Słoń Birara - Antoni Ferdynand Ossendowski - ebook

Słoń Birara ebook

Antoni Ferdynand Ossendowski

0,0

Opis

W sercu młodego Amry sympatyczny Słoń Birara zajmuje ważne miejsce. Zwierzę doskonale zna indyjską dżunglę i ciężko pracuje przy wyrębie drzew. Po nagłej śmierci dziadka, Amra jest zmuszony przejąć jego obowiązki i stać się poganiaczem słonia, by utrzymać ubogą rodzinę. Los sprawia, że chłopiec trafia na dwór maharadży i zaprzyjaźnia się z następcą tronu, królewiczem Nassurem, któremu ratuje życie...

Słoń Birara to piękna opowieść o prawdziwej przyjaźni nieustraszonego chłopca i oddanego słonia. Z pewnością lektura tej książki stanie się zapierającą dech w piersiach przygodą!

Antoni Ferdynand Ossendowski (1878-1945) to postać niezwykła. Swoje życie prowadził w zawrotnym tempie. Był naukowcem, żołnierzem, podróżnikiem i pisarzem. Po II wojnie światowej został skazany na zapomnienie za krytykę rewolucji sowieckiej. Los autora podzieliły jego książki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 149

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Antoni Ferdynand Ossendowski Słoń Birara Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2012All rights reserved Redaktor prowadzący Izabela Troinska Redakcja Mieczysław Zdrok Ilustracja na okładce Agnieszka Kuglasz Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

I. MAŁY AMRA

– Amra! Amra! — usłyszał chłopak głos matki.

Pomyślał, że dziś po raz trzeci odrywa go od pracy, jednak poszedł do chaty.

Idąc, obliczał, że ma jeszcze do zrobienia dziesięć bambusowych koszyków. Zamówił je stary kupiec — Anglik handlujący owocami na wybrzeżu.

Słońce stoi już wysoko. Dzień jest stanowczo za krótki dla pracującego chłopca! A tu raptem go odrywają...

Wszedł do chaty. Było w niej ciemno. Złociste promienie słońca nie zaglądały do wnętrza przez strzechę z pożółkłych liści palmowych.

Ojciec chłopca, kulawy Warora, któremu podczas służby w pułku strzelców królewskich na wojnie w Kaplandzie pocisk urwał stopę, siedział na ziemi schylony nad niziutkim drewnianym stołkiem. Wykuwał z mosiądzu zapinki, sprzączki i małe naczynka. Postukiwał młoteczkiem, a ostrym dłutkiem żłobił metal.

Warora trudnił się snycerstwem. Rzeźbił nie tylko w mosiądzu i brązie, lecz także w drzewie, miękkim kamieniu z Radżputany i w kości słoniowej.

Kaleka siedział pochylony nad stołkiem i nawet nie spojrzał na syna.

W głębi chatki, przy płonącym na kamieniach ognisku matka Amry mełła na kamieniu proso. Od czasu do czasu rzucała okiem na kocioł; warzyła w nim polewkę z ryżu, czerwonego pieprzu i suszonej ryby.

— Amra... — szepnęła, ujrzawszy wchodzącego syna. Podszedł on i podniósł na matkę pytające oczy. Bez słowa przycisnęła go do siebie i głaszcząc po włosach, wzdychała raz po raz.

Nie pytał jej o nic, zajęty myślą o koszyczkach, które musi w terminie oddać białemu kupcowi.

— Ach! — wyrwało mu się westchnienie, gdyż myśl miał ciągle zaprzątniętą przerwaną robotą.

Chuda, zbiedzona Soncza, matka chłopca, popchnęła go ku drzwiom i nic nie mówiąc, zapłakała.

Amra wyszedł szybko, dziwiąc się, że to już dziś po raz trzeci matka woła go, tuli do siebie, chcąc powiedzieć mu coś ważnego, na co jednak nie może się widocznie zdobyć.

— Słuchajcie, dziewczynki! — rzekł do dwóch młodszych siostrzyczek, Hubli i Radżori, łupiących cienkie pasemka bambusowych prętów. — Co to znaczy? Mama woła mnie ciągle do siebie, ale nic nie mówi! Przed chwilą wydało mi się, że nie ma odwagi powiedzieć mi czegoś bardzo ważnego...

