Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
To nie jest książka dla wielbicieli taniego pojednania. To nie jest książka dla tych, którzy wolą unikać prawdy, jeśli staje się dla nich niewygodna. To nie jest książka dla tych, którzy wstydzą się naszej narodowej wspólnoty, adorujących mityczne "jutro" ale bez słowa o okrutnym "wczoraj". To jest książka napisana przez Polaka, który mieszkał na Wołyniu i przeżył. Niewielu się to udało.To najbardziej osobiste moje opowiadania. Oczami małego chłopca widzimy ukraińskie ludobójstwo na Kresach. W tym chłopcu odbijają się moje przeżycia, ból, cierpienie i lęki II wojny światowej. Przeżyłem bowiem tam piekło. Moja wieś została ograbiona i spalona. Zanim jednak to się stało, w domu zbierała się Rada Starszych, dziadkowie, Piotr i Ignacy, oraz wujowie - Marian i Tośko, i rozprawiali o najnowszych wydarzeniach, o tym, gdzie płoną polskie wsie, kto został zamordowany, a kto ocalał i żyje. A mnie cierpła skóra i uciekałem do psiej budy. I tę psią budę pokazał Smarzowski w filmie "Wołyń". Wiele z tych opowieści wplotłem do książki, choćby historię święcenia noży, którymi banderowcy podcinali naszym rodakom gardła, czy wątek scyzoryka, którym chciał zamordować mojego kuzyna jego ukraiński przyjaciel. Te i inne opowiadania ujawniają brutalną prawdę o przerażających ukraińskich zbrodniach. - Stanisław Srokowski
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 147
Wydanie I
2026
Projekt okładki i stron tytułowych, skład i łamanie wersji do druku
Fahrenheit 451
Obróbka zdjęć, przygotowanie do druku
TEKST Projekt
Redakcja i korekta
Barbara Manińska Karolina Kuć
Zdjęcia w tekście Freepik: user21829937, sergunello, kodbanker, artyleoxx, Oleksandr Ryzhkov, wirestock, @belabodo, @jun-thonglor, @yunuforward, @bboyce42
Dyrektor wydawniczy
Maciej Marchewicz
ISBN 9788368771275
Copyright © by Stanisław Srokowski
Copyright © for Fronda PL, Sp. z o.o.
Jakiekolwiek nieautoryzowane wykorzystanie tej publikacji do szkolenia generatywnych technologii sztucznej inteligencji (AI, SI) jest wyraźnie zabronione z wyłączeniem praw autora, współautora oraz wydawcy. Wydawca korzysta również ze swoich praw na mocy artykułu 4(3) Dyrektywy o jednolitym rynku cyfrowym 2019/790 i jednoznacznie wyłącza tę publikację z wyjątku dotyczącego eksploracji tekstu i danych.
Wydawca
Fronda PL, Sp. z o.o.
ul. Łopuszańska 32
02-220 Warszawa
tel. 22 836 54 44, 22 877 37 35
faks 22 877 37 34
e-mail: [email protected]
www.wydawnictwofronda.pl
www.facebook.com/FrondaWydawnictwo
www.twitter.com/Wyd_Fronda
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Ja – lach
Spis treści
Cover
Title Page
Copyright Page
Cerkiew zamarła.
Młodzi Ukraińcy powoli odsłaniali ten dziwny skład ostrych narzędzi – siekier i noży, bagnetów i wideł… – Nie! – przeżegnała się
Anna Grzybek.
– Nie! Ja chyba śnię! – szeptała.
A pop już unosił do góry kropidło. – Na Boga, nie! – wyrzuciła z siebie zduszonym głosem.
Ale pop już święcił.
Jak już gdzieś wspominałem, miałem w dzieciństwie dwu przyjaciół, żydowskiego przyjaciela Motia, którego czasami nazywaliśmy Berkiem, i ukraińskiego przyjaciela Sławka, z bladą twarzą, dużymi niebieskimi oczami i krótkim perkatym nosem. No i z pięknym uśmiechem.
