Słabość Herkulesa - Paulina Zalecka - ebook
NOWOŚĆ

Słabość Herkulesa ebook

Paulina Zalecka

3,3

345 osób interesuje się tą książką

Opis

 

Maggie pracuje w szpitalu i unika mężczyzn.
Ojciec zmusił ją do związku z Angusem, swoim najlepszym zawodnikiem, znanym pod przydomkiem Ares. Każdy dzień u jego boku jest dla niej kolejnym koszmarem, jednak nie może odejść. Wie, że wtedy ojciec przestanie opłacać leczenie jej matki, która pozostaje w śpiączce. Dorastanie w domu pełnym przemocy odcisnęło na Maggie trwałe piętno. Ojciec znęcał się nad rodziną, a Angus coraz bardziej upodabnia się do swojego przyszłego teścia. Nic więc dziwnego, że dziewczyna przestała wierzyć, iż istnieją dobrzy mężczyźni. Do czasu…
Hayden jest najlepszym bokserem w kraju. Nazywają go Herkulesem, bo dotąd nie przegrał żadnej walki. Ma wszystko, o czym inni mogą tylko marzyć: sławę, pieniądze i powodzenie u kobiet. Mimo to przeszłość nie pozwala mu zaznać spokoju. Los stawia na jego drodze wycofaną i zdystansowaną pielęgniarkę, która nie ma najmniejszego zamiaru dopuścić go do siebie. Hayden zrobi wszystko, by zdobyć zaufanie Maggie. Jest jednak jeden problem. On również jest bokserem. Tak jak ojciec Maggie, zwany Hadesem, i jej partner, Ares. Czy Meg stanie się jego największą słabością i sprowadzi na niego zgubę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 236

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (8 ocen)
4
0
0
2
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Unwantedxhost

Nie oderwiesz się od lektury

Naprawdę wzruszająca i pouczająca lektura. Po autorce słynącej z darków miałam pewne obawy, dotyczące tego, czego się spodziewać, ale jestem mile zaskoczona. Książka wciąga i zostaje z czytelnikiem na dłużej, a i łezka się uroniła.
41
Oktawia_czyta

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna !
41
katiiebooks

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna, polecam!
20



Co­py­ri­ght © by PAU­LI­NA ZA­LEC­KA Co­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­two All ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne Re­dak­cja: Anna Ła­ku­ta Ko­rek­ta: Agniesz­ka Li­szow­ska Opra­co­wa­nie okład­ki: K&K De­si­gner Skład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gner Po­my­sł na okład­kę: MOJE WY­DAW­NIC­TWO ISBN Pa­pier: 978-83-68837-31-5 ISBN Ebo­ok: 978-83-68837-32-2

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two

Spis Treści

Od Au­tor­ki1. Hay­den2. Hay­den3. Mag­gie4. Hay­den

Od Autorki

Dlaka­żde­go,ktozo­stał skrzyw­dzo­ny w dzie­ci­ństwie i przez to zwąt­pił w swo­ją wiel­ko­ść jako do­ro­sły. Nie pod­da­waj się. Za­my­kasz oczy i bła­gasz w my­ślach, by to usta­ło.

Je­steś ni­kim, bo tak po­wie­dział.

Prze­cież on wie le­piej, praw­da? Bo kim ty je­steś, żeby wie­dzieć o ży­ciu tyle, co on? Po­zo­sta­jesz tyl­ko ma­łym, sła­bym dzie­cia­kiem. On jest wi­ęk­szy, sil­niej­szy i cho­dzi po tym świe­cie dłu­żej niż ty.

Nie może się my­lić.

Znasz to?

Tak, ja też to po­zna­łem.

Ale wiesz, co ci po­wiem? Nie mają ra­cji. Wszy­scy się mylą, bo tyl­ko ty wiesz, kim je­steś.

Cze­go pra­gniesz.

Co chcesz osi­ągnąć i jak wiel­kie po­kła­dy siły masz w so­bie, by po to si­ęgnąć.

To nie­praw­da, że Her­ku­les od za­wsze był cu­dow­ny, sil­ny i przy­stoj­ny.

Był ma­łym, za­stra­szo­nym, po­rzu­co­nym, wy­chu­dzo­nym chłop­cem. Często z bez­sil­no­ści pła­czącym po kątach. Te­raz jest na na­głów­kach wszyst­kich ga­zet. Jest sil­ny, zwin­ny, nie do po­ko­na­nia. Ma wszyst­ko, o czym ty mo­żesz tyl­ko ma­rzyć.

On już to ma.

Ha­des jed­nak nie przyj­mo­wał po­ra­żki, a na dro­dze stał mu sam Her­ku­les.

Meg była sła­bo­ścią Her­ku­le­sa, a Ha­des po­sta­no­wił to wy­ko­rzy­stać.

