Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Najsłynniejsza ulica w Polsce? Nowogrodzka! Synonim spoza formalnego ośrodka władzy. Protestuję! Jako „Aborygenka” Nowogrodzkiej uwalniam ulicę mojego dzieciństwa od politycznego kontekstu przesłaniającego jej własną tożsamość. Z perspektywy kamienicy nr 16 z podwórkiem – studnią, wśród sąsiadów solidarnych w czasach Powstania Warszawskiego i stalinizmu, na styku przedwojennego i powojennego świata , w cieniu budowy PKiN i Festiwalu Młodzieży w 1955 r. snuję opowieść o mojej Nowogrodzkiej. W odsłonach mijającego czasu wspominam, jak zmieniała się i co zmieniała w moim życiu. Ta prywatna saga Nowogrodzkiej przypomina, że nic nie trwa wiecznie – ani mury, ani ludzie, ani kojarzone z ulicą bastiony polityczne… Pozostaje pytanie, kto jak zapisze się w historii ulicy, które ze znaczeń „Nowogrodzka” przemieni się w legendę miejską…
Tak o swojej nowej książce pisze Anna Kalinowska – dr nauk przyrodniczych, popularyzatorka ekologii i ochrony środowiska, ekspertka Światowej Unii Ochrony Przyrody IUCN oraz pasjonatka podróży. Po opowiadaniach z podróży „Uciec w Himalaje” (Bellona 2020 ) oraz „Piękny mafioso z KC i inne opowiadania podróżującej po krajach bloku”(BookEdit 2023) tym razem autorka zaprasza na spacer w przeszłość po zaledwie jednej warszawskiej ulicy, ale za to jakiej!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 224
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Anna Kalinowska, 2025
Projekt okładki: Sylwia Krzemianowska i Anna Kalinowska
Zdjęcia na okładce: Anna Kalinowska
Redakcja: Magda Ceglarz
Korekta: ERATO
e-book: JENA
ISBN 978-83-68432-50-3
Wydawca
tel. 512 087 075
e-mail: [email protected]
www.bookedit.pl
facebook.pl/BookEditpl
instagram.com/bookedit.pl
Niniejsza książka jest objęta ochroną prawa autorskiego. Całość ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.
Dla Jo
Nawet jeśli czasem pamięta inaczej…
Motto I:
Odnawiamy w sobie obraz miasta w odsłonach upływającego czasu.
Stanisław Bukowski w rozmowie z Markiem Nowakowskim (Warszawskie Targi Książki 2014)
Motto II:
Wspomnienia są, w swej istocie, aktem wskrzeszenia.
Carmen Maria Machado (W domu snów, Agora 2016)
Nie wiem, jak powszechnie (i czy w ogóle poza moją rodziną) nazwa podwarszawskiej miejscowości Sulejówek była używana w potocznym języku II Rzeczpospolitej jako termin zastępczy dla określenia zjawiska trzęsienia państwem z tylnego siedzenia. Być może kryptonim „Sulejówek” był jedynie owocem inwencji semantycznej moich rodziców, im tylko znanym kodem wywoławczym w nieustających domowych sporach o przewrót majowy i granice demokracji. Pomysł, by nazwa miejsca zamieszkania marszałka oraz polityków z jego kręgu też osiadłych w Sulejówku stała się synonimem nieformalnego centrum dowodzenia krajem, miał swoje dobre strony. Słowo „Sulejówek” w rozmowach osób wtajemniczonych z powodzeniem eliminowało konieczność operowania wielkimi nazwiskami. Odkrywanie istoty polskich idiomów nie jest łatwiejsze niż rozszyfrowanie słynnych idiomów angielskich. Otóż kiedy w latach 50., będąc męcząco dociekliwą dzieciną, spytałam rodziców, co znaczy ten „Sulejówek” wymieniany w tonacji emocjonalnej, gdy w kłótniach zastępczych odgrzewali polityczne spory z czasów młodości, byli szczerze zdziwieni.
– Jak to? Każdy wie, że to chodzi o marszałka, który wyruszył na Belweder ze swego dworku, no tego, co mu w podwarszawskiej osadzie ufundowali towarzysze broni.
– Daj spokój, niby skąd Anulka ma wiedzieć, przecież to dziecko powojenne…
– No, racja, skąd…
Tak jak w połowie lat 20. XX w. można było uznać „Sulejówek” za synonim kwatery głównej spoza formalnego ośrodka dowodzenia, tak już bez wątpliwości w połowie lat 20. XXI w. takim synonimem stała się… nazwa ulicy – Nowogrodzka. Z tą różnicą, że dziś niemal każdy podrostek wie, co znaczy kryptonim „Nowogrodzka”, nawet gdy nie ma bladego pojęcia „gdzie jest ta ulica, gdzie jest ten dom”. Nowogrodzka – nowość na liście polskich idiomów, czyli „słów lub zwrotów o przenośnym znaczeniu”. Stawiam tezę, powołując się na barwne relacje dziennikarzy oraz politycznych komentatorów, że to w dużym stopniu dzięki ich zbiorowym wysiłkom zakodowane zostało w powszechnym odbiorze, że idiom „Nowogrodzka” równa się „najznaczniejszemu decydentowi w kraju”. A kto to zacz? Wiadomo – Nowogrodzka! Media, głosząc nowiny z tego pępka politycznego świata, nie muszą wymieniać nazwisk. Wystarczy (czasem znacząco puszczając oko do odbiorców), że posługują się czytelnym kryptonimem, by przekazać komunikat niby szyfrem: „Nowogrodzka odrzuciła…”, „Na Nowogrodzkiej powstała koncepcja…”, „Nowogrodzka się sprzeciwiła”, „Decyzje podjęte na Nowogrodzkiej”, „Jeszcze nie postanowiono na Nowogrodzkiej”, „Spotkanie w bastionie Nowogrodzkiej”. To zaledwie kilka wybranych na chybił trafił tytułów z prasy, internetu, cytatów komentatorów radiowych oraz sformułowań w wypowiedziach polityków w publicystycznych programach lub na paskach na ekranach różnych mniej lub bardziej niezależnych stacji TV… No i z Nowogrodzkiej pochodzi codzienny „przekaz dnia z Nowogrodzkiej” na każdy gorący temat jak mantra powtarzany przez polityków. Oczywiście tych „z kręgu Nowogrodzkiej”. Zdaniem wielu obywateli to z Nowogrodzkiej bierze się wszystko, co „słuszne”, to na Nowogrodzkiej, niczym wzorzec metra w Sèvres pod Paryżem, przechowywany jest wzorzec „metra politycznego”. Czyli to, co ma obowiązywać „prawdziwych Polaków”. Zdaniem równie wielu obywateli – to Nowogrodzka jest symbolem centrum zła. Tak czy siak (cytując kolejne tytuły z różnych źródeł): „Nowogrodzka rządzi”, „Nowogrodzka kształtuje opinie”, „Nowogrodzka ma patent na…”. Jednym Nowogrodzka otwiera furtkę do politycznej kariery i intratnych fuch, innym – wprost przeciwnie. Krótko mówiąc: Nowogrodzka – polski Biały Dom, symboliczna ulica, na którą skierowane są oczy polityków różnych opcji oraz „prawowitych” i „nieprawowitych” obywateli. Zawoalowana aluzja, że nazwisk konkretnych osób kryjących się za decyzjami lub brakiem decyzji bezpieczniej nie wymieniać. Przecież, w razie czego, nawet najszerszej ulicy nie można o nic obwinić ani pozwać przed oblicze sądu. No i to narzędzie urzędowej dyskrecji, czyli RODO – na szczęście jeszcze ulic nie dotyczy! Wszystko to razem przypominać może zjawisko określane jako efekt psiego gwizdka, dog whistle, czyli używanie niewinnych określeń sytuacji lub zjawisk, których prawdziwe, szersze znaczenie jest zakodowane i jasne tylko dla wtajemniczonych. Tak jak dźwięki specjalnych gwizdków stosowanych przez treserów słyszane są tylko przez wrażliwe ucho psa, a toporne ucho ludzkie nie mogąc sygnału odebrać, pozostaje w stanie nieświadomej głuchoty.
