Sluzby specjalne - Leszek Pietrzak, Jan Piński, Antoni Wręga - ebook
Opis

„My jesteśmy tajne służby. Służby specjalne to jest np. Zakład Oczyszczania Miasta” – powiedział mi kiedyś jeden z oficerów wywiadu. W Polsce przyjęło się jednak nazywać tajne służby, specjalnymi. Jakby ich nie nazywać jest to temat budzący ogromne emocje, bardzo rzadko rzetelnie w mediach opisywany.

 Książka „Służby specjalne” ma w założeniu przybliżyć czytelnikom tą trudną materię. To zbiór esejów i artykułów dotyczących problematyki z dziedziny służb specjalnych. Niektóre z nich wcześniej były publikowane w prasie, ale wszystkie dla potrzeb obecnego wydania zostały przejrzany i poprawione. Zwykle teksty publikowane są ze skrótami, w tej książce mamy możliwość przeczytania pełnych autorskich wersji.

 Granice i zakres działalności służb w demokracjach są dziś jednym z ważniejszych tematów debaty publicznej. Rosnące możliwości technicznego szpiegowania obywateli wymagają precyzyjnego zapisania uprawnień tychże służb. Z drugiej strony rosnące zagrożenia terroryzmem wymagają od służb kreatywności i elastyczności w działaniu. Znalezienie złotego środka, który pozwoli służbom wykonywać swoje obowiązki, a jednocześnie nie doprowadzi do powstania wszechpotężnego państwa, które wszystko wie o obywatelu i może go usadzić, gdyby okazał się nieposłuszny, jest dziś więcej niż konieczne. To jest możliwe tylko wtedy gdy obywatel wie co mogą służby specjalne, jaki mają zakres praw i obowiązków, a także możliwości technicznych. Z drugiej strony mamy do czynienia z niechęcią służb do ujawniania metod i zakresu pozyskiwania informacji. Właśnie dlatego opisywanie działań służb ma takie znaczenie: tylko będąc dobrze poinformowani możemy świadomie recenzować ich działalność.

W tej książce możemy zaznajomić się z tajnymi operacji najlepszych wywiadów, a także z problematyką kontroli nad służbami specjalnymi.

Życzę przyjemnej lektury.

Jan Piński

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 147

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Leszek Pietrzak

Jan Piński

Antoni J. Wręga

Służby specjalne

1

Wydawnictwo Penelopa

Warszawa 2015

Copyright Wydawnictwo Penelopa & Leszek Pietrzak,

Jan Piński, Antoni J. Wręga

Skład:

Robert Lijka

Projekt graficzny okładki:

Dariusz Krupa

Redakcja:

Jan Piński

ISBN: 978-83-62908-09-7

Wydawca:

Jerzy Moraś

Wydawnictwo „Penelopa” sp. z o.o

02-548 Warszawa, ul.Grażyny 13/lok.7

Druk:

TOTEM

ul. Jacewska 89

88-100 Inowrocław

Wydanie I

Warszawa 2015

Wstęp

„My jesteśmy tajne służby. Służby specjalne to jest np. Zakład Oczyszczania Miasta” – powiedział mi kiedyś jeden z oficerów wywiadu. W Polsce przyjęło się jednak nazywać tajne służby, specjalnymi. Jakby ich nie nazywać jest to temat budzący ogromne emocje, bardzo rzadko rzetelnie w mediach opisywany.

        Książka „Służby specjalne” ma w założeniu przybliżyć czytelnikom tą trudną materię. To zbiór esejów i artykułów dotyczących problematyki z dziedziny służb specjalnych. Niektóre z nich wcześniej były publikowane w prasie, ale wszystkie dla potrzeb obecnego wydania zostały przejrzany i poprawione. Zwykle teksty publikowane są ze skrótami, w tej książce mamy możliwość przeczytania pełnych autorskich wersji.

        Granice i zakres działalności służb w demokracjach są dziś jednym z ważniejszych tematów debaty publicznej. Rosnące możliwości technicznego szpiegowania obywateli wymagają precyzyjnego zapisania uprawnień tychże służb. Z drugiej strony rosnące zagrożenia terroryzmem wymagają od służb kreatywności i elastyczności w działaniu. Znalezienie złotego środka, który pozwoli służbom wykonywać swoje obowiązki, a jednocześnie nie doprowadzi do powstania wszechpotężnego państwa, które wszystko wie o obywatelu i może go usadzić, gdyby okazał się nieposłuszny, jest dziś więcej niż konieczne. To jest możliwe tylko wtedy gdy obywatel wie co mogą służby specjalne, jaki mają zakres praw i obowiązków, a także możliwości technicznych. Z drugiej strony mamy do czynienia z niechęcią służb do ujawniania metod i zakresu pozyskiwania informacji. Właśnie dlatego opisywanie działań służb ma takie znaczenie: tylko będąc dobrze poinformowani możemy świadomie recenzować ich działalność.

W tej książce możemy zaznajomić się z tajnymi operacji najlepszych wywiadów, a także z problematyką kontroli nad służbami specjalnymi.

Życzę przyjemnej lektury.

Jan Piński

Człowiek, który wiedział za dużo

Antoni J. Wręga

Jak zabójcy JFK chcieli zmylić śledczych

Rozmówca powiedział tylko, że dziennikarz powinien zadzwonić do ambasady amerykańskiej w Londynie, po jakiś wielki „news", po czym odłożył słuchawkę" – napisano w depeszy CIA z 23 listopada 1963 r. Opisuje ona anonimowy telefon odebrany dzień wcześniej, na około 25 minut przed zamachem na Johna Fitzgeralda Kennedy'ego, przez dziennikarza gazety „The Cambridge News". Do dziś nie wiadomo, kto wykonał ten telefon ani skąd dzwonił. Pewne jest natomiast to, że była to część operacji dezinformacyjnej, która miała uchronić faktycznych zleceniodawców zabójstwa przed odkryciem. Ten sposób, w Polsce określany swojsko, jako metoda „na zająca", jest stary jak świat, ale wciąż skuteczny. Rolę takiego „zająca" w zabójstwie JFK odegrał Albert A. Osborne vel John Howard Bowen, który przebywał w Wielkiej Brytanii, gdy wykonywano ów tajemniczy telefon. Wcześniej zadbano, aby jego drogi skrzyżowały się z zabójcą JFK Lee Harveyem Oswaldem.

Tajemnicza podróż do Meksyku

26 września 1963 r. Oswald (lub, jak niektórzy twierdzą, jego sobowtór) wyruszył w podróż z Nowego Orleanu do Mexico City. Celem wyprawy było rzekomo zdobycie przez niego wiz uprawniających do podróży na Kubę i do ZSRR. Na granicy Teksasu z Meksykiem Oswald przesiadł się na autobus linii Flecha Roja (nomen omen znaczy to Czerwona Strzała) udający się do stolicy Meksyku. Do tego samego autobusu wsiadł mężczyzna zidentyfikowany później jako niejaki John Howard Bowen. Według zeznań świadków Bowen siedział obok Oswalda podczas całej długiej podróży nocnej do Mexico City. Karta turystyczna, na podstawie której dokonano identyfikacji Bowena, okazała się później sfałszowana. Ów Bowen nazywał się naprawdę: Albert Alexander Osborne. Miał 75 lat, a nie 60, urodził się w Anglii i nie był mieszkańcem Houston. Po co była ta maskarada?

Wróćmy do faktów. W autobusie do Mexico City było ok. 40 dorosłych Meksykanów obojga płci, a także dzieci, małe zwierzęta i kilku białych. Osborne i Oswald siedzieli w drugim rzędzie od przodu, zaraz za angielskim małżeństwem Johnem i Meryl McFarlandami. Oswald powiedział im, że podróżuje na Kubę zobaczyć się z Fidelem Castro. W Monterrey dosiadły się dwie młode Australijki: Pamela Mumford i Patricia Winston. Podczas podróży obie dziewczyny słyszały, jak Osborne, Oswald i małżeństwo McFarlandów „dużo rozmawiali i śmiali się". W pewnym momencie Oswald podszedł do Australijek, doradzając im, jak zachowywać się w Meksyku. Takie zachowanie było dla osób dobrze go znających zupełnie nienaturalne.

Według pani McFarland Bowen podróżował z „torbą na ramię, w której dźwigał konserwy". Brytyjka miała wrażenie, że powracał do jakiejś szkoły czy misji w Meksyku. Przedstawił się im jako emerytowany nauczyciel, który nauczał też w Indiach i „w Arabii". Opowiedział, że pracuje nad książką o słynnym trzęsieniu ziemi w Lizbonie w 1775 r.

Autobus przybył do Mexico City około 10 rano, 27 września (1963 r.). Już nigdy McFarlandowie ani australijskie dziewczyny nie spotkali ani „badacza lizbońskiego trzęsienia ziemi z 1775 r.", ani Oswalda. Ten ostatni zatrzymał się w Hotel del Comercio w Mexico City. Żadnych wiz, o które podobno zabiegał, nie dostał ani w kubańskiej, ani w sowieckiej ambasadzie. 2 października powrócił, wydawało się jak niepyszny, do Dallas. Również dziwaczny John Howard Bowen opuścił Mexico City autobusem dzień wcześniej. Po co więc udawali się obaj, ale jakby oddzielnie, do odległego Mexico City?

Warto odnotować, że Oswald dwukrotnie użył „w swojej karierze" nazwiska „Osborne" w Nowym Orleanie. Było to zaraz po tym, jak pracował w Dallas z człowiekiem nazwiskiem John Grossi (latem 1963 r.), który z kolei używał innego, istotnego tu – jak zobaczymy – nazwiska: Jack Bowen.

Zaplątać tropy

Po 22 listopada 1963 r. (zabójstwie JFK) FBI odkryła, że „niezidentyfikowani funkcjonariusze rządu meksykańskiego" zabrali krótko po zamachu w Dallas oryginał i duplikat listy pasażerów Flecha Roja z tej właśnie podróży. Musiano użyć dokumentów imigracyjnych i listy bagażowej, aby zidentyfikować personalia osób podróżujących z Oswaldem. FBI przesłuchała Mumford, Winston i małżeństwo McFarlandów. Agencja nie odnalazła jednak pasażera o nazwisku John Howard Bowen. Pomocne okazało się archiwum. W czerwcu 1942 r. jakiś John Howard Bowen, który prowadził obóz dla chłopców w Henderson Springs koło Knoxville, w stanie Tennessee, został oskarżony o podarcie i podeptanie amerykańskiej flagi. Podczas wojny był to wyraźny akt zdrady, szczególnie niepedagogiczny, że dokonany na oczach młodzieży. Następnie FBI odkryła, że w 1953 r. też jakiś John Howard Bowen został aresztowany w Woods Hotel w Houston, w Teksasie, w związku ze śledztwem w sprawie zaprószenia tam ognia. Do oskarżenia nie doszło, ale FBI pobrało wówczas odciski palców Johna Howarda Bowena, które miały okazać się kluczowe przy identyfikacji poszukiwanego. Pomocna okazała się lokalna gazeta „Knoxville Journal", która opublikowała kilka notek na temat Bowena, byłego mieszkańca tej miejscowości. Doniesienia prasowe powstały w oparciu o listy z pracy misjonarskiej Bowena w Meksyku. Listy pochodziły głównie od niego samego, chociaż jeden z nich został napisany przez Alberta Osborne'a.

