Spowiednik - Daniel Silva - ebook

Spowiednik ebook

Daniel Silva

0,0

Opis

[PK]

 

Po raz kolejny Gabriel Allon, konserwator sztuki i agent izraelskiego wywiadu, wkracza do akcji. Tym razem próbuje rozwikłać zagadkę morderstwa swojego przyjaciela, pisarza Benjamina Sterna. Okazuje się, że książka, nad którą pracował zamordowany, miała udzielić odpowiedzi na niebezpieczne pytania: Czym zajmuje się tajna watykańska organizacja Crux Vera? Na czym polegała jej działalność w 1942 roku? Czyżby Watykan zawarł z Hitlerem pakt dotyczący Zagłady Żydów? Podążajàc tropem tajemnic z przeszłości Allon odkryje prawdę o spisku zagrażającym życiu samego papieża. 

 

Cykl: Gabriel Allon, t. 3 

 

ISBN 83-7319-655-2

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Biblioteka Publiczna w Stęszewie
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Słupcy

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 418

Rok wydania: 2005

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



DANIEL SILVA

SPOWIEDNIK

przełożył

JĘDRZEJ BURAKIEWICZ

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Tytuł oryginału: The Confessor Projekt okładki: Wojciech Markiewicz Redakcja: Stanisława Staszkieł Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz Korekta: Maria Nowakowska

© 2003 by Daniel Silva. All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2005 © for the Polish translation by Jędrzej Burakiewicz

ISBN 83-7319-655-2

Warszawskie Wydawnictwo. Literackie MUZA SA Warszawa 2005

Il restauratore Davidowi Bullowi i, jak zawsze, mojej żonie Jamie oraz moim dzieciom Lily i Nicolasowi

Roma locuta est; causa jinita est Rzym orzekł, sprawa skończona św. Augustyn

Część pierwsza

Kamienica w Monachium

1

Monachium

Kamienica przy Adalbertstrasse 68, położona w modnej dzielnicy Schwabing, była jedną z ostatnich niezaanektowanych jeszcze przez coraz liczniejszą hałaśliwą monachijską bohemę. Wciśnięta pomiędzy dwa pełne uroku przedwojenne budynki z czerwonej cegły wyglądała na ich brzydszą siostrę. Była niska i przysadzista, z fasadą pokrytą popękanym beżowym tynkiem. Zamieszkująca ją społeczność składała się ze studentów, artystów, anarchistów i zdeklarowanych punkrockersów; władzę nad nimi sprawowała despotyczna Frau Ratzinger, która, jak wieść niosła, mieszkała w stojącym tu poprzednio budynku, nim aliancka bomba zrównała go z ziemią. Co aktywniejsi społecznie mieszkańcy z pogardą określali kamienicę jako katastrofę architektoniczną. Jej obrońcy natomiast mówili, że jest wspaniałym przykładem artystycznego nieładu, który sprawiał, że dzielnicę Schwabing nazywano kiedyś Montmartre'em Niemiec. Schwabing Hessego, Manna i Lenina. I Hitlera, mógłby dodać profesor pracujący w pokoju na drugim piętrze, choć niewielu mieszkańców lubiło, by im przypominano, że młody Adolf szukał natchnienia wśród tych cichych, porośniętych drzewami uliczek.

Studenci i koledzy z pracy zwracali się do profesora „Herr Dok-torprofessor Stern". Dla przyjaciół z sąsiedztwa był po prostu Benjaminem, a dla rzadkich gości z rodzinnych stron - Binyaminem.

W niepozornym kamienno-szklanym zespole biur w północnej części Tel Awiwu, gdzie mimo że wciąż prosił o jej zniszczenie, znajdowała się kartoteka dokumentująca jego burzliwą: młodość, zawsze znany był jako Beni, najmłodszy z dwunastu niesfornych synów Ariego Szamrona. Benjamin Stern oficjalnie był pracownikiem Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, ale od czterech lat wykładał w Monachium jako profesor studiów europejskich, zaproszony tu przez renomowany Uniwersytet Ludwika Maksimilia-na. Jego wyjazd nabrał charakteru bezzwrotnej pożyczki zaciągniętej w Jerozolimie przez tę uczelnię, co profesorowi w ogóle nie przeszkadzało. Dziwną koleją losu życie w Niemczech było dla Żydów znacznie przyjemniejsze niż w Jerozolimie czy Tel Awiwie.

Fakt, że jego matka przeżyła potworności getta w Rydze, nadawał mu szczególną, choć wątpliwej jakości pozycję wśród innych lokatorów Adalbertstrasse 68. Profesor był dla nich ciekawostką i sumieniem zarazem. Zgłębiali z nim przyczyny trudnego położenia Palestyńczyków. Z łatwością stawiali mu pytania, których nie zadaliby rodzicom czy dziadkom. Był ich życiowym doradcą i zaufanym mędrcem. Przychodzili do niego po rady na temat studiów. Zwierzali mu się z zawodów miłosnych. Buszowali w jego lodówce, gdy byli głodni, i w jego portfelu, gdy byli spłukani, a co najważniejsze, był ich rzecznikiem we wszelkich sporach ze straszliwą Frau Ratzinger. Profesor Stern jako jedyny spośród mieszkańców nie bał się jej. Zawiązała się między nimi bardzo silna więź. Alex, student psychologii mieszkający na ostatnim piętrze, twierdził, że to syndrom sztokholmski, relacja więzień-strażnik, mistrz-sługa. Ale chodziło o coś więcej: profesor i starsza pani zdawali się mówić wspólnym językiem.

W zeszłym roku, gdy jego książka o konferencji w Wannsee stała się międzynarodowym bestsellerem, profesor Stern rozważał pomysł przeprowadzenia się w lepsze miejsce, może z ochroną z prawdziwego zdarzenia i widokiem na Englischer Garten, gdzie inni lokatorzy nie traktowaliby jego pokoi jak dodatkowej własnej

powierzchni mieszkaniowej. Ten pomysł wywołał panikę. Któregoś wieczoru zjawili się razem u niego i złożyli oficjalną prośbę, by został. Poczynili wiele obietnic. Nie będą podkradać mu jedzenia, nie będą prosić o bezzwrotne pożyczki, będą szanować jego spokój i nie będą go prosić o radę, chyba że okaże się to absolutnie konieczne. Profesor uległ i po miesiącu jego mieszkanie znów stało się świetlicą mieszkańców kamienicy przy Adalbert-strasse 68. W skrytości ducha cieszył się z tego. Te zbuntowane dzieci były jedyną rodziną, jaka mu została.

Hałas przejeżdżającego ulicą tramwaju rozproszył jego uwagę. Podniósł wzrok i spojrzał na pojazd znikający za rozłożystym kasztanowcem. Sprawdził godzinę - jedenasta trzydzieści. Pracował nad książką od piątej rano. Co takiego powiedział Orwell o pisaniu? „Przerażająca, wycieńczająca walka, jak przeciągający się atak bolesnej choroby". Czasem Benjamin Stern myślał, że ta książka może okazać się śmiertelna.

Zamrugała czerwona lampka automatycznej sekretarki. Miał zwyczaj wyłączania dzwonka, żeby telefon nie przeszkadzał mu w pracy. Powoli, jak saper wybierający przewód do przecięcia, wyciągnął rękę i wcisnął przycisk. Głośniczek wybuchnął heavy-metalową muzyką, po czym profesor usłyszał wiadomość brzmiącą jak wojenny okrzyk: „Mam dobre wieści, Herr Doktorprofessor. Zanim minie dzisiejszy dzień, będzie na świecie o jednego parszywego Żyda mniej. Wiedersehen, Herr Doktorprofessor".

Klik.

Profesor Stern wykasował wiadomość. Zdążył się przyzwyczaić do tych telefonów. Dzwonili dwa razy w tygodniu, a czasem częściej, jeśli wystąpił w telewizji lub wziął udział w jakiejś publicznej dyskusji. Znał tylko ich głosy, każdemu przypisał zwyczajne, niegroźne imię, żeby ich trochę oswoić. Ten facet dzwonił przynajmniej dwa razy w miesiącu. Profesor Stern nazwał go Wolfie. Czasem informował o takim telefonie policję, ale zwykle nie zawracał sobie tym głowy. I tak nic nie mogli zrobić.

Zamknął manuskrypt wraz z notatkami w sejfie ukrytym w podłodze pod biurkiem. Włożył buty, narzucił na siebie wełnianą kurtkę i wziął z kuchni torbę ze śmieciami. Dom był stary i nie miał windy, więc musiał zejść dwa piętra po schodach. Na parterze powitał go nieprzyjemny zapach jakichś kosmetyków, pochodzący ze znajdującego się tam małego, lecz dobrze prosperującego zakładu kosmetycznego. Nie cierpiał go. Gdy zakład pracował, woń lakieru do paznokci przenikała przez wentylację i wypełniała jego pokój. Poza tym obecność salonu piękności sprawiała, że budynek był znacznie mniej bezpieczny, niż profesor by sobie życzył. Zakład nie miał oddzielnego wejścia od ulicy, więc hol na dole był zawsze pełen pięknych mieszkanek Schwabingu, oczekujących na pedicure, zabiegi kosmetyczne albo depilację woskiem.

Skręcił w prawo do wyjścia prowadzącego na małe podwórko. Zatrzymał się na chwilę w progu, żeby sprawdzić, czy są gdzieś koty. Wczoraj późno w nocy obudziły go, walcząc o odpadki. Ale kotów nie było, za to pod ścianą, paląc papierosy, stały dwie znudzone kosmetyczki ubrane w nieskazitelnie białe fartuchy. Przemknął wzdłuż pokrytego sadzą muru i wrzucił torbę do pojemnika.

Wracając, natknął się w holu na Frau Ratzinger znęcającą się nad podłogą starą słomianą miotłą.

- Dzień dobry, Herr Doktorprofessor - burknęła kobieta, po czym dodała z wyrzutem: - Idzie pan wypić swoją poranną kawę?

