Słoń na Zemplinie. Opowieści ze Słowacji - Andrej Bán - ebook

20 osób właśnie czyta

Opis

 

Od kiedy mieszkańcy Hybia w kraju żylińskim śpią w piżamach? Kto w Austro-Węgrzech jeździł koleją za symboliczną koronę? W którym regionie Słowacji w czasie drugiej wojny światowej mieszkało najwięcej donosicieli i kapusiów? Co w czasach Gottwalda groziło za otrucie kury? O co chodziło emerytom i rencistom z Bańskiej Szczawnicy, którzy w 1941 roku wyszli na ulice miasta i skandowali: „Żądamy podeszew”? Ilu Słowaków przypada na jednego niedźwiedzia? Który region jest rajem dla kłusowników? Co robił włoski cyrkowiec na – nomen omen – czubku wieży widokowej w Svidníku? Jak Breżniew całował Honeckera, a jak Alexandra Dubčeka?

To tylko garść wątków ze „Słonia na Zemplinie”. Wszystkich nie sposób wyszczególnić choćby z powodu ich liczby, gęstości i skomplikowania. Czas na świetny reportaż o Słowacji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 282

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Współczesna Słowacja ma wiele twarzy – przede wszystkim to kraj dręczony problemami, które proszą się o pilne rozwiązanie, kraj ciemnych zakątków i prowadzących do nich „pylistych dróg”, kraj pełen biedy i zacofania, ale i kraj marzeń: o pracy, dobrym wykształceniu i samorealizacji.

Ľubomír Lipták, Slovensko v 20. storoči (Słowacja w XX wieku)

Mój kolega, filozof Egon Gál, z którym często rozmawiamy o ważnych sprawach, powiedział mi kiedyś, jak funkcjonuje nasza pamięć. Bardziej niż zbiorem informacji jest ona opowieścią o tym, co przeżyliśmy, historią wykreowaną przez nasz umysł i ułożoną w wiarygodną całość. Dlatego bez cienia złych intencji możemy uwierzyć, że coś, czego nigdy nie doświadczyliśmy, jest częścią naszego życia. (Uwaga dla Egona: przepraszam, jeśli źle zapamiętałem Twoje słowa, ale moja pamięć, jak każda, jest zawodna i działa po swojemu).

Słoń na Zemplinie zawiera historie, które zbierałem przez ponad trzydzieści lat pracy reporterskiej. Są to opowieści ze Słowacji.

Od razu na wstępie muszę powiedzieć jedną rzecz – faktu, że nie jest to fikcja, nie uznaję ani za zaletę, ani za wadę tej książki. Wydawnictwo Absynt, dla którego ją napisałem, już od kilku dobrych lat wydaje literaturę reportażową z Europy Środkowej i Wschodniej, ale, co dziwne, dotychczas nie opublikowało żadnej książki o Słowacji. Dlaczego? Nie pokuszę się o ogólne wyjaśnienie, nie mam tyle zuchwałości, ale mogę odpowiedzieć za siebie.

Dopiero teraz, kiedy przy pisaniu tej książki trochę zwolniłem tempo, widzę, że przez długie lata wyjazdów za granicę, w tym także do regionów objętych wojną, nie robiłem nic innego, tylko uciekałem. Uciekałem ze Słowacji. Postępowałem tak podświadomie. Jakby ten kraj był we mnie na zawsze zamknięty. Ostatni rozdział, kropka. I boję się to zawiniątko, tę paczuszkę otwierać. Nie, nie zastanawiam się, czy kocham to miejsce – oczywiście, że kocham – ani czy wobec słowackich spraw nie bywam czasem zbyt krytyczny, co mi się rzecz jasna zdarza. Taką postawę uważam jednak za przejaw dużego zainteresowania. Chodzi o obojętność. Lub raczej: o zobojętnienie.

Kiedy w 2006 roku, po siedemnastu latach, skończyłem pracę nad książką fotograficzną Iné Slovensko (Inna Słowacja), przysiągłem sobie, że to koniec, że z tym zrywam, jak zrywa się z drugim człowiekiem. Wiejskie klimaty przestały mnie, jako fotografa, interesować, wszystko to wydawało mi się potwornie oklepane. Pielgrzymki, imprezy ludowe i uroczystości rocznicowe ku czci budzicieli narodowych połączone z muzyką, piwem i parówkami. Każde nowe zdjęcie wyglądało jak zrobione według szablonu. I było gorsze od poprzednich. Dopiero dzięki wydawcom z Absyntu, którzy mnie do tego zachęcili, spod warstw pamięci zacząłem wydobywać przebrzmiałe historie i stojące za nimi obrazy. W tym czasie lubiłem leniuchować w łóżku albo przynajmniej na chwilę zamykać oczy – jak rzeka płynęły przeze mnie wizualizacje. Odkryłem w sobie nieznaną dotychczas potrzebę – czy raczej przymus – bardzo osobistego opowiadania o Słowacji. Książka, którą trzymają Państwo w ręku, jest zapisem wędrówki, to swoiste road movie, relacja z podróży przez kraj ze wschodu na zachód.

Oczywiście ten kraj – jak wszystko – ma również swój środek. W moim przypadku znajduje się on w sielankowej wsi Čierny Balog w górnym biegu Hronu, gdzie jako bratysławski smyk spędzałem każde lato w drewnianej chacie dziadków. Właśnie tu, „na Balogu”, w osadzie Jergov, w łazience przy zgaszonym świetle nauczyłem się wywoływać filmy i powiększać czarno-białe fotografie. Babcia nerwowo pukała do drzwi: „Chodź już jeść!”. W jednej z dolin wysłuchałem wielu opowieści sąsiadów, którzy od tego czasu zdążyli przenieść się na tamten świat. Na przykład historii Józefa Šaláta, drobnego, żylastego staruszka, przez całe życie harującego jako drogowiec. Józef kosił nam ogród i robił wszystkie potrzebne rzeczy koło domu, ponieważ, nie czarujmy się, moi dziadkowie – lekarze – byli ludźmi niepraktycznymi. Odziedziczyłem to po nich.

– Irenka, stamtąd woda nie popłynie, tam jest skała – krzyknął Józef, kiedy zobaczył, że nad betonową rurą zamierzamy myć zęby. Babcia zarzuciła mu, że wkopał ją w złym miejscu.

