Strup. Hiszpania rozdrapuje rany - Katarzyna Kobylarczyk - ebook

Strup. Hiszpania rozdrapuje rany ebook

Katarzyna Kobylarczyk

4,4

Opis

Osiemdziesiąt lat po zakończeniu wojny domowej Hiszpania wciąż nie wie, co zrobić z ciałami ofiar. Musiało minąć ćwierć wieku od śmierci generała Francisco Franco, by rodziny odważyły się szukać swoich zamordowanych bliskich. Szukają ich nadal: w przydrożnych rowach, zasypanych studniach, na polach, w płytkich zbiorowych grobach. W ciągu ostatnich kilkunastu lat hiszpańskie organizacje pozarządowe otwarły siedemset czterdzieści anonimowych mogił. Ekshumowały ponad dziewięć tysięcy ciał cywilów zamordowanych przez nacjonalistów. Nikt tak naprawdę nie wie, ile jeszcze jest takich grobów. Są we wszystkich regionach kraju, kości leżą w nich do dziś.

„Strup” to opowieść o kraju, który w imię przyszłości miał zapomnieć o swoich upiorach, ale mu się to nie udało. O Fausto, który nie godzi się na to, by jego ojciec spoczywał obok swojego mordercy, o Emilio, który chciał tylko odnaleźć dziadka, a przypadkiem wywołał lawinę, i o Josetxo, bratanku Pierwszego, Który Oddał Życie.

Katarzyna Kobylarczyk przemierza Hiszpanię szlakiem umarłych, zamordowanych, zaginionych. Męczenników i bohaterów. Ofiar i zbrodniarzy. Rodzin, które chcą szukać, i tych, które nie chcą rozdrapywać starych ran.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 240

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Katarzyna Kobylarczyk

Strup

Hiszpania rozdrapuje rany

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Xabier Mikel Laburu / Alamy Stock Photo / Indigo Images

Copyright © by Katarzyna Kobylarczyk, 2019

Opieka redakcyjna Magdalena Moskal

Redakcja Małgorzata Poździk / d2d.pl

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Ewa Ostafin / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-952-2

Główni bohaterowie tej książki nie żyją.

Niektórzy nie żyją od ponad osiemdziesięciu lat, inni krócej. Większość z nich pogrzebano. Nie wszystkich. Niektórych pochowano z pompą, w asyście biskupów i z salwami honorowymi. Postawiono im pomniki i mauzolea. Czasem skromne. Czasem monumentalne. Inni zostali wrzuceni do rowów, rozpadlin i studni, przysypani cienką warstwą ziemi. Niektórzy leżą tak do dziś. Ciał wielu szukają rodziny. Czasami dzieci. Zazwyczaj wnuki. Bywa, że je znajdują. Najczęściej nie.

Groby bohaterów tej książki budzą kontrowersje. Z różnych powodów. Niektórzy walczą o to, by ciała tam pozostały. Inni robią wszystko, by je wyciągnąć, przenieść. Czasami to się udaje, czasami nie.

Wielu ludzi opisanych w tej książce zmienia miejsca pochówku. Dwu-, trzy-, nawet czterokrotnie. Inni w ogóle nie mają grobu. Być może nigdy nie będą go mieć. Na pewno nigdy nie będą go mieć. Szczątki niektórych trafiły na ołtarze. Są relikwiami. Można się przy nich modlić.

Niektórzy bohaterowie tej książki polegli męczeńską śmiercią. Za Boga i Ojczyznę. Inni zginęli za wolność i demokrację. Za Republikę. Jeszcze inni – za ideały komunizmu. Anarchizmu. Marksizmu. Niektórych po prostu zamordowano. Czasem trudno wskazać różnicę.

O niektórych bohaterach tej książki opowiedziały mi rodziny. Synowie, wnuki. Przyjaciele. Historycy. Ksiądz. Antropolodzy. O niektórych przeczytałam mnóstwo stron. O innych nie wiem nic. Widziałam za to ich kości.

Matematyka

Szkielet dorosłego człowieka składa się z 206 kości. Po wojnie domowej, która toczyła się w Hiszpanii w latach 1936–1939, do ziemi trzeba było złożyć przynajmniej 103 miliony kości. Należały do pół miliona ludzi. Mogło być ich więcej, gdyż szkielety dzieci i nastolatków mają więcej kości niż szkielety dorosłych.

61 milionów 800 tysięcy kości należało do żołnierzy. Zginęło ich 300 tysięcy. Biorąc pod uwagę, że szkielet dorosłego mężczyzny – niezależnie od tego, czy walczy po stronie republikanów, czy nacjonalistów – waży średnio 16 kilogramów, łączna waga tych kości to 4800 ton.

41 milionów 200 tysięcy kości należało do cywilów. 200 tysięcy ludzi posłano do ziemi na skutek represji politycznych. W niektórych momentach wojny straty na frontach, wśród żołnierzy, były niższe niż liczba cywilnych ofiar terroru. Na polach, w studniach, pod murami cmentarzy nacjonaliści (później będzie się ich nazywać frankistami) zostawili nie mniej niż 26 milionów 800 tysięcy kości, należących do około 130 tysięcy ludzi. Nie mniej. Pewnie znacznie więcej – w ciele czternastolatka niektórzy anatomowie wyróżniają nie 206, ale 356 kości. Terror republikański, zwany czerwonym, zostawił po sobie ponad 10 milionów 300 tysięcy kości (50 tysięcy szkieletów). 1 407 392 z tych kości za życia należało do 6832 księży, zakonników i zakonnic.

