Wydawca: RW2010 Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 650 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Świt ebooków nr 7-8 - Opracowanie zbiorowe

Świt ebooków nr 7–8
wydawca: Oficyna wydawnicza RW2010

Redaktor naczelny: Maciej Ślużyński
Sekretarz redakcji: Aleksandra Jursza

Pierwszy polski e-magazyn o e-książkach, e-pisarzach, e-czytelnictwie, self-publishingu.
Proponujemy: wywiady, felietony, recenzje, opinie, analizy rynku, opowiadania.
Zapraszamy i zachęcamy do współpracy: recenzentów, autorów, wydawców, dystrybutorów

Najnowszy, podwójny numer jedynego polskiego magazynu poświęconego e-czytelnictwu!
450 stron – felietony, analizy, recenzje, fragmenty prozy i eseje.
W numerze – zapowiedź nowego konkursu na polską współczesną powieść obyczajową.
Prezentacja powieści laureatów poprzedniego konkursu „kryminalnego”.

Przy tym numerze współpracowali: Bartosz Adamiak, Awiola, Magdalena Białek, Ciernik i Pokrzywnica, Monika Cukiernik, Robert Drózd, Anna Głód, Paweł Grys, i10, Aleksandra Jursza, Łukasz Kotkowski, Marta Kor, Kazimierz Kozłowski, Konrad T. Lewandowski, Tomasz Mróz, Ksenia Olkusz, Adam Podlewski, Justyna Poluta, Honorata Rybakiewicz, Łukasz Sporyszkiewicz, Magdalena Ithilar Stawniak, Magdalena Szumna, Magdalena Świerczek, Jakub Winiarski, Anna Wójcik, Agnieszka Żak.

Opinie o ebooku Świt ebooków nr 7-8 - Opracowanie zbiorowe

Fragment ebooka Świt ebooków nr 7-8 - Opracowanie zbiorowe

REDAKCJA

Redaktor naczelny: Maciej Ślużyński

Sekretarz redakcji: Aleksandra Jursza

Skład i łamanie: Oficyna wydawnicza RW2010

Zespół redakcyjny: Oficyna wydawnicza RW2010

Współpraca: Bartosz Adamiak, Awiola, Magdalena Białek, Ciernik i Pokrzywnica, Monika Cukiernik, Robert Drózd, Anna Głód, Paweł Grys, i10, Aleksandra Jursza, Łukasz Kotkowski, Marta Kor, Kazimierz Kozłowski, Konrad T. Lewandowski, Tomasz Mróz, Ksenia Olkusz, Adam Podlewski, Justyna Poluta, Honorata Rybakiewicz, Łukasz Sporyszkiewicz, Magdalena Ithilar Stawniak, Magdalena Szumna, Magdalena Świerczek, Jakub Winiarski, Anna Wójcik, Agnieszka Żak.

ISSN 2300-5645

WYDAWCA

Oficyna wydawnicza RW2010

Os. Orła Białego 4 lok. 75

61-251 Poznań

marketing@rw2010.pl

www.rw2010.pl

Serdecznie zapraszamy do współpracy wszystkich recenzentów, blogerów, dziennikarzy, autorów, księgarzy i wydawców. Propozycje tekstów lub linki do tekstów należy nadsyłać na podany adres poczty elektronicznej. W sprawach reklamy w magazynie – prosimy o kontakt na podany adres poczty elektronicznej.

SŁOWO WSTĘPNE

Maciej Ślużyński: Misja – sprzedać ebooka

Miło mi zaprezentować pierwszy w naszej historii podwójny numer naszego Magazynu. Powodem „podwojenia” nie jest tylko ważkość tematu wiodącego, czyli ogół zagadnień dotyczących sprzedaży ebooków (czy – szerzej – „produktów kultury”), lecz również objętość numeru: ponad 400 stron.

Spróbowaliśmy zanalizować ogół zjawisk, zachodzących na rynku ebooków, ze szczególnym uwzględnieniem sprawy absolutnie kluczowej dla dalszego rozwoju. Nie ukrywajmy, najważniejsze jest zawsze dotarcie do potencjalnego odbiorcy; dotarcie nie tylko z komunikatem o produkcie (czemu poświęciliśmy poprzedni numer), ale przede wszystkim – z produktem.

Jest oczywiste, że ze względu na specyfikę ebooka jako „towaru” tu właśnie kryje się największa siła i zarazem największa jego słabość. Siłą jest powszechna dostępność i bardzo krótki czas oczekiwania na realizację zakupu, słabością zaś – koszt tego przedsięwzięcia, bo ebook sprzedawany w sieci jest przez prawodawstwo traktowany jako usługa i przez to obłożony najwyższą możliwą stawką podatku VAT. O próbach podejmowanych w celu zmiany tego stanu rzeczy pisaliśmy już wcześniej, ale nadal dobrych wieści nie ma i sytuacja wydaje się być „węzłem gordyjskim”, którego nikt nie ma odwagi przeciąć.

Oczywiście sprzedaż bez reklamy – to zjawisko, które nie występuje we współczesnym świecie. Zmartwię być może wszystkich, którym jakimś cudem udało się „wsadzić” swojego ebooka na przykład do Amazonu; sam ten fakt nie zagwarantuje Wam miliona dolarów, a na pewno poskutkuje usunięciem utworu zamieszczonego wbrew obowiązującemu tam regulaminowi.

Oficyna wydawnicza RW2010 przystępuje w sierpniu do testowania dwóch największych w Polsce platform sprzedaży, o czym na pewno będziemy informować jeszcze nie raz i chętnie podzielimy się wynikami – o ile jakieś będą. Bo sprzedaż ebooków – to jest pięta achillesowa całej branży.

Tym uważniej powinniście przeczytać kilka artykułów z bieżącego numeru naszego magazynu; zobaczcie, co i jak robią inni, którym mimo wszystko jakoś udaje się cały czas utrzymywać w czołówce i od kilku lat z powodzeniem sprzedawać ebooki w ilościach może jeszcze nie zatrważających, ale już widocznych, także na kontach bankowych autorów.

FELIETONY

Adam Podlewski: Nerd na salonach

Z prawdziwym smutkiem przywitałem wiadomość o śmierci profesora Edmunda Wnuka-Lipińskiego, i sądzę, że wśród polskiego fandomu, odczucie owo było powszechne. Autor Trylogii Apostezjonu odszedł 4 stycznia 2015, a jego śmierć wpisała się w medialnym przekazie w czarną serię – straty kilku znanych i cenionych ludzi nauki oraz kultury na przełomie 2014/15. W mediach był wspominany jako socjolog i opozycjonista; jego aktywność fandomowa przewijała się na marginesie pamiątkowych notek, ale nie doczekała należnej uwagi. O Profesorze pisali jego koledzy, współpracownicy i studenci – ludzie, którzy znali Go i cenili za te najpowszechniej kojarzone aspekty publicznego dorobku. Brakuje mi jednak wspomnienia tej twórczej, a przecież dla nas równie ważnej strony życia Wnuka-Lipińskiego. Pisarstwa.

Apostezjon jest w nas

Profesor napisał trzy powieści, dobrze znane i pamiętane przez starsze pokolenie fanów. Wir Pamięci ukazał się w roku 1979, Rozpad połowiczny w 1988 i Mord założycielski rok później. Poza kilkoma krótkimi formami, jest to cała spuścizna literacka autora. Nie można jednak powiedzieć, że Wnuk-Lipiński traktował swoje pisarstwo jako błahą rozrywkę, przypadkowe hobby, podrzędne wobec pracy, działalności społecznej i poważnych zainteresowań. Chyba dla każdego, kto zna Trylogię Apostezjonu, oczywistym jest, że te trzy powieści powstały dzięki skrzyżowaniu pasji i ciekawości autora z historią; stanowią naturalny kanał, którym autor opisywał otaczającą go rzeczywistość, swoje nadzieje i obawy wobec niej. Rzadko kiedy dobra science-fiction powstaje inaczej.

Zapytany na Polconie 2013, czy zamierza wrócić do literatury fantastycznej, udzielił wymijającej odpowiedzi. Być może większość zgromadzonych na sali potraktowała dyplomatyczne „być może” za deklarację, iż Profesor do Krainy Fantastyki wracać nie chce. Jednak uważam za ściślejsze pytanie: czy kiedykolwiek ją opuścił? Wir Pamięci uznawany jest za jedną z powieści ustanawiających gatunek polskiej fantastyki socjologicznej. Ta odmiana SF, choć powszechnie kojarzona i rozpoznawana, nie jest tak łatwo definiowana, jak się zdaje. Wiele zawdzięcza ona Lemowi, którego późne teksty o Ijonie Tichym dotykają już tych problemów, które stanowić będą główny punkt odniesienia dla twórców z lat osiemdziesiątych. Jednak najbardziej kojarzonym Ojcem-założycielem tej polskiej szkoły pisania jest z pewnością Janusz A. Zajdel. Autor Paradyzji z pewnością pozostaje tym słownikowym odniesieniem dla gatunku fantastyki socjologicznej. Złożyło się na to kilka czynników (o których, jakiś czas temu, pisałem na łamach „Teologii Politycznej Co Miesiąc”1) i nie bez powodu Janusz Zajdel, zasłużony działacz fandomu i aktywny przez praktycznie całe dojrzałe życie twórca, stał się ikoną polskich fantastów. Jednak, nie odbierając w niczym zasług Lemowi i Zajdlowi, warto przypomnieć, że to Wir Pamięci na dobre rozpoczął tę niezwykłą epokę w polskiej literaturze. Ponad dekadę temu Wnuk-Lipiński przybliżył czytelnikom „Newsweeka” własną definicję uprawianego gatunku:

Cała współczesna fantastyka socjologiczna tym różni się od prozy głównego nurtu, że albo dzieje się w przyszłości, albo w egzotycznym miejscu, albo też w przyszłości w egzotycznym miejscu. Nie jest to więc ani „tu”, ani „teraz”, tylko „gdzie indziej” i „kiedyś”. Takie oderwanie od codziennych realiów pozwala autorowi stworzyć świat od podstaw (pod warunkiem, że ów świat ma swoją wewnętrzną logikę). Kwestie, które w codziennych realiach mogłyby być odczytywane jako doraźna, niemal publicystyczna wizja rzeczywistości, nabierają cech uniwersalnych. Stają się metaforą ludzkiego losu, przygodnego, zanurzonego w historię swojego czasu i będącego igraszką w trybach Systemu2.

