Opis

Bestseller „New York Timesa”

Czasami jedna zła decyzja ma wpływ na całe życie. Tak było, kiedy Stephanie związała się z niewłaściwym mężczyzną. To miała być tylko wakacyjna przygoda – a jednak kilkanaście miesięcy później Stephanie mieszkała z agresywnym Jamie’em i ich małą córeczką, nieplanowanym, ale kochanym dzieckiem. Kiedy postanowiła zerwać z chłopakiem i zawalczyć o niezależność, przekonała się, że ciężka praca i determinacja czasem nie wystarczą, by utrzymać się na powierzchni.

„Sprzątaczka” to nie tylko niezwykle ciekawa, chwilami szokująca relacja Stephanie z pracy przy sprzątaniu domów, opis warunków zatrudnienia, stosunków z pracodawcami i klientami. To również wstrząsająca opowieść o ubóstwie w Stanach Zjednoczonych. To historia ludzi, którzy nie są w stanie zarobić na życie, chociaż dają z siebie wszystko. Korzystając ze skomplikowanego systemu rządowych programów pomocowych, narażają się na pogardę nieznajomych, którzy nie wahają się wygłaszać swoich ocen publicznie. Wpadają też w swoistą pułapkę – nawet niewielki wzrost dochodów może sprawić, że utracą pomoc, od której zależy ich przetrwanie, i znów popadną w nędzę…

„Żadna praca nie hańbi”, słyszeliśmy od dzieciństwa. Ale mówiono nam też, że każdy jest kowalem swojego losu. Czy uwierzyliśmy, że ubóstwo to rodzaj patologii, a biedni sami są sobie winni? Książka Stephanie Land skutecznie pomaga zweryfikować te sądy.

„Dla czytelników, którzy uważają, że ludzie żyjący poniżej poziomu ubóstwa są leniwi i/lub niesprawni intelektualnie, ta opowieść jest konieczną surową korektą […]. Lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy nigdy nie borykali się z biedą.” „Kirkus Reviews”

„Napisany z głębi serca, mocny debiut. […] Miłość Land do córki przepaja strony tej pięknej opowieści o determinacji i przetrwaniu.” „Publishers Weekly”

„Trzeba nam więcej takich książek – Stephanie Land, zaglądając za lodówkę i pod kanapę, opowiada o obu stronach barykady nierówności. A żadna z nich nie jest taka, jakbyście oczekiwali.” Barbara Ehrenreich

„Barwna, wciągająca książka o borykaniu się z biedą […], nieustannej frustracji z powodu braku poczucia bezpieczeństwa, o tym, że nasze społeczeństwo jest systemowo zaprojektowane, by biedni pozostawali biedni, oraz o poniżaniu biedy przez niewzruszoną demokrację.” Roxane Gay

„Książka Stephanie Land ściska za serce i dobitnie przypomina, że z amerykańskim snem coś poszło nie tak. Autorka oddaje głos milionom „pracujących ubogich”, harujących w kraju, który ich potrzebuje, ale nie chce zauważać. Smutna, a jednak pełna nadziei opowieść o „byciu poza” i zaglądaniu do środka. Land sprawia, że zaczynamy się zastanawiać, jakbyśmy się czuli, szorując i odkurzając dobra, które zawsze wydawały się nam poza zasięgiem.” Steve Dublanica

Stephanie Land należy do milionów samotnych matek, zmuszonych do wyciskania krwi z kamienia. Jest równocześnie dawnym i nowym rodzajem amerykańskiego bohatera. Taka opowieść o wytrwałości i miłości nigdy nie była bardziej potrzebna.” Domenica Ruta

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 334

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Stephanie Land

Sprzątaczka

Jak przeżyć w Ameryce, będąc samotną matką pracującą za grosze

Z przedmową Barbary Ehrenreich

Przełożyła Barbara Gadomska

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału angielskiego Maid. Hard Work, Low Pay, and a Mother’s Will to Survive

Projekt okładki Debbie Clement / Orionbooks

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Robert Convery / Alamy Stock Photo / Indigo Images

Copyright © 2019 by Stephanie Land. Published by agreement with Folio Literary Management, LLC and Graal, Ltd.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2019

Copyright © for the Polish translation by Barbara Gadomska, 2019

Redakcja Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Korekta d2d.pl

Skład Karolina Księżyc / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-956-0