7 stycznia 1964 r. FBI przesłuchało w San Martin Texmelucan „pewnego starszego kanadyjskiego misjonarza", który stwierdził, że jest znajomym Johna Howarda Bowena. Misjonarz nazywał się Albert Osborne. Miał kanadyjski paszport i twierdził, że mieszka w Montrealu. Osborne opowiedział FBI, iż Bowen jest ordynowanym pastorem baptystów, który zbiera od lat fundusze na budowę kościołów tego wyznania w Meksyku, a aktualnie jest gdzieś w USA.

Gdy miesiąc później FBI przesłuchiwała Osborne'a po raz kolejny (we Florence w Alabamie), ten przedstawił się jako John Howard Bowen. Twierdził, że głosi kazania w wiejskich kościołach baptystów w okolicy i że wkrótce wraca do domu do St. Anthony Hotel w Laredo. Twierdził, iż jest to zupełnie zrozumiałe, że ludzie mylą go z Osborne'em, jako że oni obaj są wędrownymi kaznodziejami baptystów. Co więcej są w takim samym wieku i są prawie identyczni. Potwierdził też, że odbył podróż autobusem z Nuevo Laredo do Mexico City w dniach 26–27 września 1963 r., udając się stamtąd na prace misyjne baptystów do Puebla. Jednak według jego relacji obok niego siedział młody mężczyzna, prawdopodobnie Latynos, który w niczym nie przypominał Lee Oswalda. Nie przypominał sobie żadnego młodego angielskiego małżeństwa. Zgodził się na pobranie odcisków palców i na to, aby podczas przesłuchania zrobić mu zdjęcie. To w konsekwencji doprowadziło FBI do potwierdzenia, że Bowman to Osborne.

Oficer FBI pokazał mu obydwie fotografie z „Knoxville Journal" – ten zidentyfikował osobę na jednym ze zdjęć, jako Osborne'a, podczas gdy na drugim zdjęciu przedstawianą osobę określił jako siebie. Przesłuchano go raz jeszcze 20 lutego 1964 r. Powtórzył, co powiedział wcześniej na temat swojej podróży autobusowej do Mexico City, i twierdził, że nie rozmawiał ani z nim, ani z kimkolwiek w autobusie. Dwukrotnie oglądał zdjęcie Oswalda i stwierdził, że nigdy przedtem nie widział tej osoby. Kiedy został skonfrontowany z faktem, że świadkowie zidentyfikowali go siedzącego obok Oswalda w autobusie, Bowen odpowiedział, iż on mówi tylko to, co wie, a inni ludzie być może nie mówią prawdy.

Cud niepamięci

W tym czasie FBI mogła już oskarżyć Osborne'a o podawanie władzom nieprawdziwych informacji. Jednak zamiast tak uczynić, funkcjonariusze FBI przesłuchali go raz jeszcze. Po początkowym zaprzeczaniu w końcu przyznał, że naprawdę nazywa się Albert Osborne. Urodził się w Anglii w Grimsby, 12 października 1888 r. W 1908 r. wstąpił do Armii Brytyjskiej, służył kolejno w garnizonach w Indiach, w Zatoce Perskiej i na Bermudach. Zwolnił się z wojska w 1914 r. i wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Twierdził, że został pastorem w filadelfijskim kościele Bethany Baptist Church w 1918 r. Zaraz po tym wyjechał do Kanady i wstąpił do Armii Kanadyjskiej, w której służył do końca I wojny światowej. Następnie powrócił do Waszyngtonu, gdzie poznał „pewnego Syryjczyka", z którym założyli spółkę zajmującą się czyszczeniem dywanów. Rzekomo na jego sugestię przyjął „bardziej amerykańskie" nazwisko „John Howard Bowen", tak jakby angielskie: Albert Alexander Osborne było z jakichś względów złe. Po latach stwierdził, że nie zapamiętał nazwiska swojego syryjskiego wspólnika (sic!).

Po jakimś niesprecyzowanym czasie, opuściwszy biznes czyszczenia dywanów, Osborne pracował jako wędrowny ogrodnik, głównie w Wirginii i w Karolinie Północnej. Następnie podjął się pracy z młodzieżą w Knoxville, Tennessee, gdzie pracował do 1943 r. Następnie zaś stał się wędrownym kaznodzieją na południu Stanów, skąd wyruszał wielokrotnie do pracy misyjnej w Meksyku. Tam miał pomieszkiwać przez kolejne 20 lat jako John Howard Bowen. Osborne opowiedział, że wątpliwości wokół jego imienia pojawiły się około 1956 r., kiedy musiał władzom meksykańskim – podczas spisu ludności – pokazać jakieś dokumenty identyfikacyjne, a wszystko, co wówczas miał przy sobie, to świadectwo urodzenia i papiery związane ze służbą w armii kanadyjskiej, na nazwisko Albert Osborne. Odtąd posiadał podwójną tożsamość.

Osborne uzyskał paszport kanadyjski 10 października, 1963 r., na swoje prawdziwe nazwisko. Wówczas to w październiku 1963 r. ten wędrowny kaznodzieja dokonał niezwykłej rzeczy. Poprzez lata korespondował bardzo rzadko ze swoim rodzeństwem czy krewnymi w Anglii, którzy mogli potem opowiedzieć brytyjskim śledczym niezbyt wiele na temat jego życia i działalności w Ameryce. Osborne pytany o swoje źródła dochodu, twierdził, że jest doskonałym ogrodnikiem i kiedy pieniądze mu się wyczerpywały, zatrudniał się kolejno w różnych miejscach. Nie był w stanie jednak przypomnieć sobie nazwiska lub nazwy pracodawców.

Osborne opuścił Nowy Jork 13 listopada 1963 r. – dzień po swoich 75. urodzinach – na pokładzie samolotu pasażerskiego udającego się do Anglii. Miał spotkać się z tamtejszymi krewnymi po przerwie wynoszącej około 50 lat. Lecz nawet przy spotkaniu po pół wieku Osborne ich okłamał. Starszemu bratu Walterowi, którego odwiedził w listopadzie 1963 r. w domu starców w Grimsby, powiedział, że podróżował do Prestwick w Szkocji wraz z grupą naukowców, którzy udawali się na Islandię, aby sfotografować pewien wulkan. Siostrze Emily (Featherstone, mieszkającej w wiejskiej okolicy za Grimsby, z którą spędził kilka dni) powiedział, że udaje się do Hiszpanii. Wspominał też wówczas, że wybiera się także do wspólnot baptystów we Francji i we Włoszech, a także w Maroku.

Nie wiadomo, gdzie Osborne był 22 listopada, w dniu, kiedy zamordowano JFK. Lecz już 5 grudnia 1963 r. wszedł na pokład samolotu Icelandic Airlines w Luksemburgu i odleciał do Nowego Jorku. Siostra Lillie otrzymała potem list od Alberta datowany na 14 grudnia i wysłany z Nowego Jorku, w którym pisał, że przybył do Stanów 5 grudnia 1963 r.

Niebezpieczna wiedza

Czy Osborne lub ktoś, kto go znał w Anglii, miał wcześniej wiedzę na temat zabójstwa prezydenta? Nawet jeśli przyjąć, że Osborne (lub jakiś jego wspólnik) mógł wykonać ten – w istocie – „proroczy" telefon z Anglii, nie można stwierdzić na pewno, czy tak właśnie było. Z przedstawionych powyżej faktów dotyczących poszukiwań i przesłuchań Osborne'a przez FBI, należałoby raczej wysnuć wniosek, że o niczym nie wiedział i był sam potężnie przerażony, gdy zdał sobie sprawę, w co się wplątał. Ktoś sfinansował mu – biedakowi, mieszkającemu w Meksyku w domu o glinianych ścianach – przelot do Anglii, po 50 latach nieobecności, ktoś przedtem posadził go w autobusie obok Oswalda i ten ktoś zapewne teraz – po odegraniu przez Osborne'a roli dezinformatora – będzie czyhał prędzej czy później na jego życie.

Zanim jednak Osborne umarł niecałe trzy lata po zabójstwie Kennedy'ego w wieku 78 lat – narodził się mit, kultywowany przez sensacyjne wydawnictwa w postaci artykułów, a następnie książek, że to on – Osborne – stał na czele grupy bezpośrednich zabójców JFK w Dallas. Znaleźć się mieli też tacy, wiele lat po zamachu w Dallas, którzy na serio twierdzili, iż „misjonarz" prowadził zespół 25–30 zawodowych zabójców z siedzibą w Meksyku, a feralnego 22 listopada 1963 r. Osborne stał w Dallas na czele tajnej drużyny strzelców wyborowych strzelającej do prezydenta. Takimi teoriami zachłystywali się przede wszystkim ci, którzy dali wiarę powstałemu w Moskwie 23 listopada (dzień po zamachu) kłamstwu głoszącemu, że prezydenta Kennedy'ego zamordowały „siły skrajnej prawicy" – z głębokiego, „reakcyjnego" południa USA. Po latach pojawiły się także nie wiadomo skąd spekulacje, że „telefon z Cambridge" miał jakiś związek z amerykańskimi instalacjami wojskowymi w Europie.

Wydaje się, że starannie przygotowana operacja dezinformacyjna, rozpoczęta 26 września 1963 r. podróżą nocnym autobusem z Laredo do Mexico City, miała wkroczyć w następną fazę, w której zmarły na niestrawność „misjonarz Indian Mixteca" miał po prostu – prowadzić szkółkę morderców. Notabene jest mało prawdopodobne, by ktoś, kto od 30 lat jest zaznajomiony z meksykańską kuchnią, miałby dostać nagle od niej niestrawności. I to latem 1966 r. (Osborne zmarł 31 sierpnia), kiedy wiadomo, że agenci FBI odwalili już gros roboty w zakresie zbierania informacji w sprawie zamachu w Dallas i na pewno wkrótce powrócą do najbardziej obiecujących, ale i pogmatwanych wątków. Z tym miałyby się wiązać niewątpliwie dodatkowe przesłuchania. Pastor Lyman Erickson z San Antonio, który spotykał się z Osborne'em w ostatnich latach jego życia, a także okazjonalnie udzielał mu gościny, powiedział w 2003 r. w programie BBC „Kennedy: The Grimsby Connection", że podejrzewał Osborne'a o związki z bliżej niesprecyzowanym wywiadem. Znaleźli się też i tacy, którzy twierdzili, że „słyszeli takich, którzy mówili, że był on komunistą". Choć jeszcze więcej było takich po prostu, którzy jedynie wskazywali na fakt, że Osborne „zachowywał się skrycie i tajemniczo". Faktem jest, że „misjonarz plemienia Mixteca" wiedział po prostu, jak to się mówi w takich wypadkach – o wiele za dużo, niż „powinien był wiedzieć”.

Łotewski łącznik

Antoni J. Wręga

Co Rosjanie robili w Dallas w 1963 r.?

Morderstwu amerykańskiego prezydenta Johna Fitzeralda Kennedy'ego towarzyszyła od początku przemyślana kampania dezinformacyjna, która miała uchronić faktycznych zleceniodawców zabójstwa przed odkryciem. W tej przemyślanej operacji udział wzięło wiele osób. Jedną z nich był Igor Władimirowicz Waganow, zwany „Turkiem”, (może ze względu na ciemną karnację skóry, może dla gwałtowności sposobu bycia).