Profesor Stern skinął głową.

-    Tak, tak, Frau Ratzinger - mruknął.

Patrzyła na porozrzucane ulotki, reklamujące darmowy koncert w parku i klinikę holistycznego masażu przy Schellingstrasse.

-    Wciąż powtarzam, żeby nie zostawiać tutaj tych śmieci, ale nikt mnie nie słucha. To ten student akademii teatralnej spod czwórki. Wpuszcza do domu każdego;

Profesor wzruszył ramionami, jak gdyby był zdumiony zachowaniem młodzieży, i uśmiechnął się. Frau Ratzinger pozbierała

ulotki i wyszła z nimi na podwórko. Chwilę później słychać było, jak karci kosmetyczki za rzucanie petów na ziemię.

Po wyjściu na dwór zatrzymał się na chwilę, żeby ocenić pogodę. Słońce przeświecało przez cienką warstwę chmur - jak na początek marca było dość ciepło. Wsunął ręce do kieszeni płaszcza i ruszył w stronę Englischer Garten. Gdy dotarł do parku, skręcił w zadrzewioną alejkę nad kanałem wypełnionym po brzegi wskutek ulewnych deszczy. Lubił to miejsce. Pozwalało odpocząć jego myślom po porannych zmaganiach z komputerem oraz, co ważniejsze, dawało mu możliwość sprawdzenia, czy jest śledzony. Przystanął i gwałtownie poklepał się po kieszeniach płaszcza, jakby czegoś zapomniał. Odwrócił się i zaczął iść z powrotem drogą, którą przyszedł, przyglądając się napotkanym twarzom i sprawdzając, czy pasują do tych wizerunków, które przechowywał w bazie danych swojej wybitnej pamięci. Przystanął na wygiętym w łuk mostku, udając, że podziwia wodę przelewającą się przez niewielki próg. Jakiś dealer z wytatuowanymi na twarzy pająkami próbował sprzedać mu działkę heroiny. Profesor wymamrotał coś nieskładnie i odszedł szybkim krokiem. Dwie minuty później wsunął się do budki telefonicznej i udawał, że gdzieś dzwoni, jednocześnie bardzo uważnie badając wzrokiem okolicę. Po chwili odwiesił słuchawkę.

Wiedersehen, Herr Doktorprofessor.

Skręcił w Ludwigstrasse i spiesznym krokiem, ze spuszczoną głową, przeszedł przez dzielnicę uniwersytecką. Miał nadzieję, że nie zauważy go żaden ze studentów czy kolegów. Parę dni wcześniej otrzymał dość nieprzyjemny list od doktora Helmuta Bergera, nadętego kierownika jego katedry, z zapytaniem, kiedy ma zamiar skończyć książkę i wrócić do obowiązków wykładowcy. Profesor Stern nie lubił Helmuta Bergera - ich wzajemna nienawiść, o której wszyscy wiedzieli, miała podłoże zarówno osobiste, jak i akademickie - i po prostu nie znalazł czasu, by odpowiedzieć na list.

Tętniący życiem Viktualienmarkt odciągnął jego myśli od pracy. Spacerował wśród stosów jasnokolorowych owoców i warzyw,

obok kwiaciarek i stoisk rzeźników. Wybrał parę rzeczy na kolację, po czym przeszedł na drugą stronę ulicy i wstąpił do kawiarni Eduscho na kawę i Dinkelbrot. Trzy kwadranse później, kiedy ruszał w drogę powrotną do Schwabing, czuł się rześko, a jego umysł był jasny i gotowy do dalszych zmagań z książką. Z chorobą, jak powiedziałby Orwell.

Gdy wszedł do kamienicy, podmuch wiatru podążył za nim i rozrzucił nowy stosik ulotek. Miały kolor łososiowy. Profesor rzucił na nie okiem: za rogiem otwarto nowy bar z curry na wynos. Lubił dobre curry. Chwycił jedną z ulotek i wepchnął do kieszeni płaszcza.

Wiatr wywiał kilku ulotek na podwórko. Frau Ratzinger będzie wściekła. Wychyliła głowę ze swojej lisiej nory, gdy wchodził po schodach, i zauważyła bałagan. Jak należało tego oczekiwać, była wzburzona. Spojrzała na niego wzrokiem inkwizytora. Kiedy wsuwał klucz w zamek, słyszał, jak przeklinała, sprzątając po tym najnowszym zamachu na porządek w domu.

W kuchni pochował zakupy i zaparzył sobie filiżankę herbaty, po czym wszedł do gabinetu. Przy biurku stał jakiś człowiek przerzucający od niechcenia papiery. Był wysoki, atletycznie zbudowany i miał blond włosy z siwymi pasemkami. Ubrany był w biały fartuch, jak kosmetyczki z salonu na dole. Słysząc, że profesor wchodzi do pokoju, nieznajomy podniósł wzrok. Oczy miał szare, zimne jak lodowiec.

- Proszę otworzyć sejf, Herr Doktorprofessor.

Głos miał spokojny, prawie zalotny. Mówił po niemiecku z obcym akcentem. To nie był Wolfie, profesor Stern był tego pewien, bo miał smykałkę do języków i ucho do dialektów. Człowiek w fartuchu był Szwajcarem, a jego Schwyzeräiitsch miał mocny i śpiewny akcent człowieka z górskich dolin.

- Kim pan jest, do cholery?

- Proszę otworzyć sejf - powtórzył intruz, spoglądając na papiery leżące na biurku.

- W sejfie nie ma nic wartościowego. Jeżeli to pieniądze pana...

Nieznajomy nie pozwoli! mu dokończyć. Szybkim ruchem sięgną! pod fartuch i wyjął pistolet z tłumikiem. Profesor znał się na broni równie dobrze jak na akcentach. To był rosyjski steczkin. Kula roztrzaskała mu prawe kolano. Upadl, trzymając się za nogę. Przez palce tryskała krew.

- Chyba teraz poda mi pan szyfr - powiedział spokojnie Szwajcar.

Takiego, bólu Benjamin Stern nigdy nie doświadczył. Dyszał, walczył o oddech, w głowie mu huczało. Szyfr? O Boże, przecież ledwo pamiętał swoje imię.

- Czekam, Herr Doktorprofessor.

Zmusił się do. paru głębokich wdechów. To dostarczyło do jego mózgu wystarczająco dużo tlenu, żeby mógł przypomnieć sobie szyfr. Drżącymi wargami wyrecytował kolejne cyfry. Nieznajomy przyklęknął przed sejfem i sprawnie zaczął manipulować pokrętłem. Chwilę później drzwiczki się otworzyły.

Nieznajomy zajrzał do środka, po czym spojrzał na profesora.

- Ma pan dyskietki z kopią zapasową. Gdzie je pan trzyma?

- Nie wiem, o czym pan mówi.

- Jak na razie będzie pan mógł chodzić o lasce. - Podniósł broń. - Ale jeśli strzelę w drugie kolano, to resztę życia spędzi pan o kulach.

Profesor tracił przytomność. Broda mu się trzęsła. Nie trzęś się, do cholery! Niech przynajmniej nie napawa się twoim strachem!

- W lodówce.

- W lodówce?

- Na wypadek... - Przeszył go nagły ból - ... pożaru.

Nieznajomy uniósł brwi. Spryciula. Miał ze sobą czarną torbę prawie metrowej długości. Sięgną! do niej i wyciągną! czarny cylindryczny przedmiot - puszkę farby w sprayu. Zdjął przykrywkę i z wprawą zaczął malować na ścianach gabinetu znaki. Znaki przemocy. Znaki nienawiści. Profesor zorientował się, że zupełnie bez sensu zastanawia się, jak zereaguje Frau Ratzinger, gdy

to zobaczy. Majacząc, musiał coś głośno powiedzieć, bo nieznajomy przerwał na chwilę i zmierzył go zimnym wzrokiem.

Uznawszy, że już wystarczy, nieznajomy schował puszkę do torby, po czym stanął nad profesorem. Ból promieniujący z: potrzaskanych kości wywoływał u Benjamina Sterna gorączkę. Ciemność ogarniała krawędzie jego pola widzenia, nieznajomy zdawał się stać na końcu tunelu. Profesor spojrzał w popielate oczy w poszukiwaniu śladów szaleństwa, ale nie znalazł tam nic poza chłodnym wyrachowaniem. To nie jest żaden rasistowski fanatyk, pomyślał. To zawodowiec.

Nieznajomy pochylił się nad nim.

- Czy chciałby się pan wyspowiadać, profesorze Stern?

- O czym... - Twarz wykrzywiła mu się w grymasie bólu - ... ty mówisz?

- To bardzo proste. Czy chce się pan wyspowiadać ze swoich grzechów?

- Więc jesteś mordercą - powiedział profesor, tracąc powoli przytomność.

Zabójca uśmiechnął się. Znów podniósł broń i dwa razy wypalił w pierś profesora. Benjamin Stern czuł, jak jego ciało zwija się w konwulsjach, ale dalsze cierpienie zostało mu oszczędzone. Nie tracił przytomności jeszcze przez kilka sekund, wystarczająco długo, by zobaczyć, jak jego zabójca klęka przy nim, i by poczuć, jak przyciska zimny kciuk do jego czoła. Coś mówił. Łacina? Tak, profesor byt tego najzupełniej pewien.

- Ego te absolve a peccatis tuis, in nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti. Amen.

Profesor spojrzał w oczy mordercy.

- Ale ja jestem Żydem - wymamrotał.

- Nie szkodzi - powiedział zabójca, po czym przyłożył steczkina do głowy Benjamina Sterna i strzelił po raz ostatni.