W tym świetle warto jeszcze raz zastanowić się nad Trylogią Apostezjonu. Powieści, choć nie zyskały sławy Paradyzji czyLimes Inferior, były dla ówczesnego czytelnika (i powinny być dla nas) równie ważne. Pierwszy tom cyklu ukazał się przed najbardziej znanymi powieściami Zajdla. Nie zawsze jest uważany za w pełni uformowany przejaw „polskiej szkoły”, a to z kilku powodów. Jednym z nich jest owo przypisanie autora do świata nauki, bardziej niż literatury. Socjolog Wnuk-Lipiński był po prostu szerzej kojarzony niż fantasta Wnuk-Lipiński; w oczach niektórych nie uchodziło, aby poważany naukowiec mieszał to, co uznawano za dorobek poważny, z tym, co nazywano twórczością hobbistyczną. W pewnym stopniu Wnuk-Lipiński padł ofiarą własnej oryginalności, bo Wir Pamięci czytano z początku przez pryzmat klasycznych dystopii i wszelkie odejścia od formuły uznawano bardziej za ciekawy eksperyment niż świadomą wizję twórcy. Także jego działalność społeczna i polityczna, doradztwo „Solidarności” i uczestnictwo w obradach Okrągłego Stołu automatycznie przypisały Wnuka-Lipińskiego do głównego nurtu medialnego. Przekonanie o bezpośrednim i niepowstrzymanym wpływie historii oraz bieżącej polityki na literaturę czasem przeszkadza w docenieniu dzieła jako literatury, a nie tylko wypowiedzi publicystycznej czy kronikarskiej. Z pewnością późniejsze pisarskie milczenie autora nie pomogło w należytym docenieniu powieści z lat osiemdziesiątych. Był to niezawiniony błąd fandomu, nie dość wyraźne odczytanie, czym była Trylogia Apostezjonu. Fantastyczna twórczość Wnuka-Lipińskiego nie stanowiła przecież jakiegoś rozrywkowego bajania, ale pozostała dobrą SF – dziełem realizmu rozszerzonego.

Już Wir Pamięci pokazał, że Wnuk-Lipiński nie jest dobrym pisarzem oraz socjologiem, ale jest dobrym pisarzem, ponieważ jest socjologiem. Dokonał konstrukcji społeczeństwa Apostezjonu jak naukowej analizy – przez przyjęcie arbitralnych założeń, ale i następną konsekwencję w ich rozwijaniu. Autor skupił się na pewnych uniwersalnych aspektach odgórnie moderowanego społeczeństwa, ludzi, którym władza (niezależnie od złych czy dobrych motywacji) chce grzebać w głowie śrubokrętem. Dlatego owe sławne pastylki, numerowane koktajle i zestawy obiadowe pełnią tak istotną rolę w świecie Wnuka-Lipińskiego. Zderzenie natury człowieka ze sztucznością (rozumianą na wiele sposobów) stanowi oś zainteresowań autora. Nawet w Mordzie Założycielskim, powieści uznawanej za najbardziej inspirowaną prawdziwymi wydarzeniami politycznymi, owo poszukiwanie modus operandi człowieka w systemie społecznym i politycznym wciąż gra pierwsze skrzypce. Nie uważam, aby stwierdzenie, iż Wnuk-Lipinski napisał Trylogię Apostezjonu jako manifest, wezwanie do działania czy nawet zbeletryzowaną relację wydarzeń, było słuszne. Autor nie pisał o dysydentach, enklawach wolności i buncie legendarnego, a w rzeczywistości tworzącego swoją tożsamość dynamicznie „szarego człowieka”, bo było to dobre, piękne, prawdziwe i moralnie słuszne. Było przede wszystkim fascynujące. Tak jak filozofia, literatura rodzi się ze zdumienia, a dobra literatura – ze zdumienia popartego próbą zrozumienia. Warto pamiętać, że powieści Wnuka-Lipińskiego bronią się nie tylko jako świadectwo jakiejś epoki, teksty podgatunku fantastyki socjologicznej, ale fantastyka jako taka. I to zawsze stanowi największy sukces autora: odzew u czytelnika z innego miejsca, momentu, pokolenia, osiągnięcie uniwersalizmu.

Co więcej, można dziś czytać powieści Wnuka-Lipińskiego z dreszczykiem nowego zrozumienia. Choć wiele (ale nie tak wiele, jak byśmy chcieli) zmieniło się w politycznej rzeczywistości przez ostatnie trzydzieści lat, jest w dzisiejszym społeczeństwie dość Apostezjonu, aby zastanowić się nad fantazjami i przewidywaniami autora raz jeszcze. Oderwanie człowieka od naturalnego środowiska i tradycyjnych więzi społecznych, zagrożenia niesione przez zbyt konsumpcyjny i rozrywkowy tryb życia, uniwersalne dramaty wyobcowanego z prawdziwego świata intelektualisty czy podziały społeczne, często rozgrywane przez władzę nie zniknęły w jakimś magicznym momencie naszej historii, ba!, nie dają się zamknąć za państwową granicą czy barierą różnicy kulturowej. A przecież inspiracja, bodziec do nowego spojrzenia na rzeczywistość jest nieodłącznym zadaniem dobrej literatury fantastycznej.

Człowiek, badacz, miłośnik

Edmund Wnuk-Lipiński był człowiekiem nie tylko wielkiej kultury intelektualnej, ale i nienagannej kultury osobistej. Jego aktywność medialna, która niszczy przecież maniery oraz akademicki sposób bycia wielu ludzi kultury i nauki, nie odcisnęła na Nim piętna. Mimo jednoznacznych i, w świetle tematyki swojej twórczości, kontrowersyjnych poglądów politycznych (ten dawny kontestator i polityczny sceptyk zaangażował się zdecydowanie w poparcie obecnej władzy), wyrażał je w sposób, którego bardzo brakuje polskiej debacie publicznej – bez zbędnych emocji, pustych gestów i zawsze żywą, przyjemną dla ucha polszczyzną. To, niestety!, jest coraz rzadsze w naszych środkach masowego przekazu i, być może, stanowi wezwanie dla ludzi pióra do walki o mikrofon i kadr kamery. Z Profesorem nie miałem wiele do czynienia bezpośrednio – ostatni raz widziałem Go na warszawskim Polconie w 2013, gdzie odbierał zaległą statuetkę Zajdla (za Rozpad Połowiczny). Panel, w którym uczestniczył Wnuk-Lipiński, doskonale zaprezentował to ciepłe i szczere oblicze autora. Był naturalny i uprzejmy w relacjach z fanami i kolegami z fandomu, w tym z obecnym na sali Rafałem A. Ziemkiewiczem, z którym wszak mógłby się kłócić o tysiące spraw związanych z bieżącą polityką. A co jeszcze ważniejsze, szacowny profesor tego wieczora okazał się po prostu fantastą, jednym ze szczerych uczestników konwentu, razem z szarą bracią fandomową celebrującym to nasze święto. Przy okazji nie krył wzruszenia z owej uroczystości, czyniącej zadość jemu i innym pechowym laureatom, którzy swego czasu nie mogli zostać odpowiednio docenieni na forum fandomu. Widząc Profesora tego wieczoru, zrozumiałem, że mam do czynienia „naszym człowiekiem”, w każdym calu. Niezależnie od kariery naukowej, doświadczanych pokus i bagien medialnego życia politycznego czuł się na Polconie jak wśród swoich, i my czuliśmy, że nie jest gościem, ale uczestnikiem. Ten obraz naturalnego i znajdującego się we właściwym miejscu pisarza będzie ze mną, kiedykolwiek wspomnę Edmunda Wnuka-Lipińskiego.

Robert Drózd: Przygotujcie się na zmiany w polskich księgarniach

Wpis pochodzi z bloga Świat Czytników

Dwudziestego piątego grudnia wchodzi w życie nowa ustawa o prawach konsumenta. Wnosi ona dla nas jako klientów trochę dobrego, ale jednocześnie może skomplikować zakupy.

Pod koniec grudnia w wielu polskich e-księgarniach oraz innych sklepach internetowych będziecie mogli zauważyć liczne zmiany. Niektóre sklepy przesłały już swoim klientom nowe regulaminy – inne pewnie to zrobią w najbliższych dniach.

Pojawi się pewnie wiele pytań o sens takich zmian – ale niekoniecznie kierowanych we właściwym kierunku. W tym artykule postaram się przedstawić, co i dlaczego się zmieni.

Przede wszystkim – to nie wymysł księgarni – a spełnienie wymogów Ustawy z dnia 30 maja 2014 r. o prawach konsumenta, która z kolei oznacza wprowadzenie w polskim prawie kilku dyrektyw unijnych. Podobnie zrobiło już wiele krajów Unii.

Generalnie celem ustawy jest to, aby nam wszystkim było lepiej. UOKiK przygotował specjalną stronę prawakonsumenta.uokik.pl, gdzie możemy przeczytać o tym, co nas czeka po 25 grudnia. Warto się z nią zapoznać, również jeśli nie kupujemy w sieci, bo ustawa zmienia też np. zasady gwarancji i rękojmi.

Korzystam tu m.in. z informacji przesłanych przez Publio, które dziś uruchomiło specjalną stronę z prezentacją zmian z punktu widzenia klienta księgarni.

Strona zamówienia po zmianach

Wyobraźmy sobie, że kupujemy e-booki. Dodaliśmy je do koszyka, zalogowaliśmy się w księgarni i teraz widzimy stronę podsumowania zamówienia.

Tak wyglądać będzie w Publio.

Poza tradycyjnymi danymi płatnika, mamy też nowe pola.

Informacja o prawach przysługujących klientowi

W przewijanym okienku widzimy mnóstwo informacji, które sklep musi przekazać klientowi, zgodnie z następującym fragmentem ustawy:

Art. 12. [Obowiązki przedsiębiorcy]

1. Najpóźniej w chwili wyrażenia przez konsumenta woli związania się umową na odległość lub poza lokalem przedsiębiorstwa przedsiębiorca ma obowiązek poinformować konsumenta w sposób jasny i zrozumiały o:

1) głównych cechach świadczenia z uwzględnieniem przedmiotu świadczenia oraz sposobu porozumiewania się z konsumentem;

2) swoich danych identyfikujących, w szczególności o firmie, organie, który zarejestrował działalność gospodarczą, a także numerze, pod którym został zarejestrowany;

3) adresie przedsiębiorstwa, adresie poczty elektronicznej oraz numerach telefonu lub faksu jeżeli są dostępne, pod którymi konsument może szybko i efektywnie kontaktować się z przedsiębiorcą;

[...]

15) kodeksie dobrych praktyk, o którym mowa w art. 2 pkt 5 ustawy z dnia 23 sierpnia 2007 r. o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym oraz sposobie zapoznania się z nim;

[...]

18) wysokości i sposobie złożenia kaucji lub udzielenia innych gwarancji finansowych, które konsument jest zobowiązany spełnić na żądanie przedsiębiorcy;

19) funkcjonalności treści cyfrowych oraz technicznych środkach ich ochrony;

20) mających znaczenie interoperacyjnościach treści cyfrowych ze sprzętem komputerowym i oprogramowaniem, o których przedsiębiorca wie lub powinien wiedzieć;

[...]

Ustawa wylicza 21 punktów, do których przeczytania sklepy muszą zmusić swoich czytelników.

Momentami są to rzeczy ważne i potrzebne, a momentami straszne pierdoły. W wielu przypadkach to są informacje, które sklep i tak podaje w innych miejscach. Na przykład: na czym polega zabezpieczenie e-booków – to znajdziemy w pomocy, a jaka firma realizuje zamówienie – w regulaminie czy stopce.