Po­sta­no­wił, że jego ry­wal znów będzie sła­bym i bez­bron­nym chłop­cem.

1. Hayden

–Moc­niej.Zle­wej ucie­kła ci gar­da. – Fe­lix wy­plu­wa z sie­bie in­struk­cje, a ja ni­czym do­brze na­oli­wio­na ma­szy­na wy­ko­nu­ję ko­lej­ne se­kwen­cje.

Pot spły­wa mi po czo­le.

Po in­nych częściach cia­ła rów­nież.

Wy­ko­nu­ję ude­rze­nie za ude­rze­niem. Pra­ca nóg jest dzi­siaj wy­jąt­ko­wo in­ten­syw­na. Czu­ję, jak moje mi­ęśnie pło­ną.

– Prze­rwa! – Mężczy­zna od­su­wa się ode mnie, a na­stęp­nie ru­sza w kie­run­ku lin. Chwy­ta bu­tel­ki z wodą i jed­ną rzu­ca w moją stro­nę.

– Co­raz częściej po­trze­bu­jesz przerw, sta­rusz­ku. – Śmie­ję się, a tre­ner prze­szy­wa mnie mor­der­czym spoj­rze­niem.

Fe­lix jest dla mnie jak oj­ciec, któ­re­go za­wsze pra­gnąłem mieć. Zna­la­zł mnie w naj­wi­ęk­szym do­łku mo­je­go ży­cia, przy­gar­nął, na­kar­mił, dał kąt do spa­nia. Tre­no­wał i ka­zał mi uwie­rzyć w sie­bie. Do ko­ńca ży­cia nie spła­cę dłu­gu, któ­ry mam wo­bec nie­go.

– Ko­muś tu­taj woda so­do­wa ude­rza do gło­wy? – Za­kła­da ra­mio­na na pier­si. – Zo­ba­czy­my, jak ty będziesz wy­glądał w wie­ku czter­dzie­stu trzech lat.

– Na pew­no oka­żę się przy­stoj­niej­szy od cie­bie. – Mru­gam do nie­go ni­czym za­ko­cha­na na­sto­lat­ka, a on się śmie­je, kręcąc gło­wą.

– Och, nie na dar­mo dali ci przy­do­mek Her­ku­les.

– Kto by po­my­ślał, że je­den zmon­to­wa­ny fil­mik może się tak wy­bić. – Sia­dam w kącie na rin­gu i opie­ram gło­wę o słu­pek.

Pew­ne­go dnia w moje ręce tra­fi­ło na­gra­nie zmon­to­wa­ne przez dziew­czy­nę ze szko­ły fil­mo­wej. Mia­ła wy­ko­nać ja­kiś pro­jekt na za­jęcia, więc po­sta­no­wi­ła, że sku­pi się na bok­sie. We­dług niej ten sport ma naj­wi­ęcej do prze­ka­za­nia, cho­ciaż pod­czas wal­ki wy­po­wia­da się naj­mniej słów.

Film za­czy­nał się od slaj­du z wiel­kim na­pi­sem: BO­GO­WIE SĄ WŚRÓD NAS. Za­cie­ka­wio­ny klik­nąłem „start” i się za­częło…

Na pierw­szym pla­nie by­łem ja. Opo­wie­dzia­ła o mo­jej uro­dzie, osi­ągni­ęciach i nie­by­wa­łej sile, na­zy­wa­ła mnie wspó­łcze­snym Her­ku­le­sem. Płyn­nie prze­szła do pre­zen­ta­cji Fe­li­xa – jemu nada­ła przy­do­mek Fi­lok­tet – do któ­re­go się zwró­ci­łem, by po­mó­gł mi w szko­le­niu.

Zwin­nie ope­ro­wa­ła mi­to­lo­gią grec­ką.

Kie­dy jed­nak my­śla­łem, że to wszyst­ko to tyl­ko zwy­kłe po­rów­na­nia, na dal­szym ci­ągu na­gra­nia po­ja­wił się Hugo z pseu­do­ni­mem Ha­des. Po­mi­ja­jąc fakt, że ksy­wa po­cho­dzi­ła od na­zwy jego klu­bu bok­ser­skie­go, on w rze­czy­wi­sto­ści rządził tym świa­tem. W swo­ich pod­zie­miach szko­lił nowe le­gen­dy, grał nie­czy­sto. I nikt go nie ru­szał. Ka­żdy czuł strach przed jego pie­ni­ędz­mi i zna­jo­mo­ścia­mi. Ofe­ro­wał mi miej­sce w swo­ich sze­re­gach, ale od­mó­wi­łem. Nie chcę mieć z tymi ty­pa­mi nic wspól­ne­go.

