Świadek - Robert Muchamore - ebook

Świadek ebook

Robert Muchamore

5,0

Opis

[PK]

 

 

Leon jest podrzędnym przestępcą, od trzydziestu lat żyjącym z drobnych szwindli. Kiedy nagle zaczyna szastać pieniędzmi, to naturalne, że policja chciałaby wiedzieć, skąd je ma. Z pomocą przychodzi CHERUB, tajna organizacja. Kolejne zadanie Jamesa wydaje się rutynowe: zaprzyjaźnić się z dziećmi Leona, spenetrować jego dom, znaleźć trop. Jednak intryga, jaką odkrywa James, okazuje się bardziej zawikłana, niż wszyscy się spodziewali. Jedyną osobą, która może znać prawdę, wydaje się zamknięty w sobie osiemnastolatek. Jest tylko jeden problem: chłopiec spadł z dachu i zginął ponad rok wcześniej.

 

Cykl: CHERUB, t. 4

 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.

Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.

 

Książka dostępna w zasobach:
Gminna Biblioteka Publiczna w Cegłowie

Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Jarocin

Gminna Biblioteka Publiczna im. Marii Konopnickiej w Nieborowie

Miejska Biblioteka Publiczna w Mszanie Dolnej

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 321

Rok wydania: 2010

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



ŚWIADEK

CZYM JEST CHERUB?

DLACZEGO DZIECI?

KIM SA BOHATEROWIE?

O CO CHODZI Z KOSZULKAMI?

1. MUNDUREK

2. TECHNIKA

3. WŁOSY

4. UCIECZKA

5.JAJKA

6. ŻÓŁTKO

7. KONFRONTACJA

I. ROZSTRZYGNIECIE

9. MYDŁO

10. BOJKOT

11. OBIETNICE

12. SPRZĄTANIE

13. TAJNE

14. DOM

15. KONTAKT

16. MAKS

17. GLINY

18. LUNCH

19. PROPOZYCJA

20. DACH

21. CAYENNE

22. MEBLE

23. KOMPUTER

24. DYM

25. CHWAŁA

26. WILLIAM

11. WŁAMANIE

28. KONKLUZJE

29. POCAŁUNEK

30. ZAMIESZANIE

31. SPRZECZKA

32. PUŁAPKA

33. ISKRY

34. SMRÓD

35. FALCO

36. SERCE

EPILOG

CHERUB: HISTORIA (1941-199B)

ŚWIADEK

Robert Muchamore

Tłumaczenie Bartłomiej Ulatowski

Tytuł oryginalny serii: Cherub

Tytuł oryginału: The Killing

Copyright © 2005 Robert Muchamore

First published in Great Britain 2005 by Hodder Children’s Books

www.cherubcampus.com

© for the Polish edition by Egmont Polska Sp. z o.o., Warszawa 2008

Redakcja: Agnieszka Trzeszkotuska

Korekta: Anna Sidorek

Projekt typograficzny i łamanie: Mariusz Brusiewicz

Wydanie pierwsze, Warszawa 2008 Wydawnictwo Egmont Polska Sp. z o.o.

ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa tel. 0 22 838 41 00

www.egmont.pl/ksiazki

ISBN 978-83-237-8383-1

Druk: Zakład Graficzny COLONEL, Kraków

CZYM JEST CHERUB?

DLACZEGO DZIECI?

KIM SA BOHATEROWIE?

O CO CHODZI Z KOSZULKAMI?

1. MUNDUREK

2. TECHNIKA

3. WŁOSY

4. UCIECZKA

5.JAJKA

6. ŻÓŁTKO

7. KONFRONTACJA

I. ROZSTRZYGNIECIE

9. MYDŁO

10. BOJKOT

11. OBIETNICE

12. SPRZĄTANIE

13. TAJNE

14. DOM

15. KONTAKT

16. MAKS

17. GLINY

18. LUNCH

19. PROPOZYCJA

20. DACH

21. CAYENNE

22. MEBLE

23. KOMPUTER

24. DYM

25. CHWAŁA

26. WILLIAM

11. WŁAMANIE

28. KONKLUZJE

29. POCAŁUNEK

30. ZAMIESZANIE

31. SPRZECZKA

32. PUŁAPKA

33. ISKRY

34. SMRÓD

35. FALCO

36. SERCE

EPILOG

CHERUB: HISTORIA (1941-199B)

CZYM JEST CHERUB?

CHERUB to komórka brytyjskiego wywiadu zatrudniająca agentów w wieku od dziesięciu do siedemnastu lat. Wszyscy cherubini są sierotami zabranymi z domów dziecka i wyszkolonymi na profesjonalnych szpiegów. Mieszkają w tajnym kampusie ukrytym wśród angielskich wzgórz.

DLACZEGO DZIECI?

Bo nikt nie podejrzewa ich o udział w tajnych operacjach wywiadu, co oznacza, że uchodzi im na sucho znacznie więcej niż dorosłym.

KIM SA BOHATEROWIE?

W kampusie CHERUBA mieszka około trzystu dzieci. Głównym bohaterem opowieści jest trzynastoletni JAMES ADAMS, ceniony agent mający na koncie już trzy udane misje. Dziesięcioletnia siostra Jamesa LAURA ADAMS również jest agentką, ale dopiero niedawno ukończyła szkolenie podstawowe. Urodzona w Hongkongu KERRY CHANG jest mistrzynią karate i dziewczyną Jamesa. Do kręgu jego najbliższych znajomych należą BRUCE NORRIS, GABRIELA O’BRIAN, SHAKEEL DAJANI, oraz bliźniaki CALLUM i CONNOR REILLY. Najlepszym przyjacielem Jamesa jest piętnastoletni KYLE BLUEMAN.

O CO CHODZI Z KOSZULKAMI?

Rangę agenta CHERUBA można rozpoznać po kolorze koszulki, jaką nosi w kampusie. Pomarańczowe są dla gości. Czerwone noszą dzieci, które mieszkają i uczą się w kampusie, ale są jeszcze zbyt młode, by zostać agentami. Niebieskie noszą nieszczęśnicy przechodzący torturę trwającego sto dni szkolenia podstawowego. Szara koszulka oznacza agenta uprawnionego do udziału w operacjach. Granatowa - taką nosi James - jest nagrodą za wyjątkową skuteczność podczas akcji. Wybitnie zasłużeni agenci CHERUBA kończą karierę, nosząc czarną koszulkę, znak rozpoznawczy najlepszych z najlepszych. Byli agenci oraz kadra noszą koszulki białe.

SlUPIfi 2114 r.

Obie trzynastolatki były ubrane w nylonowe szorty, bluzki bez rękawów i klapki. Jane oparła się plecami o szarą ścianę bloku i skupiła na odklejaniu przykurzonych pasemek włosów od spoconej twarzy. Kilka metrów dalej zadyszana Hana rozciągnęła się na betonowych schodkach.

- Już sama nie wiem... - westchnęła Jane.

Westchnienie pozornie było pozbawione związku, ale Hana zrozumiała. To był środek wakacji i jak dotąd najgorętszy dzień roku. Dwie najlepsze przyjaciółki były bez pieniędzy, zirytowane upałem i trochę już zmęczone swoim towarzystwem.

