Stare klisze - Starzewski Leopold - ebook + książka

Stare klisze ebook

Starzewski Leopold

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Kronika niezwykłych czasów

Pamiętniki powstają z różnych powodów. Często stanowią próbę uchwycenia chwil, które minęły, oceny minionych wydarzeń, a także rozrachunku z własnym życiem. To swoista rozmowa autora z przeszłością, a także z samym sobą.

Pamiętnik Leopolda Starzewskiego powstawał w trudnych warunkach II wojny światowej i okresu powojennego. Autor, pochodzący z rodziny „wunderkindów” przedstawiciel Młodej Polski, przyjaciel Boya-Żeleńskiego, Wyspiańskiego i innych wybitnych osobistości, austriacki dygnitarz kolei, opowiada o czasach, które odchodzą w zapomnienie, i o ludziach, którzy nadawali ton życiu społecznemu, artystycznemu i intelektualnemu. W mistrzowski sposób oddaje atmosferę dawnego Krakowa i postaci, które go tworzyły.

Zaskakujące są szczerość, otwartość, a także wiwisekcyjna głębia wspomnień uwiecznionych na kartach Starych kliszy. Starzewski jest świadkiem swojej epoki – zarówno jej krytykiem, jak i apologetą – ale przede wszystkim człowiekiem z pasją do opowiadania historii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 441

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Leopold Starzewski Stare klisze ISBN Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2026All rights reserved Tekst przygotowano do druku dzięki uprzejmości i za wiedzą części rodziny autora. Redakcja naukowa Waldemar Łazuga, Joanna Ziętkiewicz-Kotz Opracowanie tekstu, przypisów i materiału ilustracyjnego Joanna Ziętkiewicz-Kotz Indeks Monika Stanek Opracowanie graficzne okładki Grzegorz Kalisiak Na okładce wykorzystano fotografię z Muzeum Fotografii w Krakowie. Projekt graficzny i opracowanie techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydawnictwo dołożyło należytej staranności w celu odnalezienia właścicieli i dysponentów praw autorskich do tekstu i materiałów ilustracyjnych zamieszczonych w książce. W razie niejasności prosimy o kontakt. Publikacja została przygotowana przy wsparciu Fundacji Lanckorońskich i Fundacji im. Zofii i Jana Włodków. Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

WPROWADZENIE

 

(List do brata)

Z Warszawy, we wrześniu 1943

Kochany Józku!

Z początkiem roku 1940 napisałeś do mnie, bym przysłał do Twego archiwum rodzinnego moje curriculum vitae. Posłałem Ci wtedy suchy spis dat życiowych, nadmieniając, że nie widzę przyczyny, by szczegółowo opisywać bieg życia, w którym się niczym ważniejszym nie zaznaczyłem. Rzucona jednak myśl zaczęła we mnie dojrzewać, a mając wiele czasu do rozporządzenia, zacząłem — najpierw pobieżnie, a potem dokładniej — przerzucać w myśli kartki przeszłości. I tak rozmyślając, przyszedłem do przekonania, że nie mając wprawdzie wiele o sobie do powiedzenia, mógłbym jednak dla pamięci przyszłych pokoleń spróbować opisać sprawy i ludzi z czasów mojego życia. Spróbować opisać życie, które obok mnie płynęło.

1. Leopold Starzewski, 1915

A płynęło ono w potężnych, rzekłbyś, potopowych falach. Złożyły się na nie wielkie wojny, gwałtowne przeobrażenia społeczne, polityczne i ekonomiczne, wszystko zaś razem objawiło się w zbestializowaniu nieprzebranych mas ludzkich. Fale te po dwakroć sprowadziły niszczycielskie powodzie. Dziwnym trafem — może dlatego, że byłem tylko małym, nieznaczącym pionkiem — utrzymałem się na powierzchni, trwając ponad falami niczym zwieszająca się z pnia wierzby gałązka; jej listowne końce fale coraz to brały pod siebie, by zaraz wynieść je na wierzch i dać rozbłysnąć na chwilę złotymi refleksami słońca, promieniami nowych, upragnionych nadziei.