Fil­mik ko­ńczył się kil­ku­se­kun­do­wym przed­sta­wie­niem no­we­go ucznia Huga, An­gu­sa, któ­re­go na­zwa­ła Are­sem.

Kie­dy sko­ńczy­łem oglądać to ama­tor­skie skle­je­nie ka­fel­ków, do­sze­dłem do pew­nej kon­klu­zji. Dziew­czy­na mia­ła ra­cję. Wszyst­ko, o czym opo­wie­dzia­ła, było praw­dą. Ka­żde­mu z nas ide­al­nie do­bra­ła bo­skie­go od­po­wied­ni­ka.

– Masz minę, jak­by ci pies na­srał na wy­cie­racz­kę. – Fe­lix pod­cho­dzi do mnie, po czym wy­ci­ąga dłoń, by po­móc mi wstać.

– Przy­po­mnia­łem so­bie emo­cje, któ­re to­wa­rzy­szy­ły mi pod­czas pierw­sze­go ogląda­nia tego fil­mi­ku.

– Wi­dzia­łem nie­daw­no in­for­ma­cję, że ta la­ska do­sta­ła pra­cę w mar­ke­tin­gu dzia­łu spor­to­we­go.

– Może i kosz­tem na­sze­go ży­cia za­wo­do­we­go, ale za­słu­żo­ne.

– Poza tym łat­ka Are­sa słu­ży An­gu­so­wi. – Na wzmian­kę o tym mężczy­źnie aż nad­sta­wiam uszu.

– Co masz na my­śli?

– Strasz­ny z nie­go awan­tur­nik. Po­noć naj­lep­szy w pod­zie­miu Ha­de­sa. Zero mo­ral­no­ści.

– Tacy lu­dzie są cho­rzy na punk­cie tego, co ro­bią. Wszędzie wi­dzą wal­kę, krew i mają po­trze­bę udo­wod­nie­nia, że są naj­lep­si. – Wzdy­cham, prze­cho­dząc pod li­na­mi.

Za­bie­ram z pa­ra­pe­tu te­le­fon, a Fe­lix do­da­je z po­wa­gą:

– Wiesz co, Hay­den? Po­do­ba mi się po­stać Her­ku­le­sa. Pro­szę, nie zha­ńb swo­je­go czło­wie­cze­ństwa.

I to jest wła­śnie jed­na z wie­lu cech, któ­re sza­nu­ję w Fe­li­xie. To mi­ędzy in­ny­mi dla­te­go wy­bra­łem jego, a nie Ha­de­sa.

– Po­sta­ram się nie przy­nie­ść ci wsty­du. – Ce­lu­ję w nie­go pal­cem, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko, i ru­szam do szat­ni wzi­ąć prysz­nic.

Tre­ner jest je­dy­ną oso­bą na świe­cie, któ­rej w ży­ciu umy­śl­nie bym nie zra­nił. Jest moim opie­ku­nem. Mógł mnie kop­nąć w dupę, ale tego nie zro­bił.

I wła­śnie za ten ka­wa­łek czło­wie­cze­ństwa, któ­ry mi oka­zał, na­le­ży mu się sza­cu­nek.

Maggie

– Mag­gie, czy mo­żesz po­de­jść na od­dział dzie­ci­ęcy? – Pani He­len za­trzy­mu­je mnie na ko­ry­ta­rzu.

Od­kła­dam leki na wó­zek, po czym za­czy­nam pchać go przed sie­bie.

– Oczy­wi­ście.

– Gra­cie mu­sia­ła biec do ma­łej pa­cjent­ki spod czwór­ki, a Maks po­trze­bu­je leku.

– Już bie­gnę. – Zo­sta­wiam wó­zek z le­ka­mi w sal­ce per­so­ne­lu, a na­stęp­nie ści­ągam z sie­bie ki­tel i myję ręce.

Wy­cho­dzę z na­sze­go od­dzia­łu i ru­szam na pi­ętro. Cza­sa­mi ma­lu­chy po­trze­bu­ją wi­ęcej uwa­gi i wte­dy wzy­wa­ją nas. Trud­ne są dla mnie chwi­le na od­dzia­le dzie­ci­ęcym, bo za ka­żdym ra­zem kra­je mi się ser­ce, kie­dy wi­dzę cier­pi­ące dzie­ci.

Ma­lu­chy, któ­rym cho­ro­by od­bie­ra­ją dzie­ci­ństwo.

Wpi­su­ję kod na pa­ne­lu do­stępu, po czym otwie­ram drzwi. W po­ko­ju dla pie­lęgnia­rek prze­bie­ram się w ró­żo­wo-nie­bie­ski far­tu­szek, za­kła­dam ma­secz­kę z ma­ły­mi lwa­mi i idę do sali nu­mer sze­ść.

