Świat według Clarksona. Czy da się to przyspieszyć? - Jeremy Clarkson - ebook + audiobook

Świat według Clarksona. Czy da się to przyspieszyć? ebook i audiobook

Jeremy Clarkson

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Z czym kojarzy się wam Jeremy Clarkson?

Z szybkimi samochodami i zwariowanymi pomysłami? A może z rolnictwem? Dziś pewnie wielu z was częściej postrzega go jako dżentelmena farmera, który zza kierownicy traktora dogląda swoich hektarów, ale Jeremy nie od razu stał się synem ziemi o czerstwej twarzy i dłoniach zrogowaciałych od pracy na roli…

Dawniej widziało się go właściwie tylko w rozpędzonym samochodzie spowitym dymem palonych opon i oparami benzyny. To szalone życie przemierzającego świat motoryzacyjnego guru zmuszało go do mierzenia się z nieludzką liczbą okoliczności, w których stawiał czoła głupocie, niedorzecznościom i nonsensom. I choć Jeremy nie należy do osób o anielskiej cierpliwości, zawsze podejmował wysiłek, by swoim ciętym komentarzem i dobrą radą postawić do pionu wciąż zaskakujący go absurdami świat. Tak jest i tym razem – przed wami ósmy już „Świat według Clarksona”!

Dowiecie się z niego między innymi:

  • czy istnieją słuchawki z redukcją hałasu zdolne wyciszyć Jamesa Maya
  • czym grozi kąpiel w wannie z ropą naftową
  • jaki typ obuwia jest odpowiednikiem SUV-a wśród butów
  • co najbardziej pomaga na kaca
  • gdzie można obejrzeć obraz Moneta, szorując nosem po płótnie
  • jaki gatunek zwierząt potrafi przesyłać zdjęcia z Instagrama
  • co oznacza skrót BYY.

Tak jak wcześniej, również i tym razem można liczyć na Jeremy’ego, który swoim wyjątkowym poczuciem humoru i niepodrabialnym podejściem do rzeczywistości próbuje naprawiać świat. I to na pełnych obrotach. Tylko nie oczekujcie, że wszystko pójdzie jak po maśle…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 334

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 16 min

Lektor: Wojciech Żołądkowicz

Oceny
4,3 (126 ocen)
62
40
21
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Telchamien

Dobrze spędzony czas

Clarkson…po prostu. Kto lubi ten po lubi, kogo drażni nadal będzie zdrazniony…
10
lunanokato

Nie oderwiesz się od lektury

Jeśli lubi się czytać felietonów Clarksona, to jest to równie dobra książka co jego pozostałe :D polecam :3
10
Maserati

Nie oderwiesz się od lektury

Super. Wspaniałe jest mieć świadomość, że nie jest się osamotnionym w swoich poglądach . Jestem z tego samego pokolenia co J.Clarkson, żyję w tym samym kraju i widzę,że te same rzeczy doprowadzają nas do białej gorączki.
10
22Syl1000

Nie oderwiesz się od lektury

Książka super. Lektor bardzo słaby
10
adam-wlodarczyk

Dobrze spędzony czas

Słuchałem audiobooka. Lubię jego felietony, ale tym razem trochę przynudza.
10

Popularność




Tytuł oryginału The World According to Clarkson Volume EightCan You Make This Thing Go Faster?

Michael JosephFirst published 2020Michael Joseph is part of the Penguin Random House group of companieswhose addresses can be found at global.penguinrandomhouse.com

Copyright © Jeremy Clarkson, 2020All rights reserved. The moral law of the author has been asserted

Felietony z niniejszej książki pochodząz rubryki Jeremy’ego Clarksona w „The Sunday Times”

PrzekładBożena Jóźwiak, Michał Jóźwiak

RedakcjaTomasz Brzozowski

KorektaMałgorzata Kłosowicz, Dominika Rychel

Koordynacja projektu, skład, okładkaTomasz Brzozowski

Zdjęcia autora na okładceThe Sunday Times / News Licensing

Konwersja do wersji elektronicznej Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2020Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-66873-58-2

Insignis Media ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków tel. +48 (12) 636 01 [email protected], www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Już za chwilę Artystyczny Nokaut! Zobaczycie las pokryw do włazów kanalizacyjnych w Chippenham

Na wrzosowisku Dartmoor stanęła ogromna i całkiem gustowna drabina. O nic się nie opiera, lecz wyrasta ze środka pustkowia i wznosi się ku chmurom. Wielu nazwało ją „Schodami do nieba”, a miejscowe władze już wkrótce usuną tę instalację, zasłaniając się względami bezpieczeństwa.

Nie zapowiedziały wprawdzie, że to zrobią, ale zrobią to, bo co będzie, jeśli ktoś postanowi wspiąć się na samą górę drabiny – gdzie nie ma już nic oprócz nieba – i spadnie? Kogoś trzeba będzie pozwać. Dlatego lepiej drabinę zdemontować i wrzucić do skipa.

Kiedyś w tym samym miejscu stało gigantyczne dębowe krzesło. Wykonał je miejscowy artysta Henry Bruce, ale „szefowie Dartmoor” (jak ich nazywa miejscowa gazeta) stwierdzili, że cieszy się ono zbyt wielkim zainteresowaniem turystów, co powoduje problemy w ruchu drogowym. Zdecydowali więc, że należy je usunąć. I tak się stało: wywieziono je wielką ciężarówką do przeprowadzek.

Tak się zastanawiam… Dlaczego nikt nie usunął dwudziestometrowej postaci z rozpostartymi skrzydłami górującej nad Gateshead? Lub nagich mężczyzn z żeliwa stojących po kolana w piasku na plaży w Crosby w hrabstwie Merseyside? Lub graffiti zdobiących ściany sklepów w Bristolu?

To proste. Są to dzieła uznanych artystów, więc mogą zostać. Drabina i krzesło? Zostały stworzone prawdopodobnie przez zwyczajnych ludzi. W takim razie są śmieciami i należy się ich pozbyć.

Uważam, że to głupota. Mnie ta drabina się podoba. Bez niej Dartmoor to tylko ogromna błotna połać smagana wiatrem. Atrakcyjna dla koni, idiotów w nieprzemakalnych kurtkach z kapturem i włamywaczy z wyrokiem, ale przeciętna rozwinięta istota ludzka potrzebuje tam jakiegoś wyróżnika. Jego brak sprawia, że Dartmoor to coś, co trzeba minąć w drodze do Kornwalii. Duża plama niczego wstrzymująca rozwój Tavistock.

Mam zatem propozycję dla szefów Dartmoor: umieśćcie na najbliższym murze tabliczkę z oświadczeniem, że nie ponosicie odpowiedzialności za urazy poniesione podczas wspinaczki i pozostawcie drabinę tam, gdzie jest.

Przyszedł mi do głowy jeszcze jeden, nawet lepszy pomysł – tym razem dla ogólnokrajowych nadawców. Wskrześmy program It’s a Knockout, ale zaprowadźmy w nim kilka istotnych zmian*. Zrezygnujmy z pedofilskiego prowadzącego śmiejącego się histerycznie za każdym razem, kiedy uczestnicy przebrani za smerfy wpadają do brodzika. Niech ten teleturniej stanie się ogromnym ogólnokrajowym konkursem artystycznym.

Myślę, że widzowie mają dość oglądania entuzjastów fitnessu przedzierających się przez dżunglę czy doniesień o przejawach normalnych zachowań Borisa Johnsona. A już z całą pewnością nudzą nas kaczki, które potrafią jeździć na deskorolce, sprzedawcy sklepowi, którym wydaje się, że umieją śpiewać, i biedne dzieci znające magiczne sztuczki. Wkrótce nie będziemy chcieli patrzeć nawet na ludzi z dwiema lewymi nogami, którzy ubrani w kombinezony z cekinami podrygują do piosenki ABBY.

Program, który wymyśliłem, też jest konkursem, ale przewyższającym uznane formaty, bo co tydzień dwa całe miasta będą rywalizować, które z nich stworzy lepszą instalację artystyczną. A kibicować im będzie jury w składzie: Anthony Gormley, Jonathan Yeo, Keith Tyson i Banksy – przecież możemy mierzyć wysoko.

