Sydonia von Bork. Czarownica, która zniszczyła pomorską dynastię książęcą - Wilhelm Meinhold - ebook + książka

Sydonia von Bork. Czarownica, która zniszczyła pomorską dynastię książęcą ebook

Wilhelm Meinhold

0,0
80,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Historia tajemniczej kobiety, która zniszczyła ród Gryfitów.

Sydonia von Bork była pomorską szlachcianką, wywodzącą się z rycerskiego rodu o słowiańskich korzeniach. Ta bystra i obdarzona nieprzeciętną urodą kobieta przebywała na dworze księcia Filipa I z rodu Gryfitów i miała poślubić jego syna. Do ślubu jednak nigdy nie doszło, a Sydonia musiała opuścić dwór. Kłopoty finansowe doprowadziły ją do niekończących się procesów sądowych i utraty majątku, w wyniku czego ostatecznie trafiła do klasztoru.

Jej porywczy charakter, zainteresowanie zielarstwem, miłość do zwierząt oraz seria tajemniczych zgonów wśród Gryfitów sprawiły, że Sydonię zaczęto podejrzewać o kontakty z siłami nieczystymi i rzucenie klątwy na pomorski ród. Została oskarżona o czary i ścięta po niesprawiedliwym procesie i wymuszonych torturami zeznaniach. Jej tragiczna śmierć nie uchroniła jednak Gryfitów od zagłady – po siedemnastu latach zmarł ostatni przedstawiciel tej dynastii.

Rzekoma klątwa i niezwykła osobowość Sydonii sprawiły, że po śmierci stała się bohaterką licznych romansów i legend, a także popularną postacią w literaturze i malarstwie. W dużej mierze była to zasługa pomorskiego pastora i pisarza Wilhelma Meinholda (1797-1851), który napisał powieść poświęconą jej życiu, kreśląc obraz Sydonii jako kobiety zarazem pięknej i mrocznej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1048

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wilhelm Meinhold Sydonia von Bork. Czarownica, która zniszczyła pomorską dynastię książęcą Tytuł oryginału Sidonia von Bork, die Klosterhexe ISBN Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2026 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2026 All rights reserved Redakcja Magdalena Wójcik Korekta Jadwiga Jęcz, Julia Młodzińska Projekt okładki Paulina Radomska-Skierkowska Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Tom pierwszy. Od przyjęcia Sydonii na pomorski dwór książęcy w Wołogoszczy do jej wygnania

Przedmowa

Spośród wszystkich znanych procesów o czary mało z nich cieszyło się tak wielką sławą jak sąd nad pomorską kanoniczką Sydonią von Borki, którą oskarżano o to, że wielu ludzi — wśród nich szczególnie członków pradawnego pomorskiego domu książęcego, uczyniła za pomocą magicznych sztuczek bezpłodnymi, innych zaś z najznamienitszych gałęzi rodu przyprawiła o przedwczesną śmierć, a którą to Sydonię, mimo interwencji i próśb brandenburskich i saskich książąt elektorów oraz osiadłej na Pomorzu szlachty, dnia 19 sierpnia roku 1620 najpierw, by oszczędzić jej szczególnych cierpień, ścięto na murowanym szafocie zwanym Rabensteinii w Szczecinie, a potem spalono.

To straszne wydarzenie wywołało tak ogromną falę przerażenia, że ówcześni pisarze bali się nawet o niej wspomnieć, a pisząc o niej, ośmielali się wymienić tylko pierwsze litery imienia Sydonii von Bork1, z pewnością nie tylko dlatego, że prastara rodzina von Borków była wtedy, podobnie jak jest i dziś, jednym z najznamienitszych i najbogatszych rodów w kraju, lecz i dlatego, by nie kompromitować domu książęcego, ponieważ czarownica owa w młodości miała być w czułym związku z młodym księciem pomorsko-wołogoskim — Ernestem Ludwikiem.

Ten, kto zna uczucie wstrętu i odrazy, jakie wywoływały w tamtych czasach kochanice diabła, łatwo to zrozumie i uzna za naturalne, że nawet podczas torturowania nie posuwano się do tego, by poruszać te kwestie.

Pierwsze publiczne, dokumentujące, jednak jak już wyrażono to wcześniej, chaotyczne przedstawienie procesu Sydonii odnajdujemy w „Pommersche Bibliothek” Dähnerta, w tomie IV, w części 7 (zeszyt za lipiec) z roku 1755.

Ten jednak twierdził na stronie 241, że teczka z zeznaniami świadków (fol. 302 do 1080) już dawno zniknęła. Miał ją ponoć jeszcze w rękach kaznodzieja z Pęzina koło Stargardu, nazwiskiem Justus Sagebaum, o czym skąpa notatka znalazła się we wspomnianej publikacji w tomie V, w części 4 z kwietnia 1756 roku.

Akta sprawy uznawane były jednak przez ponad wiek za zaginione, aż do niedawna, kiedy to Barthold zapewnia, że odkrył je ponownie w Berlińskiej Bibliotece2. Jednak nie sprecyzował jakie. Według Schwalenberga (czytamy u Dähnerta, tamże, s. 429) istnieją dwa albo trzy różne dokumenty z tego osobliwego procesu, które zwyczajnie w najważniejszych sprawach częściowo się wykluczają, a mianowicie Protocollum Jodoci Neumarks i M. Adami Moesters oraztzw. Acta Lothmanni.

To jednak, czy korzystałem przy mojej Sydonii z tego czy owego źródła, czy całkiem nowego, albo ostatecznie z żadnego ze znanych, pozostawiam na boku.

