Wydawca: Videograf Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 299 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Słynne agentki. Kobiety w służbie wywiadów - Przemysław Słowiński

Barwny korowód kobiet, które zasłynęły dzięki swojej działalności wywiadowczej. Są wśród nich agentki, które zajmowały się szpiegostwem z pobudek patriotycznych, jak Elżbieta Zawacka lub Noor Inayat Khan, ale i takie, które stały się narzędziem uprawiających politykę mężczyzn. Jedne szukały przygody, jak Elsbeth Schragmüller czy Coco Chanel, inne łatwej drogi do fortuny, jak Karolina Rzewuska (Sobańska), jeszcze inne zemsty, jak Violette Szabo czy Izabella Horodecka. Sprawdzoną metodą zdobywania tajnych informacji był seks, o czym doskonale wiedzieli agenci wszystkich wywiadów świata. Jednak sylwetki kobiet-szpiegów są dużo bardziej złożone i intrygujące. Historia wywiadu i kontrwywiadu pełna jest pań podejmujących niebezpieczne zadania i ryzykujących życie.

Opinie o ebooku Słynne agentki. Kobiety w służbie wywiadów - Przemysław Słowiński

Fragment ebooka Słynne agentki. Kobiety w służbie wywiadów - Przemysław Słowiński

Redakcja

Jacek Illg

Zdjęcia

© Madeleine Masson,Christine: SOE Agent & Churchill's Favourite Spy (okładka), Instytut Pamięci Narodowej, http://philippepoisson-hotmail.com.over-blog.com, Wikimedia Commons, http://www.ivrozbiorpolski.pl, Narodowe Archiwum Cyfrowe, Muzeum Powstania Warszawskiego, jonaszdrobniak.blox.pl, www.badische-zeitung.de, polishgreatness.blogspot.com, www.vebidoo.de, ampoleagle.com

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2014

Wydawca

Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3C

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej

DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

ISBN 978-83-7835-311-9

Kobieta rzadko mówi prawdę:

dla niej prawda oznacza to samo, co kłamstwo,

a kłamstwo, to samo, co prawda.

Budda (Siddhartha Gautama)

* * *

Wojny i rewolucje zawsze były domeną mężczyzn. Prawdopodobnie z tego właśnie powodu przez długie lata pokutował pogląd, że działalność wywiadowcza również powinna stanowić ich monopol. Jeden z najlepszych agentów wywiadu w historii ludzkości, Richard Sorge, twierdził o kobietach, że „są one absolutnie niezdolne do prowadzenia działalności wywiadowczej. Nie rozumieją nic z wielkiej polityki ani nie znają się na sprawach wojskowych. Dotyczy to również sytuacji, gdy każe się im szpiegować własnego męża”.

Tymczasem związek pomiędzy pracą wywiadowczą a seksem jest tak stary, jak samo szpiegostwo. Już starożytni Babilończycy, Egipcjanie, Kartagińczycy, Żydzi czy Rzymianie często i z upodobaniem używali agentów w spódnicach do tak męskiego zajęcia, jakim jest szpiegostwo. Jak napisano w Biblii, w X wieku przed naszą erą piękna Dalila, dzięki powabom swego ciała i wyrafinowanej sztuce miłosnej, wydobyła od Samsona sekret jego nadludzkiej siły, co w efekcie pozwoliło Filistynom zgładzić mocarza. W czwartej Księdze Mojżeszowej występuje prostytutka Rachab, która ratuje życie dwóm szpiegom Jozuego, ściganym przez ludzi króla Jerycha. Jest to pierwsza w historii wzmianka o spotkaniu przedstawicieli dwóch najstarszych profesji.

Subtelną wartość kobiety szpiega doceniali Czyngis-chan, Attyla, a nawet prorok Mahomet. I zawdzięczali im niemało zwycięstw. Wszyscy oni wiedzieli dobrze, że kobieta to idealne „narzędzie” do przełamywania oporu mężczyzny w celu wydobycia od niego określonych tajemnic. Tak już dobry Bozia skonstruował ten świat, że pociągająca i piękna dziewczyna potrafi sparaliżować wolę samca i uczynić z niego posłuszną marionetkę. Działalność kobiet powodowanych pragnieniem przygody, ideałami, patriotyzmem, miłością lub pieniędzmi pozostawiła głęboki ślad w profesjach tak starych, a jednocześnie tak aktualnych, które nazywamy wywiadem i kontrwywiadem.

Uroda i seksapil to najważniejsze atuty przemawiające na korzyść kobiet. Nie od dziś bowiem wiadomo, że kobiecie łatwiej wyciągnąć informacje od mężczyzny niż odwrotnie. Połączenie dwóch najstarszych zawodów świata, prostytucji i szpiegostwa, wiele razy dawało pożądane efekty, przyczyniając się do zdemaskowania niejednego szpiega lub zdobycia tajnych informacji. Podczas miłosnego uniesienia dużo łatwiej wyznać jakąś tajemnicę lub… sprzedać ojczyznę. Poza tym w przypadku ujawnienia pracy wywiadowczej zawsze można ją ukryć, kładąc nacisk na seksualny kontekst zdarzeń (molestowanie, gwałt), odwracając tym samym uwagę od głównego wątku.

Jeszcze przed wybuchem drugiej wojny światowej, późniejszy szef niemieckiego wywiadu Sicherheitsdienst (SD) Walter Schellenberg – naonczas kierownik kontrwywiadu „Amt IVE” w IV departamencie gestapo – zaczął tworzyć w Berlinie z polecenia Reinharda Heydricha zakamuflowany dom publiczny. Wyposażony w najnowocześniejszą aparaturę podsłuchową, jak również aparaty fotograficzne i kamery, służyć miał do zdobywania dowodów niegospodarności, nieudolności, nieuczciwości, a nawet zdrady wśród najwyższych dostojników państwowych.