- Pocę się od samego patrzenia na nich - mruknęła Hana, zerkając na chłopców kopiących piłkę na asfaltowym placyku niespełna dwadzieścia metrów dalej.

- Też tak kiedyś zasuwałyśmy - zauważyła Jane. - To znaczy nie za piłką. Wyścigi na rowerach... Takie tam.

Hana pozwoliła sobie na słaby uśmiech, kiedy jej myśli popłynęły w przeszłość.

- Barbie Grand Prix - pokiwała głową, wspominając siebie na różowym rowerku, migoczące w słońcu szprychy, wiatr i podskoki na nierównościach chodnika.

Babcia Jane zawsze wychodziła przed blok z leżakiem, żeby mieć dziewczynki na oku.

- Wszystko musiałyśmy mieć identyczne - powiedziała Jane, w zamyśleniu podkurczając i prostując palce, co sprawiało', że jej klapek rytmicznie klaskał o piętę.

Wędrówkę aleją wspomnień brutalnie przerwała piłka, która świsnęła nad Haną i grzmotnęła w ścianę bloku centymetry od głowy Jane.

- Dżiiizas! - wrzasnęła Hana.

Rzuciła się naprzód, żeby nakryć ciałem piłkę, która podskakując na stopniach, wracała w stronę boiska. U stóp schodów pojawił się zadyszany chłopiec, mniej więcej dziewięcioletni, z koszulką Chelsea owiniętą wokół nadgarstka. Przy każdym wydechu na jego piersi pojawiała się choinka sterczących żeber.

- Podaj - sapnął dzieciak, wyciągając ręce przed siebie w oczekiwaniu na piłkę.

- Prawie dostałam w twarz! - wrzasnęła rozwścieczona Jane. - Mógłbyś chociaż przeprosić.

- To było niechcący.

Do schodów zbliżali się pozostali piłkarze zirytowani przedłużającą się przerwą w grze. Hana wiedziała, że to był tylko wypadek, i już miała oddać piłkę, kiedy jeden z chłopców zaczął pyskować. Był największy w grupie, dziesięciolatek z krótkimi rudymi włosami.

- Ej, kaszalot, dawaj piłkę.

Hana wtargnęła pomiędzy błyszczące od potu torsy. Stanęła przed rudzielcem, patrząc mu prosto w oczy i ściskając piłkę między dłońmi.

- Powtórzysz to, wiewiór?

Hana była o trzy lata starsza od dzieciaka, który z nią zadarł. Miała przewagę wysokości i masy. Wszystko, co malec mógł zrobić, to gapić się tępo na swoje najki, podczas gdy jego kumple czekali na ciętą ripostę.

- Co jest, kot zeżarl ci język? - rzuciła wyzywająco Hana, napawając się cierpieniem swojej ofiary.

- Chciałem tylko odzyskać naszą piłkę - powiedział rudy słabym głosem.

- To ją sobie weź.

Hana puściła piłkę i kopnęła ją, zanim dotknęła ziemi. W tej samej chwiłi pożałowała, że nie włożyła trampków. Piłka poszybowała w stronę boiska ścigana przez wirujący sandał.

Rudy skoczył i przechwycił sandał w locie. Uradowany niespodziewanie zyskaną przewagą podniósł zdobycz do nosa i skrzywił się.

- Nogi ci śmierdzą, dziewczyno. Nie wiesz, co to mydło? Gruchnął złośliwy rechot. Hana sięgnęła po sandał, ale rudy błyskawicznie schował but za siebie i rzucił zza pleców do jednego z kolegów. Dziewczyna ruszyła chwiejnie w stronę nowego oprawcy. Drobiny żwiru wbijały się jej w stopy. Czuła się jak kompletna kretynka. Jak mogła dać się tak wrobić bandzie głupich małolatów?

- Oddawaj but, bo dostaniesz - warknęła.

Sandał znów zmienił posiadacza. Do akcji włączyła się Jane, pragnąc pomóc przyjaciółce.

- Oddaj to - zażądała, kipiąc gniewem.

Chłopcy śmiali się tym głośniej, im bardziej wściekały się dziewczęta. Już zaczęli rozpraszać się po podwórku, przewidując dłuższą zabawę w głupiego Jasia, kiedy Jane zauważyła, że na twarzach chłopaków gasną uśmiechy. Hana także wyczula, że coś jest nie tak. Odwróciła się gwałtownie, by kątem oka dostrzec spadający obiekt, który w następnej chwili grzmotnął o ziemię. Spadl na schody prowadzące do klatki bloku, dokładnie tam, gdzie siedziała przed minutą.

Hana skamieniała ze zgrozy ze wzrokiem utkwionym w metalowej barierce przygiętej do ziemi od uderzenia. Zanim jej mózg znów podjął pracę, przerażeni chłopcy porzucili sandał i rozbiegli się we wszystkie strony. Hana spojrzała na podeszwę sfatygowanego trampka, a potem na opięte dżinsem pośladki wieńczące stertę poskręcanego metalu. Adrenalina uderzyła gorącą falą. Hana rozpoznała zmasakrowane ciało.

- Will...! Nie, na miłość boską!

Wyglądał na martwego, ale to nie mogła być prawda. Hana przycisnęła dłonie do twarzy i zaczęła krzyczeć tak głośno, że czuła, jak w gardle tańczą jej migdałki. Próbowała przekonać samą siebie, że to tylko sen. Takie rzeczy nie zdarzają się w prawdziwym życiu. Za chwilę obudzi się i wszystko będzie jak dawniej...

1. MUNDUREK

Przez ostatnie trzy lata George Stein pracował jako nauczyciel ekonomii w ekskluzywnej szkole Trinity Day pod Cambridge. Niedawno wyszły na jaw informacje sugerujące, że Stein może mieć powiązania z organizacją terrorystyczną Help Earth. (Wyjątek z wprowadzenia do misji Calluma Reilly’ego i Shakeela „Shaka” Dajaniego).

Czerwiec 2005 r.

Był piękny dzień, a osiedle w Cambridge promieniowało aurą dużych pieniędzy. Wygląd nieskazitelnych trawników kazał przypuszczać, że pielęgnują je profesjonalni ogrodnicy. James szedł obok Shakeela, śliniąc się na widok kosztownych ucieleśnień niemieckiej myśli technicznej lśniących na podjazdach przed domami. Obaj chłopcy czuli się niezręcznie w letnich mundurkach szkoły Trinity składających się z białej koszuli, krawata, szarych spodni z pomarańczowymi lampasami, pomarańczowo-szarego blezera i filcowej czapki w tych samych barwach.

- Mówię ci - jęknął James - choćbyś główkował nad tym nie wiem jak długo, nie wymyśliłbyś niczego bardziej kretyńskiego.

- No, nie wiem, James. Mogliśmy nosić pióra kuropatwy na czapkach czy coś...

-Albo te spodnie. Może i były dobre na chudy tyłek Calluma, ale ja dłużej w nich nie wyrobię!

Shaka wyraźnie bawiło cierpienie kolegi.

- To nie wina Calluma, że odpadł z misji w ostatniej chwili. Wszystko przez tego żołądkowego wirusa, który szaleje ostatnio w kampusie.