Przystępując do spisywania tych wspomnień, postanowiłem nie porywać się na pracę literacką — nie mam do niej bowiem talentu ani przygotowania. Moje spostrzeżenia bywają powierzchowne, a myślom brak dyscypliny w ustalaniu założeń i wiązaniu ich we wnioski. Wszystko to rodzi czasem chaos i pewną niechlujność w wypracowaniu; widzę wtedy oczyma duszy, jak surowy profesor z nieubłaganą konsekwencją stawia pod nim czerwonym ołówkiem wielkie „niedostatecznie”.

Nie umiem ułożyć planu, a jeśli nawet jako tako go sklecę — nie potrafię przy nim wytrwać. Brak mi perspektywy wobec tego, co piszę, a nawet wobec tego, co napisać zamierzam. Z trudem odróżniam ważne od błahego, istotne od banalnego, a czasem nawet własne od naleciałego. Gubię się w tym, o czym pisać warto, a co należałoby przemilczeć — czy to z powodu możliwych następstw, czy przez wzgląd na tak zwaną przyzwoitość, czy na obowiązującą towarzyską obłudę.

Do moich myślowych i literackich niedostatków dołączyło coś jeszcze: ogarniająca mnie w czasie pisania gonitwa myśli. Chciałem schwytać je wszystkie i przelać na papier, to jednak nieuchronnie prowadziło do ględziarstwa. Zacząłem bowiem grzebać w magazynie starych wspomnień, tworzących z biegiem lat jakby narosły kopiec — tym dziwniejszy, że najstarsze obrazy zdawały się spoczywać na powierzchni, jakby były najbliższe. A może te nowsze, prawdziwie leżąc na wierzchu, prędzej i łatwiej płowiały? Ściany tego kopca trzymały się jedynie własnym ciężarem. Gdy tylko brałem jakieś wspomnienie do ręki, zaraz powstawało usypisko. Wszystko wokół zaczynało się osuwać, a jeden obraz gonił drugi, pociągając za sobą kolejne. Tak oto powstawała owa gonitwa myśli i związane z nią wielosłowie.

I tak nieopatrznie zacząłem szperać w tym lamusie dawnych klisz. Niektóre były wyraźne, choć niekiedy przez pół pęknięte lub obtłuczone, inne znów zamazane, niedowołane, czy wręcz „przewołane”. Nieraz też, na skutek moich wewnętrznych oświetleń, nabierały one jakichś szczegółów lub plam rozmywających ich kontury. Każda z nich, wzięta do ręki, budziła refleksje z minionych lat, jakieś dawne myśli, wrażenia, a nieraz nawet przelotnie wskrzeszała uczucia. Te przywołane do życia dawne klisze, z których każda przedstawiała raptem przecięcie jednego momentu, łączyły się we mnie w rozległe malowane obrazy. Czasem zaśmiałem się przy nich, innym razem popłynęły mi ciche łzy. I wtedy wypadałem z tonu obiektywnego opisywacza. Myśli i uczucia to biegły naprzód, to znów cofały się, to rozpierzchały na boki. Tworzył się z tego jakiś mikrokosmiczny wulkan zadumania, wszystko mieszało się ze sobą — szyk myśli, porządek zdań! W starą wplatała się nowa historia, inne zdarzenia, nowe refleksje — jednym słowem, powstawał węzeł gordyjski skłębionych ze sobą różnorodnych i różnobarwnych pasem. Przerywałem wówczas pisanie i odczytywałem na nowo zanotowane już słowa.

Tak oto sypały się z tego usypiska — niby kamienie z piargu w górskim żlebie — te moje stare klisze. Przelatywały przed oczami duszy i zwalały się z powrotem na nowy stos, zamieniając w gruzowisko rupieci. Wiele z nich — zwłaszcza te, które obudziły we mnie silniejsze wzruszenia — pochwyconych zbyt mocno w uczuciowe elektromagnesy, pękło w tym serdecznym uścisku. Czuję, że nie zdołałbym ich już nigdy tak żywo w sobie wywołać, i żal by mi było ponownie je odtwarzać.

