Spowiedź Hana Solo - Cezary Borowy - ebook

Spowiedź Hana Solo ebook

Cezary Borowy

4,5

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 446

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (13 ocen)
9
3
0
1
0

Popularność




Dziękuję:

Ewie za słowa napisz to teraz.

Michałowi za długie dyskusje antropologiczne.

Mikołajowi za wskazówki dramaturgiczne.

Mariuszowi za to, że czterokrotnie przeczytał mój maszynopis.

Bernardowi za bezwarunkową wiarę w sukces marketingowy.

zostanie po nas garść anegdot

Książkę dedykuję cichej bohaterce mojego życia,Lady In Red

Do przyjaciół z tamtych lat

Tych kilka słów chciałbym skierować bezpośrednio do moich przyjaciół, do osób, które były częścią naszej małej społeczności w Azji Południowej w latach osiemdziesiątych.

Miałbym bardzo dużą satysfakcję, gdyby niektórzy z Was po przeczytaniu mojej książki powiedzieli, że na moment przenieśli się w czasie. Sporo lat minęło i mimo że nasze życie wówczas było bardzo intensywne, to wiele szczegółów w naturalny sposób zaciera się w pamięci. To chyba ostatni moment, żeby pisać wspomnienia, bo za chwilę zasłoni je mgła.

Wszystkie opisane wydarzenia miały miejsce, ale świadomie trochę pomieszałem z ksywkami z oczywistych powodów.

Przez ostatni rok, gdy pisałem tę książkę, spędziłem kilka długich, wspaniałych wieczorów na pasjonujących rozmowach. Pomogliście mi odświeżyć i uporządkować wydarzenia, bez Was ta książka byłaby dużo uboższa.

W tych pogawędkach brali udział i mogą czuć się współautorami książki:

Duży Pakistan

Filipińczyk

Francuzka

Głupi Piotruś

Mały Watson

Marco Polo

Peter Cheater

Dziękuję również rodzinie ś.p. Jerzego Jachowicza, uznanego rzeźbiarza z Gliwic, za możliwość wykorzystania fragmentów jego nigdy nieopublikowanego opowiadania pt. „Ucieczka z Waranasi”.

Zapraszam do lektury!

Przedmowa

Duma z przemytników

Czytam „Spowiedź Hana Solo” i odczuwam pewien rodzaj dumy. Przewiduję zgorszenia – no bo jak można doznawać poczucia dumy z przemytniczego dzieła Polaków. Ja, owszem, potrafię. Naturalnie, zdumiewająca historia Hana Solo & CO dzieje się wbrew regułom i porządkowi świata, ale jakże można pozostawać w zgodzie z istniejącym porządkiem świata? Tego nie potrafię.

Historię Hana Solo i jego towarzyszypostrzegam jako intrygującą przypowieść, obrazująca stan ducha Polaków u schyłku Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej (PRL). Niebagatelna to okoliczność, bo wierzę, że to właśnie ten stan ducha, reprezentowany przez bohaterów, wywrócił PRL. Losy Hana Solo & CO prowokują refleksję nad cudem polskiej transformacji. Cholerny ludzki egocentryzm nigdy nie dostrzega w wielkich przemianach sprawczej siły ducha czasu. Zawsze pożąda swojej gwiazdy i stawia ją na piedestał. Kult jednostki irytująco wypacza rozumienie wielkich przemian. A więc cud polskiej transformacji bywa utożsamiany ze skokiem wielkiego elektryka przez płot, z wpływem papieskiego zaklęcia: „nie lękajcie się” lub z wolnorynkowym sprytem profesora Balcerowicza. Rozliczenie z upadkiem PRL­-u jest kłótnią gwiazd, w której brakuje zrozumienia, że stan zbiorowej świadomości orzekł upadek. No bo jakże podtrzymać niedorzeczną konstrukcję socjalizmu, kiedy cały kraj podszyty jest niezliczonymi podziemnymi strumykami interesów i sprytnego przemytu. Jakże honorować i konstytuować wspólnotę własności, kiedy całe społeczeństwo z pasją kolaboruje z siecią sąsiedzkiego i placowego handlu. To właśnie miliony tych podziemnych strumyków nieustępliwie drążyły fundamenty reżimu, obnażały jego jałową naturę i umacniały ducha oporu.

Przykro mi, wyznawcy gwiazdorskiego kultu, to nie wielki elektryk, to nie papież ani profesor od wolnego rynku, lecz to rzesze Hanów Solo i krnąbrny duch kreatywności stworzył stan zbiorowej świadomości, który wyzwolił nas z PRL­-u. Bez nich niewiele warte byłoby papieskie pocieszenie, guzik wart byłby skok elektryka przez płot.

Nurt podziemnej przedsiębiorczości obnażał anachronizm Polski Ludowej. Ostatecznie nawet wierne kacyki partyjne nie potrafiły go zaakceptować. No i cóż, w końcu, nie pozostało nic innego, jak wspólnie siąść do okrągłego stołu i pogadać o anachronizmie PRL­-u. Elektryk, profesor i wyznawcy papieża robili przy tym stole po prostu za gwiazdy matrixu. Cieszę się, że fascynująca „Spowiedź Hana Solo” ujawnia i ratuje od zapomnienia jeden z tych zuchwałych nurtów, które zdekonstruowały komunę.

Trochę mi żal tamtych czasów. Szkoda, że zanika wiedza o tym, czym nafaszerowane były toalety pociągów do NRD, jak absurdalne były przebitki na ortalionowych płaszczach z Włoch i kożuchach z Afganistanu. Ginie wiedza o towarach, które Polacy wozili do Bułgarii, Turcji czy do ZSSR i o skarbach, które taszczyli w drodze powrotnej. Powoli nie dowierzamy opowieściom o niepozornych turystach w dresach, którzy walizkę gumy do żucia potrafili w ZSSR przehandlować na trzykaratowy diament, a tydzień później, za zachodnią granicą w RFN, cudownie zamienić na mercedesa.

Strumyki drążyły fundament, a kiedy socjalistyczny gmach runął, ten dyskretny potencjał przedsiębiorczości eksplodował i z dnia na dzień, bazując na podziemnych oszczędnościach lub na zaskórniakach życzliwej babci, przeobraził kraj w pulsującą życiem sieć małych punktów handlowych i produkcyjnych firm. Zaledwie w ciągu roku, zarówno wygląd Polski jak i jego gospodarcza struktura, uległa cudownej przemianie. Historia gospodarcza świata nie zna tak fenomenalnej transformacji.

„Spowiedź Hana Solo” postrzegam zatem jako inspirującą przypowieść o niesfornym darze kreacji, który nadaje sens naszemu życiu. Zdumiewam się nad tym darem i równocześnie nachodzi mnie ponura refleksja nad jego zagrożeniem we współczesnym matrixie.

Dotkliwie wyczuwam, że zawłada nami nowy totalitaryzm, a pasja małej przedsiębiorczości przegrywa z globalną chciwością wielkiego kapitału.

Właśnie na naszych oczach dokonuje się globalne unicestwienie małej przedsiębiorczości. W ostatnich trzydziestu latach zniknęły z gospodarczego krajobrazu świata setki tysięcy małych firm i sklepów. To co przez tysiąclecia, we wszystkich cywilizacjach świata, było w życiu milionów ludzi źródłem psychicznego tchnienia, zostaje ludziom odebrane. Stajemy się najemnikami globalnych korporacji i monopoli. Ich brutalna przewaga unicestwia drobną przedsiębiorczość równie skutecznie jak komunistyczny zakaz indywidualnej działalności gospodarczej. 1% niepowstrzymanych bogaczy posiada już ponad 50% światowego stanu posiadania.

Sprawy świata zmierzają ku jakiemuś kataklizmowi. Tak jak w warunkach okupacyjnych przynależność do zbrojnego podziemia była głosem patriotycznego sumienia, podobnie dzisiaj ucieczka pętanej ludzkiej przedsiębiorczości w nielegalne strefy staje się cnotą i wyraża po prostu opór wobec mrocznych sił współczesnego matrixu. Zastanawiam się, gdzie szukać otuchy. Nikłą nadzieję budzą talenty Hana Solo & CO.

Mechanizmy wspierające globalną grabież są przerażająco sprawne. Osacza nas rodzaj matni mentalnej, infekującej nasze umysły trucizną i kłamstwem, które uzależniają nas i zniewalają. Manipulacja mentalna jest równie skuteczna jak w futurystycznej wizji matrixu, tyle że matrix w realu nie posługuje się wirtualnym mózgiem, nie wymaga też żadnej wewnętrznej zmowy czy tajemnego przymierza. Działa spontanicznie, żeruje na wpajanych nam uzależnieniach i słabościach. Umacnia i karmi te uzależnienia właśnie kultem indywiduum i rywalizacji. Uzależnia nas obsesyjnie od konsumpcji. Wciąga w swoje zgubne wizje poprzez ślepy kult wskaźników wzrostu gospodarczego, które powinny budzić grozę – przecież są wskaźnikami apokalipsy i miarą zniszczenia planety.

Majstersztykiem manipulacji matrixu jest demokracja, rzekomo największe dobro publiczne planety. Pozornie demokracja wydaje się wyborem najmniejszego zła, ale właśnie dlatego, posługując się argumentem publicznego dobra, matrix obłudnie wymusza na nas lojalność wobec swej wyrachowanej fikcji. Demokracja jest obiektem najpodlejszej manipulacji matrixowego przymierza władzy i pieniądza. Ten rzekomy skarb publiczny stał się gwarantem stanu posiadania nienaruszalnych elit i nie poddaje się żadnej reformie od dziesięcioleci. Cóż z tego, że w demokratycznym systemie kombinują przy korycie dwie, trzy lub nawet cztery wymieniające się „demokratyczne” partie, skoro ich trwanie wymusza służalczość i współpracę z wielkim kapitałem, zdeprawowanymi, brudnymi mediami oraz równie odpychającymi mackami religii. Matrix naprawdę działa.