Dziewczynki spojrzały na brata z odcieniem szacunku.

— Ja wiem... — szepnęła Hubli, spuszczając tajemniczo oczy.

— Skoro wiesz, to musisz mi powiedzieć — zawołał Amra.

Dziewczyna pochyliła głowę i nagle zapłakała.

— Dziadek zmarł... — szepnęła cichutko.

— No! — przerwał jej chłopak. — Przecież wiem... Przed trzema dniami przygniotły go w porcie belki i zmarł... Pochowaliśmy go wczoraj... Wiem o tym wszystkim!

Mówiąc, zręcznie i szybko splatał mały, prostokątny koszyczek na owoce. W powietrzu śmigały chyżo brązowe, cienkie palce chłopca i szeleściły twarde, złociste wióry bambusowe.

— Ojciec powiedział dziś z rana, że nie może pracować z Birarą... Tatuś stracił stopę na wojnie i ma nieruchomą nogę... — opowiadała Hubli. — Biali ludzie nie pozwolą, żeby kobieta została poganiaczem słonia...

Amra podniósł na mówiącą roziskrzone oczy, z których biła radość i zdumienie.

— Wiem o tym wszystkim! — szepnął. — Ojciec sprzeda chyba Birarę kornakowi1. Wczoraj przyszedł do niego Bassa z Garamu i dawał sto rupii2...

Dziewczynka przecząco potrząsnęła czarną główką i odparła natychmiast:

— Rodzice nie sprzedadzą Birary. Ty zostaniesz kornakiem, Amra, i będziesz nas wszystkich żywił!

Obie siostry patrzyły na brata z zachwytem i jak gdyby nawet lękiem.

Amra klasnął w dłonie. Niedokończony koszyk potoczył się na ziemię. Nic nie mówiąc, schylił się po niego i zaczął pracować jeszcze szybciej.

Myślał przy tym o różnych rzeczach, o których przypomniała mu siostra.

„Tak! Tak! — mknęły myśli w pochylonej głowie chłopca. — Bez Birary nie damy sobie rady! Nakarmić pięcioro ludzi — na to potrzeba dużo pieniędzy! Snycerstwo i koszykarstwo przynoszą małe i dorywcze zyski. Nie wyżywi to rodziny...”.

Miał już dziesięć lat, a jego pierwsze, najdawniejsze wspomnienia związane były ze słoniem i sędziwym Baulim, dziadkiem. Mieszkali wtedy wszyscy razem w wiosce. Ich chata stała nad brzegiem Narbady. Rąbano właśnie lasy górskie w Satpurze, a dziadek wyciągał ogromne mahoniowe i santalowe kloce z dżungli. Właściwie wyciągał je dobry, mocarny Birara, dziadek zaś pomagał mu tylko zarzucać na zrąbane drzewa pętlę z łańcucha, a potem usiadłszy słoniowi na karku, popędzał go głośnymi okrzykami. Dziadek zawsze znajdował pracę dla siebie i dla Birary. Raz gorszą, raz lepszą i zyskowniejszą, lecz nigdy jej nie brakowało.

Od czasu gdy do Suratu zaczęły przypływać okręty, przeniosła się tu cała rodzina. Zwożono drzewa, które rąbali biali kupcy w dżungli nad rzeką Tapti, wiązano je w tratwy i spuszczano z prądem do Suratu. Tam znów z zamulonego, błotnistego ujścia rzeki słonie wyciągały ugrzęzłe w bagnisku pnie, kloce, belki i składały je na wybrzeżu. Maszyny zabierały stosy drzewa i ładowały na okręty odpływające do zatoki Kombej lub do Bombaju — wielkiego miasta, w którym nie tylko Amra, lecz i Warora, a nawet siwy jak gołąb Bauli nigdy nie bywali, stamtąd zaś dalej — do kraju białych ludzi...

W Suracie dziadek dobrze się obłowił.

„Ho, ho! — przypomniał sobie Amra. — Sam widziałem, że przynosił do domu po dziesięć rupii!”.