Jeśli chodzi o zebrane w tych wspomnieniach myśli, to wszystkie je sam rodziłem, starając się usilnie, by od nikogo nie robić „odbijanek”. Powiedziałem sobie bowiem, iż wartość tych notatek może polegać tylko na tym, że były pisane ze mnie samego. Jakikolwiek plagiat byłby gorszy nawet od błędnego czy fałszywego ujęcia sprawy. Na koniec jedna jeszcze uwaga: ponieważ słowa te kreśliłem dla Was, nie krępowałem się w wyborze tematów, pisząc zgoła o wszystkim. Wyznając zawsze zasadę, że „il faut avoir le courage de son opinion”, pozostałem jej wierny także w tych zapiskach.

 

A jako że wszystko, co się narodzi, musi posiadać swoją nazwę, przeto ochrzciłem moje wspomnienia mianem Starych klisz. Przeczytawszy je zaś powtórnie, postanowiłem, aby ten list do Ciebie stał się ich wprowadzeniem.

Twój Leopold

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

DOM RODZINNY

Bardzo stary był to dom. Mieścił się przy wąskiej, staromiejskiej ulicy, zamkniętej osiadłą basztą z wykutą w kamieniu postacią Świętego Floriana. U stóp baszty znajdowała się wycięta w łuk niska brama kamienna, kryjąca ołtarz wiecznie jarzący się od świec. Przez tę bramę, niczym przez tajemne przejście, widać było cudne okole gotyckich wieżyczek Barbakanu. Drugiego końca ulicy strzegły dwie kościelne wieże mariackie. Legenda wiąże je z ponurą tragedią dwóch braci budowniczych, zazdrosnych o wspanialsze wykończenie dzieła, z których każdy pragnął zbudować wyższą wieżę. Gdy jedna z nich, pierwotnie zakrojona na równą wysokość, zaczęła górować nad drugą, zazdrosny brat przebił rywala nożem na rusztowaniu, po czym dokończył swoją wieżę, nadając jej strzelistą gotycką formę. Druga przez długi czas pozostała nieukończona. Nakryto ją potem hełmem spiżowym w odmiennym stylu. Z tej krwawej legendy pozostał ów nóż fatalny, wiszący na łańcuchu przy przejściu przez długą stronę Sukiennic.

Wspomniany dom — jak głosił napis przy ulicy Floriańskiej pod numerem 14 — nosił nazwę „Hotel Pod Różą”. Nieruchomość tę kupił za swej młodości mój dziadek ze strony matki, Aleksander Lewicki1, a potem oddał ją po połowie w posagu mojej matce i jej siostrze Helenie, żonie Adama seniora Czyżewicza, profesora ginekologii i położnictwa we Lwowie2. Po zaciągnięciu pożyczki hipotecznej w Krakowskiej Kasie Oszczędności (u starego dyrektora Slęka — jej twórcy i znakomitego zarządcy) oraz spłaceniu nią ciotki Heleny dom ten przeszedł w całości na własność mojej matki3. Stał się też deską ratunku, która pozwoliła moim rodzicom przetrwać wiele ciężkich finansowo lat.

Dom przekształcono na hotel z dawnego klasztoru męskiego przy kościele Świętego Jana, przy którym do dziś dnia stoi jeszcze stary klasztor żeński. W podwórzu hotelu, przy kopaniu studni w latach pięćdziesiątych XIX wieku, odkryto groby mnichów, a w nich szczątki habitów. Mury budynku były potężne, framugi okienne na pierwszym piętrze miały aż metr głębokości. Nad bramą wyryto w kamieniu inwokację łacińską wyrażającą życzenie, by dom ten stał tak długo, dopóki mrówka nie wypije mórz, a żółw nie obieży świata całego („Stet domus haec donec fluctus formica marinos ebibet et totum testudo perambulet orbem”).