Pouczenia o dobrodziejstwie wolnego runku od dawna są bezczelnym kłamstwem na usługach matrixu. Nie istnieje już żadna wolnorynkowa mnogość, pobudzająca rynek. Przecież nieograniczenie wolny rynek oznacza panowanie nieograniczenie wolnej chciwości, która zagarnia wszystko. Rozejrzyjmy się. Rynki świata zalewane są tymi samymi czekoladkami, pralkami, samochodami, ciuchami, proszkami do prania itd.

Co z tego, że niby wyzwoliliśmy się z feudalnego niewolnictwa, skoro pogrążamy się w niewolnictwie globalnym. Przecież ten jeden procent nowych bogaczy posiada tyle co pozostałe 99% populacji świata. I grabież pogłębia się.

Z nadzieją wypatruję jakiejś rebelii, szukam wsparcia właśnie w podziemiu i nie potrafię oprzeć się powabowi opowieści o Hanie Solo & CO. obrazującej potencjał zwycięskiej przekory w ludziach.Czuję wobec tych przemytników zwyczajną sympatię.Przecież oni poniekąd wywodzą w pole całą tę globalną chciwość i przywracają poczucie godności. Budzą nikłą nadzieję na cud globalny. Wkroczyliśmy w epokę, w której postawa buntu wobec istniejącego porządku staje się cnotą.

Wojciech Kurtyka

Wojciech Kurtyka, jeden z pionierów stylu alpejskiego w Himalajach. Zdobywca 8 ośmiotysięczników. Jego przejście Świetlistej Ściany na Gaszerbrum IV zostało uznane w 2002 roku przez amerykański magazyn „Climbing” za największe osiągnięcie XX wieku w Himalajacch

Muszę się przejść, przemyśleć kilka spraw

Ruszam z plaży nad Morzem Arabskim, gdzie w 1498 roku wylądował Vasco da Gama. Miał dwadzieścia osiem lat, gdy przypłynął do tego brzegu jako pierwszy Europejczyk, zmieniając historię świata. Gdy ja po raz pierwszy wylądowałem w Indiach w 1987 roku, miałem dwadzieścia siedem lat. Większość moich przyjaciół tam poznanych była w podobnym wieku. Wydaje mi się to wystarczającą koincydencją, aby z długiego Wybrzeża Malabarskiego wybrać właśnie tę plażę.

Dlaczego idę pieszo przez Indie? Pieszo, bo lubię chodzić, zawsze dobrze mi się myślało w ruchu. Mam ochotę się przejść i uporządkować w głowie najważniejszy okres w moim życiu. Przez Indie, bo tak się składa, że lata kształtujące mój charakter spędziłem tutaj, na subkontynencie, zajmując się z grubsza tym samym, czym Vasco da Gama – odkrywaniem i eksplorowaniem nowych tras handlowych.

Gdy wybieramy się na dłuższą wędrówkę, dobrze jest obrać sobie jakiś kierunek i cel. Ja idę, by dotknąć największego drzewa tekowego w Indiach, a może na świecie – Kannimara Teak. Zamierzam iść w jego kierunku i rozmyślać, wspominać, zapisywać wrażenia. Liczę na to, że ponad dwieście kilometrów pieszej drogi, które mam przed sobą, i kilka tygodni w podróży pozwoli mi też przejrzeć i uporządkować swój dziennik oraz listy z tamtych dni. Zawsze coś notowałem, teraz chcę to przeczytać pierwszy raz po trzydziestu latach. Przepisać w zrozumiałej dla innych formie. Zamierzam być szczery, to ma być rodzaj spowiedzi, chciałbym się rozliczyć sam ze sobą.

Tramwaj pełen przemytników

Wtedy

Jeździłeś kiedyś tramwajem? – pyta Kwiatek z ironicznym uśmiechem. – No przecież jeździłeś.

Kwiatek to inteligentny chłopak, dobiera przykłady do poziomu wiedzy słuchacza. Jest październik 1987 roku, szef grupy przemytniczej, do której właśnie dołączyłem, poprosił go, aby wprowadził mnie w temat. Ma mi wytłumaczyć, jak oni to robią, polscy przemytnicy. W jaki sposób na przykład on – jak mówi – cztery miesiące temu przyleciał do Indii, ani razu nie opuścił tego kraju, a przemycił dziesiątki magnetowidów i kamer wideo z Singapuru.

Czuję się przed tym szkoleniem jak przed występem magika, który wyciąga królika z kapelusza. Wiem, że kryje się za tym jakaś sztuczka, pomysł na oszukanie zmysłów, w tym przypadku zmysłów indyjskich celników. Siedzimy w pokoju hotelowym, jestem skupiony, żeby szybko załapać, na czym polega ten przemytniczy trik.

– Wyobraź sobie na przykład tramwaj dziewiątkę w Warszawie – mówi Kwiatek. – Ja wsiadam na rondzie Waszyngtona z torbą, w której mam skrzynkę z trąbką, to znaczy magnetowid i kamerę na duże kasety VHS. Spore gabaryty, więc dla bezpieczeństwa całość owinięta jest w gruby koc Tiger – wiesz, taki koc we wzór tygrysa, Indusi za nimi przepadają. Torbę stawiam na podłodze, ty wsiadasz na następnym przystanku do tego samego tramwaju, szukasz mnie dyskretnie wzrokiem, rozpoznajesz i stajesz obok, ale oczywiście udajesz jak na filmie szpiegowskim, że się nie znamy. Jedziemy razem i na kolejnym przystanku, na rondzie de Gaulle’a, bierzesz do ręki moją torbę, jakby była twoja, i wysiadasz. Ja też wysiadam, z rękoma w kieszeniach, i rozchodzimy się jakby nigdy nic w różne strony, nawet nie zamieniając słowa. Gdyby zatrzymała cię milicja – kontynuuje Kwiatek – i kazała otworzyć torbę, to pokazujesz rachunek z numerami seryjnymi sprzętu na twoje nazwisko, potwierdzający, że jesteś właścicielem elektroniki. Numery na rachunku i na sprzęcie się zgadzają, bo stickery, czyli naklejki z numerami, były specjalnie zmienione pod numery, które masz na rachunku.

Przerywa nam pukanie do drzwi, wchodzi recepcjonista Pilaj. Przyniósł kilka butelek zmrożonej campa coli, to lokalna podróbka coca­-coli. Nareszcie, bo butelka czeka, a trudno pić ciepłą whisky w tak gorącym kraju jak Indie.

– Loty, tak samo jak linie tramwajowe, mają swoje numery – ciągnie Kwiatek. – Gdy mówimy czterysta dwunastka, czterysta dziesiątka czy coś w tym stylu, to mamy na myśli numer lotu Air Indii, zawsze taki sam na tej samej trasie i o tej samej porze. Znam wszystkie numery lotów Air Indii na pamięć, chcesz sprawdzić? Dam ci rozkład, możesz mnie przepytać. Nie chcesz? Dobra, dalej. Air India to indyjskie linie lotnicze, jako jedyne mają prawo robić przystanki wewnątrz kraju. Startuje więc taka czterysta dwunastka w Skierniewicach, znaczy się w Singu, Singapurze, i leci do Krakowa, czyli Kalkuty. Tam ma godzinny przystanek, na którym część pasażerów wysiada, część się dosiada, a potem samolot odlatuje do stolicy, czyli New Delhi. Podobnie jak w tramwaju, tak?

Kiwam głową.

– No i nie mów „przemytnicy”, „przemyt”, bo jeszcze ktoś pomyśli, że z gazety przyjechałeś – ostrzega mnie Kwiatek. Jesteśmy przewalaczami, tak się o nas mówi. Przewalamy towar przez granicę. Wracając do tematu, przewalacz, który przylatuje ze Skierniewic, wrzuca towar na teren Indii, więc z tej okazji jest nazywany wrzucakiem, kumasz? Okej, musisz przyswoić, więc polejmy. To za ślepych kastomsów, znaczy się celników! Kolejni przewalacze dosiadają się w Krakowie do samolotu, którym leci wrzucak, podwieszają się pod jego trasę, czyli są wieszakami. Nazywamy ich tak również dlatego, że niejako zawieszony jest na nich towar, który wynoszą przez granicę. Na jednego wrzucaka musi być pięciu, sześciu wieszaków, żeby to finansowo fajnie wychodziło. Kiedy wrzucak leci klasą ekonomiczną, ma prawo do jednego bagażu podręcznego. Zabiera więc na pokład samolotu jedną torbę ze sprzętem, ale na bagaż główny nadaje za dopłatą jeszcze pięć sztuk. Przy wysiadaniu na końcowym przystanku w stolicy, gdy wszyscy wstają i jest zamieszanie, wrzucak pokazuje wieszakowi, w którym luku bagażowym umieścił towar. Ten wyjmuje torbę jak swoją i wychodzi. Mówi się, że bierze torbę z ręki. Czyli jeden zestaw mamy załatwiony. Kolejne były nadane na bagaż główny. No i teraz jest krytyczny moment, pozostałe wieszaki muszą je odebrać przy belcie – tym pasie, na którym jadą walizki. Kumasz na razie? No to jedziemy dalej z tym przewalackim seminarium kurs podstawowy.

Znów pukanie do drzwi przerywa nam rozmowę. Pilaj pyta, czy czegoś nam jeszcze nie trzeba. 

– Nam nie, ale tobie najwyraźniej tak, przyjacielu – odpowiada po polsku mój nowy kolega. – Siadaj, napij się z nami – mówi do recepcjonisty z uśmiechem już po angielsku. – Tylko nie gniewaj się, ale będziemy gadać po naszemu, okej?

Widzę, że Pilaj akceptuje to i bez skrępowania przysiada na łóżku. Wyraźnie to nie jest pierwsza taka sytuacja. Dostaje szklaneczkę i sprawia wrażenie ukontentowanego.