Efektem ustawy jest jednak to, że wszystkie informacje trzeba powtórzyć w jednym miejscu, tak jakby to sprawiło, że klient je przeczyta... Choć oczywiście mogą się przydać po zakupie, gdy natrafimy na jakiś problem, bo mamy też tam szczegóły na temat reklamacji.

Warto w tym miejscu zauważyć, że powyższy wymóg likwiduje możliwość kupna jednym kliknięciem. A ściślej – będzie potrzebnych kilka kliknięć. W przypadku Publio będzie nadal dostępna opcja szybkiego zakupu, ale po kliknięciu przycisku na stronie produktu zobaczymy okienko ze wszystkimi informacjami i zgodami, które wymusza ustawa.

Polskie prawo dokonało tego, co nie udało się Amazonowi, którego patent na one-click obowiązuje tylko w Stanach.

Te same informacje o naszych prawach otrzymamy na maila, zgodnie z artykułem:

Art. 21.[Przekazanie konsumentowi potwierdzenia zawarcia umowy]

1. Przedsiębiorca ma obowiązek przekazać konsumentowi potwierdzenie zawarcia umowy na odległość na trwałym nośniku w rozsądnym czasie po jej zawarciu, najpóźniej w chwili dostarczenia rzeczy lub przed rozpoczęciem świadczenia usługi.

Teraz rzecz zabawna – choć niedotycząca e-booków.

Wspomniane 21 punktów obowiązywać będzie również sprzedawców telefonicznych. Jeśli zadzwoni do Was jakaś miła pani i zaoferuje np. nowy pakiet na telewizję – to przed dokonaniem przez Ciebie zakupu będzie musiała przeczytać wszystkie informacje o Twoich prawach, nawet jeśli puści to z automatu, całość zajmie pewnie z 10 minut.

Co więcej – umowy telefonicznej nie będzie można zawrzeć bez otrzymania przez klienta na „papierze lub trwałym nośniku” (może być załącznik do maila) wszystkich umów i potwierdzenia przez niego chęci zakupu.

Sądzę, że te zmiany skutecznie zniszczą branżę telemarketingu w Polsce, czego mi specjalnie nie żal, bo mam serdecznie dość dzwoniących do mnie handlowców.

Wyrażenie zgody na rozpoczęcie świadczenia

Nowa ustawa wprowadza termin 14 dni na zwrot zakupionego towaru, zamiast wcześniejszych 10. To dla kupujących produkty fizyczne na pewno dobra zmiana.

Co z e-bookami? Otóż okazuje się, że zgodnie z ustawą rozpoczęcie korzystania z publikacji elektronicznej oznaczać będzie... rezygnację z 14 dni na zwrot – i sklep musi mieć na to wyraźną zgodę klienta.

Jeśli klient nie zaznaczy odpowiedniego pola – to przez 14 dni ma prawo odstąpić od umowy, ale nie dostanie pliku do pobrania...

Art. 38.[Wyłączenie prawa odstąpienia od umowy ] Prawo odstąpienia od umowy zawartej poza lokalem przedsiębiorstwa lub na odległość nie przysługuje konsumentowi w odniesieniu do umów: [...]

13) o dostarczanie treści cyfrowych, które nie są zapisane na nośniku materialnym, jeżeli spełnianie świadczenia rozpoczęło się za wyraźną zgodą konsumenta przed upływem terminu do odstąpienia od umowy i po poinformowaniu go przez przedsiębiorcę o utracie prawa odstąpienia od umowy.

Prawda, że głupie? Jasne. Ale księgarnie muszą się tego przepisu trzymać. Oczywiście nie zmienia to faktu, że księgarnia może na własną rękę zgodzić się na indywidualne potraktowanie sprawy – jeśli np. kupimy książkę dwa razy albo pomylimy się.

Dziwne napisy na przyciskach

Zauważyliście pewnie przycisk „Kupuję i płacę”. Czemu takie dziwne sformułowanie?

Zacytujmy artykuł 17 ustawy.

Art. 17.[Umowa zawierana na odległość nakładająca na konsumenta obowiązek zapłaty]

1. Jeżeli umowa zawierana na odległość, przy użyciu środków komunikacji elektronicznej, nakłada na konsumenta obowiązek zapłaty, przedsiębiorca ma obowiązek dostarczyć konsumentowi w sposób jasny i widoczny, bezpośrednio przed złożeniem przez konsumenta zamówienia, informacji, o których mowa w art. 12 ust. 1 pkt 1, 5, 16 i 17.

2. Przedsiębiorca zapewnia, aby konsument w momencie składania zamówienia wyraźnie potwierdził, że wie, że zamówienie pociąga za sobą obowiązek zapłaty.

3. Jeżeli do złożenia zamówienia używa się przycisku lub podobnej funkcji, muszą być one oznaczone w łatwo czytelny sposób słowami „zamówienie z obowiązkiem zapłaty” lub innego równoważnego jednoznacznego sformułowania.

4. Jeżeli przedsiębiorca nie spełnia wymagań określonych w ust. 2 lub 3, umowa nie zostaje zawarta.

Określenie „zamówienie z obowiązkiem zapłaty” spowodowało straszliwy popłoch wśród właścicieli sklepów internetowych. Czy zamiast „kup teraz” mają być takie potworki językowe?

Jest tutaj furtka oznaczająca „równoważne jednoznaczne sformułowanie” – i mądre głowy doszły do wniosku, że można napisać „Kupuję i płacę”.

Co o tym sądzę?

Założenia ustawy, czyli ochrona praw konsumenta, są szczytne. Ale ile osób przeczyta te wszystkie informacje, jakkolwiek mogą być przydatne? Ile osób będzie miało pretensje do księgarni, że ta każe im rezygnować z prawa do zwrotu, gdy tymczasem to wymóg ustawowy?

A co właściwie by się stało, gdyby księgarnia zignorowała takie pomysły i działała tak jak dotychczas?

Polska jest takim dziwnym krajem, gdzie na „obronie konsumentów” robi się często niezły biznes. Powstał szereg „stowarzyszeń obrony konsumenta”, które po prostu... szantażują sklepy, w których regulaminach znajdą np. tzw. klauzule niedozwolone. Metoda szantażu jest prosta – albo kilkaset złotych opłaty dla takiego stowarzyszenia, albo pozew. Temat poruszał dość często Dziennik Internautów. Sklepy o tym głośno nie mówią, bo i nie ma się czym chwalić, ale takie praktyki są powszechnie znane, choć nie wiem, czy dotknęły którejkolwiek księgarni.

Dlatego wszystkie większe sklepy będą starały się trzymać przepisów ustawy, nawet jeśli może nam to trochę utrudnić zakupy. Choć jak widzimy – starają się, aby utrudnień było jak najmniej.

Agnieszka Żak: Stała cena książki a e-bookowy abonament – francuskie problemy

Tekst pochodzi z blogu autorskiego Agnieszki Żak.

W 1981 r. we Francji wprowadzono tzw. Prawo Langa – czyli ustawę o stałej cenie na nowości książkowe. Od tamtej pory Francja jest regularnie przywoływana jako przykład kraju, który z powodzeniem wprowadził regulację na rynku wydawniczym. Dyskusja o przyjęciu podobnych rozwiązań toczy się obecnie w Polsce, o czym pisałam tutaj.

Jednym z argumentów przeciwników stałej ceny jest to, że Prawo Langa przyjęto we Francji w zupełnie innych czasach, gdy rynek był inaczej ukształtowany i dziś, w dobie nowych technologii, nie ma sensu kopiować tych zasad w Polsce. Jak się okazuje – mają rację. Mimo wieloletnich doświadczeń ze stałą ceną francuski rynek wydawniczy ma właśnie nowy problem.

Dziewiętnastego lutego br. francuska minister kultury Fleur Pellerin ogłosiła, że wszelkie serwisy oferujące nielimitowany abonament na czytanie e-booków, takie jak Kindle Unlimited, Youboox, YouScribe, Izneo (odpowiedniki polskiego Legimi) łamią przepisy o stałej cenie na nowości książkowe. Chodzi o to, że ceny e-booków w tych usługach są ustalane przez serwisy, a nie przez wydawców. Tym samym – działają nielegalnie. Oficjalny raport na ten temat (w języku francuskim) znajdziecie tutaj.

Łatwo zauważyć, że w tym wypadku Prawo Langa działa na korzyść starego modelu sprzedawania książek/e-booków, blokując powstawanie nowych form dostępu do treści. Wiele osób uważa, że tak jak Spotify zmienił rynek muzyki, tak serwisy subskrypcyjne zmienią sposób, w jaki kupujemy i czytamy książki. Dlatego prawnik Youboox Emmanuel Pierrat próbował interpretować przepisy na korzyść e-booków. Jego zdaniem Prawo Langa obejmuje tylko książki papierowe, ponieważ odnosi się do kupna fizycznego przedmiotu – w zamian za opłacenie określonej ceny stajemy się właścicielami egzemplarza książki. Tymczasem w modelu abonamentowym wykupujemy zaledwie licencję na przeczytanie cyfrowej kopii. Rzeczywiście nie jest to do końca to samo – jednak z punktu widzenia prawa i minister Pellerin – ważniejszy wydaje się być właściciel praw do książki niż jej forma (zresztą podobne rozumienie problemu Francuzi pokazali w przypadku VAT-u na książki drukowane i e-booki, co się akurat chwali).

Oznacza to, że gdyby to wydawca założył swój własny serwis subskrypcyjny zamiast współpracować z kolejnym dystrybutorem, jego biznes byłby całkowicie legalny. Warto też zaznaczyć, że ustawa o stałej cenie książki nie obejmuje ani self-publisherów, ani książek opublikowanych przez zagranicznych wydawców – a jedynie tytuły wydawców francuskich. I tu pojawia się problem, a na imię mu Amazon.

Prace nad raportem dotyczącym legalności działania serwisów subskrypcyjnych zaczęły się w styczniu 2015 r., niedługo po wprowadzeniu we Francji przez Amazon usługi Kindle Unlimited. Wcześniej inne, ale francuskie, serwisy działały od lat. Rząd starał się więc przede wszystkich ochronić rodzimych wydawców przed konkurencją amerykańskiego giganta. Tyle że może odnieść skutek odwrotny do zamierzonego. Amazon podobno pracuje nad założeniem własnego domu wydawniczego we Francji, co pozwoliłoby mu ominąć niewygodne prawo. Firma miałaby skupywać prawa do książek i – już jako wydawca, nie dystrybutor – sprzedawać je w modelu abonamentowym. Na takie rozwiązanie nie stać ich konkurencji. Warto też zauważyć, że wiele tytułów w Kindle Unlimited to tytuły self-publisherów. Czy Amazon rzeczywiście planuje taki ruch? Zobaczymy – wszystkie serwisy mają trzy miesiące na dostosowanie swoich usług do prawa.

Tomasz Mróz: Permanentny kryzys czytelnictwa, czyli Platon w praktyce

Wpis pochodzi z bloga Autora.