Spis treści
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Dedykacja
Motto
Przedmowa. Witajcie w świecie Stephanie Land
CZĘŚĆ PIERWSZA
1 Domek
2 Przyczepa kempingowa
3 Mieszkanie zastępcze
4 Mieszkanie przy wesołym miasteczku
5 Siedem rodzajów pomocy rządowej
6 Farma
7 Ostatnia deska ratunku
8 Dom Porno
9 Sprzątanie po wyprowadzce
10 Dom Henry’ego
CZĘŚĆ DRUGA
11 Kawalerka
12 Minimalizm
13 Dom Wendy
14 Dom Roślin
15 Dom Szefa Kuchni
16 Dom Donny
17 Za trzy lata
18 Smutny Dom
19 Dom Lori
20 „Nie wiem, jak ty to robisz”
21 Dom Klaunów
22 Żywy obraz z Mią
CZĘŚĆ TRZECIA
23 Lepiej
24 Dom nad zatoką
25 Najcięższa praca
26 Dom Nagromadzonych Rzeczy
27 Jesteśmy w domu
Podziękowania
Przypisy
Kolofon

Dla Mii:

Dobranoc,

kocham cię,

do zobaczenia rano.

Mama

Nauczyłam się, że zarabianie na życie to nie to samo co budowanie życia.

Maya Angelou

Przedmowa Witajcie w świecie Stephanie Land

W cenę wstępu do tego świata wliczona jest konieczność odrzucenia wszelkich stereotypów dotyczących pomocy domowych i samotnego rodzicielstwa oraz wyobrażeń na temat ubóstwa, które być może narzuciły wam media. Stephanie ciężko pracuje i „umie się wysłowić”, jak to protekcjonalnie mówią elity o niespodziewanie inteligentnych osobach, niemających jednak wyższego wykształcenia. Sprzątaczka opisuje drogę autorki jako matki, która stara się przetrwać i zapewnić bezpieczne życie i dom córeczce Mii dzięki drobnym świadczeniom z pomocy społecznej i żałośnie niskim zarobkom sprzątaczki.

„Pokojówka” to eleganckie słowo kojarzące się z podawaną na tacy herbatą, wykrochmalonymi fartuszkami i Downton Abbey. Świat „sprzątaczki” natomiast określają śmieci i plamy po odchodach. Sprzątaczki przetykają odpływy zatkane włosami łonowymi, dosłownie i w przenośni piorą nasze brudy, równocześnie jednak pozostają niewidzialne – pomijane w polityce i działaniach społecznych, mierzone pogardliwym wzrokiem, gdy stoją przed frontowymi drzwiami. Wiem o tym, bo przez pewien czas prowadziłam takie życie: zatrudniałam się do nisko opłacanych prac, kiedy jako reporterka przygotowywałam się do napisania książki Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć. Jednak inaczej niż Stephanie zawsze mogłam wrócić do znacznie wygodniejszego życia dziennikarki, a ponadto nie musiałam ze swoich zarobków utrzymać dziecka. Moje dzieci były już dorosłe i bynajmniej nie interesowała ich perspektywa mieszkania ze mną w przyczepach na parkingach w ramach jakiegoś wariackiego dziennikarskiego przedsięwzięcia. Wiem więc, jak wygląda sprzątanie domów, znam wyczerpanie oraz pogardę okazywaną mi, gdy nosiłam kurtkę z logo firmy The Maids International. Mogłam jednak tylko się domyślać, jakie lęki i rozpacz były udziałem wielu moich współpracownic. Tak jak Stephanie często były one samotnymi matkami, które sprzątały cudze domy, by zarobić na życie, ale przez cały dzień martwiły się o dzieci, na czas pracy pozostawiane w wątpliwych niekiedy warunkach.

Przy odrobinie szczęścia nie musieliście nigdy żyć w świecie Stephanie. W Sprzątaczce zobaczycie, że rządzi nim niedostatek. Zawsze brakuje pieniędzy, a niekiedy jedzenia; masło orzechowe czy makaron ramen spędzają sen z powiek, McDonald to rzadki luksus. W tym świecie na niczym nie można polegać – ani na samochodach, ani na mężczyznach, ani na mieszkaniach. Bony żywnościowe to ważne, konieczne do przetrwania wsparcie, a niedawno wprowadzony przepis, że trzeba pracować, by móc te bony otrzymać, sprawia, że pięści same się zaciskają. Bez takiej pomocy ze strony państwa ci pracownicy, samotni rodzice i im podobni nie zdołają przeżyć. To nie jest dobroczynność. Tak jak my wszyscy, także oni pragną stabilnego miejsca w społeczeństwie.

