Stabilny grunt. Lekcje o odważnym przywództwie, potędze paradoksu i mądrości człowieczeństwa - Brené Brown - ebook + książka

Stabilny grunt. Lekcje o odważnym przywództwie, potędze paradoksu i mądrości człowieczeństwa ebook

Brene Brown

0,0
69,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

 Czy masz poczucie, że współczesny świat oczekuje od ciebie nieustannej siły, szybszego działania, brania na siebie coraz większej odpowiedzialności i ciągłego utrzymywania wszystkiego pod kontrolą? Niestety coraz trudniej nam przez to odnaleźć spokój, koncentrację i poczucie równowagi.

W Stabilnym gruncie Brené Brown pokazuje, dlaczego współczesny świat tak łatwo wciąga nas w tryb ciągłego reagowania, powoduje przeciążenia i zmusza do udowadniania własnej wartości – zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym.

To książka o paradoksach współczesnego życia i przywództwa. Brown przekonuje, że prawdziwa odwaga nie oznacza braku lęku, skuteczność nie musi prowadzić do utraty empatii, a dobre przywództwo nie opiera się na kontroli i dominacji.

Dzięki niej dowiesz się:

•jak prowadzić trudne rozmowy bez agresji i unikania emocji

•dlaczego przeciążenie odbiera nam zdolność jasnego myślenia

•jak budować zaufanie w świecie ciągłej presji i niepewności

•i jak nie zatracić człowieczeństwa w rzeczywistości, która nagradza rygor i nieustanną produktywność

Łącząc badania, doświadczenia programu Dare to Lead i pracę z liderami na całym świecie, Brown pokazuje, że przyszłość będzie należeć nie do tych, którzy najmocniej pokazują siłę, lecz do tych, którzy potrafią działać odważnie, budować relacje i odnaleźć stabilność pośród chaosu.

 

Brené Brown – profesorka badawcza Uniwersytetu w Houston, autorka bestsellerów „New York Timesa” oraz ceniona ekspertka w zakresie odwagi, przywództwa i budowania zaufania. Od lat pracuje z liderami i organizacjami na całym świecie, pomagając tworzyć bardziej świadomą i odważną kulturę pracy. Twórczyni programu Dare to Lead i prowadząca popularne podcasty o rozwoju osobistym i przywództwie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 481

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginalny: Strong Ground: The Lessons of Daring Leadership, the Tenacity of Paradox, and the Wisdom of the Human Spirit (A Dare to Lead Book)

Wydawca prowadzący: Justyna Malatyńska

Przekład: Magda Witkowska

Redakcja:  Ewa Kujaszewska

Konsultacja merytoryczna: Joanna Chmura

Korekta: Maria Żółcińska

Skład i łamanie: Tomasz Gąska | 7colors.pl

Opracowanie e-wydania: Karolina Kaiser,

Author illustration: Noli Novak

Adaptacja okładki: Urszula Szkuta 

Cover credit:Jacket design: orangesky.design

Jacket art: Flourish Siena Wallpaper/Roots Collection by Mind the Gap

Copyright © 2025 by Brené Brown

All rights reserved.

An imprint and division of Penguin Random House LLC

Copyright © 2026 for this Polish edition by MT Biznes Ltd.

All rights reserved.

Copyright © 2026 for this Polish translation by MT Biznes Ltd.

All rights reserved.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo! Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl.

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

MT Biznes Sp. z o.o.

mtbiznes.pl

[email protected]

ISBN 978-83-8231-993-4 (epub)

ISBN 978-83-8231-994-1 (mobi)

Stabilny grunt O odważnym przywództwie, jego paradoksie i mądrości ludzkiego ducha

Kiedy pierwszy raz osobiście spotykamy osoby, które wywarły na nas i na nasze życie wielki wpływ, można się albo utwierdzić w przekonaniu, że to wspaniała osoba, albo mocno rozczarować, że stworzony obraz z hukiem rozbija się o rzeczywistość.

Brené Brown pierwszy raz poznałam na kartach książki Dary niedoskonałości, w 2010 roku. Byłam młodą psycholożką, która szukała w swoim życiu nowej wiedzy, inspiracji, praktyki. Wtedy zachwyciła mnie jej literatura, łączenie badań z praktyką oraz odwaga pisania o rzeczach osobistych, ważnych i trudnych. Jej książki pomogły mi zrozumieć lepiej nie tylko psychologię, ale i samą siebie. To wtedy, w 2010 roku, zaczęło kiełkować we mnie marzenie – a może polecieć do USA i uczyć się jej metodologii, a potem zacząć prowadzić warsztaty z odwagi tutaj w Polsce? Pamiętajmy, że były to czasy, kiedy certyfikowane szkolenia za granicą nie były rzeczą łatwą do zrealizowania. Dodatkowo problem polegał na tym, że Brené w tamtym czasie… nie prowadziła certyfikacji dla osób spoza USA i Kanady. Postanowiłam jednak spróbować i wysłałam swoje zgłoszenie… Mimo informacji o braku naboru pisałam dalej, raz na jakiś czas, przypominając o swojej gotowości. To trwało jakieś dwa lata. Aż pewnego dnia niespodziewanie dostałam potwierdzenie zapisu na jej program certyfikacyjny. Do dzisiaj pamiętam ten moment. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje, że poznam ją osobiście i że z pierwszej ręki będę mogła się uczyć tego wszystkiego, o czym mówią jej szeroko zakrojone prace badawcze.

W 2014 roku wylądowałam na lotnisku San Antonio w Teksasie. Lot do USA i poranek, w którym zaczynały się warsztaty, mam w pamięci co do minuty. Schodząc schodami po śniadaniu do sali warsztatowej, cały czas myślałam, że za moment poznam osobę, której prace badawcze zmieniły moje życie o 180 stopni. Byłam jednocześnie podekscytowana, zdenerwowana i zaskoczona, bo wśród osób uczestniczących z Europy była nas zaledwie garstka – może jakieś 8 osób – w tym tylko ja z Polski.

Kiedy Brené zaczęła warsztat, po kilku zdaniach już wiedziałam, że nie ma mowy o rozczarowaniu czy rozbieżności. Taką jaką ją „poznałam” na stronach jej książek oraz w wywiadach, taką samą poznałam ją na sali warsztatowej hotelu w San Antonio. Inteligentną, z ogromnym poczuciem humoru, pracowitą i… zwyczajną – w najlepszym znaczeniu tego słowa.

Od momentu certyfikacji w 2014 roku miałam okazję spotykać Brené Brown wielokrotnie, m.in. w Houston podczas Courage Camps – corocznych trwających tydzień spotkaniach dla certyfikowanych facylitatorów jej metodologii. Ten wspólny czas poświęcony w całości odwadze zaowocował u mnie nie tylko poznaniem jeszcze głębiej jej koncepcji, ale przede wszystkim możliwością obcowania z ekspertami i ekspertkami z całego świata, dla których odwaga i autentyczność są największą siłą. Wtedy nie umiałam jeszcze tego nazwać, ale dzisiaj z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że tamto pierwsze spotkanie, a potem każde kolejne, były dla mnie formą tworzenia się we mnie stabilnego gruntu. Fundamentu, na którym zbudowałam bardzo dużo.

Zaczęło się niewinnie, od przeczytania książki, rozwinęło się poprzez kolejne certyfikacje, przez bycie częścią elitarnego zespołu mówców Dare to Lead™ Speaking Team, aż do dzisiaj, do momentu, w którym piszę do Was tę przedmowę. Po ponad 12 latach pracy jej modelami w Polsce i za granicą, mogę z ręką na sercu powiedzieć, że praca Brené Brown zmieniła nie tylko moje życie zawodowe i prywatne, ale zmienia życie tysięcy osób czytających jej książki i biorących udział w jej warsztatach na całym świecie. Mam tu na myśli liderów różnych branż, pracowników korporacji, rodziców, specjalistów, a nawet żołnierzy jednostek specjalnych czy astronautów NASA.

Co sprawiło, że prace badawcze Brené rozeszły się po świecie tak wielkim echem?

Po pierwsze, to kobieta, która nie chowa żadnego kawałka siebie. Badaczka, mama, żona, wykładowczyni, przedsiębiorczyni, liderka – każdą z tych ról nosi z czułością i odwagą, bo wie, że człowiek nie jest jedną historią, lecz całym ich zbiorem. Dzięki niej zrozumiałam, że nasze tożsamości nie konkurują ze sobą i żadnej części siebie nie trzeba osierocać. Co więcej, to właśnie wymaga od nas największej odwagi, pozwolić sobie na współistnienie ich wszystkich.

Po drugie, to osoba, która nie stawia siebie na piedestale i nie mówi innym, co robią źle. Ona pokornie i odważnie staje obok nas i wspólnie z nami, dzieląc się tym, co wie, co zbadała, czego się nauczyła, próbuje żyć życiem autentycznym. A te próby są na tyle inspirujące, że miliony osób na całym świecie ogląda jej wystąpienia, czyta książki, słucha podcastów i dzięki temu zmienia swoje życie na lepsze.

Po trzecie, prace i działania Brené Brown stały się na tyle popularne, że z powodzeniem mogłaby już dawno spocząć na laurach. Nie robi jednak tego. Nie przestaje podejmować nowych, trudnych i ważnych tematów – czego przykładem jest chociażby książka, którą trzymasz w rękach.

Po czwarte, kiedy stary porządek świata trzeba podać w wątpliwość, to pustka, która po nim zostaje, staje się dla nas przestrzenią do wypełnienia. Jesteśmy pokoleniem szukającym tego, na czym wreszcie będzie się można oprzeć. Każda z jej książek, każde badanie, setki wystąpień czy też całe serie podcastów stanowią dla nas stabilne oparcie w świecie, który nie przestaje się chwiać.

Po piąte, Brené wysyła do nas przesłanie, że nie możemy czekać na bohatera czy bohaterkę, którzy zrobią tę pracę za nas. To my potrzebujemy wziąć odpowiedzialność i nauczyć się, jak prowadzić odważne rozmowy, budować zaufanie, rozumieć paradoksy, uczyć się, oduczać i uczyć na nowo oraz przypomnieć sobie, co tak naprawdę znaczy być człowiekiem. Ten świat bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje tego, o czym pisze Brené, czyli odwagi, wrażliwości i empatii.