2

Watykan

Ponad sześćset kilometrów dalej na południe, na wzgórzu położonym w samym sercu Rzymu, starszy człowiek ubrany w sutannę i płaszcz koloru kości słoniowej przechadzał się w chłodnym cieniu otoczonego murem ogrodu. Miał siedemdziesiąt dwa lata i choć poruszał się raczej wolno, każdego ranka przynajmniej godzinę spacerował po ścieżkach wśród pachnących sosen. Jego poprzednicy zazwyczaj nie byli radzi, gdy przeszkadzano im w medytacji, więc ogród musiał być pusty. Człowiek w płaszczu koloru kości słoniowej lubił spotykać ludzi - prawdziwych ludzi, a nie przymilających się kardynałów z kurii rzymskiej czy zagranicznych dygnitarzy, codziennie przychodzących ucałować jego pierścień rybaka. Spacerujący mężczyzna miał za towarzysza nieodstępującego go na krok człowieka z Gwardii Szwajcarskiej, będącego bardziej partnerem do rozmowy niż ochroniarzem; lubił też zatrzymać się na pogawędkę z watykańskimi ogrodnikami. Miał wiele zainteresowań i uważał, że zna się trochę na botanice. Pewnego razu strażnik zastał go niemal na czworakach. Obawiając się najgorszego, wezwał ambulans i podbiegł do klęczącej postaci, żeby stwierdzić, iż głowa Kościoła rzymskokatolickiego właśnie wyrywa chwasty.

Ludzie z najbliższego otoczenia Ojca Świętego wiedzieli, że coś go trapi. Stracił dobry humor, przygasł jego niewymuszony urok

osobisty, który był jak powiew wiosny po posępnych ostatnich dniach pontyfikatu Polaka. Siostra Teresa, niestrudzona zakonnica z Wenecji zajmująca się pokojami papieskimi, zauważyła u niego wyraźny brak apetytu. Ostatnio nie próbował nawet słodkich herbatników podawanych razem z popołudniową kawą. Często, wchodząc do papieskiego gabinetu na trzecim piętrze Pałacu Apostolskiego, siostra Teresa zastawała go leżącego z zamkniętymi oczami, twarzą do ziemi, jakby w agonii, pogrążonego w modlitwie. Dowódca Gwardii Szwajcarskiej, Karl Brunner, widywał Ojca Świętego na murach Watykanu, z zadumą patrzącego na drugą stronę Tybru. Brunner ochraniał papieża Polaka przez wiele lat i widział, jaką cenę płacił za pontyfikat. Siostrze Teresie mówił, że na każdym papieżu spoczywa straszliwe brzemię odpowiedzialności. „A to nawet najświętszego człowieka może czasem wytrącić z równowagi. Jestem pewien, że Bóg da mu siłę, aby to brzemię unieść. Dawny Pietro niedługo wróci".

Siostra Teresa nie była tego taka pewna. Była jedną z niewielu osób, które wiedziały, jak bardzo Pietro Lucchesi nie chciał zostać papieżem. Kiedy przybył do Rzymu na pogrzeb Jana Pawła II oraz konklawe mające wybrać jego następcę, nikt nie uważał cichego, łagodnego patriarchy Wenecji za papabile, człowieka, który ma cechy niezbędne, aby móc zostać papieżem; nigdy też nie okazywał, że jest zainteresowany tym stanowiskiem. Piętnaście lat przepracowanych w kurii rzymskiej było najnieszczęśliwszym okresem jego życia i nie miał ochoty wracać do tej mieściny nad Tybrem, gdzie wszyscy obgadują wszystkich. I wcale nie chciał nią rządzić. Miał zamiar zagłosować na arcybiskupa Buenos Aires, z którym zaprzyjaźnił się podczas podróży po Ameryce Łacińskiej, po czym wynieść się po cichu do Wenecji.

Ale podczas konklawe sprawy nie potoczyły się po jego myśli. Tak jak czyniono to przez wieki, Lucchesi i pozostali dostojnicy Kościoła, w liczbie stu trzydziestu, weszli z powagą do Kaplicy Sykstyńskiej, śpiewając hymn Veni Creator Spiritus. Zebrali się pod

Sądem Ostatecznym Michała Anioła - przepełniającym pokorą obrazem udręczonych dusz, które wznosiły się ku Niebu, by stanąć przed gniewnym obliczem Chrystusa, i modliły się, by Duch Święty pokierował ich krokami. Następnie każdy z kardynałów wystąpił naprzód i z ręką na Świętych Ewangeliach złożył przysięgę nakazującą bezwzględne milczenie. Gdy to zostało uczynione, mistrz papieskich ceremonii liturgicznych wyrzekł słowa Extra omnes - wszyscy na zewnątrz - i konklawe się rozpoczęło.

Polak zadbał o to, by o sprawie nie decydował wyłącznie Duch Święty. Wprowadził do Kolegium kardynałów podobnych do niego samego, dogmatycznych konserwatystów, którzy za wszelką cenę chcieli utrzymać dyscyplinę kościelną oraz zwierzchność Rzymu. Ich kandydatem był Włoch, wybitna postać kurii rzymskiej, sekretarz stanu, kardynał Marco Brindisi.

* Stronnictwo umiarkowane miało inną koncepcję; ci kardynałowie domagali się iście sielankowego pontyfikatu. Chcieli, by osoba zasiadająca na tronie świętego Piotra była łagodna i bogobojna, żeby dzieliła się władzą z biskupami, ograniczając wpływy kurii rzymskiej. Chcieli kogoś, kto potrafiłby wyciągnąć rękę ponad podziałami geograficznymi i religijnymi i uzdrowić zakątki świata nękane przez wojny i biedę. Opowiadali się za kimś spoza Europy. Uważali, że przyszedł czas na papieża z Trzeciego Świata.

Pierwsze głosowania pokazały, jak bardzo konklawe jest podzielone; oba stronnictwa zaczęły więc szukać wyjścia z impasu. Jeszcze tego samego dnia pojawiło się nowe nazwisko. Pietro Lucchesi, patriarcha Wenecji, otrzymał pięć głosów. Lucchesi, słysząc swoje imię przeczytane pięciokrotnie w świętej Kaplicy Sykstyńskiej, zamknął oczy i wyraźnie pobladł. Gdy chwilę później karty do głosowania wkładano do nero, gdzie miały zostać spalone, paru kardynałów zauważyło, że Lucchesi się modli.

Wieczorem Pietro Lucchesi został zaproszony przez paru kardynałów na wspólną wieczerzę, ale odmówił. Zamiast tego schronił się w swoim pokoju w Dormitorium Świętej Marty, by pomedytować

i pomodlić się. Wiedział wszystko o konklawe i był świadom, ku czemu sprawy zmierzają. Jak Chrystus w ogrodzie Getsemani błagał Boga, by zdjął brzemię z jego ramion - by kto inny został wybrany.

Ale następnego dnia poparcie dla niego wzrosło, zmierzając nieuchronnie ku dwóm trzecim niezbędnym do wybrania go na papieża. W ostatnim głosowaniu przed obiadem brakowało już tylko dziesięciu głosów. Zbyt zmartwiony, by cokolwiek zjeść, Lucchesi modlił się w swoim pokoju, nim wrócił do Kaplicy Sykstyńskiej na ostateczne głosowanie, i już wiedział, że zostanie papieżem. Bez słowa patrzył, jak kardynałowie po kolei wrzucali do służącego za urnę złotego kielicha mszalnego dwukrotnie złożone na pół kartki papieru, wypowiadając przy tym słowa przysięgi: „Wzywam na świadka Chrystusa, który będzie moim sędzią, że swój głos oddałem na tego, kto powinien zostać wybrany zgodnie z wolą Boga".

Głosy przeliczono dwukrotnie, nim ogłoszono wynik: stu piętnastu kardynałów opowiedziało się za Lucchesim. Podszedł do niego camerlengo i zadał pytanie, stawiane od ponad tysiąca lat każdemu wybranemu papieżowi: „Czy zgadzasz się na wybór?". Po długiej, pełnej napięcia ciszy Pietro Lucchesi odpowiedział:

- Moje ramiona nie są wystarczająco szerokie, by udźwignąć złożone na nie brzemię, ale z pomocą Chrystusa Zbawiciela spróbuję. Accepto.

- Pod jakim imieniem chcesz być znany?

- Jako Paweł Siódmy - odparł Lucchesi.

Kardynałowie ustawili się rzędem, by objąć nowego papieża i przysiąc mu wierność i posłuszeństwo. Następnie Lucchesi został odprowadzony do czerwonej komnaty, znanej jako camera lacri-matoria, komnata płaczu, gdzie spędził parę chwil w samotności, nim bracia Gammarelli, krawcy papiescy, przyszli przyodziać go w białą sutannę. Wybrał najmniejszą z trzech dla niego przygotowanych, ale i tak wyglądał jak mały chłopiec w koszuli ojca. Głowa ledwo wystawała mu ponad balustradę balkonu katedry

Świętego Piotra, gdy wyszedł pobłogosławić Rzymowi i światu. Strażnik z Gwardii Szwajcarskiej przyniósł mu stołek i zebrany na placu zdumiony tłum wzniósł okrzyk. Komentator włoskiej telewizji, z trudem łapiąc oddech, nazwał nowego papieża Piotrem Nieprawdopodobnym. Kardynał Marco Brindisi, najważniejszy z ortodoksyjnych kardynałów kurii rzymskiej, nieoficjalnie ochrzcił go „Pawłem Siódmym z Przypadku".

Vaticanisti stwierdzili, że przesłanie spornego konklawe było jasne - wybór Pietra Lucchesiego to kompromis. Miał za zadanie pokierować Kościołem w sposób kompetentny, ale bez wprowadzania żadnych poważniejszych zmian. Walka o serce i duszę Kościoła, mówili, została odłożona na później.