Wkrótce Bauli kupił sobie szmat roli. Nieduży co prawda, lecz urodzajny. Matka sadziła na polu proso, kukurydzę i ryż. Mieli tam też kilka drzew mangowych i pomarańczowych obficie dających smaczne, soczyste owoce.

I nagle stało się nieszczęście.

Staruszek dziaduś dostał się w porcie pod spadające belki. Przygniotły go, połamały mu stare kości, poszarpały sterane życiem ciało. Bauli tego wieczoru umarł.

W osieroconej rodzinie nie było nikogo, kto mógłby pracować z Birarą... Chyba tylko on — dziesięcioletni Amra, bardzo zresztą zaprzyjaźniony ze starym słoniem dziadka.

Słoń dziadka... Stary Bauli nieraz brał z sobą wnuka, wsadzał go obok siebie na kark Birary i ruszali do dżungli. Jadąc, rozmawiali sobie, a przysłuchujący się ich rozmowie słoń pomrukiwał cicho, wymachując uszami.

Bauli opowiadał chłopcu, że Birara od dawna należał do ich rodziny. Przywiózł go z dżungli Assanu ojciec Bauliego, który mieszkał wtedy za „świętą” rzeką Ganges.

— Amra! Amra! — krzyknął nagle ojciec chłopca i klasnął w dłonie.

Wspomnienia prysnęły.

Chłopiec uczynił kilka szybkich ruchów, zamocował pręciki koszyka i pobiegł do chaty.

— Słuchaj no, synku! — rzekł Warora, pykając długą, cienką fajeczkę. — Musimy się naradzić. Chodź tu, matko!

Usiedli wszyscy troje na progu.

— Jestem kaleką i nie mogę być kornakiem — zaczął ojciec. — Nie wolno nam sprzedać słonia, gdyż wpadlibyśmy w nędzę. W rodzinie jest tylko jeden mężczyzna — to ty, Amra...

— Jestem mężczyzną! — odpowiedział poważnym głosem i dumnym, śmiałym ruchem podniósł głowę.

— Czy potrafisz kierować Birarą? — spytał Warora, patrząc na syna.

— Przecież nieraz już pomagałem dziadkowi — wzruszył ramionami Amra. — Nasz słoń jest mądry i posłuszny, najmądrzejszy i najposłuszniejszy spośród wszystkich, które pracują w Suracie.

— Czy podołasz tej pracy? — rzuciła pytanie matka, z troską patrząc w oczy synowi.

— Podołam! — odparł Amra stanowczym, twardym głosem. — Zacznę od jutra... Dziś muszę skończyć koszyki zamówione przez białego kupca. Pójdę już...

Wstał i odszedł szybkim krokiem. Prości, pracowici ludzie nie mają czasu na długie rozmowy. Ważna sprawa, od której zależał los całej rodziny, została rozstrzygnięta od razu.

Amra pracował do wieczora, a gdy matka zawołała wszystkich na wieczerzę, z dumą spojrzał na pięćdziesiąt lekkich koszyczków zawieszonych parami na bambusowej tyczce.

Po posiłku pobiegł do miasta, unosząc z sobą koszyki. Powrócił przed północą, obudził ojca i oddał mu zarobione cztery rupie.

Wyszedłszy z chaty, Amra pobiegł na brzeg Tapti.

Hindusi kornacy ogrodzili tam grubymi palami znaczną przestrzeń, na której pasły się słonie. Każdy z nich miał swój żłób z prosem i jęczmieniem, a także wielką skrzynię, codziennie napełnianą trawą, cienkimi gałązkami krzaków tamaryndowych, młodymi pędami bambusów i sianem.

Amra przelazł przez parkan i się rozejrzał.

W zagrodzie znajdowało się trzydzieści słoni. Niektóre z nich niby olbrzymie czarne głazy majaczyły w mroku nocy. Stały na potwornych, podobnych do słupów nogach, z opuszczonymi trąbami i nieruchome — spały. Inne, bardziej znużone całodzienną pracą, pokładły się i leżały, głucho wzdychając.