Oczywiście książka, którą czytacie albo słuchacie w formie audiobooka nie zrobi tej pracy za nas, ale za to pokaże, gdzie szukać siły do zmian, jak odnaleźć moc, kiedy będzie nam jej brakować, i jak z odwagą przechodzić przez transformację, której teraz tak bardzo wszyscy potrzebujemy.

Ta książka to obietnica zabrania nas w podróż do miejsc, w których mamy szansę znaleźć oparcie w stale zmieniającym się świecie. Za to jestem Brené bardzo, ale to bardzo wdzięczna, bo tego potrzebuje dzisiaj nie tylko Polska, ale i cały świat.

Joanna Chmura

Psycholożka, trenerka i mówczyni inspiracyjna. Certyfikowana facylitatorka Dare to Lead™, Daring Greatly™ oraz Rising Strong™, metodologii stworzonych przez dr Brené Brown. Od lat wspiera klientów prywatnych i biznesowych w budowaniu odwagi, autentyczności i wewnętrznego przywództwa. Twórczyni platformy rozwojowej onmyway.pl oraz autorka bestsellerowej książki To nawet lepiej. Jak obracać trudności w szanse. Jej wywiady i artykuły można przeczytać m.in. na łamach „Vogue’a”, „­Forbesa”, „­Newsweeka” i „Harvard Business Review”.

Słowo od autorki i dedykacja

Jakże często budzimy się rano z poczuciem zagubienia w świecie, w którym wrzaski, arogancja, a nawet okrucieństwo nie tylko są na porządku dziennym, ale dla wielu osób stanowią wręcz synonim skutecznego przywództwa. Jeszcze zanim nasze stopy dotkną podłogi, za pośrednictwem telefonów doświadczamy skutków nadużywania władzy: deptania człowieczeństwa przez liderów, którzy oczekują służby od innych, zamiast sami służyć.

Zdaję sobie sprawę, jak trudno wybierać odwagę, dyscyplinę i życzliwość w czasach, gdy nawet empatia bywa wyśmiewana i dyskredytowana. Doskonale rozumiem, dlaczego ludziom wydaje się, że mogą sobie zaszkodzić, jeśli będą w organizacji promować troskę, więź i poczucie przynależności.

Mimo to nie tracę nadziei. W mojej pracy na każdym kroku spotykam ludzi, którzy nie wyrzekają się tych wartości i potrafią przewodzić po ludzku. Słuchają, wykazują ciekawość i wzmacniają w ludziach poczucie odpowiedzialności. Spotykam liderów, którzy rozumieją, że można więcej osiąg­nąć i w większym zakresie oddziaływać na świat, gdy ludzie czują się dostrzeżeni, usłyszani i szanowani. Spotykam też ludzi, którzy podejmują wysiłek poznania samych siebie, budowania więzi i zaufania w relacjach z innymi.

Tę książkę dedykuję wszystkim tym, którzy wybierają odwagę w życiu, miłości i pracy, nawet gdy to jest trudne… Zwłaszcza gdy to jest trudne! Dziękuję Wam, że szukacie i znajdujecie stabilny grunt dla siebie, a w konsekwencji też i dla nas.

Rozdział 1Na stabilnym gruncie

Powinno się wydawać pozwolenie na używanie wyrażenia „skręcać się z bólu”. To urokliwa metafora, jak jednak dobrze wie każdy, kto w życiu zaznał czegoś takiego, tego rodzaju słów absolutnie nie powinno się rzucać na wiatr. Przyznaję, że sama go czasem używałam w odniesieniu do dyskomfortu życia w poczuciu niepewności. To było wtedy, gdy pewnego razu fizyczny ból powalił mnie na kolana i zaczął wykręcać moje ciało – zanim po raz pierwszy przekonałam się, jak to jest poczuć ulgę w momencie, kiedy udaje się złapać kolejny oddech. Dlatego niniejszym uroczyście obiecuję odtąd używać tego określenia wyłącznie w sensie dosłownym.

Aby nie przeciągać, przejdę od razu do rzeczy. Miało to miejsce na korcie do gry w pickleballa. Kto w tym momencie unosi w górę dłoń zaciśniętą w pięść i radośnie oznajmia: „Super! Kocham ten sport. Do dzieła!”, tego zachęcam do lektury. Kto myśli teraz: „Nie mam ochoty słuchać o pickle­ballu”, ten być może poczuje lekką satysfakcję na myśl o tym, że przez tę zabawę o mało co nie rozstałam się z życiem (podobnie zresztą jak wielu innych ludzi po pięćdziesiątce z całego świata, którzy swoje marzenia o powrocie do rywalizacji okupili licznymi wizytami u fizjo­terapeuty czy ortopedy).

W każdym razie było słoneczne popołudnie, a ja wybrałam się do miejscowego ośrodka sportu, gdzie na starym, sfatygowanym drewnianym boisku do koszykówki niebieską taśmą malarską wyznaczono linie do pickleballa. Stanęłam przed lichą przenośną siatką, która ledwo się trzymała, i z całej siły uderzyłam w piłkę. Po drugiej stronie znajdował się gracz znacznie przewyższający mnie umiejętnościami, z którym chciałam się zmierzyć od ładnych kilku tygodni – i któremu teraz bardzo chciałam zaimponować. Pamiętam tylko, jak rakietka uderzyła w piłkę… Zaraz potem leżałam na ziemi i nie mogłam złapać tchu. Po głowie krążyła mi myśl, że chyba ktoś mnie dźgnął. Ból rozchodził się od pasa w górę do łopatek, a w dół spływał do łydek i oplatał mi kostki jak drut kolczasty.

Nie mogłam się ruszyć, nie byłam w stanie się odezwać. Nie wiedziałam, co się dzieje. Przez trzydzieści minut wiłam się z bólu na ziemi. Miałam poczucie, że wokół mojej głowy krąży aureola gwiazd, zupełnie jak w kreskówce Tom i Jerry. Inni gracze jakoś pomogli mi wsiąść do samochodu, a potem chyba tylko cud sprawił, że dojechałam do domu. Cztery przecznice przed dotarciem do celu postanowiłam wyprostować nogę z nadzieją, że dzięki temu uwolnię się od bólu. Zanim udało mi się zatrzymać samochód, najechałam na krawężnik i przemierzyłam tak całkiem spory dystans. Popłakałam sobie przez dziesięć minut, a potem w żółwim tempie wreszcie doturlałam się do domu.

Steve wydobył mnie z auta i przetransportował do salonu. Jest pediatrą, więc mało co go rusza, ale od razu dostrzegłam na jego twarzy zaniepokojenie. Ogólnie dobrze znoszę ból, ale czegoś takiego jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyłam – nawet podczas porodu. Błagałam Steve’a, żeby mi walnął kijem przez łeb albo podał mi cokolwiek, co mnie uwolni od tej udręki. Zaskoczyło go to. Powiedział: „Przecież ty nawet ibuprofenu nie bierzesz”.

Krzyknęłam wtedy do niego: „Mam to gdzieś. Wezmę cokolwiek, byle tylko przestało boleć. Choćbym musiała potem iść na odwyk”.

Rzecz miała miejsce w 2022 roku, wkrótce miało mi stuknąć dwadzieścia pięć lat w trzeźwości. Dzień po uzyskaniu dyplomu magisterskiego rzuciłam palenie i picie, co do dziś uważam za dwie najlepsze decyzje w moim życiu. Twierdzę tak dlatego, że ani z małżeństwem, ani z rodzicielstwem – a to z kolei dwie najważniejsze rzeczy w moim życiu – ani z karierą nic by mi się tak dobrze nie ułożyło, gdybym wtedy nie postawiła na trzeźwość. Dlatego uważam te decyzje za najlepsze. Potem już było z górki. Nigdy nie doskwierał mi brak picia, ale do dziś – gdy z głośników płyną jakieś fajne rockowe dźwięki – zdarza mi się opuścić szybę w samochodzie i udawać, że palę. Ponadto nie mam w zwyczaju zażywać leków, które zmieniają stan mojego samopoczucia.

Tym razem jednak łyknęłam maksymalną dawkę ibuprofenu, po czym udałam się do lekarza. Podczas tej wizyty odkryłam dwie rzeczy: że trudno precyzyjnie zdiagnozować dolegliwości mięśniowe czy nerwowe oraz że trzeba podziwiać ludzi, którzy nie popadają w uzależnienie pomimo przewlekłego bólu.

Dwa tygodnie później, choć nadal cierpiałam, byłam już w stanie rozciągać się przez pół godziny. Utrzymywałam się też w pozycji stojącej i chodziłam po domu. Cztery tygodnie po tym niecodziennym zdarzeniu korciło mnie już, żeby wrócić do gry, więc skontaktowałam się z trenerem, którego poleciła mi koleżanka. Powiedziała, że Tony – bo tak miał na imię – to „prawdziwy cudotwórca”.

Pomyślałam: Pożyjemy, zobaczymy.

Na dysfunkcji nie da się budować

Tony jest w moim wieku. To silny i błyskotliwy człowiek, który bywa zabawny, ale nie żartuje, gdy mnie rozstawia na sali treningowej. Do treningów i swojego biznesu w ogóle podchodzi z wielką skrupulatnością. Jego ojciec odnosił wielkie sukcesy jako piłkarz i cieszył się z tego powodu dużym uznaniem. Tony ma ten specyficzny – przemyślany i życzliwy, a przy tym stanowczy – styl pracy, który mnie zawsze zachwyca w pozytywnych filmach o sporcie. Specjalizuje się w funkcjonalnym treningu siłowym, a swoje wysiłki realizuje zawsze zgodnie z protokołem opartym na najnowszych zdobyczach nauki. Przez ładnych kilka tygodni nie znajdował dla mnie terminu, ale nie dawałam za wygraną. Pierwszego dnia zmierzyliśmy się wzrokiem. Od razu wiedziałam, że to będzie wyzwanie. Cóż to jednak dla mnie? Nigdy wcześniej nie trafiłam na trenera, który by się nie dał nabrać na moje wybiegi, gdy próbowałam uniknąć żmudnych ćwiczeń. Gadka pod tytułem: „Spójrzmy na to od strony naukowej” jeszcze nigdy mnie nie zawiodła.