Z tych wszystkich kości najczęściej uszkodzone są czaszki. Gdyby dało się to policzyć, pewnie doszlibyśmy do grubo ponad 150 tysięcy czaszek z dziurą po kuli w potylicy.

Trzeba by do nich doliczyć jeszcze 20 tysięcy czaszek republikanów, rozstrzelanych po wojnie.

Nie wiadomo, ile ludzkich kości zostało zmiażdżonych w bombardowaniach. Te szkielety są niekompletne albo nie ma ich w ogóle. W innych widać ślady głodu. Chociaż nie wiadomo, ilu ludzi zmarło po wojnie w więzieniach, wskutek niedożywienia i chorób, dobry antropolog bez problemu wskazałby w kościach ślady zostawione przez głód.

Kolejne 103 miliony kości Hiszpania straciła. Pół miliona ludzi, którzy spodziewali się, że ich prochy spoczną kiedyś w hiszpańskiej ziemi, udało się na emigrację. Niektórzy wrócili, kości innych leżą na cmentarzach Francji, Argentyny czy Związku Radzieckiego.

Wojnę wygrał generał Francisco Franco. Jako Caudillo rządził krajem przez kolejne 36 lat. Zmarł w 1975 roku i 206 jego kości – nie bez kontrowersji – pochowano w Dolinie Poległych, gdzie leżało ich już wówczas jakieś 12 milionów.

Pierwsze wolne wybory odbyły się w Hiszpanii dopiero w 1977 roku. Kraj przeszedł transición, transformację ku monarchii parlamentarnej. Ustalono wówczas, że najlepiej będzie zapomnieć o przeszłości. Nie gmerać w stertach kości. Nie liczyć ich. Nie rozdrapywać starych ran.

Część pierwsza

Kwiaty i muchy

Umierają:

Valerico Canales Jorge, lat 29, żeniec. W rowie.

Emilio Silva Faba, lat 44, właściciel składu kolonialnego. Na rozstajach.

Juan Pérez Merino, lat 31, robotnik dniówkowy. Od strzału w tył głowy.

Pedro Cancho, właściciel baru. W nieznanych okolicznościach.

Feliciano Ciruelos del Val, lat 31 (?), ojciec. Pięć dni po narodzinach córki.

To miejsce nazywało się ładnie: Wodopój przy Różanym Źródle. W tej krainie płaskiej i suchej okolica, która ma w nazwie i wodę, i kwiaty, musiała dobrze się ludziom kojarzyć.

Studnia stała pośrodku pola. Była już wówczas sucha: ślepe oko wlepione w bezlitosny błękit kastylijskiego nieba. Pole należało do sióstr Segundy i Josepy S., ale one nie były niczemu winne. Ani temu, że studnia wyschła, ani temu, że wrzucono do niej trupy, ani temu, że trupy tam zostały, że leżały wiele, wiele lat, aż ciała odpadły od kości i obróciły się w pył, a ludzie ze wsi przestali wspominać o wodzie i kwiatach i zaczęli nazywać to miejsce inaczej – La tierra de los muertos. Ziemia zmarłych.

Siano tam pszenicę. Albo żyto. Człowiek, któremu kazano wrzucić trupy do studni, był tak dobry, że zakrył cembrowinę, przysypał ją ziemią, zrównał grunt. To nie była także jego wina; jego żona musiała potem długo myć wóz z krwi, a plamy i tak zostały, bladły tylko z każdym rokiem. Studnia też powoli znikała – pod zbożem, pod ścierniskiem, pod zbożem. Z każdą wiosną coraz bardziej zalewało ją żyto i ludzie ze wsi zaczęli zapominać, w którym miejscu dokładnie stała – trochę bardziej tu czy trochę bardziej tam. Ale wiedzieli, że tam była i że na jej dnie leżeli zmarli.

Wieś nazywała się Aldeaseca. Liczyła dwustu, może trzystu mieszkańców. Znajdowała się w regionie Kastylia i León, jakieś sześćdziesiąt kilometrów od Ávili.

Ludzie, którzy leżeli na dnie studni, byli z innej wsi, odległej o nieco ponad trzydzieści kilometrów. Było ich siedmioro i pochodzili z Pajares de Adaja.

Tak naprawdę nie byli martwi. Byli zaginieni.

Katechizm Patriotyczny Hiszpański (lektura szkolna od marca 1939 roku)

– Co nazywamy terytorium Hiszpanii?

– Terytorium Hiszpanii stanowi większą część Półwyspu Iberyjskiego i z łaski Boga umieszczone jest przez Niego w centrum świata.

– W jakiż sposób może być Półwysep Iberyjski centrum świata?

– Półwysep Iberyjski jest centrum, albowiem ma wokół siebie cztery wielkie części świata, to jest: na północy Europę, na południu Afrykę, na wschodzie Azję, z którą łączy nas Morze Śródziemne, i na zachodzie Amerykę, z którą łączy nas Atlantyk.

– Czy bogata jest ziemia Hiszpanii?

– Ziemia Hiszpanii jest przebogata w minerały i w płody rolne, i w wodę, i może wykarmić wszystkie swoje dzieci.