Mało kto wie, ile wycierpiałem wrogich ataków z powodu mojej książki Bernsteinhexe, o której wielu nadal sądzi, że to książka historyczna, a przecież wydałem ją jako moją twórczość3, zatem zawczasu nadmieniam, że nie będę teraz w ogóle określał, czy moja Sydonia jest historią, czy poezją.

Materialna i formalna zawartość książki opiera się na świadectwach historycznych, do których każdy ma dostęp, krótko tylko wspomnę o jednym zabiegu: zmieniłem język celowo, podobnie jak w przypadku Bernsteinhexe, bardziej w znaczeniu ortograficznym niż gramatycznym czy retorycznym, by ułatwić lekturę, by oczom nie przysparzać nieprzyjemnego wysiłku, np. przy pisowni rzeczowników małą literą, przy powszechnym użyciu y zamiast po prostu i i tak dalej. Mało szkodliwe b po m natomiast w większości wypadków zostawiłem, podobnie jak wszelkie niekonsekwencje zapisu, na które może ktoś natrafi, przepraszam za brak logiki w tym punkcie.

Proszę o wybaczenie również zwolenników każdej ze stron, że od czasu do czasu daję w przypisach upust mojej supranaturalnej wizji chrześcijaństwa. Bowiem, jakich by zasad dziś nie opisywać w pismach, te z reguły czytane są tylko przez poszczególnych reprezentantów stron, a racjonalistycznie myślący członek ruchu Lichtfreundeiii na przykład przeleci przez książkę o nadprzyrodzoności podobnie szybko, jak orędownik supranaturalizmu przez racjonalnie zabarwioną. Osiągam zatem poprzez te przypisy to, co w innym wypadku daremnie chciałbym opisać w jakiejś książce, a co wszystkie strony wzięłyby pod rozwagę w mniejszym lub większym stopniu. I mam nadzieję, i życzę sobie tego z całego serca, że odnajdą oni tu coś, co warte jest bliższego przyjrzenia się i bardzo poważnego namysłu (na przykład końcowe słowo o niemieckim wychowaniu).

Teraz jeszcze podam wyczerpujące informacje na temat dostępnych wizerunków Sydonii, z których dołączyłem do tej książki dwa: Sydonię jako narzeczoną książęcą oraz Sydonię jako skazaną czarownicę.

Jeśli dobrze się orientuję, to istnieją oprócz niezliczonych rysunków trzy obrazy przedstawiające Sydonię, jeden w Szczecinie, drugi na Pomorzu Zachodnim w miasteczku Płoty i trzeci w Starogardzie koło Reska na zamku grafaiv von Bork. Znam tylko ten ostatni i podzielam zdanie wielu, że jest to jedyny oryginał.

Sydonia jawi się na nim jako względnie młoda piękność. Na prawie złocistych włosach nosi złotą siatkę, jej szyja, przedramiona i dłonie ozdobione są klejnotami, połyskuje w purpurowym, obszytym futrem gorsecie. Suknia jest niebieska. W rękach trzyma coś na kształt pompadurki z brązowej skóry w bardzo wykwintnej formie. Oczy i usta jednak mimo piękna twarzy nie mogą się podobać, szczególnie te ostatnie zdradzają jakiś szyderczy grymas i chłód.

Obraz jest szczególnie dobrze wykonany i wskazuje wyraźnie na szkołę Lucasa Cranacha.

Bezpośrednio za tą młodzieńczą postacią znajduje się, jak budzący grozę duch spoglądający zza jej pleców (wielce poetycka myśl!), później domalowany w małym formacie portret Sydonii jako czarownicy, który, podobnie jak ów, wyraźnie zdradzał szkołę Cranacha, ten wskazuje jednoznacznie na szkołę Rubensa. Jest, chciałoby się powiedzieć, strasznie charakterystyczny i niemożliwe jest, by nie zobaczyć przerażającego kontrastu. Wiedźma jest w sukni trumiennej, białej z czarnymi szwami, na rzadkich białych włosach ma wąską, czarną, jedwabną wstążkę wyszywaną złotymi kwiatami, w ręce jednak znów jakiś rodzaj koszyczka do robótek, jednak skromniejszy w formie. Ten obrazek, dobrze odrysowany przez jednego z moich synów, znajdzie się w trzeciej części tej pracy.

Pozostałych obrazów, jak już powiedziano, nie znam z autopsji. Ponieważ jednak mają częściowo całkiem inny charakter niż udostępnione mi rysunki, w samym nawet kostiumie, nie wspominając już o podobieństwie rysów twarzy, tak więc nie zachodzi raczej obawa co do autentyczności tego jednego, o którym była mowa. Także czas powstania wskazuje na wyraźne cechy charakterystyczne dla pracowni malarskich dokładnie z czasów, kiedy żyła Sydonia (to znaczy z okresu około 1540–1620), a po drugie tekst umieszczony z tyłu obrazu na arkuszu papieru wydaje się autentyczny — częściowo potwierdza to niewątpliwie charakter duktu pisma, częściowo jego językowy wymiar. Tekst głosi dosłownie:

Sydonia von Bork była w swoich młodych latach najpiękniejszą i najbogatszą panną szlachecką na całym Pomorzu, a odziedziczyła po swoich rodzicach tak wiele dóbr, że posiadała prawie całe hrabstwo, więc ośmielała się wzgardzać podle propozycjami małżeństwa z możnymi szlachcicami, którzy starali się o jej rękę, uważając, że godna jest tylko jakiegoś grafa lub księcia. Dlatego też przebywała często na pomorskich dworach książęcych w nadziei, że rozmiłuje w sobie jednego z siedmiu młodych książąt. Poszczęściło się jej w końcu z księciem Ernestem Ludwikiem wołogoskim, który był panem wybranym na dwadzieścia lat i zaliczał się do najpiękniejszych, jacy byli na Pomorzu, a któremu ta tak bardzo się spodobała, że obiecał jej małżeństwo, ale przyrzeczenia nie dotrzymał, ponieważ książęta szczecińscy, którym nie podobało się to nierówne małżeństwo, by to uniemożliwić, przysłali portret księżniczki Jadwigi Brunświckiej, która była najpiękniejsza w całych Niemczech, i nakłonili do małżeństwa z nią, odsuwając Sydonię. Z tego powodu ta wpadła w taką rozpacz, że postanowiła spędzić resztę życia w panieństwie w klasztorze w Marianowie, co też uczyniła. Ponieważ leżało jej ciężarem na sercu to, co zgotowali jej szczecińscy książęta, a żądza zemsty rosła z każdym rokiem, i ponieważ najprzyjemniej czas upływał jej na lekturze nie Biblii, lecz Amadisa z Walii, gdzie miała wiele przykładów, jak opuszczone przez amantów panny, szukając zemsty, rzucały nań urok, więc dała się skusić szatanowi, by całymi latami pobierać nauki wróżbiarstwa u pewnej starej wiedźmy. Dzięki tej wiedzy tajemnej rzuciła urok na całe plemię książęce, tak że sześciu młodych panów, z których każdy miał młodą żonę, pozostało bez spadkobiercy. O tym się nie mówiło, dopóki książę Franciszek w roku 1618 nie objął rządów, a był on zaciekłym wrogiem czarownic, które z wielką pieczołowitością kazał wszędzie po całym kraju wyszukiwać i palić. A ponieważ wiedźmy jednogłośnie wskazały podczas tortur na przeoryszę z Marianowa4, więc ta na rozkaz księcia została uwięziona i przewieziona do Szczecina, gdzie dobrowolnie przyznała się do wszystkiego, także do niegodnego czynu wobec książęcego rodu.

Książę obiecał jej wtedy wprawdzie ułaskawienie i uratowanie życia, jeśli ta uwolni pozostałych książąt od tej klątwy, jednak jej odpowiedź brzmiała, że swoje tajemne rzemiosło zamknęła na kłódkę, a sam klucz wrzuciła do wodyv. I że pytała diabła, czy on mógłby dla niej otworzyć kłódkę. Ten jednak jej odpowiedział: nie, tego mu nie wolno zrobić, w czym można upatrywać zrządzenia Boskiego.

I tak, nie zważając na usilne prośby sąsiednich dworów książęcych i elektorskich, została ścięta na szafocie zwanym Rabenstein nieopodal Szczecina, a potem spalona.

Po tym wydarzeniu książę nakazał, by na portrecie namalowanym w młodości Sydonii utrwalić w tle jej postać tak, jak wyglądała w późniejszym wieku po uwięzieniu, co zlecił swojemu nadwornemu malarzowi. Po jego śmierci ostatni książę Bogusław XIV ofiarował ten obraz mojej babce, ponieważ Sydonia miała jej męża pozbawić życia czarami. Od niej przejął obraz mój ojciec, a ja dostałem go od niego, wraz z tą dołączoną wiadomością, tak jak jest tu przywieszona5.

Heinrich Gustav Schwalenberg

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

i Właściwie Sidonia (von) Bork(en), a także w różnych źródłach (von) Borck(e)(n); tu przyjęto spolszczoną pisownię imienia Sydonia, podobnie jak imiona władców pomorskich oraz nazwy miejscowe, jeśli znajdują się w dzisiejszej Polsce lub mają polskie historyczne odpowiedniki — por. konkordancja nazw na końcu książki (wszystkie przypisy dolne pochodzą od tłumaczki).

ii Kruczy Kamień.

iii Protestancki ruch Lichtfreunde („Przyjaciele Światła”) to ruch nieuznających dogmatów i przynależności do wspólnoty dysydentów, powstały w połowie XIX wieku.

iv Odpowiednik polskiego hrabiego.

v Szerzej na temat czarostwa wiązania węzłów i zamykania w tomie trzecim.

PISMO doktora Theodorusa Plönniesa do Bogusława XIV, ostatniego księcia pomorskiego

Wasza Książęca Mość, Łaskawy Panie!

W służbie WKMvi sługa uniżony!

Wasza Książęca Mość, donoszę, że WKM polecił mi w poprzednim roku, bym objechał cały kraj pomorski, a jeśli bym kogoś znalazł, kto o niesławnej i przeklętej czarownicy Sydonii von Bork miałby jakieś wieści, mam wszystko dla WKM spisać i zebrać w jeden dokument. Albowiem po tym, jak WKM przekonał się, świętej pamięci książę z Bożej łaski Franciszek nie wszystko, co usłyszano od tej przeklętej kobiety podczas tortur lub kiedy indziej, nakazał spisać, mniemając, że uczyni to poważny despekt staremu książęcemu domowi, skoro ta diabelska czarownica o mało co została księżną pomorską, więc mój pan łaskawy pomyślał inaczej.