Tym razem było inaczej. Druga próba wciągnięcia go w rozmowę o czymkolwiek innym niż trening została rozbrojona krótkim: „Skup się, Brown”.

Tony zaczął od przeprowadzenia serii testów sprawdzających moją siłę, zwinność, ruchomość i równowagę. Nie cierpię takich rzeczy. Chciałam czym prędzej wejść na kort, chwycić do ręki rakietę i rzucić się do rywalizacji, a nie stać na jednej nodze i pochylać się o dziesięć centymetrów z kijem w rękach. Takie rzeczy mnie nie bawią.

Po ostatniej próbie Tony spojrzał na mnie i powiedział: „Dziesięć punktów”.

Uśmiechnęłam się i uniosłam w górę zaciśniętą pięść: „Jasna sprawa. To do dzieła. Jestem gotowa do pracy nad serwisem i pracę nóg. Do roboty!”.

On na to odparł: „Nic takiego nie będziemy robić. Masz dziesięć punktów na dwadzieścia dwa, a to znaczy, że masz słabe centrum, co oznacza wysokie ryzyko kontuzji. Najpierw musimy cię ustabilizować”.

Patrzyłam na niego oniemiała. Na pewno dostrzegł rozczarowanie malujące się na mojej twarzy, ale nie wydaje mi się, żeby zdawał sobie sprawę, co się w tym momencie działo w mojej głowie. Dwa lata wcześniej zdecydowałyśmy z siostrą, że umieścimy mamę w domu spokojnej starości. Demencja odbierała jej władzę nad ciałem, umysłem i duchem. W tym momencie przypomniało mi się wszystko to, o czym wtedy rozmawiałam z jej lekarzami: o kruchości jej osoby, narastającej w związku z postępem choroby. Wcześniej mama przez pięć lat stanowczo odmawiała podjęcia jakiejkolwiek fizjoterapii czy ćwiczeń. Za nic by się nie zgodziła stać na jednej nodze i wychylać się o dziesięć centymetrów z głupim kijem w rękach.

Tony położył mi dłoń na przedramieniu i powiedział: „Na pierwszy rzut oka widać, że jesteś twarda i lubisz rywalizację. Na pewno chcesz mieć na tym teście dwadzieścia dwa na dwadzieścia dwa punkty. Pomogę ci osiągnąć ten poziom. Wrócisz na kort i będziesz ciskać takie piłki, że wszystkim w pięty pójdzie. Jesteś wytrwała, więc dasz radę, ale teraz musisz przyjąć do wiadomości parę rzeczy, które ci się nie będą podobać, i zrobić parę rzeczy, które będą ci się podobać jeszcze mniej”.

Pomyślałam o mojej mamie i jej mamie, mojej ukochanej babci, którą razem się opiekowałyśmy, gdy już nie mogła się ruszać i gdy jej kości zrobiły się kruche, a stopy boleśnie się pokurczyły. Babcia najpierw straciła kontrolę nad swoim ciałem, a potem także nad umysłem. Przypominałam sobie, jak razem z mamą kąpałyśmy babcię. Dobrze pamiętam żal, który rozdzierał wtedy serce mojej matki. Unikałam wtedy jej wzroku, bo dobrze wiedziałam, co by się stało, gdybyśmy spojrzały sobie w oczy. W pewnym momencie nie było już jednak wyjścia. Musiałam się upewnić, że ona sobie jako tako radzi. Gdy jednak nasze oczy się spotkały, matka od razu wybuchła płaczem. Powiedziała: „Ja tak nie chcę. Dopilnuj, żebym ci nigdy czegoś takiego nie zrobiła. Nie pozwól, żeby się ze mną stało coś takiego”.

Tamtego ranka w drodze na spotkanie z Tonym zatrzymałam się u mamy, żeby pomóc jej wziąć prysznic. Choroba akurat mocno dawała jej się we znaki. Ciągle jeszcze była na tyle świadoma, żeby boleśnie odczuwać jej skutki, ale nad własnym ciałem i umysłem już nie panowała. Zaraz po tym, jak weszła pod prysznic, nagle zrobiła się w stosunku do mnie niemiła, a wręcz agresywna. Moja mama to na co dzień powściągliwy człowiek, ale w tym momencie wstyd wziął górę. Przykro mi, jeśli znasz to uczucie.

Po chwili otrząsnęłam się z tych wszystkich myśli, spojrzałam na Tony’ego i powiedziałam: „Dobrze, to zamieniam się w słuch”.

On wyjaśnił mi wszystko najprościej, jak się tylko dało:

Nie będziemy budować na dysfunkcji. Nie będziemy dźwigać ciężarów ani na nic naciskać, dopóki nie uda nam się do końca zrozumieć twojego ciała. Rozpoznanie sytuacji i uporządkowanie fundamentów zajmie trochę czasu, ale budować będziemy dopiero na zdrowym fundamencie i zdrowo funkcjonującym ciele.

Test wykazał, że masz słabe centrum. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że doznałaś urazu, ponieważ twoje ciało zaangażowało do pracy mięśnie, które nie powinny odgrywać głównej roli ani na korcie, ani w ogóle w codziennym życiu. Jeśli chcesz grać z taką intensywnością jak dotychczas, musisz wzmocnić mięśnie grzbietu, brzucha i pośladków. Tego samego ci potrzeba, żeby wrócić do sił i zdrowia i je zachować. Masz silne mięśnie ud i ramion, ale brakuje im odpowiedniej podpory. Plecy intensywnie pracują, ale bez wsparcia centrum. Jeśli nie zadbasz o równowagę mięśni, urazy będą się powtarzać, również te wynikające z prób kompensowania niedoborów. Jeśli nie zadbasz o centrum, z czasem sytuacja najpewniej tylko się pogorszy.

W formularzu zgłoszeniowym wpisałaś całe mnóstwo różnych rzeczy, które chciałabyś osiągnąć. Chciałabyś pracować nad siłą, wytrzymałością, zwinnością, ruchomością i równowagą. Chciałabyś reagować szybciej i precyzyjniej, w krótszym czasie zmieniać kierunek ruchu. Dla nas to oznacza, że musimy zadbać o funkcjonalny, dynamiczny i adaptacyjny aspekt treningu. Do tego jednak nie wystarczy przykładać się na siłowni. Trzeba też zadbać o sen, dietę, zarządzanie stresem, emocjami i wszystkim tym, na czym się na szczęście znasz. Będziesz też musiała zmienić sposób myślenia. Nam tu bowiem zależy nie tyle na szalonej intensywności, ile raczej na bardzo celowym i konsekwentnym działaniu. Sukces będzie wymagał od ciebie skupienia i systemowego podejścia do zmian w różnych obszarach życia. Chodzi o to, żebyś podjęła pewne zobowiązanie wobec swojego ciała, umysłu i ducha, a następnie dotrzymała słowa.

Fundamenty

Praca na siłowni kosztowała mnie wiele wysiłku w sferze fizycznej, a poza tym stanowiła też wyzwanie psychiczne i emocjonalne. Zlokalizowanie mięśni grzbietu zajęło mi dwa miesiące. Tony do znudzenia mi powtarzał, że zamiast je uruchamiać, posługuję się mięśniami ramion i barków, ale ja nie rozumiałam, co on do mnie mówi. Rzucałam piłką lekarską o ścianę i natychmiast padał komunikat: „To nie był rzut z centrum. Nie stoisz stabilnie. Spróbuj jeszcze raz”.

Okazało się, że choć w szerokim zakresie używam swojego ciała, to nie mam z nim łączności. Dziwna to myśl, tak sobie nagle uświadomić, że się trwa w oderwaniu od własnej fizyczności. Niby posługuję się kośćmi i mięśniami, żeby coś osiągnąć, ale w rzeczywistości nie mieszkam w pełni we włas­nym ciele – nie rozumiem go i nie staram się go docenić. Usłyszałam jego potrzeby dopiero, gdy mnie skręciło z bólu. Wiek średni przynosi nam w darze między innymi to, że ciało – w taki lub inny sposób – upomina się o uwagę.

Ćwiczyłam dwa razy w tygodniu i po dwóch miesiącach zaczęło mi to działać na nerwy. Podczas jednej z sesji Tony przerwał mi serię przysiadów i powiedział: „Brown, znajdź grunt pod nogami”. Spojrzałam najpierw na niego, potem na podłogę, a potem znowu na niego. Zrobiłam krzywą minę, która miała mu jasno i wyraźnie powiedzieć: Czego ty ode mnie chcesz, do licha?

„Nie”, odparł w odpowiedzi na moją pantomimę. „Z ziemią złap kontakt, nie z podłogą. Stań na nogach, tak po swojemu. Znajdź oparcie dla stóp, a potem połącz je z resztą swojego ciała. Przyjmuj taką postawę, jakbyś się przygotowywała do odebrania naprawdę, ale naprawdę mocnego serwisu”.

Stanął przede mną, wyciągnął ramiona, po czym położył mi dłonie na barkach i delikatnie mnie popchnął. Choć nie użył dużo siły, instynktownie się cofnęłam. „Złap kontakt z ziemią i niech ona ci zapewni wsparcie i siłę. Przyjmij taką pozycję, w której te duże mięśnie mogą spełniać swoją funkcję. Używaj ciała i umysłu jednocześnie, Brown. Do dzieła”.

Z jakiegoś powodu w tym momencie zrozumiałam to, co wcześniej nie docierało do mnie przez dwa miesiące: że mam używać nie tylko ciała, ale również umysłu. Wcześniej ciągle wszyscy mi powtarzali, że nie mam kontaktu z własnym ciałem, bo cały czas żyję tylko we własnej głowie – że za dużo myślę. Tymczasem w tym momencie Tony polecił mi odwołać się do umysłu, żeby złapać kontakt z ciałem i gruntem. I oto nagle wszystko splotło mi się w jedną całość.