– No przecież tak chcieliście – bronił się i zapewniał, że rura jest dokładnie tam, gdzie wskazała babcia.

Albo drwal Števo Pôbiš, przyjaciel rodziny. Przytaszczył na plecach i zasadził w naszym ogrodzie wszystkie brzozy i świerki. Kiedy raz babcia zdecydowanie poprosiła, żeby po wejściu do wypucowanego na błysk domu zdjął śmierdzące saperki, zmieszał się i po handelsku[1] (mieszkańcy tej wsi to potomkowie osadników niemieckich) łagodnie odpowiedział: „Tak będzie gorzej, niż gdybym został w butach”.

Mimo pięknych wspomnień z dzieciństwa rozczarowany opuściłem ostatecznie Balog, gdy dowiedziałem się, że jednego z sąsiadów, alkoholika i domowego tyrana, żona z synem zabili nożem. Zrobili to w nocy. Bezwładne ciało zawinęli w dywan, wyrzucili z okna i zakopali pod domem. Po jakimś czasie odkrył je inny sąsiad, policjant. Zwrócił uwagę na dziwną rzecz – w kuchni furiata spod warstwy świeżej farby prześwitywały krwawe plamy. Dowody były jednoznaczne, sprawcy przyznali się do winy.

Jako chłopak z miasta co roku latem jeździłem w Rudawy Słowackie. Ponad trzydzieści lat temu w pięć dni przeszliśmy z przyjacielem stukilometrowy odcinek legendarnego czerwonego szlaku Rudná magistrála, prowadzącego z Murania na Detvę. Przez ten czas nie spotkaliśmy żywej duszy, dopiero gdy weszliśmy na szczyt Klenovský vepor – nazwa ma związek z kształtem góry, przypominającej grzbiet wieprza – zastaliśmy tam głośną grupkę czeskich turystów. Potem przyjaciel zginął tragicznie podczas jazdy na rowerze. Wróciłem tam po dwudziestu latach, żeby uczcić jego pamięć. Pojechałem w maju z kolegą Petrem. Czekało nas prawie trzydzieści kilometrów Rudnej magistráli, ze Zbojskiej przez Klenovský vepor na Tlstý javor. W plecakach mieliśmy śpiwory, chleb, konserwy, napoje w proszku, witaminy, batoniki owsiane, wodę i mapy. Po dwóch dekadach nie poznawałem okolicy, została okaleczona. Co chwila mijały nas jeepy bez tablic rejestracyjnych, a w nich podejrzani faceci. Spoglądali na nas spode łba. Wokół tylko zdewastowane polany, udręczone rabunkową eksploatacją, spryskane jakimiś środkami. Jednak im wyżej byliśmy, tym okolica stawała się dziksza, drzewa dorodniejsze, a las gęstszy. Na przełęczy Varta obok nas śmignęli motocykliści w kombinezonach i w kaskach. Do Vepra mieliśmy czterdzieści minut. Nad nami latały kruki. W końcu doszliśmy na szczyt, a tam setki dokuczliwych much i widok prawie do Budapesztu. Spotkaliśmy kilkoro ludzi. Przed zmierzchem dotarliśmy do opuszczonego gospodarstwa Kysuca Uhliarka. Pod dziką czereśnią Peter znalazł miejsce do spania. Na ogniu, w menażce, ugotowaliśmy rosół z torebki. Wodę wzięliśmy z poidła dla zwierząt. Spaliśmy na ziemi pod gołym niebem, przykryci celtą. Do trzeciej nad ranem obserwowałem gwiazdy, spoglądając na nie między gałęziami.

Wracam do tej historii z Rudaw między innymi dlatego, że jej inny wariant przeżyłem raz jeszcze, kiedy podróżowałem, pieszo i pociągiem, przez góry i doliny od źródła mitycznej rzeki Hron pod Kráľovą hoľą do miejsca, gdzie Hron wpada do Dunaju niedaleko Štúrova. Te niecałe trzysta kilometrów oczywiście strasznie się dłużyło, a krajobraz jakoś nie chciał się zmieniać. Ale inaczej się nie dało. Gdybym jechał samochodem, ominęłoby mnie najważniejsze – to, bez czego każda przestrzeń staje się pustkowiem – spotkania z ludźmi.

W trakcie tej wędrówki, gdzieś w głębokich lasach pod Żarem nad Hronem, pewnego dnia o świcie zbudził mnie przeraźliwy dźwięk syreny fabrycznej, która przed szóstą wzywała robotników na szychtę do huty aluminium. Uległem pokusie, wygramoliłem się ze śpiwora i ruszyłem w tamtym kierunku. Wszedłem do martwej wsi Horné Opatovce, wysiedlonej w czasach socjalizmu, bo nowa fabryka tak truła środowisko, że mieszkańcom zaczęły wypadać włosy i zęby. To, co zobaczyłem, przypominało scenografię do filmu katastroficznego. Wcześniej niczego takiego nie doświadczyłem.

W 1992 roku, kiedy kroiło się coś, czego mało kto chciał, to jest podział Czechosłowacji, przyjechałem w te wyjątkowo niegościnne strony jeszcze raz. Z kolegą, reporterem z Pragi, w kolejnej – tym razem żywej – wioseczce Ladomerská Vieska, położonej przy hucie aluminium, szukaliśmy Milana Mečiara, brata premiera. Mocnych genów nie da się wyprzeć. Mimo różnicy wieku wyglądał jak brat bliźniak: podobne gęste czarne włosy, podobne baki, jakie dzisiaj na dobre wyszły z mody, podobne dzikie spojrzenie, wyrazista szczęka i energiczna gestykulacja. O dziwo, był rozmowny. Wypiliśmy razem niejeden kieliszek wódki i borowiczki. Pod wieczór w salonie domu rodzinnego Milan, z którym zdążyliśmy przejść na ty, mówi:

– Panowie, jak Boga kocham, jeśli źle napiszecie o moim bracie, ściągnę tę strzelbę i was znajdę!