W połowie października 2023 r., gdy ogłoszono wyniki wyborów parlamentarnych, media papierowe i elektroniczne obiegło (zależnie od opcji: dramatyczne lub tryumfalne) pytanie, a nawet stwierdzenie: „Polska bez Nowogrodzkiej”.
Co takiego?! Polska bez Nowogrodzkiej? Chcą mi zabrać ulicę, wykreślić nazwę ze spisu, wygumkować z planu miasta? Nie! Dość tego! Nie pozwolę! Mam jasne powody, by protestować. Zacznę od tego, że z szerokiego wachlarza zawłaszczeń imienia ulicy użytych w kontekście politycznego kamuflażu najbardziej mnie w… – o przepraszam, sorry, sorry – irytuje określenie „Bywalec Nowogrodzkiej”. Rozumie się przez to osobę dobrze na Nowogrodzkiej notowaną i przypuszczalnie poinformowaną, co ma wynikać z samego faktu kręcenia się w pobliżu lokalizacji ośrodka Nowogrodzkiej. „Bywalec Nowogrodzkiej”. Też mi! Ooo, co to, to nie! Dobre wychowanie każe mi unikać niecenzuralnych słów, muszę jednak wykrzyczeć:
– Niech mi się tu nie plączą żadni przejściowi „bywalcy”, jakieś lisy farbowane! To ja jestem bywalcem permanentnym od urodzenia, od połowy lat 40. XX w. zakorzenionym na Nowogrodzkiej! Właściwie jej autochtonem. Ludnością miejscową. Mogę potwierdzić dokumentami! Ja jestem Aborygenem Nowogrodzkiej!
Co prawda od dawna już na Nowogrodzkiej nie mieszkam, a jedynie od czasu do czasu bywam, jednak obywatelstwa ulicy należnego mi już od chwili poczęcia (tak sugerują rodzinne żarciki), a z pewnością od paru dni po urodzeniu, nikt nie może negować! I nikt nie może pozbawiać Mojej Ulicy jej własnej tożsamości. Umniejszać jej prawa bycia Nowogrodzką samą w sobie. Ona tu była, kiedy praszczurowie wszystkich, którzy teraz nazwą ulicy tak obficie szermują, wykorzystując do swoich celów politycznych, nawet nie nosili koszuli w zębach (znów te idiomy!), bo jeszcze tych zębów nie mieli.
Koniec z tą uzurpacją, panowie, panie i ci trzeci. Proszę na razie grzecznie, ale jak nie posłuchacie, to za siebie nie ręczę! Nie dam nikomu zawłaszczyć imienia tej ulicy dumnej z własnej chwały. Niech nie próbuje żaden z miłośników ani antymiłośników tego lub innego polityka – obojętne – króla, namiestnika, prezesa przez małe „p” czy duże „P”. Ręce (pióra, klawiatury, mikrofony, kamery) precz od Nowogrodzkiej! Jako prawowita obywatelka Nowogrodzkiej mam obowiązek wystąpić w obronie samoistnej, immanentnej wartości mojej ulicy. Jednej z tych najstarszych w Warszawie, jednej z najbardziej doświadczonych podczas Powstania Warszawskiego. Ulicy, gdzie jak grzyby po deszczu powstawały w latach 30. najnowocześniejsze budynki o pionierskich konstrukcjach. Lokalizacji pierwszego dworca kolejki EKD. Ulicy, która po wyzwoleniu lizała rany wojennych zniszczeń, by systematycznie przez lata być remontowaną i odbudowywaną, aby teraz kusić różnorodną gamą lokali gastronomicznych oraz miejscami kulturalnej rozrywki z teatrem muzycznym włącznie. To na Nowogrodzkiej właśnie ma siedzibę wiele ważnych instytucji krajowych i międzynarodowych. Krótko mówiąc: Nowogrodzka to ulica rozkwitająca w ostatnich latach, a ze względu na urząd dzielnicy Śródmieście można powiedzieć – „Stolica Centrum Stolicy”. Hola, hola… Żeby nie było zbyt słodko – nie wszystkie miejsca ulicy tak barwnie rozkwitają. Są tu, dla kontrastu, punkty ponure i dla mnie osobiście bolesne, jak smutny koniec bytu mojej kamienicy pod nr. 16 i jej sąsiadki – 14, tragicznych ofiar zniszczeń wojny, a kiedy się z tego ledwie podniosły – transformacji lat 90. A później ludzkiego niedbalstwa. Jednak chwilowo o tym zapominam i ogłaszam przewrót! Dziennikarze mediów wszelkich, komentatorki, komentatorzy oraz politycy różnych opcji i płci, a nawet prezesi obojętnie której partii, słuchajcie! Teraz, przez kilkadziesiąt stron – ja tu rządzę!