Jak się Sławko uśmiechał, to jakby róże rozkwitały i wiosna nadchodziła. Czasami jego matka mówiła: – Uśmiechnij się, Sławku, a on, jakby czuł, że jego uśmiech zniewala, wyszczerzał zęby i radował dusze domowników. Było w nim coś ujmującego, sympatycznego i przyjaznego.
Berka Niemcy zagnali do getta, a potem zamordowali.
Pozostał mi w pamięci wyraźny obraz jego postaci. Ciemna cera, duże czarne oczy, kręcone, rudawe włosy i długi, nieco przygarbiony nos. I ten śpiewny, melodyjny głos, jakby niebo śpiewało?! Niesamowite, jak pięknie brzmiały jego słowa, jakby dla jakiejś orkiestry zdobione. Nawet te gorzkie, takie jak Ich hob mojre (Boję się), miały swoją niezastąpioną muzykę. I te ruchy jego ciała, szybkie i zwinne.
I oto nie ma już Berka. Odszedł na zawsze, albo lepiej powiedzieć, zabrało mi go jakieś dzikie plemię barbarzyńców i już nigdy nie oddało. Pozostała tylko pamięć.
Ale miałem jeszcze Sławka.
I Sławko towarzyszył mi do chwili, kiedy pojawiły się na naszej ziemi demony zła, jakieś czarcie pomioty, trudne do zrozumienia dla dorosłego umysłu, jakby mroczne zjawy, złowrogie duchy, warczące widma z ciemnymi ślipiami, za którymi ciągnęły się ślady krwi, tym bardziej trudne do zrozumienia dla malutkiego dziecięcego i chłopięcego umysłu.
Otwierałem szeroko oczy i drżałem ze strachu, ale zanim to nastąpiło, trwał czas zabaw, radości i śpiewu.
Mieliśmy po sześć, siedem i osiem lat.
Ze Sławkiem ganialiśmy po polach i łąkach, podpatrywaliśmy ptaki, gady i płazy, właziliśmy na drzewa i zrywaliśmy owoce albo potrząsaliśmy gałęziami, a kiedy dojrzałe, dorodne jabłka i grusze spadały na ziemię, my je zbieraliśmy do woreczków i zanosiliśmy do domu.
Kiedy zbliżała się zima, matka szykowała w beczce kiszoną kapustę na ciężkie przedwiosenne dni, bowiem nachodził wtedy głód i wkładała pod spód kapusty duże, piękne, czerwone jabłka. Jakże one potem smakowały?! Jakże pachniały?! Niczym przy nich były cukierki. Miękkie, soczyste, ze smakiem kapusty – tylko palce lizać.
Albo dzikie grusze, które rosły za stodołą.
Twarde, niewielkie, ciemnobrązowe gruszki zrywaliśmy z drzewa, chowaliśmy po kieszeniach, a potem wkładaliśmy do pachnącego siana i przechowywaliśmy tam przez kilka tygodni, aż zmiękły, a potem wyjmowaliśmy je stamtąd i smakowaliśmy, słodkie jak miód. Pycha! Oto nasze smaki dzieciństwa.
A dodajmy do tego jeszcze białe, miękkie śliwki i czerwone, niemal czarne wiśnie, no, i rzecz jasna, leśne jagody i poziomki, które zbieraliśmy w murawie między drzewami.
To była ta jasna strona naszego dzieciństwa.
I poszukiwanie gniazd jaskółek, które kryły się pod strzechami domów, a czasami lepiły nawet swoje domki pod sufitami stajen i obór, gdzieś nad drzwiami albo nad żłobami i głowami zwierząt.
Radowały nas szczebioty wylęgających się ptaków i otwarte żółte dziubki piskląt.
A skoro już mówimy o ptakach, pozwólcie, że zanurzę się w tamten czas dzieciństwa jeszcze głębiej, choćby po to, by pokazać rzeczywistość, która już na zawsze odeszła z mojego życia, a zapewne także z życia współczesnego człowieka, a więc i współczesnego dziecka, które więcej czasu poświęca dzisiaj smartfonom, tabletom i grom komputerowym niż urokom natury.