Wracam w te miejsca także w 2016 roku. Po wyborach, w których do parlamentu weszli faszyści i neonaziści z ĽSNS[2], zwrócił się do mnie wspaniały człowiek, pochodzący z Brezna architekt Michal Karako. Podobnie jak ja był zaniepokojony tym, co się stało. Z jeszcze kilkoma kolegami powołaliśmy inicjatywę obywatelską Zapomniana Słowacja i w regionach z największym poparciem dla tej partii zaczęliśmy organizować otwarte dla szerokiej publiczności spotkania o ekstremizmie. Atmosfera gęstniała z debaty na debatę. Pojawiali się też kotlebowcy[3]. Nieraz pachniało awanturą, ale dzięki przyzwoicie prowadzonej dyskusji zawsze udawało nam się jej uniknąć. Kultury wymagaliśmy również od chłopców i dziewcząt w zielonych bluzach z logo partii – wtedy był to jeszcze równoramienny krzyż, który przypominał symbolikę niesławnej Gwardii Hlinki z czasów drugiej wojny światowej (później Partia Ludowa Nasza Słowacja, twierdząc, że nie jest partią faszystowską, zmieniła ten znak, co jest kolejnym dowodem umysłowego ubóstwa jej liderów). Podczas spotkań z półmroku tylnych rzędów kłócił się z nami młody mężczyzna, który przedstawił się jako szef powiatowych struktur ĽSNS. Sprawdziłem, jak się nazywa: Rastislav Kyseľ.

Upłynęło kilka tygodni. Jest 13 marca, jutro rocznica powstania Pierwszej Republiki Słowackiej. Zawsze powtarzam, że ten kraj wyróżnia się nadmiarem wszelkiej maści rocznic, które albo się celebruje, albo przeciwnie – opłakuje. Przed południem trafiam do zakładu na obrzeżach Ladomerskiej Vieski. Oprócz mnie jest tu tylko jeden człowiek, nazwijmy go napełniaczem butli, bo właśnie tym się zajmuje – napełnia butle gazem, przyjmuje puste, a wydaje pełne. Szef powiatowych struktur ĽSNS Rastislav Kyseľ pracuje w branży LPG.

– Na stráž![4] – tak zwraca się do każdego kierowcy ciężarówki.

Przyglądam im się i nie widzę zdziwienia na ich twarzach, pewnie już go znają.

– No co?! Przecież to nie jest karalne – wzrusza ramionami.

W zakładzie jest sam, doskonale wtopił się w otoczenie. Coś jak Rudolf Hrušínský i krematorium w znakomitym filmie Juraja Herza Palacz zwłok.

– Wie pan, wielu moich krewnych zginęło w obozach koncentracyjnych – mówię mu.

– Skąd pan wie?

– No, po prostu nie wrócili stamtąd, dokąd ich wywieźli.

– A może wrócili, tylko panu nie powiedzieli, gdzie będą mieszkać.

Otwieram szeroko oczy. Są chwile, kiedy jasno widzę, że dyskusja, mimo moich najszczerszych chęci, utknęła w martwym punkcie i nie ma już dla niej nadziei. Wyczerpały się wszystkie argumenty, a jedyne pytanie, jakie sobie zadaję, brzmi: czy odejść bez słowa, czy wcześniej powiedzieć coś jeszcze od serca? Tym razem, stwierdzam, nawet to nie ma sensu.

Gdy środkowa Słowacja mi obrzydła, wybrałem się na włóczęgę po całym kraju. Często słyszałem, że książka Iné Slovensko jest okrutna. Nie kryję, trudno znaleźć w niej pociechę. Powodem pewnie jest moje przekonanie, że prawda nie paraduje po scenie, tylko rozgrywa się za kulisami. Epilogiem imprez folklorystycznych są hordy pijaków wyjących: „valáskááá póstává, va va va va”[5]. Pod koniec święta górników widzę zalanego w trupa faceta, który leży pośrodku placu Świętej Trójcy w Bańskiej Szczawnicy. Kiedy dwóch gości pensjonatu „Andy” w Warholowskich Medzilaborcach sika symetrycznie po obu stronach bramy, przypominają mi się lwy pilnujące wejść do szlacheckich dworków. W 1991 roku w miejscowości Šaštín-Stráže pielgrzymi podjeżdżają škodami do kościoła na górce. Tego samego, przy którym dziesięć lat później powstanie tor motokrosowy. Jurne Słowaczyska oczywiście bawią się tam wybornie. Wizja „pięknej Słowacji” utrwalana przez etnologów, folklorystów i niedzielnych publicystów to oszustwo. Jeszcze nigdy te dwa światy, tradycja i rzeczywistość, nie były od siebie tak odległe. Ludowość przegryzana jest langoszami i zapijana piwem.

We wsi Vlkolínec, wpisanej na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, od 1989 roku mieszka ojciec Paľko Horský, ascetycznie chudy zakonnik, który zżył się z garstką tubylców tak bardzo, że jako wyuczony elektryk naprawia im nawet anteny telewizyjne. Kiedy umiera, razem z nim odchodzi dawny świat, z czego zdaje sobie sprawę także mój kolega Tóno Sabucha, jeden z ostatnich mężczyzn we wsi, która w najlepszym przypadku zmieni się w kolonię domków letniskowych, gdzie autochtoni będą się utrzymywać ze strugania gadżetów dla turystów. Ktoś powie, że już sam trud ratowania tego, co przemija, jest godny pochwały, a nasza sytuacja nie należy do wyjątkowych – inne kraje też zmagają się z wymazywaniem pamięci. Nasz kraj i nasze zabytki przypominają jednak prostytutki wynajęte na jeden numerek, istoty pozbawione godności. A czy może być inaczej? Czy wymierające Tatry znów mogą być pełne pasterzy owiec? Czy Bańska Szczawnica znów może być miastem górników, tak jak w średniowieczu? Słowacy już dawno przestali być bogobojni i zwrócili się ku czemuś, co można nazwać nowym pogaństwem. Nigdy wcześniej nie żyliśmy tak dostatnio jak obecnie, ale przez to też popadliśmy w pychę. To, co najcenniejsze, znika tu i teraz na naszych oczach. Folklor nie ma z tym wiele wspólnego. Ekologów czy niestrudzonych obrońców zabytków politycy często traktują jak przeszkodę, hamulec rozwoju, a sami występują w roli rzeczników deweloperów. Jeśli chcecie zobaczyć, co nas czeka w państwie dobrobytu, zajrzyjcie kiedyś nad jezioro Počúvadlo w Górach Szczawnickich. Do hotelu „Topky” regularnie zjeżdżają dobrze wyżywieni, beztroscy emeryci z Austrii i Niemiec. Pływają łódkami, opiekają na rożnie prosiaki, bawią się, śpiewają, piją – taniej niż w Alpach.