Co roku publikuje się statystyki, które świadczą o totalnym upadku czytelnictwa w Polsce. Prezentowany jest i opłakiwany przez garstkę zapaleńców niski odsetek ludzi czytających więcej niż jedną lub przynajmniej jedną książkę rocznie. Sądzę, że wraz z rosnącą grupą ludzi nieczytających powinno się wprowadzić kilka dodatkowych kategorii, ustalających pewną hierarchizację wśród naszych polskich wtórnych analfabetów. Mam na myśli szereg pytań sondujących, jak daleko ludzie oddalili się od literatury. A w dalszych zamierzeniach, jak trudnym zadaniem będzie nawracanie ich na drogę czytelnika. I tak kolejno, respondenci kategoryzowaliby się w swoim czytelniczym niebycie według poniższych pytań.

Czy widział/a Pani/Pan w tym roku ekranizację jakiejś książki?

Pozytywna odpowiedź dawałaby podstawy do stwierdzenia, że dana osoba utrzymuje jakikolwiek kontakt z literaturą, choćby na ekranie, oraz zdaje sobie sprawę, że filmy powstają na bazie książek. To może być również swego rodzaju płomyk nadziei, że kiedyś po nie sięgnie. Kolejna kwesta to:

Czy widział/a Pani/Pan w tym roku książkę?

Jest to podchwytliwe pytanie, ponieważ można założyć, że książkę można fizycznie zobaczyć w wielu miejscach. Odpowiedź negatywna daje w tym wypadku odsetek ludzi, którzy świadomie lub nie pomijają w swoim postrzeganiu świata istnienie książek. Ot, na przykład, idąc w markecie, zastanawiają się, co to są za kolorowe, pudełkowate, papierowe kształty w wielkich koszach z napisem „Wszystko po 9,99”. Prowadząc dalej tę intelektualną grę, można by się dopytywać:

Czy Pani/Pan widział/a lub wie o istnieniu w Pani/Pana otoczeniu osoby, która w ostatnim roku czytała książkę?

Tu wprawny badacz mógłby określić szanse na tak zwany marketing szeptany, kiedy czytający dziwak z sąsiedztwa zachęci kogoś do lektury. A ten zachęcony, po kilkudniowej walce wewnętrznej, z zarzuconym na oczy głębokim kapturem, pójdzie do księgarni i wyszepcze konspiracyjnym tonem tytuł polecanej książki.

Jaki to ma sens? Jak bardzo powinniśmy się zajmować przyczynami braku chęci do czytania? Bo jak na razie wszelkie analizy tego zjawiska wydają się być sztuką dla sztuki. Po prostu, czytanie przestało być rozrywką masową. Przegrało batalię z filmami i grami komputerowymi. Pismo obecnie służy do przekazywania niektórych informacji, zapisu poważnych rzeczy, ustaleń, ustaw, kontraktów, a w formie niskiej do szybkiej wymiany informacji i komentarzy w internecie, najczęściej pozbawionych prawidłowej gramatyki, interpunkcji i tradycyjnej formy.

Czy to źle?

Odpowiem przewrotnie: dobrze dla niektórych. Na przykład dobrze dla deweloperów oferujących mieszkania. Po kilkudziesięciu latach nieczytania znacznej części społeczeństwa umowa sprzedaży mieszkania będzie musiała być podzielona na trzy części. Część pisana dla wszystkich, którzy chcą czytać warunki „od dechy do dechy”, wraz z karami, obostrzeniami i ryzykiem. Tu odpadnie gros klientów, którzy nie będą w stanie przebrnąć tych zapisów ze zrozumieniem. Dla nich zaplanuje się część drugą, również pisaną, zawierająca optymistycznie brzmiące streszczenie umowy wraz z adnotacją „O resztę spytaj swojego prawnika, najlepiej przed podpisaniem”. I tak wiadomo, że większość nie spyta, a już na pewno nie przed podpisaniem. A potem, w przypadku kłopotów, obudzi się, żądając, aby rząd i parlament zajął się ich nieprzewidywalną niedolą. Jednak to funkcjonuje już dzisiaj, w każdym kontrakcie mamy zapisy tak zwanym „małym drukiem”. Nowością zaś będzie trzecia część umowy – obrazkowa, przeznaczona dla przeważającej większości kupujących. Sprzedający umieści tam wizualizację oferowanego mieszkania, a klient będzie stawiał krzyżyk przy piktogramie przedstawiającym kciuk skierowany w górę. Potem oczywiście będzie zobowiązany przelać przedpłatę ze swojego konta, zarządzanego również w sposób obrazkowy, i pozostanie mu zachować nadzieję, że deweloper nie wyrzuci go ze swojej listy znajomych przed sfinalizowaniem kontraktu.

W ten sposób spełni się koncepcja Platona, planującego rządy filozofów. Państwo miałoby funkcjonować tam w postaci garstki mędrców decydujących o losach wszystkich. Kierują oni osłaniającą ich armią i przytłaczającą większością żywicieli, od czasu do czasu „lajkujących” jakieś ważne wydarzenie ogłoszone przez nadzorców.

Już słyszę te oburzone głosy: „Wyhamuj człowieku! Jak ktoś czyta, to od razu mędrzec i od razu rządzi światem? Co za koncepcja Plutona? Wolne żarty!”. Dobrze. Może się zagalopowałem, może nie jest tak źle i świat jest jeszcze poukładany „po staremu”. Ale ja na wszelki wypadek czytam przynajmniej tę jedną książkę rocznie. Bo nie znasz dnia ani godziny, kiedy będą nas dzielić na rządzących i rządzonych, a wtedy lepiej wiedzieć co się podpisuje.

Powiązane wpisy:

Początek

Krwawy Courier

Legenda

Życie na wysokich obrotach

Łukasz Kotkowski: Dobra książka obroni się sama? Otóż nie, czyli jak wydawnictwa promują książki

Artykuł pochodzi z serwisu Spider'sWeb

Jest pewna prawda, która funkcjonuje we wszystkich dziedzinach handlu, niezależnie od branży – dobry produkt nie wystarczy. Trzeba go jeszcze umiejętnie sprzedać. A żeby tego dokonać, w naturalnej kolei rzeczy potrzebna jest odpowiednia promocja. Jakie opcje w tym zakresie mają pisarze? To zależy od sposobu, w jaki zdecydowali się wydać swoją książkę.

Choć dla wielu ludzi jest to ideologicznie nie do przyjęcia, nie ma co się oszukiwać – książka to też produkt. W dodatku taki, który wchodzi na wiecznie przesycony rynek. Gdybyśmy oceniali czytelnictwo jak inne branże, to łatwo można dojść do wniosku, że każda książka napisana od jakichś 50 lat jest niepotrzebna – przecież napisano już wszystko, o wszystkim.

Na szczęście rynek książki rządzi się zupełnie innymi prawami, a nieustanna potrzeba poznawania dobrych historii czy edukowania się drzemiąca w czytelnikach sprawia, że każdego roku na sklepowych półkach przybywa tysięcy pozycji.

Nie ma co ukrywać, że to rynek bardzo zatłoczony. Dlatego każda nowo wydana książka musi toczyć zażartą walkę o przetrwanie i zaskarbienie sobie uwagi masowego odbiorcy.

Ileż razy na forach przeczytałem zdanie „dobra książka sama się obroni”. Otóż nie, to tak nie działa. Bo żeby dobra książka mogła się bronić, musi najpierw mieć przed czym.

Ktoś najpierw musi to dzieło przeczytać, a niepromowane książki zazwyczaj kończą pokryte kurzem, wciśnięte w najbardziej odległy kąt księgarni. By potem wrócić do wydawcy i leżeć latami w magazynach dystrybutorów.

Skuteczna promocja – jak wszędzie – jest kluczem do udanej sprzedaży.

Jakie opcje ma pisarz w czasach Internetu?

To w dużej mierze zależy od tego, jaką drogę wydawniczą obrał. Pomimo cyfryzacji i boomu na ebooki, w dalszym ciągu to wydawcy tradycyjni wiodą na rynku prym, i to oni mają największe pole do popisu jeśli chodzi o marketing.

Zupełnie inaczej jest z self-publisherami, którzy usiłują wypromować swoje dzieło na własną rękę. Owszem, dysponują oni sporym wachlarzem możliwości (o czym za chwilę), lecz w perspektywie są w stanie osiągnąć raptem ułamek tego zasięgu, jaki osiąga duży wydawca.

Zapytałem o te różnice Marcina Baniaka, dyrektoradziału promocji Wydawnictwa Literackiego:

Kiedy myślę o self-publishingu i o wydawaniu książek w dużym wydawnictwie, widzę z jednej strony rozklekotaną drezynę, a z drugiej rozpędzoną lokomotywę. Autor współpracując z dużym wydawcą właściwie może być pewny, że otrzyma wsparcie, i to na kilku poziomach. Praca z autorem zaczyna się od pracy nad samym tekstem, czyli od profesjonalnej redakcji książki, korekty, projektu graficznego itd. Ostatnimi ogniwami tego łańcuszka są promocja i dystrybucja.

Tak jak pisałem wcześniej, różnice leżą przede wszystkim w zasięgu, jaki jest w stanie uzyskać self-publisher, w porównaniu do tradycyjnego, dużego wydawcy:

Co do dystrybucji, chyba wszystko jest jasne – self-publishing to w gruncie rzeczy ograniczona, wąska grupa potencjalnych odbiorców. Ktoś, kto decyduje się na taką formę działalności pisarskiej, musi sobie zdawać sprawę, że o jego dziele dowie się niewielu czytelników. Głównym kanałem jest tu oczywiście Internet. Co innego duży wydawca – wydawnictwom prężnie działającym na rynku zależy, aby ich produkt był dostępny we wszystkich najważniejszych kanałach. Duże sieci księgarskie, ale i księgarnie stacjonarne, księgarnie internetowe, hurtownicy – self-publishing raczej nie połapie tych wszystkich nitek i nie zapewni należytej ekspozycji nowego tytułu.

Podstawową różnicą pomiędzy self-publishingiem a wydawaniem tradycyjnym jest też fakt, iż na sukces książki pracuje nie tylko wydawca. To cała sieć połączeń, grupy ludzi, których działania ostatecznie skutkują udaną kampanią promocyjną książki. Self-publisher, nawet taki z dużym zapleczem finansowym, nie jest w stanie utworzyć podobnej sieci:

Wydając książkę w self-publishingu, pisarz nie ma też praktycznie żadnego wsparcia promocyjnego: może oczywiście przygotować sobie stronę internetową, założyć profil FB, prowadzić nawet bardzo aktywną działalność w mediach społecznościowych, tylko że nie przełoży się to na końcowy sukces. Duży wydawca to profesjonalnie zaplanowana i realizowana kampania informacyjna, to mailingi do kilkuset dziennikarzy w całym kraju, to kontakty z dziennikarzami, które owocują omówieniem, bądź recenzowaniem książek w mediach, to działania w Internecie, mediach społecznościowych; przygotowanie i produkcja ewentualnych materiałów promocyjnych, czyli standów, plakatów. To organizacja spotkań autorskich... self-publishing nie zapewni żadnego z tych działań.

Marcin Baniak nie neguje idei samopublikowania, lecz podkreśla, że tą drogą nie można zajść daleko:

Czy to oznacza, że self-publishing nikomu się nie przyda? Samo zjawisko, co do idei, jest pozytywne i inspirujące. I wierzę, że wkrótce w tym nurcie pojawi się nowe gorące nazwisko, autor albo autorka, pisarz, który podbije rynek. Ale żeby ten rynek podbić, będzie musiał przejść do mainstreamowego wydawcy.

