Świat jutra - Papież Franciszek, Domenico Agasso  - ebook

Opis

Papież mówi głośno o tym, o czym sami boimy się nawet pomyśleć

Franciszek nie dzieli ludzi na wierzących i niewierzących. Wyciąga rękę do wszystkich i tłumaczy, że pandemia jest sygnałem alarmowym. „Potrzebujemy planu, by znów się podnieść”. 

Przekonuje, że wiele zależy od nas samych. „To nasze wybory i zaniechania, a nie los, pociągnęły nas w dół”. 

Wierzy w kobiety. „W obliczu udręki i zwątpienia, w obliczu nieszczęścia potrafią działać, nie pozwalają się sparaliżować… Kościół wciąż potrzebuje lepszego zrozumienia roli kobiet w swoim wnętrzu… Należy w pełni zaangażować kobiety w procesy decyzyjne”.

Nie zapomina o młodych, których prosi, by nie bali się marzyć o rzeczach wielkich. Podnosi na duchu osoby samotne oraz przygnębione wydarzeniami ostatniego czasu. 

Naszkicowana przez papieża nowa mapa drogowa daje nadzieję, że świat jutra zależy od nas.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 60

Rok wydania: 2021

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (25 ocen)
16
6
1
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ludzkość przylgnęła do białej szaty człowieka stojącego samotnie na placu św. Piotra (wstęp)

Marcowe dni 2020 roku są mroczne i pełne niepokoju. Kilka tygodni wcześniej wybuchła pandemia. Ludziom na ziemi brakuje tchu, ich płuca atakuje niewidzialny i bezwzględny wróg. Wirus wywołujący ­COVID-19 zabiera setki tysięcy ludzi, którzy umierają w okrutnej i absurdalnej samotności. Reszta ludzkości zabarykadowała się w swoich domach. Towarzystwa ­dotrzymują im lęki, koszmary i niepewność.

Któregoś smutnego niedzielnego popołudnia cały świat szeroko otwiera oczy, widząc w telewizyjnych wiadomościach i na stronach internetowych papieża spacerującego po centrum Rzymu opustoszałego z powodu kwarantanny. Bez uprzedzenia. Na piechotę. Po via del Corso. Idzie pomodlić się w imieniu wszystkich do kościoła San Marcello al Corso przed cudownym krucyfiksem, który w 1522 roku niesiono w procesji, aby ubłagać wybawienie od zarazy. Niedowierzanie rowerzysty, który przejeżdża obok Papieża, reprezentuje zdumienie całej planety. Potężny i dramatyczny obraz, który natychmiast ­przechodzi do historii.

Mija kilka dni i oto kolejna scena, jakiej nigdy wcześniej nie widziano: w szary i deszczowy dzień następca Piotra staje na opustoszałym placu i prosi Boga, aby „nie zostawiał nas na łasce burzy”. Mężczyźni i kobiety z całego świata, „­przestraszeni i zagubieni”, poprzez telewizję, tablety i komputery łączą się z „sercem” chrześcijaństwa i lgną do białej szaty Wikariusza Chrystusa. „Zbudź się, Panie! Ratuj nas!”, wzywa Franciszek, nawiązując do błagania uczniów zaskoczonych na morzu przez straszliwą wichurę, podczas gdy Jezus wydaje się spać spokojnie. Modlitwa kończy się specjalnym błogosławieństwem Urbi et Orbi, którego papież udziela zwyczajowo z okazji Bożego Narodzenia i Wielkanocy, tym razem jednak ludzie nie zasiadają przy zastawionych stołach i nie otwierają świątecznego wina.