Amra stanął przy palach ogrodzenia i wydawszy krótki świst, zawołał cicho:

— Birara!

Słonie poruszyły uszami i podniosły trąby, węsząc zakłócającą ich spokój istotę. Nie znały chłopca, więc zaczęły przestępować z nogi na nogę i wydawać głośne chrapanie. Zupełnie wyraźnie wyrażały tym swe niezadowolenie.

Amra gwizdnął raz jeszcze i powtórzył:

— Birara!

Po chwili do uszu młodzieńca doszedł częstotliwy tupot ciężkich nóg.

Nad urwistym brzegiem wyrosła olbrzymia sylwetka słonia. Wesoło pomrukując i sapiąc, śpieszył na wezwanie.

— Birara! — łagodnym teraz i pieszczotliwym głosem zawołał na niego chłopczyk.

Słoń przystanął, rozglądając się w ciemności; węszył przez chwilę, a potem pewnym krokiem ruszył wprost przed siebie.

Zatrzymał się przed Amrą, otoczył go trąbą, chuchnął w twarz gorącym, wilgotnym oddechem i małymi, figlarnymi oczkami przyglądał się późnemu gościowi.

— Kąpałeś się, przyjacielu? — spytał chłopiec, widząc, że z boków zwierzęcia strugami spływała woda.

Birara prychnął i radośnie machnął ogonem zakończonym kitą czarnej szczeciny.

— Jutro ruszamy do dżungli, mój stary — mówił Amra, drapiąc przyjaciela koło oczu. — Odtąd już tylko ja będę twoim kornakiem... Rozumiesz? Ja! Ja! Dziadziuś nigdy cię nie bił żelaznym młotkiem, jak to czynią inni poganiacze... Ja też nigdy nie uderzę Birary, nigdy!

Zdawało się, że słoń zrozumiał mowę małego Hindusa. Ukląkł i obejmując go coraz tkliwiej, dął mu w twarz, mruczał i wywijał ogonem.

— Muszę się teraz przespać, starowinko — ciągnął dalej Amra. — Wlezę do tego siana, a za to masz zapłatę!

To mówiąc, chłopak wyciągnął zza opaski banan i wrzucił go do paszczy przyjaciela.

Po chwili już spał zagrzebany w trawie, której nie zdążył zjeść Birara.

Słoń stał obok i długo jeszcze pomrukiwał. Może miał jakieś wątpliwości co do przyniesionej mu nowiny lub może wyrażał zadowolenie i wdzięczność za smaczny, dojrzały banan.

Wkrótce zapanowała zupełna cisza. Od czasu do czasu tylko pluskała ryba w rzece i cienko cykały uganiające się za muchami nietoperze.

Birara spał.

Obudziło go stąpanie innego słonia. Było to jeszcze młode i dość dzikie zwierzę, od niedawna tresowane. Zaniepokoiła go obecność nieznajomego człowieka — małego, brązowego chłopca, który spał smacznie w skrzyni z sianem. Podszedł więc, węsząc podejrzliwie.

W tej samej chwili jednak obudził się też Birara. Ujrzawszy wyciągniętą nad Amrą trąbę młodego słonia, chrapnął gniewnie, odtrącił ją i dał młodzikowi kuksańca w bok, aż huknęło.

Znowu zapadła cisza.

Niebo stawało się bledsze. Szarzyzna przedświtu sączyła się już zewsząd.

Przeleciały, pośpiesznie machając skrzydłami, szare czapelki. Jakiś ptak odezwał się w gąszczu palm areka. Z daleka dobiegło przeciągłe wycie szakala... Na wschodniej połaci nieba poróżowiały obłoki. Świt się zbliżał.

Słonie się pokładły. Leżały szare, nieruchome niczym wielkie, bezkształtne zwały gliny.

Ukryty w skrzyni Amra bełkotał coś przez sen.

II. CIĘŻKA PRACA

Obudziwszy się o świcie, Amra wpadł do domu, zjadł naprędce miseczkę ryżu polanego olejem i wrócił do zagrody słoni.

Zastał tam już innych poganiaczy, wyprowadzających swoje słonie na roboty. Ujrzawszy chłopca, wybuchnęli głośnym śmiechem.