Jakie opcje daje zatem self-publishing?

Sporo z nich pokrywa się z tym, co tak czy inaczej robią wydawcy – mowa tu oczywiście o kampanii w Internecie i mediach społecznościowych.

Aby jednak osiągnąć jakiekolwiek efekty, pisarz musi zbudować dookoła siebie społeczność, a to – jak wiadomo – wymaga bardzo dużo czasu i pracy. Nie bez powodu największym sukcesem samopublikowania cieszą się w Polsce i na świecie pozycje napisane przez ludzi, którzy wcześniej przez lata prowadzili blogi czy kanały na YouTube.

Oni poświęcili dużo czasu na to, aby poprzez swoje działania w Internecie zbudować bazę czytelników. Mając rozległe, potencjalne grono odbiorców, marketing ich książki w zasadzie odbywa się sam, ponieważ mając zaangażowaną społeczność, muszą tylko odpowiednio ją pokierować.

Tymczasem pisarz, który dopiero co rozpoczyna swoją działalność w Internecie, staje przed naprawdę trudnym wyzwaniem.

Przede wszystkim, choć jest to prawda trudna do przełknięcia, to debiutującego pisarza... nikt w Internecie nie szuka. Nikt go nie potrzebuje. Nikt o nim nie słyszał.

Dlatego debiutując w tradycyjnym wydawnictwie, pisarz zyskuje przede wszystkim pierwszą grupę odbiorców, do których dotrze za niego wydawca. Wydawca zaprezentuje światu nowego twórcę, pokaże jego dzieło, a czytelnicy zdecydują, czy jest ono warte ich uwagi.

Podczas gdy pisarz próbuje wszystko zrobić sam, jego szanse... dość drastycznie spadają, a zbudowanie podobnej bazy potencjalnych czytelników może zająć długie lata, albo nie udać się wcale.

Przechodząc jednak do konkretów, self-publisher ma kilka możliwości: założyć bloga i starać się o jego poczytność, publikować inne teksty na portalach o dużym zasięgu, licząc na to, że w ten sposób przyciągnie do siebie czytelników, aktywnie działać w mediach społecznościowych i rozsyłać swoje dzieła do blogów książkowych, żeby zyskać kilka słów recenzji.

Tutaj opcje się w zasadzie wyczerpują, jeśli mówimy oczywiście o self-publishingu bez przesadnych nakładów finansowych. Wiadomo, że dysponując odpowiednio dużą kwotą, pisarz może pokusić się o wynajęcie usług agencji PR, która zajmie się promocją za niego – mało który początkujący twórca może sobie jednak pozwolić na coś takiego, a tutaj przede wszystkim mówimy właśnie o takich pisarzach.

Czy to oznacza, że sprawa jest beznadziejna?

Nie do końca. W jednej z kolejnych części tego cyklu przedstawię historie self-publisherów, którym udało się odnieść spektakularny sukces w świecie literatury, jednakże... nie są to przypadki rodzime.

Rozważanie, dlaczego za naszymi granicami udaje się samopublikować, a u nas nie, zostawię sobie na inną okazję, jednak uniwersalnym pozostaje jeden fakt: decydując się na self-publishing, trzeba być świadomym ogromu pracy przy promocji książki.

Dlatego jeśli zależy nam na jak największym gronie czytelniczym (a komu nie zależy?) w zasadzie jedyną, pewną drogą jest dobra umowa z dużym, uznanym wydawcą, który odpowiednio zadba o losy naszej książki.

Decydując się na samopublikowanie, pomimo wszystkich możliwości współczesnego Internetu, z góry skazujemy swoją książkę na dotarcie do bardzo niewielkiej grupy odbiorców.

Czytaj również inne teksty z cykluPisarz w czasach Internetu, żeby dowiedzieć się, jak napisać i wydać własną książkę.

i10: Jak zostać pisarzem...

Wpis pochodzi z bloga i10.

Sporo czytam.

Moim zdaniem dzięki czytaniu człowiek się rozwija, a to, co w nim rozwija się najszybciej, to jego wyobraźnia. Opinia ta odróżnia mnie od Franciszka Kacyniaka – człowieka, który w wydawnictwie Vectra wydał książkę pod tytułem „Osiem”.

Książka podobno okazała się sukcesem. Gdybyście przejrzeli internet – stwierdzilibyście, że zbiera pozytywne recenzje, a przyglądając się tym recenzjom bliżej... na razie nie przyglądajmy się im bliżej.

Książka posiada swój profil na FB: 

https://www.facebook.com/pages/Osiem-Franciszek-Kacyniak/1505131126441867?fref=ts

Podobnie jak człowiek, którego nazwisko widnieje na okładce:

https://www.facebook.com/franciszek.kacyniak?fref=ts

Ale do rzeczy:

– (...) Ja sam nie kupuję, ani nie pożyczam książek – mówi pan Kacyniak w jednym z udzielonych wywiadów – minus tego taki, że niewiele czytam. Ale jest i plus, że nie powielam stylu innych pisarzy, bo ich po prostu nie znam.

Tam, gdzie pan Kacyniak znajduje plusy ja widzę minus namalowany ławkowcem.

Jednak do przeczytania „Osiem” zachęciła mnie Czytelniczka Joasia (pozdrawiam), która podesłała mi dwie strony z sugestią bym ABSOLUTNIE KONIECZNIE poznał całość.

Tak czynię.

„Osiem” opowiada o życiu mężczyzny przeżywającego kryzys dojrzewania i będącego nieodpowiedzialnym, marzącym o zdradzeniu swojej kobiety gnojem. Banał. Jedyne, co w „Osiem” mnie urzekło to sporo zabawnych fragmentów gry słownej i celnych spostrzeżeń.

Urzekły mnie, bowiem sam je napisałem.

A tak się niestety składa, że nie nazywam się Franciszek Kacyniak, tylko całkiem inaczej.

Książka zaczyna się niezrozumiałym wstępem i właściwie od razu daruję sobie komentowanie jego wartości merytorycznej czy... artystycznej. „Autor” podjął się tego zadania na bardzo wielu forach i skoro chciało mu się chwalić samemu – musi w swój kunszt wierzyć.

Skupię się na podkreśleniu zbieżności treści (wydanej jesienią 2014) książki z blogiem.

Zatem Asia podesłała mi to:

Pamiętacie tekst o wyjściu do kina?

http://www.idziesiec.pl/2014/06/o-tym-jak-z-najmilsza-poszlismy-do-kina.html:

(...) – i10, nie uważasz, że zbyt rzadko wychodzimy razem? – ...i w bardzo nieprzezroczysty sposób stanęła pomiędzy mną a zawierającym ów stenogram monitorem.

– No – spróbowałem wychylić się trochę w prawo, jednak widok zasłonięty był definitywnie, choć nie mogłem nie spostrzec, że w sposób kształtny.

– Co „no”? – doleciało z góry.

– To, co powiedziałaś – wychylenie w lewo też nie pomagało, za to bardziej widoczny stawał się odsłonięty fragment biodra. – Zgadzam się z tobą, kochanie. Zawsze się zgadzam.

– Doskonale. Więc zaproś mnie do kina.

– Czemu? – odsunąłem się razem z fotelem i oczom moim ukazała się jedynie prawa krawędź ekranu. Ta z reklamami. Zaś stojąca przed nią cała postać Najmilszej oświetlona była od tyłu bladoniebieskim światłem. Jakby sylwetka superlaski z przyszłości przysłanej żeby mnie zamordować...

– Nie słuchasz mnie, prawda?

– Oczywiście. Znaczy... – popatrzyłem na nią – ...oczywiście, że cię słucham. Chcesz iść do kina. Idź. Pozwalam.

W ostatniej chwili uchyliłem się przed spopielającym spojrzeniem. Miejsce, w którym jeszcze przed momentem trzymałem głowę – poczerniało i zaczęło się dymić.

– Nie proszę cię o pozwolenie i10, tylko stanowczo, jasno, wyraźnie i nieubłaganie żądam, żebyś mnie zaprosił.

– No wiem przecież, wiem – spojrzałem na nią i zarechotałem. – A mogę cię zaprosić, a ty pójdziesz z Monisią?

– Nie – superlaska tupnęła. – Zaproś mnie Z TOBĄ! Za rzadko gdzieś wychodzimy...

...właściwie musiałbym Wam wkleić cały tekst z bloga.

Franciszek Kacyniak wyciął z niego kilka słów, kilka zmienił i całość nazwał Rozdziałem 5.

U niego też skończyło się zrywaniem źle przyklejonych naklejek.

Po tej lekturze przyglądam się książce bliżej. Druga strona pierwszego rozdziału:

tekst na blogu: http://www.idziesiec.pl/2013/09/o-tym-jak-robiem-zupe.html

(...) Rzucam okiem na kartkę. Najmilsza bazgroli jak lekarz. Cierpiący na dysleksję niewidomy wędrowny arabski lekarz wielbłądów. Ale praktyka czyni z mistrza mistrza, więc trochę deszyfruję (...)

Ta sama strona:

na blogu: http://www.idziesiec.pl/2013/09/o-tym-jak-zgodziem-sie-zeby-najmilsza.html:

Są takie chwile w życiu, kiedy mężczyzna musi podnieść głowę, zacisnąć zęby i dalej zmierzać drogą, którą zawsze zmierzać zamierzał. A ponieważ to nie była jedna z takich chwil, po prostu zawiozłem dziewczyny do najlepszej drogerii, jaką znam.(...)

Książka:

Blog: http://www.idziesiec.pl/2013/09/efekt-motyla.html

...Duża Gęba siada koło niej, obie obwieszone złotem, pierścieniami, łańcuchami jak choinki. „W maju”? – myślę.

Tu pozwolę sobie poczynić uwagę: zmiana maja na marzec zniszczyła dowcip. Połowa moich znajomych w marcu nadal ma choinki i nie zobaczyliby w tym nic śmiesznego. A w maju... no kto ma choinkę w maju? 

Idźmy dalej.

Książka:

Na blogu: http://www.idziesiec.pl/2013/09/o-tym-jak-obejrzaem-mecz.html

(...)Więc kiwam głową minimalnie krzywiąc usta, żeby wyglądało, że myślę (...)

Teraz dłuższy fragment książki:

I dla porównania blog: http://www.idziesiec.pl/2014/02/o-tym-jak-sprzedawalem-odzywki.html

(zwracam uwagę, że platforma blogowa w każdym adresie po „idziesiec.pl/” dodaje miesiąc i rok opublikowania wpisu)

– Poproszę coś dla mojego Piotrusia – powiedziała stając w drzwiach. – Byle nie to co ostatnio, bo nie chciał żreć.

Pierwsza myśl – przysłał ją wybredny wnuczek robiący masę. Sam mógł skubaniec przyleźć, a nie babcią się wysługuje! Druga myśl – ale co chce kupić? Pewnie odżywkę, a tego są setki – więcej białka, mniej białka, z dodatkami, bez dodatków, smaki też są różne, który konkretnie nie przypadł do gustu wyrodnemu Piotrusiowi? Nie zgadnę.