Dawniej musiało istnieć — a może nam się tylko zdawało — jakieś solidniejsze rozgraniczenie między tymi dwoma klasztorami, męskim i żeńskim. Za moich czasów oddzielała je ściana, której grubość wynosiła zaledwie jedną cegłę. Mieszkając przy niej z moim starszym o rok bratem Stanisławem, słyszeliśmy wyraźnie rozmowy wychowanek klasztornych i ich monotonne, posępne śpiewy.

Ten poklasztorny budynek został zamieniony na Hotel Pod Różą na długo przed moim urodzeniem4. Tam w roku 1846 zajechał z panią Hańską — późniejszą swoją żoną — w podróży z Ukrainy do Paryża Balzac (na cztery lata przed swoją śmiercią)5, a w roku 1848 zamieszkał w nim car rosyjski Mikołaj I, spieszący na pomoc przeciwko powstańcom węgierskim zupełnie wówczas młodemu cesarzowi austriackiemu, Franciszkowi Józefowi I6. Ówczesny właściciel hotelu — zdaje mi się jakiś hrabia śląski7 — przemianował go na pamiątkę tego carskiego pobytu na „Hotel Ruski”, aż dopiero mój dziadek przywrócił mu jego dawną nazwę, każąc wyryć na tablicach przy bramie napis „Hotel Pod Różą — ci-devant Ruski”8.

Pierwszy właściciel czy raczej założyciel hotelu urządził go wspaniale w owym starym pozakonnym domu. Wprawdzie ogromne pokoje były w większe mrozy bardzo trudne do ogrzania, gdyż wychodziły wprost na odkryte ganki, ale ich umeblowanie było piękne. Wszystko w stylu empire: meble mahoniowe z brązami, z drzewa pieprzowego, czeczotki, róży, gruszki, palisandru i jesionu z kolumienkami hebanowymi, zegary z brązu francuskiego, intarsje.

Niestety „kult antyków” nie doszedł jeszcze wówczas do naszego domu. Gdy oryginalne meble łamały się i niszczały, ich miejsce zajmowały straszne orzechowe wiedeńskie „nachkastliki” — najstraszniejsza tandeta, jaką kiedykolwiek wydało meblarstwo. Stare, „niewygodne” graty wędrowały na strych, skąd w niewiadomy sposób ulatniały się jak kamfora. Brał je, kto chciał. Gdy moi rodzice, a zwłaszcza babka macierzysta Joanna, spostrzegli, jak się te śliczne rzeczy marnują, pozostały już tylko resztki. Ten wiedeński „nachkastlik” i orzechowa umywalka z miniaturową miednicą — malowana wewnątrz białą farbą olejną i zamykana na klapę — to symbol i najtreściwszy wyraz wandalizmu, który przeszedł przez środkową Europę po biedermeierze, w drugiej połowie XIX wieku. Do tego dochodziły jeszcze płaskie bukiety „makartowskie” z suchych liści, papierowych kwiatów i pawich piór, rozpanoszone we wspaniałych złoconych wazonach, a oprócz nich jeszcze wiele innych „sztucznych natur” — dość wspomnieć tiurniury, watowane lub sprężynowe poduszeczki, przypinane przez kobiety z tyłu pod suknią dla rzucającego się w oczy powiększenia bioder i „derrière’u”!

Burzono i niszczono z satysfakcją wszystko, co „stare”, by wprowadzać powietrze, praktyczność i wygodę. Jednym słowem, Wiosna Ludów z roku 1848 zastosowana do martwej materii. Byłoby to może słuszne, gdyby tylko znaleźli się ludzie, którzy dorośliby do nowych porządków. Naturalnie człowiek musi w swojej inwencji nieustannie się odradzać, ale wtedy dokonała się tylko jedna część tego procesu — jego strona negatywna, pragnąca burzyć „przeszłość”. Zabrakło drugiej, budującej, twórczej, tylko tak mogącej tamtą legitymować.