– A czy piękna jest ziemia Hiszpanii?

– Ziemia Hiszpanii jest przepiękna i najróżnorodniejsza, od galicyjskich rias po ogrody Walencji i Murcji, od gór Asturii i Kraju Basków po równiny Kastylii i łąki Andaluzji, od surowych krajobrazów Aragonii po idylliczne Wyspy Balearskie i Kanaryjskie.

– Czy w Hiszpanii rośnie dużo kwiatów?

– Tak, w Hiszpanii rośnie tyle kwiatów, iż mogłaby się nazywać ich ojczyzną, albowiem z dziesięciu tysięcy gatunków, które zdobią Europę, połowa rodzi się wyłącznie w Hiszpanii.

Mapa

Znajduje się na stronach hiszpańskiego Ministerstwa Sprawiedliwości. Jest interaktywna, można ją przybliżać i oddalać. Pokazuje terytorium Hiszpanii upstrzone kropkami z chorągiewkami. W standardowym przybliżeniu, które pozwala objąć wzrokiem cały półwysep, Baleary oraz fragment wybrzeża Afryki z Ceutą i Melillą, niektóre fragmenty kraju toną w powodzi kropek i chorągiewek. Niemal żadna część państwa nie jest od nich wolna; Majorka, Minorka i Wyspy Kanaryjskie także mają swoje kropki.

Każda kropka oznacza grób. Ale to nie jest mapa cmentarzy.

Gdyby jeździć po kraju z tą mapą i szukać wskazanych na niej miejsc, można by nic nie znaleźć. Tam, gdzie na mapie jest kropka, w terenie bywa po prostu pustka. Czasem, bardzo rzadko, stoi tam krzyżyk zbity z kilku patyków albo wyryty w korze drzewa lub porowatej skórze kamienia. Ale najczęściej nie ma nic. Tylko szlak turystyczny, wytyczony dawno po wojnie, skręca nagle, bez żadnej widocznej przyczyny, wyłącznie po to, by ominąć takie miejsce. Albo pośrodku pola wyrasta nagle wyspa ziół i chwastów, obła, wrzecionowata, wyrzeźbiona przez ślad pługa jak łacha na rzece. Albo dróżka, która biegła swobodnie w dół stoku, nagle odbija w bok jak spłoszony koń, bo ludzie po prostu od dawna nie chcieli chodzić dalej prosto. Czasem kropka na mapie wskazuje przydrożny rów. Skalną rozpadlinę. Wyschniętą studnię. Jamę. Czasem skrawek ziemi pod murem cmentarza albo bezimienną kwaterę.

Ludzie mówili o tych miejscach szeptem. Zabraniali dzieciom tam się bawić. Opowiadali, że lęgły się tam gzy i muchy, że ziemia była pulchna i miękka jak gąbka, że płynęła spod niej krew. Cuchnęła. Rodziła kości i łuski. Nocami płonęły nad nią błędne ogniki. Wszystkie dzieciaki z okolicy wiedziały, że po zmroku lepiej omijać te miejsca, a jeśli już musisz przejść tamtędy po ciemku, biegnij, biegnij ile sił w nogach, żeby trupie ręce nie zdążyły sięgnąć spod ziemi, złapać cię za kostkę, wciągnąć.

Niekiedy, bardzo rzadko, chodziły tam kobiety. Zbierały się pierwszego dnia listopada, w czarnych spódnicach, czarnych koszulach, butach, przefarbowanych na czarno żakietach, czerń na czerni. Przychodziły same, bez mężczyzn, bo to właśnie ich mężczyźni leżeli w tych miejscach. Najczęściej. Bo w niektórych miejscach leżały także kobiety. W tamtych czasach to była wielka odwaga tak przyjść i stać tam, gdzie – jak mówili ci, którzy wygrali wojnę – „nie wydarzyło się nic”.

Kropki na mapie wskazują miejsca, gdzie „zlokalizowano szczątki osób, które w sposób wymuszony zaginęły podczas hiszpańskiej wojny domowej w latach 1936–1939 lub w wyniku następujących po niej represji”. Jest to więc mapa mogił – zbiorowych, anonimowych grobów, w których zakopano ciała zamordowanych przeciwników politycznych.

Kropki mają cztery kolory.

Czerwone oznaczają mogiły, które ekshumowano. Rodziny zabrały już stamtąd ciała, przeniosły na cmentarz.

Białe, jak informuje ministerstwo, postawiono w miejscach, gdzie mogiły „zniknęły”.

Znikanie odbywało się na różne sposoby. Gdybyśmy wybrali się w teren, okazałoby się, że białe kropki wskazują chodniki, magazyny, supermarkety, osiedla i wysypiska śmieci, drogi i autostrady. Nie ma w tym nic dziwnego. Kraj szedł przecież naprzód, rozwijał się, otwierał na zmiany, zapraszał turystów i realizował potrzeby społeczeństwa. Trzeba było w końcu dać ludziom godne mieszkania, zaopatrzyć ich w rozmaite artykuły i po ludzku dowieźć, a to – uznano – było ważniejsze i pożyteczniejsze niż bezsensowne babranie się w przeszłości i rozdrapywanie starych ran. Wydawało się, że wszyscy to rozumieją, i tylko czasem, naprawdę rzadko, przytrafiała się stara kobieta w czerni, która regularnie i z uporem forsowała energochłonne barierki, żeby przyczepić plastikowe kwiaty na poboczu szosy krajowej CL-501, powtarzając, że tam, pod tym asfaltem, leży jej mamusia, Faustina López, rozstrzelana 21 września 1936 roku w Pedro Bernardo, niedaleko Ávili, kiedy ona sama miała zaledwie sześć lat. Było to – z całą pewnością – nieodpowiedzialne i stwarzało zagrożenie na drodze, którą podążał kraj.