– Bagaże na belcie są wymieszane – wraca do przerwanego wykładu Kwiatek. – Te nadane w Singu z tymi nadanymi przez pasażerów dosiadających się w Kalkucie, bo przecież teraz wszyscy wychodzą z jednego samolotu. Walizka taka, torba owaka, różnią je tylko oznaczenia przyklejone przy odprawie bagażowej. W Singapurze dają naklejki z oznaczeniem tego miasta, a w Kalkucie ze swoim logo. Jak się pewnie domyślasz, bagaże przylatujące z zagranicy, z Singapuru, podlegają odprawie celnej. A te z Kalkuty? No właśnie, to jest lot wewnętrzny, po naszemu domestikowy, więc formalnie żadnej kontroli nie ma. Musisz tylko udowodnić, że nie przyleciałeś z zagranicy, tylko podróżujesz wewnątrz Indii, i możesz przynajmniej teoretycznie olać celników. Ale, ale! Bo przecież bagaż jest z zagranicy, nadany w Singapurze. Co o tym świadczy? Dobrze kombinujesz, przywieszki! Dlatego wieszak zdejmuje torbę z beltu, dyskretnie je zrywa i wychodzi, a jakby ktoś pytał, to pokazuje boarding pass, czyli kartę pokładową, że przyleciał lotem domestikowym z Kalkuty, a to jest jego bagaż podręczny. I to cała filozofia. Proste jak jazda tramwajem. Tyle że celnicy od paru miesięcy zaczęli zaglądać też do toreb pasażerów krajowych i pytać: „Skąd masz tę elektronikę?”. Na to też jest patent, tylko whisky nam się skończyła. Chodź, przejdziemy się po hotelu, ktoś nas pewnie poratuje.

Z Kwiatkiem w następnych miesiącach stworzyliśmy zgrany duet. Szczupły, wysoki blondyn o prostych włosach, obciętych na pazia i prawie zawsze miał na twarzy ironiczny uśmiech. Na tym pierwszym spotkaniu, zaraz przy drugiej butelce, zauważyliśmy, że mamy podobne doświadczenia ze stanu wojennego. Gdy okazało się, że obaj znamy zapach gazu łzawiącego i piekący dotyk pałki ZOMO na plecach, zostaliśmy przyjaciółmi na lata. Spytałem go, skąd ma przezwisko, opowiedział mi o swoich akcjach pod kopalnią Wujek, gdzie po wprowadzeniu stanu wojennego milicja strzelała z ostrej broni do strajkujących górników. W kolejne rocznice tych wydarzeń ludzie przychodzili pod kopalnię z kwiatami. Niestety, zawsze trzymali tam straż milicjanci i nie pozwalali nawet podejść do muru. Studentom udawało się ich czasem sprowokować antyrządowymi okrzykami. Gdy mundurowi ruszali za nimi w pościg, druga grupa składała kwiaty. To dlatego student prawa z Gliwic na urlopie dziekańskim spędzanym na przewałach w Indiach był nazywany Kwiatkiem.

Szerszy kontekst

Niektórzy z nas, opowiadając dziś o swojej aktywności w latach osiemdziesiątych, mówią: „Handlowałem w Azji. Kupowałem elektronikę w Singapurze, sprzedawałem w Indiach i dobrze na tym zarabiałem”. Można i tak, oczywiście. Jak się kupuje w jednym kraju, a sprzedaje z zyskiem w drugim, to jest niewątpliwie handel. Nie lubię jednak hipokryzji, wolę nazywać rzeczy po imieniu: zajmowaliśmy się zorganizowanym przemytem. Najpierw elektroniki, potem elektroniki i złota, wreszcie już tylko złota. Liczne i dobrze zorganizowane grupy Polaków działały w Azji w latach mniej więcej 1984–1994. Niektórzy byli tam wcześniej, inni zostali dłużej, ale te dziesięć lat to był czas największej aktywności.

Opowiadając swoim młodym, ale już dorosłym synom o wydarzeniach sprzed trzydziestu lat, dodaję kontekst historyczny, bez którego trudno w pełni zrozumieć naszą motywację. Opowiadam o PRL­-u, szarzyźnie i beznadziei lat osiemdziesiątych, przeciętnej pensji, na przykład nauczyciela, wynoszącej dwadzieścia dolarów miesięcznie, wszechobecnych kolejkach, parówkach sprzedawanych spod lady. O tym, że idąc do kawiarni, trzeba było mieć w zawiniątku swój cukier, bo kawę czasem mieli, ale cukru już nie. O naszej gorącej, młodej krwi, o potyczkach z milicją ze specjalnych oddziałów ZOMO kilka razy w roku. O tych zamieszkach mówiło później Radio Wolna Europa czy Radio Waszyngton. W nas jednak z każdym rokiem wzrastało przekonanie, że sytuacja jest beznadziejna, a nasz kraj już zawsze będzie demoludem – czyli niby­-demokracją ludową – zza żelaznej kurtyny.

Na prywatkach, dzisiaj nazywanych domówkami, często i długo rozmawialiśmy o tym, co robić, jak się w życiu ustawić. Emigrować, pracować na czarno na Zachodzie i wykonywać najprostsze prace niemające nic wspólnego z naszym wykształceniem? Czy tu, w Polsce, realizować się w swoim zawodzie, walcząc każdego dnia o zdobycie najprostszych produktów? I nagle, na którejś kolejnej imprezie, ktoś mówi: „Jedźmy handlować do Indii. Czytałem w «Polityce», że nasi trzepią tam taki szmal, że głowa mała. Po paru miesiącach można wrócić z kasą na mieszkanie albo nawet na budowę domu”.

Brzmiało to fantastycznie i nieprawdopodobnie. Na miejscu, w Indiach, okazywało się, że żadne opowieści nie oddawały nawet części tego, jak kolorowe życie czeka tam na śmiałków. Ja czułem się na przewałach tak, jakbym w tym 1987 roku siedział w kinie w Warszawie na filmie o Indianie Jonesie i nagle wstał z fotela, wszedł w ekran i przeniósł się do świata pełnego egzotyki, przygód i słońca. Nie mogłem się temu oprzeć.

Przyjeżdżaliśmy z kraju, w którym dosłownie każda prywatna aktywność gospodarcza wiązała się z omijaniem prawa. Każdy wiedział, że legalnie nie da się zarobić, oszukiwanie systemu mieliśmy we krwi. Nikt nie miał więc specjalnych rozterek.

Dzisiaj, w 2018 roku, gdy ruszam w tę samotną, pieszą wędrówkę, by w pełni zrozumieć, w czym brałem tak aktywny udział, kontekst PRL­-u mi jednak nie wystarcza. Owszem, pozwala zrozumieć, dlaczego my tam byliśmy, ale nie tłumaczy, czemu możliwy był cały proceder. Dlaczego nie przemycało się elektroniki do Iranu, Tajlandii, Malezji, Indonezji, tylko do Indii? Czy to przypadek? Zbieg okoliczności? Dlaczego rząd tego kraju po odzyskaniu niepodległości nałożył absurdalne cła i na kilka dekad odgrodził Indie od gospodarki światowej? Dzisiaj sami Indusi przyznają, że była to zła polityka. Ale tak poważne decyzje podtrzymywane przez wiele lat z reguły mają jakieś głębsze uzasadnienie, jakąś ideę – choćby błędną – u samych podstaw. PRL powoływał się na komunizm Karola Marksa, do którego droga miała wieść przez zafundowany nam realny socjalizm. Jaką ideą kierowały się elity Indii? Czy miało to coś wspólnego z historycznym doświadczeniem tego społeczeństwa? Chciałbym zobaczyć nasze przemytnicze działania w szerszym kontekście.

Czytam coraz więcej na temat Indii, szczególnie o ostatnich kilkuset latach. Intuicyjnie wyczuwam, że jest jakiś związek pomiędzy historią tego kraju a działaniami polskich grup przemytniczych w latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Portugalczyk Vasco da Gama opłynął Afrykę i odkrył drogę na subkontynent, aby złamać monopol Arabów na handel przyprawami. Po nim przyszli Holendrzy, Francuzi, Kompania Wschodnioindyjska, w końcu Indie zostały kolonią brytyjską na dwieście lat. Dzięki Anglikom mają rozbudowaną sieć kolejową, kodeks karny, demokrację parlamentarną i powszechnie używają angielskiego. Taka narracja dominuje wśród podróżników, również polskich. Imperium Brytyjskie jawi się w tych opowieściach jako dziewiętnastowieczna Unia Europejska, w której dominowały rządy prawa, a procedury były ściśle przestrzegane w interesie wszystkich. Indusi, z którymi rozmawiałem, nie okazują niechęci do białasów, nie widać żadnego żalu do Anglików. Ten pozytywny obraz rządów Brytyjczyków podzielałem jak większość moich kolegów przez wiele lat. Pracując nad tą książką sięgnąłem jednak po lektury, które zachwiały tym słodkim wizerunkiem i powiązały moją osobistą historię z historią subkontynetu.

Jestem przekonany – i zamierzam tego dowieść – że gdyby nie kolonializm brytyjski, to nie byłoby polskich grup przemytniczych w Indiach.

Wszystko przez Teresę

Wtedy

Pierwszy lot jako wieszak i od razu padaczka. A wszystko przez kobietę, przez Teresę.

A było to tak. Wrzucak leciał czterysta dwunastką z Singapuru przez New Delhi do Kalkuty. Sześciu wieszaków, w tym ja z liderem Kwiatkiem na czele, wsiadało na domestik w stolicy. Kwiatek swoją torbę brał z ręki – najprostsze, co mogło być – my nasze odbieraliśmy przy belcie w Kalkucie. Mój bagaż miał być oznaczony czerwoną wstążką.