A my dokąd będziemy jeździć?

***

Znów myślę o Egonie, pamięć nie jest okrutna. To nie ona, tylko nieczyste sumienie leży u źródła litościwej amnezji. Dlatego tak trudno wydobyć z zapomnienia czasy socjalizmu. Wtedy nie było telefonów komórkowych ani internetu. Artykuły do gazet pisano maszynowo na papierze firmowym, a błędów nie usuwało się jednym kliknięciem myszy, tylko mozolnie pokrywało białą farbą.

– Pierdolone dzieci Lenina – pomstuje naczelny.

Jest duszny letni poranek 1988 roku, a my w redakcyjnej żółtej dacii pniemy się drogą nad Popradzki Staw.

– Widzisz go? – Pokazuje drałującego pod górę faceta w starszym wieku. – Zrobisz mu zdjęcie, to towarzysz Pezlár.

Zaczyna się Międzynarodowe Wejście Młodzieży na Rysy śladami Włodzimierza Iljicza Lenina. Wzburzony szef lubi wykrzykiwać:

– Wycyckam ich do cna.

Często zachowuje się prostacko. Na wyjazdowej naradzie redakcyjnej gdzieś nad Dunajem podrywa na balkonie młodą stażystkę z Moskwy. Dziewczyna jest przerażona, chce uciec. Kiedyś pracował jako sekretarz prasowy przewodniczącego NRSR[6]. Tak, tego, który jedyny z ówczesnej wierchuszki po rewolucji 1989 roku popełnił samobójstwo. Szef twierdzi, że wie, o czym rozmawiamy przez telefon. Raz wysłał na pielgrzymkę do Šaštína naszego kolegę fotografa, którego niestety nie ma już wśród nas, a który poza tym, że był fotografem, był też dobrym człowiekiem. Kolega miał fotografować przede wszystkim twarze. Wrócił, zaczął wywoływać filmy. W gabinecie naczelnego już czekali na niego dwaj panowie w płaszczach. Scena niczym z filmu o tajniakach. Musiał im oddać wszystkie negatywy. Nie zapomnę, jak szef skazał mnie kiedyś, bodaj w 1988 roku, na „banicję”, czyli na staż w komitecie powiatowym Socjalistycznego Związku Młodzieży we Vranovie nad Topľą. W rozpaczy czytałem po nocach Proces Kafki i pisałem do bliskich list za listem.

Zapominamy, bo chcemy. Nie musimy, tylko chcemy. Zabawne, że kariera wielu ludzi, pięćdziesięcio- czy sześćdziesięciolatków cieszących się dzisiaj powszechnym szacunkiem, według ich oficjalnych życiorysów zaczyna się w 1989 roku. To punkt zero. A przedtem? Nic, ciemno, głucho. Jakby tamte czasy, a nie tylko ludzkie oczy, były świadkami porażki, pamięcią o kapusiach i obleśnych szefach, którzy na naradzie wobec wszystkich rzucali ci w twarz: „Mówi się »towarzyszko«, nie »pani«!”.

Pocieszamy się, że to minęło bezpowrotnie. Tej iluzji ulegamy także dlatego, że nie zdechliśmy z głodu i biedy, nie byliśmy dręczeni za poglądy, nie siedzieliśmy w więzieniach za przekonania (bo w zasadzie wcale ich nie mieliśmy). Gazety zachowywały ostrożność, najwyżej tu i tam przemycono coś między wierszami. „My” wiedzieliśmy, że komuniści siedzą na chudej szkapie, która zaraz wyzionie ducha, ale „oni” przeczuwali to samo. Jedyne, na co było nas stać, to ironiczne uwagi i dwuznaczne uśmieszki. Poza garstką dysydentów otaczali nas pozerzy i oportuniści. Indianin z telewizji był Jugosłowianinem, a jedynym emigrantem z Zachodu był obywatel NRD, niejaki Dean Reed, amerykański śpiewak. Jego albumy, wydawane na porządnych winylach, dało się kupić w sklepie „Opus” na ulicy Leningradskiej (dziś Laurinska).

Te czasy wcale nie były śmieszne, zabawne bywały jednak marginalia. Na Zachód jeździli tylko wybrani i zweryfikowani – reszta, zwłaszcza bratysławianie, cieszyli się przywilejem oglądania austriackiej telewizji. Wiadomości Zeit im Bild o siódmej wieczorem służyły za domowy kurs języka niemieckiego. Paul Lendvai był głosem wolności na wyciągnięcie ręki. Te i inne opowieści układają się w obraz drętwoty i przypominają raczej historie z Kundery niż z Kafki. Role w tym spektaklu zostały obsadzone dawno temu i tak jak w nieudanym filmie czy w pierestrojkowym eposie od początku do końca było wiadomo, którzy chłopcy są dobrzy, a którzy źli. Zresztą ci pierwsi wcale nie byli tacy dobrzy: dokładnie wiedzieli, na co mogą sobie pozwolić i dokąd mogą się wypuścić. Jak psy na łańcuchu obsikiwali swoje terytorium i zapaskudzali je wymówkami. Ci drudzy z kolei na wyrządzanie prawdziwego zła nie mieli dość odwagi. Najcięższą przewiną było demaskatorstwo.

W internacie w parku Górskim robiliśmy wtedy z kolegami teatr muzyczny. Ze starych projektorów wyświetlaliśmy filmy o Laurie Anderson albo Bobie Dylanie. Z klubów filmowych, gdzie mogliśmy oglądać wszystkie świetne filmy Bergmana, chodziło się do całonocnego baru „Tempo”. Zamiast McDonalda w centrum Bratysławy stał wtedy bar mleczny – obskurny, ale wyjątkowo popularny. W sklepie francuskim kupowałem mocne ciemne gitany i gauloisy, które wieczorami paliłem po kryjomu w łóżku, petując do pudełka po filmie. Słuchałem przy tym – z magnetofonu szpulowego – Erika Satie, Philipa Glassa i Steve’a Reicha.

Przerażony taksówkarz zupełnie nieoczekiwanie przywiózł nam kiedyś do domu wujka Albína z Los Angeles. Pamiętam to bardzo dobrze. Była druga w nocy, na dworze mróz i śnieg.