Ponieważ WKM powiedział, że ogólnie, a w szczególności osobie księcia mogłoby to posłużyć za zwierciadło, jak inni postrzegają grzechy i przewiny rodu, dlatego też nie chciałbym w niczym uchybić prawdzie.

Rozkazom książęcym pokornie i całkowicie oddany, przyrzekam niczego nie zataić, informacji zdobytych nie przemilczać, nieważne, czy złe będą, czy dobre. Większość jednak z tych, którzy mi donosili, prawdziwie nie mogli znaleźć ukojenia i powstrzymać łez. A dokądkolwiek bym się jako wierny sługa WKM nie udał, w każdej mieścinie na całym Pomorzu słyszałem lament, starzy i młodzi, bogaci i ubodzy, biadolili, że przeklęta czarownica z diabelską złośliwością sprawiła, że szlachetny ród WKM, kraj i ludzi, niepodlegający cesarzowi, jak inne niemieckie kraje, przed pięciuset laty wydarty z pogaństwa, który jeszcze na dwadzieścia lat na dziesięciorgu oczu stoi, a za przyzwoleniem nieodgadniętego Boga na dwojgu oczach WKM, jest rozdarty i bez widoków, że kiedykolwiek znów się podniesie, lecz, o biada nam, Boże, z osobą WKM całkiem wygaśnie i zniknie. Biada nam, że tak zgrzeszyliśmy!6

Błagam więc tylko miłosiernego Boga, żeby mnie przed WKM zechciał wybawić z tej doliny łez, bym nie słyszał jęków, gdy nadejdzie ostatnia godzina dla WKM i mojej biednej ojczyzny, czego nie chciałbym nigdy ujrzeć ani usłyszeć, po tysiąckroć wolę już leżeć w grobie.

Stary Szczecin, 10 marca 1630 roku

Oddany Waszej Książęcej Mości sługa uniżony

doktor Theodorus Plönnies

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

vi Wasza Książęca Mość (dalej także WKM), Jego/Jej Książęca Mość (dalej także JKM), mistrz, magister (dalej także M.).

Rozdział 1. O wychowaniu Sydonii.

Po tym, jak Jego Książęca Mość, Wysoce Urodzony Pan i Władca, Bogusław XIV, książę pomorski, władca Kaszubów i Wendów, książę rugijski, graf Gützkow, pan ziemi lęborskiej i bytowskiej, mój Władca Najłaskawszy, mnie, doktorowi Theodorusowi Plönniesowi, wcześniej mianowanemu wójtem, zezwolił przemierzyć swoje ziemie wzdłuż i wszerz, a wszelkie zasłyszane osobliwości o czarownicy Sydonii von Bork, o której głośno było na świecie, dla nauki wszelakiej w księdze spisać, wyruszyłem we czwartek po Nawiedzeniu Najświętszej Marii Panny roku 1629 w drogę i w towarzystwie służącego udałem się najpierw do Stargardu. Bowiem — wedle mojej opinii — ten, kto chce zyskać osąd o innym człowieku, ten musi najpierw zatroszczyć się o wiedzę o jego wzrastaniu, bo jak poucza nas przykład, to właśnie w wychowaniu znajduje się wszystko to, co decyduje o całym przyszłym człowieku. Tak więc najpierw chciałem odwiedzić kraj urodzenia Sydonii. Tam jednak większość ludzi, którzy ją znali, dawno już umarła, bowiem od jej narodzin upłynęło więcej niż dziewięćdziesiąt lat. Jednak stary gospodarz ze Stargardu, Zabel Wiese, który już wiele lat przygląda się temu światu, a którego mogę polecić każdemu wędrowcowi (mieszka przy Pelzerstraße), powiedział mi, że stary rycerz Claus Uckermann z Dalewa, starzec w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat, jest zapewne jedynym i ostatnim człowiekiem, który mógłby mi udzielić jakichś informacji, ten bowiem jako młodzieniec jak wielu mu podobnych uganiał się za panną Sydonią. Wprawdzie zaawansowany wiek pozbawił go w znacznym stopniu pamięci, ale to, co dotyczyło młodości, pamiętał dobrze. Wszystko, co dawne, przychodziło mu jeszcze na język tak dokładnie jak Ojcze nasz. O tym dzielnym człowieku mam wiele jeszcze do powiedzenia, jednak uczynię to później, w swoim czasie.

Z tego też powodu udałem się najpierw do Dalewa, wioski leżącej pół mili od Stargardu, w której ku mojemu zdziwieniu znajdowały się dość nietypowo — dwa kościoły7. A kiedy zaszedłem do Clausa Uckermanna, ten siedział przy kominku w jasnym blasku płomieni i był tak biały jak gołąbek.

— Czego chcecie? — gderał. I że jest już stary i nikogo nie przyjmuje w gościnę, a jeśli bym chciał, mogę pójść do innego domostwa, do jego syna Wedigego. Jego samego zaś mam zostawić w spokoju i tak dalej.

Jednak gdy przekazałem mu pozdrowienia od JKM, od razu zmienił nastawienie, przysunął dla mnie ławę bliżej ognia i długo nie pozwalał mi dojść do słowa, z powagą mówił nieprzerwanie o swojej pięknej jodle, którą kazał porąbać na opał do kominka, ma z tego na rozpałkę pełno smolaków, a jego syn — będzie rok temu — znalazł na torfowisku pod drzewem miedziany kociołek, w którym były złote bransoletki i kolczyki, a teraz noszą je jego małe wnuczki i tak dalej, i dalej.