Burdel rozpoczął działalność w marcu 1940 roku w trzypiętrowej kamienicy przy Giesebrechtstrasse 11, tuż przy głównej ulicy metropolii Kurfürstendamm. Prowadziła go doświadczona puffmutti Katharine Schmidt, zwana popularnie „Kitty”, od której imienia przeszedł do historii jako „Salon Kitty”. Wdzięki zwerbowanych prostytutek, a także „porządnych Niemek”, patriotek i pań z wyższych sfer, pragnących w ten nieco osobliwy – przyznajmy – sposób służyć ojczyźnie, przyciągały do przybytku różne ważne osobistości. Ukryte magnetofony nagrywały zwierzenia dyplomatów, urzędników i funkcjonariuszy, sprytnie wyciągane przez udające namiętność odpowiednio wyszkolone panienki. W momencie jednak, gdy przychodził hitlerowski dostojnik popierany przez Heydricha lub Himmlera, aparaturę natychmiast wyłączano.

Po pewnym czasie Schellenberg wycofał się z operacji, twierdząc, że wybieranie kandydatek do takiej pracy nie przystoi oficerowi wywiadu. Jego miejsce zajął szef kripo, Arthur Nebe. Zimą 1941 roku do wychodzących z piwnicy „Salonu” kabli podłączył się brytyjski wywiad. Podobno stało się to za sprawą samej Katharine Schmidt, opłacanej sowicie przez MI6.

Misternie utkane „sekspułapki”, mające na celu uzyskanie kompromitujących informacji, stosowane są także i przez współczesne służby specjalne, korzystają z nich wszystkie wywiady i kontrwywiady świata. Z całą bezwzględnością i z cynicznym lekceważeniem uczuć i emocji tych, którzy znaleźli się w polu ich zainteresowania. Szpiegostwo nie jest zabawą dla grzecznych dzieci. Etyka i moralność mają w tym towarzystwie szanse zaistnieć jak kostka lodu na pustyni.

Seks stał się również metodą kontrolowania lojalności pracowników – depozytariuszy najrozmaitszych tajemnic. Zrozumiałe, że większość informacji na temat „seksszpiegostwa” utrzymywana jest w ścisłej tajemnicy, ale od czasu do czasu jednak coś trafia do publicznej wiadomości (zeznania szpiegów skazanych za zdradę ojczyzny, opisy nieudanych operacji podawane przez media bądź też relacje agentów zwerbowanych przez przeciwnika). Nie ulega wątpliwości, że przytoczone przypadki to jedynie przysłowiowy „wierzchołek góry lodowej”.

W sztuce wykorzystywania seksu do zadań wywiadowczych i kontrwywiadowczych specjalizowali się zwłaszcza Rosjanie z dawnego KGB (rozdział: Seks, kłamstwa i samobójstwo, opisujący historię Christine Keeler). Swoich agentów obojga płci i wszelkich orientacji seksualnych, przeznaczonych do wykonywania tego typu zadań, szkolili w położonym dwieście kilometrów od Kazania ośrodku w Wierchnoje. Ten swoisty „uniwersytet uwodzicieli” był tak tajny, że próżno go było szukać na jakiejkolwiek mapie. Rosjanie nie zapomnieli widać o swych umiejętnościach do dzisiaj, czego przykładem jest opisana w tej książce sprawa Anny Chapman (rozdział: Agentka 00Sex).

Zwolennikiem wykorzystywania seksu do szpiegowania był także Markus Wolf, wieloletni szef Głównego Zarządu Wywiadu (Hauptverwaltung Aufklaerung – HVA) przy wschodnioniemieckim Ministerstwie Bezpieczeństwa Państwowego (Ministerium für Staatssicherheit – MfS), znanym powszechnie pod nazwą „Stasi”. Dzięki uwodzeniu sekretarek zachodnioniemieckich polityków przez odpowiednio wyszkolonych do tego agentów, wywiad niesławnej pamięci NRD przez cztery dziesięciolecia uzyskiwał dostęp do najbardziej tajnych materiałów. Do legendy przeszedł niejaki Karl Halman, zwany przez współpracowników „Czerwonym Casanovą”, który uwiódł i skłonił do zdrady kilkanaście podstarzałych urzędniczek zachodnioniemieckiej administracji. Najgłośniejszym echem odbiła się sprawa Leonory Sutterlin, sekretarki zatrudnionej w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Rządu Republiki Federalnej, której udało się wykraść ponad trzy tysiące dokumentów stanowiących tajemnicę państwową. Zrobiła to nie do końca świadomie, na prośbę swego męża, Heinza, nie wiedząc, że jest on agentem „Stasi” działającym pod pseudonimem „Runge”. Aresztowana w 1961 roku Leonora, nie mogąc pogodzić się z tym, jak perfidnie została wykorzystana, popełniła w więzieniu samobójstwo.

Kobiety-agentki często właśnie same padały ofiarą przewrotnego samca-agenta, zdradzając ojczyznę i dostarczając mu „z miłości” najpilniej strzeżone sekrety, jak chociażby Benita von Falkenhayn, której tragiczne dzieje opisane są w rozdziale Na szafocie.

Wywiad czeski korzystał z usług Evy Bosákovej-Hlaváčkovej, byłej mistrzyni olimpijskiej i mistrzyni świata w gimnastyce artystycznej, która chętnie angażowała się do filmowanych z ukrycia zabaw łóżkowych z cudzoziemcami. W latach sześćdziesiątych otrzymała zadanie uwiedzenia pracującego wówczas w USA niemieckiego konstruktora Wernhera von Brauna i wyciągnięcia od niego planów amerykańskich rakiet balistycznych. Niestety, dawny współtwórca pocisków V-2 okazał się odporny na wdzięki pięknej Evy i o jej działalności powiadomił FBI.

Od używania w swej pracy „seksagentek” nie stroniły również służby specjalne dawnej PRL. Dokumenty Instytutu Pamięci Narodowej zawierają informacje o co najmniej kilkuset tego typu operacjach. Głośna stała się ujawniona przed kilkoma laty afera Zofii Darowskiej-Beynar, której udało się nie tylko uwieść, ale nawet poślubić będącego obiektem zainteresowania kontrwywiadu znanego pisarza Pawła Jasienicę (rozdział: Nigdy nie wierz kobiecie…).