W samym środku epidemii koronawirusa, która dotknęła narody, Jorge Mario Bergoglio nie pozostaje bezczynny. Ani na jeden dzień. Nawet po to, by celebrować siódmą rocznicę swojego pontyfikatu. Otoczony swoistym „kordonem bezpieczeństwa”, kontynuuje swoją pracę. A przede wszystkim jest blisko ludzi, zwłaszcza tych, którzy cierpią najbardziej. Oprócz niedzielnej modlitwy Anioł Pański i środowej audiencji generalnej, której udziela w transmisji na żywo z Biblioteki Pałacu Apostolskiego, postanawia transmitować Msze św. odprawiane przez siebie w Domu Świętej Marty. Poranne homilie papieża Franciszka są empatycznym symbolem pontyfikatu, tworzą i ożywiają harmonię z ludźmi. Słowa z kaplicy DomusSanctaeMarthae dotykają wibrujących strun ludzkiej duszy: uczuć, emocji, niepokojów, wrażliwości, odkrytych nerwów. Nawołują, zapraszają, napominają. Przede wszystkim jednak dodają odwagi. Towarzyszą w podróży przez życie. A Franciszek w tych miesiącach przepełnionych wspólnymi dla wszystkich cierpieniami i lękami pragnie jeszcze bardziej zbliżyć się do nas – nie tylko przez modlitwę, ale także przez transmitowaną na żywo Mszę św., poświęcając wprowadzającą intencję modlitewną różnorakim doświadczeniom bólu, osobom cierpiącym w agonii i osobom wspólnie zmagającym się z kryzysem zdrowotnym i społecznym. Swoje medytacje oddaje natychmiast i bezpośrednio do dyspozycji wszystkich: i tych, którzy już od dawna każdego ranka czekali na streszczenie homilii transmitowanej przez watykańskie media, i tych, którzy w tych surrealnych czasach potrzebują pocieszenia, duchowego wsparcia i oparcia w wierze głoszonej i chronionej przez następcę Piotra. Widzowie wchodzą w harmonię z Ewangelią dzięki ludzkiemu ciepłu i serdeczności Papieża, który głosi kazania z prostotą, mówiąc prosto z głowy, przerzucając most między swoim sercem a sercami słuchaczy. Miliony ludzi, nawet tych dalekich od Kościoła, czują pociechę i światło płynące do nich o świcie każdego dnia. I są tacy, którzy opowiadają, że pod wpływem papieskich słów odszukali Ewangelię stojącą na półce i po zdmuchnięciu z niej kurzu otworzyli ją ponownie albo zaczęli wertować po raz pierwszy.

Emocje, jakie wzbudza milczenie Biskupa Rzymu podczas adoracji Najświętszego Sakramentu (która, jak na standardy telewizyjne, jest czynnością absolutnie niewidowiskową), są niezwykle intensywne i angażujące, o czym świadczą tysiące wiadomości z wyrazami wdzięczności wysłanych do Papieża i jego otoczenia. Wielu z nas tęskni dziś za tym codziennym, transmitowanym przez telewizję spotkaniem, którego nadawanie w pewnym momencie zakończono. Istnieje potrzeba – tłumaczył sam papież Franciszek – powrotu do intymnej i wspólnotowej zażyłości z Bogiem w sakramentach, fizycznego uczestnictwa w liturgii, bez zaniedbywania innej wielkiej i stałej zachęty Papieża: „Poświęćmy codziennie trochę czasu na słuchanie słowa Jezusa; mamy Ewangelię, by się nią karmić: jest to najpożywniejszy posiłek dla duszy”. Papież radzi, aby zawsze nosić w kieszeni lub torebce małą Ewangelię, by przeczytać z niej choć fragment, albo zaglądać do niej za pośrednictwem Internetu: „Na tych stronach Jezus do nas mówi. Pomyślcie o tym, to proste, to nawet nie muszą być wszystkie cztery Ewangelie, wystarczy jedna”.

W pełnych bólu miesiącach mnożą się świadectwa ludzi, którzy na nowo odkrywają błysk głębszej wiary w osobistej medytacji nad tajemnicą Boga, nad sensem istnienia i codziennych zadań, nad ludzką słabością, nad pojęciem życia wiecznego, kiedy to – jak zapewniają księża – będzie tylko szczęście we wspólnocie z innymi. Uczucia te potęguje samotność przeżywana w zamkniętym w lockdownie mieszkaniu lub, co gorsza, w szpitalnej izolacji.

I tak oto Kościół w dobie koronawirusa wychodzi – fizycznie lub wirtualnie – z zakrystii i daje się ludziom poprzez Msze św. odprawiane samotnie przez proboszczów i transmitowane na żywo w sieci. Nawet na dachach. Wiele parafii, które dotąd traciły wiernych, dociera teraz do znacznie większej liczby osób w czasie, gdy „na naszych placach, ulicach i miastach zebrały się gęste ciemności”, jak mówi papież Franciszek. Po części to rozpacz skłaniająca do zdania się na Boga. Po części – niekończące się i nieróżniące od siebie godziny, przerywane informacjami Obrony Cywilnej o przerażającej liczbie zmarłych, a także historiami osób, które straciły swoich bliskich i nie mogły nawet trzymać ich za ręce w ­ostatnich chwilach życia.

Dzisiejsi ludzie Kościoła mogą docenić i wykorzystać ten potencjalny – być może wymuszony, często nieuświadomiony, ale namacalny – impuls duchowości, większego zagłębienia się w tajemnicę życia.