W końcu, gdy już się nagadał, zakomunikowałem mu, co wspaniałomyślnie postanowił JKM, i poprosiłem go, by opowiedział mi wszystko, co wie o strasznej czarownicy Sydonii von Bork i co może jeszcze pamięta. Ten jak raz wydał z siebie długie westchnienie, a potem referował ze dwie godziny, wszystko jednak chaotycznie, dopiero potem to uporządkowałem. A powiedział mi to, co następuje:

Jego ojciec, Philipp Uckermann jeździł często do Strzmiela8 na targ, tak więc przejeżdżał nieopodal zamku Ottona von Borka, a że ten ostatni był bardzo bogaty, zawsze przy okazji targu fundował szlachcie darmową ucztę, również owies dla koni, skądkolwiek pochodzili, tak więc na zamek zjeżdżało się jednorazowo ze 30 do 40 junkrów. Potem jego ojciec jednak trzymał się z boku, by nie obciążać sobie sumienia. Bo ów Otto von Bork przebywał w Polsce wśród sekciarzy9, tak więc ojciec obawiał się o swoją wiarę, jak młoda panna o swoje dziewictwo. Nie czynił on bowiem z tego żadnej tajemnicy, szczególnie że publicznie zadeklarował w 1560 roku w trakcie uczty dla junkrów z okazji jarmarku na Świętego Marcina: że Chrystus jest człowiekiem jak każdy inny i tylko przez zwykłą głupotę uczyniono z niego Boga, też przez skąpstwo i chciwość klechów. Dlatego nie powinno się wierzyć w to, co gadają obłudni księża w każdą niedzielę, lecz używać zdrowego rozsądku i pięciu zmysłów. Jeśli by to zależało od jego woli, to posłałby jeszcze dziś wszystkich księży do diabła. Na to zmilkli prawie wszyscy junkrzy, tylko Claus Zastrow, który był lennikiem dziedzicznym von Borków — nie. Na swoją zgubę wstał i powiedział:

— Wielmożny panie, czyż święci apostołowie, którzy uznali Chrystusa przed Bogiem i wszystko zostawili dla niego, także byli chciwi, a teżpierwsi chrześcijanie, którzy zgodnie oddali całą swoją majętność biednym?

To od razu wywołało niezadowolenie rycerza, zrobił się czerwony na twarzy. Jakże to, jego lennik odpowiada mu tak zuchwale, i natychmiast dał mu ripostę:

— Gdyby nie byli skąpi, byliby głupimi diabłami.

Na to zrobił się tumult w całej sali, a rzeczony Zastrow nie pozostał dłużny, lecz odpowiedział w podobnym tonie: że dziwi go to, iż 12 głupich apostołów więcej zdziałało, niż 12 razy 12 mądrych greckich i rzymskich filozofów. Rycerz siny i brązowy z gniewu, krzyczał i walił w stół: że ma zamknąć gębę i użyć głowy.

— Sięgając po rozum do głowy, zda się, że ten, kto nie chce wierzyć w nic innego, jak tylko w to, co może pojąć swoimi poczciwymi pięcioma zmysłami, nie dokumentuje tym szczególnego rozsądku. Bo wtedy musiałby każdy poczciwy wół dysponować rozumem najszczególniejszego gatunku, skoro z pewnością w nic więcej nie wierzy ponad to, co widzi.

Na to rycerz zerwał się jak do skoku i wrzasnął do niego: co też chce przez to powiedzieć? Ów mu odpowiedział:

— Nic nad to, że jak mniemam, człowiek nie różni się od poczciwego wołu rozumem, lecz zwyczajnie wiarą, bowiem człowiek wyczuje u większości zwierząt z pewnością rozum, ale nigdy żadnej wiary10.

To szelmę tak rozzłościło, że zrobił się brązowy i siny jak gruda węgla, zaraz też sięgnął po puginał11 i wrzeszczał:

— Co?! Ty przewrotny śmierdzący szlachetko, porównujesz swojego pana do wołu!

I zanim ów wyciągnął sztylet albo ktoś zdążył mu w tym przeszkodzić, raptownie tnąc stół i ławy, tak że biedny człeczyna (bliski błogosławionej śmierci, jak sądził, gotów poświęcić życie za swojego pana), zaraz zmilkł jak ryba, runął do tyłu na podłogę, z twarzą wykrzywioną w grymasie, oczyma wywróconymi, wierzgając rękoma i nogami. Tym występkiem pan wydał się zrazu bardzo wstrząśnięty, tak że w sali zrobiło się głucho i cicho jak pośród ryb w wodzie, ale rycerz tylko zaśmiał się głośno i zaraz zawołał:

— Strzeż się, nędzny wymoczku, dam ci ja porównywać swojego pana do wołu! — Po czym stanął na jego skrępowanej nodze i napluł mu w twarz.

Na to zrobiła się wrzawa, sala głośna od pomrukiwania i posykiwania, a ci, co byli z tyłu, rzucili się do drzwi i pobiegli do swoich koni, za nimi podążyli wkrótce wszyscy, a także jego ojciec, stary Uckermann, albowiem nikt już nie chciał wszczynać podobnych utarczek z Ottonem von Borkiem. Od tego czasu ten wpadł w despekt i niesławę u owych pobożnych szlachciców, co go jednak nie powstrzymało, bowiem z jego bogactwem i przepychem znalazł wystarczająco dużo kompanów, którzy wysłuchiwali jego mądrości i raczyli się nimi przy winie.