– Rozpoznajesz swoją torbę, podchodzisz, zdejmujesz ją na podłogę, przykucasz, zasłaniasz ciałem. Odrywasz oznaczenia z Singu, dyskretnie wyrzucasz je daleko od siebie, bierzesz towar na ramię i walisz prosto na zieloną, to znaczy kierujesz się do wyjścia dla osób, które nie mają nic do oclenia. Poznajesz to po napisie na zielonej tablicy: Nothing to declare – tłumaczył mi jeszcze w taksówce na lotnisko Kwiatek. – Jeżeli ktokolwiek w mundurze będzie się do ciebie zbliżał – kontynuował, chociaż mówił mi to już pięć razy – to machasz boardingiem i komunikujesz, bez zatrzymywania się, domestic, only hand luggage. Będę obok na zielonej, idę pierwszy przed tobą… – tłumaczył, a ja czułem, że ktoś się mną opiekuje.

Miałem wykute na blachę nazwę i adres hotelu: The Salvation Army Red Shield Guest House na Sudder Street. Tam się mieliśmy spotkać. Wrzucakiem była Halina Żółtaczka, która nawet nie wychodziła z lotniska, tylko Thai Airways wracała dwie godziny później przez Bangkok do Singapuru, gdzie miała już naszykowane torby na czterysta dziesiątkę. Kwiatek miał zawieźć cały towar do kupca, odebrać rupie, a nazajutrz planowaliśmy odbić samolotem Indian Airlines do stolicy. To były linie lotnicze latające tylko wewnątrz Indii. Odprawy na te samoloty odbywały się na odrębnych terminalach, nie było tam celników. Chcieliśmy zdążyć właśnie na czterysta dziesiątkę i znowu spotkać się z Haliną przy belcie, tym razem w Bombaju. Bo szef grupy, o przezwisku Prezes, chciał koniecznie robić trzy wrzuty tygodniowo. Jego kumpel z Gliwic już wrócił z cegłą do domu i chodził po Kościuszki w chwale milionera, a on nie miał tej cegły jeszcze nawet w połowie. Cegła, jak się później dowiedziałem, to był cel każdego szefa grupy przemytniczej w tym okresie, to po prostu sto tysięcy dolarów w gotówce: dziesięć pakietów, każdy po sto banknotów studolarowych spiętych banderolką. Jej zdobycie to była taka ambicjonalna rywalizacja pomiędzy szanującymi się kumplami. Prezes miał ciśnienie, dlatego ucieszył się, gdy się pojawiłem. Niestety, miał TBR, czyli papiery celne, dla mnie tylko na jedną skrzynkę i to ponoć słabo się kalkulowało. Nie rozumiałem wtedy dokładnie, czym jest TBR, ale nie było czasu dopytywać. Wiedziałem tylko, że dostanę dokument potwierdzający, że legalnie posiadam jeden magnetowid. A w torbie miały być dwa. Założyliśmy, że jakoś to będzie, a gdyby nie, to mam improwizować.

– Co będziesz, Han Solo – ksywa Han Solo? Niech będzie, nawet mi się podoba – latał za stówę? – tłumaczył mi Prezes. – Dam ci dwie skrzynki, znasz angielski, to się jakoś wytłumaczysz w razie czego. Tam wszystko wchodzi jak w masło, nie było obory od czterech tygodni. Co tak patrzysz? Byłeś kiedyś na wsi? W oborze jest gnój, tak? I to nie jest fajne. Obora jest wtedy, gdy nie jest fajnie. Dobra, później załapiesz.

Fakt, niewiele rozumiałem, ale wiedziałem, że dostać za lot sto dolarów a dwieście – to jest różnica.

Przy belcie byłem zdenerwowany. Widziałem kumpli, po kolei podchodzili na dużym luzie, zdejmowali bagaże, zrywali przywieszki, zarzucali pakunek na ramię i odchodzili, udając, że niewiele waży. Wszystkie nasze torby były identyczne, ortalionowe, a w nich po dwie skrzynki – magnetowidy – plus aparaty Konica i filmy fotograficzne luzem. Całość owinięta wełnianym kocem tiger, który też sprzedawaliśmy z przebitką, czyli zarobkiem dwudziestu dolców.

Która moja, gdzie ta pierdzielona wstążka? Patrzę na przesuwające się walizki. Nie widać, pewnie się gdzieś podwinęła. Halina Żółtaczka, uprzedzona, że jest świeżak, rozpoznaje mnie, staje obok, delikatnym ruchem palca pokazuje torbę. Zdejmuję ją, kucam, zrywam drżącymi rękoma oznaczenia, odrzucam je gdzieś pomiędzy wózki. Kwiatek obserwuje mnie z pewnej odległości, kiwa głową, żebym za nim szedł, i rusza krokiem swobodnego turysty na zieloną. Obracam się i wtedy ją zauważam. Teresę. Matkę Teresę ze zgromadzenia Misjonarek Miłości, która kilka metrów ode mnie czeka na swój bagaż. Prawdziwa, żywa Matka Teresa, ostatnio widziałem ją w Polskiej Kronice Filmowej. Zastanawiam się, czy pozdrowić, może fotkę zrobić. Mam przecież w tej torbie aparat. Zaczynam grzebać, myślę, czy zdążę założyć film. Do zakonnicy podchodzą jacyś mundurowi, pozdrawiają z szacunkiem namaste, oferują pomoc, bo to drobna kobieta, a waliza duża. Grzecznościowa konwersacja, ja lampię się na nich. Rozkoszuję się chwilą, oto wylądowałem na lotnisku w Kalkucie, obok mnie stoi Matka Teresa. Czemu jej wcześniej nie zauważyłem? To był jumbo jet, kilkaset osób, pewnie leciała biznesem, chociaż nie, ślubowała ubóstwo, nie wypada.

„No, nic tu po mnie”. Ocknąłem się po dłuższej chwili. „Mam zadanie do wykonania”. Kwiatek zniknął, patrzę, gdzie ta zielona, idę przed siebie. Sam jak palec, w całym długim holu nie ma nikogo, wszyscy pasażerowie wyszli. I oczywiście co? Leci do mnie jakiś Indus w białym mundurze ze złotymi pagonami, wygląda jak oficer wycieczkowca. Zgodnie ze szkoleniem macham boardingiem: domestic, domestic!

– Excuse me, sir – upiera się.

– Only hand luggage. – Próbuję się wymknąć, do wyjścia trzy metry. Niestety, nie wiadomo skąd pojawia się przede mną drugi celnik. Oni zawsze tak mają, zawsze się asekurują.

I spędziłem następne osiem godzin na lotnisku. Pytali, dlaczego mam w torbie dwa magnetowidy, skoro na deklaracji widnieje jeden? Tłumaczyłem, że to kolegi, z którym za kilka dni spotkam się w Delhi, że pojechał w góry na trekking i nie chciał dźwigać elektroniki na plecach. Kazali na coś czekać, więc czekałem. Przychodził kolejny i zadawał podobne pytania, a ja udzielałem podobnych odpowiedzi. Znów kazali czekać, skończyli zmianę, poszli do domów, pojawili się nowi i jeszcze raz to samo, tylko tym razem z krzykiem na mnie. „O co wam chodzi, czemu to jakiś problem? Czy ja wiozę karabin maszynowy? Indie się zawalą?”. Udawałem niewinnego i oburzonego. Te rozmowy wydawały mi się wówczas straszne, ale gdy je później wspominałem, uznałem, że były prowadzone całkiem delikatnie.

Kiedy w końcu celnicy mnie zwolnili i dojechałem do hotelu, koledzy przywitali mnie, jakby zobaczyli umarłego.

– Czemu tak długo, już się baliśmy najgorszego…

– No, walczyłem… Przesłuchiwali mnie na zmiany, improwizowałem. Nie udało się, torba została w depozycie – zakomunikowałem. Nikomu się nie przyznałem, że tak naprawdę to przez Teresę.

– Właśnie, że się udało, mogła być konfiskata – skomentował Kwiatek i mimo późnej pory (w tych sprawach godzina nigdy nie miała znaczenia) poleciał dzwonić do Prezesa. Wrócił z decyzją, że mam lecieć do Katmandu. Wezmę najbliższy lot za granicę Indii, wtedy wydadzą mi depozyt. Z Katmandu mam wrócić lądówką do stolicy.

– Trasę znasz? – upewnił się Kwiatek.

– Autobus, granica, gdzie wypełniam deklarację celną na magnetowidy, następnie kolejny autobus, pociąg i jestem w New Delhi – potwierdzam pewnym głosem.

– Będziesz miał mocnego TBR­-a na dwie skrzynki i będziesz potem latać na maksa – pocieszał mnie Kwiatek, wiedząc, że zanim wrócę, oni zrobią jeszcze dwa wrzuty i zarobią łącznie po sześć stów, a ja w najlepszym razie dwie. – Trzeba ci tylko przygotować pasek, czyli paszport, mało czasu mamy, ale damy radę. Mam klej, suszarkę powinni mieć w hotelu – rzucił na koniec i poszedł na recepcję. Po co mu suszarka? Zastanawiałem się, przecież ma krótkie włosy.

Monsun

Jest 13 października 2018 roku, pierwsze kilometry za mną. Droga prowadzi równolegle do wybrzeża, jakiś kilometr od brzegu. Czuję jeszcze bryzę morską. Trzydzieści stopni, temperatura akurat do marszu. Wokół mnie zieleń tak intensywna, że oczy bolą. To jest Kerala, w tłumaczeniu z malajalam „kraj palm”. Popularny slogan opisuje ten region jako God’s Own Country, czyli dosłownie: „własny kraj Boga”, a bardziej literacko: „osobisty kraj Boga” albo „Boża kraina”.

Teraz, dwa tygodnie po najbardziej intensywnym monsunie od lat, pojawiło się słońce i przyroda wręcz eksploduje żywotnością i radością. Co chwilę się zatrzymuję, aby nagrać na dyktafon swoje wrażenia, zrobić zdjęcia. Lokalsi i tak są mną zainteresowani, bo biali rzadko tu zaglądają, w takich chwilach dziwią się więc podwójnie. Co ten facet z plecakiem widzi w zwykłych drzewach przy drodze? To tak, jakby przez polskie wioski szedł Afrykanin i robił zdjęcia brzozom i topolom. Ale jak tu się nie zatrzymać, nie podziwiać? Jestem w tropikach, to widać i czuć.