Amerykanie wykorzystywali wprawdzie akcje „seksszpiegowskie” w dużo mniejszym zakresie, ale także od nich nie stronili. Przykładem jest czarnowłosa Niemka, Marita Lorenz, sekretarka, tłumaczka i kochanka kubańskiego dyktatora Fidela Castro.

Życie Marity Lorenz osnute jest wieloma tajemnicami. Według jej relacji w dziwnych okolicznościach została porwana z Hawany i obudziła się w amerykańskim szpitalu, gdzie agenci Centralnej Agencji Wywiadowczej poinformowali ją o próbie otrucia przez współpracowników Fidela oraz o wykonanej na jego polecenie aborcji. W ten sposób zwerbowali Maritę, która za namową matki i jej kolegów z CIA i FBI miała wrócić na Kubę, by zabić kochanka.

Fidel przedstawił zupełnie inną wersję. Według niego ich syn żyje na Kubie, a wydarzenia miały całkowicie inny przebieg. To on sam, zorientowawszy się, o co chodzi, miał jej wręczyć pistolet i powiedzieć, aby go zabiła, jeżeli w tym celu przyjechała aż ze Stanów. Tak czy inaczej zamach nie powiódł się, a przeznaczone dla Castro kapsułki z trucizną, ukryte w słoiku z kremem, Marita wyrzuciła ostatecznie do ustępu, pozostawiając również w apartamencie dyktatora wręczone jej przez CIA sześć tysięcy dolarów.

Czy Marita istotnie była w ciąży z kubańskim dyktatorem i czy rzeczywiście Castro wydał na nią wyrok śmierci – pozostanie jej słodką tajemnicą. Podobnie jak na wyjaśnienie czekają jej dalsze losy: nazwisko Marity Lorenz pojawia się wśród wielu wątków zamachu na Johna Kennedy’ego, niejasne są również jej związki z byłym prezydentem Wenezueli, zaciekłym wrogiem Castro, Marcosem Pérezem Jímenezem, którego poznała w roku 1961 (podobnież znów na polecenie CIA) i któremu urodziła córkę.

Maritę Lorenz oskarżyć można oczywiście o nieudolność, o bycie chwilową marionetką w rękach służb, które pragnęły wykorzystać jej bliskie stosunki z kubańskim wodzem, wydaje się jednak, że skrupuły były młodej Niemce raczej obce i że to inne powody niż poczucie przyzwoitości oszczędziły życie kubańskiego satrapy.

Zgodnie ze słowami generała majora Meira Amita, szefa Amanu (wywiadu wojskowego) w latach 1962–1963 oraz Mosadu (1963–1968): „Kobieta jest bronią innego rodzaju, ponieważ ma talenty, których mężczyzna nie posiada. Umie słuchać. Prowadzenie rozmowy w łóżku nie stanowi dla niej problemu. Historia współczesnego wywiadu zna wiele kobiet, używających seksu z korzyścią dla swojego kraju. Nie przyznawać się do tego, że Izrael też tak postępuje, byłoby głupotą. Nasze kobiety są ochotniczkami o wysokich zasadach moralnych, które wiedzą, jakie ponoszą ryzyko. Wymaga to specjalnego rodzaju odwagi. Nie chodzi po prostu o sypianie z kimś. Chodzi o przekonanie mężczyzny, że kobieta pójdzie z nim do łóżka, jeśli on powie jej coś istotnego. Niełatwo opisać umiejętności, jakie trzeba mieć, by to osiągnąć”.

Agentki Mosadu, których tajne misje mogą wymagać uprawiania seksu z wrogiem, otrzymały od rabina z Tel Awiwu, Ariego Szwata, specjalne błogosławieństwo. W napisanej na ten temat książce pod wiele mówiącym tytułem Nielegalny seks dla dobra bezpieczeństwa narodowego rabin dał izraelskim kobietom zgodę na uprawianie seksu z wrogiem dla pozyskania ważnych informacji, twierdząc, że zezwala na to również żydowskie prawo: „Agentka, uprawiająca seks z inwigilowaną osobą, służy wyższemu dobru, w związku z czym może być rozgrzeszona”. Na temat mężczyzn świątobliwy mąż nie zająknął się nawet jednym słowem, uznając najwidoczniej, że tego typu dylematy brzydszej z płci nie dotyczą. Wspomniał jedynie, iż w wypadku mężatki, jeśli dobro misji wymaga pójścia z obcą osobą do łóżka, jej mąż powinien się z nią rozwieść, a po zakończeniu misji ponownie ożenić.

Mordechaj Vanunu był pracownikiem ośrodka badawczego Dimona, który powstał na pustyni Negew w celu skonstruowania izraelskiej bomby atomowej. Uważając, że pomimo stabilnego, demokratycznego ustroju Izraela niewiele trzeba, aby jakiś przywódca ekstremistów stracił panowanie nad sobą i pogrążył cały Środkowy Wschód – a przy okazji zapewne cały świat – w otchłani nuklearnej wojny, zdecydował się na ujawnienie faktów i wymuszenie na reszcie świata odpowiedniej reakcji. Wyjechał do Australii, zabierając ze sobą około pięćdziesięciu fotografii wykonanych wewnątrz tajnej placówki badawczej oraz mapy i rysunki. Dowody te nie pozostawiały wątpliwości, że Izrael stał się szóstym mocarstwem atomowym na świecie.

Po ogłoszeniu swoich rewelacji, w obawie przed zemstą Mosadu, Vanunu zaszył się gdzieś w Londynie tak, że nie sposób go było znaleźć. Szef izraelskiego wywiadu, Nahum Admoni, wysłał nad Tamizę oddział kidon (słowo to znaczy po hebrajsku „bagnet”) z zadaniem odszukania za wszelką cenę zdrajcy. W środę 25 września 1986 roku Admoni otrzymał wiadomość, że Vanunu został namierzony. Przyszła pora na wprowadzenie w życie następnego punktu planu.