Gdzieś tam między świtem a nocą wirowały w powietrzu mazurki i wróble, a potem zlatywały ukośnym lotem na ziemię, gdzie matka karmiła kury i gęsi, i wydziobywały złote ziarna pszenicy wzbogacane kukurydzą, żytem, owsem i jęczmieniem.
Nie brakowało sierpówek przyczajonych na płocie albo na gałęziach drzew, które zlatywały jakby na sejm, kiedy matka z fartucha rozsiewała nowe porcje ziarna. A ze skraju dachu, ze swojego dużego, okrągłego gniazda zbudowanego z delikatnego chrustu, przyglądały się tej osobliwej ceremonii bociany, radośnie klekocząc i zadzierając do nieba głowy.
Razem ze Sławkiem podglądaliśmy także na polach skowronki, których piękny śpiew wprawiał nas nieustannie w radosny nastrój, kiedy spod nóg wyfruwały nam kuropatwy i przepiórki, a słowiki i krogulce dopełniały tych radosnych chwil.
Nie brakowało też czajek ze srebrnymi, lśniącymi piórami i z charakterystycznym czubkiem na głowie. Jakże cudownie wzbijały się one w powietrze, lekkie jak mech płynący w przestrzeni, mistrzynie lotności, zwinności i akrobatycznych figur.
Wspomniane już i na pozór pospolite kuropatwy towarzyszyły nam na polach i łąkach przez cały rok, nie odlatując nigdzie na zimę, jak choćby bociany, które mierzyły nam pory roku. Dodajmy do tego jeszcze najbardziej tajemnicze i skryte przepiórki, jak się powszechnie mówi, kuzynki kuropatw, które chowają się przed człowiekiem w gęstwinie ziół, traw i polnych krzaków. Jednak nasze oczy, Sławka i moje, zawsze ich wypatrywały i w ciszy podziwiały. Nie za długo jednak gościły na naszej kresowej ziemi, radując uszy swoim boskim śpiewem, bowiem już jesienią odlatywały do ciepłych krajów. No i na koniec derkacze, o których pieśni układali poeci, ich jakby poszarpany, rwany głos dochodził do nas wieczorami i nocami od maja do lipca, nieustannie budząc ciekawość i podziw.
Kiedy świat ptaków pozostawał poza nami, jawił się świat trzmieli i pszczół. Do dzikich pszczół mieliśmy trudny dostęp, bojąc się ich gniewu i żądeł, choć ciekawość nas pożerała, ale za to do gniazd trzmieli docieraliśmy z łatwością, obserwując ich powolne, buczące loty, kiedy – bywało – długo krążyły nad swoimi gniazdami ukrytymi w ziemi, w sadzie lub w ogrodzie, a czasami na polu. Obserwowaliśmy w ciszy te powolne loty i patrzyliśmy, w których miejscach trzmiele opadają i znikają w ukrytych w trawach ciemnych otworach ziemi.
Nieraz, gnani ciekawością, ale też spragnieni i żądni słodkiego miodu, my, dwaj mali barbarzyńcy, Sławko i ja, rozkopywaliśmy grunt pod nogami i dobieraliśmy się do trzmielich gniazd. Im bliżej byliśmy tych gniazd, tym głośniejsze słyszeliśmy szumy i brzęczenia, które jakby nas ostrzegały, że przekroczyliśmy dozwoloną granicę ciekawości.
Byliśmy jednak uparci i na swój sposób okrutni, docieraliśmy bowiem do jasnobrązowych grudek woszczyny, nie bojąc się specjalnie użądleń, gdyż trzmiele rzadko nas atakowały i żądliły. Kradliśmy więc, powtórzmy to, mali barbarzyńcy, pszczeli miód i wkładając gotowe, nie za długie słomki żyta lub pszenicy do komórek z miodem, wysysaliśmy z nich nektar, łakomie oblizując wargi. Nie burzyliśmy jednak nadmiernie gniazda, przywracaliśmy mu wcześniejszą formę i kształt, i odchodziliśmy ze słodkim smakiem w ustach.