A tak – rządzę, osobiście władam swoim pierwszym miejscem na ziemi, wszak ulica Nowogrodzka to królestwo mojego dzieciństwa, wprawdzie opuszczona, ale nie wyrzeczona wielkomiejska ojczyzna. Rządzę się więc tu jak u siebie, króluję otoczona wspomnieniami jak dworzanami, którzy usłużnie podsuwają różne fakty z mojego świata juwenilnego, a ja się wśród nich szarogęszę, ustawiam wydarzenia jak pionki na szachownicy, by wygrać partie w grze z upływem czasu. Nawet gdy inni pamiętają coś inaczej – to ich zbójeckie prawo. Ja na własną odpowiedzialność rządzę swoimi wspomnieniami z lat 50. i 60. XX w. z moją ulicą w roli głównej. A przynajmniej w wyrazistym tle. Aberracje wynikające z fizjologii mózgu, który z wiekiem staje się „wstecznowidzem”, powodują, że odległe zdarzenia wyłażą z zakamarków szarych komórek jak niedźwiedzie z gawry, ciągnąc za sobą pozornie zatarte szczegóły. Starzejąca się pamięć niczym kret wyrzuca z głębszych warstw na powierzchnię teraźniejszości kopce pozornie zapomnianych faktów z przeszłości. Powoli wyłania się moja ulica Nowogrodzka z całym dobrem inwentarza śródmiejskiej czynszowej kamienicy: mikroklimatem międzyludzkich relacji oraz siecią powiązań osób i zdarzeń na tle zmieniającego się miejskiego krajobrazu oraz kaprysów Pani Historii. To wielka scena serialu, który kształtował moją świadomość nie tylko w pierwszych latach dzieciństwa. Pośrednio czyni to do dziś. Nie tylko najbliższa rodzina, ale cała otoczka osobowości tworzących „rodzinę sąsiedzką” kamienicy, ludzie, którzy razem przeżyli okupację i Powstanie Warszawskie oraz wspierali się w mrocznych czasach stalinizmu, byli mymi nienachalnymi mentorami. Spróbuję udowodnić na przykładach różnych późniejszych wydarzeń, że lekcje z Nowogrodzkiej nie poszły na marne. I chociaż fizycznie nie mieszkam już w kamienicy nr 16 od tylu lat, ile wtedy dzieliło moje dzieciństwo od końca XIX w., ciągle ktoś lub coś z Nowogrodzkiej pośrednio wpływa na moją wizję świata w XXI stuleciu, podświadomie lub świadomie podsuwa różne życiowe wybory. Pilnuję się, by nie były to skojarzenia jak natręctwa, ale, cóż poradzę, potwierdzają to niewiarygodne zbiegi okoliczności. Dla porządku, z racji wykształcenia przyrodniczego i takiegoż zawodu nie mogę tu pominąć zjawiska zwanego przez behawiorystów imprintingiem. Opisał je w latach 60. XX w. austriacki zoopsycholog Konrad Lorenz (późniejszy noblista), obserwując stado gęsi. Otóż gdy gęsie pisklę wykluwa się z jaja, to pierwsza istota, którą zobaczy, decyduje o późniejszej identyfikacji gatunkowej. Na przykład jeśli tym pierwszym będzie człowiek lub pies, to gęsięta będą biegać za nimi jak za ptasią mamą. Pewnie i mnie pierwsze lata na Nowogrodzkiej wpoiły poczucie identyfikacji z tym niewiele ponad dwa kilometry liczącym strumieniem miejskiej przestrzeni, od źródeł na ulicy Brackiej zaczynając, po plac Zawiszy, gdzie kończy swój bieg.
Nie ja jedna mam sentyment do ulicy dzieciństwa. Świadczy o tym wysyp książek, tekstów piosenek czy scenariuszy filmowych poświęconych czule tym fragmentom miasta, gdzie autorzy „dziecięciem byli”. Długo by wymieniać utwory z nazwą ulicy w tytule. Podsumuję to losowo wybraną piosenką w interpretacji Piotra Fronczewskiego: „Chłopcy z mojej ulicy”.
Fakt – mogłabym się postarać o bardziej oryginalny temat, ale cóż – ta specyficzna, celebrycka sława Nowogrodzkiej wykreowana w ostatnich latach wyrwała mnie do tablicy. Nie mogę pozwolić, żeby moja ulica została jednostronnie zmonopolizowana, a jej nazwa kojarzona jedynie jako idiom z kategorii tych politycznych. By na lata pozostało wrażenie, że nic ważniejszego niż „Nowogrodzka” na tej ulicy nie istnieje. Spróbuję więc, w jakim stopniu po tylu latach potrafię obiektywnie, robiąc wycieczki w głąb licznych przecznic, opowiadać o ludziach tam spotkanych i wydarzeniach osobiście tam doświadczanych lub zasłyszanych. Często jedne opowieści wypływają z drugich, czas przeszły łączy się z przyszłym, a ten z pozaprzeszłym, nawet jeśli taki czas nie istnieje w gramatyce. W stylu powieści szkatułkowych niech będzie to „Rękopis znaleziony w bramie Nowogrodzka nr 16”. Morał z tych historii płynący niekoniecznie jest uniwersalny, a wyciągane wnioski, choć słuszne, trudne do aplikacji. Mimo wszystko mam nadzieję, że w szerszej perspektywie mój przekaz z Nowogrodzkiej może być odczytany krzepiąco, nawet gdy, jak w finale filmu „Grek Zorba”, zdarzy się piękna katastrofa. W przypadku mego niegdysiejszego adresu, muszę przyznać, będzie to mocno szpetna katastrofa. Ale i tak obraz teraźniejszości tylko pozornie rzuca ponury cień na przekaz dnia z przeszłości. Oj, żeby nie zabrzmiało zbyt patetycznie – dewiza życiowa przyjęta z mojej dawnej Nowogrodzkiej to: Żyj, nie tracąc ducha oraz poczucia humoru w najtrudniejszych czasach, i pomagaj tak żyć innym. A oni też ci pomogą. W relacjach międzyludzkich oznacza to (wymieniając w dowolnym porządku): spontaniczną życzliwość, tolerancję dla ludzkich słabości, ale taką bez przymykania oczu, gdy godzi to w innych; bezinteresowną solidarność w trudnych, ba, krańcowo trudnych czasach; odwagę myślenia, mówienia i działania bez kalkulacji, jakie będą tego konsekwencje, oraz bezwarunkowo przestrzeganie reguły: Trzymajmy się razem. Dodajmy do tego patriotyzm bez patosu oraz otwarcie na świat i doprawmy to wszystko hojną garścią dowcipów rozbrajających tematy frustrujące.
Pozwolę sobie zauważyć, że ten zestaw reguł wynika z listy wartości uznawanych przez mikrospołeczność dawnej Nowogrodzkiej 16 i niekoniecznie jest tożsamy z aktualnym przekazem dnia z symbolicznej Nowogrodzkiej. Bezwiednie asymilowane reguły i prawdy niegdysiejszej codzienności, tak jak i współczesna, sączona świadomie narracja parapolityczna owocują w dorastających głowach pewną wizją świata. Świat według Nowogrodzkiej? Wersje do wyboru…
Nawiązując do starego dowcipu o rozbitkach na tratwie odpowiadających na wołanie z przepływającego statku: „No to co, że na tratwie” – mogę uzasadnić moje przywiązanie do miejsca akcji dalszych opowiadań równie abstrakcyjną odzywką:
– No to co, że na Nowogrodzkiej?!