Na przykład tutaj. Jaki piękny filodendron wije się wokół palmy kokosowej. A przecież filodendrony żyją w doniczkach… Chwila, moment… zatrzymuję się, podziwiam i kołacze mi w głowie pewne skojarzenie. Korzystam z tego, że dzięki zakupionej lokalnej karcie jestem cały czas online, sprawdzam w necie. Tak, miałem dobrą intuicję. Nazwa rośliny to połączenie dwóch greckich słów: phileo – kocha i dendron – drzewo. Dostrzegam wyraźnie, jak filodendron kocha drzewo, obejmuje je, tuli i żyć bez niego nie może. Gdyby moja mama to widziała, miałbym partnerkę do rozmowy i zachwytów. Wyhodowała w doniczce w mieszkaniu na warszawskich Bielanach takiego – jak mi się wówczas wydawało – ogromnego filodendrona, że skręcony zajmował prawie cały pokój. Moi mali wówczas synowie mówili, że ich to zielone babcine monstrum przeraża.

Odzywa się we mnie dendrolog, moje pierwsze wykształcenie zobowiązuje. Patrzę na wspaniałe okazy roślin tuż przy drodze. Chcę znać nazwy tych wszystkich drzew, pnączy i krzaczorów. Robię więc zdjęcia nie tylko całym roślinom, ale też pojedynczym liściom. Obiecuję sobie, że wieczorem w hotelu będę opisywał botanikę Indii. No dobrze, jak nie dam rady, to zrobię to po powrocie do Polski.

Nawigacja w telefonie sprawdza się doskonale, dodatkowo wszyscy mijani ludzie serdecznie mnie pozdrawiają, pomagają znaleźć drogę, ale nie są namolni. Czuję, że to był dobry plan, tak sobie iść i kontemplować. Samotność mi nie doskwiera – raz, że ją lubię, a dwa, że z wykupioną dużą porcją internetu nawet na indyjskiej prowincji jestem cały czas na sztywnym łączu ze wszystkimi, którzy są dla mnie ważni.

Rozległe kałuże na polach przypominają o deszczach tropikalnych, które tu szalały jeszcze dwa tygodnie temu. Monsun – tak nazywamy to zjawisko pogodowe w porze letniej na subkontynencie.Wiatr wieje wtedy najpierw przez kilka miesięcy w jedną, później w drugą stronę. Padają intensywne deszcze. To wiedziałem wcześniej, z lekcji geografii. Tyle że mnie taki poziom wiedzy nie wystarczał, wręcz irytował. Grzebałem w necie, aż wreszcie zrozumiałem, co wywołuje monsun. Spróbuję wyjaśnić, używając pojęć na poziomie siódmej klasy szkoły podstawowej.

Na subkontynencie indyjskim w kwietniu robi się już bardzo ciepło. Jest to związane z obrotem Ziemi wokół Słońca. W miesiącach wiosennych i letnich półkula północna, na której leżą Indie, jest coraz bardziej pochylona w kierunku Słońca, przyjmuje zatem z każdym dniem coraz większą ilość fotonów światła na jednostkę powierzchni. Dotyczy to zarówno Indii, jak i Polski. Różni nas tylko odległość od równika. W czasie mojego ostatniego pobytu na subkontynencie, 15 kwietnia było trzydzieści dziewięć stopni Celsjusza w cieniu. Pod koniec maja temperatura dochodzi do pięćdziesięciu. Biura podróży i przewodniki odradzają wówczas wyjazdy.

Podobnie ciepło jak na subkontynencie jest też nad Oceanem Indyjskim, to samo słońce operuje przecież nad lądem i wodą. Tyle tylko, że ziemia nagrzewa się mocniej niż woda w oceanie. Powietrze nad lądem jest bardziej rozgrzane niż to nad wodą, a zatem unosi się do góry, a w jego miejsce błyskawicznie wpada też ciepłe – ale o wyraźnie niższej temperaturze – i bardzo wilgotne powietrze znad Oceanu Indyjskiego. To mechanizm podobny jak przy otwarciu okna w zimie: ciepłe powietrze z pokoju wylatuje, a w jego miejsce wchodzi zimne. „Wchodzi”, czyli w przypadku Indii wieje od strony morza w kierunku lądu. W ten sposób powstaje monsun, który zatrzymuje się na paśmie Himalajów. Para wodna niesiona znad oceanu skrapla się i powstają intensywne deszcze. We wrześniu, ponownie w wyniku obrotu Ziemi wokół Słońca, półkula północna stopniowo odchyla się od naszej gwiazdy, mniej fotonów światła pada na jednostkę powierzchni i sytuacja się odwraca. Bo, jak wiadomo, woda ogrzewa się wolniej niż ląd, ale też wolniej oddaje ciepło. Powietrze nad oceanem staje się więc cieplejsze niż to nad subkontynentem. Unosi się do góry, a w jego miejsce napływa chłodniejsze powietrze znad Indii. Kierunek wiatru się odwraca. Nadchodzi pora sucha, która trwa aż do czerwca następnego roku.

Tę niesamowitą regularność zjawisk pogodowych ludzie wykorzystywali przynajmniej od VII wieku do podróży morskich. Rejsy pomiędzy regionami Zatoki Perskiej i wybrzeża Suahili w Afryce a Indiami były bardzo łatwe. Wystarczyły proste łodzie z żaglem, zwane dow, załadowane towarem w Afryce. Gdy ruszał monsun letni, po prostu musiały mu się poddać, a on, nie zmieniając kierunku, pchał je prosto na wybrzeże Indii. Następnie należało poczekać kilka miesięcy, aż wiatr się odwróci, i ruszyć w drogę powrotną. Vasco da Gama, opływając Afrykę, jeszcze tego nie wiedział. Dopiero na wybrzeżu kontynentu spotkał żeglarzy arabskich, którzy na własną zgubę powiedzieli mu o tym rozwiązaniu i jeszcze dali przewodnika.

TBR

Wtedy

To był patent! Słynne wśród przewalaczy wrzuty na TBR­-a. To miał na myśli pierwszego wieczoru Kwiatek. gdy wspomniał o sposobie na dociekliwych celników. Dzięki tej metodzie przewaliliśmy do Indii tysiące sztuk elektroniki. Kiedyś liczyłem, wychodziło mi – z grup, które znałem, a znałem większość – jakieś dwa kontenery sprzętu miesięcznie.

Formularz TBR to Tourist Baggage Re­-Export Form. Każdy, kto przywoził jakąkolwiek elektronikę użytkową, chociażby aparat fotograficzny czy kamerę, powinien był zgłosić to na granicy. Polak, Niemiec, Kanadyjczyk – obojętne. Wielokrotnie przypominał o tym obowiązku personel pokładowy samolotów lądujących w Indiach. Celnicy – jak typowi urzędnicy na całym świecie – uważali, że mogą kontrolować wszystko. Każdy musiał deklarować przywóz, a gdyby tego nie zrobił, można mu było skonfiskować sprzęt lub w najlepszym razie zatrzymać go w depozycie i wydać dopiero przy wylocie. Celnikom dawało się wypełniony formularz z numerami seryjnymi kamer czy magnetowidów. Podpisami, pieczątkami potwierdzali ważność takiego dokumentu i dodatkowo brutalnie, odręcznie długopisem, wpisywali w paszporcie na przykład: TBR Customs New Delhi Indira Gandhi Airport 20 X 1986, znów pieczątka i podpis – całość notatki na pół strony. Przy wylocie kolejni urzędnicy przeglądali paszport i widząc wpis TBR, żądali okazania formularza deklaracji celnej, który wypełniało się, przyjeżdżając do Indii, i który obowiązkowo trzeba było mieć przy wyjeździe. Sprawdzali numery sprzętu. Wydawało im się, że w ten prosty sposób opanują kontrabandę. Na szczęście nie ma takiego zamka, którego nie można otworzyć. „Polak potrafi” – to był slogan jeszcze z epoki Gierka.

Nie wiem, kto i kiedy na to wpadł, ale moi nowi znajomi naprawdę zaimponowali mi kreatywnością. Klejowanie pasków było dla mnie największym zaskoczeniem w pierwszych dniach, a był to niezbędny element systemu przewałów na TBR­-y.

 – Zaimpregnujemy ci każdą stronę paszportu za pomocą pędzelka specjalnym klejem – tłumaczył mi Kwiatek, gdy wrócił już z suszarką do pokoju tamtej nocy w Kalkucie – wysuszymy i wtedy każdy wpis i każdą pieczątkę, która znajdzie się na tak przygotowanych kartkach, będzie można za pomocą odrobiny wody i patyczków do uszu usunąć w ciągu paru minut.

Gdy pojawiłem się w Indiach, był to powszechny proceder, wszyscy przewalacze korzystali z tej metody.

Oczywiście strony zmieniały wygląd, stawały się trochę bardziej błyszczące, ale przecież żaden celnik nie zna na pamięć faktury wszystkich paszportów świata.

Z tak przygotowanym dokumentem pojechałem potem na lotnisko. Odprawiłem się do Katmandu odpowiednio wcześniej, bo biurokracja przy wydawaniu depozytu zabierała czas. Formalności poszły gładko i wyleciałem ze swoją elektroniką. Po wylądowaniu w Nepalu zgłosiłem to do kastomsów, ale celnicy machnęli ręką. Piękną, egzotyczną, niebezpieczną górską trasą udałem się nocnym autobusem w kierunku granicy nepalsko­-indyjskiej. Wariantów przejazdu było kilka, ale wszystkie łączyło jedno: w miejscowości granicznej trudno było zlokalizować granicę. To była po prostu ruchliwa ulica, bez wyraźnego zaznaczenia gdzie kończy się Nepal, a gdzie zaczynają Indie. Gdzieś z boku, w kantorkach, siedzieli wojskowi i celnicy, zarówno nepalscy, jak i indyjscy. Trzeba było ich odszukać i poprosić o obsługę.