– Wi­taj, Maks. – Ze spo­ko­jem wi­tam się z nim, a na­stęp­nie ki­wam gło­wą w stro­nę jego mamy. – Jak ma się dziś mój mały wo­jow­nik?

Chło­piec uno­si dło­nie w ręka­wi­cach bok­ser­skich.

– Wy­ko­na­łem mały tre­ning, pani Mag­gie, i tro­chę opa­dłem z sił. Po­trze­bu­ję wzmoc­nie­nia.

Do­brze, że mam na twa­rzy ma­secz­kę. Przy­naj­mniej nie wi­dać, jak drżą mi war­gi, kie­dy pró­bu­ję się nie po­pła­kać.

Maks to je­dy­ny bok­ser, któ­re­go jest w sta­nie za­ak­cep­to­wać moje ser­ce.

Nor­mal­nie nie­na­wi­dzę lu­dzi upra­wia­jących ten sport. Co wie­czór mo­dlę się o zdro­wie dzie­cia­ków. O to, by Maks po­ko­nał cho­ro­bę i kie­dyś zo­stał zna­nym bok­se­rem, zdol­nym prze­ła­mać ste­reo­typ o wiel­kich, sil­nych i ko­cha­jących ból isto­tach.

– W ta­kim ra­zie za­raz cię wzmoc­ni­my – chry­pię, za­kła­da­jąc wo­re­czek z kro­plów­ką na sto­jak. – Po­dasz rącz­kę, bym mo­gła do­stać się do we­nflo­nu?

Maks wy­ci­ąga w moim kie­run­ku bla­dą dłoń. Apli­ku­ję far­ma­ceu­tyk, a na­stęp­nie wy­mie­niam z pa­cjen­tem kil­ka uprzej­mo­ści i wra­cam na swój od­dział.

– Sio­stro Mag­gie, kie­dy przyj­dzie dok­tor Ro­nald? – Sta­rusz­ka Ha­zel za­da­je mi to py­ta­nie już dru­gi raz dzi­siej­sze­go dnia.

– Nie było go jesz­cze? – Dzi­wię się, pa­trząc na ze­ga­rek.

– Och, po­ja­wił się na po­ran­nym ob­cho­dzie. Py­tam o ko­lej­ny raz.

Za­czy­nam chi­cho­tać. Pani Ha­zel do­sta­ła ob­se­sji na punk­cie dok­to­ra Ro­nal­da.

– My­ślę, że jest pani w tak wy­śmie­ni­tej for­mie, że le­karz bez obaw mógł się za­jąć po­zo­sta­ły­mi pa­cjen­ta­mi. – Mie­rzę jej tem­pe­ra­tu­rę i ci­śnie­nie, po czym za­pi­su­ję to w jej kar­cie.

Sta­rusz­ka ma już sie­dem­dzie­si­ąt dwa lata, ale trzy­ma się na­praw­dę do­brze. Dok­tor Ro­nald ma czter­dzie­ści sie­dem lat. Mó­głby być jej sy­nem.

– To jego za­słu­ga. W ży­ciu nikt tak szyb­ko, jak on, nie po­sta­wi­łby mnie na nogi.

– A to z pew­no­ścią, pani Ha­zel. – Śmie­ję się, przy­po­mi­na­jąc so­bie umi­zgi czar­no­skó­rej ko­bie­ty w kie­run­ku na­sze­go dok­to­ra.

– Sama wiesz, jak to jest, praw­da? – Pusz­cza mi oko, a mnie aż ręce drętwie­ją na samą myśl. – Ta iskra, któ­ra się po­ja­wia. Coś pi­ęk­ne­go. – Wzdy­cha roz­ma­rzo­na, a ja po ci­chu opusz­czam jej po­kój.

Opie­ram się ple­ca­mi o ścia­nę i za­my­kam oczy.

Nie czu­ję żad­nej iskry.

To­wa­rzy­szą mi je­dy­nie wstręt i żal.

Mam cho­ro­bli­we obrzy­dze­nie do mężczyzn.

Ocie­ram nos wierz­chem dło­ni, bo na­wet nie za­uwa­ży­łam, że za­częłam ro­nić łzy. Ze­ga­rek na mo­jej ręce wska­zu­je czter­na­stą. Roz­trzęsio­na wcho­dzę do po­ko­ju pie­lęgnia­rek, ści­ągam far­tu­szek, po czym ła­pię to­reb­kę i bie­gnę do mamy.

Bio­rę kil­ka głęb­szych od­de­chów, a na­stęp­nie wcho­dzę do jej po­ko­ju.

– Cze­ść, mamo – szep­czę, jak­bym się bała ją obu­dzić.

Cho­ciaż na­praw­dę tego pra­gnę.

