadną w samozadowolenie.
Aby ożywić zespół, zatrudniono reżysera cenionego filmu animowanego Stalowy gigant, Brada Birda. Jobs, John Lasseter i Ed Catmull uznali, że ma on niezbędne cechy, by utrzymać firmę na fali.
Jak Bird podszedł do kryzysu kreatywności w Pixarze? Czy oparł się na sprawdzonych, najlepszych pracownikach studia? Nie. Czy zaczął szukać specjalistów z zewnątrz, żeby wprowadzić do firmy przysłowiową świeżą krew? Również nie. To nie był moment na ostrożne działania i sięganie po „przefiltrowanych” kandydatów. Takie podejście przyniosło im sukces, ale było też powodem ówczesnego impasu.
Już w trakcie pierwszego projektu w Pixarze Bird przedstawił swój plan: „Dajcie nam czarne owce. Szukam artystów, którzy czują się sfrustrowani. Chcę ludzi, którzy mają inne podejście, ale nikt ich nie słucha. Dajcie nam wszystkich, którzy czują, że są na wylocie”. Tłumaczenie: Pokażcie mi swoich „nieprzefiltrowanych” artystów. Wiem, że są szaleni. Ale właśnie takich ludzi teraz potrzebuję.
W ten sposób Bird zebrał swoją „parszywą dwunastkę” animatorów, którzy nie tylko robili filmy inaczej. Ta grupa zmieniła sposób funkcjonowania całego studia.
Daliśmy „czarnym owcom” szansę na potwierdzenie swoich teorii i wprowadziliśmy zmiany w wielu obszarach naszej działalności. Przy niższym koszcie za minutę niż w przypadku poprzedniej produkcji, Gdzie jest Nemo, stworzyliśmy film, który miał trzy razy więcej różnych scen i zawierał wiele elementów dotychczas trudnych do zrealizowania. A wszystko to dzięki temu, że szefowie Pixara pozwolili nam wypróbować szalone pomysły.
Mowa o filmie Iniemamocni, który zarobił ponad sześćset milionów dolarów i został nagrodzony Oscarem w kategorii najlepszy pełnometrażowy film animowany.
Te same cechy, przez które trudno się z kimś dogadać, mogą sprawić, że właśnie ten człowiek zmieni świat.
Badania dowodzą, że ludzie o wysokim poziomie kreatywności są z reguły bardziej aroganccy, nieszczerzy i niezorganizowani. Osiągają też gorsze wyniki w nauce. Niezależnie od tego, co mówią na ten temat sami nauczyciele, niespecjalnie lubią kreatywnych podopiecznych, ponieważ tacy uczniowie często nie robią tego, co im się każe. Czy taka osoba wydaje ci się dobrym materiałem na pracownika? Raczej nie. Nie jest więc zaskoczeniem, że kreatywność jest odwrotnie skorelowana z oceną pracowniczą. Osoby kreatywne mają mniejsze szanse na awans na stanowisko dyrektora generalnego.
Hans Rudolf Giger, autor niesamowitych projektów postaci z serii filmów Obcy, wyjaśnia: „W szwajcarskim Chur słowo »artysta« jest obelgą, łączącą w sobie cechy pijaka, dziwkarza, lenia i prostaka”.
Jednak, jak wie każdy matematyk, średnie mogą być mylące. Andrew Robinson, dyrektor generalny znanej agencji reklamowej BBDO, powiedział: „Kiedy masz głowę w lodówce, a stopy na rozgrzanym palniku, średnia temperatura jest w porządku. Dlatego zawsze podchodzę ostrożnie do średnich”.
Można przyjąć ogólną zasadę, że wszystko, co jest specyficzne – dobrze dostosowane do konkretnego scenariusza – może stanowić problem w przeciętnych warunkach. Także cechy, uznawane ogólnie za dobre i pozytywne, w skrajnych przypadkach mogą okazać się zwyczajnie złe. Kurtka sprawdzająca się przez osiem miesięcy w roku, w zimie nie będzie dobrym wyborem. Ta sama zasada dotyczy wzmacniaczy, które – choć na co dzień są raczej niepożądane – w określonych sytuacjach mogą mieć swoje zastosowanie i stanowić źródło przewagi. Są jak bolidy Formuły 1 – nie da się nimi jeździć po zwykłych ulicach, ale na torze biją rekordy prędkości.
Wszystko jest kwestią statystyki. Jeśli chodzi o skrajne wyniki, średnie nie mają znaczenia; liczy się wariancja, czyli odchylenia od normy. Ludzie niemal zawsze odrzucają najgorsze wyniki, aby podnieść średnią, ale w ten sposób zmniejszają przy okazji wariancję. Odcięcie lewej części krzywej dzwonowej rzeczywiście poprawia średnią, ale zawsze są takie cechy, które – naszym zdaniem – znajdują się po lewej stronie, choć występują również po prawej.