Zastanówcie się tylko. W każdym mieście znajdą się jakieś nieużytki, którymi nie interesują się deweloperzy. W dzisiejszych czasach często jest to tak zwane centrum. Zazwyczaj składa się ono tylko z rzędu sklepów charytatywnych i punktów z jedzeniem na wynos, a ożywa wyłącznie nocą w zamieci chlamydii i wymiotów. Chyba warto zatem przekształcić je w kilometrową wystawę dzieł Henry’ego Moore’a?

Czasem to nie będzie centrum, lecz na przykład opuszczona fabryka, blok, który po pożarze wieżowca Grenfell uznano za nienadający się do zamieszkania, lub park wykorzystywany głównie przez psy jako ubikacja. W każdym mieście znajduje się jakiś obiekt bądź teren, który po przeróbkach doskonale się nada.

Czyli tak: rada miejska wybiera lokalizację i konsultuje ją z miejscowymi artystami. Ich też nigdzie nie brakuje. Wszędzie można znaleźć osoby, które w pobliskiej herbaciarni eksponują swoje akwarele albo upiorne wypchane zwierzęta w nadziei, że zechce je kupić ktoś z Królewskiego Narodowego Instytutu Osób Niewidomych.

Te konsultacje będą filmowane – wszyscy przecież chcemy poznać kulisy współzawodnictwa w miasteczkach ekscytujących się na co dzień konkursami na największy kabaczek i wyścigami kucyków. Chcemy oglądać ta małomiasteczkowe rozgoryczenia, kiedy artysta słyszy, że jego pomysł pomalowania wszystkich słupów telegraficznych na czerwono jest głupi, bo radni zamiast tego wolą wznieść u siebie pełnowymiarowy model Muzeum Guggenheima w Bilbao.

Całe to przedsięwzięcie będzie wymagało mnóstwa pracy, ale to nie szkodzi, bo w każdym mieście zawsze jest pełno wścibskich osób, które „pragną się angażować w sprawy społeczności”. A jeszcze więcej tych, którzy mają parcie na ekran. Marzy mi się odcinek, w którym jakieś miasto robi remake starej reklamy telewizora Sony Bravia: farba eksploduje z niezliczonych miejsc na komunalnym blokowisku, a jej hektolitry tworzą feerię barw. Pamiętacie ten spot? Wyobraźcie sobie teraz wystrzeliwanie trzydziestocentymetrowych kul z farbą z działka ustawionego na jakimś paskudnym terenie. W ciągu kilku minut jego szpetota by zniknęła.

Bristol mógłby stworzyć jakąś instalację związaną z concorde’em, Doncaster – wykonać dwustumetrowego górnika z brązu, a Chippenham – ustawić las pokryw do włazów kanalizacyjnych na cześć Jeremy’ego Corbyna, najsłynniejszego syna tego miasta, choć jego pomysły na rewitalizację zapomnianych miejscowości nie są nawet w przybliżeniu tak dobre jak mój.

Z pewnością w jakimś brytyjskim mieście działa firma, która potrafiłaby odtworzyć tę cudowną fontannę z lobby Burdż al-Arab, tylko jeszcze większą. Znacznie chętniej obejrzę próby sprostania temu wyzwaniu od podróży jakiejś dziewczyny z kasy w supermarkecie do Simona Cowella i z powrotem do kasy.

Co więcej, o tej dziewczynie zapomnimy już dosłownie za chwilę, a taka fontanna mogłaby działać całe setki lat. Ów cud architektury wywindowałby miasto, które go stworzyło, na poczesne miejsce na mapie sztuki. Wyżej niż plasuje się nasze kolejne bezsensowne Miasto Sztuki: Coventry.

7 stycznia 2018 r.

* Jasno chcę powiedzieć wszelkim menedżerom telewizyjnym: to mój pomysł.

Przekładaj dalej papiery, konstablu. My, straż obywatelska, zajmiemy się włamywaczem

Na temat prawa w Wielkiej Brytanii wiem tylko jedno: nie ma na całym świecie droższego miejsca niż stanowisko wyższości moralnej. Nawet gdyby sam Bóg wyłonił się z chmur i powiedział ławie przysięgłych, że postąpiliście właściwie, wcale nie gwarantowałoby to, że zostaniecie uniewinnieni. Zazwyczaj wręcz przeciwnie.

I w ten sposób zgrabnie przechodzę do przypadku Marka Cardwella, który stanął przed sądem koronnym w Teesside w zeszłym tygodniu. Zanim do tego doszło, rozmawiał online z dziewczynkami. Przynajmniej tak mu się wydawało. Tymczasem okazało się, że prosił o intymne fotki działaczy obywatelskich organizacji ścigających pedofilów. Te szybko doniosły na niego stróżom prawa.

Oczywiście to wspaniale, ale chwileczkę… Jakie przestępstwo popełnił w rzeczywistości ten człowiek? Nie zachował się nieodpowiednio w stosunku do nieletniej. Poprosił brzuchatego faceta w koszulce ze Steppenwolfem, żeby zrobił sobie dobrze i podesłał mu fotki. Dziwaczne, przyznaję, ale nie nielegalne.

Co ciekawe, okazuje się, że jednak nielegalne, bo w zeszły poniedziałek Cardwella uznano za winnego próby uwiedzenia dziecka oraz nakłonienia go do czynności seksualnej i skazano na osiemnaście miesięcy więzienia.

Być może publicznie nie ujawniono niektórych aspektów tej sprawy, w każdym razie jednak komisarz do spraw policji i przestępczości wyraził wdzięczność organizacjom obywatelskim za ich pomoc w doprowadzeniu do wyroku skazującego, choć nie ma potrzeby pomagać policji, bo „mamy wszystko pod pełną kontrolą przez cały czas”.

Tyle że tak nie jest. Wiemy o tym doskonale, bo zeszłej jesieni policja sama przyznała, że by zaoszczędzić czterysta milionów funtów, nie będzie już prowadziła dochodzeń w sprawach drobnych przestępstw związanych z przemocą lub kradzieżą, chyba że ofiara sama wskaże sprawcę.

Oczywiście jeśli przestępca wtargnie do czyjegoś domu, uciekając się do przemocy lub oszustwa, dyżurny funkcjonariusz wypełni formularz swoim najstaranniejszym pismem odręcznym i pieczołowicie złoży go do akt w tym ogromnym magazynie, gdzie skończyła zaginiona Arka Przymierza. Natomiast jeśli złoczyńca podważy łomem okno i ukradnie kilka drobiazgów, właścicielowi domu powie się uprzejmie, żeby spadał.

To samo dotyczy umiarkowanej przemocy. Jeśli, jak większość mieszkańców naszego kraju, toczysz z sąsiadem wojnę o jego zaniedbany żywopłot, nie możesz go zdzielić młotkiem w twarz. Bo wówczas pojawią się gliny. Natomiast jeśli go popchniesz albo szturchniesz palcem w oko, to w porządku.

Pomysł jest bardzo prosty. Dzięki ignorowaniu drobnych wykroczeń policja będzie mogła skierować wszystkie siły do zwalczania tych przestępstw, które w obecnych czasach naprawdę się liczą. Terroryzmu. Bycia didżejem z lat siedemdziesiątych. Ochlapywania matek wodą z kałuż przy zbyt szybkim przejeżdżaniu ulicą. Albo wrzucania plastiku do morza.

Problem w tym, że po odkryciu u siebie włamania wcale nie odnosicie wrażenia, że to nieistotne przestępstwo. W najlepszym razie jego skutkiem są pewne niedogodności. Musicie trzymać nerwy na wodzy, gdy rzeczoznawca ubezpieczyciela oskarża was, że sami się okradliście. A potem kupić nową szczoteczkę do zębów, na wypadek gdyby tą z łazienki złodziej wyczyścił sobie tyłek.