Wkrótce w pobliżu poszukiwanego pojawiła się uwodzicielska blondynka o imieniu Cindy. Naprawdę nazywała się Cheryl Ben Tow i była agentką Mosadu. Udało jej się wywabić Vanunu do Rzymu, na romantyczną randkę w mieszkaniu jej siostry. Zamiast upojnej nocy biedak doczekał się trzech agentów Mosadu, którzy powalili go na ziemię, uśpili i zapakowali do wielkiej skrzyni, w której został przetransportowany na statek płynący do Hajfy. W Izraelu wytoczono mu proces o szpiegostwo i zbieranie tajnych materiałów. W 1988 roku został skazany na osiemnaście lat pobytu w ośrodku sponsorowanym przez ministra sprawiedliwości.

Ale kobieta-szpieg to nie tylko proste „równa się” seks. Historia wywiadu i kontrwywiadu pełna jest również niewiast podejmujących najbardziej niebezpieczne zadania, w których granica między życiem a śmiercią była tak niewidoczna, jak pole minowe. Ich uroda, owszem odgrywała rolę, ale nie pierwszorzędną. W czasie drugiej wojny zasłynęły w dziejach wywiadu między innymi dwie Polki: pracownica Intelligence Service Krystyna Skarbek – Christine Granville (rozdział: Historia z nożem w sercu) – przedwojenna Miss Zakopanego, czy też równie piękna przedstawicielka wywiadu AK, Zofia Rapp, 2. voto Kochańska, 3. voto Rylska, działająca jako Marie Springer (rozdział: Marie Springer). Ich dzieje są jednak mało znane, może dlatego, że powracający z wojny do ojczyzny bohater jest obsypywany zaszczytami, szpieg zaś, który poświęca się z nie mniejszym samozaparciem, ryzykując życiem i ponosząc straty moralne, nie jest traktowany jak waleczny patriota, ale jako człowiek, którego czyny należy pokryć wstydliwym milczeniem. Ukryć i zapomnieć.

Jedne szukały przygody, jak Elsbeth Schragmüller (rozdział: „Fräulein Doktor”) czy Gabrielle Bonheur (Coco) Chanel (rozdział: Krawcowa z sierocińca). Inne łatwej drogi do fortuny, jak Karolina Rzewuska (Sobańska) (rozdział: Szpieg w krynolinie). Jeszcze inne zemsty, jak Violette Szabo (rozdział: Wyryjcie jej imię z dumą) czy Izabella Horodecka (rozdział: „Teresa” od wyroków). Niektóre uważały, że spełniają po prostu obowiązek wobec ojczyzny, jak Elżbieta Zawacka (rozdział: Najdzielniejsza z dzielnych) lub Noor Inayat Khan (rozdział: Księżniczka). Inne kierowały się po prostu miłością do mężczyzny, jak chociażby Mata Hari (rozdział: Oko bóstwa). Jedne były piękne i naiwne, jak Helena Mathea-Służewska (rozdział: Tajemnica „Krwawej Julki”), inne – brzydkie i wyrachowane, jak Julia Brystygierowa (rozdział: „Luna” od Kościoła), lub nie mniej piękne, lecz odrażające w swojej bezwzględności i braku wszelkich zasad moralnych, jak na przykład Blanka Kaczorowska (rozdział: V-98).

„Luna od Kościoła”. JULIA BRYSTYGIEROWA

Była jedną z najbardziej okrutnych, a zarazem najbardziej wpływowych osób w stalinowskim aparacie bezpieczeństwa. Jak twierdził Stefan Staszewski: „Twarz miała dosyć ładną, ale była potwornie niezgrabna, kwadratowa, niska, bardzo grube nogi. Agresywna i zaborcza. Była to pani z rodzaju tych, które mówią, kto ma dziś ją do domu odprowadzać”. Słynęła z sadystycznych tortur zadawanych młodym więźniom, którym kazała się rozbierać do naga, a następnie biła ich pejczem po genitaliach i przycinała je szufladą. Jeden z uwięzionych wspominał ją w następujący sposób: „Zbrodnicze monstrum przewyższające okrucieństwem niemieckie dozorczynie obozów koncentracyjnych”.

* * *

Julia Preiss (wg niektórych źródeł – Prajs), zwana „Luną”, urodziła się w Stryju 25 listopada 1902 roku w rodzinie żydowskiego aptekarza. W roku 1920 ukończyła gimnazjum we Lwowie, a sześć lat później studia historyczne na Uniwersytecie imienia Jana Kazimierza w tym samym mieście. W roku 1928 uzyskała doktorat z dziedziny filozofii. Pracowała jako nauczycielka historii w gimnazjum C. Epsteina w Wilnie oraz w żydowskim seminarium nauczycielskim Towarzystwa Kulturalno-Oświatowego „Tarbut”. Od 1920 roku była mężatką, żoną działacza syjonistycznego Natana Brystygiera i matką Michała, późniejszego znanego muzykologa, a od roku 1930 – wdową.

Już w roku 1927 rozpoczęła aktywną działalność komunistyczną jako członek Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom. Po zwolnieniu jej w 1929 roku z pracy z powodów politycznych utrzymywała się z udzielania korepetycji. Od kwietnia 1931 roku była wydawcą i redaktorem ukazującego się legalnie tygodnika komunistycznego „Przegląd Współczesny”. W październiku 1931 roku skazano ją za działalność komunistyczną na dwa tygodnie więzienia. W późniejszych latach lądowała za kratkami za to samo przewinienie jeszcze dwukrotnie: w roku 1932 (dwanaście miesięcy) i w roku 1937 (dwa lata). W czasie odbywania kary była starostą komuny więziennej (grupy więźniów odbywających wyroki za działalność komunistyczną).

Pod koniec 1934 roku została na krótko zawieszona w prawach członka partii. Po złożeniu samokrytyki latem 1935 roku objęła funkcję sekretarza Komitetu Okręgowego KPZU Stryj – Sambor. Zajmowała się głównie problematyką chłopską i rolną w Centralnej Redakcji KPZU we Lwowie. W roku 1936 została sekretarzem Komitetu Centralnego MOPR Zachodniej Ukrainy. Organizowała prokomunistyczny Kongres Pracowników Kultury we Lwowie w maju 1936.