Pośrodku mapy błyszczy pojedyncza gwiazdka, niebieska. Oznacza Dolinę Poległych. Dolina to wielkie mauzoleum w górach na północny zachód od Madrytu. Wzniesiono ją na rozkaz generała Francisca Franco. On sam spoczął w niej w 1975 roku. Wcześniej pochowano tam kilkadziesiąt tysięcy zmarłych w czasie wojny: cywilów i żołnierzy z obu stron konfliktu. Ciała wielu z nich przeniesiono bez wiedzy i zgody rodzin. Mogiły zamordowanych republikanów, z których szczątki zabrano do Doliny Poległych, oznaczone są na ministerialnej mapie kolorem żółtym. Hiszpańska prawica uważa Dolinę za najpiękniejszy pomnik pojednania na świecie. Lewica nazywa ją największą masową mogiłą w kraju.

Są jeszcze kropki zielone. Tym kolorem oznaczono anonimowe mogiły, które wciąż, po przeszło osiemdziesięciu latach od wybuchu wojny domowej, nie zostały ekshumowane. Ciała leżą w nich do dziś.

Poprosiłam ministerstwo, żeby policzyło dla mnie wszystkie kropki: czerwone, białe, żółte i zielone.

– To niemożliwe – odparli. – Ta informacja tylko wprowadziłaby czytelników w błąd. Mapa od dawna jest nieaktualna. Pracujemy nad uściśleniem jej, ale to potrwa, trudno powiedzieć, jak długo.

Mogił jest po prostu znacznie więcej niż kropek. Nikt tak naprawdę nie wie ile.

Człowiek z placu Konstytucji (I)

– Nie mam wspomnień z tego czasu – mówi Fausto Canales, kiedy siadamy przy niedużym stole w jego mieszkaniu w Madrycie. Podczas naszej rozmowy na blacie tego stołu będą pojawiać się dokumenty, zdjęcia, kserokopie i odpisy. Te papiery to pamięć Canalesa. Pamięć zdobyta, wydarta zapomnieniu, odszukana w archiwach, poskładana z opowieści innych ludzi, ustalona w prywatnym, wieloletnim, drobiazgowym śledztwie.

Fausto Canales ma osiemdziesiąt pięć lat. Szuka swojego zaginionegoojca.

– Nie pamiętam go. Nie mam o nim żadnego żywego wspomnienia. Tylko coś w rodzaju cienia. Nie wiem, czy mnie rozumiesz, to trochę tak, jakbym go wyczuwał, jakbym intuicyjnie czuł jego obecność w moim wczesnym życiu. Myślę, że miałem jakieś trzy, może cztery lata, kiedy nabrałem świadomości, że ojca nie ma, że go zabrano.

Ojciec Fausta Canalesa nazywał się Valerico Canales Jorge. Urodził się w Pajares de Adaja, małej wsi niedaleko Ávili. Jego ojciec, a dziadek Fausta, był pasterzem, ale pasterzem bez stada. Pasał cudze owce, by utrzymać siódemkę dzieci. Gdy siostry Valerica dorosły, poszły na służbę do miasta. Bracia zostali na wsi. Nie mieli własnej ziemi, zwierząt, sadu, winnicy ani warsztatu, właściwie tylko ręce mieli własne. Zostali więc jornaleros, robotnikami dniówkowymi. Wynajmowali się do prac. Co można robić we wsi, która liczy najwyżej pięciuset mieszkańców i leży na suchych, płaskich jak deska równinach wokół Ávili? Można pasać cudze stada, można żąć cudze zboże. Valerico był żeńcem. Cenionym. Przewodził zastępowi żniwiarzy, do którego należał także jego brat. Ale zbiory trwały krótko, a żyć trzeba było przez cały rok – gdy więc kończyły się żniwa, Valerico wyjeżdżał za pracą. Zatrudniał się przy naprawie dróg, przy czyszczeniu rowów nawadniających, kładł tory kolejowe w Toledo i Madrycie. To – poza zarobkiem – dało mu trochę obycia, nieco szerszy ogląd spraw i kilka wątpliwości co do tego, jak urządzony jest świat.

Fausto uważa, że była to pierwsza z jego win.

Drugą była radość.

Valerico Canales Jorge ucieszył się, gdy 14 kwietnia 1931 roku proklamowano w Hiszpanii Drugą Republikę. Wielu ludzi biednych się wówczas ucieszyło. Mieli nadzieję, że Republika choć trochę naprawi ten nie do końca dobrze urządzony świat, że sprawiedliwiej go podzieli, przeprowadzi reformę rolną i da ludziom ziemię, którą orzą, z której zbierają. Może jednak Valerico cieszył się zbyt demonstracyjnie? Może był zwyczajnie nieostrożny? Może mógł lepiej schować w sobie tę radość, zamiast wywieszać ją z okna domu?