W najgorszym razie włamanie może głęboko was zmartwić. Utrata pierścionka zaręczynowego matki, psa lub albumu z fotografiami może wydawać się nieistotna, gdy się o tym pisze, ale was dotknie do żywego i zasmuci na długo. A będzie wam jeszcze smutniej, kiedy na posterunku policji każą wam się wynosić, bo „wszyscy nasi funkcjonariusze są teraz na szkoleniu wspinania się po drabinie”. Co zatem powiecie na taki plan…

Magazyny zatrudniają nocnych stróżów, żeby pilnowali towarów, kiedy pracownicy idą do domu. Przemysłowe tereny przyzakładowe patrolowane są przez ochronę z groźnymi psami. Sklepy też mają swoich ochroniarzy. Widziałem ostatnio jednego stojącego w drzwiach. Był dobrze zbudowany, w uchu miał słuchawkę i przypuszczam, że dzięki jego obecności znacznie zmalało ryzyko, że ktoś rozbije szybę i wyniesie, co zdoła.

Puby i kluby też zatrudniają ochronę, żeby radziła sobie z zachowaniami, które przestały już interesować policjantów. Dlaczego zatem, na miłość boską, podobne rozwiązanie nie trafi na ulice?

Co prawda na tę, przy której mieszkam w Londynie, właśnie trafiło. Jeden z mieszkańców miał już po dziurki w nosie tracenia dwóch range roverów rocznie, więc przekonał sąsiadów, żeby wspólnie wynająć faceta, który w nocy jeździ po okolicy i świeci latarką w twarz każdemu przechodniowi w kapturze. W kolejnym roku ukradli mu trzy range rovery. Podejrzewam jednak, że to dlatego, iż ów najęty samotny mściciel jest kiepskawy.

Wasz tymczasem może być lepszy. Poza tym całe to przedsięwzięcie wcale nie musi być bardzo drogie, no bo pomyślcie: jeśli na waszej ulicy znajduje się sto domów i wszyscy ich mieszkańcy się zrzucą, to możecie mieć faceta z samochodem i złym psem… za ile? Trzysta funtów rocznie?

A za nieco więcej może uda wam się wprowadzić własny system prawny. W różnych zamieszkałych przez muzułmanów dzielnicach w Wielkiej Brytanii obowiązuje szariat, czyli islamskie prawo oparte na ich wierzeniach religijnych. Możecie więc pójść za tym przykładem i ustalić, co będzie odpowiednie dla was i waszych sąsiadów.

Jeśli mieszkacie wśród osób w typie Jeremy’ego Corbyna, moglibyście zaprosić włamywacza do kuchni i poczęstować go rozgrzewającą zupką. Jeśli bliżej wam do konserwatywnych moralistów z Tunbridge Wells, możecie przywiązać go do ozdobnego słupa i skazać na śmierć. Na przykład przez ukamienowanie, jeśli tego zażyczą sobie wasze dzieci.

Tego rodzaju podejście znacznie odciąży zwykłe sądy, które wreszcie będą miały więcej czasu na zajmowanie się poważnymi sprawami, takimi jak parkowanie na żółtej linii czy przekraczanie dozwolonej prędkości.

Jedyna dziedzina, którą nie radzę wam się zajmować, to pedofilia. Bo mam w tym względzie pewne doświadczenie. Nie, chwileczkę. Źle to sformułowałem. Kiedyś musiałem zwrócić się o pomoc do CEOP – policyjnej agencji przeciwdziałającej wykorzystywaniu dzieci i zajmującej się ich ochroną w internecie.

I to było niesamowite. Imponująco skuteczne. To jedyna dziedzina pracy policyjnej, w której cywile nie potrafią poradzić sobie lepiej niż policjanci.

14 stycznia 2018 r.

Cztery słowa, które mogły uratować małżeństwo prezesa UKIP-u: Nie znoszę muzyki klasycznej

Jeśli pewnego ranka twój mąż wstanie z łóżka, przeciągnie się i odsuwając zasłony, rzuci: „Nie znoszę całej tej muzyki klasycznej”, możesz odetchnąć z ulgą i podążać przez resztę życia lekkim krokiem z uśmiechem na twarzy. Chcąc zrozumieć dlaczego, musimy przeanalizować przypadek Henry’ego Boltona, lidera Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP), który w wieku pięćdziesięciu czterech lat postanowił rozwieść się ze swoją urodzoną w Rosji żoną, by związać się z Jo Marney.

Znajomi przedstawiali ją jako „modelkę, aktorkę i dziennikarkę”, a nieoceniający twitterowi lewacy jako „modelkę topless o trzydzieści lat młodszą od Boltona”, ale kiedy gazety zaczęły opisywać ją jako „rasistowską modelkę, aktorkę i dziennikarkę”, romans najwyraźniej stracił impet.

Obecnie pan Bolton przebywa sam w wynajętym pokoju, podczas gdy pani Bolton w ich wspólnym domu pracowicie wyszukuje ślubne zdjęcia i wrzuca je do śmieci.

To smutna historia i do tego dość częsta. Wielu pięćdziesięcioczteroletnich mężczyzn budzi się rano i myśli: „O, nie. Wkrótce będę pustą skorupą z obwisłymi cycami i przerzedzonymi włosami, więc powinienem jak najlepiej wykorzystać swoje ostatnie dni, póki jeszcze jestem mężczyzną. Muszę kupić sobie porsche, wystylizować włosy łonowe na kształt orła i zabrać dwudziestopięciolatkę na kolację”.

By wywrzeć wrażenie na młodej kobiecie, ci biedacy udają, że interesuje ich Snapchat oraz dlaczego Rita Ora jest lepsza niż Bouff Daddy. Potem zgadzają się na clubbing, nie zdając sobie sprawy, że żaden mężczyzna po czterdziestce nie powinien tańczyć z rękami nad głową.

Wielu będzie ich wyśmiewać. Szczególnie kiedy napiją się cydru K, żeby wyjść na spoko gościa, i zakończą wieczór pod parkową ławką, śliniąc się i myśląc, że utknęli w głowie Rogera Deana.

Któregoś dnia zapewne uda im się dobrać do majtek dwudziestopięciolatki, ale ponieważ zdarzy się to w ich porsche, uszkodzą sobie plecy, a następnego dnia obudzą się z chlamydiozą i połową dźwigni ręcznego w tyłku.

Mimo wszystko będą się trzymać tej dziewczyny, potem wezmą ślub, a na sześćdziesiąte urodziny, kiedy powinni spokojnie zgłębiać tajniki wędkarstwa muchowego, ona podaruje im w prezencie noworodka.

Co ciekawe, niektórzy mężczyźni potrafią oprzeć się tej pokusie. Spoglądają na nastoletnią recepcjonistkę i mówią sobie: „Nie wolno mi o tym myśleć”. Wracając jednak do mojego początkowego stwierdzenia: żona nigdy nie może się w pełni odprężyć, dopóki nie nadejdzie dzień, w którym jej mąż oświadczy, że nie lubi muzyki klasycznej.

Przyznałem to przed sobą w okolicy Bożego Narodzenia, a głośno na przyjęciu w zeszłym tygodniu. Zszokowałem gości, ale mimo to ciągnąłem temat. Niektóre kawałki mogą nawet być chwytliwe, bo kiedyś wykorzystano je w reklamach opon i lodów. Kiedy jednak naprawdę wysłuchasz w całości tych nissanów dormobile’ów, okażą się okropne. Długie jak solo perkusyjne w progrocku i niemal równie posępne.

Muzyka klasyczna w pewnym sensie przypomina Szekspira. Każdy twierdzi, że jego sonety są genialne i stanowią podstawę naszego języka. Doprawdy? Dlaczego zatem nikt przy zdrowych zmysłach nie czyta ich od opuszczenia szkoły aż do śmierci?

Szekspir z kolei jest jak Radio 3. Mamy świadomość istnienia tej stacji, a BBC twierdzi, że słuchają jej dwa miliony osób tygodniowo. My jednak nie dajemy się nabrać. Dobrze wiemy, że to tylko jeden kretyn, który siedzi na jakimś strychu, włączając i wyłączając radio dwa miliony razy.