W pełni rozwinęła skrzydła dopiero po wkroczeniu Armii Czerwonej do Polski w roku 1939. Przyjęła wtedy radzieckie obywatelstwo i rozpoczęła pracę w Radzie Związków Zawodowych we Lwowie. Współpracowała też – wraz z grupą innych kolaborantów – z sowieckim wydawnictwem Nowe Widnokręgi. Słynęła z gorliwych donosów do NKWD, głównie na… swoich towarzyszy partyjnych. Rywalizowała w tym względzie z braćmi Goldbergami – Józefem (późniejszym dyrektorem departamentu śledczego MBP, Jackiem Różańskim) i Beniaminem (Jerzym Borejszą). Rywalizacja między nimi w tej dziedzinie była bardzo zacięta. Różański miał się później skarżyć Józefowi Światle (Izaakowi Fleischfarbowi, wicedyrektorowi X departamentu MBP): „Pomyślcie, towarzyszu, że ta k… napisała na mnie raport. Ale towarzyszka »Luna« zapomina, że ja mam dłuższą karierę w NKWD niż ona”.

Chodziło o to, że wiosną 1942 roku żona Światły, Bela Frenkiel, nie mogąc doczekać się pomocy MOPR, przyjęła pomoc od Delegatury rządu Sikorskiego w postaci dwóch kilogramów ryżu i torby mąki. Towarzyszka „Luna” nie przyjęła argumentów o „skrajnej nędzy” i „nieuniknionej śmierci dziecka”, zarzucając Goldbergom kontakty z imperialistami, „polityczną zdradę” i „brak komunistycznej godności”. Niewiele jednak udało jej się zdziałać, ponieważ Goldbergowie mieli w tym czasie jeszcze mocniejsze plecy.

Kilkanaście lat później, jesienią 1953 roku „Luna”, jako członek Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej przy KC PZPR, współoskarżała Różańskiego o znęcanie się w śledztwie nad więźniami. Uczestniczyła również, prócz oficerów MBP i prokuratora, w rewizji w jego mieszkaniu przy ulicy Narbutta w Warszawie.

Donosy nie były jednak sprawą najważniejszą. Swą szybką karierę Julia zawdzięczała głównie temu, że była tak zwaną „pepeżą” – PPŻ (Przechodnią Polową Żoną), czyli krótko mówiąc kochanką kilku bardzo wpływowych osób, między innymi Jakuba Bermana (w drugiej połowie lat czterdziestych człowieka „numer dwa” w państwie – po Bolesławie Bierucie), Hilarego Minca (późniejszego ministra przemysłu, wicepremiera i członka Komisji Bezpieczeństwa KC PZPR) oraz Eugeniusza Szyra, stalinowskiego ekonomisty i członka Politbiura.

Po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej Julia zbiegła najpierw do Charkowa, potem zaś do Samarkandy, gdzie znów działała w Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom, podległej III Międzynarodówce, której zadaniem była pomoc znajdującym się w trudnej sytuacji towarzyszom. W roku 1943 znalazła się w Zarządzie Głównym Związku Patriotów Polskich, a w 1944 zasiadła w Krajowej Radzie Narodowej, samozwańczym polskim (?) parlamencie, mającym zgodnie z planami Józefa Stalina stanowić zaczątek powojennej władzy komunistycznej.

Związek Patriotów Polskich (ZPP) – organizacja polityczna, powołana przez Stalina w styczniu 1943 roku, skupiająca polskich komunistów w ZSRR. Powstanie organizacji oficjalnie ogłoszono dopiero w czerwcu, na zjeździe ZPP w Moskwie – wcześniej było to niemożliwe z powodu napiętej sytuacji, związanej z ujawnieniem sprawy mordu polskich oficerów w Katyniu. Po zawieszeniu stosunków dyplomatycznych ZSRR z rządem polskim w Londynie, w kwietniu 1943 roku, była traktowana przez Rosjan jako reprezentacja Polski. W rzeczywistości stanowiła narzędzie polityki Związku Radzieckiego – przygotowując warunki do przejęcia władzy przez komunistów w powojennej Polsce.

ZPP wydawał polską gazetę, przejął ośrodki opieki społecznej i szkoły, prowadzone wcześniej przez delegatury ambasady polskiej, oraz zorganizował pobór do polskiego wojska przy Armii Czerwonej, czyli I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Przewodniczącą Związku została Wanda Wasilewska. W dokumentach programowych potępiono rząd londyński jako spadkobiercę sanacji, zapowiedziano demokratyzację systemu politycznego w przyszłej Polsce, proponowano przesunięcie granicy zachodniej na linię Odry, a wschodniej na Bug, oraz opowiadano się za ścisłym sojuszem z ZSRR, uznając go za podstawę polityki zagranicznej. W lipcu 1944 roku ZPP podporządkował się Krajowej Radzie Narodowej działającej w Polsce oraz współtworzył Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Po wojnie przesiedlił około pół miliona Polaków i Żydów ze Związku Radzieckiego do Polski. Został rozwiązany decyzją KRN 30 lipca 1946 roku.

W grudniu 1944 roku, po przyjeździe do „Polski Lubelskiej”, „Luna” podjęła pracę w resorcie bezpieczeństwa, błyskawicznie awansując na stanowiska kierownicze i dyrektorskie. Podobno wcale nie chciała tam pracować. uważając, że nie zna się na tego rodzaju robocie. Zmusili ją Władysław Gomułka i Bolesław Bierut, powołując się na partyjny obowiązek. Wówczas pokazała, co naprawdę potrafi. Kochanek „Luny”, Jakub Berman, twierdził o niej, co następuje:

„Była wyjątkowo inteligentną kobietą o dosyć miłej powierzchowności, choć niezbyt zgrabna […]. Bystra, przenikliwa, umiała nawiązywać dobre kontakty z ludźmi. »Luna« stała się naprawdę wybitnym pracownikiem Bezpieczeństwa i na tle innych dyrektorów czy naczelników nie odznaczających się wielkimi talentami i stosującymi dosyć toporne często metody zdecydowanie się wyróżniała”.