Owa pasja burzenia, niszczenia czy też usuwania rzeczy „starych” objęła przede wszystkim urządzenie wnętrz i budownictwo. Jednym z czynników rozsadzających zabytkowe budowle była płytko pojęta higiena „świeżego powietrza”. To „świeże powietrze” fabrykowało się na gwałt wszędzie, a więc i w śródmieściu, poprzez zazielenianie przestrzeni. W ogóle słowo „świeże powietrze” nie schodziło z ust, podobnie jak później walka z „zarazkami”, potem „odchudzanie się”, następnie „witaminy”, a ostatnio, przed tą wojną — szukanie zdrowia i tężyzny ducha w sporcie. Jaką tężyznę to przyniosło, pokazuje najlepiej obecna wojna.

Zamiast — jak to czyniono później — szukać świeżego powietrza szczególnie na peryferiach miast, poprzez ich higieniczną rozbudowę, wtłaczano je często sztucznie do ich wnętrza. Sadzono na przykład anemiczne drzewa na podwórzach, zamiast w pierwszej kolejności zadbać o higienę studni, rynsztoków i ustępów.

Oczywiście, przy ówczesnym pojmowaniu odległości i braku masowych środków lokomocji, jakimi stały się później tramwaje, rozszerzanie się miast na peryferia było utrudnione. „Odległość” odstraszała każdego. W Krakowie na przykład droga spoza ogrodu Strzeleckiego do Rynku zajmowała może piętnaście minut. To wydawało się niemożebne, chyba że dla ostatniej biedoty. Nie pojmuję też dziś, do czego mogły za mojego dzieciństwa służyć w Krakowie dorożki, czyli tak zwane fiakry. Używała ich tylko bogatsza klasa ludności, mieszkająca prawie wyłącznie w śródmieściu. Dokąd oni jeździli? A jednak fiakry musiały być potrzebne, skoro istniały, były używane i mogły się utrzymać.

Największego wandalizmu w Krakowie dokonano, burząc otaczające całe śródmieście stare mury z siedmioma bramami i czterdziestoma siedmioma basztami. Chodziło o wpuszczenie „świeżego powietrza” do miasta przez założenie Plant. Bardzo chwalebna myśl! Ale dlaczego założono je na miejscu starych, burzonych murów, zamiast odsunąć je trochę dalej, na linię dzisiejszej — wówczas niezabudowanej — ulicy Basztowej? Na to pytanie trudno dziś znaleźć odpowiedź.

Wyobraźmy sobie Kraków otoczony dawnymi murami, basztami i bramami. Byłoby to najpiękniejsze miasto w Europie. Zwiedzałem niegdyś Rothenburg ob der Tauber, malutkie miasteczko w Bawarii, które wciąż otoczone jest starymi murami. Zjeżdżają się tam tysiące turystów z całego świata, by je zobaczyć.

I jeszcze jeden charakterystyczny szczegół. Chcąc założyć Planty, Rada Miejska uchwaliła wyburzenie murów i baszt. Ocalała jednak Brama Floriańska. Jak to się stało? Otóż według protokołu z ówczesnego posiedzenia Rady — przechowywanego w archiwum miejskim — jeden z radnych zauważył, że gdyby zburzono Bramę Floriańską, to nieznośny przeciąg stale panujący pod kościołem Panny Marii stałby się dla przechodniów nie do wytrzymania. Trafił w sedno. Był to widać przekonujący argument. Jemu to zawdzięcza przetrwanie jeden z najpiękniejszych zabytków starego Krakowa.

W Hotelu Pod Różą bardzo charakterystyczne były ogromne stare kominy. Czyszczenie ich było, można by powiedzieć, bardzo skomplikowane, a równocześnie niezmiernie proste. Kominiarz właził po prostu na dach z miotłą w ręku i opierając się plecami o jedną ścianę komina, kolanami zaś o przeciwległą, zesuwał się pomału na dół, oczyszczając nad sobą miotłą ściany. Doszedłszy do dołu, wychodził na powietrze przez drzwiczki.