Być może widzieliście rewelacyjnychZapętlonych, pełnometrażowy film oparty na serialu The Thick of It. W jednej ze scen wściekły Szkot każe nadętemu urzędnikowi państwowemu wyłączyć grającą w tle muzykę klasyczną. „To tylko samogłoski!” – wrzeszczy. I ma absolutną rację. To komunikacja pozbawiona spółgłosek.

Zdecydowanie uważam, że twórczość Bay City Rollers jest ciekawsza niż Mozart, Brahms i Bartók razem wzięci. A każdy, kto twierdzi, że lubi operę, tylko się popisuje.

I w tym rzecz. Kiedy poszukujemy partnera czy partnerki, posiłkujemy się najrozmaitszymi fortelami, które mają sprawić, że będziemy wydawać się atrakcyjni. Nie używamy słowa „sedes” i podkreślamy, że w naszej sypialni nie ma telewizora. A na plaży nie afiszujemy się książką Lee Childa. Znacznie lepiej mieć ze sobą biografię jakiegoś renesansowego malarza.

Nicky Haslam, projektant wnętrz i komentator życia towarzyskiego, opublikował ostatnio zdjęcie ręcznika kuchennego otrzymanego od znajomego, na którym widnieją wszystkie rzeczy, które Haslam uważa za prostackie. I których w związku z tym należy unikać. Ibiza, Richard Branson, osobiści trenerzy, bycie chorym, wymawianie „e” w słowie furore, wódka z tonikiem, Oxfordshire, dress code, spinki do mankietów…

Ta lista jest bardzo długa, a jeśli akurat staracie się wywrzeć dobre wrażenie, by kogoś poderwać, taki ręcznik może okazać się przydatną ściągawką do powieszenia na relingu waszej kuchenki Aga. Zaraz, zaraz. Tylko sprawdzę… Nie ma. Wygląda na to, że kuchenki Aga są w porządku.

Pomyślcie tylko, ile to wymaga wysiłku, zawsze robić właściwą rzecz we właściwym miejscu i o właściwym czasie z właściwymi ludźmi. Kiedyś przyjechałem z dziewczyną do domu pewnej wytwornej kobiety i jak tylko przekroczyliśmy próg, spytała moją towarzyszkę: „Chciałabyś może przejrzeć się w lustrze?”. W rzeczywistości miała na myśli: „Może chce ci się siusiu”, ale tego nie mogła powiedzieć, bo z jakiegoś powodu było to niestosowne. Ona właśnie należy do osób, które słuchają Bacha. I jeżdżą pociągiem z egzemplarzem „The Economist”, choć w głębi duszy znacznie bardziej wolałyby czytać „Hello!”.

Wiedziemy takie koszmarne życie pełne udawania tylko po to, żeby wydawać się inteligentniejsi i ciekawsi i być oceniani przez innych jako lepsi, niż w istocie jesteśmy. A jedynym powodem tego jest chęć bycia atrakcyjnym.

Nadejdzie jednak dzień, kiedy żadne mrużenie oczu przy patrzeniu w lustro wam nie pomoże. Po prostu zrozumiecie, że przestaliście być atrakcyjni. Wówczas poczujecie błogosławioną ulgę, bo odtąd będziecie mogli mówić, robić i nosić wszystko, co się wam żywnie podoba.

21 stycznia 2018 r.

Zanim zlinczujecie pracowników Oxfamu, pomyślcie o tysiącach istnień, które uratowali

Zapewne coś mi się zupełnie pomyliło, ale z tego, co zrozumiałem, ciężko pracujący członek organizacji humanitarnej być może przespał się z prostytutką po wyczerpującym dniu spędzonym na rozdawaniu owoców i koców ratunkowych ofiarom trzęsienia ziemi na Haiti. W rezultacie wszędzie teraz słychać nawoływania, żeby każdego, kto choćby przeszedł koło sklepu Oxfamu, zabić strzałem w głowę i pochować w nieoznakowanym grobie za miastem.

Żeby nie było tu żadnych wątpliwości: ja zawsze miałem wątpliwości co do Oxfamu. Nie podobało mi się, jak Oxfam wykorzystuje globalne ocieplenie, ubóstwo i Margaret Thatcher jako trójząb do ataku na nasze poczucie winy. I od dawna podejrzewałem, że każda organizacja prowadzona przez grupkę zwolenników BBC i Partii Pracy będzie wydawać więcej na południowoafrykańskie, bezatomowe i pokojowe chipsy niż na bandaże dla potrzebujących i pozbawionych środków do życia.

I nawet podczas mojego krótkiego flirtu z punkiem mniej więcej 1 sierpnia 1976 roku absolutnie nic w sklepie Oxfamu nie nasunęło mi myśli: „Hm. Co za ironia”. To wszystko tandeta.

Zresztą nie chodzi tylko o Oxfam. Podróżowałem do różnych muzułmańskich punktów zapalnych na całym świecie i widziałem tam pracowników ONZ, którzy podczas ramadanu przesiadywali na rogach ulic w krótkich spodenkach, popijając piwo i paląc papierosy. I słyszałem, jak ludzie na tych uszczęśliwianych na siłę terenach zastanawiali się, dlaczego na wszystkich oenzetowskich toyotach land cruiserach obok błękitnego UN nie widnieją także błękitne „C” i „T”.

Dalej mamy UNICEF, w którym – jak dowiedzieliśmy się w ubiegłym tygodniu – aż roi się od pedofilów, i wszystkie inne organizacje pozarządowe, o których po prostu wiadomo, że ich terenowe oddziały prowadzą żarliwie pobożni entuzjaści, których w życiu nie zaprosiłbyś na obiad.

Rozumiem, dlaczego tego rodzaju zajęcie jest pociągające. Wysyłają was na kilka miesięcy w jakieś gorące miejsce, gdzie wykonujecie ważną pracę, dzięki której stajecie się interesujący i opaleni.

A do tego, jeśli coś pójdzie nie tak, na przykład wpadniecie w pułapkę, zostaniecie zjedzeni albo wysadzeni w powietrze, wiecie, że dyrektor szkoły, do której chodziliście, będzie was wychwalał podczas odbywającego się na stojąco pogrzebu, a lokalna gazeta zaapeluje, by na waszą cześć nazwać rondo. Pewnie, John Lennon dostał port lotniczy za swojego eggmana, a wy co? Rondo. Obsadzone geranium.

Po skończonym dniu pracy możecie spędzać czas nad basenem w domu, gdzie zostaliście zakwaterowani, popijać piwo, ciesząc się ciepłym wieczorem, i być może uprawiać seks. I w tym najwyraźniej tkwi sedno problemów Oxfamu.

Jeden z ich ludzi, Belg działający na Haiti, prawdopodobnie zapłacił jakimś kobietom za zrobienie tego, co podobno robiły, a to zostało bardzo źle przyjęte przez wszystkich, którzy nie mają pojęcia, o czym mówią.

Haiti to bardzo biedny kraj. Trudno tam o pracę. I oto przyjeżdża Belg z plikiem dolarów. To, co stało się później, stawia tego Belga, jak twierdzą wszyscy, w jednym rzędzie z tym dentystą, który zastrzelił lwa, Jimmym Savile’em i Hitlerem. Przepraszam, ale nie rozumiem tej histerycznej nagonki.

Na świecie istnieją prostytutki. Sypiają z mężczyznami za pieniądze. Dzieje się to, od kiedy się urodziłem. Niektórzy twierdzą, że nawet od czasu, kiedy przyszedł na świat James May. Osoby świadczące usługi seksualne są smutną rzeczywistością. Tak? Zgadza się? Co zatem stanie się z tymi kobietami, jeśli nie będą miały klientów? Zatrudnią się jako manikiurzystki! Na Haiti? Zejdźmy na ziemię.

Z grubsza mamy tu do czynienia z podobną dyskusją, jaka toczy się na temat grid girls w Formule 1. Uznano, że nie pasują do wizerunku tego sportu, w związku z czym mają zniknąć z torów. A to oznacza, że spadną dochody kilkuset młodych kobiet z całego świata.