Powiedziałam, że może mnie popchnąć jeszcze raz. Tym razem nic się nie wydarzyło, jakby trafił na ścianę. Roześmialiśmy się oboje – po czym wróciłam do robienia przysiadów.

Przed wykonaniem kolejnego powtórzenia szepnęłam sama do siebie coś, co od tamtej pory zawsze powtarzam, gdy potrzebuję dodać sobie otuchy – na korcie, podczas trudnych spotkań, ale także zawsze wtedy, kiedy coś mnie przytłacza, kiedy boję się ucieszyć albo mieć nadzieję, gdy tracę poczucie pewności siebie albo grunt pod nogami. Wyszeptałam sama do siebie: Znajdź grunt pod nogami, Brené, znajdź grunt pod nogami!

Tamta krótka wymiana zdań pomogła mi odnaleźć całkiem nowe źródło siły przy wykonywaniu znienawidzonych przeze mnie przysiadów (tylko wykroków bardziej nie cierpię). Teraz korzystam z tego, że czuję pod nogami stabilny grunt.

Do dziś muszę się bardzo skupić, żeby zaangażować odpowiednie mięśnie i w świadomy sposób ich używać. Domyślnie uruchamiają mi się dotychczasowe utarte schematy, zwłaszcza gdy jestem zmęczona. Teraz potrafię jednak zakończyć grę przed planowanym czasem, jeśli poczuję, że tracę grunt pod nogami i że spada moje zaangażowanie. Uznaję, że dalej nie warto tego ciągnąć.

Odkąd po raz pierwszy poczułam siłę mocnego kontaktu z ziemią, stało się dla mnie jasne, że będę stale zabiegać o tę łączność. Zdałam sobie sprawę, że na dłuższą metę nie uda się tego zrobić bez praktyki uważności. Z tą akurat koncepcją długo mi było nie po drodze, im bliżej się jednak zapoznawałam z przemyśleniami doktora Jona Kabata-Zinna, tym lepiej rozumiałam przyczyny tego mojego wewnętrznego oporu. Gdy zaś w końcu się przełamałam, ta praktyka stała się dla mnie siłą stabilizującą mój stosunek do świata.

Kabat-Zinn po raz pierwszy zetknął się z koncepcją uważności podczas studiów doktoranckich na MIT. Teraz zgłębia już tę sztukę – i dzieli się swoją wiedzą z innymi – od ponad pięćdziesięciu lat, a jego praca ma równocześnie wymiar naukowy i pod wieloma względami duchowy (bynajmniej jednak nie religijny). Dla niego uważność to „świadomość wynikająca z celowego ukierunkowania uwagi na chwilę obecną, bez próby oceniania (…), za to w celu zrozumienia samego siebie i osiągnięcia mądrości”[1].

Do koncepcji stabilnego gruntu, na którym można pewnie stanąć, odwołałam się już wkrótce, aby wreszcie zlokalizować mięśnie najszersze grzbietu. Udało mi się! Nadal się zdarza, że od czasu do czasu muszę zrobić przerwę między powtórzeniami, żeby zastanowić się nad tym, co robię, i nieco zmienić ustawienie ciała – i mocniej złapać kontakt z ziemią – ale to działa!

Powoli zmieniałam nastawienie i zdobywałam nowe umiejętności, co przekładało się na wzrost sprawności funkcjonalnej. Podjęłam także współpracę ze świetną fizjoterapeutką Morgan, od której przejęłam takie oto hasło: Zaangażuj do pracy właściwe mięśnie. Wytrenuj je, a potem świadomie ich używaj. Nowe kompetencje najbardziej mi się przydają podczas podróży lotniczej, gdy wyjmuję bagaż podręczny – zwykle maksymalnie ciężki – ze schowka nad głową. Mam nadzieję, że nikt się ze mnie nie śmieje, gdy przybieram postawę jak podczas wykonywania ćwiczeń, po czym bardzo świadomie uruchamiam właściwe mięśnie, żeby odzyskać swój dobytek.

Głębokie, rozległe i systematyczne zaangażowanie

Tony i ja się cieszyliśmy, że tak wiele udało mi się osiągnąć, on jednak konsekwentnie mi przypominał, że obiecałam sobie też wiele innych rzeczy, więc muszę wprowadzić w swoim życiu jeszcze wiele innych zmian – w szczególności w zakresie snu, odżywiania czy zarządzania stresem, ale także jeśli chodzi o długie godziny poświęcane na pisanie czy kodowanie danych (to właśnie martwiło go najbardziej). Powtarzał mi, że jeśli wypracowane korzyści mają się utrzymywać i dać początek daleko idącym zmianom, to muszą znajdować przełożenie na moje codzienne decyzje. W związku z tym oczekiwał, że zacznę inaczej myśleć o zdrowiu, wypracuję pewne nowe umiejętności i będę cały czas konsekwentnie dążyć do celu.

Tamtego ranka w drodze z siłowni do domu pomyślałam: Chwila, chwila… Pewne czynniki muszą znaleźć przełożenie na wszystkie decyzje, które podejmuję w ciągu dnia? Na mój sposób myślenia, na moje umiejętności, na podejście do pracy z innymi? Przecież to brzmi zupełnie jak moje własne rady.

Od piętnastu lat większość czasu upływa mi na spotkaniach z przedstawicielami dużych organizacji, które starają się wdrażać zmiany w obszarze kultury lub wyników. Od dziesięciu lat skupiam się na tym, jak wspierać transformacyjne wysiłki globalnych firm zatrudniających ponad sześćdziesiąt tysięcy ludzi. Pracuję z prezesami i innymi liderami wysokiego szczebla nad przełomowymi rozwiązaniami, które mają stymulować wzrost. Gdyby uwzględnić wszystkich facylitatorów metody Dare to Lead, to wspólnie przyczyniliśmy się do wzmocnienia odważnego przywództwa stu pięćdziesięciu tysięcy ludzi z czterdziestu pięciu krajów. W kolejnych rozdziałach opowiem nieco więcej o tym, czego ich właściwie uczymy.

Większość ludzi kojarzy mnie z pracą społeczną, mało kto natomiast wie, że w naszej dziedzinie zajmujemy się również badaniami nad przywództwem i funkcjonowaniem organizacji. Na przykład w okresie pandemii covid-19 pojawiłam się na okładce magazynu „Texas Monthly”, a mojemu zdjęciu towarzyszył nagłówek o treści: „Jak pandemia zmieniła Brené Brown w terapeutkę całej Ameryki”. Społeczność terapeutyczna przyjęła to z całkiem głośnym niezadowoleniem, ja również w pierwszej chwili nie bardzo potrafiłam się do tego odnieść. Nie jestem terapeutką. Sama korzystam z usług takiego specjalisty i z wieloma przedstawicielami tej profesji w życiu rozmawiałam, ale w żadnym razie nie przypisuję sobie tej roli. Połączenie emocji, zachowań oraz myślenia stanowi obszar mojego zainteresowania, ale do miana terapeuty absolutnie nie aspiruję. Interesuję się natomiast przywództwem i rozwojem organizacji, od kiedy pracowałam w AT&T. Reprezentowałam tam wówczas organizację związkową Communication Workers of America i ostatecznie zostałam liderką ds. interesów pracowniczych. Po powrocie na studia, a potem po podjęciu pracy badawczej skupiałam się na tym, jak emocje i myśli oddziałują na zachowania występujące w organizacji. To mnie ostatecznie doprowadziło tutaj, gdzie jestem teraz…

Gdy dziś pracuję z liderami rozpaczliwie szukającymi sposobu na przeobrażenie własnej organizacji, a być może nawet całej branży, wcale mnie nie dziwi ich początkowy opór. Często liczą na to, że duże zmiany da się wprowadzić w przewidywalny sposób, bez chaosu. Chcieliby, żeby liczyły się w tym przede wszystkim narzędzia, a nie wytrwałość i odwaga w procesie przeobrażania nastawienia czy kształtowania nowych umiejętności. W rozmowach z nimi często mówię to, co sama usłyszałam od Tony’ego.

To, co próbujecie osiągnąć, będzie wymagało głębokiego, rozległego i systematycznego zaangażowania na rzecz zmian indywidualnych, zmian w zespołach, zmian kulturowych i zmian systemowych.

Ta praca dużo mnie nauczyła o tym, jak przebiega proces transformacji. Przede wszystkim przekonałam się, że rzadko kiedy dzieje się coś ot tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Zgromadziłam na tyle duże doświadczenie, że potrafię stwierdzić, kiedy można sobie pozwolić na małe, stopniowe zmiany, a kiedy trzeba koniecznie „rozmontować coś bliskiego sercu, co już do niczego nie służy, żeby w tym miejscu mogło powstać coś nowego, co pozwoli wykorzystać nowe szanse”.

Tony chciał, żebym coś rozmontowała. Zalecał mi głębokie, rozległe i systematyczne zaangażowanie. Kto by pomyślał…

Choć teoretycznie powinnam wiedzieć, że mój trener ma rację, zachowałam się tak samo jak zdecydowana większość liderów, z którymi współpracuję na co dzień. W pierwszym odruchu sięgnęłam po narzędzia, które da się po prostu kupić. Liczyłam na to, że wachlarz zewnętrznych półśrodków oszczędzi mi czasochłonnej i wyczerpującej pracy nad sobą, uwzględniającej między innymi – choć nie tylko:

skrupulatną ocenę sytuacji prowadzącą do rzetelnego rozpoznania problemu;

wygospodarowanie czasu i przestrzeni na realne zmiany;

budowanie świadomości, że odkrywcze „wow” nie przełoży się na nowe umiejętności, jeśli nie pójdą za tym ćwiczenia przełamujące opór;

uzupełnienie wiedzy o tym,

co

ludzie myślą, o wiedzę na temat tego,

w jaki sposób

myślą – kształtowanie sposobu myślenia dopasowanego do obranej strategii;

rozwijanie nowych „mięśni” i nowych umiejętności poprzez wzmacnianie dyscypliny, porzucanie starych przyzwyczajeń i uczenie się różnych rzeczy na nowo;

podnoszenie poziomu samoświadomości, świadomości kulturowej, świadomości sytuacyjnej oraz zdolności do wybiegania myślami w przyszłość;

analiza dużych systemów pod kątem tych elementów, które nie sprzyjają – albo przestały sprzyjać – realizacji strategii;

doskonalenie umiejętności choćby w zakresie rozpoznawania prawidłowości i myślenia w kontekście paradoksów;

uzupełnienie wszystkich tych wysiłków o stałą ocenę adekwatności strategii i poczynionych postępów.