Przez ulicę tymczasem przewalały się w obie strony tłumy lokalsów bez żadnej kontroli, pewnie to była jakaś forma małego ruchu granicznego. Jeśli ktoś chciał, to mógł taką granicę, niespecjalnie nawet kombinując, przekroczyć bez sprawdzania. Mnie jednak nie o to chodziło. Prezes chciał, żebym wrócił do Delhi z wpisanym TBR­-em. Po to Kwiatek klejował mój paszport. To było moje zadanie na ten dzień, to miało mi zapewnić spokojną pracę przez następne tygodnie.

Wszystko odbyło się zgodnie z planem. Celnicy siedzieli na swoich krzesełkach w otwartym na ulicę biurze, niewiele różniącym się od okolicznych prymitywnych knajpek. Całą sylwetką okazywali swoją pozycję społeczną. Po pierwsze, wszyscy mieli wyraźne brzuszki, co nawet dzisiaj w Indiach jest oznaką wysokiego statusu, a po drugie niespecjalnie przejmowali się swoimi obowiązkami. Musiałem ich wręcz prosić, żeby dali mi druk deklaracji. Dopiero kiedy wyjąłem z torby magnetowidy i położyłem na stole, zrobili mi wpis w paszporcie. Czułem się przy tym trochę nieswojo, bo wokół było mnóstwo gapiów, jak wszędzie w Indiach, a wartość zestawu była ogromna dla biedaków z tego pogranicza.

Po odprawie wsiadłem do autobusu, który zadziwił mnie drewnianymi ławkami obitymi skajem, ale bez żadnej gąbki. Jechalismy sześć godzin do Gorakhpuru, asfaltowa droga była wąziutka i dziurawa jak ser szwajcarski, a autobus chyba nie miał amortyzatorów. Pamiętam to jako ciągłe twarde podskakiwanie i opadanie na drewniane ławki. Tyłek z każdą godziną bolał coraz bardziej, ale pocieszałem się, że przynajmniej sprzęt jest bezpieczny dzięki kocom tiger.

W Gorakhpurze wsiadłem do pociągu i po osiemnastu godzinach dotarłem szczęśliwy do New Delhi. Byłem zmęczony fizycznie, ale miałem poczucie dobrze wykonanej roboty: przemyciłem swoje pierwsze dwa magnetowidy do Indii. „Teraz już pójdzie gładko” – myślałem.

 – Dobra, w końcu jesteś, jutro lecisz do Bombki – zakomunikował Prezes, gdy mnie zobaczył w hotelu. Dobrze, że zaplanował dla mnie chociaż jedną noc normalnego snu w hotelowym łóżku, bo mój organizm – mimo że młody – domagał się regeneracji. Prysznic, królestwo za prysznic.

Poleciałem do Bombki z formularzem TBR w kieszeni i wpisem w paszporcie, na belcie odebrałem swoją torbę. Były tam dwie skrzynki tego samego modelu i z numerami seryjnymi takimi jak te wpisane w deklaracji. Teraz, gdyby mój komunikat domestic, domestic nie zadziałał, mogłem pokazać formularz: „O proszę, trzy dni temu ze sprzętem przyjechałem z Nepalu, teraz podróżuję z nim po Indiach, następnie wracam do Europy, może pan, oficerze, sprawdzić numery seryjne…”. Chłop sprawdziłby, zobaczył, że się zgadzają, musiałby mnie puścić.

Jak to możliwe, że numery seryjne umieszczone na sprzęcie zgadzały się z deklaracją? To było już zadanie wrzucaka, który przygotowywał torby w Singu. Musiał po prostu zmienić numery na skrzynkach na takie, które wieszak miał na swoim TBR­-ze. Razem z magnetowidami i kamerami dostawaliśmy wtedy ze sklepów stickery – naklejki – bez numerów seryjnych, rodzaj in blanco. Usuwaliśmy ze sprzętu fabryczne oznaczenia, łatwo odchodziły. Potem w ich miejsce umieszczaliśmy nowe, wcześniej przygotowane stickery z odpowiednimi numerami, które tworzyliśmy ze zwykłego zestawu literek i cyferek dostępnych w każdym sklepie papierniczym. Taki przygotowany sticker był jeszcze przed umieszczeniem na magnetowidzie spryskiwany lakierem do włosów, żeby pod palcem celnika numer seryjny się nie rozjeżdżał. Wszystko musiało się zgadzać, odpowiedzialność była duża. Oprócz zmiany numerów seryjnych wrzucak po przylocie do Singu wymieniał walutę przywiezioną z Indii na dolary singapurskie, zamawiał i odbierał towar, uważnie pakował torby, żeby przy belcie każdy wieszak odebrał zestaw sprzętu ze swoimi numerami. I to wszystko w dwa dni, a czasem w jeden. Nie można było tego robić po pijaku czy na kacu.

Trąbka

Wtedy

Nazwy miast i sprzętu przekręcaliśmy świadomie, tak żeby ktoś mimochodem podsłuchujący nie domyślił się, o czym mówimy. Po polsku i po angielsku wiele określeń brzmi podobnie, a zestawione razem potrafią wyjawić bardzo wiele. Na przykład:

„Zawieziesz te kamery do Madrasu, lecąc IndianAirlines. Zostawisz, następnie polecisz do Singapuru, kupisz tam kamerę, dwa magnetowidy i wrócisz AirIndia lot czterysta dwanaście przez Bangkok do New Delhi”.

Ten sam tekst naszym slangiem leciał, jak następuje:

„Zawieziesz te trąbki do Madrytu lokalną linią, zostawisz, następnie polecisz do Skierniewic, kupisz tam trąbkę i dwie skrzynki i wrócisz czterysta dwunastką przez Bydgoszcz do stolicy”.

Czegoś takiego nawet Polak nie zrozumie. Przy czym nikt tego slangu nie budował, nie zapisywał, nie nauczał. To rozwinęło się w naturalny sposób, słowo po słowie.

Trzecia płeć

Występując o wizę indyjską, jesteśmy pytani o płeć (Select gender) i uwaga, mamy trzy opcje wyboru:

MALE – mężczyzna

FEMALE – kobieta

TRANSGENDER – transgender

Hallo, skupcie się, czy kiedyś gdzieś widzieliście formularz zawierający do wyboru więcej niż dwie opcje płci?

Indie są jednym z niewielu krajów formalnie akceptującym w sprawach płci inny wybór niż mężczyzna lub kobieta. Można być się gdzieś pomiędzy albo poza tym podziałem i sami o tym decydujemy. Po prostu część ludzi nie czuje się komfortowo w prostym zero-jedynkowym podziale na mężczyzn i kobiety.

Prawnie jest to możliwe od 2014 roku, kiedy Sąd Najwyższy przyznał, że określenie własnej płci kulturowej – czyli genderu – należy do praw człowieka. Nakazał przy tym rządowi uwzględnienie społeczności transpłciowej, czyli około 2–6 milionów osób, w ramach akcji afirmatywnej. Indyjska konstytucja gwarantuje przedstawicielom najniższych kast, plemiennych Adivasich oraz innym oficjalnie uznanym grupom dyskryminowanym zarezerwowane miejsca pracy oraz na uniwersytetach.

Osoby transpłciowe w Indiach najczęściej identyfikują się jako Hidżra. Przez wieki cieszyły się szacunkiem, wiele z nich zajmowało prominentne stanowiska w epoce Mogołów, a wzmianki o nich znaleźć można nawet w Mahabharacie. Jak to się stało, że dziś wymagają tej samej ochrony, co najniższe kasty?

Historia ich dyskryminacji zaczyna się w XIX wieku, od kolonialnego Criminal Tribes Act z 1871 roku, który hurtem uznał wszystkie Hidżra za „przestępców”, „uzależnionych” od popełniania zbrodni. Choć ustawa ta została zniesiona po odzyskaniu niepodległości, uprzedzenia pozostały.

Aeroflot

Wtedy

Przewały w Indiach zaczęły się od polskich himalaistów, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Musieli jakoś zarobić na swoje wyprawy. Kluby górskie nie miały możliwości, by kilkudziesięciu osobom rocznie zapewnić tak poważne ilości dewiz, jak nazywano wówczas każdą wymienialną walutę. A jeśli już się wyjeżdżało w tamtych czasach poza granice PRL­-u, to po powrocie każdy znajomy pytał: „Ile przywiozłeś? Ile na tym zarobiłeś? Ooo, grubo jedziesz”. Taki był klimat, nazwijmy to, turystyczno­-biznesowy.

Wyjazd musiał się przynajmniej zwrócić. Czysta turystyka była nierealna. Albo handlowałeś gdzieś po świecie, albo pracowałeś na czarno, na budowie, na zmywaku czy przy zbiorach. Wszelkie opowieści z tamtych lat typu „Wziąłem z domu 100 dolarów i objechałem świat” musiały zawierać któryś z tych elementów.

Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych można było jeszcze w Polsce kupić – po znajomości, ale jednak – elektronikę użytkową: radiomagnetofony Grundig o świetnym dizajnie, radzieckie aparaty fotograficzne Zenit, zegarki elektroniczne, nawet wiatraczki pokojowe. Wszystko to dawało w Indiach przynajmniej kilkukrotne przebicie. Wspinacze zawsze mieli dużo bagażu, elektronikę przywozili teoretycznie na prezenty. Przechodzili kontrole bez perturbacji. Celnicy himalaistów traktowali jak trochę jak sadhu – świętych mężów, co z własnej woli narażają się na niewygody. Takim ludziom w Indiach oddaje się szacunek.

To oni prawdopodobnie jako pierwsi zaczęli wykorzystywać bilety Aeroflotu do Singapuru. Bilet radzieckiej linii lotniczej na trasie Warszawa–Moskwa–Taszkient–New Delhi–Singapur i z powrotem kupiony w Polsce kosztował 150 dolarów. Po wylądowaniu w Indiach himalaiści jechali na wyprawę. Po jej zakończeniu lecieli do Singapuru po kamerę, na której w Indiach było 500–700 dolarów przebitki. Jedna dodatkowa trąbka na granicy w tym czasie nie była problemem, a pozwalała sfinansować część kosztów wyprawy.

Pewnie po powrocie bez specjalnych intencji powiedzieli o tym patencie kilku osobom, które powtórzyły to innym. Zaczęły krążyć historie o dużym, egzotycznym kraju, gdzie każdą elektronikę można sprzedać i łatwo o zarobek. W wielu miastach tworzono Towarzystwa Przyjaźni Polsko­-Nepalskiej czy Polsko­-Indyjskiej. W PRL­-u, żeby otrzymać paszport, trzeba było mieć zaproszenie od mieszkańca kraju, do którego się jechało. Towarzystwa Przyjaźni były w pierwszym okresie przewałów użyteczną platformą – organizowały „wyprawy”, które owszem, na swój sposób były wyprawami, ale po duże i szybkie pieniądze. Większość takich imprez z turystyką nie miała nic wspólnego. Ich uczestnicy mieli jednak prawo wyjechać do Indii bez zaproszenia. Później, gdy przybywało grup, które stale działały na subkontynencie, przestało to być istotne, bo odbiorcy naszych towarów podpisywali zaproszenia nawet in blanco dla kolejnych kolegów w kraju.

Gdzieś w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych kilku studentów z „wypraw handlowych” stwierdziło, że to trochę bez sensu wracać do Polski po kolejną porcję z trudem wyszarpanej i jednak o niskiej wartości elektroniki, jeżeli po pięciu godzinach lotu można się znaleźć w Singapurze, mieście­-państwie pełnym centrów handlowych wypełnionych najnowszym sprzętem w najlepszych na świecie cenach. Państwie, w którym w dodatku wizę dawano bezpłatnie na lotnisku na czternaście dni. Tylko kupować, lecieć i sprzedawać. Początkowo na trasie Delhi–Singapur wykorzystywano bilety Aeroflotu. Potrzebne informacje i kontakty pojawiały się krok po kroku, technikę przewałów udoskonalano metodą prób i błędów.

Himalaistom też przestała wystarczać sprzedaż towarów z Polski czy nawet jednorazowy lot do Singu na bilecie kupionym w kraju. Zdarzało się, że po zakończonej wyprawie zostawali w Delhi na dwa, trzy miesiące, żeby dorobić jako wieszaki bądź wrzucaki w jednej z grup. Poznałem kilkoro z nich. Sprawdzali się w tej robocie, po powrocie z lodowców mieli mocno przesunięty próg bojaźni. Z oczywistych powodów były to osoby o odwadze dużo większej niż przeciętna, a w naszej robocie nie brakowało momentów, kiedy ludzie prawie dosłownie robili w gacie ze strachu. Krążyły straszne opowieści o tym, w jakim stanie biały wychodzi z indyjskiego więzienia – jeśli w ogóle wychodzi. Wystarczyło spojrzeć na indyjską ulicę, pełną biedaków z jedną koszulą i okaleczonych żebraków, by wyobrazić sobie, jak może wyglądać długi pobyt z nimi w zamknięciu, na ciasnej przestrzeni. Pocieszaliśmy się, że za elektronikę nie zamykają, ale strach był.

Jezus żył w Indiach

Jezus żył w Indiach – mówi zdecydowanym głosem Regina, studentka ze Szwecji. Poznaliśmy się przed chwilą w jadłodajni, trudno się nie zgadać, gdy prawdopodobnie jesteśmy jedynymi białymi w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Siedzimy teraz i patrzymy na niekończący się tłum ludzi, który przewala się jezdnią przed naszymi oczami. Idą obok samochodów, bo chodniki są zajęte przez handlarzy i drobne usługi, jak wszędzie w tym kraju.

Na początku znajomości z westami, jak nazywam turystów z Zachodu, zwykle dla rozpoznania zadaję pytanie otwierające: „Co cię najbardziej zaskoczyło w Indiach?”. Teraz słucham i oczy mi się szeroko otwierają ze zdumienia. Historia jest tak nieprawdopodobna, tak cudowna w swojej egzotyce, że aż chciałoby się, żeby była prawdziwa. A może jest?

W Nowym Testamencie zostało opisane życie Chrystusa. Najpierw mamy narodzenie, wszyscy to wiemy i co roku świętujemy. Potem pojawia się epizod w świątyni z dwunastego roku jego życia, a o następnych latach nie wiemy nic. Gdzie Chrystus był i jakie zbierał doświadczenia, gdy miał szesnaście lat? Co robił jako dwudziestolatek? Nie naucza o tym okresie Kościół, nie ma też żadnej wzmianki w Ewangeliach. Chrystus pojawia się jako doświadczony mówca i prorok dopiero w wieku trzydziestu lat. A gdzie spędził osiemnaście lat życia, po tym, jak nauczał w Świątyni Jerozolimskiej?

Czemu nic o tym nie wiemy?

Regina, patrząc na mnie, zaznacza, że nie chce nikogo urazić, ale opowiada tę historię na podstawie kilku książek, które przeczytała po powrocie rok temu ze Śrinagaru, gdzie znajduje się rzekomy grób Chrystusa. Mówi, że nie jest wierząca, więc traktuje Jezusa jako postać historyczną, człowieka, który żył i nauczał w tamtych latach i który wywarł ogromny wpływ na dzieje części świata.

– Luz – zgadzam się. – Kontynuuj, to ciekawe.

Lubię słuchać ludzi mających zajawkę na jakimś punkcie, a Regina wydaje się poważnie wkręcona w żywot Jezusa. Prowadzenie takich rozważań w tym miejscu, praktycznie bezpośrednio na ulicy prowincjonalnego miasta w Kerali, gdzie od tysięcy lat mieszają się najstarsze religie i kultury świata, wydaje mi się smakowite.

Jezus jako dwunastolatek był bardzo bystry, inteligentny. Ten zaradny, mądry chłopak nagle znika na osiemnaście lat i pojawia się jako dojrzały mężczyzna, filozof, prorok. Gdzie przebywał w okresie najbardziej istotnym dla rozwoju każdego człowieka?

Pewien Rosjanin polskiego pochodzenia, Nikołaj Notowicz, pod koniec XIX wieku, w czasie swoich podróży po Tybecie w jednym z klasztorów buddyjskich natknął się na nieprawdopodobną historię. Otóż według manuskryptów, które mu udostępniono, Jezus jako nastolatek przywędrował wraz z kupcami drogą przez Persję i Afganistan do północnych Indii. W tym czasie między Jerozolimą a Indiami stale kursowały karawany kupców, których szlak wiódł między innymi przez Nazaret, gdzie przecież dorastał Chrystus.

W klasztorach północnych Indii studiował buddyzm i przekraczał kolejne progi wtajemniczenia. Czytał też w sanskrycie stare księgi hinduistyczne. Pamiętajmy, że buddyzm powstał pięć wieków przed narodzeniem Chrystusa i na początku naszej ery był już bardzo rozwiniętym systemem.

Znany jako Issa, Chrystus wędrował wzdłuż północnych Indii i głosił swoją prawdę, że ludzie są sobie równi. Był utalentowanym oratorem i zarażał wiarą w to, o czym mówił. Buddyści bardzo go szanowali, ale wszedł w konflikt z braminami, najważniejszą grupą społeczną w hinduskim systemie kastowym. Wbrew ich zakazom kontaktował się z „podle” urodzonymi, niedotykalnymi. Nauczał ich o Bogu, który nie uznaje różnic i jest jeden dla wszystkich ludzi, niezależnie od ich pochodzenia. Szedł wzdłuż świętej rzeki Ganges i krzepił ludzkie serca pogodą i życzliwością. Nazywano go „Issa Wędrowiec”. To wszystko zostało opisane w wielu manuskryptach, które zebrano z różnych miejsc.

– Kocham Jezusa – oświadcza Regina z egzaltacją nawiedzonej westmanki. – Nie wierzę, że był Bogiem, ale jestem przekonana, że to był wspaniały gość. Dlatego go kocham.

Po skończeniu dwudziestu sześciu lat Chrystus ruszył z powrotem do Jerozolimy najkrótszą znaną drogą przez Afganistan i Persję.

– Są też teorie, że został zdjęty z krzyża żywy, tylko odurzony i nieprzytomny – dodaje Regina. – Opuścił Jerozolimę i wrócił do Indii, gdzie w jednym z klasztorów dokonał żywota. Ale ten grób w Śrinagarze to bzdura, legenda. Ktoś tam leży, ale raczej nie Jezus.

Ale jazda. Nie czuję się kompetentny jako religioznawca, ale kilka rzeczy mi pasuje. Chrystus głosił: „Jestem Bogiem”. A hinduizm i wywodzący się z niego buddyzm mówią, że każdy z nas jest Bogiem.

Tygodnik „Polityka”

Wtedy

Każdy z nas pamięta pewnie takie decyzje, które zmieniły trajektorię jego losu. Moje życie byłoby inne, gdyby wtedy, w październiku 1987 roku, zabrakło mi śmiałości.

„Podejść, nie podejść?” – zastanawiałem się od kilkunastu minut, jak młody mężczyzna na widok pięknej dziewczyny, która czeka na przystanku i za chwilę zniknie w nadjeżdżającym autobusie.

Siedziałem w Niruli, pizzerii na centralnym placu New Delhi, gdzie chciałem zjeść coś europejskiego. Słuchałem prowadzonej swobodnie przy sąsiednim stoliku rozmowy w moim ojczystym języku, z którym nie miałem kontaktu od wyjazdu z Londynu, czyli od sześciu tygodni. „Nie znam ich, wyprą się tematu i mnie wyśmieją. «O co panu chodzi?», spytają. Ale właściwie co ryzykuję? Ewidentnie to są ci goście, o których wiosną 1987 roku był artykuł w «Polityce» i których szukam, plącząc się samotnie po Azji Południowo­-Wschodniej” – myślałem.