Doskonałym przykładem jest związek między kreatywnością a chorobami psychicznymi. Badania The Mad-Genius Paradox prowadzone przez Deana Keitha Simontona wykazały, że ludzie o umiarkowanym stopniu kreatywności są psychicznie zdrowsi od przeciętnej, podczas gdy wśród osób o wyjątkowej kreatywności znacznie częściej występują zaburzenia psychiczne. Podobnie jak w przypadku teorii LFT (Leadership Filtration Theory – teorii filtracji przywództwa) osiągnięcie szczytów i wyjątkowych sukcesów wymaga cech, które w innych okolicznościach mogą stanowić problem.
Jest to zjawisko powszechne, obejmujące wiele różnych zaburzeń – i talentów. Badania pokazują, że osoby z zespołem deficytu uwagi są bardziej kreatywne. Psycholog Paul Pearson odkrył związek między poczuciem humoru, neurotycznością i psychopatią. Impulsywność to cecha postrzegana zazwyczaj negatywnie, często wymieniana jednym tchem z takimi określeniami jak „przemoc” i „przestępczość”, ale ma ona również wyraźny związek z kreatywnością.
Czy zatrudniłbyś psychopatę? Nie. Badania dowodzą, że – statystycznie rzecz biorąc – psychopaci nie radzą sobie najlepiej. Większość ludzi poprzestaje na tej konstatacji, ale badanie nad cechami osobowości artystów odnoszących sukcesy wykazało, że czołowi twórcy w dziedzinach kreatywnych osiągają znacznie wyższe wyniki w skalach psychotyzmu niż mniej znani artyści. Kolejne badanie, opublikowane w czasopiśmie „Journal of Personality and Social Psychology”, pokazało, że prezydenci Stanów Zjednoczonych, którzy odnieśli sukces, wykazywali również więcej cech psychopatycznych.
Często cechy wzmacniające są mylnie odbierane jako pozytywne, ponieważ ludziom odnoszącym sukcesy zwykle dajemy kredyt zaufania. Bo niby skąd bierze się przekonanie, że biedni ludzie są szaleni, a bogaci tylko „ekscentryczni”? Takie skłonności jak obsesyjność są postrzegane jako zalety w przypadku osób, które odniosły sukces, a jako wady w przypadku pozostałych. Wszyscy znamy ludzi, którzy zawdzięczają wiele swojemu perfekcjonizmowi, i takich, którzy jedynie mają na tym punkcie „bzika”.
Malcolm Gladwell spopularyzował badania K. Andersa Ericssona, z których wynika, że aby stać się ekspertem w jakiejś dziedzinie, potrzeba około dziesięciu tysięcy godzin wysiłku. Ale tak wysoka wartość naturalnie prowokuje pytanie: Dlaczego, na litość boską, ktoś miałby poświęcić na to aż tyle czasu?
„Ekspert” i „doskonałość” natychmiast kojarzą się nam z pozytywnymi pojęciami, takimi jak „oddanie” czy „pasja”, ale przecież nie ma chyba cienia wątpliwości, że poświęcenie tak dużej ilości czasu i ciężkiej pracy czemuś, co nie jest niezbędne do życia, ma w sobie coś z obsesji. Podczas gdy prymus traktuje szkołę jak pracę, starając się zdobywać najwyższe oceny i przestrzegać zasad, twórca owładnięty obsesją osiąga sukces, z niemal religijną gorliwością pochylając się nad projektami wynikającymi z jego pasji.
W swojej pracy o zapadającym w pamięci tytule The Mundanity of Excellence (Prozaiczność doskonałości) Daniel Chambliss przeanalizował niezwykłe poświęcenie oraz monotonne treningi czołowych pływaków. Biorąc pod uwagę fakt, że przez długie lata dzień w dzień znoszą ten sam reżim treningowy, słowo „poświęcenie” wydaje się sporym niedopowiedzeniem. Czy nie bliżej tu do obsesji? O tak.
Może wydaje ci się, że cechy wzmacniające mają znaczenie tylko w dziedzinach wymagających indywidualnej kreatywności i specjalistycznej wiedzy, takich jak sport, i że po prostu nie mają one zastosowania w codziennym życiu. Jeśli tak, to się mylisz. Przyjrzyjmy się kilku najbogatszym ludziom na świecie. Czy widzisz wśród nich osoby sumiennie przestrzegające zasad, pozbawione cech odbiegających od normy? Nie.
Pięćdziesiąt osiem osób z listy Forbes 400 albo w ogóle nie podjęło studiów, albo przerwało naukę. Te pięćdziesiąt osiem osób – prawie 15 procent spośród wszystkich na liście – dysponuje średnio majątkiem netto w wysokości 4,8 miliarda dolarów. To o 167 procent więcej niż średnia wartość majątku netto całej listy Forbes 400, wynosząca 1,8 miliarda dolarów. I ponad dwa razy więcej niż średnia wartość majątku netto tych jej członków, którzy studiowali na czołowych amerykańskich uczelniach.