Ogólnie rzecz biorąc, chodzi o to, aby wyrzec się magicznego myślenia zakładającego, że istnieje jakiś zestaw narzędzi, dzięki którym da się dokonać wielkiej rewolucji w krótszym czasie oraz przy mniejszym poziomie zaangażowania i dyscypliny niż ten niezbędny do wdrożenia istotnych i trwałych zmian. Cóż… bez poznawczych przysiadów i wykroków się nie obejdzie. Nie ma takiej apki, która pozwoliłaby z dnia na dzień wszystko zmienić.

Niemniej choć w swoich badaniach tak dużo czasu poświęcam kwestii oporu wobec zmian, mnie również bardzo kusiły te wszystkie fajne zabawki, które rzekomo mogą uwolnić człowieka od ciężkiej pracy. Nowy planer, aktualizacja oprogramowania, nowoczesny system wspierania produktywności i trzygodzinne internetowe zakupy w sklepie z japońskimi artykułami papierniczymi powinny przecież rozwiązać każdy problem…

Choć jednak się okazuje, że ostatecznego celu nie da się w ten sposób osiągnąć, na pewno nie ma co odmawiać sobie radości przygotowań. A cóż cieszy człowieka bardziej niż rozpoczynanie trudnej pracy od tego, co najłatwiejsze – czyli od nowego wyposażenia biura! Od dwudziestu lat prowadziłam dziennik w papierowym notesie. Teraz bez namysłu porzuciłam go na rzecz iPada i czterech różnych aplikacji do robienia notatek. Nic tak skutecznie nie odracza transformacji jak dwadzieścia godzin spędzonych na oglądaniu YouTube’owych recenzji różnych rozwiązań wspierających produktywność. Wybrałam narzędzie, które umożliwia opatrywanie wpisów tagami i hasłami kluczowymi, a potem także ich przeszukiwanie. Używałam nieskończonej liczby różnych kolorów i rodzajów pisaków, między innymi takiego, dzięki któremu moje pismo odręczne wyglądało jak kaligrafia najwyższej próby. Kto by pomyślał, że łatwiej coś pięknie napisać, niż wytężyć pośladki!

Utworzyłam osobne foldery na potrzeby opisu rozwoju fizycznego, umysłowego i duchowego, a potem – żeby postawić kropkę nad przysłowiowym „i” – dodałam do tego katalogi dla wszystkich organizacji, z którymi współpracuję. Pobrałam z laptopa kilkaset dokumentów i notatek z badań. W duchu skrupulatności utworzyłam kolejne katalogi, w których miały się mieścić inspirujące filmy, materiały dokumentalne do obejrzenia, opracowania naukowe wymagające przeczytania oraz brytyjskie kryminały, do których serio miałam ochotę usiąść. Optymistycznie obiecałam sobie, że przez sześć tygodni będę wszystko notować wyłącznie na iPadzie, choćby miało mi to zupełnie nie odpowiadać.

Po pierwszym tygodniu zamiast rozbudowanych zapisków ze spotkań w moich notatkach nagromadziły się liczne kwiatki, tęcze i moje własne imię w pięciu wariantach nadmuchanej czcionki, modnej wśród licealistek w latach osiemdziesiątych. Nic konkretnego w tym czasie nie zapisałam. Szczęśliwie mój zespół pilnuje, żeby podczas spotkań zawsze ktoś mi towarzyszył – na wypadek gdybym miała, jak mi się już nieraz zdarzyło, zobowiązać się do czegoś, czego potem będę żałować (niemal zawsze tak to się kończy). Zmusiłam się więc i skopiowałam sobie – dla wprawy – notatki moich współpracowników. Wyrobiłam sobie całkiem zły nawyk, który z zewnątrz mógł wyglądać tak, jakbym przychodziła na spotkania bez fizycznych materiałów do notowania, żeby zmusić się do korzystania z nowych technologii. W praktyce bowiem podczas rozmowy jednocześnie kolorowałam coś w aplikacji i zapisywałam najważniejsze rzeczy na pięćdziesięciu sześciu luźnych samoprzylepnych karteczkach, żeby potem spisać to sobie wszystko do iPada. Jeśli akurat nigdzie pod ręką nie znalazłam koszyczka z karteczkami (mam taki u siebie w biurze), kolejne punkty notatek umieszczałam na przedramieniu.

Po trudnych sześciu tygodniach w końcu dałam za wygraną i przeprosiłam się z niezawodnymi notesami Leuchtturm 1917 oraz Moleskine. Używam ich do dziś. Skłonna jestem zgodzić się z badaczami, którzy w drodze eksperymentów wykazują poznawczą wyższość pisania na papierze nad notowaniem w formie cyfrowej, w szczególności w obszarze zapamiętywania, przetwarzania na poziomie nerwowym i rozumienia pojęć.

Poświęciłam cały weekend na przenoszenie notatek z aplikacji na iPadzie do dziennika papierowego, żeby mieć wszystko w jednym miejscu. Aby się upewnić, że nic mi się nie zgubiło, losowo przeszukiwałam zasoby urządzenia pod kątem różnych nazwisk i haseł kluczowych. Gdy wpisałam „zwinność” – w nadziei na to, że znajdę notatki z siłowni – oprócz spostrzeżeń Tony’ego aplikacja wyświetliła mi także zbiór notatek z moich rozmów z liderami organizacji. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Podobny skutek przyniosło wyszukiwanie hasła „siła”, a potem także „reagowanie”, „zdolności przystosowawcze”, „dyscyplina”, „zaangażowanie” i „dynamiczny”. Najpierw się roześmiałam, zaraz potem jednak w mojej głowie pojawiła się myśl: Te organizacje odbywają swego rodzaju trening siłowy. Wszyscy się skupiają na liczbie powtórzeń.

Gdy wpisałam hasło „ground”, wyskoczyły mi cztery wpisy. Dotyczyły one:

moich osobistych spostrzeżeń na temat przypominania sobie o tym, żeby

stać twardo na ziemi

, gdy chcę poczuć się pewnie i spokojnie;

pewności ugruntowanej w sobie (ang.

grounded confi­dence

), o której pisałam w książce

Atlas of the Heart

[2]

;

metodyki teorii ugruntowanej, którą posługuję się – jako jakościową metodą badawczą – od czasów doktoratu;

spotkania z pewną dyrektor generalną, która mówiła o budowaniu stabilnego gruntu w kontekście nastawienia swoich bezpośrednich podwładnych i innych liderów swojej organizacji.

Doszłam do wniosku, że najwyraźniej mam długą relację z gruntem rozumianym jako swego rodzaju fundament – i że w tym zakresie sprawy zaszły już dość daleko.

Choć się starałam, jak mogłam, ułatwić sobie zadanie wdrażania zmian w moim własnym życiu, w tym momencie stało się dla mnie jasne, że zamiast nowej aplikacji potrzebuję mojej własnej wersji głębokiego, rozległego i systematycznego zaangażowania w różnych sferach mojego istnienia. Konkretnie chodziło o powrót na terapię, bliższą współpracę z coachem wspierającym mnie w doskonaleniu kompetencji przywódczych, pełniejsze zaangażowanie w sprawy ducha i dalsze ćwiczenia z Tonym i Morgan. Poza tym postanowiłam nadal dobrze się odżywiać, dużo się ruszać, dbać o sen i kontakty z innymi, a także praktykować wdzięczność. Z nowinek natomiast zaczęłam nosić Oura Ring. W założeniu nie po to, żeby korzystać z jakiegoś narzędzia czy nowej zabawki, tylko żeby gromadzić dane. Trochę nam się tylko życie skomplikowało, gdy rozpoczęła się rodzinna rywalizacja w aplikacji i sama dla siebie wybrałam nazwę „Mominator”.

Odkrycie podobieństw między treścią moich notatek o przywództwie z zapiskami z procesu wyciskania mojego życia i aktywności sportowej jak przysłowiowej cytryny, postrzegam jako intrygujące zrządzenie losu. Oczywiście nie ma nic szczególnie zaskakującego w tym, że te diagnozy i rozwiązania na poziomie mikro i makro mają ze sobą tak wiele wspólnego. Zarówno każdemu z nas z osobna, jak i na poziomie zbiorowym wszystkim w bieżącej sytuacji bardzo brakuje stabilnego gruntu pod nogami. Sprawne poruszanie się po burzliwych wodach świata wymaga wytrwałości i łatwego dostępu do wewnętrznej siły. Musimy wiedzieć, do czego możemy się odwołać, żeby utrzymać równowagę i skutecznie działać. Organizacje jako byty potrzebują dokładnie tego samego, o czym pisałam w formularzu zgłoszeniowym na konsultacje z Tonym: siły, wytrwałości, zwinności, mobilności i równowagi. Chcemy reagować szybciej i lepiej, a w razie potrzeby sprawniej zmieniać kierunek.

Współpracuję z firmami z listy Fortune 100, z wielkimi organizacjami o długich tradycjach i z małymi początkującymi start-upami. Czasem wspieram instytucje, które prowadzą badania kosmosu, kiedy indziej drużyny sportowe, jednostki wojskowe oraz organizacje pozarządowe prowadzące działalność na całym świecie. Z moich obserwacji wynika, że niezależnie od zajmowanego stanowiska ludzie borykają się z tym samym problemem: brakuje im solidnego oparcia w gruncie. Na rynku zachodzą radykalne zmiany, sztuczna inteligencja z jednej strony nas fascynuje, ale z drugiej sieje zamęt. Co chwila ktoś wspomina o cłach, sytuacja geopolityczna uległa destabilizacji, a kryzys klimatyczny się pogłębia. Zmiany zachodzą w takim tempie, że liderzy i szeregowi pracownicy ledwo za tym wszystkim nadążają.