James skinął głową.

- Też to miałem w zeszłym tygodniu. Dwa dni przesiedziałem na kibelku.

Shak po raz milionowy spojrzał na zegarek.

- Chodźmy szybciej.

- A spieszy się nam? - zdziwił się James.

- To nie jest jakiś londyński powszechniak pełen obszarpanych fanów Arsenału - wyjaśnił Shak. - Trinity to jedna z najlepszych prywatnych szkół w kraju i jej uczniom nie wolno snuć się po korytarzach, kiedy im się podoba. Mu-simy dotrzeć tam w przerwie między trzecią a czwartą lekcją, żeby móc wmieszać się w tłum.

James kiwnął głową.

- Jasne.

Shak zerknął na zegarek po raz milion pierwszy. Chłopcy skręcili w brukowaną alejkę o szerokości wystarczającej zaledwie dla jednego samochodu.

- Ruchy, James!

- Staram się - jęknął James. - Ale słowo daję, jak nie będę uważał, te gacie strzelą mi na tyłku.

Alejka skręciła między dwa duże domy, by wyprowadzić chłopców na zaniedbany park z trawą po kolana i zestawem pogiętych huśtawek. Po lewej stronie wznosiło się siatkowe ogrodzenie zwieńczone drutem kolczastym, oddzielające park od terenów Trinity Day. Za dnia główna brama była pod stałą obserwacją, dlatego dla Jamesa i Shaka jedyna droga do szkoły wiodła właśnie tędy.

Starannie unikając psich kup i śmieci, Shak zaczął przedzierać się przez trawę wzdłuż ogrodzenia, szukając wejścia przygotowanego poprzedniej nocy przez agenta MI5.

Wkrótce odnalazł wyciętą w siatce klapę osłoniętą od strony szkoły pniem wielkiego drzewa. Uniósł ją jedną ręką, a drugą zdjął czapkę.

- Tędy proszę, dobry człowieku - powiedział grubym głosem, niezbyt udatnie naśladując arystokratyczną manierę.

James przerzucił przez dziurę swój plecak i czapkę, po czym sam przeczołgał się na drugą stronę. Czekając, aż Shak zrobi to samo, stanął plecami do drzewa i otrzepał mundurek z ziemi.

- Wszystko gotowe? - zapytał, zarzucając plecak na ramię.

Plecak ważył tonę, a jego zawartość szczękała metalicznie przy każdym poruszeniu.

- Czapka - przypomniał Shak.

James schylił się z cichym stęknięciem i podniósł czapkę z trawy. W oddalonym o kilkaset metrów budynku szkoły zabrzmiał dzwonek na koniec lekcji.

- Zwijajmy się - rzucił Shak.

Chłopcy wyskoczyli zza drzewa i pobiegli w stronę szkoły przez boisko do rugby. Dopiero po chwili dostrzegli woźnego zmierzającego ku nim z przeciwnej strony.

- Hej, wy dwaj! - ryknął mężczyzna.

Ponieważ Jamesa włączono do misji w ostatniej chwili, w zastępstwie za chorego Calluma, nie wystarczyło mu czasu na gruntowne przestudiowanie materiałów wprowadzających. Teraz patrzył niepewnie na Shaka, nie bardzo wiedząc, jak zareagować.

- Spokojnie - szepnął Shak. - Zajmę się tym.

Woźny przechwycił chłopców w pobliżu bramki. Był postawnym mężczyzną o szarych, nieco już przerzedzonych włosach, ubranym w robocze buty i brudny kombinezon.

- Może łaskawie wytłumaczycie mi, co właściwie tutaj robicie? - zapytał pompatycznie.

- W przerwie na lunch czytałem sobie pod drzewem -wyjaśnił grzecznie Shak. - Zostawiłem tam czapkę, no i...

- Znacie regulamin szkoły czy nie?

Shak i James popatrzyli na siebie z zakłopotaniem.

- Nie próbujcie robić ze mnie głupka, znacie go równie dobrze jak ja. Uczniom, którzy nie uczestniczą w lekcji, meczu lub oficjalnym treningu, nie wolno wchodzić na boiska, gdyż powoduje to niepotrzebne zużycie nawierzchni - wyrecytował woźny.

- Tak, wiemy - skwapliwie zgodził się Shak. - Bardzo mi przykro. Biegliśmy, bo nie chcieliśmy się spóźnić na lekcję. To wszystko.

- Przepraszamy - dodał James. - Ale przecież boisko nie jest mokre ani nic. Niczego nie zniszczyliśmy.

Woźny potraktował komentarz jako próbę podważenia jego autorytetu. Pochylił się nad Jamesem i zaczął krzyczeć, bryzgając kropelkami śliny:

-Ja tu ustalam zasady, młodzieńcze! Nie ty będziesz decydował, kiedy ci wolno, a kiedy nie wolno biegać po moim boisku, jasne?!

- Tak jest, psze pana.

- Nazwisko i dom!

- Mail, Joseph, Dom Króla Henryka - skłamał James, przywołując jeden z nielicznych elementów swojej legendy, jakie zdołał zapamiętać z lektury materiałów wprowadzających.

- Asmal, Faisal, ten sam dom - powiedział Shak.

- No i pięknie - wycedził woźny, unosząc się nieznacznie na palcach stóp. - Opowiem o waszych wybrykach opiekunowi domu i spodziewam się, że za tę bezczelność zostaniecie surowo ukarani. A teraz jazda na zajęcia.

- Musiałeś się odszczekiwać? - wysyczał zirytowany Shak, kiedy chłopcy ruszyli w stronę wejścia do szkoły.

- Wiem, wiem, źle zrobiłem - powiedział James, unosząc ręce w obronnym geście. - Ale on był taki nadęty.

Chłopcy weszli przez podwójne drzwi do głównego budynku szkoły. Krótkie schodki wyprowadziły ich na zatłoczony korytarz biegnący przez całą długość parteru. Było gwarno jak to w szkole, ale chłopcy z Trinity poruszali się niespiesznie, dystyngowanie, uprzejmie kłaniając się nauczycielom czekającym przy drzwiach klas.

- Co za banda kujonów - wyszeptał James. - Założę się, że te sztywniaki nawet nie pierdzą.

W drodze na pierwsze piętro Shak objaśnił sytuację.

- Żeby dostać się do Trinity, każdy dzieciak musi zdać specjalny egzamin i wypaść jak trzeba na rozmowie kwalifikacyjnej. Chętnych nigdy nie brakuje, więc mogą sobie pozwolić na wykopanie każdego, kto odstaje od grupy.

- O ile zakład, że długo bym tu nie zabawił? - wyszczerzył się James.

Zanim dotarli na pierwsze piętro, większość uczniów znalazła już drogę na swoje zajęcia i drzwi klas były pozamykane. Shak wyjął pistolet do zamków z kieszeni blezera. Minął jeszcze kilka sal i zatrzymał się przed drzwiami ozdobionymi tabliczką z napisem: Dr. George Stein BSc, PhD, dziekan wydziału ekonomii i politologii.

