Świat bez Głowy - Iza Bartosz - ebook
Opis

Ta książka to wspomnienie o pisarzu, które zrodziło się z tęsknoty przyjaciół.

Wysoki, przystojny, zawsze w białej koszuli rozpiętej niemal do pasa. Król życia, któremu wszystko przychodzi z łatwością – tak o Januszu Głowackim myśleli ci, którzy go nie znali. Ale przyjaciele wiedzieli, że każda jego książka powstawała w mozole, a ten z pozoru bon vivant był tak naprawdę delikatnym i nieśmiałym mężczyzną. Fascynujący portret pisarza i jego czasów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 235

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Iza Bartosz, Czerwone i Czarne

Projekt okładki Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcie na okładce: Marcin Kaliński/PAP

Korekta Agnieszka Gzylewska

Skład Tomasz Erbel

Wydawca Czerwone i Czarne Sp. K. ul. Walecznych 39/5 03-916 Warszawa

Wyłączny dystrybutor Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. sp. j. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-7700-313-8

Zamiast wstępu  

Ta książka nie jest biografią Janusza Głowackiego. Nie recenzuję tu jego twórczości. Nie piszę też o jego życiu prywatnym, bo ten wątek należy do jego żony i córki. Ta książka to wspomnienie o nim, które zrodziło się z wielkiej tęsknoty przyjaciół. Kiedy rozmawiałam o nim z jego znajomymi, nie tylko płakaliśmy, ale także się śmialiśmy – na przykład wtedy, gdy okazało się, że większość z nas namawiał do pisania. Uważał, że nie ma nic ważniejszego, a więc chciał i dla nas jak najlepiej.

Tadeusz Konwicki napisał kiedyś, że kiedy człowiekowi zdarza się w życiu coś dobrego, ma poczucie, że to dopiero preludium, że za chwilę czeka go już tylko pasmo szczęśliwości. Ja niestety wiem, że podobna przyjaźń nie zdarzy mi się już nigdy.

* * *

To był ciepły dzień. Koleżanka z redakcji miała urodziny i przyniosła wino musujące. Redakcja znajdowała się przy ulicy Wiejskiej w Warszawie, tej samej, przy której mieści się słynna kawiarnia Czytelnika. Zadzwonił telefon, wyszłam na ulicę, żeby porozmawiać spokojnie bez gwaru imprezy. W ręku trzymałam kieliszek. Drugą stroną ulicy szedł powoli Janusz Głowacki. Przypatrywał mi się. Myślałam, że mnie z kimś pomylił. Wiedziałam oczywiście, kim jest: sławnym pisarzem, który zrobił karierę w Stanach, czytałam jego książki. Przeszedł przez jezdnię i stanął naprzeciwko mnie. Przestałam rozmawiać i zapytałam: – Czy mogę panu w czymś pomóc? – Tak. Mam do pani pytanie. Czy w Polsce już dozwolone jest picie alkoholu na ulicy? – Tak, ale tylko pod warunkiem, że jest to szampan – odparłam. Zaśmiał się pod nosem, ukłonił i odszedł. Wydaje mi się, że był ubrany w granatowe krótkie spodnie, granatową lnianą koszulę i ciemne drewniaki. Może jednak tylko tak mi się wydaje, bo później w takim stroju widywałam go wiele razy.

To nasze pierwsze spotkanie musiało się zdarzyć w poniedziałek. Następnego dnia bowiem byłam w Czytelniku przy stoliku Krystyny Kofty, a ona od ponad trzydziestu lat przychodzi tam we wtorki o trzynastej. Dostąpiłam zaszczytu siadania przy jej przyjaciołach, bo wcześniej zrobiłam z nią wywiad, który się jej spodobał. Przedtem nie widziałam nigdy przy jej stoliku Janusza Głowackiego. Nazajutrz jednak siedział razem z nią. I to ona nas sobie przedstawiła. – I co, już po szampanie? – zapytał z drwiącym uśmieszkiem, rozłożył ręce w charakterystycznym geście i dodał: – W życiu nie można ciągle pić szampana. Przestałby smakować.

Odtąd widywaliśmy się co tydzień. Lubiłam te nasze spotkania, mimo że Janusz bardzo rzadko się odzywał. Czasami wychodził wcześniej, a zazwyczaj przychodził godzinę, półtorej później niż my wszyscy. Któregoś dnia musiałam poprawić jakiś wywiad i poszłam do Czytelnika przed dwunastą. Zdziwiłam się, bo siedział już przy stoliku z boku sali i coś czytał. Przyszłam się przywitać i chciałam go zostawić, ale usłyszałam: – Siadaj, nie wygłupiaj się.