Valerico był jednym z pierwszych, którzy wywiesili republikańską flagę z fioletowym pasem u dołu, i całkiem prawdopodobne, że była to druga z jego win.

Trzecią była przynależność do Casa del Pueblo, Domu Ludowego.

Domy Ludowe były wówczas siedzibami związków zawodowych i syndykatów robotniczych. W całej Hiszpanii w latach trzydziestych było ich ponad dziewięćset. Zakładali je anarchiści z Krajowej Konfederacji Pracy (Confederación Nacional del Trabajo, CNT) i socjaliści z Powszechnego Związku Robotników (Unión General de Trabajadores, UGT). Można było nauczyć się tu czytać i pisać, a od tego łatwo było zarazić się czymś, co hiszpańska prawica nazywała „czerwoną zarazą”. W Domu Ludowym w Pajares spotykali się akurat ludzie z UGT. Dyskutowali, organizowali protesty i strajki, walczyli o lepsze warunki pracy dla robotników rolnych. O to, żeby dzień pracy trwał osiem godzin, a nie od świtu do zmierzchu. Żeby właściciel ziemi nie ściągnął do pracy na niej ludzi z daleka, pozbawiając mieszkańców własnych wsi zarobku i chleba. O to, by miał obowiązek ją obsiać, bo czasem latyfundyści zostawiali ziemię nieobsianą, by ukarać krnąbrnych chłopów, by móc powiedzieć im: „Chcieliście ziemi? To jedzcie ziemię. Jedzcie Republikę!”.

Valerico mieszkał już wówczas w małym domku przy głównym placu Pajares de Adaja, naprzeciwko ratusza. Rok wcześniej wrócił z wojska. Służył trzy lata w Maroku i dzięki temu wiele lat później jego syn Fausto mógł pójść do archiwum i dowiedzieć się, że ojciec miał sto siedemdziesiąt dwa centymetry wzrostu, przeciętną budowę ciała i brązowe oczy. Po powrocie z wojska ożenił się z dziewczyną o imieniu Virgilia. W 1931 roku, gdy nastała Republika, placyk, przy którym mieszkali, przemianowano na plac Konstytucji. Było na nim caño, ujęcie wody pitnej. Wielu ludzi zawsze stało tam z wiadrami i konwiami, wielu widziało flagę wiszącą z okna Valerica, wielu zapamiętało, jak wychodzi z domu, przechodzi przez plac i wchodzi do ratusza. W ratuszu pracował człowiek, który przyjechał do Pajares z miasta. Ten człowiek był ideowcem, republikaninem, kto wie, może socjalistą, może nawet marksistą. Prenumerował gazety. Valerico chadzał je czytać. Prawdopodobnie nabrał tego zwyczaju w wojsku.

Czytanie gazet to była czwarta z win ojca i więcej Fausto nie potrafił już znaleźć.

Zresztą nie trzeba było więcej.

Ktoś, kogo ojciec znał – kto znał jego, wciągnął nazwisko Valerica Canalesa Jorge na listę. To była lista rojos. „Czerwonych”. „Czerwony” był wówczas ten, kto za dużo (i źle) mówił, kto należał, gdzie nie potrzeba, kto zbyt wiele się domagał, machał nieodpowiednią flagą, czytał niewłaściwe gazety i podpisywał się w złych miejscach, kto nie wykazał entuzjazmu dla sprawy narodowej, kto brał udział w zgromadzeniach. Później, kiedy już wybuchła wojna (chociaż w Pajares de Adaja, małej wsi na równinach wokół Ávili, wojna nie wybuchła. Nie było walk, okopów, starć. W Pajares de Adaja, podobnie jak w całej północno-zachodniej części kraju, od Valladolid przez Salamankę po Galicję, pucz wojskowych zatriumfował natychmiast i wieś po prostu obudziła się rankiem 18 lipca 1936 roku po stronie nacjonalistów), ktoś przekazał gotową listę na posterunek Guardia Civil albo do władz. Potem spis powędrował dalej, do innej wsi albo miasteczka, gdzie siedzibę miała grupa uzbrojonych mężczyzn, gwardzistów, falangistów, synów posiadaczy ziemskich, ochotników. To stamtąd nocą przyjeżdżała ciężarówka. Żeby uniknąć niewygodnych sytuacji, że ktoś kogoś zna, lubi, ożenił się z czyjąś siostrą, żeby zwyczajnie nie brudzić sobie rąk krwią sąsiadów. My zabijemy waszych „czerwonych”, a wy zabijecie naszych. Trzeba sobie pomagać.

Po wojnie sam przymiotnik „rojo” będzie się ludziom źle kojarzył. Na wszelki wypadek będą go unikać. W użyciu znajdą się zamienniki: colorado, bermejo, encarnado – „zaczerwieniony”, „rudawy”, „w kolorze mięsa”. Czerwony Kapturek, Caperucita Roja zostanie zastąpiony Caperucitą Encarnadą.

„Latem 1936 roku prosty fakt, iż jakaś osoba była powiązana z jedną z organizacji Frontu Ludowego, stanowił wystarczający powód, by ją uśmiercić” – napisze wiele lat później historyk Julius Ruiz[1].