Właśnie – jeśli mamy tyle czasu spędzić na Nowogrodzkiej, to dobre wychowanie nakazuje bohaterkę opowieści przedstawić bliżej, sięgnąć do jej początków, wyłonienia się „z głębi dziejów, z krajów mrocznych, puszcz odwiecznych” niczym Polska w kultowej piosence Jana Pietrzaka. Poznać warto źródła nazwy ulicy, jej osobliwości i ewolucję pełnionych funkcji… Varsavianistów, naukowców, hobbystów, badaczy historii ulic metodami naukowymi u nas niemało. Ma więc Nowogrodzka porządną monograficzną kartotekę dokumentującą jej dzieje. I co w dzisiejszych czasach jest niezbędne, posiada też sporo poświęconych jej stron internetowych. Przecież jeśli jakaś ulica nie istnieje w internecie, to nie istnieje w realu, nawet jeśli właśnie stąpając po niej, boleśnie skręciliśmy nogę. Nie jestem historykiem i nie śmiałabym tu do historycznej faktografii dodać czegokolwiek od siebie. Polegam jednak na opinii Normana Daviesa, który w książce „Galicja”, będącej jej swoistą monografią, zapewnia, że zrozumienie historii wymaga, by jej szeroką zbiorczą narrację inkrustować narracją cząstkową, czyli wpleść osobiste wspomnienia, wydarzenia zrelacjonowane z punktu widzenia indywidualnych osób. Niezdarnie może, ale przynajmniej szczerze i ja próbuję przyczynić się do wypełniania mikroszczelin w spisanych dziejach Nowogrodzkiej mniej znanymi szczegółami. Takimi „z autopsji”.
Nie przypominam sobie, by w dzieciństwie mnie i znanych mi rówieśników interesowała specjalnie etymologia nazw ulic. Zostawiałam ten problem dorosłym, utyskującym, że ulicę Chmielną przemianowano na jakiegoś komunistę Rutkowskiego, a plac Bankowy na plac tego zbira Dzierżyńskiego. Zresztą i tak wszyscy w kamienicy nadal używali dawnych, przedwojennych nazw ulic i obiektów infrastruktury miejskiej. Na przykład chodziło się po chleb do Pakulskich na rogu Chmielnej, choć i tabliczka z nazwą ulicy i szyld upaństwowionego sklepu były nowe. W sprawie ulicy Nowogrodzkiej przyjęłam, że jej imię należy do kategorii, którą określiłam jako „nazwy drogowskazowe”, czyli wskazujące drogę potencjalnym podróżnikom zastanawiającym się, do jakiego miasta dana ulica prowadzi. Na przykład aleja Krakowska wiedzie do Krakowa, a idąc ulicą Radzymińską po iluś tam kilometrach, wędrowiec znajdzie się w Radzyminie. Zgodnie z takim założeniem myślałam, że skoro ulica Poznańska wiedzie do Poznania, to Nowogrodzka prowadzi do jakiegoś Nowogrodu. Kiedy po raz pierwszy na lekcji geografii zajrzałam do atlasu, zobaczyłam, że najbliższy Nowogród znajduje się w ZSRR – ho, ho, jak daleko. Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Nowogrodzka. Moja teoria upadła i problem nazwy ulicy przestał mnie interesować…
W tym miejscu, aby zaostrzyć ciekawość, co dalej z pochodzeniem imienia Nowogrodzkiej, zrobię przerwę na dygresję na temat klasyfikacji w nazewnictwie ulic. Po raz pierwszy dysonansu poznawczego związanego z pochodzeniem nazwy ulicy doświadczyłam na ulicy Kruczej, gdy spotkane tam czarne ptaki okazały się nie krukami, a gawronami i kawkami. Następne zadziwienia dopadły mnie na ulicach o nazwach, które rzekomo odzwierciedlają ich właściwości. Ulica Srebrna nie srebrzyła się błyszcząco, a była bura, Piękna wcale nie wydawała się piękna… Nazwy mogą też określać, wydawałoby się, niezmienne parametry fizyczne, jak Długa, Krótka, Krzywa. Ale już np. Śliska, sugerując zagrożenie upadkiem w czasach prawdziwych mroźnych zim, wraz ze zmianą klimatu może być tylko Sucha. No i co wtedy? W niektórych sytuacjach pożądana może być korekta nazwy ulicy. Czasem tylko w celach doraźnych… Na moment wracając do mojej ulicy – być może najzagorzalsi wielbiciele tego, co się za kryptonimem „Nowogrodzka” kryje, woleliby bardziej adekwatną, godniejszą dla rangi kwatery tak zaszyfrowanej instytucji nazwę ulicy. Dajmy na to Marszałkowska, a jeszcze lepiej, sięgając zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość – Królewska. Znacznie mocniej niż „dyspozycje Nowogrodzkiej” brzmiałoby w mediach „dyspozycje Zwycięzców”, a przynajmniej „przekazy Walecznych”.
Czasem jednak zastąpienie w celu konspiracji urzędowej nazwy ulicy inną, choć teoretycznie jednoznacznie z nią się kojarzącą, bywa zwodnicze. Pamiętam jak za komuny, jeszcze w stanie wojennym, kiedy to bojkotujący telewizję aktorzy dawali wywrotowe spektakle w prywatnych mieszkaniach, w dniu, kiedy takie przedstawienie miało się odbyć u mnie w domu w Podkowie Leśnej, szef teatru domowego śp. Andrzej Piszczatowski głowił się, jak konspiracyjnie zapisać mój adres. I wymyślił. Dla zmylenia bezpieki, gdyby, nie daj Boże, tajny notes dostał się w jej łapy, aktor zamienił ulicę 11 Listopada na, co logicznie samo się nasuwało, ulicę Piłsudskiego. W efekcie tuż przed spektaklem pan Andrzej zwany „Piszczatem” w panice miotał się po Podkowie, wypytując spotkanych mieszkańców o ulicę Piłsudskiego. Odpowiedź, że ulicy marszałka w ogóle w Podkowie nie ma, nie było i w obecnych czasach raczej nie będzie – traktował jako złośliwą dezinformację komunistycznych służb.