Bogaty z wyboru

Był Rosjaninem urodzonym 26 listopada 1939 r. na Łotwie. Ojciec Władimir, zginął w czasie II wojny światowej, matka Olga-Elfrida Vaganovs (wg zapisu łotewskiego) z synem Igorem znalazła się ok. 1941 r. w Niemczech, gdzie po zakończeniu wojny pracowała dla okupacyjnej administracji brytyjskiej. Był to pierwszy krok do znalezienia się po drugiej stronie Atlantyku, (w sierpniu 1949 r., wypływając z Bremerhaven), ale nie w Kanadzie jak często uchodźcy wysyłani przez Brytyjczyków, tylko w samym sercu Kapitalizmu, na Wschodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. W 1955 r., w Filadelfii, kilkunastoletni Igor, pozostający przy matce, uzyskał wraz z nią obywatelstwo amerykańskie. Szybko zamerykanizował się, mógłby uchodzić za typowego Jankesa z generacji Jamesa Dean’a. Nietypowo jak na przeciętnego młodego Amerykanina – ze względu na swoja wschodnioeuropejską przeszłość – Igor znał, oprócz angielskiego, kilka zagranicznych a – co prawdopodobne - nawet tak rzadkich jak łotewski języków. Poza tym był znakomitym strzelcem wyborowym. Jak wiadomo, często takimi „dobrze się zapowiadającymi młodzieńcami”, interesują się przeróżne wywiady.

 Co o nim jeszcze wiadomo przed pojawieniem się w Dallas w dniu zabójstwa JFK? Latem 1963 r. zakończył służbę wojskową i od razu otrzymał bardzo dobrze płatną pracę. Dał się od razu poznać, jako wielbiciel drogich samochodów. W sierpniu 1963 r. zakupił u dilera Forda potężnego „Thunderbird’a”, samochód używany, model z 1962 r., płacąc zań 3,5 tysiąca dolarów. (Nowy VW Beetle kosztował wówczas w Stanach 1600 dolarów). Ford 23-letniego Igora Władimirowicza był to wielki, robiący wrażenie czerwony kabriolet, w wersji udającej dwumiejscowe nadwozie, (tylne siedzenia mogły być zamaskowane), z prawie sześć i pół-litrowym silnikiem, o mocy, bagatela… 345 koni mechanicznych. Takich kabrioletów w wersji z zakrywanym tylnym siedzeniem, zwanych Sports Roadsters wyprodukowano w 1962 r. tylko 1427 sztuk. Zwykle, w przedziale wiekowym Igora nabywali je synowie bardzo zamożnych rodziców, dla których następnym, (lub konkurencyjnym) zakupem miał być jakiś sportowy Porsche, Mercedes czy ultra-szybki Jaguar E-type. Ale na pewno, zbyt dużo takich samochodów nie nabywali emigranci, przy tym pół-sieroty z Europy Wschodniej. Na to trzeba było mieć gwarantowaną kasę, niezłych żyrantów w banku lub poparcie jakiejś struktury o niekwestionowanym rachunku bankowym.

Zaledwie trzy godziny po zabójstwie JFK w dniu 22 listopada 1963 r., dwaj funkcjonariusze FBI, tzw. Special Agents, zjawili się w mieszkaniu przy 815 Sunset Apartments, w dzielnicy Oak Cliff w Dallas. Zajmował je od dziesięciu dni Rosjanin z pochodzenia – Igor - wg transkrypcji amerykańskiej: Vaganov (wg zapisu łotewskiego: Igors Vladimirs Vaganovs). Funkcjonariusze dokonali wstępnego przesłuchania… potencjalnie podejrzanego o udział w zamachu na JFK. Waganow miał w swoim posiadaniu, pod ręką do dyspozycji w Dallas wysokiej klasy karabin z teleskopową lornetką oraz rewolwer Colt kalibru 0.38 cala. Wynajmowane od mniej niż 2 tygodni mieszkanie położone było w bliskiej odległości od mieszkań zarówno Lee Harvey Oswalda, jak i jego późniejszego zabójcy, Jacka Ruby’ego. Vaganov zasiedlał mieszkanie wraz z poślubioną w drodze do Dallas ok. 2 tygodni wcześniej żoną Anną. W dniu zabójstwa Igor zjawił się podobno w domu krótko po zabójstwie, powiedział Annie, że JFK został zastrzelony, włączył telewizor na kilka minut, aby wysłuchać najnowszych wiadomości, i następnie opuścił mieszkanie, aby – jak to oświadczył żonie – „wymienić czek na gotówkę”. Nawet samo to zabrzmiało jakoś złowrogo.

Powrócił godzinę później i tam go zastali funkcjonariusze. Przeprowadzili z nim rozmowę, która pozwoliła FBI wstępnie orzec, że Vaganov nie był zamieszany w zabójstwo JFK. Gdy tylko funkcjonariusze wyszli, Igor oświadczył swojej żonie, że wraca do Pensylwanii, (a był wówczas piątek), i że powróci 25 listopada, w poniedziałek, po to, aby zabrać Annę z powrotem. Po co potrzebna była ta podróż, ok. 4 tysięcy kilometrów w obie strony? Dla kogo była ważna obecność tego Rosjanina z pochodzenia w Dallas w dniu zabójstwa Prezydenta?

Dwa dni po Zabójstwie Stulecia, 24 listopada 1963 r. Anne Vaganov, złożyła zeznanie Larry Hauke’owi, urzędnikowi z hrabstwa Conroe w Teksasie, (gdzie zamieszkiwała jej siostra), na temat swego, nowo poślubionego męża, o którym nie wiedziała nawet, w momencie składania zeznań, gdzie dokładnie się znajduje. Hauke przekazał informacje FBI. Według Anne – Igor, po wyjściu z wojska, pracował w General Electric Credit Corporation w Upper Darby, w Pensylwanii. Zarabiał tam świetnie, – jako kierownik działu kredytów, ok. 900 dolarów miesięcznie, (co odpowiada – w zakresie siły nabywczej - kwocie ponad 10 razy większej niż obecnie). 5 listopada 1963 r. – wg Anne – opuścił nagle swoją pracę, bez jakiegokolwiek uprzedzenia i razem ze swoją narzeczoną (Anne Dulin), udali się razem do Santee, w Południowej Karolinie, gdzie 7 listopada wzięli ślub. Rozpoczęli stamtąd błyskawiczną podróż do Dallas. 8 listopada, zatrzymali się w Holiday Inn, w Hapeville w Georgii, na południowych przedmieściach Atlanty. 9 listopada zatrzymali się w Holiday Inn, w Meridian, w stanie Mississippi, gdzie Igor wpisał się do księgi hotelowych gości, jako: Roger Vaginov (!), zaś dzień później zatrzymali się w Holiday Inn, w Ruston, w Luizjanie. Następnie – wg Anne – zatrzymali się u jakiegoś nieznanego jej mężczyzny w Oklahomie, u którego spędzili raptem 15 minut. Vince, znamy tylko imię gospodarza, był człowiekiem, u którego Igor miał pracować w latach 1955/56 r., jako szesnastolatek. Następnie Waganowowie zjawili się w Dallas, gdzie bez specjalnego wybierania spośród dostępnych mieszkań, zamieszkali prawie od razu pod adresem: 815 Sunset. Odtąd Igor znikał na cały dzień, szukając pracy. Wyjątkowym dniem był 22 listopada, kiedy Igor rano – jak wydaje się - nie opuścił mieszkania.

Jak zwrócić na siebie uwagę?

Gdy „Turek” wyjechał nagle do Pensylwanii, po południu w dniu Zamachu, Anne wyciągnęła z kieszeni płaszcza męża kilka papierków, wśród nich pokwitowania rozmów długodystansowych poczynionych z Hapeville w Georgii, jak również jakby numer telefoniczny (i adres?) pewnego, ewidentnie – sądząc po imionach i nazwisku – Łotysza: EL.6–6111 E.STRAZDS 353-1539 ARVIDS JZAKS. (Strazds to nazwisko łotewskie; znaczy tyle, co: szpak lub drozd. Pozostałe dwa słowa to imiona – z końcówką „s”, łotewskim obyczajem). Znamienne było jednak inne jeszcze znalezisko, które także Anne przekazała przesłuchującemu ją urzędnikowi Hauke, a ten przekazał informacje do FBI: w kieszeni płaszcza Igora znajdowała się połówka karty do gry: „As Pik” (a king of spades playing card), ze zszywkami metalowymi u góry połówki. Jak wiadomo takie sposoby identyfikacji, używane są, (także np. banknoty, monety, itp.) nie od dzisiaj w procesie ustalania tożsamości nieznanych sobie do pewnego momentu partnerów w ich tajnej komunikacji. Igor Vaganov wydaje się tu być elementem jakiegoś spisku. Czy miało to jednak jakiś związek z zamachem na JFK w Dallas? Te papierki, mogły to być zarówno zwykłe śmieci, jak i fałszywe tropy.

Co ciekawe, zaniepokojona Anne Vaganov nadmieniła, że jej mąż, często wypowiadał się przeciwko amerykańskiemu rządowi i co więcej był pod wpływem niemieckiej hitlerowskiej ideologii „rasy Panów”. Wg żony, oprócz angielskiego znał nie tylko rosyjski, ale niemiecki i hiszpański. Już 2 grudnia 1963 r. wszystkie te informacje – a pamiętajmy, że przesłuchaniami i dochodzeniami objętych było wówczas nie dziesiątki, ale setki osób – znalazły się w oddziale FBI w Houston. Vaganov być może wcześniej, przed 22 listopada był już w kręgu zainteresowania FBI. Jeśli nie, to na pewno, ktoś bardzo szybko wskazał funkcjonariuszom, którzy złożyli mu wizytę wczesnym popołudniem 22 listopada, gdzie należy go szukać. Inną alternatywą dla tak szybkiego przesłuchania przez FBI byłoby to, że jego gwałtowna i ultraszybka podróż przez 10 stanów na dwa tygodnie przed zamachem na JFK, była monitorowana przez FBI, lub też, że był – po prostu - ich informatorem. Nie wydaje mi się to jednak prawdopodobne, skoro – w pierwszym przypadku - FBI nie była w stanie upilnować znacznie bardziej podejrzanego Oswalda, uciekiniera do Rosji, który z niej powrócił po prawie 3 latach tajemniczego pobytu, a w drugim zaś przypadku – ze względu na cechy charakterologiczne „Turka”. Był to – jak się okaże – nietrzymający specjalnie gęby na kłódkę – swego rodzaju hochsztapler. Okoliczności gwałtownego wyjazdu Igora do Dallas, które następnie wyszły na jaw, wydają się być zdumiewające.  