— Biali ludzie nie zgodzą się nigdy na takiego kornaka! — wołali.

Amra, nic im nie odpowiadając, kazał Birarze uklęknąć. Długo się mozolił, nakładając mu chomąto3 i przyczepiając doń łańcuchy z ciężkim żelaznym orczykiem4 zakończonym dwoma hakami.

Birara ostrożnie wstał i ruszył do dżungli.

— Hej tam, chłopcze! — krzyknął dozorca poręby, spostrzegłszy Amrę. — Chyba się nie mylę? Przecież to słoń starego Bauliego, którego przygniotły belki w porcie?

Amra skinął głową i odparł:

— Przyprowadziłem Birarę na roboty. Bauli zmarł... Teraz ja będę kornakiem.

— Hm... ty — kornakiem? — mruknął Anglik. — Nie podołasz pracy, mój mały.

Chłopak, patrząc na dozorcę, poważnie odpowiedział:

— Jeżeli nie podołam, sahib5 odeśle mnie do domu, jeżeli jednak podołam, będę brać tyle, ile brał mój dziadzio, sędziwy Bauli...

Anglik namyślał się przez chwilę, wreszcie machnął ręką i mruknął:

— No, jazda! Zobaczymy!

Amra ścisnął piętami szyję słonia, a ten zamaszystym, szybkim krokiem minął dozorcę i zniknął w lesie, gdzie rozlegał się już łomot padających drzew, stukot siekier, świszczący syk i zgrzyt pił.

— Dajcie temu największemu kornakowi największy kawałek do wywiezienia! — ze złośliwym śmiechem krzyknął młody Hindus Pangel.

— Który? — zapytał spokojnie Amra i zbliżył się do wskazanego mu drzewa.

Ujrzał olbrzymi mahoń, który upadłszy, zaszył się w gąszczu krzaków i wysokich traw, zaplątawszy się szerokimi konarami w sieci gałęzi drzew i pnących się roślin.

— Hm... hm... — mruknął chłopiec, patrząc pytająco na słonia. — Co ty na to powiesz, staruszku?

Birara poruszał uszami i przyglądał się leżącemu pniowi. Miał bardzo niezadowolony wygląd.

Amra obszedł pień dokoła i rozejrzał się po okolicy. Spostrzegł wkrótce, że drzewo leżało nad urwiskiem. Na dole biegła droga nad brzegiem Tapti.

„Hę? — zapytał siebie w duchu. — Po co mamy ciągnąć taką kupę drzewa poprzez dżunglę? Możemy zrzucić ją z tego pagórka i po drodze zawlec do tartaku...”.

Podprowadził słonia do cienkiego końca drzewa, założył łańcuch i krzyknął:

— Ho, ho, Birara! Podciągnij no trochę!

Posłuszne zwierzę wparło nogi w ziemię, wyprężyło potężne mięśnie i szarpnąwszy z całej siły, posunęło drzewo do krawędzi stromego urwiska.

— No, dobrze! — odezwał się Amra. — A teraz, przyjacielu, puść w ruch kły i kolana!

Birara podważył gruby pień kłami i zaczął powoli, krok za krokiem popychać go do krawędzi, opierając się kolanami. Wkrótce drzewo straciwszy równowagę, runęło w dół.

Umieściwszy się na karku słonia, chłopiec boczną ścieżką zjechał z pagórka, założył na konary łańcuch, umocował go do orczyka i poszedł obok Birary, ciągnącego olbrzymie drzewo po błotnistej, śliskiej leśnej drodze.

Słoń, człapiąc po błocie, pomrukiwał, jak gdyby mówiąc: „Ee, widzę, że masz głowę na karku...”.

Amra podczas roboty uważał na wszystko, starając się oszczędzać siły starego przyjaciela. Toteż biały sahib nic już nie mówił i płacił mu po pięć rupii dziennie, tyle ile innym kornakom.

Po kilku dniach wspólnej pracy poganiacze przyglądając się poczynaniom chłopca, zrozumieli, że mogą zarobić więcej, jeżeli nie będą polegali wyłącznie na sile swoich słoni; zaczęli stosować własną pomysłowość, która ułatwiała i przyśpieszała pracę.