Żeby się obu­dzi­ła.

Sia­dam na krze­śle obok łó­żka i bio­rę w dło­nie szczu­płe pal­ce ko­bie­ty.

– Cze­kam, aż się obu­dzisz i będzie­my mo­gły uciec. – Na­dal mó­wię ści­szo­nym gło­sem, bo­jąc się, że ścia­ny mo­gły­by coś prze­ka­zać nie­wła­ści­wym lu­dziom.

– Hej, Mag­gie. – Do sali wcho­dzi He­idi, jed­na z pie­lęgnia­rek na tym od­dzia­le. – Wła­śnie przy­szłam zmie­nić two­jej ma­mie po­ściel.

– Ja to zro­bię. – Ocho­czo przej­mu­ję od niej ma­te­ria­ły.

– Poza tobą nikt jej nie od­wie­dza – wy­po­wia­da na głos praw­dę, któ­rą sta­ram się od sie­bie od­su­wać.

– Ni­ko­go nie ma poza mną – od­po­wia­dam, nie pa­trząc na nią.

Oj­ciec ni­g­dy tu­taj nie za­gląda. On już za­czął żyć no­wym ży­ciem. Ni­g­dy nas nie ko­chał. Dla nie­go li­czy się tyl­ko ka­rie­ra.

Nie­na­wi­dzę go.

He­idi mil­czy, cho­ciaż wie, że kła­mię.

A może nie kła­mię? Prze­cież zda­ję so­bie spra­wę, jaki jest mój oj­ciec.

Za­ci­ągam świe­żą po­szew­kę na ko­łdrę, a pie­lęgniar­ka przed opusz­cze­niem po­miesz­cze­nia za­trzy­mu­je się w drzwiach i mówi:

– Pa­trząc na cie­bie, śmiem twier­dzić, że je­steś wszyst­kim, Mag­gie. Sztucz­ny tłum by jej nie słu­żył.

Kie­dy drzwi się za nią za­my­ka­ją, opie­ram się o ramę łó­żka, wy­pusz­cza­jąc po­wie­trze z płuc. Opa­dam z sił, ale nie mogę się pod­dać. Po­win­nam trwać przy ma­mie, do­pó­ki się nie obu­dzi, a pó­źniej…

Opra­cu­ję plan uciecz­ki.

2. Hayden

Nie­ma­lżebez­sze­lest­niewcho­dzędo domu, uwa­ża­jąc, by drzwi nie skrzyp­nęły. Ostro­żnie pusz­czam klam­kę, wstrzy­mu­jąc po­wie­trze w płu­cach. Kie­dy uda­je mi się we­jść do swo­je­go po­ko­ju, nie wy­da­jąc przy tym ani jed­ne­go dźwi­ęku, sa­pię tak, jak­bym zdo­był Mo­unt Eve­rest.

Na pal­cach wcho­dzę pod ko­łdrę, a na­stęp­nie za­my­kam oczy, by się tro­chę prze­spać. Noc­na awan­tu­ra nie po­zwo­li­ła mi od­po­cząć. Je­stem wy­czer­pa­ny. Bez tru­du za­pa­dam w sen, któ­ry trwa, do­pó­ki oj­ciec nie przy­cho­dzi spraw­dzić, czy wró­ci­łem.

– Dar­mo­zja­dzie pie­przo­ny. – Cmo­ka z dez­apro­ba­tą, wi­dząc, jak prze­cie­ram za­spa­ne oczy. – Wró­ci­łeś ze szko­ły i za­miast wzi­ąć się do ro­bo­ty, po­sze­dłeś spać?!

Na wpół przy­mru­żo­ny­mi ocza­mi spo­glądam w okno. Na ze­wnątrz jest już ciem­no, więc spa­łem ja­kieś kil­ka go­dzin.

– Chcia­ło mi się spać – od­po­wia­dam ci­cho, sia­da­jąc na łó­żku.

Bur­czy mi w brzu­chu, ale sta­ram się to igno­ro­wać.

– A mnie chce się ci przy­pier­do­lić. Też mam to zro­bić?

Opusz­czam gło­wę. Wi­dzę, jak za­ci­ska pi­ęść. Nie mam z nim szans. Mam tyl­ko trzy­na­ście lat.

– Nie. – Krót­ka od­po­wie­dź, bo nie ży­wię na­dziei, że wyj­dę z tej słow­nej po­tycz­ki cało.

Oj­ciec kuca, chcąc się ze mną zrów­nać.

– Wi­dzisz, Hay­den. – Wzdy­cha roz­cza­ro­wa­ny moją eg­zy­sten­cją. – Je­steś ta­kim wrzo­dem na du­pie, a ci­ągle utrud­niasz wy­cho­wy­wa­nie cie­bie. Nie je­steś za nic wdzi­ęcz­ny.