Dla odmiany, choć nie sądzę, aby wynikało to z przyczyny uniknięcia takich konspiracyjnych wpadek, w Nowym Jorku praktycznie nie nadano ulicom nazw, tylko je ponumerowano. Aleja VI, Aleja VII czy Aleja VIII, która użyczyła nazwy moim ulubionym perfumom, z żadnym patronem się nie kojarzą. To pragmatyczne podejście chroni przed kłopotami, gdy, dajmy na to, ów patron ulicy, honorowany na piedestale w jednym okresie, w następnym zaczyna być traktowany jako persona non grata. Nie tylko trzeba zmieniać tabliczki z nazwą ulicy, ale wszystkich mieszkańców wpędza to w koszty zmiany danych w dokumentach, wyrabianie nowych pieczątek itp. W Japonii sytuacja z nazwami ulic jest bardziej skomplikowana. Nazw ulic po prostu nie ma. W adresach zastąpiono to opisem topograficznym. Na przykład: drugi skręt przy sklepie z telewizorami, a po stu metrach przy zielonym szyldzie w prawo i po czterystu metrach betonowa brama, przechodzisz, a tam… Gorzej, gdy w międzyczasie sklep z telewizorami splajtował. Precyzyjnie takie dane adresowe opisała Joanna Bator w „Japońskim wachlarzu” – sugestywnej relacji z pomieszkiwania w Tokio. Ja sama, choć też byłam w Japonii, nie mogłam tego osobliwego sposobu poszukiwania adresu doświadczyć. Urocza wolontariuszka w Centrum Organizacyjnym Kongresu Ekologicznego w Jokohamie nieśmiało zaproponowała, żebym zamiast w drogim hotelu zatrzymała się u niej, w tradycyjnym japońskim domu. Z radością przyjęłam ofertę. Pobyt w domku o papierowych ścianach rozpoczęłam od pokazu kulturowej ignorancji – wpakowałam się cała do baseniku z gorącą wodą przeznaczoną dla całej rodziny, zamiast wykonać ablucje, polewając się ukropem czerpanym specjalnym garnuszkiem. Po tym nietaktownym wyczynie pani domu zwątpiła w moją inteligencję także w dziedzinie odnajdywania adresów i odtąd wszelkie spacery po mieście mogłam odbywać tylko w jej asyście… W Kostaryce choć teoretycznie ulice miały swych patronów i tak panował system opisowy. Pamiętam zdziwienie pewnej pani, gdy podałam jej nazwę ulicy, na której mieszkała od urodzenia. Nigdy przedtem nie zwróciła uwagi, że jej ulica ma imię własne. Podobnie nieświadomy tego był i listonosz. Listy w swoim rewirze roznosił „na nazwisko” adresata, a nie na nazwisko bliżej mu nieznanego gościa – patrona ulicy.
Z nazw ulic pod względem neutralności najbezpieczniejsze są te ze sfery przyrodniczej. Nazwy dzikich ptaków, ssaków i kwiatów, nawet tych na czerwonych listach gatunków wymarłych, jak ulica Turowa, czy drzew dawno już wyciętych, jak w pewnej znanej mi miejscowości ulica Brzozowa, gdzie nawet nie kamuflowano śladów wycinki. Na szczęście nazwy gatunków używane są w rodzimym języku, a nie zgodnie z wprowadzonym w XVIII w. dwuczłonowym nazewnictwem – pierwsza nazwa rodzajowa, a druga gatunkowa i to obie po łacinie! W takiej wersji nazwy ulic nie pojawiają się nawet w Uppsali, rodzinnym mieście Karola Linneusza, ojca systematyki oraz twórcy tej łacińskiej nomenklatury. Na razie jego dom i muzeum mieszczą się na ulicy o jednoczłonowej nazwie Svartbäckgatan, jak najbardziej szwedzkiej, a nie łacińskiej. Po tych rozważaniach, wracając do imienia ulicy Nowogrodzkiej, wstyd powiedzieć, ale dopiero internet otworzył mi oczy na historię jej powstania i w konsekwencji pochodzenie samej nazwy. Jak każda szanująca się ulica warszawska, tak i Nowogrodzka ma swoją stronę w Wikipedii, a jeśli ktoś Wikipedii nie ufa, jest i moc odsyłaczy do poważnych stron, od oficjalnej strony dzielnicy Śródmieście po całą gamę solidnych źródłowych opracowań, np. wydana w 1970 r. publikacja Ulice i place Warszawy Eugeniusza Szwankowskiego. Zajrzałam, pomyszkowałam po stronach, „polinkowałam” i przeczytałam, że Nowogrodzka to jedna z niegdyś najdłuższych „dróg narolnych jurydyki Nowogrodzkiej”. Uf, ileż w jednym stwierdzeniu nieznanych biologowi terminów… Co to, do licha, jest ta jurydyka? Szukając dalej, dowiedziałam się, że jurydykami nazywano niezależne osady rozwijające się na obrzeżu większych miast, jakimi były wtedy Stara Warszawa oraz Nowa Warszawa. Ponad 20 takich niepodlegających miejskiej administracji i miejskiemu prawu wolnych bytów w obrębie Warszawy było jej solą w oku. Jurydyki stanowiły niemałą konkurencję, mogąc ustalać dumpingowe ceny na swoje produkty i usługi oraz robić interesy, gwiżdżąc na prawa obowiązujące u wielkiego sąsiada. O, nie ma tak dobrze. Duży ma zawsze rację i w roku 1791 ustawa zwana Prawem o miastach włącza niezależne prywatne osady do wielkiego miasta i podporządkowuje jego przepisom. Koniec z prywatą. Podobnie niedawno bojąc się o głosy przed wyborami, w roku 2017 pewien polityk chciał wolne miasto-ogród Podkowę Leśną włączyć do metropolii Warszawy. Przez pomyłkę nie zaznaczono miasta-ogrodu na mapie i na szczęście zamiar pochłonięcia „współczesnej jurydyki” się nie udał. Ale wracając do naszej ulicy – kiedy jurydyka Nowogrodzka stała się częścią miasta Warszawa, to wytyczona w drugiej połowie XVIII w. droga prowadząca wśród pól i upraw do dawnej osady powoli przekształcała się w regularną ulicę miejską. Już w roku 1770 tradycyjną nazwę Nowogrodzka, jaką nosiła polna droga, usankcjonowano, uznając ją za oficjalną nazwę ulicy. Tak więc śródpolna droga ówcześnie nazywana drogą narolną, czyli przebiegającą między uprawami, była, nazwijmy sprawę po imieniu – po prostu miedzą. Miedza oddzielająca pola mieszczanina Macieja Małodobrego (czyżby nomen omen?) od gruntów misjonarzy z kościoła św. Krzyża – awansowała do rangi jednej z głównych ulic Warszawy. Dwa kilometry z hakiem śródpolnej miedzy! Jak romantycznie brzmi taka nazwa. Od razu okiem wyobraźni zobaczyłam kicające na Nowogrodzkiej długouche zające, co to w wierszach „pod miedzą siedzą”, ciche grusze, które wg mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza” też na miedzy siedzą, choć z rzadka, przemykające skrajem między kuropatwy z obrazu Chełmońskiego i cały cepeliowski zestaw kwiatów polnych w sam raz na bukiety dla gości z amerykańskiej Polonii. To se już ne wrati, jak mówią Czesi…