Dom ten był z biegiem lat przebudowywany, a więc i kominy musiały ulegać zmianom. Budowano nowe, nie zamurowując starych, na co wskazywały jakieś stare, ślepe odnogi. Zdarzyło się za mojego dzieciństwa, że kominiarz wlazł do jakiegoś komina i… przepadł, to znaczy przez dłuższy czas nie wychodził z niego na dole. Zaniepokojeni tym koledzy spuszczali za nim parę razy do komina kulę żelazną na sznurze w nadziei, że pukając nią w ścianę, da znać, gdzie się znajduje. Po paru bezskutecznych próbach trafili wreszcie na odpowiedni „kanał” — na pierwszym piętrze rozległo się stukanie. Kłopot w tym, że z tego kanału nie było wyjścia. Biednemu kominiarczykowi groził los w rodzaju tego, który spotkał sławną za mojego dzieciństwa Barbarę Ubryk, zamurowaną w Krakowie przez wizytki i przypadkowo wydobytą z miejsca kaźni w zupełnie zdziczałym stanie9. Zawezwano straż ogniową, która wybiła oskardami otwór w grubym kamiennym murze od strony pokoju. Po kilku godzinach pracy, gdy w końcu odwalono ogromny głaz, wydobyto nieprzytomnego kominiarczyka. Na szczęście prędko przyszedł do przytomności po tej niezwykłej robinsonadzie.

Pod częściowo gontem, częściowo blachą krytymi dachami ciągnęły się długie, ciemne korytarze, łączące ze sobą pojedyncze strychy. Załamań było bez liku. Korytarze te kończyły się drzwiami, które zamki miały może w zamierzchłej przeszłości. Toteż gdy przyszły wiatry jesienne, raz po raz słychać było wśród nocy ponure zatrzaskiwanie jakichś drzwi na strychach. W przekonaniu służby na strychu straszyło. Szczególnie według starej praczki Wikty „jeździło coś wózkiem” na jednym z korytarzy, i to o północy, a już bezsprzecznie o północy ze Wszystkich Świętych na Dzień Zaduszny. Na jednym ze strychów ukazywał się jej jeden z zakopanych na podwórzu mnichów.

Ponieważ rodzice nasi w żadne strachy nie wierzyli i niczego się nie bali, przeto i my stosunkowo rzadko doznawaliśmy uczucia strachu. Mimo to trochę go we mnie tkwiło za sprawą opowiadań służących. Uważam, że należy z największą starannością dbać o to, by dorośli, nianie czy służba nie straszyli dzieci i nie zaszczepiali w nich tego najprzykrzejszego, najbardziej deprawującego i uwłaczającego godności ludzkiej uczucia, jakim jest strach.

Ten stary dom, jego strychy, korytarze z licznymi załamaniami oraz „groty”, czyli szersze przestrzenie między korytarzami, świetnie nadawały się do rozmaitych zabaw dziecinnych, którym oddawaliśmy się jeszcze wtedy, gdy byłem już w wyższych klasach gimnazjum. Był to klasyczny teren do zabawy w „zbójów i żandarmów”. Uganialiśmy się po tych korytarzach, wyprawiając rozmaite psoty i strasząc mieszkańców poddasznych pokoików.

W samym sercu domu znajdowało się ogromne, brukowane kocimi łbami podwórze. Z jednej jego strony mieściły się stajnie. W tamtych czasach, gdy kolei było jeszcze bardzo mało, normalny ruch — nawet z odległych okolic Krakowa — odbywał się konno. Szczególnie wspaniale podróżowało „obywatelstwo” z Królestwa Polskiego, którego granica znajdowała się w Michałowicach, niespełna milę od Krakowa. Przybywało ono zawsze kolasą zaprzężoną w cztery konie, bo dwa nie zdołałyby przeciągnąć powozu przez niekończące się, rozmokłe trakty, zmieniające się deszczową porą w gęste, grząskie błoto. Drogi te, ciągnące się długimi milami, nie widziały nigdy choćby kawałka kamienia. Przyjeżdżali głównie przybysze z Pińczowskiego i Miechowskiego — notabene tamtejsze drogi nie poprawiły się do dziś dnia ani na jotę. Tacy na przykład Ludwikowie Morstinowie nierzadko nawet przez dwa tygodnie wiosną i jesienią nie mogli ruszyć się z domu, i to nie tylko powozem, ale nawet wierzchem, bo rozmokłe drogi zamieniały się w nieprzebyte bagna.