Shak wcisnął końcówkę pistoletu w dziurkę od klucza. James stanął blisko kolegi, żeby zasłonić go przed grupą uczniów, którzy czekali przy drzwiach klasy kilkanaście metrów dalej. Zamek miał prosty jednozapadkowy mechanizm. Shak musiał tylko lekko pokręcić końcówką i nacisnąć spust, by drzwi stanęły otworem. Chłopcy wśliznęli się do gabinetu i zamknęli drzwi na zasuwkę, by nikt z zewnątrz nie mógł ich otworzyć, nawet gdyby miał klucz.

- Stein prowadzi teraz lekcję dwa piętra wyżej - powiedział Shak. - Mamy czas do następnej przerwy, czyli trzydzieści sześć minut. Do roboty.

2. TECHNIKA

Shak okrążył biurko Steina i opuścił żaluzje. Tymczasem James obejrzał sobie gabinet. Wyposażenie trudno było nazwać ekstrawaganckim; składało się nań proste biurko, krzesła, dwie szafki kartotekowe i wieszak na płaszcze. Za pomocą pistoletu do zamków Shak włamał się do metalowej szuflady i zaczął przeglądać papiery. Szukał dokumentów mających związek z życiem osobistym George’a Steina, a zwłaszcza z jego działalnością na rzecz organizacji obrońców środowiska.

James zasiadł za biurkiem i włączył komputer Steina. Czekając na załadowanie systemu, wyjął z plecaka miniaturowy notebook JVC, po czym szybko skonfigurował połączenie sieciowe pomiędzy dwoma komputerami. Maszyna Steina zażądała hasła, ale James był na to przygotowany. Uruchomił pakiet narzędzi hakerskich na notebooku i użył go do przeprowadzenia diagnostyki systemu w komputerze Steina.

Gdy program zgromadził już podstawowe dane o twardym dysku i systemie operacyjnym, James otworzył kolejny moduł hakerski, by przejrzeć pliki na chronionym komputerze.

- Jak dziecku lizaka - mruknął z zadowoleniem.

Mając już dostęp do plików, James kliknął na moduł klonowania i notebook zaczął kopiować całą zawartość komputera Steina na własny dysk.

- Ile tego jest? - zapytał Shak, otwierając drugą szufladę szafki.

- Osiem i dwa giga. Program podaje, że kopiowanie potrwa sześć minut.

Podczas gdy komputery pracowały, James rozgarnął papiery na biurku i stanął na blacie. Sięgnął w górę, by ściągnąć niklowaną kratkę osłaniającą dużą lampę sufitową. Strząśnięty z niej kurz łaskotał go w nozdrza, kiedy badał wzrokiem szereg świetlówek nad głową.

- Zgaś światło, Shak.

Shak wychylił się i pstryknął wyłącznik. James sięgnął w głąb lampy, by wymontować z niej jeden ze starterów świetlówek. Następnie przyciągnął do siebie plecak i wygrzebał z niego identyczny plastikowy cylinderek, jednak choć starter wyjęty z lampy kosztował niecałego funta, jego zamiennik był wart trzy tysiące. Było to urządzenie podsłuchowe złożone z mikrofonu wielkości główki od szpilki, nadajnika oraz układu scalonego zdolnego zapamiętać pięć godzin nagrania. Urządzenia oświetleniowe są doskonałym miejscem do zakładania podsłuchów, po pierwsze dlatego, że często umieszcza się je wysoko, gdzie nic nie ogranicza pola słyszenia, a po drugie dlatego, że umożliwiają łatwe wykorzystanie sieci elektrycznej jako źródła zasilania dla pluskiew.

Kiedy James energicznie schylił się po kratkę, by zamontować ją na lampie, usłyszał złowrogi trzask, na który czekał z obawą od samego rana. Jego spodnie rozerwały się wzdłuż szwu w kroku, odsłaniając parę bajecznie kolorowych bokserek.

Shak nie zdołał powstrzymać śmiechu.

- Fajne gatki, James - powiedział, włączając światło.

- O bracie, co za ulga - sapnął James. - Może jednak będę mógł mieć dzieci. Co dalej?

- Klucze - przypomniał Shak.

- Zakładając, że je tu zostawił - powiedział James, kierując się w stronę kurtki na wieszaku przy drzwiach.

Wyłowiwszy z jej kieszeni pęk kluczy, wrócił do plecaka po zestaw woskowych tabliczek. Tymczasem Shak znalazł w szafce jakieś interesujące dokumenty i kopiował je za pomocą ręcznego skanera.

Każda tabliczka rozdzielała się na dwa listki wielkości herbatnika. James ściskał klucze Steina między połówkami, tworząc odciski, które mogły posłużyć do sporządzenia duplikatów. Zanim uporał się z całym pękiem, laptop zadźwięczał cichym akordem, sygnalizując, że zakończył kopiowanie. James usiadł za biurkiem i za pomocą pakietu hakerskiego zainstalował program szpiegujący w komputerze Steina. Szpieg miał rejestrować każde naciśnięcie klawisza i każdą operację wykonywaną w systemie oraz za pośrednictwem internetu przesyłać te informacje do stacji obserwacyjnej MI5 w Caversham.

Shak, który właśnie skończył przeszukiwać szafki, wyjął z plecaka niewielką metalową skrzynkę. Posklejana kawałkami taśmy izolacyjnej i ze sterczącymi kablami wyglądała jak dzieło szalonego naukowca. Był to przyrząd, którego jedynym przeznaczeniem było zarejestrowanie i odtworzenie sygnału pilota do alarmu w samochodzie Steina. Shak włączył urządzenie, przytykając kable do końców baterii AA. Przełącznik na skrzynce przerzucił w pozycję „odbiór” i poprosił Jamesa, by wcisnął guzik w pilocie Steina. Mu-sieli spróbować kilka razy, zanim zielona dioda obok przełącznika zamrugała na znak, że sygnał został pomyślnie zarejestrowany.

- To wszystko? - zapytał James.

Shak skinął głową i zerknął na zegarek.

- Sześć minut przed czasem.

Chłopcy dokonali ostatnich oględzin, upewniając się, że zabrali cały sprzęt, i ustawili każdą rzecz tam, gdzie ją znaleźli. Kiedy rozległ się dzwonek, wyskoczyli na korytarz i ruszyli w stronę schodów wiodących na parter. James miał świadomość powiększającej się dziury w spodniach, ale uczniowie Trinity zdawali się niczego nie dostrzegać.

Za głównym wejściem do budynku chłopcy skręcili w lewo. Po pochyłym betonowym podjeździe zeszli do niedawno wybudowanego kompleksu sportowego, pod którym, jak wiedzieli z dokumentacji misji, znajdował się parking dla nauczycieli. Weszli do szatni, gdzie grupa dziesięcio-klasistów szykowała się do WF-u. Wdychając mdły odór potu, szybkim krokiem przemierzyli korytarz o ścianach wyłożonych starymi fotografiami szkolnych drużyn rugby. Kiedy znaleźli drzwi wychodzące na parking, James obejrzał się, po czym przeszli pod znakiem „Tylko dla kadry” i zbiegli po betonowych schodach.