To były nasze dziecięce harce, gry i zabawy, kiedy świat natury odsłaniał nam swoje tajemnice. Ptaki, zwierzęta polne i leśne, dzikie i ogrodowe drzewa, radość wspinania się po gałęziach na szczyty koron, to był czas naszych radosnych dni i wieczorów, dziecięcych gier, w trakcie których wykradaliśmy naturze jej zagadki. Jakże intensywnie przeżywaliśmy każde odkrycie, każdy znak i gest dyskretnej przyrody. O, dziecięcy raju! O naiwna i piękna wiaro w świat radości i szczęścia.
Aż nagle ten świat runął na naszych oczach. Światło stało się ciemnością, a radość bólem. Bo oto mój przyjaciel Sławko nieoczekiwanie odwrócił się ode mnie, zdradził mnie, a moje małe serce pękło. Nigdy już nie było takie samo jak dawniej. Moje serce łkało. Moja jasna i piękna dusza nagle pociemniała. Nie rozpoznawałem znaków, które do tej pory wskazywały mi drogę przez życie. Jak to się stało? Sam nie wiem. W każdym razie pewnego ranka, tak jak czyniłem to każdego dnia, po śniadaniu wyskoczyłem na podwórko i pognałem do zagrody Sławka. Była piękna, barwna jesień. Światło ścieliło się pod nogami. Biegłem pełen radości i entuzjazmu do mojego przyjaciela, by znowu, jak zawsze, porwać go ze sobą do sadu albo na pole, do pobliskiego strumyka albo do lasu i radować się skarbami natury, zwierzętami i ptakami, serce łomotało mi z radości, że znowu będziemy razem ganiali po polach, podpatrywali przepiórki i kuropatwy albo bawili się własnymi odbiciami w lustrze wody. Dobiegłem do jego domu i zawołałem: Sławko!
Jednak tym razem on nie odpowiedział. Poruszyła się tylko firanka w oknie, lecz Sławko nie zareagował. Nie odezwał się też nikt inny. Ani matka, ani ojciec.
Bywało bowiem, że Sławka nie było w domu i wtedy jego matka informowała mnie, że poszedł z ojcem z rana na grzyby albo zaniósł ciotce kankę z mlekiem i jeszcze nie wrócił. Wtedy wiedziałem, że sam muszę sobie poradzić z nadchodzącym dniem.
Ale teraz? Teraz Sławko milczał. Milczała jego matka. I ojciec milczał. A firanka się poruszała. „Co się dzieje?” – myślałem. Nic z tego nie rozumiałem.
Jeszcze raz zawołałem: – Sławko!
Znowu poruszyła się firanka. I cisza. Znowu nikt się nie odezwał. Podszedłem bliżej, pod same drzwi, i krzyknąłem: – Sławko!
Czekałem, aż da jakiś znak. Otworzy drzwi i powie: – Jestem. Już idę!
Ale nie odezwał się i nic nie powiedział, choć firanka znowu się poruszyła. Pomyślałem, że bawi się ze mną. Wystawia mnie na próbę. „O, ty mały łotrze, grasz ze mną!” – pomyślałem. Ale dosyć tej gry. Chodźmy się pobawić, apelowałem do niego w myślach. A ponieważ wciąż milczał, zapukałem do drzwi.
I wtedy wyszedł. Stanął na progu i milczał. – Sławko, co jest? – spytałem. – Wołam i wołam, a ty nic.
A on nadal stał na progu i się nie odzywał. Patrzył na mnie milczącym, zimnym wzrokiem i nic, jakby zaklęty. – Sławko, na Boga, odezwij się. To nie pora na żarty! Idziemy, pogramy w piłkę. Ładny dzień – pokazałem ramieniem zalane światłem podwórka.
A on nic. – Co jest, Sławko?! – rzuciłem zdezorientowany.
I wtedy on się odezwał. Spokojnie, wolno, nawet jakby ceremonialnie powiedział: – Ja ne budu z toboju howoryty. – Co? – nie zrozumiałem.
A on powtórzył: – Ja ne budu z toboju howoryty.