Na koźle powoził zawsze furman w kierezji, czyli w ogromnym brązowym płaszczu z wielkim, niemal do pasa spadającym kołnierzem, wyszywanym w desenie świecącymi blaszkami (pajetkami), i w czerwonej krakowskiej czapce z ogromnym pawim piórem. Do dziś podziwiam tych furmanów, którzy powożąc trapem, wjeżdżali czwórką z wąskiej ulicy Floriańskiej do jeszcze węższej, bo ledwo mieszczącej kolasę, nieco krzywej bramy hotelowej, nie zawadzając o nią, a nagle osadzając konie, gdy kolasa zajeżdżała przed schody na piętro. Wówczas, wyciągnąwszy zgrabnie w powietrzu swój długi bat, z impetem strzelali nim jak z pistoletu. To samo robili przy wyjeździe.

Naokoło podwórza biegły otwarte ganki. Na jednym z ich końców znajdowały się, oświetlone nocą nikłym płomieniem gazowym, „ubikacje” — jakieś otchłanie, które szerokimi drewnianymi rurami prowadziły w dół, ku przepaści. Obok były „zlewy”, w których przesiadywały szczury. Często, gdy się tam wchodziło, ludzkie kroki poprzedzał szelest uciekającego gryzonia. Niejednokrotnie można się było z nim także spotkać w ubikacjach. W tych ostatnich wiało zawsze złowieszczo od dołu. Stryj Mieczysław przestrzegał, gdy się tam szło wieczorem ze świecą: „Nie trzymaj świecy przed ustami, bo ci ją zgasi”.

Na samym końcu najodleglejszego korytarza mieszkała krawcowa, staruszka Walowa. W piątej klasie gimnazjalnej przychodzili do mnie co wieczór koledzy, by odpisać zadane na drugi dzień tłumaczenie łacińskie lub greckie, które mi przedtem dyktował mój korepetytor. Zdarzało się, że wpadał także nasz kolega Adolf Nowaczyński. Po zrobieniu odpisów odbywała się w ciemnych korytarzach zwyczajowa zabawa w „zbójów i żandarmów”. Pewnego razu Nowaczyński zaproponował, by postraszyć Walową. Podkradliśmy się więc cichutko pod jej pokój i udawaliśmy strachy, pukając w drzwi i zamiatając miotłą podłogę. Gdy tylko Walowa się zrywała, cichutko przepadaliśmy w ciemnościach. Przez dwa wieczory udawało się doskonale. Staruszka wybiegała z pokoju, łapała za miotłę i goniła po korytarzu, wykrzykując: „wy smarkacze, łobuziaki” i inne, niezupełnie cenzuralne wyzwiska. Na trzeci dzień zdarzyło się jednak, że zaczaiła się za drzwiami. Gdy tylko zaczęliśmy swój teatrzyk, znienacka wypadła na korytarz. W mgnieniu oka rzuciliśmy się do ucieczki. Najbliższy był Nowaczyński, który tego dnia pełnił rolę naczelnego stracha. Chciał umknąć, lecz potknął się i upadł. Walowa dopadła go i zdzieliła miotłą przez głowę. Nie było to bolesne uderzenie, ale zadrasnęła go w czoło tak, że popłynęła krew. Śmiechu było co niemiara, a i sam Adolf nic sobie z tego nie robił. I ta psota skończyła się na zawsze.