Parking był dziewiczo nowy. Jaskrawopomarańczowych linii rozdzielających miejsca parkingowe nie szpecił ani jeden czarny ślad opony. Chłopcy szybko odszukali srebrnego hatchbacka Steina. Shak wydobył z kieszeni metalową skrzynkę i przestawił przełącznik w pozycję „nadawanie”, podczas gdy James wsunął klucz dilerski w zamek po stronie kierowcy. Klucz otwierał wszystkie egzemplarze tego modelu, ale nie zawierał mikroukładu niezbędnego do uciszenia alarmu.

- Gotów? - zapytał James, czekając na skinięcie Shaka. - Trzy, dwa, jeden, teraz.

Przekręcił kluczyk. Alarm ćwierknął, ale natychmiast zamilkł wyłączony przez przyrząd Shaka. James zanurkował na miejsce kierowcy i sięgnął na drugą stronę, by wysunąć grzybek zamka w drzwiach pasażera. Nie czekając, aż Shak wgramoli się do środka, maksymalnie odchylił oparcie fotela, by móc zająć się lampką na środku sufitu. Podważył kluczykiem matowy klosz i wyjął żarówkę wraz z plastikową oprawką. W miejsce oprawki Shak wcisnął zamiennik zawierający urządzenie podsłuchowe. James wkręcił z powrotem żarówkę i zamontował klosz.

Shak pospiesznie przetrząsnął schowek, przeglądając porzucone tam rozmaite recepty i papiery w poszukiwaniu czegokolwiek interesującego. Kilka dokumentów rozłożył płasko na wieku schowka i skopiował ręcznym skanerem. James przeszukał tylne siedzenie i schowek w drzwiach po stronie kierowcy, ale znalazł tylko atlas drogowy i mnóstwo pogniecionych papierowych kubków.

- To wszystko? - zapytał James, podnosząc oparcie do poprzedniej pozycji.

Shak skinął głową.

- Teraz musimy tylko stąd zwiać i nie dać się złapać.

James zaczął wysiadać, ale w tej samej chwili dostrzegł szczupłą kobiecą sylwetkę wyłaniającą się z wejścia do klatki schodowej.

- Cholera - szepnął i delikatnie przymknął drzwi samochodu.

Shak pochylił się, by zerknąć na tyczkowatą kobietę, która zapaliła papierosa i wsysała dym tak łapczywie, jakby od tego zależało jej życie. Chłopcy nie mieli innego wyjścia, jak tylko zsunąć się jak najniżej w swoich fotelach i czekać.

Kiedy kobieta skończyła palić i zniknęła na schodach, James i Shak odczekali jeszcze kilka minut, po czym ruszyli za nią. Plan misji nakazywał im ukryć się na tyłach kompleksu sportowego i odczekać jeszcze pół godziny do końca lekcji, kiedy mogliby wyjść przez główną bramę wraz z prawdziwymi uczniami.

Mijając szatnię po raz drugi, James zauważył, że nauczyciel WF-u nie zamknął drzwi, kiedy uczniowie wyszli na lekcję. Jego uwagi nie uszedł też ponad tuzin szaro-poma-rańczowych spodni Trinity kusząco rozrzuconych po całym pomieszczeniu.

- Czekaj tu i patrz, czy nikt nie idzie - powiedział James. - Zorganizuję sobie jakieś spodnie.

Shak nie był zachwycony tym nieplanowanym opóźnieniem, ale uznał, że sam przecież też nie chciałby wracać do kampusu z wielką dziurą na tyłku.

James przerzucił kilka par spodni. Był nieco większy niż przeciętny trzynastolatek, ale nie aż tak duży jak dziesię-cioklasista. W końcu znalazł spodnie, które wyglądały na odpowiednie. Szybko zsunął buty i przebrał się. Wiedząc, że nie ma czasu na przekładanie zawartości kieszeni, po prostu zwinął podartą parę w kulę i wcisnął do plecaka pomiędzy pozostałe rzeczy. Potem wyszedł z szatni i ruszył w stronę wyjścia.

- Czekaj - rzucił Shak.

James obejrzał się.

- Co jest?

- Nic, tylko kiedy się przebierałeś, wyjrzałem przez szybę, żeby zobaczyć, co jest za tymi drzwiami. - Shak wskazał na drzwi. - Możemy pójść tędy, zamiast obchodzić cały budynek dookoła.

James przeszedł na drugą stronę korytarza i wyjrzał przez szybkę w drzwiach. Prowadziły na tyły budynku. James wzruszył ramionami.

- Czemu nie?

Nacisnął klamkę i pchnął drzwi ramieniem. W tej samej chwili plastikowa skrzynka nad drzwiami rozdzwoniła się przeraźliwym terkotem. Chłopcy wymienili przerażone spojrzenia. Z jednej z sal gimnastycznych wypadł olbrzymi nauczyciel WF-u i sapiąc ze złości, ruszył prosto na nich.

- W co wy się tu zabawiacie, do diabła?!

- Znikamy? - zapytał James.

Zamiast odpowiedzi James usłyszał cichnące popiskiwanie podeszew Shaka, który pełną parą pomknął do wyjścia.

3. WŁOSY

Laura, siostra Jamesa, marzyła o przefarbowaniu włosów na czarno, odkąd skończyła sześć lat, ale mama nie pozwalała jej na to niezależnie od tego, jak bardzo prosiła. Jedyną rzeczą, która powstrzymywała Laurę od spełnienia marzeń w ciągu dwóch lat od śmierci mamy, było poczucie, że okazałaby w ten sposób brak szacunku dla jej pamięci. Ostatecznie zdecydowała się na to po długich namowach swojej najlepszej przyjaciółki Bethany Parker, która przysięgała, że kupiła farbę niechcący. Laura nie potrafiła sobie wyobrazić, jak można przypadkiem kupić farbę do włosów, i nie wierzyła Bethany nawet przez milisekundę, ale kiedy farba stała już na półce w łazience, nie mogła oprzeć się pokusie.

Rezultat okazał się całkiem zadowalający, zwłaszcza kiedy Laura włożyła koszulkę Linkin Park, postrzępione dżinsy i zmierzwiła włosy w niedbałą strzechę. Nie była jednak do końca pewna siebie i nie potrafiła powstrzymać się przed zerkaniem na swoje odbicie w każdej lustrzanej powierzchni, jaką mijała, jak gdyby tysięczne spojrzenie mogło ujawnić jakąś oszałamiającą prawdę, niedostrzeżoną w dziewię-ciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu poprzednich.

Laura szła korytarzem w stronę sali odpraw przedtrenin-gowych. Była w paskudnym humorze. Na ostatnich zajęciach przyczepili się do niej czterej chłopcy, którzy do końca lekcji nabijali się z jej włosów. Nie wzięła przytyków do siebie, bo byli to zwyczajni idioci, którzy naśmiewaliby się z każdej nowej fryzury lub ubrania, niemniej jednak mu-siała ich znosić przez większą część godziny, co wprawiło ją w nastrój ponurej irytacji. Najgorsza była konieczność przyjmowania z uśmiechem wszystkiego, czym w nią rzucali. Najdrobniejszy gest sugerujący, że udało się jej dopiec, tylko rozochociłby oprawców.