Snajper z fantazją

Cofnijmy się kilka lat. W styczniu 1959 r. 19-letni Igor –równolatek Lee Harvey Oswalda, co może mieć pewne znaczenie - wstąpił do amerykańskiej marynarki wojennej. W Navy Vaganov służył 4 i pół roku, do 13 lipca 1963 r. W międzyczasie, w 1961 r. poślubił córkę kapelana marynarki w randze komandora, imieniem Martha, z którą miał córkę, również o tym imieniu. W październiku 1963 r., na ok. miesiąc przed zamachem, a dwa tygodnie, przed szaleńczą wyprawą na Południe – Igor rozwiódł się z córką pastora. Chyba ważniejsze jednak wydarzenia nastąpiły pomiędzy sierpniem 1963 r., i nabyciem wówczas czerwonego Thunderbird’a a rozwodem z dwoma Marthami. We wrześniu 1963 r. , na co najmniej 90 dni przed uderzeniem w JFK (podróż Oswalda do Mexico City) – Igor rozpoczyna całą serię (!) nagabywań swojego szefa, imieniem Joe Hart, aby przeniósł go służbowo i to natychmiast do Dallas w Teksasie. Przed nadejściem października te żądania stawały się coraz częstsze. Hart odmówił. W tym samym czasie Vaganov coraz częściej spędzał czas w towarzystwie amatorów-krótkofalowców, którzy gromadzili się wokół Doc Ornesteen’s Drugstore, w Village Green, w Pensylwanii. Kilku z nich relacjonowało później, że Igor miał w swym czerwonym kabriolecie kosztowny i dalekosiężny odbiornik-nadajnik typu Sonar. Nie uszło to ich uwadze. Jeden z nich, Roger Bryant, przyznając, że Vaganov jest zdolnym radiooperatorem, nie dopuścił go do wejścia w struktury lokalnego oddziału Obrony Cywilnej, ze względu na – jak przypuszczał – takie (niedozwolone) wzmocnienie aparatury Vaganova, które łatwo zakłóca działanie innych radioodbiorników w terenie zabudowanym. Inny krótkofalowiec, Frank Willis, przy tym fan broni palnej, wspominał Vaganova przestrzeliwującego na strzelnicy cztery półdolarówki pod rząd w jednej serii wystrzałów z broni maszynowej z odległości 100 jardów. Matka 18-letniej Anne Dulin nie była zachwycona narzeczonym córki, który fałszywie twierdził, że dotychczasowa żona wraz z córką Marthą, obie zginęły w wypadku samochodowym, używał kilku pseudonimów: (John Nicholson; Kurt Kullaway; Vince Carson; Igor Baganow), i twierdził, że czeka na niego świetlana przyszłość na Środkowym Zachodzie Stanów, gdzie w miesiąc może zarobić 17 i pół tysiąca dolarów!

Ostatni raz o przeniesienie do Dallas Igor poprosił Harta w dn. 5 listopada 1963 r. Nie uzyskał zgody, więc rzucił pracę, z miejsca sprzedał meble, (musiał planować taki obrót sprawy!), zapakował samochód, zabrał Anne i wyruszył w drogę. Wziął z sobą 800 dolarów w gotówce, znakomitą krótkofalówkę, broń. Na pytanie narzeczonej, wkrótce żony: „dlaczego pistolet kładzie na przednim siedzeniu samochodu?”, Vaganov odpowiedział, że to na wypadek napotkania jelenia na drodze. Anne uznała taką odpowiedz za bardzo dziwną. Nie przeszkodziło to jednak tej 18-letniej dziewczynie wyjść dwa dni później za Igora. Po podróży przez 10 stanów dziwna para spędziła pierwszą noc w Dallas, w dzielnicy Eastern Hills, po czym 12 listopada „Turek” wynajął mieszkanie przy 815 Sunset Apartments. Prawie rzut kamieniem od mieszkania Jacka Ruby’ego, i pokoju w podobnej odległości, gdzie nocował w dni pracy Lee H. Oswald. Tak jakby Igor postępował wg z góry otrzymywanych skądś instrukcji. Nie czynił przecież tego – można się spodziewać – za friko? Igor wpłacił z góry 100 dolarów za wynajęcie mieszkania za miesiąc właścicielowi mieszkania panu Sharpowi plus dodał jeszcze 30 dolarów w depozycie - jak to jest w zwyczaju - na wypadek ewentualnie poczynionych szkód.

Tymczasem tegoż samego 12 listopada dziwaczny nagły wyjazd Vaganova został zgłoszony odpowiednim władzom w Pensylwanii. Otóż ojczym Anne występujący pod nazwiskiem Stan Zukowski zgłosił znikniecie pasierbicy Larry’emu Hauke – urzędnikowi ds. młodocianych w hrabstwie Conroe, w Teksasie. Joan Anthis, starsza siostra Anne, mieszkała w Conroe, a Zukowski prawdopodobnie wiedział z telefonów Anne o podróży nowo poślubionej pary do Teksasu. Następnego dnia Vaganov udał się z brudnymi koszulami do miejscowej pralni. Gdy powrócił tam 16 listopada, pracownica pralni – Bea Collins, tak się go wystraszyła po krótkiej rozmowie, że po wydaniu mu wypranej i wyprasowanej odzieży zadzwoniła do FBI. Spowodowane to miało być nerwowym stanem, w którym miał znajdować się Igor, w połączeniu z powtarzaną przez niego informacją, że jest Rosjaninem z pochodzenia i odwiedza właśnie przyjaciół w Dallas. Niewątpliwie Vaganov miał za zadanie jakoś zwrócić na siebie uwagę i zostać zapamiętanym. Agencja nie uważała za stosowne podjąć jakiegokolwiek działania.

Vaganov poinformował małżeństwo Sharp’ów, właścicieli wynajmowanego mieszkania, że został przeniesiony służbowo z Filadelfii do Dallas. Opuszczając każdego dnia pracy mieszkanie o 7:30 rano, ubrany nienagannie w ciemny garnitur i pod krawatem – rzeczywiście mógł sprawiać takie wrażenie. Wracał do domu ok. 5 po południu. Ciekawe, że Igor zeznał FBI, że pracował w Dallas w Texas Finance Consumer Co., choć de facto przepracował tam tylko dwa dni. Co ciekawe, biura firmy znajdowały się na parterze budynku, podczas gdy na piętrze tego samego budynku znajdował się klub striptizowy „Carousel”, będący własnością Jacka Ruby’ego, zabójcy Oswalda. Przypadek? Podobno Igor opuścił nową pracę w drugim dniu zatrudnienia, które przypadło na 21 listopada 1963 r., kiedy to jego poprzedni pracodawca GECC, odmówił nadesłania swoich referencji. Zapewne dobrze zapamiętali jego nagłe porzucenie pracy.

Zdarzało się, że podczas pierwszego tygodnia swego poślubnego życia w Dallas Igor i Anne kłócili się, i Anne spędzała noc gościnnie na sofie u Sharp’ów (mieszkających obok). Raz zjawiła się siostra Anne, aby ją zabrać, ale Igor jakoś wytłumaczył jej, aby odstąpiła od tego zamiaru; odjechała z niczym, choć Igor zdążył się jej poznać, jako dumny przedstawiciel „rasy Panów” (w sensie hitlerowskim), i zdążył nawet powymachiwać jej przed nosem egzemplarzem Mein Kampf Hitlera! Wszystko to zaczynało nabierać cech niesamowitości. Gdy któregoś dnia, prawdopodobnie 19 listopada, pewien raczej niski, dość gruby, czarnowłosy mężczyzna około 35 lat zaszedł do właścicielki mieszkania pani Sharp pytając o Vaganova, a ta powiedziała mu, że Igora nie ma, „Turek” po powrocie – rzekomo z pracy – oświadczył Anne, że to był „Mike”, „związany z CIA”. Oczywiście na to mogli się później nabrać tylko żarliwi przeciwnicy, tej może zbyt mało skutecznej, ale jednak bardzo potrzebnej organizacji. Tymczasem w czwartek, 21 listopada wieczorem histeryczna Anne zadzwoniła znów do siostry mówiąc jej, że „Turek” „jest gotów na coś bardzo strasznego”. Nie powiedziała jednak – być może nie wiedziała, podobnie jak sam „Turek”, któremu tylko miano zapłacić dobrze za cały ten cyrk – o co właściwie chodzi?

Następnego dnia rano, Igor – wyjątkowo, nie poszedł „do pracy” - spał aż do 10 rano. Nie wychodził z domu. Dopiero około 12:45 Claude Sharp spotkał Vaganova na schodach budynku i opowiedział mu straszną wiadomość: Kennedy został właśnie zamordowany (ok. 12:30). Igor pobiegł do góry i opowiedział Anne wiadomość. Nie wydawał się tym specjalnie zmartwiony i w kilka minut później udawał się podobno (tak powiedział Anne) do Republic National Bank of Texas, wymienić czek na gotówkę. Dziwne. Bank później stwierdził, że w tym dniu nie było żadnych działań, gdy chodzi o rachunek bankowy Vaganova. Pewien mechanik samochodowy, (udawał się do domu na lunch) spotkał Igora na schodach budynku przy 815 Sunset Apartments tuż przed godziną 13:00 i opowiedział mu o zastrzeleniu Prezydenta, a Rosjanin patrzył na niego z „niejakim rozbawieniem”.

W tym samym czasie doszło jeszcze do zabójstwa, (najprawdopodobniej przez uciekającego Oswalda), policjanta Tippita patrolującego samochodem okolice, w której mieszkał Vaganov, i – wg niektórych – „Turek” i tu miałby odegrać swoją rolę, także i w tym zabójstwie, ale jest to oddzielna opowieść do opowiedzenia.

Teatr marionetek

Dość powiedzieć, że latem 1967 r. Igor Vaganov pojawia się na łamach magazynu „Esquire” z ekskluzywnym wywiadem. Pokazuje, gdzie niby był, gdy zamordowano policjanta Tippita. Szaleniec? Szaleńcem by był, gdyby brał udział w tym morderstwie, a potem udzielał wywiadu na ten temat. Zapewne, dobrze mu zapłacono, i to nie tylko ze strony redakcji „Esquire”, aby znów wziął udział w nowej maskaradzie. Maskaradzie w związku ze śledztwem ws. zabójstwa Kennedy’ego. W tym czasie, już po publikacji – kulawego zdaniem wielu – raportu senackiej Komisji Warrena, śledztwo przejmują media, a ton śledztwu nadają media bardzo niechętne wobec władz Stanów Zjednoczonych, i w ogóle Zachodu. Taki wielbiciel Hitlera z Mein Kampf w ręku, to wprost wybawienie w kampanii walki „o pokój i socjalizm”. Może szkoda tylko z punktu widzenia poruszających za sznurki, że był Rosjaninem z pochodzenia i nazwiska a nie po prostu Łotyszem z typowo łotewskim nazwiskiem.

Historia z Vaganovem nie tyle odpowiada na pytania, ile stawia sprawę zamachu w Dallas w całkiem nowym świetle. Rodzi też nowe, pozornie może nieistotne pytania, np.: czy matka Vaganova z nim samym, (i z ojcem) znalazła się w Niemczech już przed atakiem Hitlera na Sowiety, czy później? A ojciec, czy służył w łotewskich oddziałach SS? Trudno to dziś ustalić. Czy jeśli Igor był monitorowany przez FBI, to na pewno nie dlatego, że pochodził z rosyjskiej rodziny – urodził się wszak poza granicami Rosji – ale dlatego, że manifestował publicznie zdecydowane poglądy antydemokratyczne, antyliberalne, antyamerykańskie? Trudno o konkluzję, mając tak ułamkowe dane.

Jak prawie zawsze się zdarza w takich „niewyjaśnionych” wypadkach zachodzących w „strefie euroatlantyckiej” lub jej sferach interesów, (inaczej w strefie: Głównego Przeciwnika, mówiąc slangiem Łubianki). To po prostu byli bardzo konkretni Rosjanie (i ich pomocnicy) przy robocie. A w tym wypadku neohitlerowiec Vaganov, próżny i apodyktyczny, nawet z pewnością nie wiedział komu służy. Otrzymał jedynie sowite zadośćuczynienie za odegranie roli Oswalda nr 2 (czy nr 3 lub 4… kto to wie?), za rolę znakomitego strzelca wyborowego, (którym zresztą był) na wyjeździe i za porzucenie w związku z tym znakomitej pracy, którą zapewne załatwiła mu, (jak i pożyczkę na super-samochód, ultra-radiostację, broń wysokiej jakości) jakaś łotewska organizacja byłych kombatantów walczących ze Związkiem Sowieckim, już wówczas nieźle zinfiltrowana przez Sowiety, jak choćby później skrajnie prawicowa organizacja ultra-nacjonalistycznych tureckich „Czarnych Wilków” Ali Agcy. Wszystko się tutaj zgadza.