Ale radykałowie, zarówno z Kościoła, jak i spoza niego, nie patrzyli na wybór Lucchesiego tak spokojnie. Im nowy papież niemiło przypominał pewnego wenecjanina imieniem Roncalli, który ściągnął na Kościół dogmatyczną katastrofę - Drugi Sobór Watykański. Już w parę godzin po ogłoszeniu wyboru strony internetowe i elektroniczne konfesjonały radykałów pełne były ostrzeżeń i ponurych przepowiedni dotyczących przyszłości. Kazania i publiczne wystąpienia Lucchesiego zostały poddane drobiazgowej analizie w poszukiwaniu dowodów na jego nieortodoksyjność. Uznano, że Lucchesi oznacza kłopoty. Trzeba mu patrzeć na ręce. Trzymać na smyczy. Wielmoże z kurii rzymskiej będą musieli uświadomić Piętrowi Lucchesiemu, że jego pontyfikat jest tymczasowy.

Ale Lucchesi sądził, że jest zbyt wiele problemów, by można było zmarnować nawet pontyfikat niechciany. Odziedziczony po Polaku Kościół był w kryzysie. W Europie Zachodniej, centrum katolicyzmu, sytuacja stała się trudna do tego stopnia, że na ostatnim synodzie biskupów ogłoszono, iż Europejczycy żyją tak, jakby Bóg nie istniał. Chrzci się coraz mniej dzieci, coraz mniej ludzi bierze ślub, a liczba powołań kapłańskich tak spadła, że prawie w połowie parafii europejskich wkrótce nie będzie księży na pełnym etacie. Lucchesiemu wystarczyło popatrzeć na własne miasto,

by dojrzeć problemy Kościoła. Z dwóch i pół miliona mieszkających w Rzymie katolików siedemdziesiąt procent akceptowało rozwody, antykoncepcję i współżycie przedmałżeńskie - oficjalnie zabronione przez Kościół. Mniej niż dziesięć procent zadawało sobie trud regularnego chodzenia na msze. We Francji, zwanej pierwszą córą Kościoła, statystyki przedstawiały się jeszcze gorzej. W Ameryce Północnej większość katolików nie zawracała sobie głowy czytaniem encyklik i po prostu je ignorowała, do kościoła uczęszczała zaledwie jedna trzecia. Siedemdziesiąt procent katolików żyło w krajach Trzeciego Świata, ale większość z nich rzadko kiedy widywała księży. W samej Brazylii sześćset tysięcy ludzi rocznie zostawało żarliwymi protestantami.

Lucchesi chciał powstrzymać krwotok, nim będzie za późno. Pragnął, by Kościół, który tak kochał, odgrywał większą rolę w życiu wiernych, chciał, żeby jego trzoda nie była katolicka tylko z nazwy. Ale coś jeszcze zaprzątało jego myśli. Od czasu, gdy został wybrany na papieża, nurtowało go jedno pytanie. Dlaczego? Dlaczego Duch Święty wybrał właśnie jego do kierowania Kościołem? Jaki dar, jaką wiedzę posiadał, że mógł być właściwym papieżem na te czasy? Lucchesiemu zdawało się, że zna odpowiedź, i dlatego postanowił wprowadzić w życie plan, który miał wstrząsnąć posadami Kościoła rzymskokatolickiego. Jeśli okaże się skuteczny, zrewolucjonizuje Kościół, lecz jeśli się nie powiedzie - może go zniszczyć.

Słońce skryło się za zasłoną chmur, a od silnego powiewu chłodnego, marcowego wiatru poruszyły się gałęzie sosen w ogrodzie. Papież mocniej zaciągnął płaszcz wokół szyi. Przeszedł obok Kolegium Etiopskiego i skręcił w wąską alejkę, która doprowadziła go do ciemnobrązowych południowo-wschodnich murów Watykanu. Zatrzymał się u stóp wieży, w której mieściło się Radio Watykańskie, minął ją, po czym po kamiennych schodach wspiął się na górę i wszedł na mury. ,

Przed nim rozpościera! się Rzym, tętniący życiem w bladym świetle pochmurnego dnia. Skierował wzrok ponad Tybrem, ku górującej nad częścią miasta synagodze wzniesionej w sercu dawnego getta. W tysiąc pięćset pięćdziesiątym piątym roku papież Paweł IV, którego imię przyjął Lucchesi, nakazał przenieść mieszkających w Rzymie Żydów do getta i zmusił ich do noszenia żółtych gwiazd, dla odróżnienia od chrześcijan. Ci, którzy kazali wybudować synagogę, chcieli, by była tak wysoka, żeby można ją było dostrzec z Watykanu. Przesłanie było bardzo jasne. „My też tu jesteśmy. Co więcej, byliśmy na długo przed wami". Piętrowi Lucchesiemu synagoga przypominała o czymś innym. O zdradliwej przeszłości. O haniebnym sekrecie. Przemawiała wprost do niego, szeptała mu do ucha. Nie dawała mu spokoju.

Papież usłyszał kroki na-ogrodowej ścieżce, krótkie i rytmiczne jak wbijanie gwoździ przez sprawnego stolarza. Odwrócił się i zobaczył zmierzającego w stronę murów mężczyznę. Wysoki i chudy, czarne włosy, czarny strój duchownego - pionowa kreska narysowana atramentem. Ojciec Luigi Donati, osobisty sekretarz papieża. Donati trwał przy boku Lucchesiego od dwudziestu lat. W Wenecji nazywano go U doge, ze względu na bezwzględność w sprawowaniu władzy; potrafił skoczyć przeciwnikowi do gardła, gdy wymagały tego interesy jego lub jego przełożonego. Przezwisko przylgnęło do niego i miał je także w Watykanie. Donati nie przejmował się tym. Postępował zgodnie z zasadami świeckiego włoskiego filozofa Machiavellego, który twierdził, że lepiej, aby księcia się bano, niż by go kochano. Według Donatiego każdy papież potrzebował sukinsyna, człowieka w czerni mającego twardą rękę, umiejącego radzić sobie z kurią za pomocą kija i marchewki i potrafiącego podporządkować ją swojej woli. Tę rolę grał z prawdziwą przyjemnością.

Gdy Donati zbliżył się do murów, papież, dostrzegłszy wyraz jego twarzy, zorientował się, że coś było nie w porządku. Odwrócił wzrok ku rzece i czekał. Chwilę później odczuł uspokajającą obecność Donatiego przy swoim boku. II doge, jak zwykle, nie tracił

czasu na grzeczności i pogaduszki. Nachylił się do ucha papieża i cicho poinformował go, że tego ranka znaleziono Benjamina Sterna zamordowanego w jego własnym mieszkaniu w Monachium. Papież zamknął oczy i spuścił głowę, po czym wyciągnął dłoń i chwycił mocno rękę ojca Donatiego.

- Jak? - spytał. - Jak go zabili?

Gdy ojciec Donati odpowiedział, papież zachwiał się i oparł na ramieniu księdza.

- Boże Wszechmogący, przebacz nam nasze uczynki!

Spojrzał w oczy swego zaufanego sekretarza. Wzrok ojca Donatiego był spokojny, inteligentny i stanowczy. To dodało papieżowi odwagi.

- Obawiam się, że nie doceniliśmy naszych wrogów, Luigi. Są gorsi, niż myśleliśmy, a ich nikczemność nie zna granic. Posuną się do wszystkiego, byle tylko ukryć brudne tajemnice.

- W rzeczy samej, Wasza Świątobliwość - rzekł posępnie Donati. - Musimy nawet założyć, że mogą chcieć zamordować papieża.

Zamordować papieża? Piętrowi Lucchesiemu trudno było wyobrazić sobie coś podobnego, ale wiedział, że jego zaufany sekretarz nie jest skory do przesady. Kościół trawiony jest chorobą, której pozwolono rozwijać się podczas długich rządów Polaka. Trzeba zlikwidować zakażenie. Jeżeli pacjent ma przeżyć, trzeba sięgnąć po drastyczne środki.

Papież odwrócił wzrok od Donatiego i spojrzał na wznoszącą się nad rzeką kopułę synagogi.

- Obawiam się, że nikt poza mną tego nie zrobi.

Ojciec Donati zacisnął dłoń na ramieniu papieża.

- Wasza Świątobliwość musi ułożyć słowa. A resztą zajmę się ja.

Donati odwrócił się i odszedł, zostawiając papieża samego na murach. Lucchesi słuchał, jak jego człowiek w czerni, człowiek silnej ręki, stąpa po ścieżce prowadzącej do pałacu: łup-tup, łup--tup, łup-tup. Papieżowi ten dźwięk zdawał się odgłosem wbijania gwoździ w trumnę.

3

Wenecja

Nocne deszcze zalały Campo San Zaccaria. Konserwator stał na schodach kościoła jak rozbitek. Z głębi placu wyłonił się z mgły stary ksiądz. Pod uniesioną dolną częścią prostej sutanny widać było parę wysokich kaloszy.

-    Dzisiejszego ranka plac przypomina Jezioro Galilejskie, Mario - powiedział, wygrzebując z kieszeni ciężki pęk kluczy. - Gdyby Chrystus obdarzył nas umiejętnością chodzenia po wodzie, zimy w Wenecji byłyby łatwiejsze do zniesienia.

Ciężkie drewniane drzwi otworzyły się z głuchym jękiem. Nawa wciąż była pogrążona w ciemności. Ksiądz włączył światło i zatrzymawszy się na moment w prezbiterium, by zanurzyć palce w wodzie święconej i uczynić znak krzyża, wyszedł z powrotem na zalany wodą plac.

Rusztowanie było przykryte płachtą. Konserwator wspiął się na swój podest i włączył lampę fluorescencyjną. Maria Panna błyszczała nad nim uwodzicielsko. Spędził przy niej niemal całą zimę, z zaangażowaniem i determinacją naprawiając jej twarz. Czasem, z poszarpanymi policzkami, przychodziła do niego we śnie, wkradała się do jego sypialni i błagała, by ją uzdrowił.

Włączył przenośny piecyk elektryczny, żeby wypalić chłód z po-wietrza, i nalał sobie czarnej kawy z termosu, akurat tyle, ile trzeba na rozbudzenie się, ale by nie drżały mu ręce. Przygotował

paletę, mieszając suchy pigment w malej ilości wody. Gdy barwnik był gotowy, opuścił przymocowane do czoła szkło powiększające i zaczął pracować.