Być może najbardziej bolesnym aspektem świata Stephanie jest niechęć okazywana jej przez tych, którym się powiodło. To przesąd klasowy, który dotyka szczególnie pracowników fizycznych, często uważanych za stojących niżej w hierarchii – moralnie i intelektualnie – od osób noszących garnitury lub pracujących przy biurku. Gdy Stephanie płaci bonami żywnościowymi za zakupy w supermarkecie, inni klienci patrzą potępiająco na zawartość jej wózka. Pewien starszy mężczyzna mówi głośno: „Proszę bardzo!”, jak gdyby osobiście zapłacił za jej sprawunki. To doświadczenie Stephanie nie jest jedynym spotkaniem z taką mentalnością, cechuje ona znaczną część naszego społeczeństwa.

Historia Stephanie zdaje się prowadzić ku katastrofie. Przede wszystkim jest naznaczona wysiłkiem fizycznym związanym z podnoszeniem, odkurzaniem i szorowaniem od sześciu do ośmiu godzin dziennie. W firmie sprzątającej, w której pracowałam, wszystkie moje koleżanki – nawet dziewiętnastolatki – cierpiały na jakieś dolegliwości nerwowo-mięśniowe: bóle krzyża, urazy barku, problemy z kolanami i kostkami. By jakoś się z tym uporać, Stephanie pochłania codziennie ogromne ilości ibuprofenu. W jednym z domów, gdzie sprząta, patrzy tęsknie na przechowywane w łazience klienta opiaty, ale lekarstwa na receptę są poza jej zasięgiem, tak samo jak masaże, fizjoterapia czy wizyta u specjalisty leczenia bólu.

Ze zmęczeniem fizycznym idzie w parze wyczerpanie emocjonalne. Stephanie jest modelowym przykładem „wytrwałości”, którą psychologowie zalecają biednym. Natrafiając na przeszkodę, wynajduje sposób, jak ją ominąć. Czasami jednak przeszkody piętrzą się tak wysoko, że wydają się nie do przezwyciężenia. Tym, co trzyma Stephanie w pionie, jest bezbrzeżna miłość do córeczki, będącej jasnym promieniem rozświetlającym całą książkę.

Niczego nie zdradzę, jeśli powiem, że ta historia ma szczęśliwe zakończenie. Przez wszystkie opisane tu lata walki i ciężkiej pracy Stephanie żywiła nadzieję, że zostanie pisarką. Poznałam ją wiele lat temu, gdy dopiero zaczynała pisać zawodowo. Poza tym, że jestem autorką, jestem też założycielką Economic Hardship Reporting Project, organizacji wspierającej dobre dziennikarstwo zajmujące się nierównościami ekonomicznymi, w szczególności autorów, którzy sami z trudem sobie radzą. Stephanie się z nami skontaktowała, a my wciągnęliśmy ją do naszej organizacji i zaczęliśmy pracować z nią nad autopromocją; zajęliśmy się dopracowaniem tekstów i umieszczeniem ich w najlepszych możliwych pismach, między innymi w „The New York Times” i „The New York Review of Books”. Stephanie jest właśnie taką osobą, dla jakich istniejemy – nieznaną pisarką z klasy robotniczej, którą wystarczyło lekko popchnąć, by ruszyła na drogę kariery.

Jeśli ta książka was zainspiruje – a niewykluczone, że tak się stanie – pamiętajcie, jak mało brakowało, by nigdy nie powstała. Stephanie mogła poddać się rozpaczy lub wyczerpaniu; mogła w pracy ulec wypadkowi skutkującemu inwalidztwem. Pomyślcie także o wszystkich kobietach, których historie z podobnych powodów nigdy nie zostaną opowiedziane. Stephanie przypomina nam, że są ich miliony, a każda na swój sposób bohatersko zmaga się z życiem i czeka, aż jej wysłuchamy.