– Mam w samochodzie jakiegoś starszego pana w białych szortach. Twierdzi, że jest waszym krewnym z Ameryki. Może pan zejść? – zwrócił się taksówkarz do ojca.

– Dzieci, jestem! – zawołał po czesku szczęśliwy wujaszek.

Został u nas cały tydzień, przyssany do butelki pilznera. Kiedy wyjeżdżał, wielkopańskim gestem wręczył ojcu wymiętoszoną jednodolarówkę:

– Wiesz, Pitr, tyle miałem, jak zaczynałem w Ameryce.

Ojciec tylko się uśmiechnął:

– Albín, a ja tyle będę miał, jak skończę tutaj.

[1] Handelski – gwara osadników niemieckich zamieszkujących Dolinę Górnego Hronu. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

[2]ĽSNS, Ľudová strana Naše Slovensko – Partia Ludowa Nasza Słowacja, skrajnie prawicowa partia, która odwołuje się do tradycji Jozefa Tisy i kierowanej przez niego faszystowskiej Pierwszej Republiki Słowackiej.

[3] Kotlebowcy – zwolennicy Mariana Kotleby (ur. 1977), lidera ĽSNS.

[4]Na stráž! – Na posterunku! Pozdrowienie słowackich narodowych socjalistów.

[5] Ekspresywnie zniekształcony fragment piosenki ludowej Páči sa mi, páči, valašská postava (Krzepkie są, oj, krzepkie, juhaskie chłopaki).

[6]NR SR, Národná rada Slovenskej republiky – Słowacka Rada Narodowa, po 1968 roku najwyższy słowacki organ władzy i administracji państwowej.

I

Tutaj kiedyś kończyła się Czechosłowacja. Trzeba to powiedzieć bez cienia sentymentu, jako nagi fakt. Był kraj, nie ma kraju. Nie ma kraju, a jest. W tej części Europy to nic nadzwyczajnego.

Państwa to dziwne stwory, podobne do żab. Rodzą się, zmieniają w kijankę, gdzie tam – w kijankę!, w mnóstwo kijanek, a na końcu i tak zostaje tylko kilka zdolnych do życia jednostek. Pytanie, kto może od początku wiedzieć, jak to się skończy.

Państwo to gra, totolotek, zabawa, choć trzeba przyznać, że dość popularna. Pierwszą zasadą są granice – należy je wyznaczyć. Kto chce doświadczyć tego na własnej skórze, powinien wejść do trójkąta bermudzkiego Europy Środkowej, wyznaczonego przez trzy punkty: na wschodzie ukraiński Użhorod, na zachodzie słowackie Koszyce, a na południu niepozorne miasteczko o nazwie, która Słowianom przysparza kłopotów niczym najtrudniejsze łamańce językowe: Sátoraljaújhely. Tutaj, na tych rozległych równinach, zimą zmarzniętych na kość, poprzecinanych żyłami rzek Uż, Latorica i Bodrog, za Austro-Węgier rozpościerał się wielki i sławny (tu wszystko jest „wielkie” i „sławne”, zauważyliście?) komitat Zemplin. Znajdował się na terenie jednego kraju. Dzisiaj leży w trzech.

Był, a już go nie ma. Nie było go, a przecież jest.

„Wy rozeszliście się nawet bez jednego wystrzału”, ze szczerym podziwem mówią mi ludzie na Bałkanach. Napawa mnie to dumą. Czechosłowacja wciąż jest dobrą marką i przykładem, że w imieniu państwa, wiary czy narodu niekoniecznie trzeba od razu skakać sobie do gardeł. A to niemało.

„Od Ašu po Czerną nad Cisą”, mówiło się kiedyś u nas.

Sześć krótkich słów wyznaczało dwa krańce państwa, które od 1993 roku nie istnieje. Ale czy ktoś wiedział, gdzie jest Aš, a gdzie Czerna nad Cisą, czy kogoś to obchodziło i czy ktoś w ogóle tam był? Peryferie od dawien dawna pełnią funkcję schronienia dla dziwaków, wygnańców i włóczęgów. Szkoda, bo historie peryferii są zawsze najpożywniejsze, w każdym miejscu na świecie.

Czerna… nad… Cisą… Dla Słowaka brzmi to ponuro, depresyjnie. Dlaczego Czerna? Czarny to przecież kolor żałoby, tragedii, zaniku. Dlaczego „nad” i dlaczego „Cisa”, na Boga?! Dobrze wiemy, że to rzeka graniczna, ale prawie tak samo nazywał się prezydent naszego faszystowskiego państwa, Jozef Tiso (1893 – 1947). Dobrze wam radzę, nie gmerajcie w języku, bo to prowadzi donikąd.

– Znacie węgierski? – pytam dwóch mężczyzn w roboczych drelichach, którzy kręcą się po pustym centrum miasta.

Zgodnie kiwają głowami, że tak.

Przed budynkiem dworca kolejowego, gdzie latem 1968 roku tuż przed inwazją spotkali się przywódcy komunistyczni Alexander Dubček i Leonid Iljicz Breżniew – ten pierwszy chciał zapobiec temu, co ten drugi wymyślił jako przestrogę dla wszelkich sił kontrrewolucji – stoi urocza lokomotywa parowa. Relikt. Interesuje mnie, co znaczy biały napis po węgiersku na jej boku: MINDENNÉLJOBBAN.

– To jest… Hát… Jak to powiedzieć… – szukają słów.

Szybko pojmuję, że panowie wprawdzie umieją po węgiersku, ale po słowacku nie za bardzo. Pal licho napis, który, nawiasem mówiąc, dałoby się przełożyć jako „lepiej niż reszta”. Prawdopodobnie nie chodzi więc o wezwanie do irredenty czy kolejnej rewolucji. Kto wie, może to hołd dla zabytkowej lokomotywy, skoro pierwsze bloki w miasteczku ogrzewano właśnie jej parą.

Kobieta w mundurze policyjnym przed chwilą gdzieś się spieszyła. Pewnie na obiad. Moje pytanie, dokąd prowadzi główna ulica wzdłuż torów, które jak żyletka dzielą Czerną nad Cisą na pół (tu się śpi, a tu się pracuje), przyjęła ze zdziwieniem.

– A dokąd miałaby prowadzić? Do Kráľovskiego Chlmca i dalej do Koszyc!