Tajemnice Mossadu

Jan Piński

Jak izraelski wywiad zamordował premiera niemieckiego landu i upozorował samobójstwo. A także próbował zabić amerykańskiego prezydenta.

10 października 1987 r. niemiecki polityk Uwe Barschel został zamordowany w Genewie przez komando zabójców Mossadu (tzw. kidon, czyli bagnet). Oto jak zginął i dlaczego.

Operacje przeprowadzono w hotelu Beau-Rivage. Zespół wyszkolonych zabójców Mossadu liczył cztery osoby (w tym dwie kobiety). Barschel był wówczas dopiero co po przegranych wyborach do krajowego parlamentu Szlezwik-Holsztynu. Do Genewy ściągnięto go pod pretekstem przekazania mu materiałów, dzięki którym mógłby oczyścić swoje dobre imię. Barschel stracił bowiem stanowisko premiera landu w wyniku intrygi Mosadu. Zagrażał bowiem jego interesom.

Agent Mossadu, który miał przekazać Barschelowi dokumenty podał mu środki odurzające w winie. Po czym zawołał zabójców. Barschelowi włożono do gardła rurkę przez którą wkładano mu do żołądka różne lekarstwa. Podano mu środki uspokajające i wywołujące gorączkę. Tak rozchwiany organizm włożono do wanny z lodowato zimną wodą. Nagła zmiana temperatury w połączeniu z lekarstwami miała wywołać atak serca. Zabójcy uznali, że zabili Barschela i przystąpili do zacierania śladów. Okazało się jednak, że popełnili szereg błędów. Zapomnieli zdjąć bielizny przed włożeniem Barschela do wanny. Na dodatek przynieśli złą markę wina na podmianę trunku, który zawierał środki odurzające. Nie mogli więc zostawić owej „czystej” butelki w pokoju. Mimo tych błędów śmierć Barschela została uznana za samobójstwo. Stało się tak, chociaż jego rodzina zaprzeczała samobójstwu i domagała się szukania zabójców.

Dlaczego Barschel musiał zginąć?

W latach 80. Mossad przeprowadził w Niemczech operację „Hannibal”. Polegała ona na sprzedaży uzbrojenie izraelskiego Iranowi za pośrednictwem wywiadu niemieckiego (BND). Iran potrzebował części zamiennych do samolotów F-4, których Izrael miał dużo i nie były mu już potrzebne. Dodatkowym powodem była chęć wspomożenia Iranu w walce z Irakiem. Z uwagi na otwartą wrogość, którą ajatollah Chomeini deklarował wobec Izraela bezpośrednia transakcja nie wchodziła w grę. Niemiecki wywiad zdecydował się wystąpić w roli „przykrywki”. W operacji brały udział również włoskie tajne służby, które fałszowały dokumentację kontenerów z Izraela. W operacji użyto tzw. OMI (skrót od ovet mekomi – pracownika lokalnego). Ten status mają izraelscy Żydzi studiujący w danym kraju, którzy zgłaszają się do ambasady z prośbą o pomoc w znalezieniu pracy. OMI zostali zatrudnieni do prowadzenia ciężarówek, w których przewożono uzbrojenie dla Irańczyków.

W całą sprawę od początku był wtajemniczony Uwe Barschel, bliski przyjaciel kanclerza Helmuta Kohla. Aby zdobyć jego przychylność dla operacji niemieckie służby pomogły firmie transportowej, która była jego zapleczem finansowym, a przeżywała wówczas problemy finansowe. Obiecano mu także pomoc w pozyskaniu funduszy na inwestycje w landzie. Barschel miał wiedzę o operacji, że się odbywa, ale nie znał jej szczegółów.

Końcowym etapem podróży uzbrojenia była Dania. Tam, w porozumieniu z duńskim wywiadem, ładowano broń na statki duńskie, które płynęły do Iranu. W Danii nastąpił kryzys polityczny i tamtejsze służby wstrzymały współpracę z Izraelem.

Niemieckie służby nie chciały przerywać akcji, dlatego poprosiły premiera Barschela o zgodę na użycie portów w Szlezwik-Holsztynie. Ten jednak zdecydowanie odmówił. Przy okazji Barschel dowiedział się wówczas więcej niż powinien. Oficerowie Mossadu przestraszyli się, że może ujawnić sprawę. Podjęto więc działania na rzecz pozbawienia go wiarygodności. W tym celu posłużono się prowokacją. Agent Mossadu wcielił się w rolę Niemca powracającego do ojczyzny z Kanady, który przed powrotem „na stałe” chciałby rozkręcić jakiś biznes. Nawiązał kontakt z jednym z kolegów partyjnych Barschela. Posługując się szantażem (z akt policyjnych wynikało, że był on oskarżony o napaść na prostytutkę) przekonano go do działania przeciw Barschelowi. Tą część operacji Mossad prowadził bez wiedzy niemieckich służb, którym przekazywał nieprawdziwe informacje na temat nielegalnych transakcji Barschela. Oficerowie Mosadu byli na tyle dowcipni, że rozpuszczali plotki iż nielegalnie handluje on bronią. Kolportowano również nieprawdziwe informacje o podejrzanych interesach jego brata.

Równolegle sprowadzono agentów Mossadu, który jako prywatni detektywi, z gracją słonia w składzie porcelany, usiłowali zbierać kompromitujące materiały na konkurencję Barschela. Tuż przed wyborami jego kolega partyjny ujawnił iż to on wynajął owych detektywów, właśnie na polecenie Barschela. Media nie zostawiły na nim suchej nitki. Barschel przegrał wybory. Wkrótce potem pojechał po dowody swojej niewinności do Genewy, gdzie zamiast nich znalazł śmierć.

Sprawa ujrzała światło dzienne w 1994 r. Viktor Ostrovsky, pułkownik armii izraelskiej i najwyższych rangą agent Mossadu, który porzucił „biuro” (tak w żargonie nazwany jest żydowski wywiad) ujawnił wówczas okoliczności i motywy zbrodni („The Other Side of Deception: A Rogue Agent Exposes the Mossad’s Secret Agenda”, polskie tłumaczenie „Drugie oblicze zdrady”, wydawnictwo Da Capo 1998 r.).

Mimo oczywistych dowodów. Sprawa oficjalnie nie została wyjaśniona do dziś.

Zabić prezydenta USA

Większego zamieszania dokonały rewelacje Ostrovskiego, w których oskarżył w niej Mossad o próbę zamachu na prezydenta USA Georga H. Busha (seniora) w 1991 r.

Dwa tomy wspomnień Ostrovskiego stały się światowymi bestsellerami. Izraelowi, mimo prób sądowych i innych nacisków nie udało się wstrzymać dystrybucji książki.

Według Ostrovskiego jesienią 1991 r. Mossad planował zabić Busha, podczas jego wizyty w Madrycie. Winę za zamach zamierzano zwalić na Palestyńczyków. Zespół zabójców Mossadu (tzw. Kidon) pojmał trzech palestyńskich ekstremistów Beijduna Salameha, Mohammeda Husseina i Husseina Shahina.

Mossad zainspirował wysyłanie serii ostrzeżeń dla amerykańskich służb o grożącym Busowi zamachu. Mossad podawał nawet konkretnie frakcję (Abu Nidala), która miała stać za przygotowaniem zamachu. Na kilka dni przed wizytą Busha w Hiszpanii tamtejsza policja otrzymała ostrzeżenie, że komando palestyńskich zabójców planuje akcję w Madrycie. Mossad posiadał wówczas dostęp do planów madryckiego Royal Palace. Agenci tej służby planowali podprowadzenie zabójców blisko Busha, zabicie ich w trakcie zamieszek, tuż po tym jak „dokonaliby” zamachu. W ten sposób nie tylko wykonano by zamach, ale także Mossad zyskałby kolejne punkty. Ostrzegł bowiem sojusznika i zlikwidował zabójców. W konferencji brały udział przedstawiciele państw oskarżanych o wspieranie terroryzmu (Syria) i to na nich planowano zrzucić winę za ułatwienie wejścia na bezpieczny teren zamachowcom.

Do zamachu nie doszło m. in. dzięki Ostrovskiemu, który po otrzymaniu przecieku z Mossadu przekazał otwarcie informację kanadyjskim politykom: izraelskie służby chcąc storpedować proces pokojowy mogą zabić amerykańskiego prezydenta, a winę zwalić na Palestyńczyków. Ostrzeżenie zostało przekazane także amerykańskiemu kongresmenowi z Kaliforni Pete'owi McCloskey'owi. 20 października 1991 r. McCloskey przekazał ostrzeżenie amerykańskim służbom (Secret Service). Mimo głoszonych przez CIA informacji, że „zdrajcy Izraela” tj. Ostrovskiemu nie można ufać 24 października agenci SS poprosili o spotkanie z Ostrovskym w Kanadzie. Planowany zamach został opisany przez amerykańską prasę (Jacka Andersona oraz Jane Hunter).

Dlaczego Mosad chciał śmierci Busha? Otóż za torpedowanie procesu pokojowego (przez rozbudowę izraelskich osiedli na Zachodnim Brzego) zamroził on 10 mld USD kredytów dla Izraela. Było to szczególnie bolesne, bo ówczesny rząd Ichchaka Szamira miał poważne kłopoty finansowe. Po decyzji Busha Izraelskie lobby ostro zaatakowało i walnie przyczyniło się, że mimo zwycięstwa w wojnie Iraku przegrał on walkę o kolejną kadencję. Izraelczycy ukuli wówczas powiedzenie o decyzji Busha Am-Bush (ang. zasadzka).

Nie ma dowodów na to, że władze Izraela wiedziały o planach Mossadu. Pokazuje to jednak, że we współczesnej polityce, nawet między demokratycznymi krajami i to sojusznikami, możliwe są działania skrajnie wrogie, które niekoniecznie musi inspirować oficjalny rząd.

Jak oni działają

Ciekawe są ujawnione przez Ostrowskiego sposoby i struktury działania Mossadu.

Pełna nazwa Mossadu to Instytut Wywiadu i Zadań Specjalnych – to służba wywiadu zagranicznego odpowiedzialna m. in. za gromadzenie politycznych, technicznych, gospodarczych danych wywiadowczych o innych państwach. Jest uważany za jedną z najlepszych formacji wywiadowczych w historii. Oficjalnie istnieje od 1 kwietnia 1951 r., ale faktycznie żydowski wywiad działał już kilkanaście lat wcześniej. W teorii Mossad nie powinien działać w Izraelu. Faktycznie służba ta z racji swoich kadr i powiązań (byłych oficerów i współpracowników) nadaje kierunek polityce Izraela.

Struktura operacyjna Mossadu wygląda następująco.

Katsa: oficer operacyjny Mossadu kieruje pracą podległych mu agentów. Na początku lat 90. działało tylko około 35 katsa. Chociaż formalnie Polska i Izrael to sojusznicy katsa działają na terytorium Polski.

Katsa oprócz kadrowych agentów Mossadu i pozyskanych współpracowników korzystają z pomocy diaspory żydowskiej. Wyróżnia się następujące formy współpracy.