Lista „czerwonych”z Pajares de Adaja liczy dziewięć osób. Ci, którzy ją dostają, przyjeżdżają prawdopodobnie z Madrigal de las Altas Torres, miasteczka odległego o pięćdziesiąt kilometrów. Ludzie nazywają ich „patrolem śmierci”. Mają broń, wsparcie władzy i mocne przekonanie, że nie ma innego sposobu na uratowanie kraju przed „czerwoną zarazą” marksizmu, jak tylko wyrżnąć tych, którzy – jak sądzą – są nią zarażeni.

Po „czerwonych” z listy przychodzi się nocą. Ładuje się ich na ciężarówkę. Wywozi ze wsi. Nie jedzie się daleko. Dwadzieścia, trzydzieści, góra czterdzieści kilometrów. Rów, studnia, wąwóz, jaskinia, jama w ziemi są korzystnym udogodnieniem. Ewentualnie mur cmentarza. Strzelić w tył głowy, dobić, zakopać. Nawet jeśli okoliczna wieś będzie wiedzieć, że ktoś tam leży, nie będzie potrafiła powiedzieć, kto to, skąd, jak się nazywał. Najważniejsze, żeby okolica była ustronna, a droga gładka.

– To zawsze jest blisko głównej drogi – tłumaczy mi potem Francisco Etxeberria, lekarz sądowy i antropolog. – Na wybojach musieli zwalniać, a nie chcieli, żeby którykolwiek zdążył pomyśleć o skoku. Coś takiego zdarzyło się w Priaranza del Bierzo: zagapili się, jeden wyskoczył i wiesz już, jak to się skończyło.

Wiem, wtedy już wiem. Dzięki temu, że jeden rojo w Priaranza del Bierzo wyskoczył z ciężarówki z logo oranżady Olarte na pace, sześćdziesiąt pięć lat później dziennikarz Emilio Silva odnalazł swojego dziadka. To dlatego Fausto Canales uwierzył, że uda mu się odnaleźć ojca.

W Pajares de Adaja jest 20 sierpnia 1936 roku. Noc. Ciężarówka wjeżdża do wsi i zatrzymuje się niedaleko dawnego placu Konstytucji. Fausto Canales ma dwa lata, razem ze starszym bratem śpi już w pokoju po lewej stronie. Nie zapamięta tej nocy. Wiele lat później zrekonstruuje ją najlepiej, jak potrafi.

Valerico także śpi. To ostatnia noc w jego życiu. Pozwólmy mu jeszcze pospać.

Ziemia pamięta

– Przyjedź – powiedział Emilio. – Sama zobaczysz.

Tego lata stowarzyszenie, które założył Emilio, prowadziło w Milagros nieopodal Burgos ekshumację zbiorowego grobu zaginionych. Była to już trzynasta ekshumacja w tym roku, sto trzydziesta, odkąd rozpoczęli działalność, i Emilio Silva Barrera był trochę zmęczony opowiadaniem w kółko tego samego. Zdaje się zresztą, że w ogóle nie lubił o tym mówić. W jednym z tysiąca wywiadów, których (jednak) udzielił, powiedział, że zanim powstało Stowarzyszenie na Rzecz Odzyskania Pamięci Historycznej, nie przepadał za wystąpieniami publicznymi. Dopiero dziadek nauczył go mówić.

Emilio nigdy nie spotkał swojego dziadka. Dziadek był zaginiony.

Nazywał się Emilio Silva Faba (imię po nim dostał jeden z synów, potem wnuk), urodził się we wsi Pereje w prowincji Kastylia i León. Za młodu wyjechał do Ameryki za chlebem. Wrócił z zarobionymi pieniędzmi, ożenił się z dziewczyną o imieniu Modesta i założył skład towarów kolonialnych La Preferida w Villafranca del Bierzo, pięć kilometrów od swojej rodzinnej wsi. Starzy ludzie z Villafranca pamiętali, że miał duży wybór alpargatas, płóciennych butów na sznurkowej podeszwie, i że sprzedawał najlepsze oliwki w komarce. W 1936 roku, kiedy wybuchła wojna domowa, miał czterdzieści cztery lata i sześcioro dzieci. Wszyscy we wsi wiedzieli, że jest rojo, „czerwony”. Pamiętali: chciał, żeby powstała świecka szkoła, był nawet na manifestacji, dał się sfotografować z transparentem. Zapisał się do Izquierda Republicana, Lewicy Republikańskiej, partii Manuela Azañi. Ucieszył się z nastania Drugiej Republiki. Pisywał do gazet. Ludzie mówili potem Emiliowi wnukowi, że to właśnie artykułem do lokalnej gazety, w którym imieniem i nazwiskiem podpisał się pod republikańskimi poglądami, dziadek ściągnął na siebie śmierć.

16 lipca 1936 roku cała Kastylia i León bez walki przeszła w ręce nacjonalistów. Od tej pory coraz częściej wzywano Emilia do ratusza, żeby się z czegoś tłumaczył. Żandarmi z Guardia Civil i falangiści nachodzili go w sklepie. Konfiskowali, na co mieli ochotę – pieniądze, oliwki, buty.

Po południu 15 października 1936 roku znów wezwano go do ratusza. Poszedł z ośmioletnim synem Ramónem. Chłopca odesłano do domu, Emilio został. Modesta denerwowała się, że mąż nie wrócił, wzięła więc za rękę drugiego syna i poszła zapytać, co się stało. Chłopcu pozwolono zobaczyć ojca: siedział w podziemiach ratusza zamienionych w więzienie. Aresztowanych było wielu, w piwnicach panował ścisk, zaduch. Emilio dał synowi swój zegarek i obrączkę. Nigdy więcej się nie zobaczyli.