Ale Amra nie dał się wyprzedzić. Był jeszcze mały i słaby — rozumiał to doskonale. Chciał jednak zarobić jak najwięcej, aby w domu rodzice i siostrzyczki nie czuli biedy.

Najtrudniejszą pracą było wyciąganie z dżungli zrąbanych drzew. Ich mocne, szerokie gałęzie tamowały ruch i wymagały wytężenia wszystkich sił słoni.

Namyśliwszy się dobrze, chłopak kupił siekierę i piłę.

Pewnego dnia stawił się do pracy z pomocnikiem — dwudziestoletnim Baruszem, roześmianym ciągle, wygadanym łobuzem i żebrakiem.

Gdy drwale obalali ogromne drzewo, chłopcy odrąbywali zeń gałęzie i odpiłowywali najgrubsze konary. Gładki i znacznie lżejszy pień z łatwością mógł być wywieziony z dżungli.

Amra płacił Baruszowi jedną rupię dziennie. Cóż z tego wynikło?

Nicpoń, jakim był rozleniwiony mały żebrak, nie wyciągał już ręki po jałmużnę, mając dostateczny zarobek. Amra zaś zarabiał zamiast pięciu rupii — dwanaście. Dostarczał teraz do tartaku niemal trzy razy więcej drzew.

Poręb posuwał się coraz dalej w głąb lasu.

Po całodziennej ciężkiej pracy Amra nie mógł już wracać do ojcowskiej chaty nad Tapti. Otrzymał pozwolenie od dozorcy na zbudowanie szałasu w lesie i na paszę dla Birary.

Słoń był wyraźnie zadowolony z tej okoliczności. Zwalone przez drwali drzewa dostarczały mu dostateczną ilość pożywienia. Niezmiernie lubił młode gałązki z wierzchołków drzew.

Upodobanie to pozostało mu na zawsze z czasu życia w dzikiej dżungli. Sporo lat minęło od utraty wolności, lecz Birara nie zapomniał smaku soczystych pędów. Pamiętał nawet, że jego matka — stara słonica — uczyła go, jak podważać, aby nie połamać kłów, korzenie drzew i obalać pnie ciężarem całego ciała. Birara oblizywał się na wspomnienie wspaniałej uczty. Raczono się wtedy młodymi pędami i świeżymi korzeniami drzew.

Wszystko to łakomy Birara znajdował na porębie. Drwale strącali na ziemię najwyższe drzewa, a inni robotnicy karczowali wystające z ziemi pnie. Słoń zaglądał do dołów i wykrotów6, odnajdywał korzenie i wyciągał je trąbą. Chrupał potem z tak wielkim smakiem, że aż mu ściekała z warg ślina, a oczy przymykały się z rozkoszy.

Amra sam sobie przyrządzał na ognisku placki z mąki jęczmiennej i gotował ryż.

Birara też lubił placki i ryż.

Choć nieraz najedzony do syta drzemał sobie, nigdy nie przespał wieczerzy małego kornaka. Podchodził do ogniska i, oświetlony jego czerwonymi błyskami, tkwił przed chłopcem niby wysoki, szary pagórek. Małymi, zawsze wesołymi oczkami chciwie łypał i niecierpliwie poruszał uszami.

Amra udawał, że nie spostrzega przyjaciela. Wtedy Birara wyciągał trąbę i dotykał lekko ramienia chłopca, pochrząkując prosząco. Kornak uśmiechał się nieznacznie, lecz nie patrzył na niego. Słoń zaczynał tupać nogami i mruczeć głośniej. Amra, niby zdziwiony, pytał go chytrze:

— Co ci jest, staruszku?

Birara wyciągał trąbę do kociołka z ryżem i wachlował się uszami.

— Chcesz spróbować? — zadawał chłopak obojętne pytanie.

Słoń radośnie wywijał trąbą i pochrząkiwał wstydliwie.

Otrzymawszy garść ryżu, ostrożnie niósł przysmak do paszczy, długo żuł, cmokał i sapał.