Sayanim: wyraz pochodzący od hebrajskiego słowa lesayeah, oznaczającego „pomagać”. Tak nazywani są Żydzi, którzy oddają Mossadowi niewielkie przysługi. Nie pobierają za nie pieniędzy. Korzystanie z ich usług jest obwarowane w regulaminie Mossadu kilkoma warunkami. Nie korzysta się np. z pomocy sayanim w krajach arabskich. Spowodowane jest to obawą o zemstę na społeczności żydowskiej w wypadku dekonspiracji. Ujawnienie przez Ostrovskiego faktu wykorzystywania przez Izarela sayanim w Wielkiej Brytanii i USA spowodowało ochłodzenie stosunków między sojusznikami. Skutkowało również zaostrzeniem polityki Georga H. Busha, na początku lat 90. z Izraelem i uznanie współodpowiedzialności Mossadu za torpedowanie rozmów pokojowych z Palestyńczykami.

Frames (czyli „zręby”): żydowskie jednostki operacyjne, samowystarczalne, działające we wszystkich częściach świata.

Hets va-keshet („Łuk i strzała”) obozy w Izraelu (ale nie tylko) organizowane dla młodzieży żydowskiego pochodzenia z różnych krajów. Młodych się indoktrynuje i wciąga na specjalną listę „do wykorzystania” w przyszłości.

Oddajmy głos Ostrovskiemu:

„Społeczność żydowska w USA tworzy trójpoziomowy zespół operacyjny. Na pierwszym poziomie znajdują się sayanim (gdyby sytuacja była odwrotna i USA przekonywałby Amerykanów w Izraelu do działalności wywiadowczej na rzecz USA, Izrael traktowałby ich jako szpiegów). Drugi poziom tworzy silne proizraelskie lobby, zdolne zmobilizować Żydów w USA do działań zgodnych z życzeniem Mossadu. Trzeci poziom to B’nai Brith. Członkowie tej organizacji mieli za zadanie nawiązywać przyjaźnie wśród nie-Żydów i urabiać opinię antysemity każdemu kogo nie udało się pozyskać dla sprawy Izraela. Przy włączeniu do działań wszystkich trzech poziomów musieliśmy odnieść sukces. Nie było innej możliwości”.

Polska, z racji powiązań historycznych i kulturowych jest szczególnym miejscem dla działań Mossadu. Na bieżąco zajmuje się on monitorowaniem polskiej sceny politycznej i medialnej (łącznie ze zbieraniem informacji o tym którzy dziennikarze współpracują ze służbami i ustalaniem oficerów prowadzących). W Polsce na dużą skalę przeprowadza się akcje sponsorowania wyjazdów młodzieży pochodzenia żydowskiego na zagraniczne obozy integracyjne. Działania te obecnie są praktycznie poza zainteresowaniem polskiego kontrwywiadu. Traktowanie Izraela jako sojusznika sprawiło, że dostał on „carte blanche” na działania wywiadowcze w Polsce.

Szpiedzy tacy jak oni

Leszek Pietrzak

Obecne prawo nie pozwala realnie kontrolować działań tajnych służb. Robią co chcą i dla kogo chcą.

Jednym z najtrudniejszych zadań rządu, jaki ukonstytuuje się po wyborach będzie uporządkowanie sytuacji w tajnych służbach. To muszą być znacznie głębsze zmiany niż tylko organizacyjna kosmetyka i wymiana ich szefów. Afera taśmowa dobitnie pokazała, że to nie pies (państwo) macha ogonem (służbami), ale ogon macha psem.

Mamy przynajmniej dziesięć służb, które w swoich działaniach mają czuwać nad bezpieczeństwem naszym i państwa. To Agencja Wywiadu, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Służba Wywiadu Wojskowego, Służba Kontrwywiadu Wojskowego, Centralne Biuro Antykorupcyjne, Centralne Biuro Śledcze Policji, Straż Graniczna, Wywiad Skarbowy, Biuro Ochrony Rządu, Żandarmeria Wojskowa. Poza CBA, BOR-em, Wywiadem Skarbowym i Żandarmerią Wojskową reszta służb ma bardzo szerokie kompetencje i bardzo nieostre granice pól zainteresowania. Mówią wprost: mogą inwigilować każdego pod byle pretekstem. I z tych możliwości korzystają.

Na celowniku służb są osoby publiczne: politycy, dziennikarze, przedsiębiorcy. Wiedza zdobyta o planach biznesowych biznesmenów lub firm często bywa komercjalizowana. Bowiem niespecjalnie dobrze opłacani pracownicy służb mają dostęp do poszukiwanego na rynku biznesowym towaru: informacji. W sytuacji gdy odbiorcą świadczeń jest rodzina, albo płatność jest odłożona w czasie (na czas, gdy informujący odejdzie ze służby) jest to praktycznie nie do wykrycia. Skutek jest taki, że w branżach gdzie są duże pieniądze przedsiębiorcy muszą płacić „ubecki” podatek zatrudniając dla własnego bezpieczeństwa byłych funkcjonariuszy lub członków ich rodzin lub przyjaciół.

Na pohybel reformatorom

Patologie najlepiej widać na przykładzie afery podsłuchowej, która pokazuje, że polska demokracja tak naprawdę jest jednym wielkim poligonem tajnych służb. Kiedy w czerwcu ubiegłego roku Polską wstrząsnęła afera podsłuchowa zastanawialiśmy się jako to się stało, że tylu polityków dało się nagrać. Zadawaliśmy wówczas pytanie: gdzie były polskie służby, które przez wiele miesięcy nie zabezpieczyły lokali w których bywała co najmniej połowa polskiego rządu. Nie interesowały się też osobami (kelnerami) mającymi tam nieograniczony dostęp do naszych decydentów. W końcu nie jest rzeczą błahą, gdzie jada kolacje szef MSW, dozorujący służby, czy szef banku centralnego i czy jest to miejsce dostatecznie „sprawdzone”, w którym można prowadzić takie kuluarowe rozmowy. Wydawać by się bowiem mogło, że za „dyskretną opiekę” nad członkami rządu odpowiadają zawsze służby, który winny skrupulatnie zadbać o to, aby wiedza na temat poruszanych w trakcie takich spotkań nie wydostała się na światło dzienne. Tak to wygląda w cywilizowanych krajach, w których służby dbają o bezpieczeństwo najważniejszych osób z kręgu władzy. W Polsce jest inaczej. Okazało się bowiem , że w naszym kraju nagranie wielu ważnych osób wcale nie było trudne i mogło być prowadzone przez wiele miesięcy. Tak naprawdę nadal nie wiemy ilu polityków i ważnych osób z polskiej sceny zostało nagranych w warszawskich restauracjach i ujawnienia czyich rozmów możemy się jeszcze spodziewać? Na dziennikarskim rynku mówi się, że liczba nagranych polityków może sięgać co najmniej kilkudziesięciu osób a całe nagraniowe archiwum liczy setki godzin. W każdym razie śledztwo jakie w tej sprawie prowadzi prokuratura nadal nie jest zakończone i nie wiemy kiedy to ostatecznie nastąpi. Jednak to co już wiemy na ten temat, coraz bardziej przemawia za tym, że o nielegalnym procederze nagrywania polskich polityków w warszawskich restauracjach wiedziały polskie tajne służby. Ale to i tak wersja optymistyczna. Wiele wskazuje na to, że tak naprawdę to nasze służby stały od początku za aferą taśmową i z ich inspiracji lub za ich przyzwoleniem dokonywano nielegalnych nagrań polityków.

Z jakiego zatem powodu polskie służby miałyby wykreować aferę podsłuchową i czemu miałaby ona służyć? Aby odpowiedzieć na to pytanie trzeba cofnąć się do maja 2013 r., kiedy premier Donald Tusk i szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz zaprezentowali najważniejsze założenia nowej reformy polskich służb. Tak naprawdę autorem projektu reformy był sam minister Bartłomiej Sienkiewicz, którego polityczna kariera w wyniku afery taśmowej legła w gruzach. Wśród wielu zaprezentowanych przez Sienkiewicza rozwiązań trzy elementy zasługiwały wówczas na uwagę. Po pierwsze służby miały być lepiej nadzorowane, czemu miał m. in. służyć pomysł powołania Komitetu Rady Ministrów ds. Bezpieczeństwa Państwa. Po drugie zasadniczej zmianie miały ulec dotychczasowe kompetencje poszczególnych służb, co miało zostać uregulowane odrębnymi ustawami. I wreszcie po trzecie szef MSW zapowiedział uchwalenie nowej ustawy, która miała uregulować sprawę „monitorowania” przez służby polskich obywateli i ukrócić dotychczasowy proceder ich samowoli w tym zakresie. Tak czy inaczej opracowany firmowany przez Sienkiewicza projekt reform spowodował potężne obawy najsilniejszych „klanów” w polskich służbach, które postanowiły podjąć działania, aby nie weszły one w życie. Tak reakcja na planowane zmiany nie może zaskakiwać. Służby zawsze broniły swojej pozycji i opierały się jak mogły zmianom. Jeśli już musiały się na nie przystać, to robiły wszystko, aby były one przysłowiową „kosmetyką” dla służb. Dzisiaj wiele przemawia za tym, że skompromitowanie szefa MSW i autora projektu nowej reformy służb miało w istocie na celu jej zablokowanie. Tak czy inaczej projekt reformy służb stał się w wyniku afery taśmowej praktycznie martwy.

Opcja zerowa

Nie ma innej drogi do uzdrowienia sytuacji w tajnych służbach, jak napisanie nowych ustaw, odrębnych dla każdej z nich. Dopiero w ramach nowego prawa można zająć się „ordynowaniem leków” na poszczególne choroby, jakie obecnie dotykają służby. Na pewno trzeba precyzyjnie sprofilować ich zadania, w taki sposób, aby nie nakładały się one na siebie. Nie może być tak jak jest to obecnie, że  problemem odzyskiwania wyłudzonego podatku VAT zajmuje się kilka z nich i jest to najważniejsze zadanie służb na polu bezpieczeństwa państwa. Oprócz policji skarbowej robi to dzisiaj m. in. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego (ABW), Centralne Biuro Śledcze (CBŚ) i Centralne Biuro Antykorupcyjne (CBA). To najbardziej jaskrawy przykład wspomnianego zjawiska. Ale takich przykładów w przypadku można podać znacznie więcej. Kompetencje służb należy zatem bardzo precyzyjnie zapisać w nowych ustawach. Częściej jednak trzeba będzie te kompetencja ograniczać, niż je zwiększać. Dotyczy to w szczególności ABW, której zakres działania powinien zostać ograniczony wyłącznie do roli służby czysto kontrwywiadowczej! ABW nie powinna również zajmować się przestępczością zorganizowaną, bo od tego jest Policja. Podobne rozwiązanie należy zastosować w odniesieniu do pozostałych służb, także ściśle profilując ich zakres kompetencji. W tej materii należy zresztą doprowadzić do swoistej równowagi. Nie może istnieć dalej sytuacja w której ABW zajmuje się prawie wszystkim, i jest taką mega służbą na wzór „nieboszczki” SB.