Guzik, pomyślałem, ta beznadziejnie prosta droga, po drugiej wojnie światowej wykreślona przez towarzyszy jak od linijki, biegnie przecież na wschód, tam gdzie pilnie strzeżone granice strefy Schengen, pogranicznicy z psami, kamery czułe na podczerwień, na przemyt tanich papierosów i na uchodźców z Iraku lub Afganistanu, tam gdzie świat inteligentnych dronów, sprytnych proc, a nawet płetwonurków i helikopterów szmuglujących towar również dzisiaj, w styczniu 2018 roku, na przekór nowoczesnym zabezpieczeniom, udogodnieniom i zdobyczom techniki. Dalej na wschód jest Ukraina, a za nią Rosja, zupełnie inna, dla wielu nierealna, mityczna rzeczywistość. Policjantka jakby wyczuła, o czym myślę, bo zaraz dodała:

– Ta droga łukiem zawraca do nas, na Słowację.

Aha, westchnąłem zawiedziony. Dalej już nie ma sensu iść.

***

Wojna i komunizm tutaj jeszcze się nie skończyły. Leżąca na granicy słowacko-ukraińskiej wieś Slemence, z woli Stalina podzielona na dwie części, od 1946 roku czeka na ponowne połączenie. W 2006 roku mają tu otworzyć przejście. Jest wpół do piątej po południu, nad niekończącą się niziną między Użhorodem a Trebišovem zapada mroźna ciemność. Włodarze obu części zamieszkanej przez Węgrów wsi umówili się przez telefon, że spotkają się przy nowo wybudowanym, lecz nadal nieczynnym terminalu. Tak sobie, zamienić parę słów.

– Serwus, József! – czystą węgierszczyzną odzywa się sołtys ze słowackiej strony (Veľké Slemence mają sześciuset mieszkańców).

– Serwus, Lajos! – odpowiada mu wesoło sołtys ze strony ukraińskiej (Mali Sełmenci liczą dwustu mieszkańców).

Lajos przychodzi w towarzystwie dwóch dziennikarzy słowackich, a József w asyście dwóch żołnierzy ukraińskich. Dwie trójki stoją metr od siebie. Kroku przez magiczną linię nie robi jednak nikt. Ze strachu. Tu, na tej pustej drodze, dzisiaj kończy się Unia Europejska, tu przez lata kończyły się wolność i żarty, tu po 1989 roku zaczęli zjeżdżać rozbawieni dziennikarze z całego świata. Czegoś takiego nie widzieli nawet w filmach o Bondzie.

– Niewozmożno zapisywat’ – mówi grzecznie, ale stanowczo ukraiński żołnierz, kiedy dostrzega w mojej ręce dyktafon.

Dlaczego? Pytanie logiczne, odpowiedź trochę mniej. Przejście nie jest jeszcze oficjalnie otwarte. No tak, racja, ale to absurdalny zakaz, bo z wójtem mogę w każdej chwili połączyć się telefonicznie i nagrywać, ile dusza zapragnie. Żołnierz rozumie, uśmiecha się, ale zakazu nie cofa.

– Niewozmożno – powtarza.

Możemy rozmawiać, a nawet podać sobie rękę przez granicę („Jest pusta, proszę zobaczyć”), lecz rejestrować mi nie wolno. Kluczowe słowa wójta zapamiętuję jednak z łatwością: „Znów będziemy braćmi, rodziny znowu będą razem. Tutaj każdy ma kogoś po drugiej stronie”.

Rok 2009. Do tego czasu wiele się zmieniło, jednak braćmi jak nie byli, tak nie są. Od października stoją tu białe budki dla celników. Po słowackiej stronie na razie nic się nie dzieje, a po ukraińskiej panuje już ożywiony ruch, zamontowano nawet ładne tablice informacyjne. Widać, że doceniają kolejną możliwość dostania się do Unii. Ale przejście będzie tylko dla pieszych i dla rowerów. Trzy lata wcześniej straszyły tu zardzewiały szlaban i słupki graniczne. Na szlabanie od góry przymocowano mało subtelne żelazne zęby, jak z ogona dinozaura, żeby przypadkiem nie wysiadywały tu nieletnie lumpy. Młodzież jednak znalazła na to sposób, metalowe trójkąciki dało się odłamać.

– Teraz na jesień szlaban rozmontowali i wywalili w pole. Przyszli Cyganie i wynieśli do skupu – mówi mi Peter, mieszkaniec ostatniego domu po słowackiej stronie. Z jego dachu ekipy z całego świata kręciły filmy.

– Po ukraińskiej stronie mam kuzynkę. Czasem na granicy chwilę pogadamy.

Peter jeździ na Ukrainę z dziennikarzami. W zeszłym roku był dwa razy, ale raz ich zawrócili. Niemiecki sztab filmowy poruszał się bowiem pożyczonym autem, a to, jak się okazało, jest zabronione.

Zanim zniesiono obowiązek wizowy, obywatele Słowacji, którzy chcieli odwiedzić krewnych na Ukrainie, musieli swoje odcierpieć. Sto pięćdziesiąt kilometrów do konsulatu w Preszowie i tyle samo z powrotem. Formalności kosztowały tysiąc koron. Potem tydzień albo dwa pokornie czekali na wizę i znów: trzysta kilometrów wte i wewte. To nie wszystko. Bo jeszcze trzydzieści kilometrów do najbliższego przejścia we wsi Vyšné Nemecké i sterczenie w kolejce: trzy, pięć, czasem dziesięć godzin… Odwiedzić wujka czy kuzynkę, dać im bombonierkę i kwiaty, poplotkować sobie przy wódeczce, a w drodze powrotnej zatankować tanią benzynę i kupić papierosy. Dla cierpliwych normalka – dla ekipy ARD niepowtarzalne przeżycie.

Szlaban straszył od roku 1946, kiedy jedna trzecia czechosłowackiej wsi przypadła ZSRR. Żołnierze radzieccy mamili urodzajną ziemią i porządnymi butami ze skóry – w końcu więc gospodarze ze wschodniej części dali się namówić. Mieszkańcy Veľkich Slemenców, gdzie zbiegiem okoliczności sołtysem po wojnie był dziadek obecnego sołtysa, nie najlepiej na tym wyszli. Sztucznie wyznaczona granica prowadziła na przykład przez sypialnię domu, który z tego powodu trzeba było potem wyburzyć.