A kiedy ja, doktor Theodorus, staremu junkrowi zadałem pytanie:

— Czy Jego Książęca Mość przyzwolił owemu szlachetnemu panu, który tym czynem cały swój ród i siebie samego skazywał na odrzucenie, upokorzenie i wyklęcie, na taką niegodziwość i jawne zerwanie miru krajowego w majestacie cesarskim? — ten odrzekł:

— Już samo jego szlachetne pochodzenie i jego bogactwo dawały mu ochronę, skoro — jak szeptano — książęcy skarbiec zasilił złotym łańcuchem, a Jego Książęca Mość musiał sobie przedstawić sprawę całkiem inaczej, z tego potem też wynikło, że JKM sam, jak później usłyszę, kilka lat pozostawał u tego bezbożnego rycerza na zamku w Strzmielu.

On sam nigdy nie odczuł chrześcijańskiej skruchy za swój występek, a nawet szczycił się tym wszem wobec, a sąsiedzi wśród szlachty mieli opowiadać jego świętej pamięci ojcu, jak ten dumny rycerz pytał swoją malutką dziecinę, Sydonię, której urodą był zachwycony, szczególnie gdy wytwornie wystrojona przychodziła do komnaty i dygała przed gośćmi:

— Powiedz, kim jesteś, moja córeczko?

Na co ta znów się kłaniała dygnięciem, tak jak ją wyuczyła matka, uderzała rączką w pierś i mówiła:

— Jestem burgrabianką!

Też pytał ją często, gdy mowa była o jego wrogach (a połowę szlachty miał za swoich nieprzyjaciół):

— Co twój tatuś robi ze swoimi wrogami?

Na to dziewczynka wystawiała swój paluszek, by dźgnąć rycerza w brzuch.

— Tak robi!

To go rozbawiało i głośno śmiejąc się, pytał dalej:

— A co na to robi parszywy junkier?

Wtedy mała trzpiotka rzucała się na plecy, z twarzą wykrzywioną w grymasie, oczyma wywróconymi, tocząc z ustek ślinę, okładając się piąstkami, kopiąc i wierzgając nogami, na co jej ojciec pokładając się ze śmiechu, podnosił ją i całował w usta. Jednak słyszano potem, co mu za to zgotował los i Bóg sprawiedliwy i jak ziściły się słowa Pisma: Nie błądźcie; nie da się Bóg z siebie naśmiewać; albowiem co będzie siał człowiek, to téż będzie żąłvii. Więcej na temat wychowania Sydonii opowiedział jednak jego świętej pamięci ojcu czcigodny David Dilawius, duchowny ze Strzmiela. Były to rzeczy nie do uwierzenia, ale na moją prośbę zgodził się je mimo wszystko powtórzyć.

Sam Dilawius był człowiekiem bardzo uczonym, przyjętym przez junkra na nauczyciela dla swojej córeczki. Miał on ją nauczyć po prostu czytać i pisać, jednocześnie dać podstawy z katechizmu o dziesięciu świętych przykazaniach; dalszych nauk o chrześcijańskiej wierze chciał jej już sam udzielić, bo nie podobało mu się, żeby jego mała dziewczynka poznała za dużo formułek i tak dalej.

Tak więc czcigodny Dilawius, który był całkiem pobłażliwym duchownym chałturszczykiem, postępował zgodnie z jego wolą i przez dłuższy czas wiele się o naukę religii dziewczynki nie troszczył, aż w końcu polecił jej, by powiedziała pierwszą formułkę wyznania wiary, co ta uczyniła i nie było w tym nic zdrożnego. Jak doszli jednak do formułki drugiej, ten usłyszawszy ją, przeżegnał się i uczynił nad nią znak krzyża, mówiła bowiem niezmiennie nie o Chrystusie, lecz o swoim ojcu — Ottonie von Borku, a brzmiało to mniej więcej tak:

— I wierzę także w mojego ziemskiego ojca, Ottona von Borka, szlachetnego syna Boga, zrodzonego z Anny von Kleist, pana na zamku w Strzmielu, skąd pochodzi i strzeże swoje dzieci i swoich przyjaciół, lecz wrogów niszczy i w proch obraca12.

W podobnym tonie brzmiała trzecia formuła, ale tę już pamiętał tylko częściowo, bo reszta uszła mu tymczasem z głowy. Nie dowiedział się też nigdy, czy czcigodny Dilawius poruszył przy ojcu tę sprawę, że ten powinien lepiej przyuczyć córkę do chrześcijańskiej wiary (najpewniej jednak pominął to z powodu swojej spolegliwości, jak się potem okazało w Wołogoszczy). Koniec końców: takie rzeczy opowiedział mi o wychowaniu Sydonii. Zamilkł potem na to wspomnienie, zastanowił się i ciągnął dalej:

— Tak, wiele się jeszcze wydarzyło. Stary często ją pytał, kiedy była jeszcze małym dzieckiem w wieku dziesięciu albo dwunastu lat, jakiego chciałaby męża? A ta mu na to odpowiadała, że tylko równego jej urodzeniem.

On: Kto byłby równy jej urodzeniem w kraju pomorskim?

Ona: Tylko książęta pomorscy lub grafowie z Ebersburga.

On: Prawdziwie! Dlatego nie może brać sobie żadnego innego, jak tylko takiego!