Co znaczyło, że nie będzie ze mną gadał. Czujecie to?! Mój najlepszy przyjaciel nie będzie ze mną gadał?! Byłem jak sparaliżowany! Zatkało mnie. Patrzyłem na niego, jakbym zobaczył kogoś obcego, wrogiego. – Co z tobą, Sławku? – spytałem i uniosłem ramiona. – Ne budu z toboju howoryty! – rzucił z naciskiem. – Czomu? – spytałem i zamarłem. Bo sytuacja była absurdalna. Niepojęta. Mój najlepszy i jedyny przyjaciel mówi, że nie będzie ze mną rozmawiał. Dlaczego? Chory jakiś, czy co?! Nie rozumiałem. A może dalej ze mną się bawi, może się droczy, poszukiwałem w myślach odpowiedzi. A on wciąż stał i patrzył na mnie zimnym, obcym i ostrym jak sztylet wzrokiem. – Co jest, Sławku? – spytałem zdezorientowany. – Czemu nie będziesz ze mną gadał? Co się takiego stało? – starałem się dowiedzieć.
On jeszcze przez chwilę stał i milczał, a potem twardo i kategorycznie wyrzucił z siebie: – Bo ty Lach!
Zatkało mnie. Nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć. – Co ty? – jęknąłem jeszcze. – Co ty, Sławko? Jaki Lach?! To ja, Stasio, twój przyjaciel. Nie poznajesz mnie? – Ty Lach. Jdy z witsi! Jdy het! – burknął, odwrócił się i zniknął.
A ja patrzyłem za nim oniemiały, porażony i zdruzgotany.
Potem pobiegłem do matki i z płaczem rzuciłem: – Sławko powiedział, że ja Lach i nie będzie ze mną gadał.
Matka westchnęła i cicho odparła: – To nie on, synku, tak powiedział. To przez niego jakiś obcy, zły głos powiedział. I szepnęła ledwie dosłyszalnie: – Idą ciężkie czasy, synku, idą bardzo ciężkie czasy – powtórzyła.
Ale ja nie rozumiałem tego. Matka przytuliła mnie mocno i gładziła po głowie. A ja wciąż słyszałem głos Sławka: – Ne budu z toboju howoryty. Bo ty Lach!
Zniknął jego piękny uśmiech, zniknął jego ciepły, słodki głos i zniknął cały tamten świat. Umierała miłość. Rodził się strach i ból.
KAZANIE POPA
Nasza wieś, Hnilcze, to była duża wieś. Bardzo duża. Miała swoją szkołę, dom kultury, świetlicę, straż pożarną, boisko sportowe, nawet własną cegielnię i dwór. I, naturalnie, trzy świątynie – rzymskokatolicki kościół, prawosławną cerkiew i żydowską bożnicę. I nawet dziewięć sklepów równomiernie podzielonych po trzy między poszczególne grupy etniczne. Mieszkali w niej Polacy, Ukraińcy i kilka rodzin żydowskich. Składała się z kilku dzielnic – ze Szlachetczyzny, Nowego Świata i Dolnego Kąta. Szlachetczyznę i Nowy Świat zamieszkiwali głównie Polacy, zaś Dolny Kąt Ukraińcy. Żydzi lokowali się i tu, i tam.
Zanim doszło do grabieży, rozbojów, mordów i ludobójstwa, sąsiedzi żyli ze sobą zgodnie i w spokoju. Nie odczuwało się wzajemnej niechęci, napięć, wrogości czy jakichś szczególnych konfliktów. Rolnicy wzajemnie pomagali sobie w polu przy orce, przy zbiorze zboża, przy koszeniu traw, młócce i zbieraniu ziemniaków, a także przy innych gospodarskich pracach.
Kiedy nadchodziły święta Bożego Narodzenia albo Wielkanocy, Polacy gościli w swoich domach Ukraińców, a dwa tygodnie później Ukraińcy gościli Polaków. Wieczorami zaś dziewczyny polskie i ukraińskie siadały na progach chałup albo na ławach przy ścianach i śpiewały. Robiły to także przy ogniskach, kiedy kończyły się żniwa albo sianokosy.