– Gdyby granicę poprowadzili przez cmentarz gminny, nasz dom przyłączyliby do ZSRR. Na szczęście wytyczyli ją kawałek dalej. Problem jednak tkwi w czymś innym. Po ukraińskiej stronie nasza rodzina wciąż posiada pięć hektarów ziemi. Do dzisiaj nie udało nam się uzyskać rekompensaty. Przez pierwszy rok po ustaleniu granicy mogliśmy uprawiać tamte pola, ale później nagle nam tego zakazano. Ojciec wspominał, jak w sierpniu wiózł jęczmień i ostatni wóz musiał wyrzucić do rowu – opisuje Peter.

Sołtys dodaje, że mieszkańcy Słowacji mają po ukraińskiej stronie co najmniej pięćset hektarów gruntów, których stan prawny nie został dotąd uregulowany. Granica „za płotem” stała się elementem lokalnej mitologii. Rodzice grozili dzieciom, że jeśli nie będą grzeczne, mama albo tata przerzuci je na drugą stronę. Dla miejscowych chojraków, którzy u Sowietów wymieniali rum za odznaki, żelazna kurtyna była probierzem odwagi. Wypuszczali na granicę bezpańskie psy, a potem, kiedy włączał się alarm, z bezpiecznej odległości rozbawieni obserwowali reakcję wopistów. Co odważniejsi chodzili tyłem w kierunku granicy, żeby zdenerwować żołnierzy. Ślady wyglądały bowiem tak, jakby ktoś uciekł z ZSRR. Raz założyli się o dwa litry rumu, kto niezauważony przejdzie na Ukrainę. Zwycięzca miał pecha. Trafił do więzienia, gdzie karmili go burakami cukrowymi. Wrócił po tygodniu chudy jak patyk. Inny nieszczęśnik tak upił się na zabawie, że pomylił drogę do domu. Wsiadł na motor, rozpędził się nie na tej ulicy co trzeba i z szybkością błyskawicy wjechał w szlaban. Ciało zostało na Słowacji, pojazd przejechał na Ukrainę. Oryginalny był też sposób, w jaki mieszkańcy obu wsi wymieniali się informacjami. Wiadomość na karteczce przypinali gwoździem do wnętrza rozciętego ziemniaka, a potem przerzucali go na drugą stronę, albo śpiewali do siebie po węgiersku – w języku, którego żołnierze radzieccy oczywiście nie rozumieli. Najnowszym hitem jest historia pana Pisty z Veľkich Slemenców. Kilka tygodni temu przeszedł na Ukrainę, posiedział tam w knajpie i spity jak bela wrócił do domu.

Od 1989 roku obie części podzielonej wsi intensywnie zabiegają o przejście graniczne. Ale początkowy entuzjazm często rozbija się o dyplomatyczną nieporadność. Granica przebiega raczej w głowach niż na mapie. W 2001 roku 87 procent mieszkańców Veľkich Slemenców opowiedziało się za małym przejściem. Zaraz jednak większość zniechęciła się wizją mafiosów paradujących po wsi i aut zasmradzających powietrze. Przejście mogło być, ale dla pieszych. Nic się nie zmieniło przez cztery lata. W październiku 2003 roku, dzięki władzom kraju koszyckiego i darom z Węgier, postawiono tu pomnik rozdwojonej wsi w postaci przeciętej bramy, na której widnieją nazwiska darczyńców. W uroczystościach wziął udział Sándor A. Nagy, przewodniczący organizacji lobbystycznej w Kongresie USA. Gość z Waszyngtonu przywiózł też prezent – flagę Stanów Zjednoczonych.

W marcu 2005 roku rząd zatwierdził projekt umowy z Ukrainą. W myśl tego projektu Słowacja zgodziła się na propozycję komisji mieszanej, aby w Slemencach zbudować przejście graniczne. Zamiast spodziewanej analogicznej reakcji rządu ukraińskiego Kijów odpowiedział milczeniem. Słowacy zwrócili się więc do Ukraińców z prośbą o notę dyplomatyczną ze stanowiskiem w tej sprawie, ale i te starania spełzły na niczym.

Latem naoczni świadkowie poinformowali rząd o rozpoczęciu prac budowlanych po ukraińskiej stronie granicy. Zaskoczeni Słowacy otrzymali odpowiedź, że prezydent Wiktor Juszczenko osobiście wydał polecenie administracji celnej w Użhorodzie, która natychmiast zabrała się do pracy. W Europie takie praktyki nie są standardem. Potem okazało się, że nieco wcześniej Juszczence złożył wizytę węgierski europoseł Mátyás Eörsi, który poprosił go o interwencję w tej sprawie. Zaskoczony prezydent nie miał pojęcia o istnieniu jakichś Slemenców – Wielkich czy Małych – ale od razu przystąpił do działania. Słowacja stanęła przed dylematem. Czekać na notę dyplomatyczną z Kijowa, narażając się na kompromitację, czy po prostu zacząć budowę. Wybrano drugą opcję. O pieniądze zadbały Ministerstwo Finansów i administracja celna. Ukraińska firma prowadząca prace po drugiej stronie zaproponowała swoje usługi również na terenie Słowacji. Pod koniec września, trochę później, niż przewidywano, terminal był gotowy. Po stronie ukraińskiej chciał go otworzyć prezydent Juszczenko, ale na Słowacji nikt z polityków wysokiego szczebla nie okazał zainteresowania, więc Juszczenko ostatecznie się rozmyślił.

***

Niełatwo być dumnym mieszkańcem miasteczka, w którym przez ostatnie siedemdziesiąt lat nie wydarzyło się nic ważnego oprócz spotkania Dubčeka i Breżniewa przed inwazją wojsk Układu Warszawskiego. Narada przywódców trwała od 29 lipca do 1 sierpnia, trzy tygodnie później do Czechosłowacji wjechały czołgi. W 2008 roku ci, którzy pamiętają tamte wypadki, mówią mi, że atmosfera wokół rozmów w wagonie była życzliwa. Oczywiście tylko z ich punktu widzenia.