Rankiem 16 października trzeci syn poszedł zanieść tacie śniadanie. „Nic nie wiem o twoim ojcu – powiedział mu strażnik w drzwiach ratusza. – Nie ma go tutaj. Zdaje się, że w nocy wyskoczył przez okno”.

To było wszystko, co Emilio Silva Barrera wiedział o swoim dziadku. Że 15 października 1936 roku wszedł do ratusza w Villafranca del Bierzo i że rankiem 16 października już go tam nie było. Wiedział też, że minęły sześćdziesiąt cztery lata, odkąd zaginął, i żadna państwowa instytucja nie podjęła najmniejszego trudu, żeby wyjaśnić, co się z nim stało. Był 2000 rok. Franco nie żył od dwudziestu pięciu lat. Hiszpania od dwudziestu dwóch lat miała demokratyczną konstytucję, od piętnastu należała do Unii Europejskiej, ale nikt nie wyjaśnił, co stało się z dziadkiem Emilia. Nie było wyroku śmierci, aktu zgonu, żadnego oficjalnego papieru z podpisem, z pieczątką. Nie było ciała. Nie było grobu.

Emilio postanowił więc, że sam poszuka dziadka. Cała reszta stała się przez przypadek. Nie zaplanował jej, nie przewidział, nie przypuszczał, że wywoła lawinę. Wtedy, na samym początku, nie uświadamiał sobie skali zjawiska. Nikt sobie nie uświadamiał. To znaczy, owszem, wielu ludzi słyszało, że gdzieś tam, za wsią, na uboczu, są zakopane jakieś ciała, ale o tym się nie rozmawiało. W bardzo wielu rodzinach był taki dziadek, ojciec, wujek, którego zabrali nocą i już nie wrócił, ale tym bardziej się o tym nie mówiło. Przecież ci, którzy ich zabrali, to byli ci sami, którzy wygrali wojnę i rządzili państwem. Milczano więc i te mogiły za wsią, te ciała anonimowe, nikomu nieznane, nie wiadomo do kogo należące, ci zaginieni dziadkowie i wujowie nie sumowali się w powszechnej świadomości w żadną konkretną liczbę.

Kiedy w 2008 roku badacze z Centrum Badań Socjologicznych (Centro de Investigaciones Sociológicas, CIS) zapytali Hiszpanów, jak często w ich domach rozmawiało się o wojnie domowej, gdy byli dziećmi, czterdzieści cztery procent badanych powiedziało, że mało. Kolejne trzydzieści jeden procent – że wcale.

– Frankizm mógł być zbrodnią doskonałą – uważa Emilio Silva Barrera. – Wystarczyło, żeby powiodło im się to, co zaplanowali: utrzymać ciszę do momentu, aż wymrą bezpośredni świadkowie. I przecież prawie im się to udało. Ci ludzie, którzy przychodzą dziś na ekshumacje, od których dowiadujemy się, gdzie są mogiły i kto może w nich spoczywać, oni mają po dziewięćdziesiąt lat! To, co wydarzyło się po roku 2000, wnukowie szukający ciał swoich dziadków, domagający się wiedzy o tym, co się z nimi stało, to przecież był właściwie przypadek. Coś, czego nikt nie przewidywał.

Zaczęło się właśnie od tego, że Emilio chciał znaleźć swojego dziadka.

Ale zamiast niego na początku trafił na ślad Leopolda Moreiry.

Leopoldo był więziony w podziemiach ratusza razem z dziadkiem Emilia. Widział, jak nocą z 15 na 16 października 1936 roku na plac podjechała ciężarówka ze znakiem oranżady Olarte na pace. Załadowano go na nią wraz z czternastoma innymi więźniami. Wieziono ich w stronę Ponferrady. Za nimi jechało drugie auto z czterema uzbrojonymi falangistami. Zatrzymali się na poboczu, niedaleko wsi Priaranza del Bierzo. Kierowca nie wyłączył świateł. Więźniom kazano wysiadać i Leopoldo Moreira rzucił się wówczas w ciemność. Strzelali za nim, ale chybili. Udało mu się uciec. Ukrył się w krzakach i patrzył.

Widział, jak falangiści rozstrzeliwują pozostałych czternastu więźniów, jak wrzucają ich ciała do rowu. Jednym z tych czternastu był Emilio Silva Faba.

Kiedy ciężarówka odjechała, Leopoldo odważył się wyjść z ukrycia. Próbował uciekać, ale było ciemno i nie znał okolicy. Zabłądził, dwukrotnie przeszedł przez rzekę, całą noc kręcił się w kółko. O świcie trafił z powrotem na miejsce egzekucji. Zobaczył, że ciał jest trzynaście – ktoś musiał po kryjomu zabrać jedno i pochować, może rodzina. W świetle poranka zdołał wreszcie odnaleźć drogę do swojej wsi. Ukrył się u sąsiada. Żył jeszcze sześć miesięcy, potem wydał go inny sąsiad, gwardziści po prostu go zastrzelili. Ale zanim się to stało, opowiadał. Póki żył, mówił. Co widział. Gdzie. Kogo. Kto.