Ech, cóż to były za pienia?! Jakie cudowne, piękne głosy?! Jakie tęskne wołania?! My, mali chłopcy i małe dziewczynki, słuchaliśmy tych pieśni z otwartymi ustami. Chwytały za serca, chwytały i rozweselały dusze.
A wiecie, co to była tłoka? Nie wiecie? Nie pamiętacie? Nie dziwię się, że wielu z nas nie wie, co to była tłoka, ponieważ do dzisiaj nawet autorzy wielkich słowników narodowych głowią się nad tym terminem. A był to piękny i szlachetny zwyczaj, przynajmniej na Kresach, gdzie ludność niemal całej wsi zbierała się u jakiegoś gospodarza i wspólnie wykonywała określone prace, na przykład darła pierze z gęsi albo nawlekała liście tytoniu na nitki lub cienkie sznurki i wieszała je pod dachami gospodarstw, by się suszyły.
Tłoka mogła też obejmować prace na polu, przy zbieraniu kukurydzy lub przy grabieniu siana. Zwykle kończyła się wieczorową porą, kiedy gospodarze wracali do domów i częstowali gości mocniejszymi trunkami. Zaczynały się wtedy śpiewy i zabawy, grała muzyka, a oczy i uszy radowały barwne, żywe obrzędowe tańce.
Ten piękny zwyczaj dzisiaj zaniknął, a wspominamy go tylko dlatego, by powiedzieć, jak bardzo silne więzi łączyły niegdyś kresową wiejską społeczność. Obejmowały te więzi także tradycje religijne. Zwykle katolicy w niedzielę gremialnie udawali się do kościołów, a prawosławni i grekokatolicy do cerkwi, ale bywało i odwrotnie, że prawosławni z jakiegoś powodu przybywali do świątyni katolickiej, a katolicy do cerkwi.
Tak zdarzyło się też tej dziwnej, niespokojnej i na swój sposób dramatycznej niedzieli, jesiennego wieczoru 1939 roku, kiedy na zachodzie kraju zaczęła się już wojna i Niemcy atakowali Warszawę, a nad naszymi chatami śmigały niemieckie samoloty toczące walki z samolotami sowieckimi, zaś na ogrody, sady i podwórka spadały łuski od pocisków, a jeden z samolotów runął na pobliski zagajnik i spowodował pożar lasu.
Nasz katolicki ksiądz, Kowalczyk, tego dnia zachorował i msza święta została odwołana. Wtedy moja matka Maria oraz moja ciotka Stasia zabrały mojego kuzyna Mariana i mnie do cerkwi. Nie było w tym nic dziwnego ani nadzwyczajnego. Jak już wspomniałem, nieraz przecież chodziliśmy też do cerkwi. Znaliśmy prawosławne obrzędy. Były dla nas niezwykle piękne i zaskakujące, bogate i ceremonialne, pełne światła, muzyki i podniosłych śpiewów. Szczególnie lubiliśmy prawosławne chóry, których śpiew przyprawiał o drżenie serca. Wydawało się, że wraz z tą niebiańską muzyką wzlatujemy ku boskim przestworzom. Och, te raje naszej wyobraźni?! Te loty poderwanych ku niezwykłości młodych umysłów?! I ten cudowny oddech wieczności, który porywał nas ku nieznanym światom?!