Zamiast dokonać rzetelnej analizy sytuacji i zacząć od pracy nad silnym i sprawnie funkcjonującym centrum, w tej bezradnej szamotaninie wiele osób wybiera niebezpieczną drogę budowania nowych kompetencji na bazie starych dysfunkcji. Oczywiście doskonale to rozumiem, bo w bieżącej sytuacji nikt nie chce nawet myśleć o tym, żeby zwolnić kroku – obojętnie w jakim celu. Należałoby jednak co najmniej podwoić wysiłki związane z zapewnieniem sobie stabilności i sprawności funkcjonalnej, co w przypadku organizacji oznacza inwestowanie w ludzi – ponieważ to właśnie ludzie oraz ich wzajemne relacje stanowią fundament każdej organizacji.

Doskonalenie się w sztuce bycia człowiekiem

Gdy ludzie próbują oswajać lęki związane z tempem zmian, rozwojem sztucznej inteligencji czy szeroko pojętą nieprzewidywalnością świata, często powtarzają sobie: Uratuje nas nasze człowieczeństwo. To bzdura z jednego bardzo prostego powodu, takiego mianowicie, że według mnie chwilowo bardzo słabo u nas z tym rzekomym człowieczeństwem. Jako ktoś, kto całe dnie spędza w organizacjach i bacznie im się przygląda, z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że ludzie mają chwilowo pod górkę. Niektórzy nawet bardzo mocno (w szczególności młodzi pracownicy, ale też ludzie zmagający się z problemami zdrowotnymi, a także ci, którzy jednocześnie otaczają opieką dzieci i starzejących się rodziców). Najogólniej rzecz biorąc, cierpimy moim zdaniem z powodu zerwanych więzi, upadku wzajemnego zaufania i rozregulowania emocjonalnego. Pod tym ostatnim pojęciem rozumiem przytłoczenie potężnymi uczuciami, które trudno nazwać, a które pochłaniają nas i pchają w kierunku zachowań czy myśli niekiedy sprzecznych z naszymi wyobrażeniami o nas samych.

W czasach jątrzących się sporów, pogłębiających się podziałów i narastającego odczłowieczenia powinniśmy szukać w sobie pragnienia bycia z drugim człowiekiem. Trudno uwierzyć w to, że człowieczeństwo miałoby nas ocalić przed utratą rozumu i pracy, skoro tak chętnie się od niego odcinamy i tak zdecydowanie zrywamy więzi z innymi ludźmi.

Porzucenie głęboko zakorzenionej ludzkiej mądrości – zawartej w poezji, w zdolności do przeżywania radości, wrodzonej kreatywności oraz w pragnieniu budowania więzi, wspólnego działania i tworzenia nowych rozwiązań – stanowi skutek zbiegu co najmniej trzech czynników:

Dysponujemy już dziś niepokojącymi danymi na temat negatywnych konsekwencji utrzymywania modelu rygorystycznego przywództwa opartego na lęku i wstydzie, a mimo to taki system nadal utrzymuje się w wielu organizacjach i w polityce wielu krajów. Nie pozostaje to bez wpływu na postawy ludzi i wyniki ich pracy. Człowiek funkcjonujący w takiej kulturze skupia się na obronie własnej integralności, a to skutkuje zerwaniem więzi z własnym ciałem, z własnym człowieczeństwem i z innymi ludźmi. Przestaje się angażować, osiąga tylko tyle, ile musi, a nie tyle, ile by mógł, nie podejmuje ryzyka, wyłącza się. Niekiedy idzie jednak o krok dalej i brutalnie odreagowuje własny lęk na innych.

Ciągle jeszcze dość powszechnie utożsamia się wrażliwość (ang.

vulnerability

) ze słabością. W tej koncepcji człowieczeństwo stanowi przeszkodę na drodze do dobrych wyników i skutecznego oddziaływania na rzeczywistość. Badania, w tym moje własne, już dawno podważyły słuszność tych przekonań, a mimo to nadal nie potrafimy połączyć wrażliwości – rozumianej jako zdolność do rozpoznawania i regulowania emocji przeżywanych w obliczu niepewności, ryzyka czy zagrożenia natury emocjonalnej – z odwagą. Nie ma odwagi bez gotowości do odsłonięcia siebie. Odważnym można być tylko wtedy, gdy przychodzi nam się mierzyć z niepewnością, ryzykiem czy zagrożeniem.

Nadal pokutuje błędne przekonanie, że liderzy muszą dokonywać zero-jedynkowych wyborów i stawiać w swoich działaniach szkoleniowo-rozwojowych albo na wyniki, przychody i wzrost, albo na kulturę, odwagę, więzi i współpracę między ludźmi. Każdemu, kto się boryka z tego typu dylematami, polecałabym bez zbędnej gwałtowności porzucić dwieście slajdów prezentowanych przez konsultanta w eleganckim stroju. Prawdziwie nie do powstrzymania jest człowiek, który żyje pełnią życia, może liczyć na duże wsparcie, i potrafiący budować więzi z innymi.

Słuszności żadnego z trzech wyszczególnionych powyżej przekonań nigdy nie udało się udowodnić. Zamiast odwoływać się do danych czy opisów rzeczywistości, kształtują się one pod wpływem lęku i koncepcji niedoboru. Dla człowieka, który czuje pod nogami stabilny grunt, stoją one w jawnej sprzeczności z własnymi wyobrażeniami o sobie. Lęk zupełnie się nie sprawdza jako czynnik motywujący. Jego oddziaływanie szybko mija, więc żeby w ten sposób sterować zachowaniami, trzeba przekroczyć granicę okrucieństwa i stworzyć chaotyczny system, który może w jednej czwartej zadowoli żądnego zysku inwestora, ale ostatecznie doprowadzi do zguby ciebie i twoją organizację.

Dziś potrzeba nam zmian, które by sprzyjały głębokiej współpracy, głębokim przemyśleniom i pogłębianiu więzi. Potrzeba nam liderów, którzy będą potrafili prowadzić trudne, ale produktywne rozmowy. Potrzeba nam świadomej pilności, która by nas skłaniała do wyznaczania mądrych priorytetów, pracy nad zaufaniem, strategicznego podejścia do ryzyka, myślenia w kategoriach paradoksów, rozpoznawania schematów, poszukiwania sensu, budowania świadomości sytuacyjnej i przyszłościowego myślenia o rynku. Potrzeba nam także zwinności, wytrwałości, pokory i wiary w to, że różnych rzeczy można się oduczyć i nauczyć na nowo. Potrzeba nam systemów i symfonicznego myślenia, z którego mogłaby się zrodzić operacyjna doskonałość. Potrzeba nam wreszcie odwagi do przewodzenia z poszanowaniem i ochroną dla ducha człowieczeństwa.

Organizacje przechodzą własny trening siłowy. Liderzy starają się rozpoznać te obszary, w których różne partie mięśni kompensują słabość centrum. Tak samo jak ja, w większości wzbraniają się przed precyzyjnymi, ale mało spektakularnymi działaniami, bez których nie może być mowy o większej stabilności i zwinności. Wolimy stawiać na wielkie zmiany.

Spostrzeżenia Tony’ego idealnie zgadzają się z tym, co ja sama myślę o procesie transformacji: Ta praca wymaga skupienia się na aspektach funkcjonalnym, dynamicznym i adaptacyjnym. Wymaga ponadto także zmiany sposobu myślenia. Szalona intensywność ma mniejsze znaczenie niż celowe i konsekwentne działanie. Sukces w tej dziedzinie pociągnie za sobą skoncentrowaną i systemową zmianę w obrębie całego twojego życia. Chodzi o to, aby podjąć zobowiązanie wobec swojego ciała, umysłu i ducha, a następnie dotrzymać słowa.

Od siebie dodam jeszcze tylko, że jesteśmy wszyscy neurobiologicznie zaprogramowani na budowanie więzi, a ich brak zawsze pociąga za sobą cierpienie. Niezależnie więc od tego, z jakich korzysta się narzędzi – choćby to była sztuczna inteligencja – silne fundamenty budują te firmy, które z poszanowaniem odnoszą się do ludzkiej mądrości i międzyludzkich relacji, w związku z czym starają się je chronić. Technologia bazująca na dysfunkcji jest dysfunkcyjna, nawet jeśli została genialnie zaprojektowana i wykorzystuje potężny algorytm. Tylko stabilny grunt da nam poczucie oparcia w obliczu sztormu niepewności. Tylko na takim gruncie możemy tworzyć szybkie i gwałtowne zmiany, których wymaga od nas współczesny świat.

Pora przyjrzeć się, jak taka stabilność i taka wybuchowa energia mogą wyglądać w praktyce.

Rozdział 2Tush Push

Tush Push, znane również jako „braterskie pchnięcie”, to rodzaj zagrania futbolowego wypracowanego przez drużynę Philadelphia Eagles. Na taką akcję rozgrywający decyduje się zwykle wtedy, gdy do pokonania pozostał niewielki dystans… Jard… Niespełna metr… Polega ono na tym, że rozgrywający kuca przed jednym z kolegów z zespołu, za którym następnie ustawiają się pozostali gracze. Na sygnał wszyscy naraz zaczynają pchać i dosłownie przepychają swojego rozgrywającego przez zawodników drużyny przeciwnej.

Fizyk Neil deGrasse Tyson rozmawiał na YouTubie z zawodnikiem NFL Kyle’em Brandtem[3]. Przy okazji objaśniał, że Tush Push wykorzystuje zupełnie podstawowe zjawisko fizyczne, jakim jest siła reakcji podłoża.