Emilio wnuk zaczął teraz szukać ludzi, którzy pamiętali to, co opowiadał Leopoldo. Poznał Santiago Macíasa, historyka z Leónu, który zajmował się antyfrankistowską partyzantką i ofiarami represji. Dowiedział się, że nie jest sam, że inni także szukają mogił zaginionych, że kilka już udało się odnaleźć, otworzyć, ciała ekshumować i przenieść na cmentarz, dać im godny pochówek. Na jego dziadka także czekał porządny grób. Babcia Modesta, zanim umarła w wieku dziewięćdziesięciu trzech lat, kazała wyryć na swoim nagrobku imię i nazwisko męża – całkiem jakby uważała, że skoro czekała na niego przez całe życie, nie widzi powodu, by nie czekać także po śmierci.

Emilio z początku myślał, że dziadek może leżeć w pobliżu Villalibre de la Jurisdicción. Pojechał tam, rozmawiał z ludźmi. Pytał, czy są tu jakieś stare mogiły poza cmentarzem?

– Człowieku – usłyszał. – Tu po polach jest więcej trupów niż na cmentarzu.

Naliczył kilkanaście anonimowych miejsc pochówku wokół wsi. Ludzie doskonale wiedzieli, gdzie się one znajdują. Zazwyczaj wiedzieli też, ile osób w nich spoczywa. Emilio szukał mogiły z trzynastoma ciałami, ale żaden z grobów wokół Villalibre nie pasował. Wreszcie spotkał mężczyznę z sąsiedniej wsi, z Priaranza del Bierzo. W 1936 roku ten człowiek miał dziesięć lat i pamiętał, że w nocy obudził go huk strzałów. Wystraszył się i pobiegł do sypialni rodziców. Rankiem zobaczył grupę ludzi, którzy przyglądali się czemuś przy wjeździe do wsi, niedaleko szosy, ale rodzice nie pozwolili mu tam pójść. Usłyszał tylko, że znaleziono trzynaście ciał.

Emilio pojechał obejrzeć to miejsce. Ktoś akurat tamtędy przechodził.

– Pan mi pomoże – zagadnął go Emilio. – Szukam starej mogiły, powinna gdzieś tu być.

– A tutaj leżą – bez wahania odparł zagadnięty. – Pod tym wielkim orzechem.

Właśnie wtedy Emilio postanowił napisać tekst do gazety. Zaczął tak: „Jestem wnukiem zaginionego. Mój dziadek nazywał się Emilio Silva Faba. Został zastrzelony wraz z dwunastoma innymi osobami i porzucony w rowie przy wjeździe do Priaranza del Bierzo”. Liczył na to, że odnajdzie rodziny tej dwunastki, że ktoś będzie mógł mu powiedzieć, kim są ludzie, którzy przez tyle lat leżeli z jego dziadkiem we wspólnym grobie, że razem zorganizują ich ekshumację. Tekst ukazał się w „La Crónica de León”. Na końcu był numer komórki Emilia.

Telefon rozdzwonił się prawie natychmiast. Niektórzy dzwonili tylko po to, żeby dodać mu otuchy. Inni – żeby powiedzieć, że oni też kogoś szukają, pytali, czy Emilio mógłby im jakoś pomóc. Z Leónu zatelefonował Julio Vidal, archeolog. Jego matka pochodziła z Priaranzy, jako dziecko spędzał tam wakacje. Pamiętał, że gdy gonił z kolegami po wsi, zawsze kiedy mijali plantację orzechów na rozstajach, chłopaki wrzeszczały: „Biegiem, biegiem, bo tu są trupy!”. Zaoferował, że wraz z żoną, antropolożką, pomogą Emiliowi przeprowadzić ekshumację. Zadzwonili jeszcze do San Sebastián, do Francisca Etxeberrii, lekarza sądowego, specjalisty od przypadków śmierci gwałtownej. Znał się na ranach postrzałowych. Natychmiast zgodził się przyjechać.

Z początku szło jednak jak po grudzie. Ze wszystkich trzynastu ofiar leżących pod orzechem Emiliowi udało się zidentyfikować jeszcze tylko dwie. Rodzina pierwszej oznajmiła, że nie chce mieć z ekshumacją nic wspólnego, żeby dać im spokój. Drugą był Enrique González Miguel. W chwili śmierci miał dwadzieścia pięć lat i półtoraroczną córkę. Emilio odnalazł ją w Madrycie. Otworzyła mu cała roztrzęsiona. Bała się, że jeśli zacznie grzebać w przeszłości, ją samą może spotkać coś złego. Zdecydowała się jednak wziąć udział w ekshumacji. Chciała odzyskać prochy ojca.

We wrześniu 2000 roku władze Priaranza del Bierzo ustaliły, że wezmą na siebie formalności związane z ekshumacją i wypożyczą ekipie koparkę. Właściciel terenu od razu zgodził się na kopanie. On także wiedział, że ma na swojej ziemi grób – dlatego nigdy jej nie uprawiał. Obsadził ją orzechami i zostawił. Czekał. Na co? Trudno powiedzieć. Po prostu czekał.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Przypisy

[1] Julius Ruiz, La justicia de Franco. La represión en Madrid tras la Guerra Civil, Barcelona 2012, s. 41.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel. +48 22 621 10 48

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2019

Wydanie I