Drugim zasadniczym problemem jest kontrola tych służb i bieżący nadzór nad nimi. Dotychczasowy model w którym rolę nadzoru i kontroli służb sprawowało Kolegium ds. Służb i Sejmowa Komisja ds. Służb Specjalnych się nie sprawdził. W zakresie kontroli i nadzoru nad polskimi służbami należy pójść w zupełnie innym kierunku niż dotychczas. Dotychczasowy model nadzoru i kontroli nad nimi, prowadzony z poziomu Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i sejmowej komisji ds. służb specjalnych okazał się nie skuteczny. Do tego celu potrzebne są przynajmniej dwa wyspecjalizowane ciała, których członkowie będą kadencyjnie wybierani przez parlament i które będą w praktyce odpowiedzialne za to niezwykle ważne zadanie. Pierwsze z nich powinno zajmować się nadzorem prawnym nad działaniami służb, ze szczególnym uwzględnieniem przypadków naruszania prawa przez ich funkcjonariuszy. Drugie ciało winno być odpowiedzialne za nadzór merytoryczny służb i kontrolę ich bieżących zainteresowań. To niezwykle ważny element, albowiem jak pokazała praktyka ostatnich lat służby uchylają się od prowadzenia zainteresowań na najważniejszych kierunkach widzianych z perspektywy interesów polskiego państwa. I właśnie aby uniknąć takich sytuacji w przyszłości potrzebny jest nadzór merytoryczny nad nimi, rozumiany jako kontrola ich bieżących zainteresowań.

Jest również jasne, że wraz z nowymi ustawami, regulującymi zadania służb powinna zostać uchwalona specjalna ustawa dotycząca inwigilacji obywateli, jaką służby mogą prowadzić. Na tym tle dochodziło w ostatnich latach do ogromnych patologii i nadużyć. Wiele instytucji (GIODO, Rzecznik Praw Obywatelskich) zwracało od dawna uwagę na ten problem, wskazując m. in. na to, że służby mają dzisiaj zbyt łatwy i szeroki dostęp do informacji na temat połączeń telefonicznych polskich obywateli. Rzecznik Praw Obywatelskich Irena Lipowicz w 2011 r. zaskarżyła nawet do Trybunału Konstytucyjnego uprawnienia ABW stwierdzając, że są one niezgodne z Konstytucją RP oraz naruszają Europejską Konwencję o Ochronie Praw Człowieka. Lipowicz jasno wówczas wskazała, ze ABW sama sobie określa rodzaje danych o obywatelu, które chce pozyskać w ramach kontroli operacyjnej, mogą stosować przy tym niczym nie ograniczoną gamę środków technicznych. TK zlecił wówczas NIK przeprowadzenie kontroli w tym zakresie, która to kontrola potwierdziła istnienie tego procederu. Z problemem zakresu inwigilacji obywateli wiąże się również sfera monitowania przez nasze służby internetu. To również winno zostać jasno określone w ustawie, w jakich sytuacjach i w jakim zakresie mogą być inwigilowani polscy internauci. Nie może być dalej tak, że służby bez powodu i zgody sądu przeglądają skrzynki polskich użytkowników internetu, w tym także dziennikarzy. Krótko mówiąc sfera inwigilacji obywateli przez polskie służby musi wreszcie zostać ustawowo uregulowana.

„Najważniejsze są kadry!” mówił pierwszy szef sowieckiej bezpieki Feliks Dzierżyński. Tak jest również w wypadku polskich służb. O jakości kadr w polskich służbach mogliśmy się przekonać w ostatnich latach wiele razy. Przykładów na to było naprawdę wiele. Ale jeden zasługuje na szczególną uwagę. To lojalność służb wobec polskiego państwa i jego władz najwyższych. Prawdziwym testem tego była katastrofa smoleńska i śmierć Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Polskie służby wykazały się wówczas skrajną nielojalnością wobec państwa, nie podejmując działań do których były ustawowo zobowiązane. Mało tego, dały wówczas wyraz swojej degregolady! Bo jak inaczej nazwać sytuację w której szef jednej ze służb i wszyscy dyrektorzy tej służby pili i cieszyli się, że teraz „jednego Kaczora mniej”?! Mamy problem morale ludzi służb, które dzisiaj po prostu nie istnieje.

Jest jasne, że kierownictwo obecnych służb, ludzie kierujący w nich najbardziej strategicznymi pionami i komórkami muszą znaleźć się na śmietniku historii. Ale nie wystarczy zastąpić ich tylko nowymi ludźmi. Służby potrzebują znacznie głębszych zmian kadrowych. Dlatego w każdej ze służb muszą powstać komisje, które dokonają głębokiego przeglądu kadr, pod katem spełniania wymogów, nie tylko merytorycznych, ale i etycznych.

Zasadniczej zmianie musi ulec również polityka kadrowa. Adeptów do pracy nasze służby powinny szukać w nowych środowiskach, a nie tylko wśród rodzin z czekistowską tradycją, sięgającą nierzadko czasów UB-SB. A tak właśnie jest dzisiaj w polskich służbach. Kandydat który wywodzi się z takiego środowiska może spokojnie przejść procedurę naboru, natomiast ten, który w czasie studiów działał np. w organizacji o profilu narodowym, to polityczny ekstremista, którego aplikacja może tylko zalegać w pancernej szafie. Oprócz otwarcia służb na nowe środowiska jeszcze ważniejsze jest to, jacy kandydaci będą do nich przyjmowani. Przez lata było tak, że do pracy w polskich służbach wybierano, jak ujął to kiedyś gen. Gromosław Czempiński „najlepszych z przeciętnych”!

Znany jest przypadek, kiedy do pracy w kontrwywiadzie ABW przyjęto młodzieńca, który był absolwentem stosunków międzynarodowych w jednej z powiatowych szkół wyższych, a w wypadku absolwenta takich samych studiów, tyle że w jednym z renomowanych uniwersytetów w Niemczech nie uruchomiono nawet procedury naboru. Później okazało się, że ojciec tego przyjętego pracował kiedyś w kontrwywiadzie SB.

To się da zrobić

Reformy tajnych służb zawsze są trudne, bo „opór materii” zawsze jest największy. Działające w polskich służbach klany zawsze będą podejmowały działania, aby zablokować głębsze reformy. Tak było w przeszłości i tak będzie nadal. Mało tego na ich usługach na pewno znajdzie się spora grupa polityków opozycji, dziennikarzy i tzw. autorytetów, którzy staną się swoistym pasem transmisyjnym ich oczekiwań. I zapewne nie raz podniosą się głosy, że rozpoczęta reforma jest niszczeniem, doprowadzi do tego iż państwo będzie bezbronne. Ale to się da zrobić. Inaczej będzie jak w smutnym żarcie (obserwacji) Związku Sowieckiego, o którym mówiono, że zwykle to państwa mają służby, a tam było na odwrót.

Demokracja na podsłuchu

Leszek Pietrzak

Podsłuchiwanie polityków stało się w XXI wieku codziennością demokracji nie tylko na Zachodzie, ale i u nas. Zdumiewa jedynie naiwność tych, którzy dali się podsłuchać.

Ujawnione przez „Wprost” nagrania rozmów, które kompromitują czołowych polityków PO, byłych i obecnych członków rządu, podają w wątpliwość niezależność NBP i jego prezesa oraz podważają wiarygodność Polski za granicą, zatrzęsły polską sceną polityczną i wywołały największy od lat kryzys władzy, obnażając przy okazji nieudolność służb specjalnych. Afera podsłuchowa, która po raz kolejny potwierdziła żenująco niską jakość rodzimej klasy politycznej, z pewnością nie będzie ostatnia, bo nasi politycy nie potrafią się uczyć ani na własnych, ani na cudzych błędach. Świadczy o tym historia podsłuchów w III RP.

Zaczęło się od Rywina

Niemal od początku III RP regularnie wybuchały afery z udziałem polityków, zwłaszcza tych z obozu aktualnej władzy. Prawdziwą glebą dla wielu z nich były nielegalne podsłuchy ich rozmów, zazwyczaj takich, o których oni sami nie chcieliby pamiętać. Pierwszym wielkim skandalem była afera Rywina, która wybuchła w 2002 r. za rządów SLD.

W lipcu 2002 r. producent filmowy Lew Rywin, powołując się najpierw na premiera Leszka Millera, a potem na „grupę trzymającą władzę”, zaproponował prezesowi spółki Agora Wandzie Rapaczyńskiej, a także redaktorowi naczelnemu „Gazety Wyborczej” Adamowi Michnikowi, umieszczenie w ustawie o radiofonii i telewizji zapisu umożliwiającego Agorze kupno kanału telewizyjnego Polsat w zamian za 17,5 mln dolarów dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej i prezesurę kanału dla siebie. Adam Michnik, który potajemnie nagrał rozmowę z Rywinem, po kilku miesiącach zdecydował się na jej ujawnienie. Opublikowany 27 grudnia 2002 r. na łamach „Gazety Wyborczej” artykuł „Ustawa za łapówkę, czyli przychodzi Rywin do Michnika” stał się faktycznym początkiem afery. W konsekwencji w styczniu 2003 r. wszczęto śledztwo i powołano sejmową komisję śledczą do wyjaśnienia całej sprawy. Jej obrady Polacy mogli po raz pierwszy śledzić na ekranach telewizorów. W czasie prac sejmowej komisji wiele politycznych karier, w tym także kariera naczelnego „Wyborczej”, uległo degradacji. Ale też zaczęły się nowe: dotychczas drugoplanowego w polityce Jana Marii Rokity i zupełnie wówczas nieznanego Zbigniewa Ziobry. Niezależnie od swoich politycznych i prawnych skutków afera Rywina po raz pierwszy pokazała, jaką siłę w demokracji mogą mieć podsłuchy, zwłaszcza te zdobyte nielegalnie. A zwykłym obywatelom uświadomiła, że poza parlamentem i rządem działa „grupa trzymająca władzę” i to od niej faktycznie wszystko w Polsce zależy.

Prawie cztery lata później, we wrześniu 2006 r., wybuchła kolejna afera związana z podsłuchiwaniem polityków. Działo się w sytuacji, gdy nastąpił rozpad rządowej koalicji PiS, LPR i Samoobrony, a mniejszościowy rząd premiera Jarosława Kaczyńskiego próbował pozyskać większość w parlamencie. I właśnie wtedy stacja TVN wyemitowała nagrane rozmowy posłanki Samoobrony Renaty Beger z ministrami w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów – Adamem Lipińskim i Wojciechem Mojzesowiczem. Dotyczyły one korzyści, jakie miała uzyskać Beger wraz z pięcioma innymi posłami swojego klubu w zamian za wystąpienie z Samoobrony i poparcie rządu. Beger żądała dla siebie stanowiska podsekretarza stanu w Ministerstwie Rolnictwa i ingerencji w toczące się przeciwko niej postępowania sądowe. Opozycja nazwała te rozmowy polityczną korupcją, a cała afera doprowadziła do zawieszenia koalicyjnych rokowań pomiędzy PiS i LPR a PSL. Ostatecznie Samoobrona powróciła do rządu.

W marcu 2007 r. wypłynęły kolejne kompromitujące nagrania. Tygodnik „Wprost” opublikował na swoim portalu fragmenty prywatnej rozmowy byłego premiera Józefa Oleksego z biznesmenem Aleksandrem Gudzowatym, która odbyła się w biurze tego ostatniego we wrześniu 2006 r. Podczas tego spotkania Oleksy zarzucał byłemu prezydentowi Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, że w nielegalny sposób zgromadził swój majątek i nie jest nawet w stanie wyjaśnić źródeł jego pochodzenia. Negatywnie wypowiadał się również o wielu innych partyjnych kolegach. Sprawa wywołała trzęsienie ziemi w SLD, psując relacje między partyjnymi liderami i po raz kolejny pogrążając partię wizerunkowo. W wyniku afery Oleksy zrezygnował z członkostwa w SLD i został zepchnięty na polityczny margines.