Pierwsza zasada dynamiki Newtona (bezwładność)

Drużyna Eagles ma przewagę, ponieważ jako pierwsza przystępuje do działania. W tej sytuacji przeciwnik może tylko reagować. Ten ułamek sekundy pozwala im zyskać impet, który utrudnia obrońcom zatrzymanie rozpędzonej machiny.

Atakujący i rozgrywający rozpoczynają ruch naprzód, a zgodnie z pierwszą zasadą dynamiki Newtona ciało znajdujące się w ruchu pozostanie w ruchu, jeśli nie zadziała na nie żadna zewnętrzna siła[4]. Ponieważ obrońcy rozpoczynają akcję w stanie spoczynku, nie pozostaje im nic innego, jak próbować przezwyciężyć impet przeciwnika.

Druga zasada dynamiki Newtona (siła równa się masa razy przyspieszenie)

Gdy zawodnik linii ofensywnej wbija nogi w ziemię, bardzo konkretnie na nią oddziałuje. Futboliści Eagles to rosłe chłopy, gdy więc przyspieszają wszyscy razem, wytwarzają ogromną siłę – tak wielką, że obrońcy nie są w stanie się jej przeciwstawić, zwłaszcza że reagują z opóźnieniem (minimalnym, ale jednak).

Jak podkreśla Tyson, mniejsze znaczenie ma tutaj siła nóg rozgrywającego, ponieważ on często unosi się w powietrze albo zwyczajnie poddaje się pchaniu. Skuteczność tej akcji wynika z masy i przyspieszenia zawodników, którzy na niego oddziałują – a oni zachowują mocny kontakt z ziemią.

Trzecia zasada dynamiki Newtona (akcja i reakcja)

Trzecia zasada dynamiki Newtona głosi, że każdej akcji odpowiada równie silna reakcja o zwrocie przeciwnym. Z punktu widzenia tego zagrania zasadnicze znaczenie ma to, że zawodnicy linii ofensywnej pchający rozgrywającego wywierają nacisk na podłoże. Ziemia odpowiada na ich oddziaływanie i to właśnie ta reakcja pcha ich naprzód z ogromną siłą. Ziemia ma ogromną masę, w związku z czym nie poruszy się pod wpływem nacisku graczy, co w praktyce oznacza, że cała gene­rowana przez nich siła zostanie wykorzystana jako ich napęd w ruchu do przodu.

Tyson podkreśla, że w przypadku utraty kontaktu z ziemią, zawodnik traci znaczną część swojej skuteczności. Obrońca czy pchający, który oderwie nogi od podłoża, oddziałuje tylko z siłą odpowiadającą jego własnej masie i przyspieszeniu, nieporównywalnie mniejszą od tej, jaką uzyskuje zawodnik stojący mocno na ziemi. Jeśli więc obrońca podskoczy albo oderwie się od ziemi, traci jej wsparcie i w rezultacie nie jest już w stanie skutecznie opierać się naporowi przeciwnika. Aby uzmysłowić odbiorcom, jak wielką siłę można uzyskać, gdy się pcha po zaparciu się o ziemię, Tyson żartem zasugerował nawet, że gdy drużyna Eagles realizuje Tush Push, Ziemia odrobinę zmienia rotację. Mnie to na tyle zaniepokoiło, że aż sprawdziłam, czy to prawda. Okazuje się, że fizyk nie rozmijał się z prawdą, natomiast chodzi o oddziaływanie tak niewielkie, że możemy nadal spokojnie siedzieć na kanapie w salonie i oglądać mecz – nic nam nie grozi.

Na zakończenie wspomnę, że pojawiają się głosy nawołujące do wprowadzenia zakazu stosowania tego zagrania, a ostatnio dyskusja się zaognia. Tyson przecudownie to skomentował. Stwierdził mianowicie, że geniusz rozwiązań i znajomość fizyki powinniśmy raczej wynosić pod niebiosa, a nie karać. Posunął się wręcz do porównania nadzwyczajnej skuteczności Tush Push do zjawisk kosmicznych takich jak supernowe czy czarne dziury. Ocenił, że tego zagrania – o ile zostanie poprawnie wprawione w ruch – w zasadzie nie da się powstrzymać.

Praca zespołowa w duchu Newtona

Chętnie przywołuję sportową metaforę Tush Push, gdy chcę pokazać, jak wiele można osiągnąć dzięki współpracy zespołowej, gdy każdy z członków grupy ma mocne oparcie w gruncie i działa w sposób zdyscyplinowany z myślą o osiągnięciu konkretnego celu. W tym wypadku grunt odgrywa zasadniczą rolę z dwóch powodów:

Jako nasze indywidualne wsparcie zapewnia nam odwołanie się do wartości, co w prosty sposób przekłada się na zaangażowanie, dociekliwość i pokorę.

Jako czynnik zapewniający nam łączność z innymi lub grupą, która również czuje pod nogami stabilny grunt.

Współpraca w duchu Newtona opiera się na dążeniu do podtrzymywania świadomości, że dzięki sile zespołu cel staje się osiągalny, a jednocześnie że cały zespół ucierpi, jeśli choć jeden z jego członków straci kontakt z ziemią.

Rozdział 3Radość zwycięstwa, ból porażki i siła poezji

W 1970 roku skoczek narciarski Vinko Bogataj mknął po zeskoku skoczni w niemieckim Oberstdorfie podczas mistrzostw świata w lotach narciarskich. Na oblodzonym rozbiegu rozpędził się znacznie bardziej, niż się spodziewał, więc stracił panowanie nad sytuacją i spadł z zeskoku. Wykonał w powietrzu kilka dziwnych obrotów, przefrunął przez płot i spadł na tłum widzów. Nagranie z tamtego momentu odtwarzano potem przed każdym odcinkiem programu ABC’sWide World of Sports, a towarzyszyły mu jakże dobrze nam wszystkim znane słowa Jima McKaya: Radość zwycięstwa, ból porażki. Ludzkie dramaty rywalizacji sportowej[5].

Nikt chyba nie zaprzeczy, że ta niewiarygodna kraksa Bogataja świetnie się nadawała na ilustrację „bólu porażki”.

Pocieszam się myślą, że gdy program ABC’s Wide World of Sports świętował swoje dwudziestolecie, Vinko Bogataj został powitany przez zaproszone gwiazdy sportu owacją na stojąco. Podobno sam Muhammad Ali zerwał się z miejsca i podszedł do niego, żeby go poprosić o autograf. Zgromadzeni z wielkim szacunkiem odnosili się do odwagi Bogataja, który nie wahał się pokazać światu prawdy o rywalizacji.

Wielu z nas – nie tylko sportowcom – upadek Bogataja co tydzień przypominał o tym, że ból porażki nieodłącznie idzie w parze z radością zwycięstwa. Uświadamiał nam, że ekstatyczne przeżycia mają swoją cenę w postaci ryzyka doświadczenia bólu, które wcale nie tak rzadko się materializuje.

Oglądałam ten program przez wiele lat i za każdym razem śledziłam ten upadek z zapartym tchem. Dorastałam w rodzinie, w której bardzo ceniło się sport, więc ten obrazek wraz z towarzyszącym mu komentarzem trwale zapisały się w mojej pamięci. Dziś już nie potrafię sobie przypomnieć, jakie zdjęcia ilustrowały „radość zwycięstwa”, natomiast doskonale wiem, jak wygląda porażka. Gdy próbuję zachować ducha pomimo zbliżającej się porażki, często przywołuję z pamięci obraz tego upadku.

Sport stanowi ucieleśnienie, a na pewno żywą ilustrację zbioru pewnych umiejętności i postaw, których nie spotyka się w innych okolicznościach, w szczególności w biurach. Na basenach, boiskach, kortach, matach, planszach czy bieżniach bez problemu można zaobserwować, jak trenerzy, zawodnicy i drużyny realizują wizję i strategię, wykazując się przy tym sprawnością w działaniu, doskonałością operacyjną i dyscypliną niezbędną do skutecznej rywalizacji. Tam nie ma się gdzie schować. Wszystko rozgrywa się na oczach świata, w czasie rzeczywistym. Sport to wspaniały teatr przywództwa i pracy zespołowej.

Sportowcy i wybitni wykonawcy z różnych innych dziedzin chwalą się światu umiejętnościami, które większość z nas wykorzystuje co najwyżej na własne potrzeby. To spostrzeżenie często przywołuje u mnie bolesne wspomnienie z dzieciństwa związane z tragicznym wypadkiem, w którym zginęło dziecko przyjaciół moich rodziców. Jego matka była zawodową tancerką, więc aby uporać się z żałobą, postanowiła wyrazić swój smutek poprzez stworzenie choreografii tanecznej. Na występ zaprosiła niewielką grupę innych krewnych i znajomych, w tym także moją mamę.

Mama wróciła tamtego dnia do domu z twarzą zapuchniętą od łez. Wyglądała tak tylko wtedy, gdy bardzo dużo szlochała. Zapytałam ją, czy wszystko w porządku, a ona odpowiedziała: „Nie mogłam złapać tchu. Przeżyłam w życiu wiele smutnych chwil, ale nigdy nie potrafiłam ich zobaczyć czy wskazać palcem. Nigdy nie potrafiłam ich dotknąć. Dziś na moich oczach żałoba znalazła wymiar fizyczny. Na moich oczach skakała i upadała, a potem rozciągała się na ziemi. Wreszcie zobaczyłam, jak wygląda żal po stracie”.

Różnego rodzaju artyści, ale także sportowcy, ucieleśniają emocje, dążenie do doskonałości i nadzwyczajne umiejętności, dzięki czemu my również możemy zobaczyć i lepiej poznać to, co na co dzień pozostaje nieuchwytne. Możemy to jednak poznać zaledwie lepiej, ponieważ choćbyśmy się nie ­wiadomo jak starali i choćbyśmy oblepili ciała mistrzów nie wiadomo iloma urządzeniami pomiarowymi, pewne aspekty wyrazu artystycznego, emocjonalnego, duchowego czy sportowego na zawsze pozostaną tajemnicą. Moim zdaniem właśnie dlatego bycie świadkiem często daje więcej niż tylko wyrażanie uznania – zapewnia nam dostęp do tajemnicy, której możemy jedynie z podziwem się przyglądać. W dzisiejszym świecie dokładnie tego podziwu nam brakuje, podobnie jak nie dość mamy zachwytu i radości. Tymczasem to właśnie z nich możemy czerpać otuchę i poczucie sensu.