Przekroczywszy próg sali odpraw, Laura zerknęła na zegarek, po czym skierowała się w stronę długiej ławy oznaczonej plastikową tabliczką z napisem „Zespół D”. Zespoły od A do C, każdy liczący pięć osób, były już w komplecie i zajmowały sąsiednie stoły. Grupie C przewodziła dziewczyna Jamesa Kerry Chang wspólnie ze swoją najlepszą przyjaciółką Gabrielą. Liderem Zespołu A był najlepszy przyjaciel Jamesa Kyle Blueman.

Laura usiadła obok Bethany Parker. Brat Bethany Jake zajął miejsce naprzeciwko siostry, zaś Dana „Śmierdziel” Smith na drugim końcu ławki, tak daleko od pozostałych, jak tylko się dało.

Jake miał dziewięć lat. Nie mógł przystąpić do szkolenia podstawowego, dopóki nie skończył dziesięciu, ale jego edukacja już teraz była ukierunkowana na uczynienie zeń agenta CHERUBA. Poza normalnymi lekcjami Jake regularnie uczęszczał na treningi karate i dżudo oraz już niemal płynnie mówił po hiszpańsku i francusku. Teraz miał po raz pierwszy poczuć przedsmak prawdziwego szkolenia w stylu CHERUBA jako najmłodszy członek Zespołu D.

Dana była czternastoletnią chłopczycą, którą zwerbowano do CHERUBA w australijskim domu dziecka. Usiadła z nogami wyciągniętymi przed siebie i rękami w kieszeniach brudnej wojskowej kurtki. Była wykwalifikowaną agentką już od czterech lat, ale choć imponująca sprawność fizyczna zapewniła jej liczne sukcesy w turniejach karate i aż trzy zwycięstwa w dorocznych mistrzostwach CHERUBA w trójboju, jej wyniki operacyjne nie były spektakularne i Dana wciąż nosiła szarą koszulkę.

Odsuwając krzesło, Laura zdobyła się na słaby uśmiech.

- Cześć, Dana.

- Cześć, szefowo - rzuciła Dana ze swoim australijskim akcentem, ani na chwilę nie porzucając pozy w stylu „nikt mnie nie lubi, ale mam to gdzieś”.

Laura zdążyła już odkryć, że bycie jedną z najmłodszych granatowych koszulek w kampusie ma także swoje minusy. Oczywiście satysfakcja była niemała, ale w towarzystwie o wiele starszych agentów, których przewyższała rangą, Laura czuła się co najmniej niezręcznie.

- Gdzie twój brachol? - spytała Dana, kiedy Laura przysunęła się do stołu.

- Jamesa nie będzie na odprawie - odpowiedziała Laura. - Będę musiała zrobić dla niego notatki. Przed ósmą powinien wrócić.

- Ale paskudna fryzura - wtrącił Jake.

Laura zacisnęła pięść.

- Nie tak paskudna, jak zaraz będzie twoja twarz.

- Ale się boję - prychnął Jake.

Laura spojrzała na Bethany i pokręciła głową.

- Chłopaki to takie matoły...

- Wiem coś o tym - mruknęła Bethany, rzucając bratu mordercze spojrzenie.

Nagle zapadła cisza. Do klasy wmaszerował najbardziej bezlitosny z instruktorów CHERUBA, pan Large, a za nim dwaj jego asystenci - pan Pikę i pan Greaves. Młodsi mężczyźni doskonale pasowali do modelu instruktora CHERUBA: dobiegający trzydziestki, wysocy, krzepcy, o posturach bokserów wagi ciężkiej. Obaj byli niegdyś agentami CHERUBA, którzy po zakończeniu służby wybrali karierę w wojskowych oddziałach specjalnych.

Large’a bali się wszyscy, ale Laura miała więcej powodów do strachu niż inni. Szef instruktorów wciąż żywił do niej śmiertelną urazę za wtrącenie go szpadlem do dołu z błotem.

- Cisza, świnie! - wrzasnął Large i trzasnął drzwiami klasy.

Bethany nachyliła się do ucha Laury.

- Wąsy mu urosły - wyszeptała.— Wygląda, jakby przykleił sobie szczura.

Laura mimo woli wyobraziła sobie Large’a z taśmą klejącą przymierzającego szczura przed lustrem i nie zdołała powstrzymać chichotu. Sekundę później znalazła się pod ostrzałem.

- Co cię tak śmieszy, młoda damo?

- Nic, psze pana - wycedziła Laura zła na siebie za tę idiotyczną wpadkę.

Przyciągnięcie uwagi Large’a było najgorszą rzeczą, jaką mogła zrobić.

- Śmiejesz się z niczego? Co z tobą? Zdumiałaś do reszty? Co tak siedzisz, dziewczyno?! Kiedy rozmawiasz ze mną, masz stać na baczność!

Laura zerwała się gwałtownie.

- Widzę, że masz granatową koszulkę - parsknął Large. - I masz czarne włosy, które tak świetnie pasują do twojego małego czarnego serca. Myślę o tobie każdego ranka, Lauro Adams, kiedy budzi mnie koszmarny ból w plecach. W tej chwili powinienem być w Norwegii i prowadzić podstawówkę z panem Speaksem i panną Smoke. Niestety, przez moje chore plecy muszę tkwić tutaj i oglądać twoją wredną tłustą gębę. Jesteś zwykłą rzygowiną, Lauro Adams! Czym jesteś?

- Rzygowiną, sir! - odkrzyknęła Laura, kipiąc z wściekłości na wspomnienie tortur, jakim Large poddawał ją podczas szkolenia podstawowego. Czułaby się winna, gdyby zraniła kogokolwiek innego, ale nie jego.

- Do tablicy. Za chwilę pomożesz mi przy małej demonstracji.

Sapiąc ze złości, Laura pomaszerowała do tablicy. Large potoczył wzrokiem po klasie.

- Czy wszyscy już są?

Po krótkiej pauzie sam domyślił się odpowiedzi.

- Gdzie jest brat rzygowiny?

- Dziś rano wysłali go na misję - wyjaśniła Bethany. -Do ósmej powinien wrócić.

- Pięknie - sapnął Large, mierząc Laurę złym wzrokiem, jak gdyby to ona była temu winna.

Laura oparła się o tablicę. Gabriela i Kerry spojrzały na nią ze współczuciem i wzruszyły ramionami, jakby mówiły: „Nic na to nie poradzisz”. Large zmienił temat.