Właśnie w takiej atmosferze znaleźliśmy się w cerkwi w ten jesienny, październikowy wieczór. Ruski pop wchodził już na ambonę, by wygłosić kazanie. Niejeden raz słyszeliśmy kazania popów. Były niezwykłe i piękne, bogate duchowo, przejmujące. Budowały w ludziach poczucie wspólnoty i serdeczności, prowadziły nie tylko ku niebieskim szlakom, ale wytyczały także drogi życiu codziennemu. Znaliśmy ukraiński język i przeważnie rozumieliśmy, co pop do nas mówi. Tym razem jednak pop jakby nie tylko do nas mówił. Wygłaszał kazanie w taki sposób, jakby wzywał na świadka boskie niebiosa, a także góry i lasy, rzeki i pola, stawy i jeziora, łąki i jary. Stał na ambonie, wznosił do góry ramiona albo nagle chwytał się za głowę i płomiennym głosem wzywał nas do odkupienia win i pokuty, bo wpadliśmy w ręce szatana i grzęźniemy w odmętach grzechu. A potem przywołał biblijne posłanie o pszenicy i kąkolu, i grzmiał: – Pszenica to piękne plemię ruskiego narodu, plemię ukraińskiej ziemi, nasze plemię, któremu należy się cześć i chwała, i duchowa wielkość…, hołd i oddanie…, bo Ukraińcy to zdrowe ziarno naszej ukochanej, ukraińskiej bogatej ziemi…, to boskie ziarno odwiecznej mądrości…
Kiedy tak mówił, czułem, sam nie wiem, dlaczego, że wkrada się do mojego malutkiego serca jakiś niepokój, cień lęku, zadra duszy. Nie wiem, czy to te dziwne słowa zrodziły we mnie strach, który narastał z każdym oddechem popa, czy też ton jego wypowiedzi, wręcz krzyk mnie przygniatał, jakby pragnął tym krzykiem mnie, moją matkę, ciocię Stasię i kuzyna Mariana z nieznanych nam powodów przydusić do ziemi, jakby pragnął nas upokorzyć, zdławić jakimś potężnym wykrzyknikiem, rozkazem, uderzeniem w sam rdzeń istnienia.
Poczułem się źle z tym kazaniem, jakby pop, mówiąc, wskazywał palcem na mnie i wołał: – Widzicie go, to ten, który nie jest nasz, który nie należy do naszego rodowodu. A kiedy grzmiał, że to ukraińska ziemia, wpadłem w popłoch, bo choć byłem malutkim chłopcem, to przecież już wiedziałem, że mieszkam na polskiej ziemi, a tu się dowiaduję, że to nie polska, a ukraińska ziemia. Jakiż to dla mnie był wstrząs!? Jakie przebudowanie mojego świata?! Jakie okaleczenie sensu i znaczenia?! Im bardziej pop krzyczał, tym bardziej czułem się mały i poraniony, by nie powiedzieć, pogruchotany. Z każdym jego nowym okrzykiem czułem się coraz gorzej. Niepewnie rozglądałem się wokół siebie, by sprawdzić, czy cerkiew nie drgnęła, nie poruszyła się, bo we mnie coś drgnęło, coś się poruszyło.
Matka i ciocia Stasia stały nieruchomo, nagle pobladłe, jakby przeczuwające nadchodzącą burzę, sztorm morski, pioruny i grzmoty. Zamarły na chwilę, wpatrzone w popa, który już nie o pszenicy mówił, porównując do niej dzielny, jak powiadał, i piękny naród ukraiński, ale mówił o kąkolu, który zanieczyszcza bogatą i żyzną ukraińską pszenicę, a więc i piękną ukraińską ziemię. Tak właśnie mówił: – Kąkol zanieczyszcza bogatą ukraińską pszenicę i piękną ukraińską ziemię…
Nagle urwał i skierował spojrzenie w naszą stronę. Zamarliśmy. Sparaliżowani nawet nie drgnęliśmy. Widziałem, jak ciocia Stasia chwyta rękę kuzyna Mariana i zastyga. Moja matka spojrzała na mnie przestraszonym wzrokiem, jakby mówiąc: – Uważaj, synku, zaciśnij mocno zęby i nie daj się, bo za chwilę zwali się na nas góra i możemy już spod niej nigdy żywi nie wyjść. Rzecz jasna, tak nie powiedziała. Ale ja tak to odczułem. I tak to zrozumiałem. I zwaliła się na nas ta góra. Nie musieliśmy długo czekać. Pop już nie krzyczał, nie ryczał, tylko wył: – A tym kąkolem – wył i warczał – tym kąkolem jest to podłe plemię Lachów.