Przez prawie godzinę kościół należał tylko do niego. Z wolna zaczęła się schodzić reszta ekipy. Konserwator, ukryty za płachtą, rozpoznawał każdego po krokach. Ciężkie człapanie Francesca Tiepola, szefa zespołu; zdecydowane stuk-stuk-stuk Adriany Zinetti, znanej czyścicielki ołtarzy i uwodzicielki mężczyzn; konspiracyjne szuranie niezgrabnego Antonia Politiego, siewcy złośliwych kłamstw i plotek.

Konserwator był prawdziwą zagadką dla całego zespołu San Zaccaria. Nalegał, by podest, na którym pracował, oraz ołtarz były zawsze zasłonięte. Francesco Tiepolo prosił go usilnie o zgodę na opuszczenie zasłony, żeby turyści i jak zawsze napastliwi miejscowi notable mogli obserwować jego pracę.

- Wenecja chce zobaczyć, co robisz Belliniemu, Mario. Wenecja nie lubi niespodzianek.

Konserwator niechętnie ustąpił i przez dwa styczniowe dni pracował na oczach turystów i reszty ekipy. Krótki eksperyment zakończył się, gdy monsignor Moretti, proboszcz San Zaccarii, przyszedł do kościoła na niespodziewaną inspekcję. Gdy spojrzał na Belliniego i zobaczył, że zniknęła połowa twarzy Marii, upadł na kolana, modląc się histerycznie. Zasłona wróciła i Francesco Tiepolo nie ośmielił się już prosić o jej opuszczenie.

Reszta zespołu widziała w zasłonie metaforę. Dlaczego ktoś zadaje sobie tyle trudu, by się ukryć? Dlaczego tak usilnie starał się odseparować od innych? Dlaczego odrzucał liczne zaproszenia na lunch, kolację albo picie w sobotnią noc w barze U Harry'ego? Odmówił nawet pójścia na koktajl w Akademii wydany przez Przyjaciół San Zaccarii. Bellini był jednym z najważniejszych obrazów w całej Wenecji, więc odmowę spotkania się z kilkoma grubymi amerykańskimi sponsorami, dzięki którym odrestaurowanie kościoła było możliwe, uznano za skandal.

Nawet Adriana Zinetti nie mogła przedostać się za zasłonę. Zaczęły się spekulacje, czy konserwator nie jest czasem homoseksualistą, czego liberalne umysły ekipy nie uważały za zbrodnię i co nawet tymczasowo zwiększyło popularność Maria wśród części mężczyzn. Teoria ta upadła jednak pewnego wieczora, gdy odwiedziła go w kościele porażająco atrakcyjna kobieta. Miała zielone kocie oczy; bladą cerę, kształtny podbródek i wystające kości policzkowe. Adriana Zinetti spostrzegła głębokie szramy na lewej ręce kobiety.

- Ona jest jego kolejną pracą - ponuro stwierdziła Adriana, gdy oboje zniknęli w weneckiej nocy. - Najwyraźniej woli uszkodzone kobiety.

Mówił, że nazywa się Mario Delvecchio, ale w jego płynnym włoskim dawało się wyczuć lekki, ale niemożliwy do pomylenia z innym, akcent. Tłumaczył to tym, że wychował się za granicą i we Włoszech mieszkał tylko od czasu do czasu. Podobno praktykę odbył u słynnego Umberta Contiego, który uznał go za najbardziej utalentowanego spośród wszystkich swoich uczniów.

Za następną serię plotek odpowiedzialny był zazdrosny Antonio Politi. Powolne tempo pracy kolegi doprowadzało Antonia do pasji. Oczyścił i odnowił pół tuzina obrazów w czasie znacznie krótszym niż ten, którego wielki Mario Delvecchio potrzebował na samo odrestaurowanie twarzy Najświętszej Panienki. Fakt, że miały nikłą wartość, tylko zwiększał jego wściekłość.

~ Sam mistrz namalował ją w jedno popołudnie - protestował Antonio przed Tiepolem - a Mario pracuje przy niej całą zimę. Ciągle biega do Akademii wpatrywać się w inne dzieła Belliniego. Każ mu się pospieszyć, bo inaczej spędzimy tu dziesięć lat!

Antonio wydobył też na światło dzienne dość dziwną historię, którą podzielił się z resztą ekipy przy wspólnej kolacji pewnego śnieżnego lutowego wieczoru; działo się to zresztą w Trat-toria alia Madonna. Mniej więcej dziesięć lat wcześniej w kated-rze Świętego Stefana w Wiedniu prowadzone były duże prace

restauratorskie. W zespole konserwatorów byl Włoch o imieniu Mario.

- Nasz Mario? - zastanawiała się Adriana nad kieliszkiem ripasso.

- Oczywiście, że nasz Mario. Ten sam snobizm. To samo ślimacze tempo.

Według źródeł Antonia wzmiankowany konserwator zniknął pewnej nocy bez śladu - tej samej nocy, kiedy w starej żydowskiej dzielnicy wybuchła pod samochodem bomba.

- I co z tego wynika, Antonio? - spytała znowu Adriana, zerkając na niego przez kieliszek rubinowego ripasso.

Antonio zrobił dramatyczną przerwę, nabił na widelec kawałek pieczonej polenty i uniósł go w górę niczym berło.

- Czy to nie oczywiste? To jasne, że facet jest terrorystą. Obstawiam Czerwone Brygady.

- A może to Osama bin Laden we własnej osobie!

Wybuchnęli śmiechem tak głośnym, że mało brakowało, a wyproszono by ich z restauracji. Nikt nie dał ponownie wiary teoriom Antoniego Politiego, chociaż on sam był przekonany o ich słuszności. Miał cichą nadzieję, że pracujący za zasłoną konserwator powtórzy swój wiedeński wyczyn i zniknie bez śladu. Wtedy Antonio mógłby wkroczyć na scenę i dokończyć Belliniego, dzięki czemu z pewnością zyskałby świetną reputację.

Tego ranka konserwatorowi pracowało się dobrze i czas mu upływał szybko. Spojrzawszy na zegarek, zdziwił się, że już jest wpół do dwunastej. Usiadł na skraju podestu, dolał sobie kawy i spojrzał na obraz. Dzieło to, namalowane przez Belliniego, kiedy był u szczytu możliwości twórczych, wielu historyków sztuki uznało za pierwsze wybitne malowidło ołtarzowe szesnastego wieku. Konserwator mógł patrzeć na nie bez końca. Podziwiał mistrzowskie wykorzystanie światła i przestrzeni, niezwykłą siłę przyciągania obrazu, która kierowała wzrok w głąb i w górę, posągową szlachetność postaci Madonny z Dzieciątkiem oraz otaczających ich świę-

tych. Obraz wyciszał patrzącego. Nawet po długiej i nużącej porannej pracy dawał Mariowi poczucie spokoju.

Odsunął zasłonę. Słońce wyszło zza chmur, światło wpadające przez witraże zalało nawę. W chwili gdy kończył pić kawę, jego uwagę przyciągnął jakiś ruch przy wejściu do kościoła. Zobaczył chłopca, na oko dziesięcioletniego, z długimi, kręconymi włosami. Miał zupełnie przemoczone buty. Konserwator obserwował go bacznie. Nawet po dziesięciu latach nie mógł patrzeć na małego chłopca, nie myśląc o synu.

Chłopiec podszedł wpierw do Antonia, ale ten odesłał go machnięciem ręki, nawet nie podnosząc głowy. Dziecko przeszło główną nawą do ołtarza, gdzie znacznie przyjaźniej potraktowała je Adriana. Uśmiechnęła się, pogłaskała po policzku, po czym wskazała na rusztowanie. Chłopiec zatrzymał się u stóp podestu i bez słowa podał konserwatorowi zwitek papieru. Mario rozwinął go i znalazł kilka słów tak nabazgranych, jakby je kreśliła drżąca ręka zdesperowanej kochanki. Nie było podpisu, ale charakter pisma w tak oczywisty sposób wskazywał na autora jak pociągnięcia pędzla na obrazie Belliniego: Ghetto Nuovo, o szóstej.

Konserwator zmiął papier i wsunął go do kieszeni. Gdy spojrzał w dół, chłopca już nie było.

O piątej trzydzieści Francesco Tiepolo wszedł do kościoła i prze-cztapał powoli przez nawę. Ze zmierzwioną brodą, w luźnej białej koszuli i z jedwabną chustką zawiązaną na szyi. Potężny Włoch wyglądał na kogoś, kto właśnie wyszedł z renesansowego warsztatu. Starannie pielęgnował ten wizerunek.

~ Dobra, słuchajcie wszyscy! - Jego głos niósł się echem wśród kolumn i apsyd. - Na dzisiaj koniec. Pakujcie się, za pięć minut zamykamy drzwi.

Chwycił za podest swoją niedźwiedzią łapą i potrząsnął nim gwałtownie, aż zatrzęsły się pędzle i lampy.

-    Ty też, Mario. Daj swojej damie buziaka na dobranoc. Obędzie się bez ciebie przez parę godzin, skoro wytrzymała pięćset lat.

Konserwator dokładnie wytarł wszystkie pędzle i paletę, spakował pigmenty i rozpuszczalniki do prostokątnej walizki z pola-kierowanego drewna, po czym wyłączył lampę i zeskoczył z rusztowania. Wyszedł z kościoła, nie odzywając się, jak zawsze, ani słowem do pozostałych.