Brystygierowa była najpierw kierownikiem sekcji, potem kierownikiem wydziału w Departamencie I Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (kontrwywiad), wreszcie (od stycznia 1950 roku) dyrektorem Departamentu V, zajmującego się zwalczaniem ludzi i instytucji Kościoła katolickiego w Polsce, a na koniec swej ubeckiej kariery, od sierpnia 1954 do listopada 1956 roku, dyrektorem III Departamentu, powołanego do walki ze zbrojnym podziemiem. Jako członek Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej brała udział w naradach Politbiura PPR i PZPR – formalnie jednak nie wchodząc w jego skład.

Swoją karierę zawdzięczała głównie kierownikowi resortu, Stanisławowi Radkiewiczowi, chociaż tajemnicą poliszynela było, że sypiała głównie z Jakubem Bermanem, jednym z najważniejszych funkcjonariuszy nowego reżimu – wiceprezesem Rady Ministrów i członkiem Komisji Wojskowej Biura Politycznego KC PZPR nadzorującej od maja 1949 roku Wojsko Polskie.

Jak się później okazało, dzieliła łoże również z kilkoma innymi wpływowymi osobistościami tamtych czasów. Jeszcze w trakcie swej bogatej kariery w Rosji, przez dłuższy czas była równocześnie kochanką Bermana, Hilarego Minca (ministra przemysłu i wicepremiera w pierwszych komunistycznych rządach) oraz Eugeniusza Szyra (w latach 1948–1981 członka KC PZPR, a w latach 1964–1981 członka Biura Politycznego). Jednym zdaniem: wiedziała, do czyjego łóżka wskakiwać i jak zdobyte w ten sposób kontakty wykorzystywać. Kiedy została już szefową wydziału w nowo utworzonym Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, rozgrywała własne partie, nierzadko przeciw swoim bezpośrednim przełożonym. Podobno sypiała nawet z samym Bolesławem Bierutem:

„Jak Brystygierowa chce coś przeprowadzić, nawet przeciw Radkiewiczowi czy Romkowskiemu (wiceszefowi bezpieki), to wszystko może zrobić – napisał o niej Józef Światło. – Ileż to razy Radkiewicz nie zdążył jeszcze zreferować jakiejś sprawy Bierutowi, a już Bierut czy Berman dzwonili do niego z zapytaniem: »słuchaj no, jest u ciebie taka a taka sprawa, dlaczego nam o tym nic nie mówisz?« […]. Oni już wiedzieli, bo oczywiście Brystygierowa referuje im wszystko nocami”.

„Była to pani z tych, które mówią, kto ma dziś ją do domu odprowadzić” – oceniał jej reputację inny ówczesny aparatczyk, Stefan Staszewski. „Raczej zużyta, bo miała życie bogate i pełne” – twierdził z kolei Józef Światło.

Zajmowała się głównie partiami, organizacjami i ugrupowaniami religijnymi, biorąc czynny udział w wypowiedzianej przez komunistów wojnie z Kościołem katolickim. Tylko w roku 1950 nadzorowała aresztowanie stu trzydziestu dwóch księży, w tym biskupa Kazimierza Kowalskiego, księdza Zygmunta Kaczyńskiego i biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka. Temu ostatniemu, torturowanemu okrutnie w trakcie śledztwa, wytoczono w roku 1953 głośny proces polityczny, w trakcie którego przyznał się do zarzucanych mu czynów. Został skazany na dwanaście lat więzienia za kolaborację z Niemcami, usiłowanie obalenia ustroju PRL i propagandę na rzecz waszyngtońsko-watykańskich mocodawców. „Luna” prześladowała również z zapałem przedstawicieli innych wyznań, chociażby Świadków Jehowy, których na jej rozkaz aresztowano około dwóch tysięcy.

Już w październiku 1947 roku zalecała „systematyczne rozpracowywanie instytucji Kościoła w terenie”, akcentując między innymi: „Należy zerwać z rozpowszechnionym poglądem, że klasztoru nie da się rozpracować […]. Kierunek dojścia: żebracy, dostawcy klasztorni itp”. Zachęcała do „systematycznego rozpracowywania katechetów szkolnych” i „przeciwdziałania rozszerzaniu się prasy katolickiej”, wzywała do unicestwienia organizacji katolickich oraz likwidacji zakonów. Nadzorowała zmuszanie wielu duchownych – czy to groźbą, czy to szantażem, czy obietnicami korzyści – do współpracy. Tak właśnie powstał niesławnej pamięci tak zwany „ruch księży-patriotów”.

Wynikiem pracy kierowanego przez nią Departamentu było aresztowanie w sumie ponad dziewięciuset księży katolickich, kilku biskupów oraz internowanie Prymasa Polski, kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Szczególną gorliwością odznaczała się w zwalczaniu polskiej inteligencji patriotycznej. Charakterystyczny jest typ instrukcji wydawanej przez nią funkcjonariuszom na odprawach:

„W istocie cała polska inteligencja jest przeciwna systemowi komunistycznemu i właściwie nie ma szans na jej reedukację. Pozostaje więc jej zlikwidowanie. Ponieważ jednak nie można zrobić błędu, jaki uczyniono w Rosji po rewolucji w 1917 roku, eksterminując inteligencję i w ten sposób opóźniając rozwój gospodarczy kraju, należy wytworzyć taki system nacisków i terroru, aby przedstawiciele inteligencji nie ważyli się być czynni politycznie”.

Jak twierdził Stefan Staszewski (kierownik wydziału prasy i wydawnictw KC PZPR i redaktor naczelny Polskiej Agencji Prasowej w czasach stalinizmu), wywiad radziecki przekazał Brystygierowej opiekę nad Bolesławem Piaseckim, przedwojennym współzałożycielem Obozu Narodowo-Radykalnego, który po 1945 roku podjął współpracę z komunistami. „Luna” wciągnęła twórcę PAX-u zarówno do kooperacji, jak i do łóżka (być może w odwrotnej kolejności – ale czy to takie ważne?).

Józef Światło pisał, że Brystygierowa dawała Piaseckiemu pieniądze na działalność rozbijających Kościół „postępowych katolików”, ale w zamian wymagała posłuszeństwa, na przykład potępienia generała Stanisława Tatara jako „zdrajcy narodu, faszysty i imperialistycznego agenta”. Światło ujawnił również, że Bierut, prócz Bolesława Piaseckiego, posiadał „na odcinku katolickim” własnego agenta, którego sam zwerbował za pośrednictwem „Luny” Brystygierowej – Dominika Horodyńskiego, redaktora naczelnego „Kultury”. „Horodyńskiego można było często spotkać w mieszkaniu prywatnym pułkownik Brystygierowej przy Alei Róż”.