Kontakty wspomnianego Belga z prostytutką powinny interesować tylko jego żonę. Na pewno nie bandę rozwścieczonych szczekaczy w Wielkiej Brytanii. Z rozpaczą obserwuję, że od czasu opublikowania tych rewelacji Oxfam traci darczyńców wspierających tę organizację stałym poleceniem zapłaty – w ciągu zaledwie trzech dni wycofało się 1270. Obserwujemy też kolejnych byłych ministrów rozwoju międzynarodowego twierdzących, że nigdy nie słyszeli o Oxfamie, oraz lotną brygadę z owłosionymi pachami palącą ludzi na ulicach za oglądanie wystawy sklepu tej organizacji.

Można mieć całkowitą pewność, że o tej sprawie jeszcze długo będzie głośno. Podobnie jak głośno było o sprawie Harveya Weinsteina, która doprowadziła do kwestii Kevina Spaceya, a ta do wszystkich, którzy mają mosznę. I w tej atmosferze afera seksualna związana z Presidents Club skłoniła Great Ormond Street Hospital do zwrotu pieniędzy otrzymanych na pomoc chorym dzieciom, bo zostały zebrane przez młode kobiety w starannie dobranej bieliźnie. Zatem teraz również inne organizacje dobroczynne zostaną wciągnięte w to bagno.

I w rezultacie w przyszłym tygodniu będziecie bać się wrzucić dziesięć centów do puszki Royal National Lifeboat Institution w obawie, że organizacja wyda je na kije bejsbolowe do zabijania fok.

Owszem, niektóre organizacje dobroczynne są prowadzone nieudolnie i wydają na pomoc tylko sześćdziesiąt procent darowizn. Większość jednak radzi sobie znacznie lepiej, zużywając na koszty administracyjne swojej działalności zaledwie jeden procent.

Znałem pewnego faceta pracującego dla znanej organizacji humanitarnej, który po powrocie do Europy po półrocznej misji na polu walki lub w jakimś piekielnym miejscu raczył nas straszliwymi opowieściami o przyszywaniu ludziom urwanych nóg tyłem do przodu lub przybijaniu wieka trumny nad nieboszczykami, którzy po pierwszym uderzeniu młotka wołali „Auu!”. Robiło to wrażenie na tych, którzy go nie znali, ale przy dzisiejszych nastrojach zawisnąłby na słupie latarni ulicznej, a banda kretynów rzucałaby w niego warzywami.

Tymczasem pamiętajmy o jednym: na każdy błąd, który popełnił w stanie kompletnego wyczerpania lub oszołomienia masakrą, przypadają setki, a może tysiące istnień ludzkich, które uratował.

Obawiam się, że teraz świat podobnie krzywdzi tego Belga. Oczywiście mogę się mylić. Może rzeczywiście jest okropny. Ale najpierw się co do tego upewnijmy, zanim zlinczujemy go za spanie z prostytutkami (nie jest pierwszym, który to zrobił) po dniu spędzonym na ratowaniu życia setek osób.

Tymczasem podrzucę wam mały tip. Kiedy następnym razem będziecie przechodzić obok sklepu Oxfamu, dajcie im trochę pieniędzy.

18 lutego 2018 r.

Klucze, guma, korkociąg… o, jest. Wiedziałem, że wkładałem swoją męskość do torby męskiej

Koniecznie chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o alarmujących pogłoskach, jakoby Jeremy Corbyn dreptał po Londynie z zatrutym parasolem i aktówką pełną kodów do odpalenia pocisków jądrowych. Zajrzałem więc na portal informacyjny BBC i… nie znalazłem zupełnie nic na ten temat. Był tam natomiast ciekawy artykuł o historii męskiej torebki.

Oczywiście w artykule BBC o tym nie wspomniano, ale męskie torebki zawsze robiły wrażenie, no wiecie, nieco gejowskich. W jednym z odcinków Przyjaciół Matt LeBlanc – ciekawe, co się z nim teraz dzieje? – kupił sobie torebkę, która dostarczyła pozostałej piątce mnóstwa okazji do sugerowania, że Matt może być kobietą.

Z kolei w serialu Kroniki Seinfelda Jerry z oburzeniem tłumaczy, że jego męska torba nie jest żadną torebką. „Jest europejska” – oświadcza. A jak wiemy, kiedy Amerykanin nazywa coś europejskim, na przykład nienoszenie przy sobie broni albo palenie papierosów Disque Bleu, ma na myśli „gejowskie”.

Mój tata miał zwyczaj nosić torebkę i przyznaję, że nieraz dokuczałem mu z tego powodu. Odpowiadał, że przynajmniej nikt nigdy nie ukradnie mu czegoś takiego w twardym, górniczym mieście Doncaster, gdzie mężczyźni są mężczyznami, i miał całkowitą rację. Ukradziono mu ją za to w europejskim Amsterdamie. „Zapewne zrobił to ktoś – powiedziałem mu wówczas – kto chciał nią zdzielić swojego chłopaka”.

Według „GQ” torebki męskie po raz pierwszy stały się popularne w XIX wieku, kiedy faceci przymocowywali sobie do pasa lub nogi mały woreczek wypełniony przyprawami i ziołami, żeby ładnie pachnieć. Był to swego rodzaju renesansowy dezodorant. Taki Right Guard, tyle że z nutą pietruszki.

Oczywiście, od tamtych czasów sytuacja się zmieniła. Homoseksualizm stał się niemal obowiązkowy, a jeśli chcecie dobrze sobie radzić, po prostu musicie eksponować jego styl. To właśnie dlatego David Beckham, Lewis Hamilton i inni faceci, których życie toczy się w bocznej kolumnie wstydu portalu Mail Online, są regularnie widywani „w podróży odrzutowcem do LAX” z wartymi trzy tysiące skórzanymi torebkami przewieszonymi niedbale przez ramię.

Sprzedaż tego towaru rośnie. W ubiegłym roku piętnaście procent męskiej populacji Wielkiej Brytanii nabyło torebkę, a wśród mężczyzn poniżej trzydziestego czwartego roku życia ten odsetek skacze do jednej czwartej. A teraz uwaga. Ja też mam taką torebkę. Nie jest to dzieło Stelli McCartney. Nie ma skórzanych wykończeń. Stylem bardziej przypomina tę noszoną przez Indianę Jonesa, ale jest moja. Ja jestem mężczyzną, a to jest torebka – i nie poradziłbym sobie bez niej.

Zastanówcie się przez chwilę. Kiedy dawniej wychodziło się z domu, wszystko, czego potrzebowaliśmy – książeczka czekowa, prezerwatywa i karta członkowska wypożyczalni Blockbuster na czas, kiedy prezerwatywa nie była potrzebna – mieściło się w portfelu. A ten z kolei mieścił się w kieszeni spodni oksfordzkich.

Dziś jest inaczej, bo wychodząc, musicie zabrać ze sobą telefon, laptop, iPada i ładowarki do tego wszystkiego. Do tego dochodzi Kindle, karty kredytowe i trochę gotówki, i nie ma sposobu, by tyle rzeczy upchnąć w kieszeniach.

Uważacie pewnie, że aktówka pomieściłaby to wszystko, i zapewne macie rację. Ale z aktówką sprawiacie wrażenie kogoś, kto chadza na spotkania biznesowe i stara się „wyjść naprzeciw” różnym ważnym ludziom. Aktówka sugeruje też, że w weekendy grywacie w golfa, a przecież nie taki komunikat chcecie przekazywać otoczeniu. Znacznie lepiej, żeby ludzie myśleli, że jesteście homoseksualni.

Poza tym do aktówki nie zmieszczą się wszystkie inne rzeczy potrzebne nowoczesnemu mężczyźnie, jeśli ma on być gotowy w mgnieniu oka zebrać się do drogi.