Z walizką pod pachą wyszedł na Campo San Zaccaria. Płynnym, szybkim krokiem przeszedł przez plac. Był niskiego wzrostu i chudej budowy ciała, co sprawiało, że łatwo było go wcale nie zauważyć. Miał czarne, krótko przycięte włosy z siwymi pasemkami. Koścista twarz z ostro wystającym podbródkiem i pełnymi wargami sprawiała wrażenie, jakby była wystrugana z drewna. Szczególną uwagę zwracały jego jaskrawozielone, szmaragdowe oczy w kształcie migdałów. Mimo że miał wyczerpującą pracę i niedawno świętował pięćdziesiąte pierwsze urodziny, wciąż wyglądał świetnie.

Przeszedł pod lukiem bramy i wyszedł na Riva della Schiavoni, szeroki bulwar nad Canale di San Marco. Pomimo chłodnej marcowej pogody na ulicach było sporo turystów - rozróżnił kilka języków, z których większością władał. Do jego uszu dotarło zdanie po hebrajsku. Szybko wybrzmiałe, jak muzyka na wietrze, ale wywołało w nim tęsknotę, by usłyszeć swoje prawdziwe imię.

Vaporetto numer 82 cumowało na przystanku. Wszedł na pokład i znalazł miejsce przy balustradzie, skąd mógł obserwować twarze wsiadających i wysiadających. Wygrzebał z kieszeni otrzymaną kartkę i przeczytał jeszcze raz. Potem wyrzucił ją za burtę i patrzył, jak odpływa po gładkiej wodzie kanału.

W XV wieku bagnisty kawałek ziemi w sestieri Cannaregio został wyznaczony pod budowę odlewni brązu - w weneckim dialekcie geto. Odlewnia nigdy nie powstała. Sto lat później, gdy władze weneckie postanowiły przesiedlić gwałtownie rosnącą w liczbę

i niechcianą społeczność żydowską i szukały odpowiedniego miejsca, położony na obrzeżach miasta plac, zwany Ghetto Nuovo, okazał się idealny do tego celu. Był duży i nie miał swojej parafii. Otaczające go kanały stanowiły naturalną fosę odcinającą wyspę od dzielnic wokół, a jedyny most można było łatwo obsadzić chrześcijańskimi żołnierzami. W tysiąc pięćset szesnastym roku z Ghetto Nuovo wysiedlono chrześcijan, a ich miejsce zajęli zmuszeni do tego Żydzi weneccy. Mogli opuszczać getto* dopiero, gdy dzwony oznajmiły wschód słońca i tylko jeśli mieli na sobie żółtą tunikę i kapelusz. Musieli wracać na wyspę przed zmrokiem; później bramę zamykano. Tylko żydowskim lekarzom wolno było opuszczać getto nocą. Kiedyś mieszkało tam ponad pięć tysięcy Żydów, teraz było ich zaledwie dwudziestu.

Konserwator przeszedł przez żelazny mostek. Gdzieś przed nim wznosiły się rzadkie w Wenecji wysokie bloki. Zszedł do sottopor-tego i po chwili znalazł się na Campo di Ghetto Nuovo. Koszerna restauracja, żydowska piekarnia, księgarnia, muzeum. Stały tam również dwie stare synagogi, dla niewprawnego oka praktycznie niemożliwe do rozpoznania. Chyba że ktoś zauważył symbol Pięcioksięgu: po pięć okien na drugim piętrze obu budynków.

Na słabo oświetlonym boisku kilku chłopców grało między kałużami w nogę. Piłka potoczyła się w stronę konserwatora. Kopnął ją sprawnie wewnętrzną stroną stopy i posłał z powrotem na boisko. Jeden z chłopców przyjął ją na klatkę piersiową - ten sam, który rano przyszedł do kościoła.

Chłopiec ruchem głowy wskazał mu pozzo, źródełko na środku Placu. Konserwator odwrócił się i zobaczył znajomą sylwetkę. Mężczyzna stał oparty o ścianę i palił papierosa. Szary kaszmirowy płaszcz, szary szalik owinięty ciasno wokół szyi. Wąska, mocno opalona twarz, skóra poorana bruzdami i pomarszczona jak skała na pustyni żłobiona od milionów lat przez wiatr i słońce. Okulary małe i okrągłe, przez przypadek modne. Wyraz twarzy świadczący o wiecznym zniecierpliwieniu.

Gdy konserwator zbliżył się, mężczyzna uniósł głowę, a jego wargi ułożyły się w coś pomiędzy uśmiechem a grymasem. Chwycił konserwatora za ramię, mocno uścisnął mu dłoń, niemal miażdżąc kości, i delikatnie ucałował w policzek.

- Jesteś tu z powodu Benjamina, prawda?

Starszy człowiek przymknął powieki i kiwnął głową. Pociągnął go za ramię.

- Chodź ze mną - powiedział.

Przez moment konserwator się opierał, ale nie było odwrotu. W rodzinie pojawiła się śmierć, a Ari Szamron nie należał do ludzi przestrzegających szibah.

Minął rok, odkąd Gabriel widział go po raz ostatni. Szamron wyraźnie się zestarzał. Gdy w zapadającym mroku ruszyli wokół campo, Gabriel musiał się powstrzymywać, by nie wesprzeć go ramieniem. Policzki Szamrona były zapadnięte, a stalowoniebieskie oczy, niegdyś porażające strachem zarówno wrogów, jak i przyjaciół, zamglone i wilgotne. Gdy podnosił tureckiego papierosa do ust, widać było, że drży mu ręka.

Właśnie dzięki rękom postać Szamrona obrosła w legendę. Gdy w latach pięćdziesiątych zaczął pracować dla Biura, jego przełożeni szybko zauważyli, że ma wyjątkowo silne dłonie jak na kogoś o tak przeciętnej budowie ciała. Wyszkolono go więc do ulicznych porwań i cichych zabójstw, po czym wysiano w teren. Lubił posługiwać się garotą, której z równą skutecznością używał na eleganckich ulicach Europy, jak i w brudnych zaułkach Kairu i Damaszku. Zabijał arabskich szpiegów i generałów. Zabił nazistowskich naukowców, którzy pomagali Nasserowi budować rakiety. A w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym, w ciepłą kwietniową noc w małym miasteczku na północ od Buenos Aires, Ari Szamron wyskoczył z samochodu i schwycił za gardło czekającego na autobus Adolfa Eichmanna.

Gabriel jako jedyny znał pewien istotny szczegół tej operacji - Adolf Eichamann o mały włos nie uciekł, bo Szamron potknął się o rozwiązane sznurowadło. Równie bliski katastrofy był zresztą niemal za każdym razem, gdy składał wizytę w luksusowym apartamencie przy Bulwarze Króla Saula. Kolejni premierzy nigdy nie wiedzieli, czego się spodziewać, gdy Szamron dzwonił do ich drzwi - informacji o kolejnym brawurowym zwycięstwie czy przyznania się do kolejnej upokarzającej porażki. Zamiłowanie do ryzyka stanowiło jego atut w działaniach operacyjnych, ale często wpędzało go w kłopoty natury politycznej. Gabriel nie mógł już zliczyć, ile razy ten starszy człowiek był wypraszany z salonów, by później do nich powracać z wielką pompą.

Związki Szamrona z apartamentem przy Bulwarze Króla Saula zostały w końcu formalnie zerwane, chociaż nigdy nie został stamtąd wygnany na dobre. Wciąż był specjalnym doradcą rządowym, co dawało mu wpływy wystarczające w sam raz do bycia uciążliwym. Zamknięty w swojej ufortyfikowanej willi z widokiem na Jezioro Galilejskie wciąż zachował część władzy i należało się z nim liczyć. Regularnie odwiedzali go szpiedzy i generałowie chcący ucałować jego pierścień, a każda ważniejsza decyzja dotycząca bezpieczeństwa narodowego musiała być z nim skonsultowana.

Stan jego zdrowia był pilnie strzeżoną tajemnicą. Gabriel słyszał plotki o raku prostaty, lekkim zawale serca i wciąż powracających kłopotach z nerkami. Jasne było, że stary nie miał już przed sobą wiele życia. Szamron nie bał się śmierci, może tylko tego, że gdy go zabraknie, wszyscy popadną w samozadowolenie. I gdy tak powoli wraz z Gabrielem przemierzali dawne getto, śmierć szła z nimi. Śmierć Benjamina. I Szamrona też. Bliskość śmierci nie dawała mu spokoju. Sprawiał wrażenie człowieka porządkującego swoje sprawy. Stary wojownik był zdecydowany stoczyć ostatni Pojedynek.

- Byłeś na pogrzebie?

Szamron pokręcił głową.

- Benjamin obawiał się, że gdyby wyszło na jaw, że dla nas pracował, zakwestionowano by jego osiągnięcia naukowe. Moja obecność na pogrzebie zwiększyłaby tylko liczbę niewygodnych pytań, zarówno w Izraelu, jak i za granicą, dlatego trzymałem się z daleka. Choć muszę przyznać, że przyszło mi to bez trudu. Bardzo ciężko jest pochować własne dziecko.

- Czy ktoś się pojawił na pogrzebie? Nie miał w Izraelu rodziny.

- Słyszałem, że było paru jego przyjaciół z normalnego świata i kilka osób z katedry hebraistyki.

- Kto cię tu przysłał?

- Czy to ma jakieś znaczenie?

- Dla mnie ma. Kto cię przysłał?

- Ze mną jest tak, jakbym był na zwolnieniu warunkowym - odparł Szamron zmęczonym głosem. - Nie mogę nic robić ani się przemieszczać bez zgody sądu.

- A kto w nim zasiada?

- Przede wszystkim Lew. Oczywiście, gdyby to tylko od niego zależało, siedziałbym zamknięty w jakimś pokoju z żelazną pryczą o Chlebie i wodzie. Na szczęście drugą osobą w tym trybunale jest premier.

- Twój stary towarzysz broni.

- Powiedzmy, że mamy podobne zdania na temat charakteru konfliktu i prawdziwych zamiarów naszych wrogów. Mówimy tym samym językiem i dobrze się czujemy w swoim towarzystwie. Dzięki niemu ciągle biorę udział w tej zabawie, mimo najlepszych starań Lwa, by posłać mnie na tamten świat.