W dzisiejszych czasach wizjoner z Doliny Krzemowej jest szanowaną i podziwianą postacią. Czy poniższe określenia dobrze pasują do stereotypu? Wulkan energii. Nie potrzebuje zbyt wiele snu. Lubi podejmować ryzyko. Nie ma cierpliwości do głupców. Pewny siebie i charyzmatyczny, niemal arogancki. Niezwykle ambitny. Zdeterminowany i niespokojny.
Absolutnie tak. Wszystkie te cechy są charakterystyczne także dla stanu psychicznego zwanego hipomanią. Badania Johna Gartnera, psychologa pracującego na Uniwersytecie Johna Hopkinsa, wykazały, że to nie przypadek. Mania jest zaburzeniem psychicznym, które uniemożliwia chorym normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Natomiast hipomania, charakteryzująca się stanami euforycznymi, zwiększoną energią i impulsywnością, nie powoduje tak dużych zakłóceń w funkcjonowaniu społecznym – dotknięte nią osoby zachowują kontakt z rzeczywistością.
Tak to już jest w przypadku wzmacniaczy – w pakiecie z pozytywnymi skutkami otrzymujemy też kilka negatywnych. W artykule zatytułowanym The Economic Value of Breaking Bad:Misbehavior, Schooling, and the Labor Market autorzy pokazali, że wysiłki nakierowane na zmniejszenie poziomu agresji i niewłaściwych zachowań u młodych chłopców z jednej strony przełożyły się na poprawę stopni szkolnych, ale z drugiej na obniżenie ich zarobków w życiu dorosłym. Mężczyźni, którzy w młodości pozostali szkolnymi urwisami, pracowali dłużej, byli bardziej wydajni i zarabiali o 3 procent więcej niż ich rówieśnicy, których próbowano wyprowadzić na „właściwą drogę”.
Podobnie jest w branży venture capital. Znany inwestor, Marc Andreessen, w swoim wystąpieniu na Uniwersytecie Stanforda powiedział:
…branża venture capital to w stu procentach gra o przypadki wyjątkowe, skrajne, a nawet ekstremalnie wyjątkowe… Kierujemy się zasadą, by inwestować w mocne strony, a nie w brak słabości. Na pierwszy rzut oka wydaje się to oczywiste, ale w rzeczywistości jest to dość subtelna kwestia. Swoistym standardem w tej branży jest odhaczanie kolejnych punktów z listy: „naprawdę dobry założyciel, naprawdę świetny pomysł, naprawdę dobre produkty, naprawdę obiecująca grupa pierwszych klientów. Jest, jest, jest, jest. W takim razie ten pomysł jest rozsądny, zainwestuję w niego”. Przy tym podejściu – dodajmy, że stosowanym często – zwykle się okazuje, że koniec końców w takich pomysłach brakuje tego „czegoś”, co sprawia, że mogłyby być naprawdę wyjątkowe i niepowtarzalne. Nie mają żadnej wyraźnej przewagi, która zapewniłaby im to „coś”. Z drugiej strony firmy, które mają naprawdę wyraźne atuty, również charakteryzują się zwykle równie poważnymi problemami lub wadami w innych obszarach.
Jedną z pouczających lekcji płynących ze świata kapitału wysokiego ryzyka jest to, że jeśli inwestuje się zbyt ostrożnie, to nie ma szansy na osiągnięcie naprawdę wielkich sukcesów. Przykłady można by mnożyć. Odrzucanie pomysłów mających poważne niedociągnięcia oznaczałoby rezygnację z wielu przełomowych i opłacalnych produktów oraz usług. Wniosek jest taki, że należy inwestować w start-upy, które mają naprawdę wyjątkowe atuty. Pociąga to za sobą gotowość do zaakceptowania pewnych słabości.
W życiu jest podobnie i czasem największe tragedie są najlepszymi wzmacniaczami. Co łączy poniższe osoby?
Abraham Lincoln
Mahatma Gandhi
Michał Anioł
Mark Twain
Każdy z nich stracił jednego z rodziców przed ukończeniem szesnastego roku życia. Lista sierot, które odniosły spektakularny sukces – lub przynajmniej wywarły ogromny wpływ – jest znacznie dłuższa i obejmuje aż piętnastu brytyjskich premierów. Nie ma wątpliwości, że dla wielu osób wczesna utrata rodzica jest niezwykle bolesnym i trudnym przeżyciem, które ma głębokie negatywne skutki. Jednak, jak zauważa Dan Coyle w książce Kod talentu, naukowcy wysuwają teorię, że taka tragedia budzi w dziecku poczucie, iż świat nie jest bezpieczny i że przetrwanie w nim wymaga ogromnej ilości energii i wysiłku. To je mobilizuje do wytężonej pracy – w ten sposób tragiczne zdarzenie staje się siłą, która napędza i pozwala osiągnąć wielkość.
Wniosek? W odpowiednich okolicznościach nawet to, co „negatywne”, może przynosić spore korzyści. „Złe” cechy mogą być wzmacniaczami. Ale jak zmienić je w supermoce?
*