W czasie rządów PiS jeszcze dwukrotnie ujawnienie nagrań doprowadzało do politycznego przesilenia. W lipcu 2007 r. wybuchła tzw. afera gruntowa. Pamiętamy zapewne jeszcze triumfalną minę ówczesnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, który na konferencji prasowej prezentował dyktafon z nagraniem kompromitującym lidera Samoobrony Andrzeja Leppera. Skutek afery: ostateczny rozpad koalicji PiS-LPR-Samoobrona i nowe wybory. Ale za tamtą sprawą nie kryli się dziennikarze, tylko oficerowie Centralnego Biura Antykorupcyjnego, nowej polskiej służby mającej walczyć z korupcją. Ujawnienie kolejnych materiałów operacyjnych CBA przerodziło się w prawdziwy polityczny melodramat z udziałem posłanki PO Beaty Sawickiej, oskarżonej o przyjęcie korzyści majątkowej w zamian za obietnicę ustawienia przetargu. W tej historii były uczucia, przystojny brunet, koperty z pieniędzmi i zdrada. Gotowa na „kręcenie lodów” Sawicka zupełnie nie zdawała sobie sprawy, że ów brunet, który ją zafascynował, to w istocie agent CBA dysponujący profesjonalnym sprzętem do nagrywania. Skompromitowana posłanka musiała odejść z polityki, a jej łzy przed kamerami pewnie mało kogo wzruszyły.

Również za rządów koalicji PO-PSL nielegalnie nagrywano polityków. W lipcu 2008 r. wybuchła tzw. afera sopocka, której bohaterami byli trójmiejski przedsiębiorca Sławomir Julke oraz wywodzący się z Platformy Obywatelskiej prezydent Sopotu Jacek Karnowski. Zaczęło się od tego, że Julke zawiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Karnowskiego, który miał się domagać dwóch mieszkań w zamian za zgodę na dobudowanie piętra w zabytkowej kamienicy. Po ujawnieniu nagranej przez Julkego rozmowy wszczęto śledztwo i kilka miesięcy później prokurator postawił Karnowskiemu osiem zarzutów, wnioskując jednocześnie o jego tymczasowe aresztowanie. Sprawa toczyła się jeszcze wiele lat i ostatecznie została umorzona w grudniu 2013 r. Miała jednak negatywny wpływ na wizerunek PO, zwłaszcza że Karnowski należał do grona przyjaciół premiera Tuska.

Afera sopocka już w 2009 r. została przyćmiona ujawnieniem nagranych przez CBA rozmów, jakie prowadzili między sobą Zbigniew Chlebowski z PO i biznesmen Ryszard Sobiesiak – główni bohaterowie kolejnej afery, tym razem hazardowej. Zdemaskowanie zamiarów Zbycha, Rycha i Mira, którzy chcieli zakulisowo wpłynąć na kształt ustawy o grach losowych, było potężnym ciosem dla rządu. Posypały się dymisje, a skutki tej afery PO odczuwała jeszcze wiele miesięcy. Jednak i ona nie zmieniła zbyt wiele w zachowaniach polityków obozu rządzącego.

W lipcu 2012 r. „Puls Biznesu” opublikował rozmowę byłego prezesa Agencji Rynku Rolnego Władysława Łukasika z Władysławem Serafinem. Pierwszy z nich sugerował w niej nepotyzm i niegospodarność w spółkach skarbu państwa, czego mieli się dopuszczać działacze PSL związani z urzędującym ministrem rolnictwa Markiem Sawickim. W konsekwencji ten ostatni musiał się podać do dymisji. Jak się jednak okazało, nie na długo. W marcu 2014 r. Sawicki ponownie objął fotel ministra rolnictwa, dowodząc swojej politycznej żywotności. Dzięki ujawnieniu tamtej rozmowy Polacy mogli poznać, jak naprawdę wygląda życie PSL-owskiego establishmentu. Ale i ta kompromitacja niczego nie nauczyła polityków obozu władzy, którzy nadal niefrasobliwie dają się nagrywać, czego dowodzi najnowsza afera wywołana przez publikacje „Wprost”.

Na Zachodzie też podsłuchują

Mimo że nielegalny podsłuch jest przestępstwem, na Zachodzie jest powszechnie stosowny. Korzystają z niego zwłaszcza media. Przecieki do prasy nielegalnie zarejestrowanych rozmów polityków potrafią poważnie potrząsnąć sceną polityczną. Takich przykładów nie brakuje.

Przez kilka lat trwała afera podsłuchowa z udziałem urzędującego od 2006 r. prezydenta Włoch Giorgio Napolitano. Chodziło o to, że włoska prokuratura, badająca kontakty byłego ministra spraw wewnętrznych Nicoli Mancino z mafią, dysponowała nagraniem rozmowy z udziałem Napolitano. Okazało się, że Mancino czterokrotnie dzwonił do Napolitano, a ich rozmowy zostały nagrane przez włoskie służby, choć w świetle włoskiego prawa prezydenta państwa nie wolno podsłuchiwać. Sprawa wyciekła do mediów. Oburzony działaniem prokuratury Napolitano skierował sprawę do Trybunału Konstytucyjnego, który w grudniu 2012 r. orzekł, że nagrania były nielegalne, nakazując ich zniszczenie. Dopiero to zakończyło poważny konflikt prezydenta z włoską prokuraturą.

Głośnym echem w Europie odbiła się również sprawa premiera Luksemburga Jeana-Claude'a Junckera. W lipcu 2013 r. po 18 latach urzędowania Juncker został zmuszony do złożenia dymisji. Prawdziwą przyczyną jego decyzji była afera, jaką wywołał sposób funkcjonowania luksemburskich służb specjalnych, które miały być pozbawione nadzoru ze strony premiera. Okazało się bowiem, że oficerowie Service de Renseignement de l'Etat (SREL) umieścili w gabinecie Junckera nielegalny podsłuch, dzięki któremu możliwe było rejestrowanie wszystkich prowadzonych przez niego rozmów. Pojawiło się nawet podejrzenie, że te nagrania mogły zostać przekazane amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego. Po przedterminowych wyborach Juncker nie zdołał już odzyskać władzy.

Afera podsłuchowa wstrząsnęła także Francją. Na początku marca 2013 r. satyryczny tygodnik „Le Canard Enchainé” i strona Atlantico.fr ujawniły fragmenty rozmów, jakie w latach 2007-2012 prowadził były prezydent Nicolas Sarkozy. Autorem nagrań był Patrick Buisson, zaufany doradca prezydenta, nazywany szarą eminencją Sarkozy'ego. Buisson podobno przychodził na spotkania do Pałacu Elizejskiego z ukrytym w kieszeni dyktafonem i bez pardonu nagrywał swojego szefa. Ujawnione przez media fragmenty tych rozmów pokazały opinii publicznej, jak naprawdę wyglądają relacje prezydenta z żoną i co faktycznie sądzi on o francuskich politykach. W powszechnej opinii upublicznienie podsłuchów zostało uznane za kompromitację francuskich służb bezpieczeństwa. Były prezydent i jego małżonka wystąpili nawet z wnioskiem o sądowy zakaz publikacji nagrań.

W lutym tego roku furorę w mediach zrobiły słowa: „Fuck the UE”. Tak właśnie wyraziła się Victoria Nuland, przedstawicielka sekretarza stanu USA, w rozmowie z amerykańskim ambasadorem w Kijowie Geoffreyem Pyattem. Cała rozmowa Nuland z Pyattem wyciekła do sieci, a media spekulowały, w jaki sposób do tego doszło. Rzecznik Białego Domu Jim Carey sugerował nawet, że za nagraniem mogły stać rosyjskie służby. W każdym razie słowa Nuland wywołały burzę w kręgach unijnych polityków. Ich autorka starała się jednak tłumaczyć, że była to jedynie „prywatna rozmowa dyplomatyczna”.

W Wielkiej Brytanii od wielu lat toczą się liczne śledztwa, w których najważniejszy jest wątek nielegalnych podsłuchów brytyjskich polityków i gwiazd show biznesu. Do prawdziwej burzy doszło w lipcu 2011 r., gdy ujawniono praktyki stosowane przez dziennikarzy tabloidu „News of the World”, będącego częścią należącego do Ruperta Mardocha koncernu News International. Okazało się bowiem, że dziennikarze tabloidu nie wahali się wynajmować hakerów i prywatnych detektywów, aby zdobyć prywatną korespondencję czy nielegalnie dokonane nagrania. Upublicznienie metod ich działania doprowadziło do wszczęcia kilku poważnych śledztw. Aresztowano 38 byłych i obecnych dziennikarzy „News of the World”, zarzucając im łamanie prawa.

Wszystkie te śledztwa przerodziły się w prawdziwą wojnę o granice działania mediów. Brytyjskie władze chciały postawić w tym zakresie jasne kryteria. Jak brutalna jest to wojna, pokazuje przypadek dziennikarza „Guardiana” Glenna Greenewalda, który był autorem artykułów napisanych na podstawie tajnych dokumentów dostarczonych mu przez Edwarda Snowdena. Mieszkającemu w Rio de Janerio Greenewaldowi w przygotowaniu tekstów pomagała zamieszkała w Berlinie dziennikarska i reżyserka Laura Poitras. Ich łącznikiem był David Miranda, partner życiowy i współpracownik Greenewalda. Brytyjskie władze aresztowały go na lotnisku w Londynie pod zarzutem terroryzmu, rekwirując mu m. in. pendrive’y i inne nośniki, na których znajdowały się dokumenty przekazane przez Snowdena. Po przesłuchaniu Mirandy do redakcji „Guardiana” wkroczyli tajni agenci, którzy nadzorowali zniszczenie twardych dysków w komputerach, jakie znajdowały się w redakcji. Po jakimś czasie Miranda pozwał brytyjskie MSW za to, że został bezprawnie zatrzymany. Zarzucił też brytyjskim władzom, że dopuściły się naruszenia dziennikarskiej tajemnicy, a więc złamały zasadę wolności mediów.

Polska wojna z mediami

Wkroczenie prokuratorów i funkcjonariuszy ABW do redakcji tygodnika „Wprost” i próba zabezpieczenia nośników z nagraniami rozmów jakie opublikował tygodnik to na pewno przejaw rozpoczynającej się otwartej wojny świata polityki i mediów. Dzisiaj nie wiemy jeszcze jak ona się ostatecznie skończy. Zapewne w ciągu najbliższych miesięcy będzie ona miała jeszcze kolejne swoje, kolejne odsłony, budząc jeszcze bardziej gorące emocje.

Ale to co się wydarzyło w związku z opublikowanymi przez tygodnik „Wprost” rozmowami polityków rządu Donalda Tuska jest na pewno ważnym momentem i dla polskich polityków i dla polskich mediów. Politycy obozu władzy muszą wiedzieć, że o ważnych sprawach państwowych nie rozmawia się w restauracjach. A poza tym muszą sobie uświadomić, że we współczesnej polityce nie ma już sfery prywatności i nawet w restauracji polityk nie przestaje być osobą publiczną. Media zaś niezależnie od orzeczeń polskich sądów, same będą musiały rozstrzygnąć: do jakiego stopnia mogą posunąć się w dochodzeniu do prawdy, nawet jeśli ta służy dobru publicznemu.

A polskie służby? Już dzisiaj powinny podjąć działania, jak uniknąć kompromitacji w przyszłości, bo tak naprawdę to one oprócz prowadzących rozmowy w „Sowie” skompromitowały się najbardziej!

Czas rosyjskich szpiegów

Leszek Pietrzak

Afera, która wybuchła jesienią 2014 r. związana z hucznym zatrzymaniem rzekomych rosyjskich szpiegów ma poprawić wizerunek polskich służb, który w ostatnich latach został mocno nadszarpnięty.