– Piotruś napisał jakąś kartkę?

Zapadło milczenie. W ciszy klekotał wiatrak zamontowanej nad drzwiami nagrzewnicy. Patrzyłem na babcię, babcia patrzyła na mnie. Głucha może?

– Co? – odezwała się pierwsza.

– Czy Piotruś napisał, co ma pani kupić? – starałem się mówić głośno i wyraźnie – Albo powiedział? Mamy sporo środków – wskazałem za siebie palcem z miną, wyrażającą żal, że mamy aż tyle środków – i sporo smaków.

– Mój kot nie pisze i nie mówi – to był głos osoby, która nie pozwoli robić z siebie wariatki.

Piotruś zmienił się w Wojtusia. Niech żyje (iście franciszkańska) kreatywność.

Na kolejnej stronie trafiam na opis samochodu. Otóż auto „autora” książki...:

Matiza już znacie, dość dokładnie został opisany na przykład tutaj:

http://www.idziesiec.pl/2013/09/o-samochodzie.html

(...)Zacząłem od rzeczy najważniejszych – obszedłem samochód i po kolei sprawdziłem koła. Były wszystkie. Przy okazji zauważyłem, że auto coraz bardziej przypomina geparda. Zwłaszcza na progach i na nadkolach rude cętki zrobiły się mocno widoczne.

(...)

Pierwszą rzeczą jaką zobaczyłem stawiając bagaże przy pojeździe była kałuża oleju. Drugą i trzecią rzeczą też były kałuże oleju. Olej leciał wszędzie...

Zabawna gra słów w książce:

I na blogu: http://www.idziesiec.pl/2013/12/awaria-pradu.html 

Spojrzałem w kalendarz i pierwsze, w czym się zorientowałem, to że nie mamy kalendarza, w który mógłbym spojrzeć...

Książka:

Blog: http://www.idziesiec.pl/2013/09/efekt-motyla.html

Źle wróży godzina spotkania, dwunasta dziesięć, czyli na jedną osobę mają chyba przeznaczone dziesięć minut brutto, minus wejście, wyjście, zostaje osiem minut, co to za rozmowa, z Eminemem?

I tutaj, po rozmowie telefonicznej (głównego bohatera z... no, zgadnijcie z kim? z dentystą!) akcja książki zaczyna się robić mętna i mdła, a czytanie zaczyna męczyć. Poza tym na widok takiego użycia napisanych przeze mnie słów chce mi się rzygać. Ale jesteśmy dopiero na początku! Przewracam na chybił trafił i znajduję kolejny fragment...

I kolejny...

Na razie odkładam książkę na półkę. Wrócimy do niej.

Franciszek Kacyniak podpisuje egzemplarze „swojego” dzieła w księgarniach całej Polski. Zwykle w Empikach.

Nie wiem, czy pisze tam swoje nazwisko, czy podpisuje się moim pseudonimem, może powinien?

Wiecie co?

Żyć się, kurwa, odechciewa.

Edit:

CIĄG DALSZY

Agnieszka Korol: Smoczy los

Przez tysiące lat, w wyobraźni ludzi smoki przybierały różne kształty. Były podobne do węży, jaszczurek, krokodyli, kogutów, lub były po prostu zlepkiem różnych zwierząt.

Już u Sumerów bogini Tiamat była przedstawiana jako smoczyca. Jedna jej połowa stała się niebem, a druga ziemią. Gdyby przyjąć tę mitologię jako prawdę, uznalibyśmy, że wszystko, co nas otacza, jest smokiem.

W Chinach smoki były uważane za najdoskonalsze, najodważniejsze i najmądrzejsze ze zwierząt. Miały ciało węża, łuski rybie, rogi wołu, pysk wielbłąda, uszy byka. Z przodu orle szpony, z tyłu dwie nogi tygrysa, a oczy demona. Chiński smok mógł zmieniać swoją postać, potrafił latać lub kąpać się w wodzie. Był symbolem olbrzymiego państwa i jego władców – cesarzy.

Sympatia do smoków rozprzestrzeniła się po całej Azji, tylko liczba smoczych palców się zmieniała. W Chinach i w Tybecie smoki mają zwykle pięć palców, koreańskie i indonezyjskie po cztery, w Japonii zostało im po trzy na każdą łapę.

W starożytnej Grecji smoki występowały w wielu mitach, zwykle były to paskudy, z którymi należało walczyć. Przydawały się jednak czasami też do obrony przeróżnych skarbów.

Pewien stugłowy smok o wdzięcznym imieniu Ladon był niemal nie do pokonania. Nie tylko był bardzo silny, ale także bardzo czujny, gdyż nigdy nie zasypiał. Bogini Hera nakazała mu strzec złotych jabłek w ogrodzie Hesperyd. Ladon miał jednak pecha, bo jedenastym zadaniem Herkulesa było zdobycie tych jabłek. Mimo że Herkules był herosem, czyli półbogiem i pokonał już wiele bestii, nie odważył się walczyć z tym smokiem. Poprosił o pomoc tytana Atlasa, który na pewno nie był ułomkiem, gdyż zajmował się podtrzymywaniem na swoich barkach nieba. Atlas zabił Ladona i zdobył złote jabłka. Tymczasem Herkules „potrzymał” mu niebo. Z ran smoka trysnęła krew. Z każdej kropli wyrosło drzewo, zwane draceną. Z pokręconych pni wyrastają smocze głowy – gałęzie. Przy zranieniu z dracen wypływa czerwony sok, który przypomina krew. Smocze drzewa potrafią przetrwać setki lat.

Natomiast niejaki Kadmos, znany między innymi z tego, że był ojcem pięknej Europy (uprowadzonej swego czasu przez Zeusa, przeistoczonego dla niepoznaki w byka), zabił groźnego smoka oszczepem. Za radą bogini Ateny wyjął mu wszystkie zęby i posiał je w ziemi. Wyrośli z nich wojownicy.

Podobnie sprawa się miała z Jazonem. Ów odważny bohater, z grupą innych podobnych do niego śmiałków, wyruszył statkiem na wyprawę, by zdobyć złote runo. Po wielu niezwykłych przygodach przybył do Kolchidy. Król Ajetes nie chciał oczywiście oddać złotego runa, dlatego wymyślił chytry plan. Postawił Jazonowi warunki wydawałoby się nie do spełnienia. Jednym z nich było właśnie zasianie smoczych zębów i pokonanie wojowników, którzy z nich wyrośli. Jazon rzucił pomiędzy nich kamień i wojowie pokłócili się między sobą o to, kto go rzucił. Zaczęli ze sobą walczyć i wszyscy zginęli (jak mówi klasyk: „Zgoda buduje, niezgoda rujnuje”). Ostatnią przeszkodą w zdobyciu złotego runa był straszliwy smok, który strzegł go w świętym gaju Aresa. Tym razem wymyślono inny sposób na bestię. Smok został uśpiony – albo przy pomocy specyfiku nasennego przebiegłej Medei, albo przez Orfeusza, który zaśpiewał mu kołysankę.

Również w naszej słowiańskiej mitologii, o której tak często zapominamy, pojawia się smok, zwany żmijem. Najczęściej występował w podobnej postaci, jak i w innych kulturach świata, czyli olbrzymiego gada za skrzydłami. Z jednej strony był uosobieniem władcy zaświatów Welesa, albo wręcz ucieleśnieniem chaosu. Bywał także postrzegany jako istota pomagająca ludziom lub też jako strażnik wód i zasiewów. Występowały w słowiańskich wierzeniach również straszne smoki powietrzne, które ukazywały się ludziom pod postacią ptaka albo człowieka pokrytego łuską, ze skrzydełkami i wężowym ogonem.

Tak więc żmije były w naszej mitologii bardzo różne. Jedne sprzyjały ludziom jako demony opiekuńcze, inne wywoływały straszne w skutkach klęski. Można było z nimi walczyć lub przyjaźnić się. Nie były więc postrzegane jako czyste zło. Dopiero chrześcijaństwo zaczęło przedstawiać smoki (a w Średniowieczu wierzono święcie, że istnieją) jako istoty będące uosobieniem diabła.

Już w Apokalipsie św. Jana siedmiogłowy smok jest wcieleniem samego szatana. Tak też chrześcijaństwo będzie odnosić się do wszystkich mitycznych postaci. Do tej pory czci się św. Jerzego, który jakoby pokonał złego smoka. Potwór ów zamierzał skonsumować księżniczkę (wcześniej pożarł inne panny, ale z ludu, więc kto by się nimi przejął). Prawdziwym powodem, dla którego Jerzy Zwycięzca został świętym, było to, że mając wiele do stracenia – jako znany żołnierz, trybun ludowy i arystokrata – przeciwstawił się swemu władcy. Cesarz Dioklecjan prześladował chrześcijan. Święty Jerzy staną w ich obronie, za co został skazany na tortury i ścięcie.

W Polsce najbardziej znanym jest smok wawelski. Pierwszy napisał o nim Wincenty Kadłubek, następnie Jan Długosz, Marcin Bielski i wielu innych. Smok ten również lubował się w pożeraniu owiec i dziewic, czyli istot uważanych dawniej za łagodne i naiwne. Obecnie, co do owiec, możemy się częściowo zgodzić, natomiast jak wykazały ostatnie badania nieocenionych amerykańskich uczonych, młode kobiety zmieniły się od tamtych czasów diametralnie.

Smok wawelski został pokonany przez dwóch synów Kraka, lub też, jak dowodzą najnowsze pogłoski, zgładził go szewc Dratewka, zwany również Skubą, przy pomocy wypchanego siarką baranka. Potwór połknął ten kąsek, lecz zawartość zaczęła go palić żywym ogniem. Niestrawność próbował ugasić wodą z Wisły. Tak się napił, że pękł. Szewczyk miał później z czego szyć buty.

Do Polski zawitał również smok zwany bazyliszkiem. Ten typ smoka przewija się w wielu mitach, bajkach i podaniach nie tylko na terenach zamieszkiwanych przez Słowian. Bazyliszek wykluwał się z jaja, które złożył siedmioletni kogut. Było ono wysiadywane przez jaszczurki, węże lub ropuchy przez dziewięć lat. Nic też dziwnego, że posiadał dziób koguta, lub był do niego bardzo podobny, i choć nie należał do największych smoków, uważano go za ich najstraszliwsze wcielenie. Miał on bowiem właściwość niezwykłą: na kogo spojrzał, ten zamieniał się w kamień.

Warszawski bazyliszek zamieszkiwał piwnicę kamienicy przy Krzywym Kole, na Starym Mieście. Wielu nieostrożnych wędrowców zeszło do tej piwnicy i nigdy z niej nie wróciło. Jedna z wersji tej legendy głosi, że bazyliszka pokonał odważny szewczyk (znów!), który zabił smoka lustrem. Potwór spojrzał w zwierciadło i zamienił się w kamień. I tym razem trzeba było uciec się do podstępu, a nie walki bezpośredniej.