- A zatem, moje słodkie bułeczki, nasze ćwiczenie stworzono po to, by dać wam pewne doświadczenie w pracy zespołowej w warunkach silnej presji. Dla niektórych z was będzie to pierwsze spotkanie ze szkoleniem poligonowym, podczas gdy starsi uczestnicy będą mieli okazję wypróbować swoje zdolności przywódcze i zespołotwórcze. Podstawowe zasady są następujące: w ćwiczeniu biorą udział cztery pięcioosobowe drużyny. Każdej przewodzi doświadczony agent w randze granatowej lub wyższej. Resztę zespołu tworzy troje agentów w randze szarej lub granatowej oraz jeden dziewięcioletni junior, dla którego będzie to pierwsze doświadczenie z zaawansowanym szkoleniem CHERUBA. Każdy członek drużyny otrzyma sześć jajek ze swoim imieniem wypisanym na skorupkach. To trzydzieści jajek na zespół. Macie je nosić przy sobie przez cały czas ćwiczenia. Po przetransportowaniu do ośrodka treningowego SAS cztery drużyny zostaną wpuszczone na teren poligonu do walk ulicznych dziś o godzinie dwudziestej zero zero. Zwycięży zespół, który będzie miał najwięcej całych jajek dwanaście godzin później, czyli o godzinie ósmej zero zero jutrzejszego ranka. W zmotywowaniu waszych małych móżdżków do wytężonej pracy powinna pomóc świadomość, że tuż po zakończeniu ćwiczenia drużyna z najmniejszą liczbą jajek weźmie ekstradługi lodowaty prysznic, po czym dotrzyma mi towarzystwa w dziesięciokilometrowym biegu terenowym, dźwigając plecaki ze sprzętem. O taktyce decyduje przywódca drużyny. Możecie być bierni i ukrywać się albo aktywnie polować na przeciwników, by zniszczyć ich jajka. Na terenie poligonu znajdziecie różne rodzaje przydatnego sprzętu. Pozostałe zasady: jeniec, który oddał swoje jajka, musi zostać natychmiast zwolniony. Ponadto nie wolno nikomu zdejmować ubrania ochronnego, stosować tortur fizycznych ani strzelać z odległości mniejszej niż trzy metry. Aha, i nie wolno kopać w jądra.

Dziewczęta wydały z siebie jęk zawodu.

- Wszyscy otrzymacie lokalizatory wyposażone w przycisk alarmowy. Dzięki nim będę zawsze wiedział, gdzie jesteście, i będę mógł interweniować, kiedy ktoś złamie zasady albo dojdzie do jakiegoś wypadku. Będziecie też obserwowani przez kamery rozmieszczone na terenie poligonu. Dźwięk syreny oznacza koniec ćwiczenia albo przerwanie działań, jeżeli w nagłej sytuacji zajdzie potrzeba ich zawieszenia. Zostaniecie wyposażeni w najnowszy wynalazek w dziedzinie technik symulacji działań bojowych. Mam na myśli amunicję ćwiczebną opracowaną na potrzeby amerykańskiej piechoty morskiej. Aby zademonstrować wam różnicę pomiędzy nowym systemem a zwyczajnym paintballem, skorzystam z pomocy mojej szpetnej asystentki, panny Rzygowiny.

Large wręczył Laurze drewnianą płytkę o wymiarach trzydzieści na trzydzieści i grubości dwóch centymetrów.

- Trzymaj to przed sobą i stań po drugiej stronie sali.

Kiedy tylko Laura znalazła się pod przeciwległą ścianą, Large wziął z biurka karabinek paintballowy i oddał jeden strzał. Kulka rozbiła się o drewno z głośnym plaśnięciem, a Laura poczuła, jak rozbryzg liliowej farby ochlapuje jej nagie ramiona.

- Niemal żadnej energii, krótki zasięg, marna celność -skomentował Large, odrzucając broń z wyrazem pogardy na twarzy. - A teraz spróbujemy czegoś innego.

Wziął z biurka karabin szturmowy.

- To prawdziwa broń: szturmowy AK-M produkcji węgierskiej. W ciągu minionego półwiecza nie było wojny, w której żołnierze jednej lub obu stron nie używali jakiejś odmiany kałasznikowa. To dlatego, że są lekkie, proste i imponująco niezawodne.

Large chwycił bananokształtny magazynek, wcisnął go w gniazdo na spodzie karabinu i przestawił selektor na ogień pojedynczy.

- Choć z radością ostrzelałbym Rzygowinę ostrą amunicją, ten AK jest załadowany nabojami ćwiczebnymi. Dzięki nim wasze ćwiczenia poligonowe będą tak realistyczne, jak tylko mogą być bez rozdawania wam prawdziwych nabojów, byście mogli się nawzajem pozabijać.

Large wycelował w drewniany kwadrat i nacisnął spust. Rozległ się donośny trzask. Trysnęła farba, deseczka wybuchła fontanną drzazg, a Laura zatoczyła się do tyłu. Kiedy odzyskała równowagę, na środku tabliczki ujrzała szeroką wyrwę.

- Ze względu na dużą energię kinetyczną pocisków będziecie walczyć w hełmach i kombinezonach ochronnych - ciągnął Large. - Nie zdejmujcie ich, chyba że w razie palącej potrzeby. Otrzymacie manierki z rurkami do picia przez opuszczoną przyłbicę. Jeśli komuś zechce się siku, niech znajdzie bezpieczne miejsce i upewni się, że ktoś go osłania. Jeśli nie chcecie stracić wzroku, musicie przez cały czas chodzić w hełmach i z opuszczonymi przyłbicami.

Kerry uniosła rękę.

-Tak, słoneczko?

- Sir, jakie są zasady na wypadek trafienia? Mamy leżeć bez ruchu przez dziesięć minut czy co?

Szczur pod nosem Large’a nastroszył się, kiedy olbrzym wykrzywił twarz w jednym z najpaskudniejszych swoich uśmiechów.

- Amunicję nowej generacji opracowano zgodnie z założeniem, że ćwiczący, który boi się trafienia, będzie na poligonie zachowywać się tak jak na prawdziwym polu walki. Nie będzie sprytnej elektroniki, która powie wam, że zostaliście trafieni, ani reguł mówiących, jak długo macie leżeć na ziemi. Zasada jest prosta: kiedy obrywasz, boli jak diabli.

4. UCIECZKA

James i Shak wybiegli na betonowy podjazd ścigani przez wściekłego wuefistę. Od głównej bramy dzieliło ich niespełna pięćdziesiąt metrów, ale zamek był sterowany zdalnie z wnętrza budynku i nie było mowy o tym, by zdążyli przedostać się na drugą stronę, zanim dopadnie ich nauczyciel. Jedynym wyjściem pozostawał otwór w siatce, przez który weszli na teren szkoły, ale ten znajdował się po drugiej stronie głównego budynku.

Wparowali do szkoły głównym wejściem. James odważył się zerknąć przez ramię. Wuefista miał ponad dwa metry wzrostu, posturę rugbisty i najwyraźniej ich doganiał. Na domiar złego chłopcy byli w butach na płaskiej podeszwie, które ślizgały się beznadziejnie na wypolerowanym parkiecie. Kiedy dotarli do schodów prowadzących na boiska, nauczyciel był tuż za nimi. Zyskali lekką przewagę, zjeżdżając po metalowej poręczy, ale sztuczka omal nie ugodziła w nich rykoszetem. James rozpędził się tak bardzo, że po zeskoku nie zdołał wyhamować i grzmotnął w drzwi, na chwilę tracąc równowagę.

Minęła dłuższa chwila, zanim oczy Jamesa przywykły do popołudniowego słońca. Serce podeszło mu do gardła na widok tłumu jedenastoklasistów zajmujących oba boiska. Grali w piłkę i James miał nieprzyjemne przeczucie, że spróbują go osaczyć, jeśli zdecyduje się na szarżę przez środek meczu z rozjuszonym wuefistą na ogonie. Zawahał się.