- To nie zabawa, Ari. To nigdy nie była zabawa.

- Nie musisz mi o tym przypominać, Gabrielu. Ty bawiłeś się na europejskich podwórkach, podczas gdy na ulicach Tel Awiwu codziennie wysadzali się w powietrze zamachowcy samobójcy.

- Pracuję tutaj.

- Wybacz, Gabrielu, nie chciałem, żeby to zabrzmiało tak szorstko. A skoro o tym mowa, nad czym pracujesz?

- Naprawdę cię to obchodzi?

- Pewnie, że tak. Inaczej bym nie pytał.

- Nad obrazem Belliniego w ołtarzu kościoła San Zaccaria. To jedno z najpiękniejszych malowideł w Wenecji.

- Chciałbym zobaczyć minę patriarchy w chwili, w której by się dowiedział, że jego drogocenny ołtarz był odnawiany przez grzecznego żydowskiego chłopca z doliny Ezdrelon - powiedział z uśmiechem Szamron.

Nagle zatrzymał się i ostro zakaszlał, zasłaniając usta chusteczką. Gdy wziął kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić, Gabriel usłyszał rzężenie w jego płucach. Było zbyt chłodno, żeby Szamron mógł przebywać długo na dworze, ale uparcie nie chciał się do tego przyznać. Gabriel postanowił więc sam się tym zająć.

- Czy moglibyśmy gdzieś usiąść? Stałem na rusztowaniu od ósmej rano.

Szamron zdobył się na uśmiech. Wiedział, że to podstęp. Zaprowadził Gabriela do cukierni na skraju campo. Była pusta, jeśli nie liczyć stojącej za ladą wysokiej dziewczyny, która, nie czekając na zamówienie, przyniosła im espresso, dwie wody mineralne oraz talerz rugelach z cynamonem i orzechami. Gdy Pochyliła się nad stolikiem, ciemny kosmyk włosów opadł jej na ramię. Jej długie ręce pachniały wanilią. Owinęła się brązowym szalem i wyszła na zewnątrz, zostawiając Gabriela i Szamrona samych.

- Słucham - powiedział Gabriel.

- Robisz postępy. Zwykle zaczynasz od wymyślania mi, że zrujnowałem ci życie.

- Na pewno w którymś momencie do tego dojdziemy.

- Powinieneś porozmawiać z moją córką i porównać notatki.

" Już to zrobiliśmy. Co u niej?

- Wciąż mieszka w Nowej Zelandii, nie uwierzysz, ale na kurzej fermie, i wciąż odkłada słuchawkę, kiedy dzwonię. - Zrobił długą przerwę, żeby zapalić kolejnego papierosa. - Okropnie mnie nienawidzi. Mówi, że nigdy nie byłem przy niej. Nie rozumie, że byłem zajęty. Miałem ocalić naród.

- To nie będzie trwać wiecznie.

- Może umknęło to twojej uwadze, ale ja też nie. - Szamron wziął kawałek rugelach i przeżuwał powoli. - Jak się ma Anna?

- Mam nadzieję, że dobrze. Nie rozmawiałem z nią od prawie dwóch miesięcy.

Szamron opuścił głowę i znad okularów spojrzał na Gabriela wzrokiem pełnym dezaprobaty.

- Tylko mi nie mów, że złamałeś tej biednej kobiecie serce.

Gabriel zamieszał kawę i odwrócił wzrok od wpatrzonych w niego oczu Szamrona.

Anna Rolfe... Światowej sławy skrzypaczka i córka bogatego szwajcarskiego bankiera Augustusa Rolfe. Rok temu Gabriel pomógł jej wytropić ludzi, którzy go zabili. Zmusił ją do pogodzenia się z nieprzyjemnymi faktami z przeszłości wojennej ojca i prawdą o pochodzeniu jego imponującej kolekcji obrazów impresjonistów i modernistów. Przy okazji zakochał się w porywczej wirtuozce. Po operacji przez sześć miesięcy mieszkał u niej, w stojącej na odludziu willi na Costa de Prata w Portugalii. Coś między nimi zaczęło się psuć, gdy Gabriel oświadczył Annie, że za każdym razem, gdy spacerują po ulicach miasteczka, widzi obok siebie żonę. A czasem w nocy, gdy się kochają, Leah stoi cicho obok i patrzy na nich. Gdy Francesco Tiepolo zaproponował mu tę pracę w Wenecji, Gabriel bez wahania się zgodził. Anna Rolfe nie zaprotestowała.

- Uwielbiam ją, ale nic by z tego nie wyszło.

- Czy była z tobą chociaż przez chwilę tutaj, w Wenecji?

- Grała na koncercie dobroczynnym we Frari. Spędziła ze mną dwa dni, ale obawiam się, że to tylko pogorszyło nasze sprawy.

- Pewnie jest w tym trochę mojej winy - powiedział Szamron, powoli zgniatając papierosa. - Nie byłeś jeszcze gotowy, kiedy cię w to wszystko wplątałem.

Jak zawsze, Szamron i tym razem zapytał Gabriela, czy odwiedził Leah. Gabriel usłyszał siebie mówiącego, że przed przyjazdem do Wenecji pojechał do ukrytej przed światem kliniki psychiatrycznej na południu Anglii; że spędził z żoną popołudnie na spacerze po okolicy, pchając ją na wózku; że nawet zrobili sobie* piknik pod ogołoconym z liści klonem. Ale gdy mówił, myślał o czymś innym: o małej uliczce w Wiedniu, niedaleko Judenplatz; o bombie podłożonej w samochodzie, która zabiła jego syna; o piekle, które zniszczyło ciało Leah i zabrało jej pamięć.

- Minęło dwanaście lat, a ona wciąż mnie nie rozpoznaje. Powiem ci szczerze, że czasem ja nie rozpoznaję jej. - Gabriel przerwał na moment. - Ale przecież nie przyjechałeś tu na pogawędki o moim życiu osobistym.

- Nie, nie po to tu przyjechałem - odparł Szamron. - Ale twoje życie osobiste ma znaczenie. Widzisz, jeżeli wciąż łączyłoby cię coś z Anną Rolfe, nie mógłbym cię prosić, żebyś znów dla mnie pracował, przynajmniej nie z czystym sumieniem.

~ Od kiedy to pozwalasz, żeby sumienie stawało ci na drodze, jeśli chcesz osiągnąć jakiś cel?

- No, nareszcie wraca dawny Gabriel, którego znam i kocham. ~ Szamron uśmiechnął się z zadowoleniem. - Co wiesz o zabójstwie Benjamina?

— Tylko to, co wyczytałem w „Herald Tribune". Policja monachijska mówi, że zabili go neonaziści.

Szamron parsknął śmiechem. Najwyraźniej nie zgadzał się z wnioskami policji z Monachium, nieważne, że dopiero wstępnymi.

- Pewnie to możliwe. To, co Benjamin pisał o Holocauście, nie było mile widziane przez pewne kręgi niemieckiego społeczeństwa. Ponadto fakt, że był z Izraela, czynił go oczywistym celem.

Ale nie sądzę, żeby to jakiemuś skinheadowi udało się go zabić. Widzisz, zawsze gdy Żydzi giną na niemieckiej ziemi, czuję się nieswojo. Chcę się dowiedzieć czegoś więcej niż to, co oficjalnie podaje policja.

- Dlaczego nie wyślesz do Monachium jakiegoś wywiadowcy, żeby zbadał sprawę?

- Bo jeżeli pojawi się tam któryś z naszych oficerów wysokiej rangi i zacznie zadawać pytania, ludzie zrobią się podejrzliwi. Poza tym wiesz, że zawsze wołałem tylne drzwi od frontowych.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- Za dwa dni policjant z Monachium zajmujący się tą sprawą ma spotkać się z przyrodnim bratem Benjamina, Ehudem Lan-dauem. Poinformuje go o wynikach śledztwa, pozwoli mu zabrać rzeczy Benjamina i zorganizuje ich przewóz do Izraela.

. - O ile mnie pamięć nie myli, Benjamin nie miał przyrodniego brata.

- Już ma - Szamron położył na stole izraelski paszport i popchnął go ku Gabrielowi. Gabriel otworzył dokument i zobaczył wpatrzoną w siebie własną twarz. Spojrzał na imię i nazwisko: Ehud Landau.

- Masz najlepsze oczy, jakie znam - powiedział Szamron. - Rozejrzyj się po jego mieszkaniu. Zobacz, czy czasem coś nie wyda-je się podejrzane. Jeśli tylko się da, usuń wszystko, co mogłoby pozwolić powiązać Benjamina z Biurem.

Gabriel zamknął paszport, ale zostawił go na stoliku.

- Jestem w trakcie bardzo trudnych prac konserwatorskich. Nie mogę ot tak sobie wyjechać do Monachium.

- To zajmie ci tylko jeden dzień, najwyżej dwa.

- To samo mówiłeś ostatnio.

Szamron, zawsze kipiący pod powierzchnią, stracił cierpliwość i walnął pięścią w stół.

- Chcesz renowować swój kretyński obraz czy pomóc mi w odnalezieniu zabójcy twojego przyjaciela? - krzyknął po hebrajsku.

- Dla ciebie wszystko jest zawsze proste, prawda?

- Obciąłbym, żeby było. Pomożesz mi czy mam tak delikatną misję powierzyć któremuś z matołów Lwa?

Gabriel udawał, że się zastanawia, chociaż już podjął decyzję. Zgarnął paszport zgrabnym ruchem ręki i wsunął do kieszeni płaszcza. Gabriel miał ręce czarodzieja i talent magika. Był paszport, nie ma paszportu. Szamron wyjął z kieszeni średniej wielkości szarą kopertę, w której Gabriel znalazł bilet lotniczy i drogi szwajcarski portfel z czarnej skóry. Otworzył go: izraelskie prawo jazdy, karty kredytowe, karta członkowska ekskluzywnego fitness klubu w Tel Awiwie, karta do wypożyczalni wideo, znacząca suma w euro i szeklach.