Dalsze dzieje Nowogrodzkiej już jako regularnej miejskiej ulicy są też bardzo barwne. Czegóż to potem przy tej ulicy nie było! Był i cmentarz na terenie należącym do misjonarzy z kościoła św. Krzyża, i założony w 1870 r. Ogród Pomologiczny z 12 000 drzew owocowych, i składy wełny. Trzeba wymienić także odbywające się raz w roku targi wełny. Notabene targi wełny irytowały mieszkańców sąsiednich domów skarżących się na inwazję moli. Te mole najwyraźniej przetrwały i, jak pamiętam, przez całe moje dzieciństwo miały się dobrze. Za to historycznie ujmując, jedne inwestycje kwitły do pewnego czasu i padały, przekształcały się, powstawały nowe. Można o tym przeczytać, tak jak i o działających niegdyś na Nowogrodzkiej cegielniach (gliny niegdyś przy miedzy nie brakowało), i o różnych innych zakładach przemysłowych, nawet stalowni, w wielu źródłach, ale to już dla prawdziwych dociekliwych. Ja ledwie liznęłam polecane publikacje, wszystkie te zmieniające się z czasem aktywności i historyczne funkcje ulicy bowiem nie miały żadnego wpływu na moje osobiste doświadczenia w związku z Nowogrodzką. Dopiero bardziej zainteresowały mnie wielkie przemiany zachodzące na przełomie XIX i XX stulecia, kiedy to ulicę zabudowywano secesyjnymi i modernistycznymi kamienicami, powstał szpital Dzieciątka Jezus, założono Ogród Pomologiczny, a w latach 30. zbudowano innowacyjne gmachy Telefonu i Telegrafu oraz Banku Rolnego i gmach Akcji Katolickiej Roma. To właśnie te inwestycje stały się scenografią mojego dzieciństwa. Tak jak w pierwszych latach ruiny Nowogrodzkiej, spalonej i zburzonej przez niemieckie „krowy” i inne równie mordercze działa i ich pociski. Specjalne miejsce należy się zmianom zachodzącym w lokalizacji początkowego przystanku kolejki EKD, od kiedy w latach 20. ta perła podmiejskiej komunikacji pojawiła się na Nowogrodzkiej. Ale o tym jeszcze będzie, bo tory biegnące miedzą to niezwykłe zjawisko. Mogę więc powiedzieć, że wychowałam się na dawnej miedzy miejskiej i to w najróżniejszym tego znaczeniu. „Miedzy” przebiegającej między przedwojennym i powojennym miastem, miedzy między krajobrazem miasta a krajobrazem podmiejskim, miedzy między starym i nowym pokoleniem, miedzy między światem wolnym i zniewolonym komunizmem. Używając z zawodowego nawyku przyrodniczej terminologii, mogę zaryzykować, że wśród zespołu organizmów typowych dla miedzy w biocenozie charakterystycznej dla strefy przejściowej między środowiskami, zwanej ekotonem, występowałam raczej jako przycupnięty zając niż osiadła grusza.
Kiedy mój tata, Adam Kalinowski, rocznik 1904, absolwent Państwowego Instytutu Wychowania Fizycznego im. Marszałka Józefa Piłsudskiego, jakby nie było profesor warszawskiego prestiżowego gimnazjum, a następnie Liceum im. Władysława IV znany z licznych artykułów w prasie, uczestnik akademickiego rajdu 1000 km na nartach z Suwałk na Howerlę, nosił się z zamiarem wynajęcia mieszkania dla siebie i przyszłej żony, musiał być uważany za solidnego i pożądanego kontrahenta. Był rok 1934 i może podświadomie wybór padł na czynszową kamienicę zbudowaną w roku urodzin taty. Kamienica była rówieśnicą przyszłego lokatora – i on, i ona po lat trzydzieści. Była to solidna kamienica (używam czasu przeszłego, bo mury jeszcze stoją, ale bez wnętrza, jak skorupka wydmuszki) z podwórkiem studnią na Nowogrodzkiej pod nr. 16. Kamienica usadowiona w dobrym towarzystwie szacownych domów – na rogu Nowogrodzkiej i Kruczej pod nr. 10., kupiona w roku 1895 przez książąt Lubomirskich, a w latach 20. odkupiona przez Zofię Czartoryską. Rozległa budowla przylegała do równie eleganckiej kamienicy nr 12. sąsiadującej z pięknymi kamienicami 14 i 14a. Po drugiej stronie „szesnastki” dalej równie zacne kamienice nr 18 i 18a. Zobowiązywało to administratora naszej „szesnastki” do szczególnej dbałości o adekwatny do otoczenia dobór mieszkańców. Nakazywało to przyjmowanie pod dach jedynie lokatorów z dobrymi rekomendacjami. Choć tata jako przyszły główny najemca nie budził zastrzeżeń, to przecież nie wiadomo, jaka to dama zawróciła mu w głowie. Na wszelki wypadek pan administrator kamienicy zaplanował specjalny program przeszpiegów, by upewnić się, że narzeczona nie przyniesie ujmy „szesnastce”. W celu sprawdzenia, czy panna ma właściwe referencje, wybrał się na ulicę Mokotowską, do kamienicy, gdzie z rodzicami i braćmi mieszkała przyszła małżonka ewentualnego lokatora. Przeprowadził konfidencjonalny wywiad z tamtejszym cieciem, sondując opinię na temat całej rodziny, a szczególnie wypytywał o swoją przyszłą lokatorkę. Pytał, jak się prowadzi, czy nie jest kłótliwa, czy nie sprowadza podejrzanych typów. Widać wywiad wypadł pomyślnie, bo po ślubie w kościele Zbawiciela moi rodzice mogli podać swój wspólny adres. Drugie piętro, drzwi z mosiężną tabliczką:
H. i A. Kalinowscy
Pod tą elegancką wizytówką sam numer lokalu był już firmowo wykaligrafowany, dokładnie tak jak na wszystkich drzwiach mieszkań po obu stronach klatki schodowej. Jeszcze topograficzna wskazówka: wewnętrzna oficyna naprzeciw bramy z dobrym na nią widokiem. To wszystko w kamienicy z podwórkiem studnią. Skąd w rodzinie wiadomo było o tym tajnym wywiadzie przeprowadzonym przez dozorcę z Nowogrodzkiej? Otóż cieć równie szacownej kamienicy na Mokotowskiej nie był dyskretny, a za to lojalny wobec swoich mieszkańców i o inwestygacjach kolegi z Nowogrodzkiej poinformował mamę mamy, czyli babcię Joannę. Babcia głęboko urażona tymi szpiegowskimi podchodami nie omieszkała zawiadomić przyszłego zięcia, że nigdy mu tego nie wybaczy. Całą tę nieszczęsną (z powodu kwaśnej miny teściowej) historię o sprawdzaniu przyszłych lokatorów tata opowiadał mi kilka razy. Niby z przymrużeniem oka, ale jednak z nutką dumy, że na rodzinną siedzibę wybrał szanujący się dom, gdzie bez rekomendacji nikogo nie przyjmowano.