Tamta matka pokazała swoim krewnym i przyjaciołom, jak dla niej wygląda żałoba i jak ją przeżywa. Samo opowiedzenie o tym nie wystarczało. Dużo obserwowałam różnego rodzaju artystów, prowadziłam też wywiady zarówno z nimi, jak i z ludźmi, na których występy twórców jakoś oddziaływały. Bardzo lubię ten aspekt mojej pracy, bo niemal zawsze towarzyszy mu poczucie podziwu dla świata.

Potrafię poderwać się na równe nogi przy dźwiękach symfonii i głęboko wzruszyć podczas czytania wiersza. Myślę o tym, co czuję, gdy oglądam lub słucham moich znajomych – również wywodzących się z Teksasu – Giny Chavez oraz ­Carrie Rodriguez. W ich muzyce całkiem dosłownie słyszę i czuję wielką nadzieję i ogromny ból, o których opowiadają w swoich utworach. Gdy Gina śpiewa, przenoszę się w jakieś zupełnie nowe miejsce i spoglądam na świat z całkiem innej perspektywy. Carrie to natomiast prawdziwa czarodziejka skrzypiec. W jednej chwili ona i jej instrument się śmieją, a zaraz potem Carrie opowiada coś innego, a wtedy struny płaczą.

Nieraz obserwowałam arcymistrzów szachowych, którzy podczas turniejów tak intensywnie się skupiają i z takim zaangażowaniem planują kolejne ruchy, że po zwycięstwie ronią łzy ze zmęczenia. Zdarza mi się wielokrotnie cofać nagranie z zawodów, żeby wskazać ten moment, w którym zawodnik zdał sobie sprawę, że wygrał, i żeby móc dokładnie przyjrzeć się jego emocjom w tym momencie. Co ciekawe, rzadko rozpoznaję wówczas u niego radość. Zdecydowanie częściej widzę zdumienie albo skrajne zmęczenie psychiczne. Po wielkim wysiłku poznawczym radość pojawia się zwykle dopiero z czasem.

To, co nas wszystkich łączy

Zdaniem wielu osób nie należy przywoływać metafor sportowych w kontekście rozważań o pracy zespołu czy zadaniach lidera, a to z uwagi na nadzwyczajność kompetencji fizycznych, którymi muszą się wykazywać sportowcy, oraz na ambitny charakter wymagań, którym muszą sprostać. Rozumiem te argumenty. Nie wszyscy uprawiamy sport, nie wszyscy nawet lubimy go oglądać. Nikt z nas nie przebiegnie stu metrów w dziesięć sekund i pięćdziesiąt siedem setnych jak Sha-Carri Richardson. Tak na marginesie: zmierzyłam czas, jakiego potrzebowałam, żeby przeczytać ten akapit (bez tego pochylonego tekstu). Zajęło mi to tyle samo czasu, ile Richardson potrzebowała na pokonanie stu metrów.

W mojej pracy dochodzę jednak do wniosku, że sport i praca w organizacji mają jednak coś wspólnego. Zarówno w jednej, jak i w drugiej dziedzinie dużą rolę odgrywają bliski kontakt z ziemią i ucieleśnienie doświadczenia. Wiele osób postrzega biuro jako przestrzeń, w której ciało nie odgrywa większej roli, a w związku z tym zapomina, że mózg nie istnieje w próżni. Ten stan oddzielenia umysłu od ciała utrzymuje się niekiedy przez wiele lat, a nawet dziesięcioleci, aż w końcu fizyczny aspekt naszej natury zaczyna nam o sobie dobitnie przypominać: w postaci chorób, bezsenności, wyczerpania względnie utraty sił, ruchomości czy równowagi.

Czy inżynier oprogramowania albo kierownik działu HR musi być równie sprawny fizycznie jak wybitna tenisistka Coco Gauff albo olimpijska pływaczka Katie Ledecky? Oczywiście, że nie. Niemniej oni również powinni utrzymywać łączność ze swoim ciałem i czuć pod nogami stabilny grunt. Powinni dbać o siłę i stałą więź między ciałem, umysłem a duchem. Tylko w ten sposób możemy na nowo odnaleźć nasze zagubione człowieczeństwo.

Czy w przypadku lidera, który musi w krótkim czasie podjąć ważną decyzję, praca nóg odgrywa taką samą rolę, jak u rozgrywającego NFL Toma Brady’ego, słynącego z pełnej koncentracji na zadaniu i skutecznej obrony przed atakami (Brady potrafi dotrzeć z piłką do celu w ciągu trzech do pięciu sekund)? Jasne, lider takiej pracy nóg nie potrzebuje, niemniej umiejętności Toma Brady’ego zupełnie dobrze sprawdzają się jako metafora rozpoznania sytuacji, zdolności przewidywania i wyczucia czasu, czyli elementów ważnych przy podejmowaniu decyzji.

Odwoływanie się do dokonań wybitnych artystów czy sportowców o tyle może się nie sprawdza, że w ich przypadku ogromną rolę odgrywa talent. Z tego również zdaję sobie sprawę. Gina Chavez została nominowana do Latin Grammy i ma na koncie wiele sukcesów jako autorka i wykonawczyni piosenek. Carrie Rodriguez, która również śpiewa i pisze, ukończyła klasę skrzypiec na Oberlin Conservatory of Music. Tam nauczyła się grać w stylu klasycznym. Potem złapała folkowego bakcyla i doskonaliła umiejętności na Berklee College of Music. Czy początkujący menedżer mediów społecznościowych zatrudniony przez szpital albo dyrektor finansowy koncernu samochodowego również muszą posiadać umiejętność przeobrażania ludzkich dusz albo rozbudzania głębokich emocji? Tak się składa, że muszą… Niekoniecznie będą to robili za pomocą słów, śpiewu czy gry na skrzypcach, ale na pewno powinni włożyć jak najwięcej wysiłku w to, żeby dobrze zrozumieć ludzi, do których kierują swoje wysiłki, i zadzierzgnąć z nimi więź. Opanowanie języka emocji i świadomość uniwersalnej siły autentycznej bliskości na pewno wydatnie w tym pomaga.

Z myślą o wzbogaceniu mojej strony internetowej poprosiłam Carrie o wywiad. Zapytałam, czy któryś z aspektów jej procesu twórczego stanowi większe wyzwanie niż wszystkie pozostałe. W tym miejscu chciałabym przytoczyć jej odpowiedź[6]:

Tak, dla mnie najtrudniejsze jest pisanie piosenki. Gdy tworzę słowa, w mojej głowie odzywa się mnóstwo różnych wątpliwości. Gdy wpadnę na trop jakiegoś krótkiego refrenu, chwytliwego hasła czy piosenki w ogóle (…) zwykle zaraz potem pojawia się myśl: Boże, jakie to tandetne! Co zabawne, im bardziej tandetne mi się coś wydaje, tym potem z większym spotyka się uznaniem. Z czasem doszłam więc do wniosku, że może mnie się różne rzeczy wydają tandetne wtedy, gdy jestem naprawdę szczera – bo szczerość bywa przerażająca!

Zdecydowałam się zacytować jej słowa, ponieważ od menedżerów i liderów bardzo często zdarza mi się usłyszeć coś w stylu: „Miałem zamiar zadzwonić do kolegi z pracy po godzinach, żeby mu przekazać kondolencje z powodu śmierci babci, ale uznałem, że to by było zbyt osobiste”. Albo: „Przeszło mi przez myśl, żeby zrobić z moim zespołem takie jedno zabawne ćwiczenie o zaufaniu, ale wydało mi się strasznie tandetne, więc odpuściłam”.

Artyści i sportowcy to też ludzie. Wszystkich nas łączy z nimi to, że trzeba się odsłonić, a więc wykazać wrażliwością, aby pokazać światu swoją sztukę, czułość czy otwartość. Jednocześnie nie może nam zabraknąć wewnętrznej siły, ponieważ ta czułość nie zawsze zostanie dobrze przyjęta czy odwzajemniona. To paradoks, z którym zmagają się nie tylko artyści i sportowcy. To dylemat typowo ludzki. To w tej przestrzeni radość zwycięstwa spotyka się z bólem porażki. Aby czegoś takiego zaznać, wcale nie trzeba rywalizować na oczach całego świata. Coś takiego można przeżyć również za biurkiem.

W tej książce często przywołuję poezję, opowieści o występach artystycznych i metafory sportowe. Nie robię tego ciągle i stale, jeśli jednak stwierdzam, że nic nie wyrazi moich myśli lepiej niż wiersz, to sięgam po niego. Gdy natomiast uważam, że metafora sportowa pozwala mi obrazowo ukazać i skuteczniej objaśnić pewne złożone zjawiska czy koncepcje, to nie boję się chwycić piłki mocno w ręce i ruszyć z nią do przodu.

[1] Jon Kabat-Zinn, Defining Mindfulness, mindful.org, 11 stycznia 2017, mindful.org/jon-kabat-zinn-defining-mindfulness/.

[2]Brené Brown, Atlas of the Heart: Mapping Meaningful Connection and the Language of Human Experience, Random House, 2021.

[3] NFL, The Tush Push Explained with Kyle Brandt & Dr. Neil deGrasse Tyson, YouTube, 6:06, 15 stycznia 2024, youtube.com/watch?v=vhIKA28BIRU.

[4] Raymond A. Serway, John W. Jewett, Physics for Scientists and Engineers, wyd. 10, Cengage Learning, 2018.

[5] Edgar Sherick, twórca, „ABC’s Wide World of Sports”, 1961–97.

[6] Lauren Smith Ford, Carrie Rodriguez on Celebrating What It Means to Be Bicultural, Fiddle Playing, and Community, ABK Edit, 19 marca 2024.