W mojej torebce, na przykład, mieści się laptop, ładowarki i tak dalej. Mam w niej też tabletki przeciwbólowe, tabletki na malarię, które cały czas przyjmuję, karty magnetyczne z każdego hotelu, w jakim kiedykolwiek się zatrzymałem, dwie paczki gumy nikotynowej, otwieracz do butelek, latarkę, korkociąg, paszport, zdjęcia moich dzieci, adaptery do gniazdek wszystkich krajów świata, zapasowe klucze do domu, dwie pary okularów przeciwsłonecznych, zapasowe okulary do czytania, słuchawki z aktywną redukcją hałasu, których używam do odcinania się od dźwięku Jamesa Maya w samolotach, paczkę chusteczek higienicznych, zaświadczenie, że nie zachoruję na żółtą febrę, 40 dolarów, 40 euro, monety do wózków bagażowych na lotniskach, zapasowe akumulatory do słuchawek zagłuszających Jamesa Maya i wskaźnik laserowy do denerwowania psów. Co najważniejsze – nie ma w niej płynów, scyzoryków ani innych rzeczy, które mogłyby spowodować zwłokę na lotnisku.

Mógłbym dziś po południu otrzymać niespodziewany telefon, żeby jak najszybciej stawić się w Arktyce lub na mokradłach w strefie równikowej, i nie musiałbym ani chwili się zastanawiać, bo wiem, że wszystko, czego potrzebuję, jest w tej torebce.

Ma to, oczywiście, pewien minus. Wszyscy chyba znaleźliśmy się kiedyś w sytuacji, gdy nasza towarzyszka, stojąc przed drzwiami swojego domu, opiera torebkę na uniesionym kolanie i szpera w niej nerwowo w poszukiwaniu kluczy. Podobnie mam z moją torebką. Wiem, że mam w niej wszystko, ale nigdy nie mogę niczego znaleźć. Zdarzyło mi się zablokować karty, które odnalazły się tydzień później, a raz nawet wymieniłem zamki w mieszkaniu, przekonany, że zgubiłem klucze. I znalazłem je po sześciu tygodniach zaplątane w stary kabel do ładowania iPhone’a. A dopiero co kupiłem sobie nowy w jednym z tych sklepów Apple’a, gdzie wszystko jest bez sensu.

Bóg raczy wiedzieć, jak poradził sobie Dawid. Z Biblii dowiadujemy się, że w starciu z Goliatem sięgnął do swej męskiej torebki i wyciągnął z niej kamień, który wystrzelił z procy w Filistyna. Prawda jest taka, że gdyby to była prawdziwa męska torba, stałby tam przez pół godziny w stercie opakowań od gum i starych kart pokładowych, powtarzając: „Chwileczkę, chwileczkę… Wiem, że gdzieś tu jest”.

Rzecz jednak w tym, że wolę wiedzieć, iż coś, czego potrzebuję, mam gdzieś przy sobie, niż być pewnym, że leży to na stoliku w holu. I dlatego torebka to konieczność.

25 lutego 2018 r.

Porządny lunch – to wszystko, czego potrzeba milenialsom, żeby przestali tyć i popadać w depresję

W zeszłym tygodniu starszy mężczyzna w prążkowanym garniturze obudził się i powiedział, że dofinansowana z podatków selerowa panna cotta, którą podano mu na lunch w stołówce Izby Lordów, miała postać skamieniałej marchewki pływającej w jajecznej mazi. A porcję wołowiny określił mianem „niejadalnej”.

Słowa te, rzecz jasna, spotkały się z chłodnym przyjęciem wśród osób o skłonności do niegolenia pach i wywołały lawinę komentarzy na temat ciężko pracujących rodzin, polityki zaciskania pasa, Trumpa i tego, że ubogich nie stać już nawet na jedzenie z KFC.

Zasmuciły także i mnie, bo uwielbiam jadać lunch i od śmierci A.A. Gilla nie spotkałem nikogo, kto podzielałby moje upodobanie. Nikogo poza trupami, które pracownicy klubów w St James’s sadzają na krzesłach przed porcjami puddingu z rodzynkami, który przygotowano jeszcze w epoce biało-czarnych filmów podczas jakiegoś nalotu bombowego.

Każdy, kogo namówię, żeby poszedł ze mną poplotkować przy lampce wina, cyka językiem na widok, że zamawiam przystawkę, podczas głównego dania spogląda co chwilę na zegarek i szeroko otwiera oczy ze zdumienia, kiedy sugeruję drugą lampkę.

Zwykle w takiej sytuacji mogłem polegać na kobietach, ale to już przeszłość, bo – naprawdę nie zmyślam – kobiety zaczęły praktykować lunche na FaceTimie. Polega to na przygotowaniu w jakiś bezsensowny sposób owocu awokado, nalaniu lekko gazowanej wody do o wiele za drogiej szklanki i paplaniu z koleżanką przez leżącego na stole kuchennym iPada. Koleżanką, która po swojej stronie wykonała dokładnie te same czynności.

W biurze również nie ma dla mnie ratunku, bo kiedy pytam w porze lunchu, czy ktoś chciałby przejść się do pubu, wszyscy spoglądają na mnie takim wzrokiem, jakbym pytał, czy są chętni, by wyjść na zewnątrz i skopać na śmierć jakiegoś bezdomnego.

Nie dalej jak wczoraj, siedząc w naszej sali konferencyjnej, moją uwagę zwróciło to, że któryś z uczestników poprzedniego zebrania zjadł pół markizy. Co to ma być? Kto o zdrowych zmysłach odgryza kawałek małego herbatnika i stwierdza: „Pffff… Zaraz chyba pęknę!”?

Problem zapewne bierze się stąd, że w naszym biurze pełno jest osób o dojrzałości mniej więcej dziewięciolatka, a jak wiemy, dziewięciolatki upierają się, że będą jadły tylko sałatę pochodzącą z zacienionego poletka uprawianego przez dobrze opłacanego rolnika organicznego z Borneo. Porcja niezrównoważonej środowiskowo ryby z pełnotłustymi frytkami w barze? Usmażonej przez imigranta zarabiającego płacę minimalną? Albo cały herbatnik wyprodukowany przez amerykańskiego korporacyjnego giganta? Woleliby zjeść własne buty.

Czy aby na pewno? Okazuje się, że według danych opublikowanych właśnie przez nasze państwo opiekuńcze dzisiejsi milenialsi są na dobrej drodze, by zostać najbardziej otyłym pokoleniem w dziejach. Zdaniem naukowców siedmiu z dziesięciu czterdziestolatków będzie musiało korzystać z wagi pomostowej, żeby określić swój ciężar. Pozostali nie osiągną nawet tego etapu, bo eksplodują w wieku dwudziestu dziewięciu lat.

Przekaz zatem jest jasny. Jeśli jakimś cudem osoby te dożyją podeszłego wieku i będą potrzebowały rezonansu magnetycznego, trzeba będzie wysłać je do weterynarza i umieścić w tubusie przeznaczonym dla koni.

Nie mam pojęcia, jakim sposobem milenialsi tak się pasą. Być może dzieje się tak dlatego, że – jak już wiemy – wolą jeść lunch przez telefon, zamiast zwlec dupę z krzesła i przejść się do restauracji.

Moim zdaniem główny problem polega jednak na tym, że mamy tu do czynienia z nadzwyczaj smutnym pokoleniem, które jest przekonane, że Theresa May własnoręcznie podpaliła Grenfell Tower, a kraj znalazłby się w lepszych rękach, gdyby pod Downing Street 10 zamieszkał facet zwany Stormzym. Ich drogę przez życie wyznaczają strony kampanii politycznych, lewicowe tweety i inspiracyjne hasztagi, w efekcie czego widzą wokół siebie wyłącznie nierówność i niesprawiedliwość. Wrażenie to nasila się podczas przeglądania Instagrama, gdzie wszyscy inni są zawsze na wakacjach. I mają ładniejszego psa.