Wyzwaniem dla ludzi Kościoła jest zapewnić stałą i pocieszającą obecność w codziennym życiu ludzi, naznaczonym troskami ekonomicznymi i zawodowymi. Ludzie potrzebują uczciwej bliskości. I mocnych, konkretnych znaków. Jak na przykład otwarcie w wielu diecezjach obiektów, gdzie można zakwaterować ubogie rodziny podczas kwarantanny, jak na przykład parafie płacące za hotel dla wypisanych pacjentów, aby zwolnić miejsca na oddziałach covidowych. „Zdaliśmy sobie sprawę, że nie możemy iść dalej każdy na własną rękę, ale jedynie razem”, stwierdził Jorge Mario Bergoglio na dziedzińcu bazyliki watykańskiej, stojąc samotnie przed kamerami przekazującymi jego słowa na cały świat. I wskazał w ten sposób przełomowy moment, swoisty fundament pod próbę przekształcenia tego koszmaru w zmianę na lepsze. Wszyscy musimy być zdolni do porzucenia postaw, wyborów i zachowań zepsutych przez indywidualizm, egoizm i dążenie do wygody, brzmi wołanie Papieża. Teraz jest czas „przestawienia kursu życia” ku Bogu i ku innym. Odbudowania nowego sensu braterskiej wspólnoty, oparcia jej na kolumnie, która potrafi podtrzymać i zjednoczyć wszystkich, wierzących i niewierzących: „Nadzieja, która nigdy nie zawodzi. Zacznijmy ponownie od nadziei. Wszyscy razem”.

D.A.

1Zasadniczy punkt wyjścia dla ludzkości

Ojcze Święty, jak interpretować to „trzęsienie ziemi”, które nawiedziło świat w 2020 roku w postaci koronawirusa?

W życiu zdarzają się chwile ciemności. Zbyt często myślimy, że mogą się one przytrafić nie nam, lecz komuś innemu, w innym kraju, być może na jakimś odległym kontynencie. A tymczasem wszyscy znaleźliśmy się w mrocznym tunelu pandemii. Ból i cienie wyważyły drzwi naszych domów, wtargnęły do naszych myśli, zaatakowały nasze marzenia i plany. I nikt dzisiaj nie może sobie pozwolić na spokój. Świat już nigdy nie będzie taki sam. Ale to właśnie pośrodku tej plagi należy uchwycić te znaki, które mogą się okazać kamieniami węgielnymi odbudowy. Nie wystarczą już działania w celu rozwiązania sytuacji kryzysowych. Pandemia jest sygnałem alarmowym, który zmusza człowieka do refleksji. Ten czas próby może więc stać się czasem mądrych i dalekowzrocznych wyborów dla dobra ludzkości. Całej ludzkości.

Jakie są sugestie Ojca Świętego dotyczące radzenia sobie z tą drogą w mrocznym tunelu?

Jesteśmy zmęczeni, rozczarowani, smutni. My­ślimy, że nie damy rady. Bóg rzuca nam wyzwanie, zapraszając nas przede wszystkim do wzięcia w ramiona Jego krzyża, co oznacza znalezienie odwagi, by przyjąć wszystkie przeciwności obecnego czasu. Pan wzywa nas do odporności i do tego, abyśmy nie zamykali się w sobie, ale zrewolucjonizowali nasze priorytety, przemyśleli na nowo naszą hierarchię wartości, obudzili i wprawili w ruch solidarność i nadzieję, aby nadać siłę tej epoce, w której wszystko wydaje się rozpadać. Starając się przeżyć ten trudny czas z siłą wiary i żarliwością miłości, ćwiczmy nasze oczy, by patrzeć z życzliwością na innych, by szukać cierpiących – bo na pewno gdzieś blisko nas, w naszym sąsiedztwie jest ktoś, kto „utyka” albo musiał przystanąć ze zmęczenia. Jako ludzie i jako chrześcijanie jesteśmy wezwani, aby pochylić się nad naszymi braćmi i siostrami i pomóc im wstać, aby mogli iść dalej aż do blasku tego nowego światła, które rozjaśni wszystko i wszystkich. Ale jeśli nie wesprzemy tych, którzy nie potrafią ustać na własnych nogach, jeśli nie wydobędziemy z zapomnienia tych, którzy leżą cierpiący i niewidoczni dla egoistycznych oczu, to nie dotrzemy do miejsca przeznaczenia. Znajdujemy się w kluczowym momencie dla ludzkości, zagrożonej nie tylko z powodu covida, ale również innego strasznego wirusa, który może okazać się bardziej zabójczy: wirusa egoizmu, który wyraża się w przekonaniu, że życie będzie lepsze, jeśli będzie lepsze dla mnie; że wszystko będzie dobrze, jeśli ja będę miał dobrze. Od tego się zaczyna, a kończy się na selekcjonowaniu ludzi, odrzucaniu starszych, marginalizowaniu biednych i odpychaniu „niewygodnych”. I oto mamy niesprawiedliwość społeczną, nierówność szans, brak ochrony dla najsłabszych. Istnieje jednak sposób, aby nie dać się temu zainfekować.