Bazyliszki wszakże do końca nie wymarły, gdyż często pojawiają się nawet we współczesnej literaturze. Spotykamy je w powieści J. K. Rowling „Harry Potter i Komnata Tajemnic”, w „Świecie Dysku” Terrego Pratchetta czy też u Andrzeja Sapkowskiego w sadze o wiedźminie. Oprócz bazyliszka występuje u niego kuroliszek, który jest mylony z tym pierwszym.

Wszelkiego rodzaju smoki występują nieustająco w literaturze zarówno tej dla dzieci, jak i dla starszych czytelników. Skąd w ogóle ludzie, w różnych częściach świata, fantazjowali w podobny sposób o takich stworach? Zapewne zainspirowani odnalezionymi kośćmi dinozaurów i innych dawno wymarłych zwierząt.

Ale tak naprawdę smoki istnieją! Mają do trzech metrów długości, okryty łuskami tułów, wielką przerażającą szczękę, w której znajduje się sześćdziesiąt zębów! Mają też ostre pazury u czterech łap i długi niebezpieczny ogon. W ślinie tego potwora czają się najbardziej zajadłe bakterie. Po ugryzieniu ofiara, nawet jak zdoła uciec, wkrótce słabnie, więc smok może ją dopaść i spokojnie pożreć. Już chyba domyślacie się, o jakich smokach tu mowa. Oczywiście to warany z Komodo, największe jaszczury, jakie żyją na naszej planecie.

Inne publikacje Autorki na temat smoków [przy. red.]:

Leksykon smoków, czyli poradnik dla początkujących smokolubów

Jak wydać książkę w Krainie Smoków

Truskawkowy smok

Niegrzeczna księżniczka

E-WYDAWCY

KONKURS NA POWIEŚĆ KRYMINALNĄ – prezentacja laureatów!

P  I E R W S Z E  M I E J S C E

Krzysztof Golczak: SZCZĘŚCIARZ

Przy każdym morderstwie odpowiedzi na wszystkie pytania znają dwie osoby: sprawca i ofiara.

Po samobójstwie partnera podkomisarz Robert Jastrzębski próbuje odnaleźć się w nowej dla niego rzeczywistości. Przymusowy urlop nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Pozostaje liczyć na to, że kolejne dochodzenie przy wsparciu młodych sił śledczych poprawi sytuację. W Poznaniu, niemal pod nosem komendy, ktoś zastrzelił spokojnego biznesmena w jego własnym mieszkaniu. Wszystko wskazuje na to, że ofiara jest przypadkowa, a raczej nic sugeruje istnienia racjonalnego motywu zbrodni.

Trudna sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy w równie niejasnych okolicznościach ginie osoba powiązana z ofiarą. Żmudne, drobiazgowe śledztwo nabiera nowego wymiaru. Czyżby Jastrzębskiemu trafił się pierwszy seryjny zabójca w jego długiej policyjnej karierze? A może to niezwykły zbieg okoliczności? Czy kontakty podkomisarza z miejskim półświatkiem zaowocują obiecującymi tropami? A może inteligentny, cyniczny i dotąd skuteczny podkomisarz poniesie spektakularną porażkę? Szczęście zdaje się sprzyjać sprawcy, pech prześladuje policję, a nieregulaminowy flirt z niesfornym świadkiem grozi kłopotami.

„Szczęściarz” to miejski kryminał w starym dobrym stylu. Policjant, ofiara, śledztwo, morderca. Dobro kontra zło. I jeszcze coś pomiędzy...

D R U G I E  M I E J S C E

Sebastian Imielski: SZKOŁA NA WZGÓRZU

Szkoła uczy i karze niepokornych.

Posada w Zespole Szkół w Sławinie jest dla Sylwestra Cichego szansą na nowy początek po osobistych niepowodzeniach. Młody nauczyciel szybko przekonuje się, że życie na kaszubskiej prowincji dalekie jest od sielanki. Szkoła – zarządzana surową ręką przez małżeństwo Mechów – kryje w sobie wiele tajemnic. Bohater zagłębia się w nie, gdy w nieznanych okolicznościach przepada bez wieści jedna z uczennic.

Wbrew dyrekcji szkoły Cichy angażuje się w poszukiwania. Analizuje historię placówki i odkrywa, że dwadzieścia pięć lat wcześniej zniknęła i nigdy nie została odnaleziona inna dziewczyna. Belfer przekonany, iż przypadki obu uczennic się łączą, prowadzi swoje dochodzenie. Pomaga mu dziennikarz trójmiejskiego brukowca Karol Zawada, przed laty zajmujący się sprawą zaginionej uczennicy.

Co się stało z dziewczynami? Zostały porwane? Czy jeszcze żyją? A może uciekły, jak sugeruje policja? Nerwowe reakcje pewnych osób oraz dramatyczny rozwój wydarzeń dowodzą, że badanie przeszłości Sławina wyraźnie komuś zagraża. Czyżby na teranie spokojnego miasteczka grasował morderca? Cichy i Zawada są pewni swoich teorii – dlatego z narażeniem zdrowia, a nawet życia angażują się w jego zdemaskowanie.

„Szkoła na wzgórzu” to zgrabne połączenie powieść detektywistycznej i obyczajowej. W małomiasteczkowej scenerii rozgrywają się wielkie dramaty i rozciągnięte w czasie tragedie.

T R Z E C I E  M I E J S C E

Grzegorz Bartos: CUKIERECZEK

Poszukiwanie, które staje się obsesją, mężczyzna, który nie ma czasu do stracenia, i kobieta, dla której warto żyć.

Gerard Burzyński, policjant z wydziału dochodzeniowo-śledczego radomskiej Jedynki prowadzi prywatne śledztwo w sprawie zaginięcia Eweliny Frankowskiej – byłej mistrzyni kickboxingu. Przemierza zakamarki „miasta z wyrokiem”, jego zaułki, ślepe ulice, torowiska, Planty. Poszukiwanie Cukiereczka to dla niego znacznie więcej niż praca, więcej niż zadanie – w grę wchodzi uczucie. Czeka go niełatwa przeprawa, bowiem porywacz, postać z cienia, obdarzył swoją ofiarę równie silnym afektem.

„Współczuję temu, kto spróbuje jej zrobić krzywdę” – mówi o Frankowskiej jej stary trener. Cukiereczek walczy od trzynastego roku życia. Dziewczyna, która wychowała się w najgorszej dzielnicy miasta, weszła na sam szczyt sportów walki i... zrezygnowała. Dlaczego? „Pies z martwego miasta”, szukając tropów, dotyka niejednej tajemnicy związanej z byłą mistrzynią. A zegar tyka. Gerard ma coraz mniej czasu, aby odkryć, kto jest stalkerem.

„Cukiereczek” to thriller o obsesji. Powieść kryminalna o poszukiwaniu odpowiedzi. Przejmujący obraz szaleństwa i portret miasta skazanego na śmierć.

Maciej Ślużyński: Nasz pierwszy konkurs – garść refleksji

Teraz mogę to napisać z cała odpowiedzialnością; pierwszy konkurs literacki, zorganizowany przez Oficynę wydawniczą RW2010 uważam za zakończony. I z tego właśnie powodu pozwolę sobie na garść refleksji, przeplataną okruchami wspomnień...

Pomysł konkursu narodził się... dokładnie nie pamiętam, więc jako datę rozpoczęcia przyjmijmy 30 września 2013 roku; wtedy właśnie założona została całkowicie tajna grupa dyskusyjna w serwisie Facebook.com, dzięki której mogliśmy przede wszystkim przekazać ideę, zgromadzić członków jury, prowadzić wspólne dyskusje i obrady, a na koniec – wyłonić zwycięzców. Sama idea konkursu była – nieskromnie przyznam – dość karkołomna; chcieliśmy, aby członkami jury byli znani i uznani Autorzy, którzy nie tylko wyłonią spośród nadesłanych powieści troje laureatów, ale również pomogą nam w promocji ich nagrodzonych prac. A że najbardziej zwariowane pomysły udają się tylko wierzącym w nie wariatom, więc... postanowiliśmy uwierzyć w siebie i po prostu to zrobić.

Do prac jury zaproszenie przyjęło – nomen omen – trzynaście osób. I tu jest miejsce na osobne, gorące podziękowania, bo bez Nich to by się nigdy nie udało!

Członkowie jury (w kolejności alfabetycznej):

Katarzyna Bonda,

Marta Guzowska,

Agnieszka Hałas,

Anna Klejzerowicz,

Agnieszka Krawczyk,

Iwona Mejza,

Adrianna Michalewska,

Alicja Minicka,

Romuald Pawlak,

Katarzyna Rogińska,

Marcin Rusnak,

Jacek Skowroński,

Konrad Staszewski.

Kochani! Jeszcze raz wielkie, wielkie podziękowanie dla Was wszystkich za zaangażowanie i wkład. A wkład był niemały!

Każdy z jurorów „podarował” nam jedno swoje opowiadanie. Zebraliśmy trzynaście doskonałych tekstów, które ukazały się w formie ebooka jako antologia „Kryminalna 13”.

Autorzy-jurorzy zgodzili się, abyśmy cały zysk ze sprzedaży antologii przeznaczyli na kampanię reklamową dla laureatów konkursu. O kwotach nie wypada tutaj mówić, ale jedno stwierdzić wypada; zgromadziliśmy dzięki wspaniałomyślności jurorów dość środków, by taką kampanię przeprowadzić w zakresie gwarantującym dotarcie z przekazem do kilkudziesięciu tysięcy odbiorców!

Na konkurs nadeszło dwadzieścia siedem prac, z których nasz zespół redakcyjny wybrał dziesięć najlepszych, a te z kolei zaprezentowano Szacownemu Jury. Obrady przebiegły sprawnie, a jurorzy byli dość jednomyślni, więc trzy nagrodzone powieści zostały wybrane praktycznie przez aklamację.

Chciałbym też poświęcić kilka zdań nagrodzonym powieściom; nie, to nie będą recenzje, raczej wrażenia z lektury.

„Szczęściarz” to klasyczny kryminał policyjny, ze śledztwem, dobrą znajomością realiów i psychologii, którego akcja dzieje się w Poznaniu. „Szkoła na wzgórzu” to bardzo starannie zbudowana i opisana intryga kryminalna, w której rozwiązaniu mają swój udział nauczyciel tytułowej szkoły i dziennikarz. „Cukiereczek” zaś to psychologiczne studium stalkera, zrealizowane po mistrzowsku i z wielką dbałością o psychologię.

Właśnie w tej chwili ebooki trafiają do Waszych rąk i na Wasze czytniki, a prace nad papierowymi wersjami są już mocno zaawansowane i mam nadzieję, że jeszcze przed Świętami książki trafią do Was.

A my... szykujemy nowy konkurs, o szczegółach którego możecie przeczytać poniżej. Tym razem do współpracy w charakterze jurorów zaprosiliśmy najaktywniejszych polskich blogerów książkowych, a nasz apel spotkał się z odzewem przerastającym nasze oczekiwania; prace w nowym konkursie oceniać będzie 46 jurorów. A rezultaty – mam nadzieję – będziecie mogli poznać już w przyszłym roku.

NOWY KONKURS – ZAPRASZAMY!!!