Sprawia to, że milenialsi aż kipią z rozgoryczenia. W ich rozumieniu Margaret Thatcher zajmuje tę samą kartę w historii co Adolf Hitler, wszyscy mężczyźni to gwałciciele, a każdy biały choruje na instytucjonalny rasizm. Lily Allen jest mądrzejsza od Stephena Hawkinga, istnienie Cary Delevingne ma sens, Jeremy Corbyn jest bogiem, a wszyscy Torysi to świnie.

W zeszłym tygodniu milenialsi zyskali nowego czempiona. Kobieta o wydatnych zębach ogłosiła, że BBC kiepsko jej płaci, ale nie z powodu bezpenisia, lecz regionalnego akcentu. Zanim zdążyłem powiedzieć Cilla Black albo Huw Edwards, „Guardian” dostał kociokwiku i zaczął piszczeć, że przecież racja jest po stronie kobiety, prawda? #CzasNaCiebieAttenborough

Pozwólmy prowadzić wiadomości komuś, kto posługuje się wyrażeniem „kruca fuks!”. Znajdźmy prezentera pogody, który będzie nas pouczał: „Tylko spokojnie, spokojnie”. Choć… w gruncie rzeczy nie miałbym nic przeciwko temu drugiemu. Powściągliwa informacja, że nadejdzie „lekki chłód”, przemówiłaby do mnie bardziej niż ostrzeżenia przed „bestią ze wschodu”.

Rzecz w tym, że jeśli na następną galę rozdania nagród włożę ortalion, żeby okazać solidarność z ciemiężonymi masami, zostanę zrugany za nieubranie się w czerń symbolizującą wsparcie dla wszystkich kobiet, które na przestrzeni minionych lat przespały się z atrakcyjnymi bogatymi mężczyznami. Albo za niezałożenie białej rękawiczki. Albo dowolnego innego akcesorium modowego, które Lily Allen uzna za ważne tego tygodnia. #BezdomniNaMrozie

Życie pod taką presją, kiedy do towarzystwa ma się tylko awokado, to ciężka, stresująca, samotna harówka, przez którą łatwo popaść w smutek. A to sprawia, że po skończeniu lunchu przez FaceTime’a chce się jeść chipsy. I to zapewne powoduje tę plagę otyłości.

W ten sposób powracamy do tematu, który poruszyłem na początku. Uważam bowiem, że jeśli ktoś chce wieść spełnione i szczęśliwe życie, może odpuścić sobie śniadanie i kolację, ale musi jeść długi, relaksujący lunch z lampką wina, mnóstwem śmiechu, i dopuścić krótką drzemkę zaraz po. Lekarze twierdzą, że zamiast tego lepiej się przebiec, bo ćwiczenia fizyczne rzekomo stymulują mózg. Mylą się. Nie ma ani jednego wybitnie inteligentnego sportowca.

Podobnie jak nie ma szczęśliwych ludzi wśród tych, którzy spędzają godzinę przeznaczoną na lunch, wsuwając chwasty i skrolując na laptopie nieskończoną listę cyfrowego chłamu.

4 marca 2018 r.

Załóż loafersy. W tych butach stawisz czoła dżungli, chorobie i rządom Corbyna

Nigdy nie widziałem sensu w czytaniu wyciągów bankowych. Albo dowiadujesz się, że posiadasz pieniądze na koncie, i w takim razie… co niby masz zrobić z tą informacją? Albo odkrywasz, że masz debet, na co również nie wiadomo, jak zareagować. Mam zabunkrować się za wersalką i rzucić zaklęcie, które poprawi stan konta? Sprzedać psa jakiemuś laboratorium medycznemu? Zabić się?

Tak się jednak składa, że w zeszłym tygodniu na wakacjach otworzyłem kopertę z wyciągiem, który następnie co gorsza przeczytałem. Odkryłem tym samym, ile wszystko kosztuje, i doświadczyłem najgorszego w życiu ataku paniki. Weźmy choćby mobilny router Wi-Fi, który wpinam w samochodzie do gniazda zapalniczki. Utrzymywanie tego ustrojstwa kosztuje więcej niż przepuszczenie trójki dzieciaków przez Eton. A zakupy w Ocado? Mniej wydaję na prawników.

Całe lata podróżowałem po świecie z włączonym roamingiem danych, oglądając zabawne filmiki z kotami w bębnach pralek i wyobrażając sobie, że skoro to internet, to jest darmowy. Ale nie jest. Kosztuje więcej niż mój samochód.

Co oczywiste, w czasach obfitości, która panuje na świecie od dziesięciu lat, taka lekkomyślność niewiele szkodzi, ale w ciągu ostatnich dwóch tygodni spotkałem się z księgowym i jakąś kobietą z mojego banku, którzy z poważną miną oznajmili mi, że zbliża się koniec. Nadciąga Corbyn i wszyscy posiadacze kredytów hipotecznych, samochodów i wystarczającej ilości pieniędzy, by zabrać rodzinę na letnie wakacje, powinni czynić przygotowania.

„Dobrze” – odparłem mądrym tonem. Ale, szczerze mówiąc, w jaki sposób miałbym się przygotować na nadejście zdeklarowanego szaleńca? Nie mamy pojęcia, jakimi absurdami zapłodni ekonomię ani z jakiego kierunku nadejdą jego ataki na fundamenty zdrowego rozsądku.

Wiemy tylko tyle, że jeśli wasi rodzice urodzili się w Anglii i macie na koncie więcej niż dwadzieścia pięć pensów, nocą odwiedzą was rządowi poplecznicy w brązowych garniturach, którzy odbiorą wam pieniądze, żeby przekazać je Hezbollahowi albo temu irytującemu facetowi z psem na kawałku sznurka, który mieszka na chodniku.

Jak się w takim razie przygotować? Wcisnąć całą gotówkę do puszki po herbatnikach, którą chowam pod łóżkiem? A może pomalować skórę niebieską farbą i zamieszkać w lesie? Czy to już czas, żeby dowiedzieć się, jak działa kusza i jak patroszyć królika? Zrobić zapasy zupy i innego puszkowanego jedzenia? A może wsiąść na sanki i wybrać się na kulig po wsi z Julie Christie?

Cóż, możecie zacząć – tylko wysłuchajcie mnie do końca, proszę! – od sprawdzenia, ile wydajecie na buty. Według danych gromadzonych przez pięć ostatnich lat przeciętna Angielka kupuje rocznie trzynaście par obuwia. W ciągu całego życia oznacza to wydatek trzydziestu czterech tysięcy funtów. Za te pieniądze można by prawie w całości uiścić mój rachunek za mobilne Wi-Fi.

Prawdopodobnie zakładacie, że mężczyźni wydają mniej. I macie rację. Różnica jest jednak niewielka, bo w USA kobiety wydają na buty trzydzieści miliardów dolarów rocznie, mężczyźni zaś roztrwaniają niewiele mniejszą sumę 26,2 miliarda. Ja zaś w ciągu ostatnich dwóch lat przeznaczyłem na obuwie 360 funtów, co odpowiada cenie jednej pary loafersów Tod’s.

Od razu przyznam, że na mokrej podłodze galerii handlowej loafersy Tod’s nie sprawdzają się wcale. Jestem nadzwyczaj rzadkim gościem ogromnego centrum Westfield w zachodnim Londynie, po części dlatego, że jest pełne koszmarnych ludzi kupujących koszmarne badziewie w koszmarnych sklepach, ale przede wszystkim z tego powodu, że prawie za każdym razem zaliczam tam glebę.

Za to we wszystkich innych okolicznościach loafersy spisują się wręcz genialnie. Można wybrać się w nich na lunch do restauracji Wolseley na Piccadilly, ale również wspiąć się na najwyższy punkt porośniętej dżunglą wyspy na Seszelach. Wiem, bo zrobiłem to w zeszłym tygodniu.

Noszę te same buty praktycznie każdego dnia, od kiedy je kupiłem. Zakładam je do prowadzenia mojego programu telewizyjnego i do, że się tak wyrażę, pracy w polu. Miałem je na stopach w styczniu podczas przeprawy przez Kolumbię. Chodziłem w nich po śniegu, który niedawno u nas spadł. Są SUV-ami wśród butów.