Amra, jako rodowity Hindus, znał już niebezpieczeństwo utajone w ziemi Indii. Przed udaniem się na spoczynek gwizdał na Birarę, a gdy słoń nadchodził, kazał mu udeptywać placyk, na którym zamierzał spędzić noc. Birara sumiennie tupał, gniotąc i ubijając ziemię ciężarem swego ciała.

Pewnego razu dozorca przyglądający się tym czynnościom zapytał chłopca:

— Po co każesz swemu słoniowi chodzić w kółko i ubijać ziemię?

— Mogą w niej być nory żmij, skorpionów, gryzących stonóg i jadowitych pająków — odparł Amra.

Biały człowiek zrozumiał, że słoń swym ciężarem niszczył kryjówki niebezpiecznych stworzeń.

W czasie południowej przerwy w pracy Amra prowadził słonia do rzeki.

Napiwszy się, ogromne zwierzę wchodziło w głębinę, nurzało się, a trąbą jak z sikawki polewało sobie boki i grzbiet.

Kornak mu pomagał. Brał suchą, twardą trawę, obmywał i nacierał grubą skórę przyjaciela tam, gdzie on sam nie mógł dosięgnąć trąbą.

Birara mruczał z zadowolenia, gdy chłopiec tarł mu brzuch, którego czepiały się żarłoczne kleszcze i bąki, szorował za uszami i przemywał mu oczy.

— Słoń musi cię lubić, mój mały — zauważył dozorca.

— A tak! — odparł z całą stanowczością Amra. — Ja też lubię Birarę, zresztą zwierzę najlepiej spełnia rozkaz człowieka, gdy go lubi i wie, że bez niego nie mogłoby się obejść. Tak uczył mnie dziadzio, biedny Bauli...

— Masz rację! — zgodził się Anglik. — Jednak inni postępują inaczej. Nie dbają o słonie i nawet je biją.

— Pożałują tego kiedyś... — mruknął Amra, opierając nogę na trąbie Birary, aby wsiąść mu na kark.

Pewnego razu jeden z kornaków rzekł do chłopca:

— Ojciec kazał ci przyjechać jutro do domu.

Amra skinął głową i się zamyślił.

Nie mógł stracić jutra. Dozorca zapowiedział właśnie wyznaczenie nowych terenów poręby. Do każdej partii drwali przyłączano kornaków ze słoniami. Należało więc być na miejscu, aby uzyskać najdogodniejszy przydział.

Chłopiec musiał jednak spełnić żądanie ojca. Odszukał Barusza i rzekł do niego:

— Pójdę jutro o świcie do Suratu, bo wołają mnie do domu...

— Jutro sahib ma wyznaczać nową pracę! — wtrącił towarzysz.

— Wiem o tym — kiwnął głową Amra. — Zastąpisz mnie. Wybierz przydział najbliższy rzeki. Zostawię ci Birarę... uważaj na niego!

Ledwie zaczął się sączyć brzask, chłopak zerwał się z bambusowej maty, zajrzał do słonia i obudziwszy Barusza, pobiegł brzegiem rzeki. Miał przed sobą kawał drogi, więc śpieszył się, nie zwracając uwagi na upał.

W tym samym czasie Barusz prowadził słonia do kąpieli. Siedząc na szerokim karku Birary, gapił się na wszystkie strony.

Zwierzę wszedłszy w głębinę, pływało z głośnym parskaniem. Stanąwszy na mieliźnie, Birara ze zdumieniem podniósł uszy i zamruczał. Siedzący na nim kornak nie zeskoczył do wody, jak czynił to Amra, i nie pomagał mu w kąpieli.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1  Kornak — hinduska nazwa poganiacza słoni.

2 Rupia — srebrna moneta będąca w obiegu w Indiach.

3  Chomąto — owalna rama zakładana dookoła karku zwierzęcia w celu utworzenia zaprzęgu.

4 Orczyk — drążek służący do zaczepienia łańcuchów i pasów.

5 Sahib — hinduskie słowo odpowiadające polskiemu wyrażeniu „szanowny pan”.

6 Wykrot — otwór w ziemi z korzeniami pozostały po przewróconym drzewie.