Wyjeżdżałam wtedy dużo za granicę i robiłam wywiady z gwiazdami. Zainteresowało go to, bo właśnie wróciłam z Nowego Jorku. Opowiadałam mu z wypiekami na twarzy, jak uwielbiam to miasto, jak świetnie się tam czuję. – Chciałabyś tam mieszkać, co? – zapytał. – Pewnie, i to jak – odparłam. – Nowy Jork najfajniej wygląda z okien żółtej taksówki, ale kiedy przeprowadzasz się tam z Polski, rzadko cię na nią stać – powiedział.

Ciekaw był wtedy, jak zdobywa się kontakty do zagranicznych gwiazd i umawia się z nimi na wywiad. Powiedziałam mu, że tym wszystkim zajmuje się dystrybutor i że jesteśmy umawiani przy okazji ogólnoświatowej premiery filmu. – Te wywiady wyglądają zupełnie inaczej, niż można sobie wyobrażać. Rzadko jesteśmy z gwiazdą „face to face”. To są raczej takie minikonferencje prasowe – opowiadałam mu. Roześmiał się, kiedy przyznałam, że strasznie się bałam takiego pierwszego spotkania, tym bardziej że było z Robertem Redfordem. Kiedy już po wszystkim podeszłam do menedżera aktora i zapytałam, do kogo mam wysłać autoryzację, odpowiedział mi: – Nie dbam o twoją autoryzację. Jeśli coś napiszesz nie tak, to nie tylko ty będziesz skończona, ale i wydawnictwo, w którym pracujesz. – No tak, oni się nie opierdalają – powiedział Janusz. A później zaczęli się już do Czytelnika schodzić stali bywalcy. Kiedy Janusz wychodził, powiedział do mnie: – Przyjdź znowu wcześniej. Przyszłam. Wkrótce godzinę wcześniej zaczęła też przychodzić Krysia.

O czym rozmawialiśmy? Nie pamiętam. Śmialiśmy się za to dużo. My z Krysią głośno. Janusz jakby do siebie. Czasami Krysia opowiadała sprośne dowcipy i Janusz bardzo to lubił. Kiedyś powiedziała,, że jej zdaniem kobieta powinna mieć „gabinet cieni”, czyli kilku mężczyzn w zanadrzu, bo kiedy wkurzy ją ten, z którym jest najczęściej, to musi mieć do kogo zadzwonić. Janusz uznał, że to powinno być jedenaste przykazanie. Z czasem coraz więcej ludzi się do nas dosiadało, robiło się coraz tłoczniej. Janusz był tym zmęczony. Zazwyczaj po trzynastej już wychodził. Kiedyś poprosił mnie o numer telefonu. Zapytałam, czy chodzi o to, żebym zrobiła z nim wywiad. – Tak. Nie wyobrażam sobie bez tego swojej dalszej kariery – odparł kpiąco. W poniedziałek rano napisał: „Nie spotykajmy się w Czytelniku. Spotkajmy się jutro wieczorem”.

* * *

Na spotkanie wybrał chińską restaurację na Mariensztacie. Nigdy wcześniej tam nie byłam. Strasznie się denerwowałam. Nie miałam pojęcia, dlaczego mi to zaproponował. Był ode mnie starszy blisko czterdzieści lat. Zauważyłam co prawda, że śmieszą nas te same rzeczy, że lubimy kpić i szydzić, najchętniej z samych siebie, ale czy to wystarczający powód, żeby z jakąś dziewczyną spędzić wieczór?

No i jeszcze ta jego reputacja. „Warszawski playboy”, „lew salonowy”, „łamacz serc”, tak o nim mówili. W Czytelniku większość kobiet obdarzała go pociągłymi spojrzeniami. Uśmiechały się do niego, zagadywały, a on odpowiadał lub nie. Tyle że ja jakoś nigdy nie myślałam o nim w tych kategoriach. Cieszyłam się po prostu, że jest. Teraz zauważyłam go przez szybkę w drzwiach restauracji. Siedział z pochyloną głową. Kiedy usiadłam obok niego, tłumaczył mi, że coraz gorzej czuje się w Czytelniku, że ilość ludzi, która tam przychodzi, jest przygnębiająca. – Oni coś do mnie mówią, a ja ich w ogóle nie znam – mówił. Tęsknił za czasami Tadeusza Konwickiego, kiedy wiadomo było, że do stolika mogą dosiąść się tylko ci, którzy zostaną przez niego zaproszeni. Opowiadał o SPATiF-ie, w którym w czasach głębokiego Peerelu spotykali się wszyscy: cinkciarze, pisarze reżimowi obok największych poetów i reżyserów, o Warszawie swojej młodości i o tych, którzy już nie żyli: Krzysztofie Mętraku, Himilsbachu, Iwaszkiewiczu i o tym, że w Polsce najbardziej lubi się marnować talenty i życie w ogóle. – Gdyby mi się nie zdarzyła Ameryka, to nie wiadomo, jak by ze mną było, pewnie wpadłbym w alkoholizm – mówił. – Dwie drogi w żółtym lesie szły w dwie różne strony – powiedziałam. – Lubię ten wiersz – odpowiedział.