Jeśli przyjdzie wam do głowy kłócić się, że uprawianie w nich sportu to droga przez mękę, to zapewniam, że nie. Grałem w nich w piłkę nożną i w tenisa. Również w nich spałem… W każdym razie w jednym.

Dziś rano na plaży bulgotanie w brzuchu dało mi do zrozumienia, że mam tylko kilka sekund na dotarcie do ubikacji. Najbliższa znajdowała się na końcu ciągu stu czterdziestu dwóch schodów, za recepcją hotelu.

Weźcie pod uwagę, że miało to miejsce w środku dnia w tropikach. Zaledwie cztery stopnie szerokości geograficznej dzieliły nas od równika. Na taką odległość potrafię splunąć. Było dla mnie oczywiste, że schody okażą się bardzo gorące i będę potrzebował butów. Klapki da się szybko wsunąć na stopy, wiadomo, ale biegłbym w nich wolniej. Adidasy świetnie nadałyby się do sprintu na górę, ale konieczność zawiązania sznurówek gwarantowała, że na wysokości recepcji zrobiłbym wielki bałagan na marmurowej podłodze.

Na szczęście miałem pod ręką zaufane loafersy, dzięki którym dotarłem do WC – w ostatniej chwili, przyznaję, ale na czas.

Sprawdzają się również na lotniskach. Podczas gdy niektórzy męczą się z sznurówkami martensów albo z kozakami za kolano, ja mogę zsunąć moje loafersy ze stóp w sekundę i wyprzedzić tych, którzy przyszli wcześniej.

Z kolei po lądowaniu, kiedy twoje stopy będą miały rozmiar balonów zaporowych, usłyszycie stękanie innych pasażerów bezskutecznie usiłujących zmieścić się w zwykłe buty. Wy zaś będziecie mieli swoje loafersy, więc wsuniecie w nie przednią część stopy i sprawa załatwiona.

Być może odnosicie wrażenie, że pomysł noszenia tego samego obuwia każdego dnia jest niedorzeczny, ale uwierzcie: kiedy Corbyn wywiesi na Downing Street czerwoną flagę, bardzo docenicie tę radę. Ucieszycie się również, kiedy spojrzycie na swój wyciąg bankowy i zwrócicie uwagę, że nie wydaliście połowy pensji z danego miesiąca na coś, co w gruncie rzeczy nie jest niczym więcej, jak polisą ubezpieczeniową na wypadek nastąpienia na klocek Lego.

Tydzień temu przez przypadek zasugerowałem, że istnienie Cary Delevingne nie ma sensu. To nieprawda. Miałem na myśli Meryl Streep.

11 marca 2018 r.

Jeśli jesteście tak szczęśliwi, że moglibyście umrzeć, mam sugestię: przeprowadźcie się do Finlandii

Nie upłynęło wiele czasu po Międzynarodowym Dniu Kobiet, a już zdążyliśmy się dowiedzieć, że kilka nadzwyczaj dobrze opłacanych prezenterek wiadomości nie zarabia aż tyle, co ich nadzwyczaj dobrze opłacani koledzy. Chcąc powtórzyć ten sukces, ONZ rozpoczął przygotowania do Międzynarodowego Dnia Szczęścia, wypada w tym tygodniu.

W przededniu tego globalnego wydarzenia opublikowano „Światowy raport szczęścia”, z którego wynika, że najszczęśliwszym miejscem na świecie jest teraz – proszę o werble – Finlandia!

Jak eksperci doszli do tego wniosku? Otóż w prosty sposób. Wybrali się do wszystkich krajów na świecie i pytali napotkane tam osoby, czy są zadowolone z życia. W Finlandii większy niż gdziekolwiek indziej odsetek respondentów odpowiedział, że tak.

„Joo… Jestem bardzo szczęśliwy” – potwierdził Erik z Helsinek, łykając pięćdziesiątą tabletkę nasenną, po czym ułożył się w wannie, trzymając w jednej dłoni finkę, a w drugiej czteroipółlitrową butlę taniej whisky.

Zastanawiam się, czy ONZ wziął to pod uwagę. Serio. Czy ktokolwiek z tej organizacji zadumał się przez chwilę i zadał sobie pytanie: „Moment. Skoro ci Finowie są tacy zadowoleni z życia, to dlaczego tak wielu dla zabicia nudy postanawia ze sobą skończyć?”.

Według Światowej Organizacji Zdrowia jedyną narodowością zamieszkująca cywilizowane obszary Europy, której członkowie popełniają samobójstwa o wiele częściej od Finów, są Belgowie. Zwykle robią to w momencie, kiedy do ich drzwi dobijają się funkcjonariusze prowadzący lokalną wersję antypedofilskiej operacji Yewtree.

Mozambik jest jednym z najbiedniejszych krajów świata. Żyje się tam ciężko i w ciągłym skwarze, ale ludzie radzą tam sobie lepiej niż smutni Finowie. Podobnie w Rwandzie, a nawet w Demokratycznej Republice Konga. Przyznaję jednak, że w DRK większość tych, którzy mogliby chcieć się zabić, wcześniej kończy żywot na drzewach akacjowych z rąk naćpanych watażków.

Inne miejsca w Europie, gdzie samobójstwo jest stosunkowo popularne, to między innymi Islandia i Norwegia. Oba te kraje należą do pierwszej piątki najszczęśliwszych państw w raporcie ONZ.

Skąd ten brak spójności? Jak to możliwe, że ludzie wyznają ankieterom szczęście, mimo że właśnie siedzą w kabinie samochodu, do której pompują spaliny wężem podłączonym do wydechu? Cóż, moim zdaniem odpowiedź jest prosta: raport ONZ to kompletna bzdura.

Zilustrujmy to zagadnienie przykładem Wielkiej Brytanii. W omawianym plebiscycie uplasowaliśmy się na dziewiętnastym miejscu, czyli nie jest aż tak źle, ale podejrzewam, że ostro spadlibyśmy w rankingu, gdyby ankieterzy ONZ przeprowadzili badania wśród mieszkańców Wakefield w deszczowy listopadowy wtorek.

Kiedy zbliżała się pierwsza „bestia ze wschodu”, BBC udało się znaleźć kobietę z jakiejś poszarzałej, smutnej mieściny na zachodzie Yorkshire, która przez to, że nie było jej stać na ogrzewanie domu, spędzała całe dnie, jeżdżąc autobusem. „Pani… inaczej to bym zamarzła” – powiedziała dziennikarce.

Teraz zgaduję, ale gdybyście na polecenie jakiegoś półgłówka z biura ONZ-u w Nowym Jorku, który musiał wymyślić sobie zajęcie, poprosili tę kobietę o ocenę poziomu zadowolenia z życia, powiedziałaby, że wynosi on jakieś minus milion punktów, a następnie kazała wam spadać na drzewo.

Natomiast gdybyście o to samo spytali członków rodziny z Fulham, którzy właśnie pluskają się w falach na plaży w Padstow w śliczny czerwcowy dzionek, powiedzieliby, że oczywiście, są bardzo szczęśliwi, i zaproponowaliby wam kieliszek prosecco.

Trudno określić, co stanowi sedno szczęścia, bo czym innym jest chwila, a czym innym ogólny nurt zdarzeń. I ów nurt podpowiada mi obecnie, że oto nadchodzi Jeremy Corbyn, co mnie smuci. Z kolei w tej konkretnej chwili wiem, że niedługo jadę na zawody konne Cheltenham Gold Cup, a to sprawia, że się cieszę.

To nie wszystko. Człowiek oczekujący, że chirurg obetnie mu wszystkie kończyny, będzie najszczęśliwszą osobą na świecie, jeśli usłyszy w ostatniej chwili, że uda się uratować lewą rękę. Nawet jeśli w najbliższym czasie nie będzie mógł przez to otworzyć żadnej puszki.

Albo wyobraźcie sobie kogoś, kto przed chwilą wyszedł z łóżka Cameron Diaz. Czy jest szczęśliwy? Jeśli właśnie nadepnął na Lego, to nie.