Pa­trzę na jego twarz i za­czy­nam ro­zu­mieć, dla­cze­go mama nas zo­sta­wi­ła. Gdy­bym miał tego wy­słu­chi­wać dzień w dzień, też bym dał nogę.

Nie wy­ba­czę jej tego, że nie za­bra­ła mnie ze sobą.

Ucie­kłbym, ale nie mam do­kąd.

– Mó­wię do cie­bie. – Do­sta­ję dło­nią po gło­wie.

Pod­no­szę na ojca wzrok, uda­jąc, że jest mi przy­kro z po­wo­du tego, co zro­bi­łem.

Cho­ciaż nie zro­bi­łem ni­cze­go złe­go.

– Cho­le­ra, Hay­den – rzu­ca zde­gu­sto­wa­ny, jak­by wła­śnie po­pa­trzył na coś obrzy­dli­we­go. – Mama nas zo­sta­wi­ła, bo je­steś ta­kim ze­rem. – Wzdy­cha, kręcąc gło­wą. – Taka po­ra­żka. Na­wet nie wy­glądasz jak fa­cet. – Uno­si moją cher­la­wą dłoń. – Strasz­na piz­da z cie­bie, Hay­den.

Ni­g­dy nie na­zwał mnie sy­nem.

Śmie­je się z mo­jej chu­dej syl­wet­ki, a wy­star­czy­ło­by tyl­ko do­brze mnie kar­mić.

Nie do­sta­nę jed­nak pe­łno­war­to­ścio­we­go po­si­łku, bo ojcu nie za­le­ży na tym, że­bym do­brze zja­dł i wy­glądał jak chłop­cy w moim wie­ku. Ob­wi­nia mnie za skut­ki wła­sne­go po­stępo­wa­nia.

Zo­sta­ję ude­rzo­ny w gło­wę. Nie moc­no, ale wy­star­cza­jąco, bym się za­chwiał.

Ko­lej­ny raz, po­prze­dzo­ny sło­wa­mi: Hay­den to piz­da.

Ro­nię łzę, a pó­źniej ko­lej­ną.

– I do tego bek­sa, Boże! – Oj­ciec ostat­ni raz ude­rza mnie w gło­wę, po czym wsta­je i kie­ru­je się do wy­jścia. – Czy­mże so­bie za­słu­ży­łem na taką ofia­rę losu?

Za­my­ka za sobą drzwi, a ja ucie­kam w kąt i za­czy­nam pła­kać z bez­sil­no­ści.

Sia­dam na łó­żku cały zla­ny po­tem. Chwy­tam się obu­rącz za gło­wę, pró­bu­jąc wy­rów­nać od­dech. Mam dwa­dzie­ścia osiem lat, a ci­ągle na­wie­dza­ją mnie kosz­ma­ry.

Pie­przo­na prze­szło­ść.

– To tyl­ko sen, Hay­den. – Wzdy­cham, ob­ra­ca­jąc się na dru­gi bok. Na­kry­wam się ko­łdrą i za­ci­skam po­wie­ki, pró­bu­jąc zmu­sić cia­ło do ko­lej­nych go­dzin le­tar­gu.

To jed­nak na nic. Moją gło­wę za­czy­na­ją na­wie­dzać uryw­ki wspo­mnień.

Za­czy­nam bez sen­su ana­li­zo­wać, co by było, gdy­by…

A gdy­bym wte­dy…

Dość.

To do ni­cze­go nie pro­wa­dzi. Ten czas mi­nął. Zmie­ni­łem na­wet na­zwi­sko, by nie być po­wi­ąza­ny z moją pseu­do ro­dzi­ną.

Po­de­ner­wo­wa­ny od­rzu­cam od sie­bie ko­łdrę i ru­szam dziar­sko do gar­de­ro­by. Na­ci­ągam na sie­bie strój do ćwi­czeń, po czym kie­ru­ję się do si­łow­ni. Za­kła­dam ręka­wi­ce, a na­stęp­nie od razu za­czy­nam na­pie­przać w wo­rek.

Tłu­kę go tak moc­no, że aż bra­ku­je mi tchu.

– Ty by­łeś piz­dą! – krzy­czę w stro­nę wor­ka, któ­ry nie­pew­nie hu­śta się na haku przy­mo­co­wa­nym do su­fi­tu. – Ty nie po­tra­fi­łeś utrzy­mać ro­dzi­ny! – Ko­lej­ny cios oka­zu­je się tak moc­ny, że aż boli mnie bark. – Roz­pa­dła się przez cie­bie! Je­steś zje­ba­ny!