Regulamin konkursu

na polską współczesną powieść obyczajową

organizowanego przez Oficynę wydawniczą RW2010

i wydawnictwo SUMPTIBUS

Poznań 2015

1. Oficyna wydawnicza RW2010 i wydawnictwo SUMPTIBUS ogłaszają konkurs na polską współczesną powieść obyczajową.

2. Konkurs jest otwarty; mogą wziąć w nim udział wszyscy zainteresowani, po spełnieniu warunków z p. 3.

3. Warunkiem wzięcia udziału w konkursie jest nadesłanie do 31 października 2015 roku na adres admin@rw2010.pl utworu spełniającego następujące kryteria:

a) współczesna powieść obyczajowa,

b) objętość minimum 150 stron (240 000 znaków ze spacjami),

c) dostarczona w jednym z czterech formatów: DOC, DOCX, RTF, ODT,

d) wysłana mailem na wskazany adres poczty elektronicznej,

e) z załączonymi w treści maila danymi kontaktowymi Autora, oraz

f) oświadczeniem, że jest to utwór oryginalny, niepublikowany i Autor posiada do niego pełnię materialnych praw majątkowych, i 

g) oświadczeniem, że przyjmuje do wiadomości oraz akceptuje regulamin konkursu.

4. Kolegium redakcyjne w dniach od 2 listopada do 31 grudnia 2015 roku dokona wstępnej selekcji nadesłanych utworów, wyróżniając spośród nich te, które przy spełnieniu wymienionych w p. 3 kryteriów gwarantują jednocześnie odpowiedni dla potrzeb publikacji poziom literacki.

5. Wyróżnione utwory zostaną przekazane wszystkim jurorom, którzy wybiorą spośród nich w drodze głosowania trzy najlepsze utwory.

6. Każdy juror będzie mógł przyznać pięć, trzy i jeden punkt odpowiednio najlepszemu, drugiemu z najlepszych i trzeciemu z najlepszych jego zdaniem utworów. Członkowie jury w ciągu 60 dni ocenią utwory i poinformują Organizatora o rezultatach swojego głosowania.

7. W jury konkursu zasiądą wyłącznie blogerzy, którzy zgłosili swój udział do jury na grupie dyskusyjnej w portalu społecznościowym i pozytywnie przeszli etap weryfikacji.

8. Nagrodą dla wyróżnionych w konkursie prac będzie możliwość ich publikacji w Oficynie wydawniczej RW2010, pod warunkiem zaakceptowania przez Autora standardowych warunków umowy wydawniczej. Dodatkowo utwory nagrodzone zostaną w wydawnictwie SUMPTIBUS poddane procesowy kwalifikacji do druku i jeśli przejdą pozytywnie tę procedurę – zostaną skierowane do druku i dystrybucji na ogólnych zasadach.

9. Oficyna wydawnicza RW2010 i wydawnictwo SUMPTIBUS zastrzegają sobie prawo do innego podziału nagród, nieprzyznania nagrody głównej i odwołania konkursu w przypadku braku zainteresowania ze strony uczestników.

10. O wynikach konkursu poinformujemy 1 marca 2016 roku na naszej stronie www.facebook.com/RW2010pl i www.facebook.com/sumptibus

Lista jurorów w konkursie na polską współczesną powieść obyczajową

Agata Kądziołka, Naczytane, http://naczytane.blogspot.com/

Agnieszka Bruchnal, Niekończące się marzenia, http://agaaa006.blogspot.com/

Agnieszka Krizel, Recenzje Agi, http://nietypowerecenzje.blox.pl/html

Agnieszka Markiewicz, Litera-Tour, http://literatour2.wordpress.com/

Alicja Podkalicka, „A safe, warm place with books”, http://asafewarmplacewithbooks.blogspot.com/

Alicja Wlazło i Monika Syminowicz, Zostać pisarzem, http://www.zostacpisarzem.pl/

Alicya Oss, Alicya w Krainie Słów, http://alicyawkrainieslow2.blogspot.com/

Aneta Rzepka, Spacer między książkami, http://recenzje-elwira.blogspot.com/

Angeline Caligo, Świat jest moim wyobrażeniem, ttp://amor-tollit-timorem.blogspot.com

Anna Deręgowska-Watza, Świat książek Goldenrose, http://swiatksiazek.wordpress.com/

Anna Goo, Moje życie, moje hobby i moja literatura, http://ganna-g.blog.pl/

Anna Grzyb, Pisaninka, http://asymaka.blogspot.com/

Anna Karowicz, Kto czyta – nie pyta, http://kto-czyta-nie-pyta.blog.pl/

Anna Sikorska, Górowianka, http://annasikorska.blogspot.com/

Dorota Lińska-Złoch, Przeczytanki, http://przeczytanki-czekolada.blogspot.com/

Grażyna Grzesiak, Recenzje, http://graz2007.blog.pl/

Hanna Agnieszka Greń, Książkolubna, http://ksiazkolubna.blogspot.com/

Irena Bujak, Zapatrzona w książki, http://zapatrzonawksiazki.blogspot.com/

Iza Filety, Filety z Izydora, http://filetyzizydora.blogspot.com/

Joanna Gutocka, Świat widziany moimi oczami, http://swiatwidzianymoimioczyma.blogspot.com/

Joanna Peczeniuk, Literacki świat JoKo, http://literackiswiatjoko.blogspot.com/

Justyna Gul, Qultura słowa, http://qulturaslowa.blogspot.com/

Karim Jazeer, Czytam więc jestem, http://www.czytamwiecjestem.pl/

Karolina Krakowiak, Lotta w świecie książek, http://lottaczyta.blox.pl/html

Katarzyna Kłunduk, Czytam bo lubię, http://kindloteka.blogspot.com/

Katarzyna Mastalerczyk, Z pasją o dobrych książkach, http://kasiek-mysli.blogspot.com/

Klaudia Skiedrzyńska, Nowe Horyzonty, http://nhoryzonty.blogspot.com/

Krystyna Meszka, Literacki świat Cyrysi, http://cyrysia.blogspot.com/

Łukasz Maludy, Trochę wolniej, http://trochewolniej.pl/

Madzia Osz, Ogród książek Mad, http://ogrodksiazekmad.blogspot.com/

Magdalena Majcher, Przegląd czytelniczy, http://przeglad-czytelniczy.blogspot.com/

Małgorzata Chlipała, Blask książek, http://www.blaskksiazek.pl/

Małgorzata Gwara, Zapiski z przypomnianych krain, http://zapiski-z-przypomnianych-krain.blogspot.com/

Małgorzata Pyzik, Mix książkowy, http://jezyna122.blogspot.com/

Marika Kachelska, Po Książkach Mam Kaca, http://pannakac-pisze.blogspot.com/

Marta Kor, Okiem MK, http://okiemmk.com/

Marta Magda Wróbel, Książki z nadzieją, http://ksiazkaznadzieja.pl/

Marta Mrowiec, Na regale u Marty Mrowiec, http://martamrowiec.pl/

Mery Orzeszko, Archiwum Mery Orzeszko, http://archiwummeryorzeszko.blogspot.com/

Monika i Paulina Rozborskie, Books&Culture, http://books-culture.blogspot.com/

Monika Piotrowska-Wegner, Zwyczajnie i szaro, http://monweg.blog.onet.pl/

Ola Jesiołowska, Aleksandrowe myśli, http://aleksandrowemysli.blogspot.com/

Patryk Obarski, Moje bestsellery, http://moje-bestsellery.blogspot.com/

Paulina Matysiak, Zaginam rogi, http://zaginamrogi.pl/

Paulina Stoparek, Redaktor na Tropie, http://redaktornatropie.pl/

Rafał Siemko, Booklips, http://booklips.pl/

Silviana, Recenzje Silviany, http://recenzje-silviany.blogspot.com/

Widleta Magdalena Umecka, Subiektywnie o książkach, http://www.subiektywnieoksiazkach.pl/

WIEŚCI Z RYNKU

Łukasz Sporyszkiewicz: Czytnik PocketBoook Aqua, czyli godny konkurent Kindle’a

Tekst pochodzi z bloga BezDruku

Czytnik PocketBook Aqua jest pierwszym, z jakim miałem styczność, niepochodzącym ze stajni Amazon. Muszę przyznać, że na pierwszy rzut oka robi bardzo pozytywne wrażenie. Cieszę się, chcą się odróżnić od tego, co proponuje Kindle, i oferują własne rozwiązania. Zapraszam do lektury testu czytnika PocketBook (PB). Jak sama nazwa wskazuje, Aqua jest readerem wodoodpornym. W ramach testów narażałem go na wilgoć i kontakty z cieczą. Aqua zdał je bez problemu. Wrażenie zrobił na mnie test prezentujący jego zalety na tegorocznych Targach Książki w Krakowie. Aqua był tam przez cały czas zanurzony w akwarium. Po wyciągnięciu go z wody działał bez zarzutu.

WYGLĄD

Czytnik wielkością jest zbliżony do Kindle Classic. Posiada sześciocalowy ekran eInk Pearl o rozdzielczości 800×600. Do minimum ograniczona jest ilość klawiszy.

Na dolnej, bocznej krawędzi posiada przycisk Power oraz port micro USB z bardzo dobrze dopasowaną zaślepką.

Klawisze PocketBook Aqua:

Aqua jest urządzeniem dotykowym, wyposażonym także w klawisze fizyczne ukryte pod gumowym panelem znajdującym się pod ekranem.

To już dwie cechy, które stanowią przewagę nad propozycją Amazona. Obie są często postulowane przez czytelników ebooków i oczekiwane w nowych generacjach Kindle. Jednak kolejne edycje czytników Amazon nie posiadają ani wodoszczelności, ani fizycznych klawiszy. Mimo że jestem zadowolony ze swojego Paperwhite II, to nadal tęsknię za możliwością klasycznego przerzucania stron w moim nieodżałowanym Kindle Keyboard.

Druga rzecz to wodoodporność. Rozumiem chęć i przyjemność korzystania z czytnika podczas kąpieli. Ta cecha nie przydaje się wyłącznie w wannie, ale także w warunkach bojowych, szczególnie na plaży, gdzie czytnik, bez specjalnych wysiłków posiadacza, może nabrać piachu pod obudowę. Sam używam Kindle praktycznie wszędzie i uważam brak możliwości czytania na plaży czy w kąpieli za dużą niedogodność.

Przy okazji muszę zaznaczyć, że PB posiada na pokładzie oprogramowanie oparte na Linuksie. Nie możemy więc korzystać z usług abonamentowej Legimi czy aplikacji z Google Play.

FORMATY AKCEPTOWANYCH DOKUMENTÓW

PocketBook może się pochwalić ogromną ilością obsługiwanych formatów plików: PDF, EPUB (wliczając pliki z zabezpieczenie Adobe DRM); FB2, FB2.ZIP, DOC, DOCX, TXT, DjVU, RTF, HTML, HTM, CHM, TCR, PRC, MOBI, ACSM. Mnie zainteresowały te najbardziej przyjazne tekstowi czytanemu...

Strona tygodnika „Polityka” w PDF na czytniku Aqua: