Sprośne listy - Vi Keeland, Penelope Ward - ebook + audiobook

Sprośne listy ebook

Vi Keeland, Ward Penelope

0,0
39,90 zł

Opis

Historia miłosna, która rozpoczęła się od przyjaźni między dziewczyną i chłopcem, a rozkwitła, gdy nawiązali kontakt ponownie - jako dorośli ludzie

Griffin Quinn był moim korespondencyjnym powiernikiem z dzieciństwa, angielskim chłopcem, od którego różniło mnie wszystko. Z biegiem lat, wraz z setkami napisanych listów, staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi - dzieliliśmy się najgłębszymi, najmroczniejszymi sekretami i zbudowaliśmy więź, która wydawała się niezniszczalna. Pewnego dnia jednak została zniszczona.

Nagle, zupełnie niespodziewanie, przyszedł kolejny list. Pełen wyrzutów - gniewu nagromadzonego przez osiem lat. Nie miałam wyboru i w końcu musiałam się przyznać, dlaczego przestałam odpowiadać na korespondencję.

Griffin mi wybaczył i po jakimś czasie udało nam się ożywić relację z lat dziecinnych. Z tym że byliśmy już dorośli i wszystko nabrało rumieńców. Nasze listy szybko stały się niegrzeczne, odkrywaliśmy w nich swoje najdziksze fantazje. Jedynym logicznym wyjściem z sytuacji wydawało się więc przeniesienie znajomości na kolejny poziom i spotkanie twarzą w twarz.

Tyle że Griffin nie chciał się spotkać, bo uznał, że tak będzie dla nas najlepiej. Jednak ja musiałam go zobaczyć, więc wykonałam skok na głęboką wodę i zaczęłam go szukać. Przecież ludzie robili w imię miłości bardziej szalone rzeczy, prawda?

Ale to, czego się dowiedziałam, może zmienić wszystko...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 368

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Vi Keeland, Penelope Ward

Sprośne listy

Tytuł oryginału: Dirty Letters

Tłumaczenie: Tomasz F. Misiorek

ISBN: 978-83-283-6692-3

Copyright © 2019. DIRTY LETTERS by Vi Keeland & Penelope Ward

Amazon, the Amazon logo, and Montlake Romance are trademarks of Amazon.com, Inc., or its affiliates.

Cover design by Perfect Pear Creative Covers

Cover photography by Stefanie Renoma

Polish edition copyright © 2021 by Helion SA

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Drogi Czytelniku!

Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres:

http://editio.pl/user/opinie/sproli_ebook

Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

Helion SA

ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice

tel. 32 231 22 19, 32 230 98 63

e-mail: [email protected]

WWW: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

Dla wszystkich, którzy cierpią z powodu lęków — nie jesteście sami.

Rozdział 1.Luka

O rany, znowu się zaczyna.

Popchnęłam wózek dalej do przodu, zamiast skręcić i ruszyć w dół sklepowej alejki, jak początkowo planowałam. Zrobiłam jednak tylko krok czy dwa i nie mogłam się powstrzymać. Cofnęłam się na tyle, że zdołałam się ukryć się za końcem półki, i wychyliłam głowę, by obserwować rozwój sytuacji.

Kobieta z niewiarygodnie kręconymi i pofarbowanymi na jaskrawą czerwień włosami odłożyła dezodorant w sztyfcie na półkę i sięgnęła po nowy. Zdjęła nakładkę, powąchała, po czym podciągnęła bluzkę z jednej strony i przejechała sztyftem pod pachą, a następnie powtórzyła tę czynność po drugiej stronie. Umieściwszy nakładkę z powrotem, przez chwilę przyglądała się zawartości półki i wybrała inną markę kosmetyku. Znowu zdjęła nakładkę, powąchała i przeciągnęła sobie sztyftem pod obiema pachami. Patrzyłam zafascynowana, jaka była przy tym poważna, testując w ten sposób sześć różnych dezodorantów w sztyfcie, zanim osoba z obsługi sklepu zauważyła, co robi. Gdy rozległ się krzyk i rozpoczął się wyścig wzdłuż alejki, uznałam, że to znak, by ruszyć tyłek i dokończyć moją wyprawę po zakupy.

Kilka miesięcy temu widziałam, jak mężczyzna kosztował tuzina pieczonych kurcząt. Każde rozpakowywał z folii, odrywał nóżkę, odgryzał słuszny kęs i nadgryzioną kończynę wkładał z powrotem w korpus kurczęcia, zakrywając opakowanie. Gdy zwróciłam na to uwagę kierowniczce sklepu, westchnęła tylko i zawołała do pracownika rozkładającego towar, by sprowadził pana Hammonda. Robienie zakupów o drugiej w nocy w całodobowym supermarkecie pozwalało spotykać naprawdę wyjątkowych klientów. Pasowałam tu idealnie.

— Jak się masz, Luka? — zapytała kasjerka Doris, gdy wyciągałam zakupy na taśmę. Pracowała w tym supermarkecie, odkąd zaczęłam tu przychodzić jakieś pięć lat temu. Naprawdę miła kobieta. Wiedziałam, że ma dziewięcioro wnucząt i numer dziesięć jest w drodze. W ciągu dnia opiekowała się kilkorgiem z nich i dlatego właśnie brała nocne zmiany. Doris była też jedną z niewielu osób, którym kiedykolwiek zdradziłam prawdziwy powód, z jakiego zakupy robiłam sześćdziesiąt kilometrów od domu w samym środku nocy.

— U mnie wszystko okej — odpowiedziałam. Doris zeskanowała opakowanie lukrecji, dwie tuby pringlesów i dwa pudełka z pakowanymi brownies. Nie były to moje standardowe zakupy, więc uznałam, że stosowne będzie udzielenie wyjaśnień.

— To zapasy na długą podróż samochodem, nie jestem w ciąży.

Doris uniosła brwi.

— Podróż? To musi być coś wyjątkowego, jeśli chce ci się pakować do małego samochodu i ruszać w daleką drogę.

— Muszę zrobić porządek z mieszkaniem ojca na Manhattanie.

— Zmarł zeszłego roku, prawda?

Potwierdziłam skinieniem głowy.

— Unikałam tego, jak mogłam. Wolałabym być poddana wodnej torturze, niż postawić stopę na maleńkiej wyspie o populacji liczącej osiem i pół miliona ludzi. Nie wspominając o godzinach spędzonych w aucie w korkach, tylko po to by tam się dostać. Czysta męka.

Doris wzdrygnęła się.

— Nie możesz kogoś do tego wynająć?

Mogłam. Zrobiłam to. Tylko że później moje własne poczucie winy i doktor Maxwell, mój terapeuta, razem sprawili, że zdecydowałam się zrobić to sama. Na tym jednak się nie skończyło, bo sam stres związany z myśleniem o wszystkich tych ludziach w Nowym Jorku sprawił, że przestałam sypiać i znowu wynajęłam firmę. Po czym odwołałam zlecenie. Ponownie. A potem wynajęłam inną firmę, bo było mi zbyt głupio, żeby odezwać się po raz trzeci do tej samej. I znowu odwołałam. Umyć, wypłukać, czynność powtórzyć. Aż skończył mi się czas i cóż, czeka mnie to jutro.

— To po prostu coś, czym muszę zająć się sama.

Doris spojrzała na mnie z autentyczną troską.

— Dasz sobie radę? Jeśli potrzebujesz kogoś, by z tobą pojechał, jestem świetną pilotką.

— Dzięki, Doris. — Uśmiechnęłam się. — To naprawdę wielkoduszne z twojej strony, ale mam kogoś do pomocy. Wyruszamy jutro wieczorem, żeby w miarę możliwości uniknąć korków.

Doris skończyła skanować moje zakupy i przeciągnęłam kartę przez czytnik. Zanim wyszłam, sięgnęłam do wózka i wyciągnęłam opakowanie ciemnych czereśni oraz ciasteczek Milano w ciemnej czekoladzie. Jak zwykle położyłam je przy kasie.

— Czereśnie są dla twoich wnucząt. A ciastka schowaj przed tymi potworkami.

Podziękowała.

— Bezpiecznej podróży kochanie. Nie mogę się doczekać, aż opowiesz mi, jak było.

Taaak, ja również. To będzie cholernie interesująca wycieczka samochodowa.

* * *

— Gdybyś pozwoliła, byśmy pojechali moim samochodem, mogłabyś się skupić na relaksacji. Mogłabyś posłuchać tych nagrań z ćwiczeniami oddechowymi, które ci dałem.

Spojrzałam na należącego do doktora wysłużonego cadillaca zaparkowanego na moim podjeździe. Ten facet w ogóle nie powinien nigdzie jeździć. Prawda jest taka, że był doskonałym przykładem tego, że ludzie po przekroczeniu pewnego wieku powinni zdawać dodatkowy egzamin, by utrzymać prawo jazdy. Relaksacja to ostatnia rzecz, do której byłabym zdolna, gdyby siedział za kółkiem. Poza tym wiedział, że potrzebuję panować nad sytuacją na tyle, na ile tylko to możliwe.

Uruchomiłam silnik, a mój pilot w staroświeckiej muszce podniósł do oczu lornetkę i spojrzał przez okno. Potrzebowałam nowego terapeuty, żeby poradzić sobie z tym, że uznałam za dobry pomysł, by pojechać na tę wyprawę z moim dotychczasowym terapeutą.

— Gotów, doktorze?

Skinął głową, nie opuściwszy lornetki.

— Nigdy nie odwiedziłem Wielkiego Jabłka. Nie mogę się doczekać tego, jakie gatunki ptaków tam spotkamy.

Potrząsnęłam głową.

— Gołębie, doktorze. Skrzydlate szczury. To je właśnie tam spotkamy.

Wyruszyliśmy w siedmiogodzinną podróż z Vermont na Manhattan. Pierwsze kilka godzin minęło bez niespodzianek, aż trafiliśmy w korek. Zaczęłam się pocić — dosłownie — i poczułam swędzenie w czubkach palców. O nie. Nie, gdy prowadzę. Strach przed nadchodzącym atakiem paniki był czasami niemal tak okropny jak sam atak. Serce zaczęło mi bić mocniej i poczułam zawroty głowy. Podczas ciężkich przypadków bywało, że wymiotowałam i naprawdę nie chciałam, by przytrafiło mi się to na autostradzie. Spontaniczne zdecydowałam się zjechać na pobocze, żeby uniknąć poczucia bycia uwięzioną pomiędzy nieruchomymi samochodami. Gwałtowny manewr wybudził doktora Maxwella z drzemki. Podniósł głowę i złapał za uchwyt nad drzwiami auta.

— Co się stało? Co się dzieje?

— Nic takiego. Trafiliśmy na korek. Serce zaczęło mi walić i musiałam zmienić trasę.

Tylko doktor mógł się wydać uspokojony tym, co właśnie powiedziałam. Puścił uchwyt i odezwał się pogodnym tonem.

— Rozluźnij uścisk na kierownicy, Luka.

Spojrzałam na swoje dłonie. Knykcie były białe, a dalej na palcach kwitła czerwień. Posłuchałam go, bo choć mogłam nie ufać mojemu zwariowanemu doktorowi w kwestii prowadzenia samochodu, wiedziałam, że potrafi pomóc mi uniknąć ataku paniki. Skinęłam głową.

— Próbowałam techniki oddechowej. Najwyraźniej nie pomogła — poskarżyłam się.

— Powiedz mi, co teraz robisz.

Rzuciłam mu spojrzenie i znów skierowałam wzrok na pas awaryjny, po którym jechałam.

— Co teraz robię? Prowadzę!

— Nie. Powiedz mi, co zrobiłaś, gdy poczułaś nadchodzący atak paniki.

— Poszukałam drogi ucieczki? — Nie byłam pewna, do czego zmierza.

— Tak właśnie. Zjechałaś samochodem z jednej drogi na inną, na której czułaś się bezpieczniej. Potrafisz to zrobić. I w każdej chwili, jeśli tylko zapragniesz, możesz też zatrzymać samochód i wysiąść.

Skinęłam głową. Oczywiście, miał rację. To nie było tak, że powtarzał rzeczy oczywiste. Przypominał mi, że to JA panowałam nad sytuacją i gdy poczułam, że tego potrzebuję, przejęłam kontrolę. Najdotkliwszą częścią moich zaburzeń lękowych był wszechogarniający strach przed byciem uwięzionym. Właśnie dlatego unikam tłumów, korków, transportu publicznego i małych zamkniętych przestrzeni — ale potrafię spacerować ruchliwymi ulicami miasta. Przejęcie kontroli w celu znalezienia wyjścia z sytuacji pomogło zapanować nad lękiem.

— Weź głęboki oddech, Luka.

Wciągnęłam powietrze przez nos i powoli wypuściłam je ustami. Poczułam chłód na skórze, co mnie nieco uspokoiło. Gdy zbliża się atak paniki, moja skóra staje się lepka od potu — pot na twarzy wiąże się ze skokiem temperatury ciała. Chłód oznaczał, że moje ciało wracało do normy.

— Opowiedz mi o twojej sobotniej randce.

Wiedziałam, że próbuje odciągnąć moją uwagę od sytuacji, sprawić, by mój umysł skupił się na czymś, co nie jest atakiem paniki, ale nie przeszkadzało mi to.

— Przyprowadził… swoją matkę.

Brwi doktora pojechały do góry.

— Swoją matkę?

— Aha. Na piknik, który dla nas przygotowałam.

Piknik w parku to był mój standardowy pomysł na pierwszą randkę, niezależnie od pogody. Dzięki temu unikałam zatłoczonych restauracji, ale zachowywałam dystans. Wybierałam piknik albo własne mieszkanie, a ostatni facet, którego zaprosiłam do siebie na kolację, założył, że chodziło mi o seks na pierwszej randce.

— Na litość, dlaczego wpadło mu do głowy przyprowadzić matkę?

Wzruszyłam ramionami.

— Powiedział, że wspomniał jej o naszych planach, a ona odparła, że jeszcze nigdy nie była w tym parku.

Właśnie tak kończy się bycie szczerą w stosunku do mężczyzn w kwestii moich problemów przed pierwszym spotkaniem. Ci, którzy się po tym decydują, to dziwacy. Ale też nie jest uczciwe ukrywanie faktu, że nie potrafię pójść na randkę jak normalna dwudziestopięciolatka. Nie było wcale zaskakujące, że faceci szybko znikali, gdy opowiadałam im o sobie, używając takich słów jak „zaburzenia lękowe” czy „agorafobia”. Na skutek tego pozostała pula potencjalnych kandydatów była wyjątkowo marnej jakości.

Zorientowawszy się, że nasza rozmowa odciągnęła moją uwagę i pomogła powstrzymać nadchodzący pełnowymiarowy atak paniki, odparłam: — Tak w ogóle, to dziękuję. Już czuję się dużo lepiej. Teraz zjedziemy na ten pusty parking przed nami, wyjdę z auta i rozciągnę mięśnie.

Doktor uśmiechnął się, pamiętając, że joga była jedną z moich technik relaksacyjnych.

— Śmiało, dziewczyno.

Reszta podróży przebiegła nieomal w spokojnej atmosferze — nie licząc kilku objazdów i doktora rozmawiającego ze swoją panią przez komórkę, z głośnością ustawioną tak mocno, że słyszałam jej głos, gdy przypominała mu, żeby wykupił przepisaną viagrę.

Postarałam się zaplanować czas podróży tak, że dotarliśmy na Manhattan w środku nocy, unikając korków na tyle, na ile to było możliwe. Mieliśmy szczęście znaleźć miejsce do parkowania na ulicy, bo garaż podziemny to coś, czego nie miałam szans wytrzymać. Mój zaufany terapeuta miał nocować w hotelu, zaledwie pół przecznicy od mieszkania mojego ojca.

— Doktorze. Niech pan się obudzi. Jesteśmy na miejscu.

Ocknął się, najwidoczniej wyrwany z głębokiego snu, i poczułam się winna, że w ogóle go wybudziłam.

— Co, hę? O, dobra. Jesteśmy. Tak. Dobra.

Odprowadziłam go do hotelu i poczekałam przed recepcją, by się upewnić, że zameldował się bez problemów.

— Jeszcze raz dzięki, że przyjechał pan ze mną, doktorze. Niech pan zadzwoni rano, jeśli nabierze pan ochoty na śniadanie. Wiem, że jest późno, więc może raczej na lunch.

Doktor poklepał mnie po ramieniu.

— Zadzwoń, gdybyś mnie potrzebowała. O dowolnej godzinie, Luka. I pamiętaj, dałaś radę. Naprawdę sobie poradziłaś, jestem z ciebie dumny.

Wiedziałam, że mówił szczerze.

Choć przez ostatnie kilka godzin jazdy czułam już senność, gdy weszłam do mieszkania taty, nagle odeszła mnie wszelka chęć snu. To było najdziwniejsze na świecie uczucie: wejść do miejsca, w którym mieszkał, a w którym już go nie było. Odszedł na zawsze już rok temu — ale po stanie jego mieszkania nie można było tego stwierdzić. Pani Cascio, sąsiadka taty, zaglądała tu co kilka dni, przynosząc zawartość skrzynki pocztowej i generalnie pilnując, by mieszkanie nie zarosło pajęczyną.

Obeszłam wszystkie pomieszczenia i pootwierałam okna, bo świeże powietrze zawsze pomagało mi poczuć się mniej jak w klatce. Na półkach taty wciąż stały oprawione zdjęcia, których nikt nie ruszył od pięciu lat, czyli od śmierci mamy. Wzięłam do ręki małą srebrną podwójną ramkę. Po lewej było moje zdjęcie w mundurze harcerki, a po prawej ja siedząca na kolanach taty i zdmuchująca świeczki z urodzinowego tortu. Musiałam mieć ze sześć lat. Duża ramka z kości słoniowej okalała ślubne zdjęcie rodziców. Przesunęłam palcem po całej długości welonu mamy. Wszyscy powtarzali, że wyglądam jak ona, ale dorastając, nie potrafiłam dopatrzeć się podobieństwa. Teraz jednak byłam niczym jej obraz w lustrze. Trudno było mi uwierzyć, że oboje odeszli.

Na małym stoliku w jadalni leżał stos korespondencji. Zleciłam, by listy taty były przekazywane na mój adres, więc tu w większości leżały katalogi i tym podobne śmieci. Raz w miesiącu pani Cascio wysyłała mi wszystko, co przyszło, choć powiedziałam jej, by się nie fatygowała. Bezmyślnie przerzucałam zawartość stosu, nie spodziewając się znalezienia czegokolwiek wartego uwagi. Zatrzymałam się jednak na kopercie zaadresowanej do mnie. A właściwie nie do mnie, a do Luki Ryan. To było nazwisko, którego nie słyszałam od dawna. W drugiej klasie moja nauczycielka, pani Ryan, zorganizowała wymianę listów z dzieciakami z niewielkiego brytyjskiego miasteczka. Ze względów bezpieczeństwa nie wolno nam było używać prawdziwych nazwisk, więc cała klasa używała jej własnego — byłam więc Luką Ryan.

Rzuciłam okiem na adres zwrotny, szukając nazwiska nadawcy.

G. Quinn

O, serio? To niemożliwe.

Zmarszczyłam brew, patrząc na znaczek. List został nadany z Kalifornii, nie z Anglii, ale nie znałam innego Quinna niż Griffin. Charakter pisma też wyglądał dość znajomo. Jednak od ostatniej wymiany listów minęło już prawie osiem lat. Dlaczego miałby pisać teraz?

Zaciekawiona, rozerwałam kopertę i spojrzałam na koniec listu, by sprawdzić imię. Oczywiście, był od Griffina. Zaczęłam więc od początku.

Droga Luko,

czy lubisz szkocką? Pamiętam, że pisałaś, że nie lubisz smaku piwa. Nigdy jednak nie mieliśmy okazji by porozmawiać na temat naszych preferencji co do czegoś mocniejszego. Dlaczegóż tak, mogłabyś zapytać? Pozwól, że Ci przypomnę — ponieważ przestałaś odpowiadać na moje listy bite osiem lat temu.

Chciałem, żebyś wiedziała, że wciąż jestem o to zły. Moja mama zwykła mawiać, że chowam urazy. A fakt jest faktem, że jesteś do bani. Tak właśnie, dobrze przeczytałaś. Chciałem to z siebie wyrzucić już dawno.

Nie odczytaj tego źle — nie mam na Twoim punkcie obsesji ani nic takiego. Nie siedzę w domu, przemyśliwując bez przerwy na Twój temat. W istocie mijały całe miesiące, a Ty nie zaprzątałaś mego umysłu. Czasem jednak, zupełnie bez przyczyny, przychodzą mi do głowy przypadkowe myśli. Na przykład widzę jakiegoś dzieciaka w wózku jedzącego lukrecję i pamięć o Tobie ożywa. Przy okazji — nigdy nie próbowałem jej ponownie w dorosłości, ale wciąż uważam, że smakuje jak podeszwa, więc może jednak to Ty nie masz gustu. Pewnie nie lubisz nawet szkockiej.

Tak czy owak, przekonany jestem, że ten list do Ciebie nie trafi. A jeśli nawet jakimś cudem trafi, to nie odpiszesz. Jednak, jeśli go czytasz, musisz mieć świadomość dwóch rzeczy:

1. Macallan 1926 jest warta swojej ceny. Gładko wchodzi.

2. Jesteś DO BANI.

Do widzenia, ślepa Gienia.

Griffin

Co u licha?

Rozdział 2.Luka

Jesteś do bani.

Do bani.

Do bani.

Nie potrafiłam skupić się na niczym innym, odkąd otworzyłam ten list.

W miarę jak pakowałam rzeczy mojego ojca, głowę wypełniały mi myśli o chłopcu — dobra, teraz już mężczyźnie — który niegdyś był mi drogi.

Ta sentymentalna wycieczka w przeszłość została przerwana esemesem od doktora.

Doktor: Przysiągłbym, że widziałem ptaszka w Central Parku.

Ptaszka?

Luka: Co takiego?

Doktor: Modraszkę zwyczajną. Jedną z najniezwyklejszych przedstawicielek rodziny sikorek.

Luka: Ach, obserwowanie ptaków. Powinnam się była od razu domyślić.

Doktor: To niemigrujący ptak, spotykany w Europie, więc wysoce nieprawdopodobne jest zobaczenie go tutaj. Ale jeśli to nie modraszka, to co? Ostatnim razem wypatrzyłem taką w Anglii.

To, że wspomniał o Anglii, wydało mi się dziwne — prawie niczym sygnał od Wszechświata związany z listem od Griffina. Choć przecież technicznie list przyszedł z Kalifornii. Naprawdę potrzebowałam zrobić sobie przerwę i porozmawiać o tym z doktorem. Nigdy dotąd nie wspominałam mu o Griffinie.

Luka: Muszę z panem o czymś porozmawiać. Może pan wpaść tu do mnie?

Doktor: Myślę, że byłoby dobrze, gdybyś spróbowała wybrać się na przechadzkę.

Westchnęłam, mając świadomość tego, że ma rację. Musiałam jednak zadbać o to, by nie trafić w jakieś zatłoczone miejsce.

Luka: Czy w parku jest teraz dużo ludzi?

Doktor: Nie. Przynajmniej nie tu, gdzie obecnie siedzę.

Luka: Dobra. Może mi pan dokładnie opisać, gdzie pana znaleźć?

* * *

Gdy dotarłam pod posąg Sokolnika w Central Parku, doktor siedział tam otoczony przez gołębie. Lornetkę miał skierowaną w niebo, a gdy obniżył ją na wysokość wzroku, podskoczył, jakbym go wystraszyła.

— Cóż, wygląda na to, że znalazły swoje duchowe zwierzę — zażartowałam. — Chyba rozeszły się wieści, że do Nowego Jorku trafił największy na świecie miłośnik ptaków.

— Chciałbym. Chleb je zwabił. Zdobycie ich zainteresowania to prosta sprawa. Problem polega na tym, że nie rozumieją, kiedy poczęstunek się kończy. Nagle ni z tego, ni z owego znajdujesz się w filmie Hitchcocka. — Odwrócił się w moją stronę i spojrzał uważnie. — Co się dzieje, Luka? Wydajesz się trochę niespokojna. Czy to przez konieczność wyjścia na zewnątrz?

— Nie, to nie to.

— Pakowanie cię stresuje? Potrzebujesz mojej pomocy?

— Nie. W tej kwestii byłam nawet całkiem produktywna. — Ostrożnie otwarłam kawę dopiero co kupioną za rogiem z ciężarówki z jedzeniem i podmuchałam, żeby ją schłodzić. — Wyskoczyło coś innego.

— Wyskoczyło?

Pociągając łyk napoju, pokiwałam głową.

— Dostałam niespodziewany list od chłopaka, z którym kiedyś korespondowałam. Ma na imię Griffin. List był w stosie poczty, która normalnie jest przesyłana do mnie, do Vermont.

— Co cię niepokoi w tym liście?

— To pierwszy raz od wielu lat, kiedy znowu nawiązał ze mną kontakt, i list jest… trochę szorstki… Prowokujący. Ogólnie napisał mi, że jestem do bani. I to zabolało, bo… w pewien sposób ma rację. Nigdy naprawdę nie wytłumaczyłam się mu, dlaczego osiem lat temu przestałam odpowiadać na jego listy.

Doktor przymknął oczy ze zrozumieniem. Wydawał się dobrze wiedzieć, co mam na myśli.

— Osiem lat temu… pożar.

Skinęłam tylko głową.

Osiem lat temu zmieniło się całe moje życie.

W wieku lat siedemnastu byłam normalną nastolatką. Piątki spędzałam, siedząc na wypełnionych trybunach i patrząc, jak mój chłopak, kapitan drużyny futbolu amerykańskiego, zdobywa punkty. Chodziłam do centrum handlowego z przyjaciółmi i jeździłam na koncerty. Nawet nie wiedziałam, co znaczy słowo agorafobia. Strach dla mnie nie istniał.

Moje życie, jakim je znałam, skończyło się tuż przed klasą maturalną, w święto Czwartego Lipca. To miało być lato moich snów, a zamieniło się w najgorszy koszmar.

Z moją najlepszą przyjaciółką, Isabellą, pojechałyśmy do New Jersey na koncert naszej ulubionej kapeli, The Steel Brothers. Ogień zaprószony przez przypadkowo lądujące na dachu hali fajerwerki ogarnął budynek. Zginęło ponad sto osób, w tym Isabella. Ja ocalałam wyłącznie dlatego, że akurat czekałam w długiej kolejce w strefie z jedzeniem, która znajdowała się na dole i z dala od miejsca wybuchu ognia.

— Cóż, wiesz, ile czasu tkwiłam w przekonaniu, że nie zasługuję na to, by żyć, podczas gdy Izzi musiała umrzeć — powiedziałam. — Gdyby to ona poszła po coś do picia, wciąż by żyła. Mój stan emocjonalny był przez jakiś czas tak zły, że nie pozwalałam sobie na nic, co dawało mi radość. Jedną z tych rzeczy było pisanie do Griffina. Mieszkał w Anglii i pisywaliśmy do siebie od drugiej klasy — całą dekadę. Z biegiem lat staliśmy się czymś więcej niż tylko korespondencyjnymi przyjaciółmi. Byliśmy dla siebie zaufanymi powiernikami. Gdy nastąpił ten wypadek… po prostu przestałam do niego pisać, doktorze. Wpadłam głęboko we własny świat i przestałam mu odpowiadać. Pozwoliłam, by ta przyjaźń umarła razem ze wszystkimi innymi częściami mnie, które jak wtedy czułam, były martwe. Niedługo potem zaczęłam unikać zatłoczonych miejsc i z biegiem lat moje lęki tylko się nasiliły. Do dwudziestego piątego roku życia dorobiłam się imponującej listy fobii. Jedyną dobrą rzeczą, która nastąpiła wskutek bycia antyspołecznym odludkiem, było to, że mogłam niekończące się godziny samotności poświęcić na pisanie. Moja pierwsza samodzielnie opublikowana powieść rozeszła się jak świeże bułeczki parę lat temu i zanim się zorientowałam, zdążyłam napisać trzy doskonale sprzedające się thrillery pod pseudonimem literackim Ryan Griffin, przy okazji podpisując kontrakt z dużym wydawnictwem.

— Czy nie wspominałaś, że on ma na imię Griffin? Czy to czasem nie aby…

— Tak, Ryan to nazwisko, którego używałam w listach do niego, nazwisko mojej nauczycielki. A Griffin wzięło się właśnie od tego Griffina.

To go zaintrygowało.

— To, co mówisz, Luka, jest bardzo interesujące. — Doktor, jeśli chodzi o mój przypadek, od dawna nie miał nowego materiału, nad którym mógłby pracować i dokonywać analiz.

Mniej więcej w tym czasie, w którym moje książki zaczęły się świetnie sprzedawać, zrozumiałam, że chcę przejąć kontrolę nie tylko nad swoją karierą, ale też nad swoim życiem. Właśnie wtedy znalazłam doktora Maxwella, który pracował już tylko na pół gwizdka i był jedynym psychiatrą w Vermont przyjeżdżającym na wizyty domowe do agorafobów. Nie miałam wówczas jeszcze pojęcia, że doktor to jeszcze bardziej osobliwa postać niż ja sama — co oczywiście sprawiło, że ostatecznie został moim nowym najlepszym przyjacielem. Zdaję sobie sprawę, że to totalnie dziwne w relacji pacjent – lekarz, ale u nas się sprawdzało. Dodatkowym atutem było też to, że mój dom na skraju lasu idealnie się nadawał do obserwowania ptaków.

— Kiedy poprzednio ten Griffin napisał do ciebie? — zapytał doktor.

— Wysłał kilka listów w ciągu pierwszego roku, w którym zaprzestałam odpowiadać, i w końcu zrezygnował z czekania na jakiś znak życia ode mnie. Nie wiedziałam wtedy, jak się nazywam. A gdy w końcu zrozumiałam, co zrobiłam, że sabotowałam jedną z najcenniejszych relacji w moim życiu, było mi już za bardzo wstyd, żeby w końcu odpisać. — Westchnęłam, wyrzucając z siebie bolesną prawdę. — W jakimś sensie utrata Griffina była karą, jaką sama sobie wymierzyłam za to, że przeżyłam pożar.

Patrzył gdzieś przed siebie przez dłuższą chwilę, by wszystko sobie poukładać.

— Cóż, twój pseudonim literacki zdecydowanie jest dowodem na to, że w pewnym aspekcie wcale z Griffina nie zrezygnowałaś.

— Tak, właśnie. Nigdy o nim nie zapomniałam. Po prostu myślałam, że już się do mnie nie odezwie. To był szok. Nie mogę mu nawet mieć za złe zgryźliwego tonu. W jego oczach najzupełniej na to zasłużyłam. On nie ma pojęcia, co się naprawdę stało.

— Co powstrzymuje cię przed tym, by wyjaśnić wszystko teraz? Odpisanie do niego z pewnością miałoby funkcję terapeutyczną i powinnaś była to zrobić dawno temu.

— Doktorze, on mnie nienawidzi.

— On wcale cię nie nienawidzi. Gdyby tak było, to nie napisałby do ciebie tyle lat później. Ewidentnie cały czas o tobie pamięta. Może być zły. Ale taka złość oznacza, że w jakiś sposób mu zależy.

Wiedziałam, że kiedyś Griffinowi na mnie zależało. I mnie też zależało na nim, bardzo. Ucięcie naszych kontaktów było jedną z rzeczy, których w życiu żałowałam najbardziej. Poza zaproponowaniem podczas koncertu, że pójdę kupić napoje.

Kilka wspomnień na temat Griffina sprawiło, że zaśmiałam się sama do siebie.

— Był taki zabawny. Byłam przekonana, że nie ma niczego, czego nie mogłabym mu powiedzieć. Najdziwniejsze jest jednak to, że choć wzajemnie nie znaliśmy swoich prawdziwych imion, pewnie znał mnie lepiej niż ktokolwiek w tamtym okresie. No cóż, znał osobę, którą wtedy byłam.

— Wciąż nią jesteś, Luka. Jesteś tylko trochę… — zawahał się.

— Starsza?

— Nie.

— Obłąkana?

— Chciałem powiedzieć: wrażliwsza.

Doktor zwrócił baczną uwagę na ptaka, który usiadł na ławce po drugiej stronie alejki. Natychmiast przyłożył lornetkę do oczu.

— Kardynał szkarłatny! — zwrócił się do mnie. — Wiesz, co mówią o kardynałach?

— Co takiego?

— Że są posłańcami naszych bliskich, którzy odeszli. Może się zastanowisz, co nasz mały, szkarłatny przyjaciel chce ci teraz przekazać, Luka.

* * *

Zostaliśmy w Nowym Jorku pięć dni, zanim wyruszyliśmy w długą podróż powrotną do Vermont.

Przekroczenie progu mojego cudownego domu — mojej bezpiecznej przystani — po opuszczeniu go na tak długo sprawiło mi ogromną przyjemność.

Odebrałam moją domową świnkę, Hortensję, od znajomego rolnika, który zgodził się nią opiekować podczas mojej nieobecności. W jaki sposób miastowa dziewczyna kończy z domową świnką, zapytacie. Cóż, parę lat temu w gospodarstwie przy drodze prowadzącej do mojego domu wybuchł pożar. Oczywiście rozpaczliwe odgłosy wydawane przez ginące w ogniu zwierzęta wywołały u mnie silną reakcję. Doktor stwierdził, że dobrze mi zrobi zmierzenie się z tym i odwiedzenie pogorzeliska. Gdy to zrobiłam, okazało się, że nie wszystkie zwierzęta zginęły. Niektóre wciąż tam były, tymczasowo upchnięte w szopie. Gdy spojrzałam w oczy mojej świnki, ujrzałam w nich siebie: smutną, samotną istotę. Ona też pewnie straciła najlepszą przyjaciółkę. Zrobiłam więc coś, co zrobiłby każdy, kto znalazł swoją bratnią duszę: zabrałam ją ze sobą. Od tego czasu traktowałam ją jak swoje dziecko, rozpieszczając, ile wlezie. Ponieważ nigdy nie planowałam mieć dzieci, uznałam, że mogę sobie pozwolić, by tak traktować tę świnkę.

Choć starałam się powrócić do domowej rutyny, nie mogłam się pozbyć myśli o liście od Griffina.

Jesteś do bani.

Do bani,

Do bani.

Griffin nigdy nie przebierał w słowach, ale w liście napisanym po tak długim czasie to było ostre.

W zasadzie powinnam czuć potrzebę rozpłakania się z powodu tych słów, ale nie potrafiłam już płakać. Razem z doktorem często żartowaliśmy z tego, że byłam niezdolna, by uronić łzę. Namawiał mnie, bym spróbowała się rozpłakać, wyrzucić z siebie wszystko, ale nie potrafiłam — od czasu wypadku. Nie płakałam nawet, gdy umarł mój ojciec.

Postanowiłam zejść do piwnicy i poszukać pudła z plastikową nakładką, w którym trzymałam stare listy od Griffina — nigdy żadnego nie wyrzuciłam

Może gdyby jakoś udało mi się wrócić do tamtych czasów, czytając na nowo list albo dwa, mogłabym zdecydować, czy powinnam mu odpisać. Odpowiedź na jego szorstką wiadomość mogła doprowadzić do otwarcia puszki Pandory. Może lepszym pomysłem było zostawienie starych demonów śpiących w spokoju i pozwolenie, by moje wspomnienia na temat Griffina pozostały raczej pozytywne? Jednak jak przypuszczałam, odpisanie mogło mi też pomóc w osiągnięciu upragnionego poczucia zamknięcia sprawy, nawet gdybym miała nigdy więcej nie otrzymać odpowiedzi.

Otwierając pudełko, zamknęłam oczy i sięgnęłam po losową kopertę. Nie chciałam oszukiwać przeznaczenia, wybierając do czytania konkretny list. Po prostu wyciągnęłam zupełnie przypadkowy.

Spojrzawszy na datę, zorientowałam się, że to był jeden z dawniejszych listów, z czasów, gdy mieliśmy po jakieś dziesięć lat.

Droga Luko,

jak się miewasz?

Ja jestem smutny, bo mama i tata powiedzieli mi, że się rozwodzą. Powiedzieli, że to nie moja wina.

Jak tam Twój występ taneczny? Czy po wszystkim dostałaś kwiaty, tak jak chciałaś? Wysłałbym Ci kwiaty, gdybym miał za co. Wysyłanie rzeczy do Ameryki kosztuje mnóstwo pieniędzy.

Napisałem dla Ciebie piosenkę. Zaczyna się tak:

Gdy widzę Lukę, Lukę, Lukę.

Chciałbym jej kupić bazookę.

Jeszcze nie jest skończona. Szukam słów rymujących się z „Luka”.

Do widzenia, ślepa Gienia.

Griff

Przyciskając list do piersi, pomyślałam o jego obrazie, który przechowywałam w głowie. Gdzieś w pudełku musiało znajdować się jego zdjęcie, jedyne, jakie mi przesłał. Gdy mieliśmy tak po dwanaście lat, złamaliśmy nieoficjalne „zasady” i wreszcie wymieniliśmy się fotkami. Ja wysłałam zdjęcie, na którym byłam wystrojona do konkursu tanecznego, w makijażu i butach do tańca. On przysłał mi fotkę przed jakimś budynkiem w Londynie. W tym wieku dopiero zaczynałam myśleć o chłopcach. Z autentycznym zaskoczeniem stwierdziłam, że Griffin, mający wielkie ciemne oczy i ciemne włosy, był całkiem słodki.

Nigdy nie zapomnę, co napisał do mnie po tym, jak dostał moje zdjęcie.

Odwróć tę kartkę, a zobaczysz moją reakcję na twoją fotografię.

A gdy to zrobiłam, przeczytałam:

Rany, Luka, jesteś naprawdę ładna!

Chyba nigdy w życiu tak się nie zarumieniłam. To był pierwszy raz, gdy uderzyło mnie, że może moje uczucia do Griffina są nie tylko platoniczne. Oczywiście, zachowałam tę myśl dla siebie, bo do niczego nie mogło dojść, zważywszy na dzielącą nas odległość. Żadne z nas nie miało pieniędzy, by przylecieć w odwiedziny. Ta odległość jednak ułatwiała wzajemne otwieranie się przed sobą.

Przypomnienie sobie słów tej słodkiej, młodziutkiej wersji Griffina i porównanie ich z szorstką treścią listu przeczytanego tydzień temu było gorzką pigułką do przełknięcia. Wciąż nie mając jasności, czy powinnam mu odpisać, wyciągnęłam z pudełka kolejny list.

Ten, według daty, został wysłany, gdy mieliśmy po jakieś piętnaście czy szesnaście lat.

Droga Luko,

powiem Ci coś w tajemnicy. Nie ufaj chłopcom. Pod żadnym pozorem. Powiemy wszystko, żeby dobrać się do waszych majtek. A gdy to się już uda, dosłownie po dwóch sekundach będzie koniec.

No dobra, możesz zaufać mnie, ale nie innym facetom (a to tylko dlatego, że ja jestem daleko i tak nie mogę niczego próbować, w innym razie sobie też bym nie ufał).

Tak czy owak… Uprawiałem seks. Może już się domyśliłaś.

Było fajnie, ale nie tak wspaniale, jak to sobie wyobrażałem. Tak naprawdę to było trochę krępujące. Poszło szybko. Jeszcze tego nie robiłaś, prawda? Mam nadzieję, że odpowiedź brzmi „nie”. Lepiej, żeby to było „nie”, Luka. Jeśli to jest „tak”, nie mów mi. Nie poradziłbym sobie z tą wiedzą (tak naprawdę to chciałbym, żebyś mi powiedziała, ale najpierw musiałbym podkraść ojcu trochę szkockiej).

Moja mama ma się lepiej, dzięki, że pytasz. Mówią, że rak nie rozprzestrzenił się poza jajniki. Tak że jest dobrze (bo to dobrze, prawda?). Wiesz cokolwiek o raku jajników? Potrzebuję, żebyś mi powiedziała, że będzie dobrze. Gdybyś Ty to powiedziała, uwierzyłbym. Chyba po prostu potrzebuję to usłyszeć. Bo nie mogę stracić mamy.

Nie zwlekaj za długo z odpowiedzią. Czytanie Twoich listów zawsze wprawia mnie w dobry nastrój.

Do widzenia, ślepa Gienia.

Griff

Westchnęłam i włożyłam list z powrotem do koperty. Tyle emocji.

Dobra, może jeszcze jeden, ostatni.

Wziąwszy kolejny, otworzyłam i zaczęłam czytać.

Droga Luko,

posłuchaj. Gdybyś miała uwierzyć w jedną rzecz, którą ode mnie usłyszysz, uwierz w to: gdy ktoś zdradzi raz, zdradzi ponownie. Skąd to wiem? Bo mój pieprzony ojciec zdradzał, właśnie stąd! Spłodził mnie mężczyzna, który nie potrafił być wierny.

Tak więc jeśli masz ochotę być ponownie zdradzona, zostań z tym durnym palantem, z którym chodzisz.

Usłyszałaś? To mój głos dochodzący do Ciebie z cholernej Anglii. NIE DAWAJ temu kutasowi drugiej szansy. Nie obchodzi mnie, jak bardzo mu przykro.

Nie zasługuje na Ciebie, Luko. Nie zasługuje.

Ma szczęście, że dzieli nas ocean, bo rozwaliłbym mu gębę za to, jak Cię skrzywdził. Trafiłbym za to za kratki i dostawałabyś moje listy z pieczątką, że zostały wysłane z zakładu karnego.

Jeśli wydaje Ci się, że jestem wkurzony, to Ci się dobrze wydaje. Jestem cholernie wkurzony.

Dobra… (skoro ten fragment mam już z głowy). Co nowego u Ciebie słychać?

U mnie jest parę nowości. Dołączyłem do kapeli. Gramy z chłopakami ze szkoły. Nie śmiej się, ale to coś w rodzaju boys bandu. Tylko że jestem dużo przystojniejszy niż Harry Styles. Ale tego oczywiście nie wiesz, bo nie masz pojęcia, jak teraz wyglądam. Powinniśmy to naprawić w najbliższym czasie. Wiesz, zabawić się w „ty pokażesz mi, ja pokażę tobie”… Żartuję. Żadnej presji, tylko materiał do przemyślenia. Wiem, że wolisz pozostać tajemnicza. I ja też to nawet lubię (ale zaznaczam, że gdybym miał wybór, chciałbym wiedzieć, jak teraz wyglądasz).

Czekam z niecierpliwością.

Do widzenia, ślepa Gienia.

Griff

PS Wciąż zaciskam pięści do białości, jak sobie pomyślę.

Zamknęłam oczy, uśmiechając się.

Jednego listu nigdy nie przeczytałam. To był ostatni list, przyszedł prawie rok po tym, jak przestałam odpisywać. W tym czasie było mi już ogromnie wstyd, że nie odpowiadam, więc nie potrafiłam się nawet przemóc, by go przeczytać. Wtedy nie miałam pojęcia, że więcej listów nie dostanę.

Złamałam postanowienie i zaczęłam szukać w stosie korespondencji tej jednej nieotwartej koperty. Wiedziałam, że nie będzie to nic miłego, ale i tak ją otworzyłam.

Jednak na to, co znalazłam w środku, nic nie mogło mnie przygotować. Absolutnie nic.

Luko,

zauważyłaś, że pominąłem słowo „droga”? Już nie jesteś dla mnie droga. Bo przestałaś odpowiadać na moje pieprzone listy. Lepiej dla Ciebie, żeby powodem było to, że nie żyjesz. Tyle mam do powiedzenia.

Czekaj, wcale tak nie myślę. Nigdy nie życzyłbym Ci śmierci. Przenigdy. Jestem tylko tak cholernie rozbity. Piszę, żeby Ci powiedzieć, że to ostatni list, jaki kiedykolwiek ode mnie dostaniesz.

To cholerna szkoda, bo naprawdę potrzebuję teraz przyjaciela.

Moja matka umarła.

Nie wierzę, że jestem to w stanie napisać.

Dwa miesiące temu okazało się, że jej rak wrócił i że są przerzuty. Potem wszystko potoczyło się tak szybko.

Moja matka UMARŁA, Luka.

Nie ma jej.

Nie mogłam przeczytać nic więcej, bo atrament rozmazały łzy.

I nagle, bez ostrzeżenia, z moich oczu wylał się niekończący się strumień — łez, o których nie wiedziałam, że kiedykolwiek jeszcze popłyną po mojej twarzy.

Zanim skończyłam się wypłakiwać, minęła chyba godzina.

Nie płakałam, odkąd Isabella zginęła w pożarze. Myślałam, że wszystkie moje łzy wyschły. Najwyraźniej jednak, po prostu nic nie uderzyło mnie od tamtej pory tak mocno, by zmusić mnie do płaczu.

Stracił matkę, a ja nawet o tym nie wiedziałam.

Nie miałam już najmniejszych wątpliwości, że muszę do niego napisać. Byłam mu winna opowieść o tym, co mi się przydarzyło i dlaczego przestałam odpowiadać.

Nawet jeśli miał dalej mnie po tym nienawidzić, należały mu się przynajmniej przeprosiny.

To nie mogło dłużej czekać.

Wiedziałam, że będę siedzieć całą noc i wylewać swoją duszę na papier.

Miałam tylko nadzieję, że będzie potrafił mi przebaczyć.

Rozdział 3.Luka

Od wysłania listu minęły dwa tygodnie. List to mało powiedziane — to było jak długa na wiele stron książka. Opisałam całą historię z pożarem i stanem emocjonalnym, w jaki wpadłam w następstwie tego, oraz przeprosiłam za to, że nigdy nie dowiedziałam się o śmierci jego matki, podkreślając, że ostatni list otworzyłam dopiero ostatnio, po utracie taty. Opowiedziałam mu o swoich zaburzeniach lękowych — wyjaśniając szczegółowo, na czym polega agorafobia i że jest to schorzenie psychiczne, które u każdego przebiega inaczej. Chciałam, żeby wiedział, że nie jestem zupełnie odcięta od świata, kocham przebywać na powietrzu i mogę mieć życie uczuciowe. Szczerze? Nie wiem nawet, co jeszcze tam napisałam. Ślęczałam całą noc, aż opróżniłam moje serce do samego końca. W głębi duszy nie kierowałam tych słów do faceta, który mi napisał, że jestem do bani. Kierowałam je do Griffina, co do którego miałam nadzieję, że to wciąż ta sama, tak bliska mi dawniej osoba.

Normalnie na pocztę chadzam dwa razy w tygodniu, gdy nie ma ruchu, żeby sprawdzić skrytkę pocztową, na którą odbieram korespondencję od czytelników. Jednak tydzień po wysłaniu listu sprawdzałam skrytkę już każdego popołudnia.

Dni mijały, a list od Griffina nie nadchodził. Czternastego dnia jednak wśród kopert w skrytce pocztowej zobaczyłam jedną odznaczającą się jaskrawoczerwonym kolorem. Adres nadawcy brzmiał: Griffin Quinn.

Ręka mi dygotała. Czy rozerwę kopertę i przeczytam ją tutaj? Czy wytrzymam na tyle długo, by dojechać do domu?

Uznałam, że czytanie w miejscu publicznym czegoś, co potencjalnie może wyprowadzić mnie z równowagi, to nie najlepszy pomysł. Niech Bóg broni, mogę zemdleć i ocknąć się wśród tłumu ludzi skupionych wokół mnie albo coś podobnego. Wzdrygnęłam się na samą myśl.

Zdecydowałam więc, że czym prędzej popędzę do domu.

Gdy już dotarłam, szybciutko nakarmiłam Hortensję, żeby była zadowolona i dała mi w spokoju przeczytać list.

Usadowiłam się wygodnie na mojej kanapie i z bijącym głośno sercem ostrożnie otworzyłam kopertę.

Droga Luko,

jestem do bani.

Czy wciąż codziennie uczysz się jednego słowa ze słownika, jak zwykła byłaś robić to kiedyś? Cóż, na wypadek, gdybyś do tego jeszcze nie dotarła, pozwól, że zaprezentuję Ci:

Egocentryczny

Przymiotnik

1. Skoncentrowany wyłącznie na sobie, samolubny.

2. Przyjaciel, który zachowuje się jak dupek i wyżywa się na tobie, bo ani przez chwilę nie przyszło mu do głowy, że może istnieć powód, dla którego jego bratnia dusza przestała odpisywać.

Uśmiechnęłam się i spojrzałam na swój sfatygowany egzemplarz słownika Merriama-Webstera leżący na biurku. Było to wydanie z 1993 roku zawierające 470 000 haseł. Po latach intensywnego użytkowania grzbiet był wielokrotnie poklejony taśmą. Odkąd w czwartym roku życia nauczyłam się czytać, każdego ranka otwierałam go na losowej stronie, zamykałam oczy i szukałam palcem przypadkowego słowa do zapamiętania. Te zapamiętane starannie zakreślałam, w efekcie stara książka była wielokrotnie poznaczona żółtym markerem. Choć z moich wyliczeń wynikało, że zapamiętanie wszystkich haseł zabrałoby mi 1288 lat, to nie zniechęcało mnie to ani na moment.

Ucieszyło mnie, że Griffin pamiętał o tym moim małym hobby. Wiedziało o nim tylko czworo ludzi. Poczułam ucisk w dołku, gdy zdałam sobie sprawę, że z nich pozostał już tylko on — mama, tata i Izzy odeszli. Nawet doktor nie wiedział. Nie żebym to ukrywała albo coś. Po prostu nigdy nie było okazji, by się tym pochwalić.

Wróciłam do listu, nie mogąc się doczekać, by dowiedzieć się, co napisał dalej.

Tak mi przykro z powodu tego wszystkiego, przez co przeszłaś, Luko. Tym bardziej przykro, że gdy to się działo, nie było mnie przy Tobie. Straciłem mamę i chociaż umarła zbyt młodo, utrata rodziców jest naturalna. Konieczność pochowania nastoletniej przyjaciółki naturalna nie jest. Nie wspominając już o tym, że Izzy umarła tragiczną śmiercią. Jezu, mój list był kompletnie nieczuły. To żadna wymówka, ale pisałem go, będąc zdecydowanie pod wpływem. Myślisz, że moglibyśmy zacząć jeszcze raz? Może spróbujemy, tak? Miło z Twojej strony. Dobra. Napiszę pierwszy.

Droga Luko,

hej! Kopę lat. Często przez te lata myślałem o Tobie i zastanawiałem się, co porabiasz. Z jakiegoś powodu od niedawna te myśli stały się coraz bardziej natarczywe. To bardzo smutne, że straciliśmy kontakt. Pewnie to siebie samego mogę obwiniać. Tak czy owak, napiszę Ci, co u mnie. Cztery lata temu przeprowadziłem się do Stanów. Wciąż brzdąkam na gitarze — moja kariera muzyczna rozwija się w sposób… interesujący. Niedokładnie w kierunku, w którym planowałem, ale zarabiam na chleb. Nie mam żony ani dzieci. Przez jakiś czas miałem dziewczynę. Teraz już też nie mam. Kocham Pacyfik. Kupiłem deskę do surfowania. Jestem w tym beznadziejny, ale próbuję tak często, jak tylko mogę, żeby uciec przed życiem.

Czyli cierpisz na… agorafobię?

To takie fajne słowo. Ciekawe, ile punktów dostałabyś za nie w scrabble? B i G będą warte co najmniej trzy punkty, a F nawet pięć… Ale wiesz, nie chcę, żebyś pomyślała, że jestem dziwakiem, który całymi dniami siedzi i gra w scrabble. Chociaż czekaj, wcale byś tak nie pomyślała — przecież uczysz się na pamięć durnego słownika. Taka spokojna gra mogłaby być właśnie tym, co lubisz. Zagrałabyś we dwójkę? Czy trzy osoby w pokoju już wywołałyby Twój niepokój? A może zaczynasz się stresować dopiero, gdy liczba osób przekroczy masę krytyczną? Czy magiczna liczba to siedemnaście? To dużo. O wiele więcej, niż może równocześnie grać w scrabble, to na pewno.

Wielka szkoda, że nie cierpisz na agrizoofobię (to strach przed dzikimi zwierzętami, jeśli jeszcze nie wpadłaś na to w tym swoim słowniku, leniu). Dałaby jeszcze lepszą punktację!

Może przy następnej okazji. Wiesz, niektóre dzikie zwierzęta są cholernie groźne!

Do widzenia, ślepa Gienia.

Griff

PS W swoim liście napisałaś mi wszystko, co z Tobą jest nie tak… a przynajmniej co według Ciebie jest nie tak. W następnym napisz mi o trzech rzeczach, z których jesteś dumna.

PPS Kłamałem. Zawsze byłaś mi droga.

PPPS Tak bardzo, bardzo mi przykro z powodu Twojej straty, Luko.

* * *

— Pozwól, że to sobie uporządkuję: naśmiewał się z twoich zaburzeń i właśnie to jedna z tych rzeczy, które ci się w nim podobają? — Doktor przerwał i podniósł palec do ust, by nie dopuścić mnie do głosu, chociaż właśnie zadał mi pytanie. Nasze sesje psychoterapii zdecydowanie nie są standardowe. Dwa razy w tygodniu chodziliśmy po parę godzin po lesie i rozmawialiśmy, gdy on szukał ptaków. Miał ze sobą notatnik, ale tyleż często notował w nim informacje o napotkanych gatunkach, co moje wynurzenia.

— Taak. Wiem, to dziwne. Ale on się wcale ze mnie nie naśmiewał. To znaczy, naśmiewał, ale tak naprawdę wcale nie. To jedna z tych rzeczy, które uwielbiałam w naszej przyjaźni. Był zawsze szczery, a jego żarty nigdy nie były złośliwe. Były tylko jego sposobem na pokazanie mi, że to, czym się tak przejmuję, nie jest aż takie straszne. Tak jak wtedy, gdy miałam siedemnaście lat i wciąż byłam dziewicą. Powiedziałam mu, że martwi mnie, że jak już to zrobię, to wszyscy będą bardziej doświadczeni, a ja będę się zachowywać niezręcznie jak kompletna nowicjuszka. Wtedy napisał śmieszną piosenkę Odsłoń lico, dziewico. On po prostu potrafi sprawić, że moje obawy wydają się śmieszne.

— Hmmm — powiedział doktor.

Założyłam, że była to reakcja związana z ptakami, a nie z tym, o czym paplałam. Ale gdy się do niego odwróciłam, nawet nie miał przy oczach lornetki.

— Hmmm co?

— Wiesz, swoją poprzednią agentkę zwolniłaś, bo kilka razy zażartowała z twojej przypadłości, choć każdorazowo podkreślała, że to tylko żarty. Nigdy nie byłaś do końca przekonana, że te żarty są niewinne. A jednak w przypadku Griffina, mężczyzny, którego nigdy nawet nie spotkałaś, jesteś skłonna wziąć docinki za dobrą monetę, wręcz znajdować w nich pocieszenie. Wydaje się, że żywisz dużo zaufania do swojego korespondencyjnego przyjaciela.

Zastanowiłam się przez chwilę.

— Naprawdę mu ufam. Może go nigdy nie spotkałam, ale uważam go za jednego z najbliższych przyjaciół, jakich kiedykolwiek miałam. Przez te lata dzieliliśmy się wieloma sprawami. Mieszkał w Anglii, więc nie było ryzyka, że wpadniemy na siebie na szkolnym korytarzu, co pomagało w rozkruszaniu ścian, jakimi dla własnego bezpieczeństwa otaczają się nastolatki. Byliśmy naprawdę blisko. Nawet w całkiem intymnych kwestiach.

— A jednak po pożarze zerwałaś z nim wszelki kontakt.

— Mówiłam już: wtedy byłam bardzo autodestrukcyjna. To wydawało mi się tak strasznie niesprawiedliwe, że ja żyłam, a Izzy nie. Nie chciałam, żeby w moim życiu pozostało cokolwiek, co mogło sprawiać mi przyjemność. I myślę też, że jakaś część mnie wstydziła się opowiedzieć mu, co się wydarzyło. Teraz wiem, że to nie miało żadnego sensu, ale było mi strasznie wstyd, że nie uratowałam Izzy.

Oboje przez jakiś czas maszerowaliśmy w milczeniu. Wreszcie przystanął, by spojrzeć przez swoją lornetkę. Zwrócił się do mnie, patrząc gdzieś w oddalony punkt.

— Przyjęcie go z powrotem do twojego życia może być korzystne z kilku powodów. Po pierwsze, wasza relacja jest powiązana z tym okresem w twoim życiu, który przyniósł ci najwięcej smutku i goryczy. Na stałe wyeliminowałaś niemal wszystko z tego wycinka czasu: opuściłaś Nowy Jork, nie słuchasz już muzyki, unikasz tłumów, zgromadzeń, niestety nawet nie ma już nawet twoich rodziców. Dlatego, na co dzień, bardzo łatwo przychodzi ci udawanie, że ta część twojego życia się nie wydarzyła. Ale ona się wydarzyła i choć rzeczy, o których nie chcemy pamiętać, potrafimy wypychać z naszej świadomości, jedynym sposobem, by się z nimi uporać, jest stawić im czoła. Griffin jest częścią twojego dawnego życia, którą próbowałaś pogrzebać. Uporządkowanie tej relacji to krok do przodu.

Pokiwałam głową. To brzmiało sensownie.

— A inne powody?

— Hmmm? — Doktor wyregulował lornetkę.

— Powiedział pan, że przyjęcie Griffina z powrotem do mojego życia może być korzystne z kilku powodów. Ale wymienił pan tylko jeden.

— O, rzeczywiście. Akceptacja. Jeśli będziesz otwarta w kwestii swojej przypadłości dla większej liczby osób, mniej będziesz się bała reakcji pozostałych i tym lepsza będzie twoja grupa wsparcia.

— Chyba tak…

— No i chodzi też o kwestie koitalne.

Wydawało mi się, że się przesłyszałam.

— Jakie kwestie?

— Koitalne, wiesz, połączenie męskich i żeńskich genitaliów. Trochę czasu minęło, od kiedy miałaś tego rodzaju kontakt z mężczyzną.

O, Boże.

— Eee, tak. Zrozumiałam. Nie wybiegajmy zanadto do przodu, tak kroczek po kroczku.

* * *

Kiedyś udało mi się napisać 14 331 słów w ciągu jednego dnia. To był mój najbardziej produktywny dzień w karierze pisarki. Na co dzień moja średnia bliższa jest dwóm tysiącom słów. A jednak kilkaset słów w liście do Griffina zabrało mi pół dnia. Udzielenie odpowiedzi, o którą prosił, nie było wcale takie łatwe.

Drogi Griffinie,

dziesięć stron tragedii i złamanego serca, o których Ci pisałam, płynęło z moich palców jak serdeczna krew. Zadałeś jednak proste pytanie — z jakich trzech rzeczy jestem najbardziej dumna — i zanim odpowiedziałam, patrzyłam w pustą kartkę przez niemal godzinę. Choć pierwsza jest łatwa.

Moja praca. Jestem dumna z książek, które napisałam. Chyba w moim pierwszym, jakże depresyjnym liście, zapomniałam wspomnieć, że moje wielkie marzenie się spełniło — Griff, jestem pisarką! Cztery lata temu moja debiutancka powieść kryminalna znalazła się na liście bestsellerów „New York Timesa”. Od tego czasu opublikowałam trzy kolejne książki, a w chwili obecnej trwają prace redakcyjne nad moim piątym dziełem.

Znaleźć jeszcze dwie rzeczy, z których mogłabym być dumna, nie jest niestety takie proste. Myślę jednak, że napawa mnie dumą fakt, że po śmierci Izzy zwróciłam się po pomoc. Trochę to trwało, pewnie dłużej niż powinno, ale znalazłam terapeutę i pracuję nad okiełznaniem swoich lęków. Jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek zrobiłam, było wybranie numeru i umówienie się na pierwszą wizytę. To może brzmieć głupio, ale nawet tłumaczenie swojego problemu przez telefon za pierwszym razem nie przyszło mi łatwo. Mój stan się radykalnie nie poprawił, ale pracuję nad tym każdego dnia — i z tego jestem dumna.