Barbara Ehrenreich

SPRZĄTACZKA

CZĘŚĆ PIERWSZA

1 Domek

Moja córeczka nauczyła się chodzić w schronisku dla bezdomnych.

Było czerwcowe popołudnie w przeddzień jej pierwszych urodzin. Przysiadłam na wytartej sofie należącej do schroniska, by starym aparatem cyfrowym uchwycić pierwsze kroki Mii. Miała splątane włosy, kombinezon w paski, a w jej oczach widać było determinację. By utrzymać równowagę, podwijała i prostowała paluszki bosych stópek. Zza obiektywu przyglądałam się fałdkom na jej kostkach i udach oraz zaokrąglonemu brzuszkowi. Gaworząc, ruszyła ku mnie po wyłożonej płytkami podłodze, w którą latami wciskał się brud. Choćbym nie wiem jak szorowała, nigdy nie zdołałabym tej podłogi doczyścić.

Był to ostatni tydzień naszego dziewięćdziesięciodniowego pobytu w domku po północnej stronie miasta, przeznaczonym przez miejski wydział mieszkaniowy dla bezdomnych. Kolejnym etapem miało być mieszkanie zastępcze w starym, zaniedbanym budynku o betonowych podłogach, który służył także jako ośrodek resocjalizacji. Choć domek był tylko przejściowym lokum, w miarę możności starałam się uczynić z niego dom dla mojej córeczki. Na kanapie położyłam żółtą narzutę, nie tylko by ocieplić nieco przygnębiające białe ściany i szarą posadzkę, ale także by coś kolorowego i wesołego rozpraszało mrok codzienności.

Na ścianie przy drzwiach powiesiłam mały kalendarz, wypełniony notatkami o spotkaniach z pracownikami organizacji, które mogłam prosić o pomoc. Poruszyłam niebo i ziemię, pukałam do drzwi wszystkich budynków pomocy społecznej i stałam w długich kolejkach, wśród ludzi trzymających teczki pełne papierów zaświadczających, że nie mają pieniędzy. Udowadnianie, że jest się biednym, to ciężka i deprymująca praca.

Nie wolno nam było przyjmować gości ani w ogóle zbyt wiele posiadać. Nasz majątek mieścił się w jednej torbie. Mia miała jedynie koszyczek z zabawkami. Moje nieliczne książki leżały na regale oddzielającym pokój od kuchni. Stały tam okrągły stół, do którego przypięłam fotelik Mii, i krzesło, na którym siedziałam i przyglądałam się, jak moja córka je. Często równocześnie piłam kawę, by zabić głód.

Patrząc, jak Mia stawia pierwsze kroki, starałam się omijać wzrokiem leżące za nią zielone pudełko, w którym trzymałam dokumenty dotyczące sądowej walki z jej ojcem o opiekę nad dzieckiem. Próbowałam się skupić na małej i uśmiechać, jakby wszystko było w najlepszym porządku. Gdybym odwróciła aparat fotograficzny, nie poznałabym siebie samej. Na moich nielicznych zdjęciach z tego okresu widnieje niemal inna osoba; nigdy w życiu nie byłam tak chuda jak wówczas. Pracowałam dorywczo w ogrodach, przez kilka godzin w tygodniu przycinałam krzewy, usuwałam zbyt wybujałe krzaki jagód, wyrywałam maleńkie źdźbła trawy w miejscach, gdzie nie powinny rosnąć. Czasami myłam podłogi i toalety w domach znajomych, którzy słyszeli, że rozpaczliwie potrzebuję pieniędzy. Oni też nie byli bogaci, mieli jednak pewne finansowe zabezpieczenie, którego ja byłam pozbawiona. Zagubiony czek stanowiłby dla nich utrudnienie, a nie początek łańcucha wydarzeń prowadzących do zamieszkania w schronisku dla bezdomnych. Mieli rodziców i innych krewnych gotowych im pomóc. Nam nikt nie śpieszył na ratunek. Mia i ja miałyśmy tylko siebie.

W papierach, które złożyłam w wydziale mieszkaniowym, było pytanie o moje osobiste cele na nadchodzące miesiące. Napisałam, że chcę dogadać się z ojcem Mii, Jamiem. Wierzyłam, że jeśli będę się bardzo starać, to sprawy się jakoś ułożą. Chwilami wyobrażałam sobie, że jesteśmy prawdziwą rodziną – matka, ojciec, śliczna maleńka dziewczynka. Chwytałam się tych marzeń, jakby były sznurkiem doczepionym do wielkiego balonu. Ten balon przeniósłby mnie nad stosowaną przez Jamiego przemocą i trudnym życiem samotnego rodzica. Jeśli będę mocno trzymać się sznurka, przefrunę nad tym wszystkim. Jeśli skupię się na wizerunku rodziny, jakiej pragnę, zdołam udawać, że to, co złe, nie jest prawdziwe, że takie życie to stan tymczasowy, a nie mój nowy byt.

Mia dostała na urodziny nowe buciki. Oszczędzałam na nie przez miesiąc. Były brązowe z wyhaftowanymi różowymi i niebieskimi ptaszkami. Zaprosiłam na przyjęcie gości, w tym Jamiego, jakbyśmy byli zwyczajną parą, dzielącą się obowiązkami rodzicielskimi. Świętowaliśmy przy stole piknikowym, na trawiastym pagórku z widokiem na ocean w parku Chetzemoka w Port Townsend, mieście w stanie Waszyngton, gdzie mieszkaliśmy. Uśmiechnięci ludzie siedzieli na przyniesionych kocach. Za resztkę bonów żywnościowych na ten miesiąc kupiłam lemoniadę i muffinki. Tata i dziadek jechali niemal dwie godziny z różnych stron, by wziąć udział w przyjęciu. Przyszli mój brat i kilkoro przyjaciół. Ktoś przyniósł gitarę. Poprosiłam jednego z gości, by zrobił zdjęcia Mii, Jamiemu i mnie, ponieważ widok naszej trójki razem był bardzo rzadki. Chciałam, żeby Mia miała pamiątkę. Ale na zdjęciach Jamie ma niezainteresowaną i gniewną minę.

Moja mama przyleciała ze swoim mężem Williamem z Londynu czy z Francji, czy też gdzie tam wtedy mieszkali. Dzień po imprezie przyjechali – tym samym naruszając obowiązujący w schronisku przepis „żadnych gości” – by mi pomóc w przeprowadzce do tymczasowego mieszkania. Pokręciłam głową na widok ich ubrań. William pojawił się w obcisłych czarnych dżinsach, czarnym swetrze i czarnych wysokich butach; mama w zbyt obcisłej na biodrach sukience w czarno-białe paski, czarnych legginsach i tenisówkach. Wyglądali, jakby przyszli na kawę, a nie do pomocy przy przeprowadzce. Wcześniej nikomu nie pokazywałam naszego lokum. W zestawieniu z ich brytyjskim akcentem i europejskimi ubraniami nasz domek robił wrażenie jeszcze brudniejszego.

William wydawał się zaskoczony tym, że wszystkie nasze rzeczy mieściły się w jednym żołnierskim worku. Wyniósł go na zewnątrz, a mama podążyła za nim. Obejrzałam się, by po raz ostatni spojrzeć na podłogę, spróbować uchwycić obrazy mnie czytającej książki na kanapie, Mii grzebiącej w koszyku z zabawkami albo siedzącej w szufladzie wbudowanej w ramę podwójnego łóżka. Cieszyłam się, że się stąd wyprowadzam, pozwoliłam sobie jednak na krótką chwilę refleksji nad tym, co tu przeżyłam, słodko-gorzkie pożegnanie z tymczasowym miejscem zamieszkania, gdzie zaczęła się nasza droga.

Połowa mieszkańców naszego nowego budynku Northwest Passage, finansowanego z Transitional Family Housing Program[1], należała do tej samej co ja kategorii – ludzi, którzy wyprowadzili się ze schronisk dla bezdomnych. Drugą połowę stanowiły osoby, które właśnie wyszły z więzienia. Uważano, że takie mieszkanie to awans w porównaniu ze schroniskiem, mnie jednak już od progu brakowało zacisza domku. Tutaj, w tym budynku, wszyscy jasno widzieli moją rzeczywistość – nawet ja sama.

Mama i William czekali z tyłu, gdy zbliżałam się do drzwi naszego nowego mieszkania. Musiałam postawić na ziemi niesione pudło, bo zamek ciężko się otwierał, więc siłowałam się z kluczem. W końcu znaleźliśmy się w środku.

– No, przynajmniej trudno będzie się tu włamać – zażartował William.

Od wejścia biegł wąski korytarz, a naprzeciwko znajdowała się łazienka. Od razu zauważyłam wannę, w której Mia i ja mogłyśmy się razem kąpać. Od dawna nie miałyśmy takiego luksusu. Okna dwóch sypialni po prawej wychodziły na ulicę. W maleńkiej kuchni stała lodówka, której drzwi przy otwieraniu ocierały się o stojące naprzeciwko szafki. Przeszłam po dużych białych płytkach podłogowych, przypominających te ze schroniska, i otworzyłam drzwi na niewielki taras, akurat na tyle szeroki, bym mogła tam siedzieć z wyciągniętymi nogami.

Dwa tygodnie wcześniej byłam tu na chwilę z Julie, moją opiekunką społeczną. Poprzednia rodzina zajmowała to mieszkanie przez dwadzieścia cztery miesiące – maksymalny dozwolony okres.

– Masz szczęście, że się zwolniło – powiedziała Julie. – Szczególnie, że kończy ci się możliwość pobytu w schronisku.

Podczas naszego pierwszego spotkania siedziałam naprzeciwko Julie i zacinając się, usiłowałam sensownie odpowiadać na jej pytania o moje plany, o to, jak zamierzam zapewnić dziecku byt, jak chcę osiągnąć stabilizację finansową, jakiej pracy mogę się podjąć. Wydawało się, że Julie rozumie moje zagubienie, podsuwała mi sugestie, co powinnam zrobić. Jedynym wyjściem dla mnie było przeprowadzenie się do taniego mieszkania, ale znalezienie takiego stanowiło wyzwanie. Pracownicy Ośrodka dla Ofiar Przemocy Domowej i Przemocy na tle Seksualnym prowadzili chronione placówki wsparcia dla osób, które nie miały gdzie się podziać, ja jednak miałam fart: wydział mieszkaniowy zaproponował mi własne miejsce umożliwiające małą stabilizację.

Podczas pierwszego spotkania Julie i ja przejrzałyśmy czterostronicową listę surowych przepisów, na które musiałam się zgodzić, by móc zamieszkać w schronisku wydziału mieszkaniowego.

Goście przyjmują do wiadomości, że jest to schronisko tymczasowe.

To NIEJEST dom.

W każdej chwili można zostać poddanym BADANIUMOCZU.

W schronisku NIEWOLNO przyjmować wizyt.

NIEMAWYJĄTKÓW.

Julie jasno powiedziała, że także w mieszkaniu tymczasowym od czasu do czasu przeprowadzane są kontrole, czy mieszkańcy wykonują podstawowe prace domowe, takie jak zmywanie naczyń, niepozostawianie jedzenia na blacie i zamiatanie podłogi. Znów zgodziłam się na wyrywkowe badania moczu, wyrywkowe inspekcje mieszkania i ciszę nocną o dziesiątej wieczorem. Goście mogli nocować tylko po uzyskaniu zezwolenia, i to nie dłużej niż przez trzy dni. Należało natychmiast informować o wszelkich zmianach dochodów i składać comiesięczne sprawozdania, podając szczegółowo wszystkie wpływy pieniężne oraz wydatki wraz z uzasadnieniem ich celowości.

Moja opiekunka zawsze była miła i uśmiechnięta. Ceniłam to, że nie miała zmęczonej, niechętnej miny, cechującej wielu opiekunów społecznych w biurach rządowych. Traktowała mnie jak człowieka. Gdy mówiła, zakładała za uszy krótkie miedzianorude włosy. Nie mogłam jednak przestać myśleć o tym, że jej zdaniem mi się poszczęściło. Nie czułam tego szczęścia. Wdzięczność – tak, zdecydowanie. Ale nie to, że „miałam szczęście”. Nie w sytuacji, gdy wprowadzałam się do miejsca, którego regulamin sugerował, że jestem narkomanką, brudasem albo że tak zniszczyłam sobie życie, że potrzebuję narzuconej ciszy nocnej i badań moczu.

Bycie biedną bardzo przypominało zwolnienie warunkowe – a przestępstwo polegało na braku środków do życia.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Przypisy

[1] Program mieszkań zastępczych dla rodzin. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93

Redakcja:

Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel. +48 22 621 10 48

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2019

Wydanie I