Jednocześnie przypomniało mu się, jak jego błogosławiony ojciec jechał kiedyś przez pola należące do Strzmiela i spotkał po drodze gęsiarkę w wieku około 17 wiosen, siedzącą na ziemi i drącą się z całych sił. Dlaczego tak krzyczy, kto zrobił jej co złego? Ona na to, że Sydonia jej to zrobiła. Jak to się stało — pytał i prosił, by przestała się wydzierać i wytarła sobie nos. Wtedy dziewczyna zaczęła opowiadać, że Sydonia, miała wtedy jakieś 14 wiosen, zagadnęła ją, żeby ta jej objaśniła, czym jest małżeństwo, gdyż jej ojciec każdego dnia mówi jej o ślubie. Ta uczyniła to zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą. Panna jednak uderzyła ją i powiedziała, że to nie jest tak, że długa Dorte mówiła jej zupełnie co innego o małżeństwie. Wcześniej spędzała z nią czas po całych dniach, dziś wieczorem jednak poszła z długą Dortą i kilkoma dziewuchami od krów, które doiły zwierzęta w okolicy, zabrała jej najlepszą gęś, którą pasła dla kmieci za pieniądze, tę jeszcze żywą oskubawszy z piór po szyję i głowę, po rozpaleniu ognia i napełnieniu naczynia wodą, włożyły, by wytopić z niej tłuszcz, który dziewuchy szykowały dla siebie na posmarowanie nim chleba na podwieczorek. Tłuszcz ten podgrzewały potem w tygielku, tak by biedna gęś, jakże nędznie kończąc swój żywot, mogła wypijać. Sama bez przerwy głowę i pierś chłodząc sobie wilgotną szmatką, podlewała gęś żywcem, aż ta omdlała. Po czym była już ugotowana, ale jeszcze skrzeczała, kiedy Sydonia ze swoimi dziewuchami gęś jeszcze żywą ku wielkiej radości poćwiartowała i zjadła do chleba na podwieczorek.

To opowiadając, dziewczyna pokazała mojemu ojcu — świeć, Panie, nad jego duszą — kości leżące jeszcze na stosiku wokół paleniska, a też było tam także dużo tłuszczu na ziemi i w trawie. Dlatego płakała więc, bo Sydonia kręciła się wokół niej przez wszystkie te dni po to, by zabrać jej z innymi dziewuchami gęś, i zrobić z nią to, co zrobiły. I tak mój błogosławiony ojciec pocieszał ją, potem dał jej sztukę złota i powiedział:

— Jeśli zrobi to jeszcze raz, to uciekaj stąd co sił i od razu przychodź do Dalewa przy Stargardzie do mojego domu, gdzie możesz paść moje gęsi.

Ta chyba jednak później do niego nie trafiła, nie dowiedział się więc, co stało się z dziewczyną i jej gęśmi.

Tyle opowiedział mi stary Uckermann jeszcze tego samego wieczoru i obiecał, że następnego dnia, kiedy się wyśpi, powie mi więcej, co mnie jeszcze bardziej zdumiało. Może przez noc jeszcze sobie coś przypomni i tak dalej, i dalej.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

vii List błogosławionego Pawła do Galatów 6,7. (Wszystkie cytaty biblijne, jeśli nie zaznaczono inaczej, podano według Biblia to iest księgi Starego y Nowego Testamentu — Biblia Jakuba Wujka w transkrypcji typu „B”, Kraków 2014).

Przypisy końcowe

Tom I

1 Johann Micraelius, 6 Bücher vom alten Pommerlande, t. IV, s. 88; Wolfgang Rentich, Brandenburgischer Cedernhain, s. 115.

2Geschichte von Rügen und Pommern, t. IV, b, s. 486 i n.

3 Zob. cała historia tej książki w drugiej przedmowie do drugiego wydania Bernsteinhexe, cz. 1, w moich pismach zebranych i wydanych przez J.J. Weber w Lipsku w roku 1846.

4 Tej godności Sydonia nigdy nie piastowała, choć także Micraelius próbował jej tę funkcję przypisać.

5 Tekst ten, który powstał najpewniej na początku poprzedniego wieku, na co wskazują względy językowe, przekazał po raz pierwszy Johann Carl Dähnert (tamże, s. 426). Zleciłem mojemu przyjacielowi porównanie go z oryginałem w Stargardzie i otrzymałem odpowiedź, że zgadza się z nim w każdym szczególe, lecz mimo to może wprowadzać w błąd. Albowiem u G.C. Horsta (w Zauber-Bibliothek II, s. 246) czytamy w zakończeniu: „od której otrzymał go mój ojciec, a ja dostałem go od niego, wraz z tą dołączoną wiadomością, tak jak ją tu Heinrich Gustav Schwalenberg zamieścił”. To różniąca się pozycja imienia własnego w zdaniu za orzeczeniem, którą z łatwością mógł przeoczyć mój przyjaciel, odpowiada za poważną zmianę sensu wypowiedzi, bo jeśli pójdziemy za tym ostatnim cytatem, wtedy okaże się, że „ja” oznacza von Borka, który wedle książki pt. Beschreibung der Pommerschen Herzoge Schwalenberga, istniejącej tylko w rękopisie i do której nie miałem dostępu, napisał tę wiadomość. Jeśli wierzyć natomiast tej pierwszej, autorem byłby Schwalenberg. Samo słowo „babka” nie może rozwiać wątpliwości, bowiem Sydonia przyznała się na torturach, i to w odpowiedzi na siódme pytanie doktora Schwalenberga (był nadwornym radcą w Szczecinie) i na jedenaste, że zabiła swojego bratanka Ottona von Borka w Strzmielu. Kto jest więc tym „ja”? Widać, że Sydonia rzuca urok nawet z obrazu.