Najmilszą rozrywką dla nas, chłopców — ile razy mówię „chłopcy”, mam na myśli mojego starszego o rok brata Stanisława i siebie — była zabawa w straż ogniową. Odgrywaliśmy ją na dachach gontowych. Gramoliliśmy się na górę przez dymnik nad trzecim piętrem i wędrowaliśmy od komina do komina, przekraczając czasem tak zwany feiermur — mur ogniowy, który wystawał ponad dachy, oddzielając od siebie poszczególne budynki. Wiedząc, że była to zabawa najsurowiej zakazana przez rodziców, i obawiając się, by nas na niej nie przyłapali, stawialiśmy na straży naszą młodszą siostrę Andzię, która czuwała na ganku drugiego piętra. Na ganek wychodziło dwoje drzwi — z jednej strony z kancelarii ojca, z drugiej zaś z ostatniego pokoju naszego rozległego mieszkania. Andzia dzierżyła w rękach szczotkę do zamiatania, a jej zadaniem było machać nią w razie „niebezpieczeństwa”. Gdy nadchodziło, kryliśmy się czym prędzej za komin i czekaliśmy, aż minie. Zabawa ta odbywała się, rzecz jasna, w trzewikach. Żeśmy przy niej nie pospadali na brukowane podwórze, to istny cud. A jeśli wziąć pod uwagę nasze inne błazeńskie, a niekiedy wręcz karkołomne psoty, trzeba przyznać, że nie należeliśmy do najłatwiejszych w wychowaniu!

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

11 Dziadek Daniel Aleksander Lewicki (1827–1900) występuje w oficjalnych dokumentach pod imieniem Daniel, w rodzinie jednak używano jego drugiego imienia — Aleksander.

2 Adam Zygmunt Czyżewicz (1841–1910) — doktor medycyny, położnik o europejskiej renomie; jedną z jego pacjentek była Blanka, żona arcyksięcia Leopolda Salwatora. Jego syn, Adam Ferdynand (1877–1962), również został cenionym ginekologiem i położnikiem, profesorem Uniwersytetu Warszawskiego.

3 Według Adama Chmiela (Domy krakowskie, Kraków 1919) nieruchomość należała do małżeństwa Lewickich od 1878 roku, a od 1883 do Franciszki z Lewickich Starzewskiej. Franciszka sprzedała hotel w roku 1920.

4 Już w 1805 roku funkcjonował w tym miejscu „dom zajezdny” Alojzego Szydłowskiego, w którym zatrzymał się wielki książę Konstanty.

5 Honoré de Balzac (1799–1850) trzykrotnie zatrzymywał się w Krakowie w latach 1847–1948 przy okazji odwiedzin u pani Hańskiej w jej pałacu w Wierzchowni na Żytomierszczyźnie. W roku 1850, krótko po ślubie, a na cztery miesiące przed śmiercią pisarza, małżonkowie zatrzymali się pod Wawelem w drodze do Paryża. Ówczesna prasa donosiła o hotelu o nazwie „Pod Różą”, w istocie jednak był to hotel Pod Białą Różą przy ulicy Stradom 13.

6 W rzeczywistości car Mikołaj I, zmierzający na czele wojsk rosyjskich na Węgry, przejeżdżał przez Kraków rok później, 14 czerwca 1849. Ówczesny „Czas” donosił, że monarcha wraz z orszakiem zatrzymał się na krótki, dwugodzinny odpoczynek u kupca i bankiera krakowskiego Wincentego Kirchmayera w jego kamienicy przy Rynku pod numerem 44.

7 Leopold ma na myśli Gustava Heinricha von Ruffera (1798–1884) — śląskiego przemysłowca, bankiera i pioniera tamtejszego kolejnictwa (nobilitowanego w 1866 roku). Według Adama Chmiela Ruffer wszedł w posiadanie hotelu w roku 1858.

8 Wiele wskazuje na to, że hotel wcześniej nosił nazwę „de Russie”, a dopiero po powstaniu 1863 roku, na fali nastrojów antyrosyjskich, został przemianowany na „Hotel Pod Różą” — być może właśnie z inicjatywy Lewickiego.

9 Sprawa Barbary Ubryk, zakonnicy więzionej w nieludzkich warunkach przez swoje współsiostry, zdobyła w drugiej połowie XIX wieku rozgłos w całej Europie. Ubryk, pierwotnie nowicjuszka u warszawskich wizytek, wstąpiła do krakowskiego klasztoru Karmelitanek Bosych na Wesołej. Zamurowana w roku 1848, zapewne z powodu choroby psychicznej, spędziła w zamknięciu 21 lat.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

WPROWADZENIE

DOM RODZINNY