Fu­ria, któ­ra od cza­su do cza­su przy­cho­dzi siać spu­sto­sze­nie w mo­jej psy­chi­ce, wła­śnie wy­god­nie roz­sia­da się w fo­te­lu i ob­ser­wu­je swo­je dzie­ło.

Wy­pro­wa­dzam cios za cio­sem. Moc­ne ude­rze­nia nie do­star­cza­ją mi jed­nak uko­je­nia. Rzu­cam w kąt ręka­wi­ce i chwy­tam za ci­ężar­ki, chcąc do­piec swo­je­mu or­ga­ni­zmo­wi, żeby zmęczo­ny za­pa­dł w sen, ale po­ty­kam się o je­den z han­tli. Chwie­ję się, wy­ma­chu­jąc ręka­mi, aby nie upa­ść. Wła­śnie wy­ko­na­łem kil­ka­dzie­si­ąt ude­rzeń, czym wy­pom­po­wa­łem z sie­bie ener­gię, więc chwi­lo­wo mnie oma­mi­ło. Upa­dam do tyłu, bo­kiem za­ha­cza­jąc o ła­wecz­kę. Na­prężo­ną skó­rą prze­su­wam po kan­cie, przez co ta pęka ni­czym cie­niut­ki pa­pier.

– Ja pier­do­lę, jesz­cze to – jęczę roz­dra­żnio­ny i wy­cho­dzę z si­łow­ni.

Od­ka­żam ranę i przy­kła­dam na chwi­lę kil­ka ga­zi­ków, by krew mo­gła wsi­ąk­nąć. Kie­dy uzna­ję, że mój umy­sł nie jest już za mgłą sza­le­ństwa, wsta­ję i wra­cam do sy­pial­ni.

Za­ci­skam moc­no po­wie­ki, sta­ra­jąc się po­móc so­bie jed­ną z kil­ku rad za­war­tych w ksi­ążce na te­mat pra­cy z trau­ma­mi.

Zre­lak­suj się, wy­rów­naj od­dech i myśl o czy­mś przy­jem­nym.

Uda­ło się.

Jesz­cze tyl­ko się zre­lak­su­ję, znaj­dę coś przy­jem­ne­go do my­śle­nia i mogę spać.

Wpa­trzo­ny w su­fit, za­sta­na­wiam się, jak by to było mieć ko­goś bli­skie­go. Oso­bę, któ­rej mó­głbym za­ufać, spędzać z nią wol­ne chwi­le. Od­dać jej swo­je ra­do­ści i tro­ski.

Ko­goś, kto mnie po­ko­cha.

Nie mój sta­tus, czy pi­ęk­ny dom.

Wzdy­cham roz­cza­ro­wa­ny.

Od dziec­ka ma­rzy­łem, żeby być w tym miej­scu, a te­raz?

Te­raz oka­zu­je się, że to nie jest szczęście.

Ow­szem, jest mi te­raz ła­twiej w ży­ciu. Lżej. Jed­nak za­sy­pia­nie ze świa­do­mo­ścią, że nie mam z kim tego dzie­lić, ście­ra uśmiech z mo­jej twa­rzy.

I może to nie są aku­rat te my­śli, ja­kich wy­ma­ga ode mnie ksi­ążka, ale po­ma­ga­ją. Wresz­cie za­sy­piam.

3. Maggie

Wcho­dzęci­chodomiesz­ka­nia, sta­ra­jąc się nie obu­dzić przy­ja­ció­łki. Ca­mi­la rów­nież jest pie­lęgniar­ką i po­mi­mo tego, że ra­zem miesz­ka­my, na­sze gra­fi­ki są tak uło­żo­ne w tym mie­si­ącu, że prak­tycz­nie się nie wi­du­je­my.

Ja do­dat­ko­wo sie­dzę przy ma­mie w szpi­ta­lu, więc tu­taj przy­cho­dzę tyl­ko się umyć i prze­spać.

Nie­spo­dzie­wa­nie w kącie kuch­ni za­pa­la się lamp­ka.

– Cze­ka­łam.

– Chry­ste! Ca­mi­la! – Wy­stra­szo­na, przy­kła­dam dłoń do ser­ca. – Nie rób tak wi­ęcej! Chcesz, że­bym pa­dła na za­wał?!

– Nie po­zwo­li­ła­bym ci na to. – Gry­zie ko­lej­ny kęs dłu­gie­go żel­ka.

– Sta­ło się coś? – Rzu­cam to­reb­kę na krze­sło, po czym ści­ągam buty.

– Twój oj­ciec tu­taj był.

Za­mie­ram z dło­nią na gu­zi­ku swe­tra.

– Cze­go chciał?

– Nie po­wie­dział. Mó­wił tyl­ko, że nie od­bie­rasz te­le­fo­nu, a on ma spra­wę nie­cier­pi­ącą zwło­ki.