Jeden z nich był krótko obciętym brunetem z pryszczami i kwaśną miną chyba na stałe przyklejoną do twarzy. Drugi to średniego wzrostu blondyn w rogowych okularach, ostrzyżony na jeża, elegancko ubrany. Wyglądał trochę jak gość z pięciogwiazdkowego hotelu.

Moja droga do przewałów była trochę nietypowa. Większość ludzi trafiała tu przez znajomych lub znajomych znajomych, niejako zrekrutowana w Polsce. Wiedzieli, po co i do kogo lecą, ile mogą zarobić. Część to byli członkowie tzw. cotton club, którzy przylecieli po kratkę – jak nazywano popularne w tym czasie w Polsce garsonki i koszule o tym wzorze – czy po jedwabne chusty. Kupowali ciuchy na handel w kraju. Przyjechali na tydzień lub dwa, a zdecydowali się zostać na kilka miesięcy. Wśród przewalaczy było też kilku orientalistów na praktykach.

Ja dotarłem do Indii okrężną drogą przez Londyn, do którego wyjechałem tuż po studiach, wykupując trzydniową wycieczkę w państwowym biurze podróży Orbis. Po dwóch dniach powiedziałem przewodnikowi, zgodnie z wcześniejszym planem, że nie wracam, zostaję w Anglii. Upewnił się, że znam konsekwencje takiego zabronionego czynu: że gdybym w końcu wrócił, to przez pięć lat nie otrzymam paszportu. Wiedziałem o takim prawie tak samo dobrze jak o tym, że czeka na mnie w domu powołanie do wojska. Problemem był nie tylko rok obowiązkowej służby, ale i to, że po jej ukończeniu miałbym roczny zakaz wyjazdów z kraju ze względu na ochronę tajemnicy wojskowej. W dodatku Londyn wydał mi się tak kolorowy, tak inny od tego, co znałem, że miałem w nosie wszelkie konsekwencje, szczególnie te za kilka lat.

Oczywiście nie było żadnej możliwości, żebym otrzymał pozwolenie na pracę. Jak wielu podobnych do mnie studentów zza żelaznej kurtyny, robiłem na czarno. Na początku dostawałem najniższą stawkę: przez pierwsze miesiące dwa funty na godzinę. Pracowałem pięć dni w tygodniu po dziesięć godzin, a w sobotę sześć. Moja tygodniówka wynosiła więc sto dwanaście funtów. Za pokój płaciłem dwadzieścia tygodniowo, do tego bilet, jedzenie. Pamiętam, że nawet w tym początkowym okresie udawało mi się coś odłożyć, czasem aż pięćdziesiąt funtów tygodniowo. Byłem zadowolony, bo przecież średnia miesięczna pensja w Polsce nie przekraczała równowartości dwudziestu funtów.

Przyjaciel z Polski, którego czasem prosiłem o gazety z kraju, wiosną 1987 roku przysłał mi tygodnik „Polityka”. Trafiłem w nim na artykuł o polskich przemytnikach w Indiach.

Siedziałem na budowie gdzieś w południowym Londynie i nie mogłem przestać o tym myśleć. Ja tu oszczędzam na wszystkim, a tam goście sobie latają, w dobrych hotelach mieszkają i obracają dziesiątkami tysięcy dolarów! Jak tam dotrzeć? Jak ich znaleźć? Czy przyjmą mnie do siebie, nie oszukają? Takie myśli nie dawały mi spokoju przez następne miesiące.

Codziennie czekałem, aż przeleci nade mną concorde, który miał tu trasę zejścia do lotniska Heathrow i regularnie o szóstej po południu ogłaszał koniec mojej harówy. Biegłem wtedy do centrum, do księgarni dla podróżników. Nie chciałem wydawać kasy na książki. Siedziałem aż do zamknięcia, czytałem i robiłem notatki. Miałem wtedy dwadzieścia sześć lat.

Nie wiedziałem nawet, czy mogę tak po prostu polecieć z Anglii do Indii. Czy mój paszport na to pozwala? Przecież w urzędzie paszportowym, składając wniosek o wydanie dokumentu, zadeklarowałem, że jadę do Anglii. Chcąc udać się do innego kraju, powinienem najpierw to zgłosić w polskiej amabasadzie i dostać zgodę. „Może spytają mnie o tę zgodę w ambasadzie Indii, kiedy pójdę po wizę?”– zastanawiałem się. Jak się okazało, nikogo to nie interesowało. Paszport PRL­-u był na świecie traktowany jak każdy inny, po prostu dokument z datą ważności. „No dobrze, ale czy dadzą mi wizę? Przecież nie mam zaproszenia” – kombinowałem dalej. Okazało się, że to też mieli w nosie. „Jakoś dziwnie wszystko wolno w tym zachodnim świecie” – uśmiechałem się w duchu. Sprawdziłem ceny biletów, moje oszczędności wystarczyłyby. Przez kolejne miesiące pracowałem jeszcze więcej, mądrzej dobierałem pracodawców i zlecenia. Dzięki temu powiększałem swój kapitalik. Ostatecznie wyleciałem w październiku 1987 roku, mając bilet z kilkoma przesiadkami i wizę do Australii. No i – last but not least – dwa tysiące funtów oszczędności w kieszeni.

Cały mój plan opierał się właśnie na tej wizie do Australii, którą otrzymałem fuksem w ambasadzie w Londynie. To był mój patent. Wymyśliłem go, gdy wcześniej starałem się o kolejne przedłużenie wizy brytyjskiej. Na konto dewizowe moich rodziców w PKO wysłałem 1500 funtów, potem poprosiłem o odesłanie. Przelewy w obie strony szły w sumie trzy miesiące, ale to nie miało znaczenia. Zaniosłem do urzędu imigracyjnego wniosek o przedłużenie wizy z uzasadnieniem, że uczę się angielskiego, a utrzymują mnie rodzice. Jako załącznik dodałem potwierdzenie drugiego przelewu. Wizę przedłużyli. Dumny z wynalazku pomyślałem, że może Australijczycy też się na to nabiorą. Złożyłem wniosek, uzasadniając, że uczę się angielskiego w Londynie, ale teraz chciałbym się pouczyć w Melbourne, a utrzymują mnie rodzice. Dołączyłem potwierdzenie z banku. Po kilku tygodniach wizę otrzymałem, czym wzbudziłem sporą sensację wśród znajomych w Londynie.

Ta wiza była dla mnie o tyle ważna, że nie mogłem wrócić do Polski, a nie miałem pewności, że w liczącym wtedy dziesięć milionów mieszkańców New Delhi bez żadnych namiarów znajdę polskich przemytników. Zakładałem, że poplączę się kilka tygodni samotnie po Azji i jeżeli nie nawiążę odpowiednich kontaktów, to po prostu polecę do Melbourne i tam osiądę, prawdopodobnie znów pracując na czarno.

Większość moich kolegów w Londynie pukała się w głowę. „Poleciałbyś do Berlina Zachodniego, kupił furę i jak gościu wrócił do kraju. Za tę kasę będziesz żyć jak król”. Inni mówili: „Weź fikcyjny ślub, najlepiej z Irlandką, trzy tysiące funtów to kosztuje, od razu dostajesz stały pobyt i pozwolenie na pracę, a po trzech latach paszport irlandzki z takimi samymi prawami w UK jak Anglicy”.

Nie, koledzy, mnie ciągnęły w dal książki podróżnicze. „Być jak Arkady Fiedler” – marzyłem.

I wtedy, w Indiach, słuchałem rozmowy i pomyślałem: do odważnych świat należy. Wstałem od stolika i podszedłem do nich, do Smutnego i Chirurga. Jak się później okazało, prawej ręki i wspólnika Prezesa. Zdziwili się, gdy zagadałem do nich po polsku, ale nie byli speszeni.

– Aha, nie rozpoznaliśmy krajana, bo przyleciałeś po roku pobytu w Londynie. Nie masz na sobie ani jednej rzeczy z Polski, to nas zmyliło. Co tu porabiasz? – Wcale nie zamierzali mnie zbyć!

W tamtych latach Polaków na świecie można było po ubraniu rozpoznać w tłumie z odległości nawet pięćdziesięciu metrów. Byliśmy Europejczykami, ale wschodnimi.

Tego dnia miałem na sobie dosyć przypadkowe rzeczy z niewielkiego zapasu, jaki wziąłem w podróż. Jasnoniebieskie, brudne już dżinsy, kiedyś białe adidasy i T­-shirt z moją ulubioną postacią z Gwiezdnych wojen, granym przez Harrisona Forda międzygalaktycznym przemytnikiem Hanem Solo.

Chińczycy

Jest wiele takich momentów w historii świata, gdy wszystko mogło potoczyć się inaczej.

Tyle że w tym przypadku, gdyby cesarz Chin nie kazał zniszczyć swojej wielkiej floty sześćset lat temu, ja nie miałbym dzisiaj co opisywać. Po prostu nie byłoby polskich przemytników w Indiach.

Plaża, na której wylądował Portugalczyk Vasco da Gama, znajduje się w miejscowości Kozhikode, dawniej Kalikat, jakieś dwieście kilometrów na północ od dużo bardziej popularnego wśród podróżników Koczinu. To miejsce znane jest nie tylko z tego, że w 1498 roku dopłynął tam pierwszy Europejczyk. Kalikat przez setki lat był również głównym portem na subkontynencie dla chińskich statków skarbowych. Kontakty handlowe między krajami były regularne i przyjazne. Gdy ogląda się stare chińskie mapy, łatwo zauważyć, że w całej Azji Południowej liczą się dwa porty: Malakka na Półwyspie Malajskim, nad cieśniną o tej samej nazwie, na północ od dzisiejszego Singapuru, i Kalikat na południu Indii, nad Morzem Arabskim.