Czemu jednak tata wybrał właśnie ten adres? Czy wybór odbył się z akceptacją mamy – w co po latach wątpiłam, słysząc, z jaką niechęcią wyraża się o tej „burej kamienicy” bez słońca i zgniliźnie mrocznego podwórka studni…? Czy zadecydował staranny dobór lokatorów, a może świetna lokalizacja – 10 minut spacerowym krokiem wystarczyło, aby wmieszać się w elegancki tłum na Nowym Świecie czy szybko dotrzeć na zajęcia gimnastyczne, które prowadził dla wychowanków Instytutu Głuchoniemych na placu Trzech Krzyży? Następnie, mijając kościół św. Aleksandra, można dojść do reprezentacyjnych Alei Ujazdowskich, a nimi do Parku Ujazdowskiego, a potem jeszcze dalej aż do wąwozu urokliwej ulicy Agrykoli z jej gazowymi latarniami i tradycjami miejsca uprawiania sportów wszelakich. A może skusiła tatę atrakcyjność i dynamika rozwoju samej ulicy Nowogrodzkiej, która na długości niecałych 2 kilometrów oferowała niemal wszystko – od zbudowanego kilka lat wcześniej najnowocześniejszego w Europie pod względem konstrukcji gmachu Telegrafu i Telefonów czy prestiżowego budynku Banku Rolnego ozdobionego gigantycznymi kulami z granitu ze Skandynawii, aż po lokalizację pierwszej stacji Elektrycznej Kolejki Dojazdowej? Legendarnej kolejki EKD, która ruszyła z wielką pompą w 1926 r. i oferowała regularne połączenie z zielonymi miejscowościami za miastem – lesistą Podkową Leśną i eleganckim Milanówkiem. Kusiła też romantyczną wyprawą do Włoch – nie szkodzi, że tylko podwarszawskich. Próbuję zgadnąć. Może oferta dostępnych wtedy mieszkań do wynajęcia była skąpa i przypadkowo wypatrzone w gazecie czy przez kogoś znajomego podsunięte ogłoszenie stanowiło niebywałą okazję, którą trzeba było natychmiast chwytać, ciesząc się, jakby Pana Boga za nogi złapać? Niewykluczone, że przyczyna była bardziej prozaiczna – zadecydował niewysoki czynsz i korzystna cena wynajmu, niska w stosunku do atrakcyjności ulicy? A może wszystko po trochu? Nigdy nie przyszło mi do głowy, aby o to rodziców spytać, a teraz, tak jak i na multum innych pytań, już nikt mi nie odpowie… Za późno. Rozwijając boleśnie trafną myśl z wiersza księdza poety Jana Twardowskiego: „Spieszmy się kochać ludzi”, doradzam: spieszmy się pytać bliskich – czasy naszego dzieciństwa tak szybko odchodzą. Bliscy patrzą na nas już tylko ze starych fotografii. I zostajemy z otwartymi znakami zapytania. Dziś na własny użytek przyjmuję romantyczną wersję, że wybór Nowogrodzkiej to był taty podświadomy impuls, zauroczenie od pierwszego wejrzenia – bo przecież drugiej takiej ulicy nie ma w całej Warszawie.
Kto przed nami wynajmował lokal mieszkalny nr 36 na drugim piętrze w oficynie naprzeciw bramy z miejskim „numerem orientacyjnym”, jak fachowo nazywa się oszkloną latarenkę na murze z napisem „Nowogrodzka 16” (przy okazji – Warszawa była jednym z pierwszych miast wprowadzającym numerację domów) – nie wiem. Przez 30 lat, od roku 1904, czyli daty oddania do użytku pachnącej świeżym tynkiem kamienicy, do chwili wprowadzenia się państwa Heleny i Adama Kalinowskich – jacyś ludzie musieli dreptać po podłogach w naszym mieszkaniu. Nawet gdybym chciała, a po nic mi to, wątpię, czy znalazłyby się gdzieś stosowne dokumenty, zwłaszcza że nie mam dociekliwości badawczej i dziennikarskiej autorki książki „Grzybowska 6/10. Lament” Aleksandry Domańskiej, która dotarła do nazwisk i odtworzyła losy mieszkańców domu pod tym samym adresem, pod którym w wybudowanym po wojnie bloku zamieszkała jej mama. Jeśli już fachowo badam, kto zajmował to miejsce przed kimś innym… to dotyczy to przyrodniczych następstw niszy ekologicznej.
Wiem, że od czerwca 1934 r. (nie słyszałam, by wysportowany tata przeniósł mamę przez próg, choć mógłby) państwo H. i A. Kalinowscy zgodnie urządzali mieszkanie kompletem mebli zakupionych w Ładzie – spółdzielni zrzeszającej projektantów słynących z nowoczesnego wzornictwa. Modernistyczny kredens, 6 krzeseł o oparciach, których wykrój powtarzał geometryczny układ kredensowej bryły, oraz okrągły stół. Wiosną 1935 r. na stole, tak – dosłownie na stole z tego modernistycznego kompletu w asyście pani akuszerki mieszkającej parę pięter wyżej na świat przyszła moja siostra Joanna, dla rodziny Jo. Wydarzenie to miało miejsce w rocznicę konstytucji 3 maja i co roku w dniu jej urodzin tata zwracał się do Jo, nieco fałszywie intonując „Witaj, majowa jutrzenko”.
Gdyby dzieci wpisywano na listę lokatorów z dokładną datą, to w lokalu nr 36 ja pojawiłabym się jedenaście i pół roku później, urodzona w ramach powojennego baby boom. Tak jak o Jo mówiło się „dziecko przedwojenne”, tak o mnie – „dziecko powojenne”. Gdyby w CV była rubryka: dokładne fizyczne miejsce narodzin, to Jo mogłaby tam wpisać: „urodzona na stole”, a ja, tylko dzięki heroicznej postawie mego ciotecznego brata Tadka, o włos (raczej o minutę) uniknęłam konieczności zapisu „urodzona na gruzach w ruinach warszawskich”. Ta dziejowa scena, której przecież sama ze względów oczywistych nie mogłam zobaczyć, w rodzinnej miejskiej legendzie utrwaliła się zapisana w różnej skali emocji. Niczym w japońskim filmie każdy z członków rodziny relacjonował to po swojemu – od wersji w tonie świadczącym o nieprzerobionej traumie po konwencję zabawnej anegdoty, i zależnie od roli – jako aktorzy pierwszego planu lub narratorzy z offu. Ponieważ jest to opowieść o ulicy, a nie o mnie, podam wersję uśrednioną. Otóż w Zaduszki roku 1946 mama w zaawansowanej ciąży wraz z bardzo już chorą babcią w tym dniu odwiedzania bliskich na cmentarzach wybrały się na Powązki, by zapalić znicze na grobie ojca mamy i męża babci, a mojego dziadka Piotra oraz wujka Władka, młodszego brata mamy. Serce dziadka Piotra nie wytrzymało aresztowania syna, który sam zgłosił się na gestapo, heroicznie biorąc na siebie „winy” aresztowanej narzeczonej Bogny. Wujek Władek nie wrócił już z Oświęcimia, a jego narzeczona Bogna (moja przyszła matka chrzestna) i tak przeszła wszystko co najgorsze zesłana do obozu w Ravensbrück. W tym dramacie rodziny mojej mamy nieoszczędzone zostało nawet ich mieszkanie na Mokotowskiej, w kamienicy, którą w czasie powstania zrównał z ziemią pocisk z niemieckiej wyrzutni zwanej krową. Ponury cień wojny przywołany wizytą na cmentarzu plus podskoki na brukowanej jezdni dorożki, którą panie wracały z Powązek, sprowokowały mnie do szybszej, niż wynikało z obliczanego terminu, woli przyjścia na świat. Tata w tym dniu odszukiwał na różnych cmentarzach mogiły poległych przyjaciół, Jo jako delegacja szkoły pełniła wartę przy jednym z miejsc straceń warszawiaków, a babcia była zbyt słaba. Jedyną osobą zdolną do odprowadzenia położnicy do kliniki na Hożej był siedemnastoletni kuzyn Tadek – syn siostry taty z małego miasteczka na Podlasiu. Tadek, który właśnie zamieszkał kątem u stryjostwa na Nowogrodzkiej na czas studiów na politechnice, był przerażony czekającym go zadaniem. Nie znał Warszawy, a jeszcze bardziej nieświadom był, co robić, gdyby spadło na niego przyjmowanie porodu. Próba przywołania dorożki okazała się bezskuteczna – bo było ich wtedy (jak wskazują ówczesne źródła statystyczne) zaledwie czterysta parę na całe miasto pozbawione innych środków transportu. Ktoś na Nowogrodzkiej wskazał chłopcu drogę na Hożą na skróty, ścieżką wydeptaną w wąwozie gruzów, które pomimo intensywnych prac przy odbudowie stolicy wciąż dominowały w krajobrazie miasta. Chociaż z wojennej spuścizny, 22 miliony metrów sześciennych gruzów, w 1946 r. większość już wywieziono z miasta lub wykorzystano do produkcji gruzobetonu i innych form odzysku (dziś nazwano by to upcyklingiem), to zwały resztek rozwalonych domów tworzyły uliczną infrastrukturę Śródmieścia. Przez pola gruzów, tak jak dziś przez trawniki, warszawiacy skracali sobie drogę. Właśnie taką to wydeptaną w pyle i pokruszonej cegle ścieżką przerażony nastolatek Tadek wlókł moją mamę, sam co chwila w panice jęcząc błagalnie:
– Niech stryjenka poczeka, niech stryjenka nie zrobi mi TEGO.