- Z czego żyję?

- Jesteś właścicielem galerii sztuki. Twoje wizytówki są w części zamkniętej na suwak.

Gabriel wyjął jedną z nich:

Galeria sztuki landaua ul. Szeinkin, Tel Awiw

- Istnieje?

- Teraz już tak.

Ostatnią rzeczą w kopercie był złoty zegarek z czarnym skórzanym paskiem. Gabriel obejrzał zegarek i przeczytał wyryty na odwrocie napis: Dla Ehuda od kochającej Hannah.

- Pięknie - powiedział.

- Zawsze uważałem, że diabeł tkwi w szczegółach.

Zegarek, bilety i portfel dołączyły do paszportu w kieszeni Gabriela. Wstali. Gdy wychodzili, długowłosa dziewczyna w brązowym szalu szybko podeszła do Szamrona. Gabriel zdał sobie sprawę, że dziewczyna jest jego ochroniarzem.

- Dokąd teraz?

- Z powrotem do Twerii - odpowiedział Szamron. - Jeśli trafisz na coś interesującego, wyślij to na Bulwar Króla Saula normalnymi kanałami.

- Kto to będzie czytał?

- Ja, ale to nie znaczy, że Lew nie może rzucić na to okiem, więc bądź dyskretny.

Gdzieś daleko na wieży kościelnej odezwał się dzwon. Szamron zatrzymał się na środku campo, obok pozzo, i po raz ostatni rozejrzał się dookoła.

- Nasze pierwsze getto. O Boże, jak ja nienawidzę tego miejsca.

- Szkoda, że nie było cię w Wenecji w szesnastym wieku - powiedział Gabriel. - Rada Dziesięciu nigdy nie ośmieliłaby się zamknąć tu Żydów.

- Ależ ja tu byłem - powiedział z przekonaniem Szamron. - Zawsze tu byłem. I pamiętam wszystko.

4

Monachium

Dwa dni później Axel Weiss z monachijskiej Kriminal Polizei czekał na niego na Adalbertstrasse 68. Miał na sobie jas-nobrązowy płaszcz, ubrany był po cywilnemu. Dłoń Gabriela uścisnął tak ostrożnie, jakby chciał sprawdzić jej kruchość. Wysoki, pociągła twarz, długi nos, ciemna karnacja i krótko przystrzyżone czarne włosy - to sprawiało, że Weiss przypominał dobermana. Puścił rękę Gabriela i poklepał go poufale po ramieniu.

— Bardzo miło mi pana poznać, Herr Landau, szkoda, że w takich okolicznościach. Pozwoli pan, że nim pójdziemy na górę, za-biorę pana gdzieś, gdzie będziemy mogli spokojnie porozmawiać.

Ruszyli mokrym od deszczu chodnikiem. Było późne popołudnie i w Schwabingu powoli zapalały się światła. Gabriel nie lubił niemieckich miast nocą. Policjant zatrzymał się przed jakąś kawiarnią i zajrzał do środka przez zaparowane okno. Drewniana Podłoga, okrągłe stoliki, pochyleni nad książkami studenci i intelektualiści.

~ Ujdzie - stwierdził Weiss.

Otworzył drzwi i poprowadził Gabriela do cichego stolika w głębi sali.

- Wasz konsulat powiedział mi, że jest pan właścicielem galerii.

~ Tak, to prawda.

~ W Tel Awiwie?

- Zna pan Tel Awiw?

Policjant pokręcił głową.

- Musi wam być teraz bardzo ciężko, wojna i w ogóle.

- Dajemy sobie radę. Właściwie zawsze sobie jakoś radziliśmy.

Podeszła kelnerka. Weiss zamówił dwie kawy.

- Czy chciałby pan coś zjeść, Herr Landau?

Gabriel podziękował.

- Czy ma pan wizytówkę? - spytał Weiss, gdy kelnerka się oddaliła.

Pytanie zostało zadane jakby od niechcenia, ale Gabriel zorientował się, że jest sprawdzany. Charakter jego pracy powodował, że nic nie było dla niego takie, jak na pozór wyglądało. Gdy przyglądał się obrazom, oprócz tego, co na powierzchni, widział także znajdujące się pod spodem szkice malowidła i warstwy farby zużytej na podkład. Tak samo było z ludźmi, których spotykał, gdy pracował dla Szamrona, i w różnych innych sytuacjach. Miał niejasne wrażenie, że Axel Weiss jest kimś więcej niż tylko oficerem monachijskiej Kriminal Polizei. Sięgając do portfela po jedną z wizytówek, które dostał w Wenecji od Szamrona, Gabriel czuł, jak Weiss świdruje go wzrokiem. Policjant wziął kartonik i obejrzał pod światło, jakby szukał śladów fałszerstwa.

- Czy mogę ją zatrzymać?

- Jasne. - Gabriel otworzył portfel. - Czy chciałby pan zobaczyć jakiś inny dokument potwierdzający moją tożsamość?

- Ależ skąd! - Policjant wydawał się być dotknięty pytaniem i gwałtownie machnął ręką. - Oczywiście, że nie. Po prostu interesuję się sztuką.

Gabriel oparł się pokusie, by sprawdzić, ile niemiecki policjant wie o sztuce.

- Był pan w konsulacie?

Gabriel skinął głową. Wcześniej tego samego dnia złożył wizytę w izraelskim konsulacie, żeby dowiedzieć się czegoś o wynikach śledztwa. Od jednego z urzędników otrzymał teczkę zawie-

rającą kopie policyjnych raportów oraz wycinki z monachijskich gazet. Teczka spoczywała teraz w jego kosztownej walizce z czarnej skóry.

- Byli bardzo pomocni - powiedział Gabriel - ale jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, wołałbym od pana usłyszeć coś o zabójstwie Benjamina.

- Oczywiście - odparł Niemiec.

Przez następne dwadzieścia minut szczegółowo opisywał Gabrielowi okoliczności towarzyszące morderstwu. Godzina i przyczyna zgonu, kaliber broni, potwierdzone przez świadków grożenie Benjaminowi śmiercią, grafitti na ścianach mieszkania. Mówił w sposób, jaki policja na całym świecie zwykle rezerwuje dla rodzin ofiar - spokojnie i wprost. Gabriel przyjął taką samą postawę. Nie udawał smutku. Nie udawał, że drastyczne szczegóły śmierci jego przyrodniego brata sprawiają mu ból. Był Izraelczykiem. Śmierć widział praktycznie codziennie. Skończył się czas żałoby. Teraz przyszła pora na szukanie odpowiedzi i jasne myślenie.

- Dlaczego postrzelono go w kolano?

- Nie jesteśmy pewni. - Weiss ściągnął usta i pochylił głowę. — Możliwe, że wywiązała się walka. Albo go torturowano.

~ Ale powiedział pan, że żaden z mieszkańców nic nie słyszał. Gdyby był torturowany, z pewnością jego krzyki byłoby słychać w całej kamienicy.

~ Tak jak mówiłem, Herr Landau, nie jesteśmy pewni.

Weiss był wyraźnie niezadowolony z przebiegu rozmowy, ale Herr Landau, handlarz sztuką z Tel Awiwu, jeszcze nie skończył.

- Czy postrzał w kolano zdarzał się przy innych zabójstwach dokonywanych przez prawicowych ekstremistów?

~ Muszę przyznać, że nie.

~ Czy macie jakichś podejrzanych?

~ Przesłuchujemy parę osób. Obawiam się, że nic więcej nie m°gę powiedzieć.

- Czy braliście pod uwagę możliwość, że może się to wiązać z jego pracą akademicką? Może zrobił to na przykład jakiś sfrustrowany student?

- Pański brat był powszechnie łubiany - policjantowi udało się uśmiechnąć, ale widać było, że jego cierpliwość wystawiana jest na ciężką próbę. - Można nawet powiedzieć, że studenci go uwielbiali. Poza tym na ten semestr wziął urlop naukowy - Weiss przerwał i przez chwilę przyglądał się Gabrielowi. - Wiedział pan o tym, prawda, Herr Landau?

- Obawiam się, że nie - Gabriel uznał, że w tej sytuacji lepiej będzie nie kłamać. - Nie rozmawialiśmy ze sobą od dłuższego czasu. Dlaczego był na urlopie?

- Dziekan jego wydziału powiedział mi, że pracował nad książką. - Policjant przełknął resztkę kawy. - Może rzucimy okiem na mieszkanie?

- Mam jeszcze jedno pytanie.

- Słucham, Herr Landau.

- W jaki sposób zabójca dostał się do budynku?

- To akurat wiemy - powiedział Weiss. - Pomimo że pańskiemu bratu regularnie grożono śmiercią, mieszkał w bardzo źle zabezpieczonym budynku. Tutejsi lokatorzy niefrasobliwie wpuszczają obcych do domu. Jeżeli ktoś wciśnie guzik domofonu i powie: „Ulotki", prawie na pewno wejdzie. Studentka mieszkająca nad profesorem Sternem jest pewna, że to ona wpuściła mordercę do domu. Wciąż to przeżywa. Najwyraźniej bardzo lubiła profesora.

Wracali w ulewnym deszczu. Na miejscu policjant nacisnął jeden z guzików domofonu. Gabriel spojrzał na tabliczkę. Lillian Ratzinger - dozorczyni. Chwilę później drobna, ale srogo wyglądająca kobieta o brązowych, zalęknionych oczach spojrzała na nich przez uchylone drzwi. Rozpoznała Weissa i otworzyła.

- Dzień dobry, Frau Ratzinger - powiedział policjant. - To jest Ehud Landau, brat Benjamina. Przyjechał uporządkować sprawy profesora.

Kobieta spojrzała na Gabriela i skinęła mu głową, po czym odwróciła się, jakby jego widok ją zdenerwował.