W ramach „opieki” nad inteligencją, prawdopodobnie na prośbę Bolesława Piaseckiego, „Luna” uwolniła z więzienia Pawła Jasienicę (Lecha Beynara), któremu groziła kara śmierci za udział w „bandzie Łupaszki”, czyli V Wileńskiej Brygadzie AK majora Zygmunta Szendzielarza.

Wiosną 1948 roku „Luna” razem z wiceministrem bezpieki Romanem Romkowskim pojechała na spotkanie ze sztabem Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, dowódcy partyzantki WiN na Lubelszczyźnie, który postanowił – w porozumieniu z inspektorem WiN-u Władysławem Siłą-Nowickim – ujawnić swoje oddziały. Delegacja MBP nie zgodziła się jednak na warunek „Zapory”, aby wypuścić z więzień żołnierzy WiN-u. Wkrótce on i jego ludzie zostali aresztowani i prócz Siły-Nowickiego (siostrzeńca Feliksa Dierżyńskiego) zlikwidowani.

Brystygierowa odgrywała również wielką rolę w działaniach zmierzających do skrytobójczego mordowania szczególnie niewygodnych dla komunistów działaczy PSL-u. Jak twierdzi Jerzy Morawski w artykule Strzały zza węgła („Życie” z 7 listopada 1995 roku), kierowany przez „Lunę” Departament MBP typował do fizycznej likwidacji działaczy tej partii, a propozycje zatwierdzono później na najwyższym szczeblu.

Pracując w MBP, towarzyszka Brystygierowa pociągała za wiele różnych sznurków, uczestnicząc aktywnie w rozmaitych partyjnych dintojrach. Jednych – tak jak Różańskiego czy Światłę – nienawidziła całym sercem i starała się utrącić, innym, jak chociażby Władysławowi Gomułce – pomagała.

Według Stefana Staszewskiego: „»Luna« to był typowy dywersant polityczny. Miała pod swoją opieką Kościół i inteligencję […]. Nie brała udziału w walce ze zbrojnym podziemiem, nie zajmowała się wymuszaniem zeznań czy montowaniem procesów. Powierzano jej sprawy wymagające bardzo delikatnych tonów, dużej wiedzy, inteligencji i kwalifikacji wyższego rzędu. Miała robić rozpoznanie nastrojów panujących w środowiskach artystycznych i określać, kto z tych ludzi jest uczciwy, a kto nie. Trzeba przyznać, że dzięki wrodzonej kulturze dobrze te rozeznanie robiła […]. Kulturalna, elokwentna, wcale nie krzykliwa, taka pani do towarzyskiego obcowania”.

Przeczą temu zdecydowanie relacje innych świadków. Według nich Brystygierowa nadzorowała zwykle pierwszy etap śledztwa, osobiście katując zatrzymanych. Z powodu bezwzględności, z jaką przesłuchiwała więźniów, nazywano ją „Krwawą Luną”. Żołnierz AK i były więzień polityczny Anna Rószkiewicz-Litwinowiczowa pisała w swych wspomnieniach Trudne decyzje. Kontrwywiad Okręgu Warszawa AK 1933–1944: „Julia Brystygierowa słynęła z sadystycznych tortur zadawanych młodym więźniom, była zdaje się zboczona na punkcie seksualnym i tu miała pole do popisu”.

W różnych relacjach powtarzają się opowieści o sadyzmie Brystygierowej, bijącej rozebranych młodych więźniów szpicrutą po jądrach, aby wymusić przyznanie się do winy. Ofiarą takich tortur padł między innymi szef propagandy PSL na województwo olsztyńskie, Szafarzyński, który wkrótce po sesji przesłuchań zmarł z ogólnego wycieńczenia. Opowiadał o tym między innymi Tomasz Grotowicz: „Maltretowany przez »Lunę« Szafarzyński stanowił widok przerażający. Jądra miał na wysokości kolan. Brystygierowa wsadzała mu przyrodzenie do szuflady i następnie zatrzaskiwała, a także bez opamiętania biła więźnia. Szafarzyński wkrótce zmarł wskutek ogólnego wycieńczenia”.

„Luna” odeszła z resortu bezpieczeństwa na fali popaździernikowej odwilży, 16 listopada 1956 roku. Próbowano pociągnąć ją do odpowiedzialności karnej za dokonane zbrodnie, lecz sprzeciwił się temu zdecydowanie nowy I Sekretarz „Zjednoczonej”, Władysław Gomułka. Swoimi winami, dotyczącymi „stosowania w śledztwach niedozwolonych metod”, obciążyła Jacka Różańskiego, z którym miała zadawnione porachunki, jak również Romana Romkowskiego (Natan Grynszpan-Kikiel) oraz Anatola Fejgina, dyrektora X Departamentu MBP. Winą było oczywiście stosowanie tych „niedozwolonych metod” tylko wobec funkcjonariuszy PZPR, w żadnym wypadku wobec na przykład żołnierzy AK. Podczas rozmowy z członkami specjalnej komisji, powołanej do zbadania działalności organów MBP, podkreśliła, że wymienieni wykazywali się „bardzo dużą inicjatywą, co było powodem ich podłego stosunku do człowieka”.

Pracowała przez jakiś czas w Państwowym Instytucie Wydawniczym jako redaktorka, później została szefową Naszej Księgarni. Osoba, która wcześniej, w komunistycznych Nowych Widnokręgach systematycznie opluwała Polskę, miała czelność pisać opowiadania dla polskich dzieci. Wydała też między innymi powieść Krzywe litery (Czytelnik, Warszawa 1960), w której podjęła temat stosunków narodowościowych na terenach Galicji Wschodniej w latach 1914–1920. Książka zyskała dobre recenzje, krytycy wytknęli jej jedynie nadmierny erotyzm, który „jest w książce zjawiskiem dość przykrym, a czasem wręcz niesmacznie żenującym”. Dwa lata później opublikowała zbiór opowiadań Znak H. W promocji jej twórczości bardzo pomogły ciepłe stosunki towarzyskie ze środowiskiem warszawskich literatów, w którym wiele osób pamiętało ją jako „opiekuna” z ramienia UB. Oprócz działalności pisarskiej prowadziła nieoficjalnie coś w rodzaju salonu polityczno-literackiego, do którego spraszała całą śmietankę warszawskich literatów.