W tej samej chwili Shak wystrzelił w bok, demonstrując zadziwiającą wprost zwrotność, a James stracił równowagę staranowany od tyłu przez nauczyciela. Włochata ręka zacisnęła się wokół jego tułowia.

- Hej, wy! Bierzcie tego drugiego! - zawołał nauczyciel z ustami tuż przy uchu Jamesa, wolną ręką wskazując Shaka.

Nauczyciel był pewien, że schwytał Jamesa w chwili, gdy objął go ramieniem, ale nie mógł wiedzieć, że nie ściga ucznia Trinity Day, tylko agenta CHERUBA po zaawansowanym szkoleniu w technikach samoobrony. James pochylił się i wykonał prosty rzut dżudo, wykorzystując impet znacznie cięższego od siebie przeciwnika do przerzucenia go przez własne plecy. Wielkolud huknął grzbietem o wysuszoną ziemię.

Istniała szansa, że uderzenie obezwładniło nauczyciela, ale jego wygląd sugerował, że jest na to zbyt twardy. Prawdopodobnie rozsierdziło go to tylko jeszcze bardziej, a ponieważ James nie życzył sobie, by dalej go ścigano, niewiele myśląc, wymierzył swojemu prześladowcy mocny cios w podstawę nosa.

Wuefista wrzasnął z bólu i ukrył twarz w dłoniach. James poderwał się, pospiesznie lustrując otoczenie i oceniając swoje szanse. Shak był już prawie po drugiej stronie boiska. Na ogonie siedziała mu cała drużyna piłkarska, ale wyglądało na to, że zdąży dopaść dziury w ogrodzeniu i wydostać się na zewnątrz. Jednak James wiedział, że poznawszy umiejscowienie dziury, piłkarze nikogo już przez nią nie wypuszczą. Pozostała mu tylko jedna droga ucieczki: górą, przez ogrodzenie z drutem kolczastym.

Najbliższy odcinek płotu odgradzał szkołę od podwórek kilku domów. James miał do niego mniej niż pięćdziesiąt metrów, ale drogę odcięli mu trzej piłkarze. Wybrał najmniejszego z nich - mimo to wciąż większego od siebie

- i ruszył prosto na niego. Chłopak opuścił głowę i rozpostarł ramiona. James zamarkował skręt w lewo i wykonał obrót, wywijając się z prawej strony. Zanim zdążył odzyskać równowagę, zderzył się z drugim piłkarzem, który silnym pchnięciem w plecy rzucił go na ziemię. Stosując technikę, jakiej nauczył się na treningach karate, James wykonał przewrót i błyskawicznie poderwał się do biegu. Teraz miał wolną drogę do samego ogrodzenia. W idealnej sytuacji miałby czas na osłonięcie blezerem drutu kolczastego na szczycie płotu, ale zaczepiony na ramionach ciężki plecak uniemożliwiał szybkie pozbycie się mundurka. James wpadł na ogrodzenie z maksymalną prędkością. Oczka siatki były zbyt wąskie, by mógł stawiać w nich stopy, musiał więc polegać wyłącznie na sile ramion, dźwigając się na wysokość czterech metrów. Zanim dotarł do szczytu ogrodzenia, ręce pulsowały mu obezwładniającym bólem, a palce rwały tak, jakby miały zaraz wyłamać się ze stawów.

Chłopak zarzucił stopę na szczyt słupka ogrodzeniowego, w ostatniej chwili wyrywając ją z czyjejś dłoni chwytającej go za kostkę. Zaczął macać drut kolczasty, próbując uchwycić go tak, żeby się nie pokaleczyć, gdy nagle ogarnęła go fala strachu przed czterometrowym zeskokiem czekającym go po drugiej stronie. Jednak perspektywa oddania się w ręce rozjuszonych szesnastolatków wydała mu się jeszcze mniej atrakcyjna.

Kiedy gramolił się na szczyt ogrodzenia, szukając pozycji umożliwiającej zeskok, dzieciaki na dole przyjęły nową taktykę i zaczęły gwałtownie kołysać siatką. James zachwiał się, z najwyższym trudem utrzymując równowagę. Nauczyciel na dole toczył pianę z ust, wciąż przekonany, że patrzy na prawdziwego wychowanka Trinity Day.

- Złaź na dół w tej chwili! W tej szkole nie masz już czego szukać, mój chłopcze.

James syknął z bólu, kiedy jeden z kolców rozorał mu udo. Nie było na co czekać. Zaczerpnął powietrza i niezdarnie odepchnął się od płotu. Miał nadzieję, że przeskoczy krzewy okalające ogród i wyląduje na trawniku w spadochroniarskim stylu, ale gwałtowne kołysanie siatki uniemożliwiało obliczenie zeskoku. Upadł na bok ze stopą zaplątaną w krzew hortensji. Tylko wypchany plecak uratował go przed poważniejszymi obrażeniami.

Pozbierawszy się z ziemi, James nie mógł oprzeć się pokusie pożegnania chłopców z Trinity triumfalną prezentacją środkowego palca.

Zgięty wpół pobiegł po trawniku w stronę domu. W środku mruczał włączony telewizor i bawiło się kilkoro małych dzieci. Na szczęście z ogrodu można było wyjść także przez drewnianą furtkę obok domu zamykaną na zwykłą zasuwkę.

James wciągnął do płuc odór przepełnionych worków na śmieci i z chrzęstem żwiru pod stopami ruszył w kierunku ulicy po podjeździe dzielącym dwa domy. Dotarłszy do chodnika, wsparł się plecami o niski murek i sięgnął do bocznej kieszeni plecaka po komórkę, starając się nie myśleć o rosnącej plamie krwi na spodniach.

Włączył telefon i drżącą dłonią wybrał numer swojego koordynatora.

- Ewart - sapnął w słuchawkę. - Jestem przy Pollacka trzydzieści cztery. Zrobiło się gorąco. Musisz mnie stąd zabrać, i to szybko.

- Już jadę - odpowiedział Ewart. - Czekaj przy skrzynce pocztowej na końcu ulicy.

W oddali rozległo się wycie syreny policyjnej. Serce Jamesa zabiło szybciej.

- Lepiej się pospiesz - rzucił na pożegnanie i puścił się biegiem, starając się ignorować coraz ostrzejszy ból w zranionym udzie.

*

Ewart Asker wcisnął hamulec czarnego mercedesa. Zanim samochód zdążył się zatrzymać, Shak mocnym pchnięciem otworzył drzwi i szybko wycofał się na drugą stronę, umożliwiając Jamesowi wskoczenie do środka. Mercedes ruszył, szybko nabierając prędkości. James spojrzał na Shaka.

- Długo cię gonili?

- Tylko dwóch przelazło za mną za płot - powiedział Shak. - Jak przywaliłem jednemu w łeb karłem ogrodowym, to drugi dał mi spokój.

James roześmiał się, ocierając mankietem spocone czoło. Przyjemnie było wdychać chłodne powietrze w klimatyzowanym wnętrzu samochodu.

- Dobra, mówcie, co poszło nie tak? - zapytał Ewart.