W ostatniej chwili szczęśliwie dotarli na Hożą i na progu kliniki Tadek po prostu… zemdlał.
W kilka dni od tej przeprawy Tadek wciąż był w stresie, choć ja spałam już spokojnie na Nowogrodzkiej w dziecinnym łóżeczku odziedziczonym po mojej siostrze Jo, która awansowała do przenosin na rozkładaną kanapkę zwaną amerykanką. Podobno jeszcze nie ochłonął, kiedy ja już zaczęłam raczkować na podłodze pomiędzy prowizorycznymi leżami krewnych i przyjaciół rodziny, którzy w powstaniu stracili swoje domy i czasowo koczowali u nas na Nowogrodzkiej. Jeden z takich chwilowych współmieszkańców okropnie mnie przestraszył, kiedy sunąc na kolanach, nagle natknęłam się na ogromne, podkute buciory chrapiącego na podłodze wielkoluda z siwą brodą wystającą spod czarnego nakrycia. Był to nie kto inny, a słynny nestor polskiej turystyki – Mieczysław Orłowicz (1881–1959). Jego brat Zygmunt, podobnie jak tata nauczyciel wuefu, mieszkał daleko od dworca i w razie późnego powrotu z podróży pan Mieczysław wolał przekimać na podłodze na Nowogrodzkiej. Ta charakterystyczna czarna peleryna, która, gdy trzeba, służyła i za koc, oraz wielkiego rozmiaru trzewiki górskie, które jawiły mi się wtedy jako głowy groźnych potworów, to moje pierwsze świadome wspomnienie z Nowogrodzkiej.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Jeżeli ulice miejskie uznamy za swego rodzaju żywe organizmy niepozbawione emocji, to kiedy tyle pisze się o Nowogrodzkiej, aby nie było smutno jej przecznicom, kilka akapitów, a nawet całych stron też im się należy. Nie da się przecież ich pominąć ani o nich zapomnieć, bo nie tylko każdy róg organicznie złączony z moją ulicą siłą rzeczy ma z nią historię splecioną, ale też każda przecznica ma swoją własną historię. Częścią tej historii do tej pory przez kronikarzy niespisaną siłą rzeczy staje się i moja życiowa przygoda związana z każdą z tych ulic krzyżujących się z Nowogrodzką. W opowieściach o tych przypadkach ulicznych bardziej niż skrupulatność historyczna ważny będzie mój osobisty związek z daną przecznicą. Jakżeby tak nasze losy się nie przenikały. Dwanaście przecznic, każda inna, każda zwinna. Niektóre króciutkie, wytyczone tylko w jedną stronę – w lewo lub prawo. Inne przecznice to ulice alfa-dominantki, dla których Nowogrodzka jest tylko małym epizodem po drodze, przerywnikiem nawet niezakłócającym ruchu ulicznego.
Spróbuję tę wędrówkę od skrzyżowania do skrzyżowania zacząć od początku, tak jak rzekę i jej dopływy opisuje się od źródła. Zresztą i tak numery domów ulicy zaczyna się liczyć do niewidocznej tu przecież Wisły. Zacznę od ulicy „założycielskiej”. To Bracka, graniczna ulica, z której jak z ukrytego źródła wypływając, Nowogrodzka włącza się w kamienny nurt miasta i nieznacznie meandrując w okolicy placu Starynkiewicza, dąży w kierunku Ochoty. To porównanie z rzeką bierze się stąd, że zaczytana w bestsellerze roku 1956, książce Arkadego Fiedlera „Orinoko” tak sobie fantazjowałam, że niczym wody tytułowej bohaterki wypływają ze skalnego pasma Serra Parima, tak Nowogrodzka wyłania się z Brackiej i jej tajnym korytem wiąże się z innymi ulicami Śródmieścia. Obiecałam sobie nie wychodzić w opisie przecznic Nowogrodzkiej poza te, które w dzieciństwie wyznaczały granice mojego świata, bo właściwie poza kwartał miasta nimi ograniczony nie wychodziłam. Żadne mnie tam nie prowadziły sprawy, dalej niż do skrzyżowania z ulicą Tytusa Chałubińskiego nie było powodu, żeby choćby tylko nimi przechodzić. Ta część mojej ulicy za skrzyżowaniem z Chałubińskiego była jakby mniej istotna, w miarę oddalania się od „źródła” coraz mniej nasycona tą specjalną atmosferą dawnej Nowogrodzkiej. Moje odczucie stopniowego rozmywania się tej specyficznej aury Nowogrodzkiej potwierdziła w latach 70. pewna pani, chyba przyjezdna, zdziwiona, że przy ulicy Tytusa Chałubińskiego nie ma już przystanku WKD. Zniesmaczona przenosinami miejsca startu kolejki i budową estakady nad Chałubińskiego porównywała te zmiany ulicy do budowy zapory na rzece – niby woda nadal ta sama, ale nie wszystkie ryby dalej popłyną.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.
Tekst dostępny w pełnej wersji książki.