Zastanawiające jest samo miejsce rokowań. Towarzysze z Moskwy proponowali ukraiński Lwów, a towarzysze z Pragi – Koszyce. W końcu niewidzialny palec wskazał kompromis: Czerna nad Cisą, miasto, które powstało w 1946 roku wskutek połączenia gruntów należących do pięciu gmin i które miało być zapleczem stacji przestawczej z torów normalnych na tory szerokie. Ján Bogoly, emerytowany nauczyciel z pobliskiego Kráľovskiego Chlmca, miłośnik lokalnej historii, mówi:

– To miasto zbudowano na mokradłach. Węzłem kolejowym był kiedyś Czop, obecnie na Ukrainie. Po pierwszej wojnie światowej na mocy traktatu w Trianon strategiczna linia kolejowa Koszyce – Czop miała przypaść Czechosłowacji, a nie Węgrom. Mało kto jednak wie, jak powstało Slovenské Nové Mesto. Też przy kolei. Sátoraljaújhely, które początkowo przypisano Republice Czechosłowackiej, wskutek interwencji Francuzów zostało ostatecznie na Węgrzech, a nam trafiły się tory. Po drugiej wojnie światowej prezydent Beneš bał się o swoją przyszłość, więc Zakarpacie razem z Czopem odstąpił Stalinowi w prezencie. Węzły kolejowe Czop i Záhony znalazły się na Węgrzech i na Ukrainie.

I tak powstała Czerna nad Cisą. Jedyne miasto na Słowacji, które zachowało radziecki sznyt. Nie tylko wygląd, ale i zapach. Kiedy wejdziecie tam do supersamu (dziś nazywanego supermarketem), poczujecie woń, której młodsze pokolenie może już nie pamiętać. Zdacie sobie sprawę, że w archeologii ludzkiej świadomości węch jest prawdopodobnie najsilniejszym, ewolucyjnie najstarszym zmysłem. Mimo holenderskich wód kolońskich, mimo polskich past do zębów wciąż tu pachnie… jak kiedyś. W miasteczku niezmiennie roi się od rzeźb i płaskorzeźb budowniczych socjalizmu, w centrum jest imponujący park, stoją bloki, największy z nich ma oznaczenie UB 400. Dlaczego akurat takie, nie wiadomo. W każdym razie istniejąca w środku jadłodajnia to jedyna przestrzeń w Czernej, gdzie mogą odbywać się imprezy społeczne czy wiece polityczne. Chyba że akurat panuje piękna wiosenna, letnia lub jesienna pogoda. Wtedy ludzie mogą się zbierać pod gołym niebem, na rynku.

W Czernej nad Cisą nikt nie zaprzeczy, że lepsze czasy miasto ma już dawno za sobą. (Jeśli w ogóle kiedyś były tu jakieś lepsze czasy). W okresie prosperity kolej zatrudniała siedem tysięcy pracowników, dzisiaj cztery razy mniej. Komunał, że wielka historia rozgrywa się zazwyczaj na peryferiach, tutaj znajduje żywe potwierdzenie. Z panem Bogolyem spacerujemy po najważniejszych miejscach. Urząd miejski na placu Pionierów, ulica Obrońców Pokoju, ulica Bohaterów spod Dukli. Była stołówka przerobiona na „ÁZIA centrum”. Trzeciorzędny hotel „Úsvit”, gdzie wandale zabazgrali sprośnymi hasłami wielkie czarne drzwi do dyskoteki. Latem 1968 roku mieszkała tu delegacja czechosłowacka. Od pięciu lat hotel jest zamknięty na cztery spusty. Mijamy zagłębie sklepików, bodaj jedyne w całym miasteczku. Bogoly wspomina:

– W połowie lat dziewięćdziesiątych mafia załatwiała tutaj swoje porachunki. Wybuchały auta i tak dalej.

Mafia? Tu?

Ostrożnie wchodzimy do Klubu Kolejarza „Węzeł” – taką poetycką nazwę nosi jedyne pomieszczenie, które nadawało się na miejsce spotkania delegatów KC z Czechosłowacji i ze Związku Radzieckiego. W środku nie ma żywego ducha. I nic, podobnie jak w całym mieście, nie przypomina wydarzeń sprzed pięćdziesięciu lat. Na drzwiach wejściowych wisi ulotka oferująca usługi jakiegoś didżeja, który gra na weselach i zabawach tanecznych. Przechodzimy przez labirynt luster. Sala, gdzie odbywały się negocjacje, jest za drzwiami zamkniętymi na kłódkę; na drzwiach napis „Uwaga, trucizna!”. Obok siłownia i punkt sprzedaży biletów. Na piętrze widzę karteczkę przypiętą do framugi, informacja o urlopie do 22 sierpnia. Piękna data.

Dworzec naprzeciwko nie wygląda lepiej. Kiosk z gazetami, kawomat, restauracja, palma. I kilka ławeczek, przy których w połowie lat siedemdziesiątych czekali na walizkach Żydzi emigrujący z ZSRR do Izraela.

– Rozmawiałem z nimi. Mówili, że w ojczyźnie są zastraszani – wspomina Bogoly.

Duża kolorowa mozaika na jednej ze ścian przedstawia czołg, ale nie z roku 1968, tylko z 1945, kiedy okupanci byli jeszcze wyzwolicielami.

„Priwietstwujem sowietskich gostiej!”, „Socjalizm, sojusz, suwerenność, wolność!” – takimi transparentami lud wita obie delegacje na przełomie lipca i sierpnia 1968 roku. Atmosfera jest jeszcze euforyczna. Nasi są uśmiechnięci, rozmawiają z ludźmi, Sowieci przeciwnie, wydają się nachmurzeni. Wiedzą swoje. Rytuał codziennie wygląda tak samo. Od rana między dworcem a klubem leży czerwony dywan. Sowietów przywozi specjalny pociąg z Czopu, gdzie nocują – oczywiście ze względów bezpieczeństwa. Nawiasem mówiąc, to jedyny przypadek, kiedy za granicę wyjechało całe radzieckie Biuro Polityczne. Aparatczycy wysiadają z wagonu i raźnym krokiem przechodzą przez halę dworcową naszpikowaną funkcjonariuszami KGB i ŠtB[7] w cywilu. Przed budynkiem czekają tłumy mieszkańców, które tak zwanego potrójnego breżniewa, czyli trzykrotny pocałunek sekretarzy generalnych, przyjmują za przejaw przychylności i szczerej przyjaźni.

– Ech, to się źle skończy – powiedziała wtedy starsza Cyganka, znana jako wróżka.

– Dlaczego? – pytali ze zdziwieniem zebrani.