Ciocia Stasia poszarzała, pod matką ugięły się nogi. Marian i ja nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Rzeczywiście, jakby świat się walił. – To Lachy zanieczyszczają naszą piękną, dorodną ukraińską ziemię – grzmiał pop. – To to przeklęte lechickie plemię rozsiewa między nami śmiertelną zarazę.
O jakiej on zarazie mówi?! – zastanawiałem się i kierowałem spojrzenie na matkę. Ale matka była nieobecna, zamyślona i smutna. Jakby poniosła ją jakaś daleka, gorzka myśl. Lechickie plemię! – kołatały we mnie słowa popa.
Wprawdzie już wiedziałem, kto to jest Lach. Bo to ja byłem Lachem. Bo tak powiedział Sławko. A teraz słyszę, że ja jestem nie tylko Lachem, ale i całym podłym plemieniem Lachów, i najważniejsze, jestem przede wszystkim kąkolem, czyli zarazą, która rozsiewa pomiędzy pięknym ukraińskim narodem zło. Bo pop ciągnął: – Ten kąkol musimy wyrwać z naszej pięknej ukraińskiej ziemi z korzeniami! Z korzeniami! – grzmiał. I patrzył na ciocię Stasię i na moją matkę, a także na nas, na kuzyna Mariana i na mnie. Bo tylko my byliśmy tutaj, jak on nas nazwał, Lachami.
I dalej wrzeszczał: – Bo jak nie wyrwiemy ich z korzeniami, to się zło rozpleni po całej naszej pięknej ukraińskiej krainie. Czyli mówił, że nas, Lachów, ma się wyrwać, jak dzikie ziele z ziemi. I mówił, że jak się nas, Lachów, nie wyrwie jak kąkol, z tej ziemi, to zło się rozpleni po całej pięknej ukraińskiej krainie.
Te słowa o pięknej ukraińskiej ziemi albo o pięknej ukraińskiej krainie powtarzał nieustannie, raz za razem, by ciocia Stasia, moja mama, kuzyn Marian i ja, żebyśmy my, Lachy, zapamiętali je na całe życie.
I ryczał dalej: – Nie tylko musimy ten kąkol wyrwać z korzeniami, ale musimy się go pozbyć do cna. Musimy spalić kąkol, by śladu po nim nie zostało.
Kiedy pop, patrząc na nas, wzywał, by spalić kąkol do cna i by śladu po nim nie zostało, zobaczyłem, jak po policzku mojej mamy spływa łza.
A ciocia Stasia przytuliła się do mojej mamy i powiedziała: – Idziemy, Marysiu! Idziemy! Nie ma tu dla nas miejsca. Wychodzimy! Też była blada jak śmierć i miała podkrążone oczy. Ja jej słowa także usłyszałem. I kuzyn Marian usłyszał. A nasza sąsiadka, dobra, szlachetna i mądra Olga Misiurak, przyjaciółka matki, spuściła wzrok, jakby była zakłopotana, a może nawet czymś zawstydzona.
Kiedy matka spojrzała na nią, Olga zagryzła wargę i pokręciła głową, jakby dając matce jakiś znak, ale ja tego znaku nie zrozumiałem. Potem wydało mi się, że to był znak niezgody, ale nie byłem tego pewien, jakiej niezgody i na co. W każdym razie nasza sąsiadka Olga nie mogła podnieść oczu. Najwyraźniej musiała źle się poczuć z tymi słowami popa. Jej twarz jakby się skurczyła, oczy zapadły i nerwowo pocierała ręce.
Zimne spojrzenia Ukraińców kierowały się w naszą stronę.
Były to jednak obce spojrzenia. Nieznane nam do tej pory. Spojrzenia z nożami i siekierami w głębi.
Pop jeszcze ryknął: – Teraz albo nigdy nie pozbędziemy się tego kąkola. Dlatego musimy z korzeniami wyrywać go już dzisiaj. Natychmiast!
Tego ciocia Stasia już nie wytrzymała. Zacisnęła zęby, obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę wyjścia. A za nią moja matka, kuzyn Marian i ja.
Obce, zimne spojrzenia w wielkiej ciszy odprowadzały nas do drzwi.