Jaki?

Tworzenie przeciwciał solidarności.

Co to znaczy?

Możemy zacząć od odkrycia wspólnej kruchości, prawdy, którą rzuciła nam prosto w twarz surowość pandemii. Ze względu na biedę istot ludzkich i ich wyzyskiwanie w niektórych częściach planety niepewność egzystencji już od dawna była „nieczystym chlebem” powszednim. Natomiast w innych częściach świata niezachwiane dotąd przekonanie, że ludzkie siły, technika i nauka są niezwyciężone, okazało się złudne. Teraz jeszcze wyraźniej widać, że zarówno dobre, jak i złe konsekwencje naszych działań zawsze spadają na bliźnich. Dlatego jeśli praktyczna solidarność nas wszystkich stanie się wyborem całościowym i ostatecznym, będzie drogą ratunku, drogą do przezwyciężenia zagrożeń tej epoki. Życie jest zawsze życiem razem, a braterstwo jest niezbędne, bo w pojedynkę prędzej czy później upadamy. Jeśli będziemy dbać o siebie nawzajem, wszystkim nam ­będzie się żyło lepiej.

2 Ręka Pańska zawsze nas podnosi

Czy zatem praktyczny i zorganizowany aktywizm w imię wspólnego dobra ­wystarczy, by nas wydźwignąć?

Nie, moim zdaniem to nie wystarczy. Musimy się modlić. Modlić się i jeszcze raz modlić. Myślę, że nie możemy się obyć bez modlitwy.

Dlaczego?

Świat jest naznaczony chciwością, a troski dnia codziennego przyćmiewają światło Boże. Ludzie często mówią: „Nie mam czasu na modlitwę ani na odpowiadanie na prośby innych”. Ale nie wolno nam zapominać, że modlitwa to pozwolenie dane Bogu, by wejrzał w nasze wnętrze, pozwolenie bez udawania, bez wymówek, bez usprawiedliwień, a to uświadamia nam własną kruchość. I nadaje jej sens. Przypominają mi się apostołowie w łodzi zdani na łaskę wzburzonego morza. Przerażeni, potrząsają odpoczywającym Jezusem i wołają: „Panie, ratuj, giniemy” (Mt 8, 25). Ta inwokacja: „Nauczycielu, toniemy”, jest wołaniem ubogich, tonących, ludzi, którzy czują się zagrożeni i opuszczeni. A w trudnej, rozpaczliwej sytuacji ważne, by wiedzieć, że jest Pan, którego można się uchwycić. Bóg wspiera nas na wiele sposobów. Przekazuje nam siłę i bliskość. Tak jak wtedy, gdy przy innej okazji podaje rękę Piotrowi, któremu grozi utonięcie (por. Mt 14, 22–36). Emblematyczna scena. Uczniowie widzą Chrystusa kroczącego po morzu, a Piotr mówi do Niego: „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie”. „Przyjdź!”, odpowiada mu Syn Ojca. I Piotr zaczyna chodzić. Ale pozwala ogarnąć się lękowi przed coraz silniejszymi podmuchami wiatru i zanurza się w wodzie. „Panie, ratuj mnie!”. Jezus go chwyta. I pyta: „Czemu zwątpiłeś, człowiecze małej wiary?”. Ten fragment jest zaproszeniem do ufnego poddania się Bogu w każdej sytuacji życiowej, a szczególnie w czasie prób i zawirowań.

A jednak zdarzają się chwile, okresy, a nawet całe życie, kiedy wydaje się, że Bóg o nas zapomniał, że o nas nie dba, że pozwala nam pogrążyć się w naszych dramatach…

To prawda, ale w rzeczywistości Bóg jest z nami, tuż obok, a w odpowiednim czasie wyciągnie rękę i nas uratuje. On dobrze wie, że nasza wiara jest słaba – wszyscy jesteśmy ludźmi małej wiary, ja również – i że nasza droga może być trudna. Wiemy, że wszyscy urodziliśmy się z ziarnem niepokoju; niepokoju, czy znajdziemy pełnię, której tak często szukamy w niewłaściwy sposób. Ale kiedy nasz niepokój spotyka Jezusa, wtedy zaczyna się łaska, bo On jest Zmartwychwstałym! On jest Panem, który przeszedł przez śmierć, aby nas uratować. Jeszcze zanim zaczniemy Go szukać, On już będzie obecny obok nas. Czasami, w ciemności, wołamy: „Panie! Panie!”, myśląc, że On jest daleko, że nas nie słyszy. A tymczasem On w pewnym momencie odpowiada: „Jestem tutaj!”. W życiu błądzimy po omacku, nawet jeśli