Zamówiliśmy drugi dżin z tonikiem i zamiast o poezji zaczęliśmy rozmawiać o polskiej prasie. Janusz pytał, czy do redakcji muszę przychodzić codziennie, jakie tematy są teraz na topie, które okładki się najlepiej sprzedają. Opowiadałam i opowiadałam, a on słuchał mnie coraz uważniej, a w końcu powiedział: – Boże, taka praca to piekło. – Roześmiałam się. Kiedy zapytałam, czy on kiedyś pracował w biurze, aż się wzdrygnął. – W życiu nie dałem się w to wrobić. Nawet kiedy zacząłem pisać felietony, to pod warunkiem że nie będę ich musiał oddawać cyklicznie, tylko raczej wtedy, gdy coś mi przyjdzie do głowy.

Wyobraziłam sobie Janusza, jak wchodzi co rano do redakcji, odpala komputer, a później robi sobie kawę we wspólnej kuchni i wraca do biurka.

– Szkoda, że nie jesteś malarzem. U Boscha jest piekło muzyczne, ty mógłbyś stworzyć piekło redakcyjne z komputerami rozwalającymi głowy, piórami wbitymi w serce, trującym morzem kartek – powiedziałam. Później często rozmawialiśmy o Boschu. Okazał się kolejnym wspólnym mianownikiem.

– Wygląda na to, że wieczór zmierza do końca – powiedział w końcu Janusz. A później opowiedział, że chodził kiedyś do Jerzego Andrzejewskiego. Uwielbiał jego poczucie humoru i strasznie mu imponował jako pisarz. Któregoś razu Andrzejewski zapytał: „Januszu, dasz się poderwać?”. – Odpowiedziałem, że nie ma takiej możliwości, i mieliśmy ten temat z głowy. A jak będzie z nami, Izoldo? – zapytał nagle. – Może podobnie? – odpowiedziałam. – No to niestety, ale mamy to z głowy – powiedział. Roześmiałam się. – Proponuję wtorki na Mariensztacie. Co ty na to? – zapytał.

Kiedy wychodziliśmy, zaplątał się w marynarkę. Pomogłam mu, a on wtedy poważnie: – Doceniam, że mi pomogłaś. Kiedyś Słonimski nie mógł nałożyć płaszcza, wychodząc ze SPATiF-u. Jakiś ubek mu pomógł, a on powiedział: „Dziękuję panu bardzo. W konflikcie człowieka z płaszczem zawsze trzeba być po stronie człowieka”.

Na Mariensztacie nie było żywej duszy. –Tu zawsze jest tak pusto. Dlatego lubię to miejsce. Zawsze marzyłem, żeby wyprowadzić się z mieszkania na Bednarskiej, ale później zawsze tu wracałem – mówił Janusz. Ulica, na której mieszkał, była tuż obok knajpy, w której się spotkaliśmy. To na Mariensztacie spędził ostatnie lata liceum, a później studia. Kiedy czekaliśmy na moją taksówkę, powiedział: – Chyba będziemy mieli fajnie.

* * *

Nie spotykaliśmy się na Mariensztacie co tydzień. Janusz często był w rozjazdach, ja też. Czasami przenosiliśmy kolację na inny dzień. Ta chińska restauracja to w zasadzie jedyny lokal na Mariensztacie. We wtorki wieczorem byliśmy jednak często jedynymi gośćmi i pamiętam swoje zdziwienie, gdy kiedyś umówiliśmy się na piątek, a tam taki tłok, że nie można wetknąć szpilki. – To bardzo dobra restauracja. Co ty myślałaś – mówił dumny Janusz. – Myślałam, że umawiamy się tutaj, bo to blisko twego domu, a ty jesteś wygodnicki – odparłam, a on się zafrasował. – Przepraszam, nie pomyślałem, że może wolałabyś inne miejsce. Później co rusz pytał mnie SMS-ami, czy chcę chodzić gdzie indziej. Nie chciałam.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.