Na starość popadła w dewocję.

Pewnego razu siostra zakonna Bonifacja Goldman – niewidoma neofitka, franciszkanka i mieszkanka Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach pod Warszawą – trafiła do szpitala. W czasie choroby odwiedzała ją często pewna pani, której nazwiska nie znała i jako niewidoma nie znała jej także z wyglądu zewnętrznego. Pani ta leżała w tym samym szpitalu i czytała siostrze Bonifacji książki katolickie oraz czasopisma, takie jak między innymi „Tygodnik Powszechny”. Obie panie zaprzyjaźniły się, co zaowocowało zaproszeniem przez siostrę usłużnej kobiety do Lasek.

Po pewnym czasie tajemnicza pani przyjechała tam z pytaniem o swoją szpitalną znajomą. Funkcjonariusze SB, inwigilujący Towarzystwo Opieki w ramach akcji „Kobra”, szybko zidentyfikowali ją jako Julię Brystygierową, dawną dyrektorkę V Departamentu.

Jej wizyty w tym ważnym ośrodku katolickiej inteligencji oraz miejscu przyciągającym i chroniącym ludzi prześladowanych przez władze komunistyczne zaczęły się powtarzać. W raporcie z 16 czerwca 1962 roku TW (Tajny Współpracownik) SB o kryptonimie „Ksawery” donosił:

„W godzinach popołudniowych widziałem wyjeżdżającą z Lasek w towarzystwie Wolmanowej Anny – Brystygier. Do samochodu doprowadziła ją s. Bonifacja – Goldman i Zula [Zofia] Morawska. Z rozmowy pomiędzy Z. Morawską a ks. Marylskim wynikało, że Brystygier obiecała załatwić sprawy paszportowe Marylskiemu […]. Brystygier przyjechała samochodem marki »Moskwicz« koloru zielonokremowego nr rej. WC – względnie WE 4513 […]. Wyglądała na zdenerwowaną, prawdopodobnie ze względu na duże towarzystwo, które było świadkami jej wyjazdu, paliła nerwowo papierosy”.

Od wiosny 1963 roku SB nie notowała już obecności Julii Brystygierowej w Towarzystwie Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, być może przestraszyła się inwigilacji. Opiekujący się nią ksiądz Antoni Marylski był jednak pewien, że zasiane ziarno wyda odpowiedni plon. „Ona teraz uświadomiła sobie, ile zła i nieszczęścia wielu ludziom swym nieludzkim postępowaniem sprawiła i stara się obecnie nowym chrześcijańskim życiem jeszcze wiele naprawić” – notował jego słowa TW „Rawski” w listopadzie 1962 roku. „Teraz Brystygierowa przychodzi od czasu do czasu nas odwiedzać”.

„I znajduje się także na drodze nawrotu” – miał powiedzieć ksiądz Marylski w kwietniu 1963 roku, tym razem według relacji TW „Alfa”. Atmosfera w Laskach, w której wygrywała wiara w dobroć człowieka, niejednemu zagubionemu grzesznikowi pozwoliła odnaleźć Boga. Działo się tak dlatego, że ludzie, którzy tę atmosferę tworzyli – ojciec Władysław Korniłowicz, ksiądz Antoni Marylski, prymas Stefan Wyszyński i ss. Franciszkanki od Krzyża – nie skreślali na zawsze błądzących, a nawet zbrodniarzy.

Wśród wielu postaci zauważonych w Laskach przez funkcjonariuszy i zarejestrowanych przez aparat SB, szczególne miejsce zajmowali byli lub obecni aparatczycy, inteligencja komunistyczna, a nawet byli funkcjonariusze UB, zajmujący się niegdyś zwalczaniem Kościoła. Na terenie Instytutu przebywał często swego czasu na przykład Adam Michnik, obecny redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”, pisał tam nawet niektóre swe utwory.

Pojednana z Bogiem (chociaż niekoniecznie z niektórymi ludźmi), opatrzona świętymi sakramentami Julia Brystygierowa, „Krwawa Luna”, zmarła 9 października 1975 roku w Warszawie. Pochowano ją na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach, gdzie spoczywa do dziś (kwatera D33, rząd 2, grób 12).

Trafiła zapewne prosto do nieba, bo jak powiada Pismo Święte: „Więcej w niebie radości z jednej nawróconej duszyczki niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych”.

Drapieżna kotka. MATHILDE CARRÉ

Żaden historyk nie napotyka tak wielu trudności jak ten, który zamierza odtworzyć życiorys szpiega. Zaledwie uczyni pierwszy krok, a już pojawiają się białe plamy, mylne tropy, fałszywe ślady. Politycy czy aktorzy zostawiają po sobie często pamiętniki, w których odnaleźć można informacje o ich czynach, zwycięstwach i przewagach, a czasami nawet i o ciemnych machinacjach czy sromotnych klęskach. Pracownicy wywiadu rzadko zostawiają po sobie wspomnienia, szczególnie ci, którzy nakryci podczas działalności stają przed lufami plutonu egzekucyjnego czy zwisającym z góry konopnym sznurem. Właściwie ideał doskonałego agenta polega na pozostawaniu niewidocznym dla innych, chociaż ślady jego działania przypominają czasem spustoszenia dokonane przez tornado. Mathilde Lily Belard, bo tak brzmiało nazwisko panieńskie późniejszej pani Carré, pisała jednak pamiętnik, co w działalności szpiegowskiej jest zwykle błędem niewybaczalnym. Ale dzięki temu wiemy przynajmniej coś niecoś o jej prywatnym życiu.

* * *

Urodziła się u schyłku la belleépoque