Wedle mojej opinii autorem inskrypcji nie jest jednak von Bork, tylko Schwalenberg, natomiast Horst wydaje się zapożyczać tekst od [Carla Friedricha] Pauliego (Allgemeine Preußische Staats-Geschichte IV, s. 396 i n.), a nie od autentycznego Dähnerta.

Obraz ten bowiem nie był wcześniej w rękach von Borków, lecz należał do grafa von Mellina z Moczył (Schillersdorf), jak uważają powszechnie przywoływani pisarze. Potwierdza to inny kawałek papieru znajdujący się pod tym pierwszym wyglądającym bardzo współcześnie, na którym jest napisane, że obraz przechodził jako spadek z Moczył do Starogardu, stamtąd znów odziedziczony powędrował do Heinrichsdorf (na Pomorzu znajdują się trzy wsie o tej nazwie i najprawdopodobniej chodzi o tę leżącą koło Gryfina o nazwie Babinek), a stąd ostatecznie w roku 1834 znów jako spadek ponownie wraca do Starogardu — owe Moczyły leżą zresztą między Gartzem a Szczecinem nad Odrą.

6 Threny 5,16: Łacińska glosa na marginesie napisana ręką księcia Bogusława XIV: in tuas manus commendo spiritum meum, quia tu me redemisti fide deus — W Twoje ręce oddaję ducha mojego, bo Ty mnie zbawisz, wielki Boże.

7 Tu znajdują się jeszcze dwa kościoły, ale w dwóch różnych wioskach oddzielonych od siebie tylko małą rzeczką.

8 Strzmiele (Stramehl), wcześniej miasteczko na Pomorzu, należące do rodziny von Borków, teraz wieś w okolicy Reska (Regenswalde).

9 Prawdopodobnie, jeśli wnioskować z przytoczonych opinii, przebywał wśród socynian — tak nazywanych później, ponieważ Laelius Socinus przystąpił w Polsce do reformy jeszcze przed śmiercią Melanchtona w 1560 roku.

10 Ten aksjomat stoi z pewnością w sprzeczności z nowoczesnym podejściem, które odmawia zwierzętom zdolności jakiegokolwiek myślenia, a wynalazło i stosuje na każdy przejaw ich rozumności niepojęte i niezrozumiałe słowo „instynkt”. Zupełnie inaczej myśleli dawni filozofowie, szczególnie neoplatończycy, spośród których szczególnie upowszechniła się myśl Porfiriusza (księga II: De abstinentia) o rozumie i języku zwierząt. Odkąd Kartezjusz jednak odmówił tym ostatnim nie tylko rozumności, lecz nawet odczuć, i uznał je za żywe maszyny (De passionibus, cz. 1, art. 4 i De methodo, nr 5, s. 29 i n.), w zadziwiający sposób cała psychologia zwierząt znalazła się w nieładzie, ponieważ kontynuowano myśl i odmawiano dalej zwierzętom, mniej lub bardziej, jeśli nawet nie uczuć, to na pewno rozumu, zatem w końcu w nowoczesnej filozofii odmówiono nawet rozumu miłościwemu Bogu, skoro nie pozwala się już człowiekowi istnieć, jak twierdzono wcześniej, w Bogu i przez Boga, lecz odwrotnie, Bóg istnieje w człowieku i przez człowieka. Koniec końców jest kilka poglądów zniżających się do tego, by odebrać zwierzętom wszelki rozum, ludziom zaś jako cechę daną z przyrodzenia przypisać tylko rozsądek. Samej tej świeżo upieczonej różnicy nie mogę przypisać większości. Albowiem wydaje mi się całkiem śmieszne, by jedną i tę samą umiejętność duchową, w zależności od tego, czy przedmiot przedstawienia jest wyższego czy niższego gatunku, podzielić na dwie części: „rozum” i „rozsądek”, jakby ktoś na jedną i tę samą rękę, w zależności od tego, jak kręci się Ziemia lub na jaką część nieba skierowany jest teleskop, używać dwóch różnych nazw, i tak tę ostatnią określać jako rzecz całkiem inną niż tę pierwszą. Nie, z pewnością jest tylko jeden rozum dla człowieka i dla zwierzęcia, jak dla obu jest jedna cielesność. Im jest ona doskonalsza, jedna czy druga, ludzki rozum i zwierzęcy różni się tylko dynamiką, podobnie jak ludzkie i zwierzęce ciało.

Jeśli nawet przyjmie się i będzie postrzegać u zwierząt o doskonałej cielesności rozum, to i tak u żadnego z nich nie odnajdzie się przynależnego człowiekowi poczucia zależności od tego, co pozazmysłowe, albo od wiary. Jeśli chce ktoś tę przyrodzoną cechę nazwać (pojmować jako) „rozsądek”, nie mam nic przeciwko temu, choć powszechnie rozumie się pod tym pojęciem coś zupełnie innego. Albowiem wiara jest w rzeczy samej czystym rozsądkiem, to znaczy jedyną cechą różniącą człowieka od zwierzęcia i wskazuje sama przez się — tak w skrajnym przesądzie — wciąż jeszcze na jego wyższą naturę.

11 Puginał, sztylet, mizerykordia — krótki miecz, który wtedy nosiła przy sobie szlachta.

12 W podobnym sensie pisał potem także Socyn(Epistola 11): supervacaneum est de iis cogitare, quae Christi personam attinent, una cum iis omnibus, quae Christus pro nobis fecit et facturus est. Już wtedy twierdzenia rodem z tekstów członków ruchu Lichtfreude!