Bez sło­wa opusz­czam gło­wę. Wkła­dam mi­ęk­kie, ró­żo­we, pu­cho­we kap­cie i po­zba­wio­na ener­gii sunę do kuch­ni. Sia­dam przy oknie i tępo wpa­tru­ję się w oświe­tlo­ne mia­stecz­ko.

– Mag­gie, po­roz­ma­wiaj ze mną. – Ca­mi­la przy­su­wa swo­je krze­sło i sia­da obok. – Nie za­my­kaj się.

Wzdy­cham, bo nie wiem, co po­wie­dzieć. Pod po­wie­ka­mi już zbie­ra­ją się łzy, go­to­we po­grążyć moją twarz w smut­ku.

– Wiesz, że nie mu­sisz się z nim wi­dy­wać.

– Se­rio w to wie­rzysz, Cami? – Kręcę gło­wą zre­zy­gno­wa­na. – Wiesz, jaki on jest. Nie może zła­mać na­szej umo­wy, a tak się sta­nie, je­śli się do nie­go nie ode­zwę.

– Nic nie je­steś mu win­na.

– Wiem, ale on tego tak nie od­bie­ra. Co gor­sza… Będzie chciał wi­ęcej.

Przy­ja­ció­łka mil­czy, a ja wy­ci­ągam te­le­fon i wy­bie­ram nu­mer ojca. Chcę mieć to jak naj­szyb­ciej za sobą.

Kie­dy nie od­bie­ra po trze­cim sy­gna­le, już chcę się roz­łączyć, ale mnie za­ska­ku­je.

– Wresz­cie. – Sa­pie do słu­chaw­ki, a ja nie chcę się za­sta­na­wiać, czy ćwi­czył, czy być może ko­lej­ny raz zdra­dzał mamę i mu­siał prze­rwać pie­prze­nie, żeby ode­brać.

Za­kła­dam, że to dru­gie.

– Po­dob­no mnie szu­ka­łeś.

– Gdy­byś od­bie­ra­ła te­le­fon, nie mu­sia­łbym się fa­ty­go­wać.

– Pra­cu­ję, a pó­źniej je­stem z mamą. Gdy­byś tam przy­cho­dził, wi­dy­wa­łbyś mnie często. – Za­ci­skam dłoń w pi­ęść, kie­dy mu to mó­wię.

Ni­g­dy mu nie wy­ba­czę.

– Nie py­skuj, Mag­gie.

Milk­nę, bo wiem, że ta ostrze­gaw­cza nuta nie po­ja­wi­ła się bez przy­czy­ny.

– Jest pro­blem. – Wzdy­cha do słu­chaw­ki. – An­gus tęsk­ni.

Mam w du­pie An­gu­sa. Nie­na­wi­dzę su­kin­sy­na.

– Nie jest ma­łym dziec­kiem, niech so­bie znaj­dzie roz­ryw­kę.

– Mag­gie, od­no­szę wra­że­nie, że za­czy­nasz się sta­wiać. – Stu­dzi mój za­pał do wy­zna­cza­nia wła­snych gra­nic. – Mam ci przy­po­mnieć, jak po­win­naś się za­cho­wy­wać?

Ser­ce bije mi jak sza­lo­ne, cho­ciaż nie wy­ko­nu­ję żad­ne­go ru­chu.

Usły­sza­łam tyl­ko gro­źby. Ci­chą obiet­ni­cę tego, do cze­go oj­ciec jest zdol­ny.

– Chy­ba so­bie przy­po­mnia­łaś. – Kpi­ący ton spra­wia, że żo­łądek pod­cho­dzi mi do gar­dła. – Wra­ca­jąc do An­gu­sa… Chce, że­byś z nim za­miesz­ka­ła.

Prze­ły­kam śli­nę, wy­stra­szo­na.

– Do­brze wiesz, jak się uma­wia­li­śmy. Miesz­ka­my osob­no. – Mój głos mnie zdra­dza. Oj­ciec wie, że wy­grał.

Je­stem sła­ba.

Nie po­tra­fię się po­sta­wić.

– Cza­sy się zmie­nia­ją. Lu­dzie się zmie­nia­ją.

Nie. Ty się nie zmie­niasz.

– Ni­g­dzie nie idę. Zo­sta­ję tu­taj. Sama pła­cę za miesz­ka­nie. Nie mo­żesz mi ukła­dać ży­cia. Wy­star­czy, że zgo­dzi­łam się być z An­gu­sem.

Nie chcia­łam wi­ązać się z tym po­pier­do­lo­nym ko­le­siem. Jest nie­ma­lże taki jak mój oj­ciec. Eks­cy­tu­ją go wal­ki, prze­moc i brak sza­cun­ku do dru­giej oso­by. My­śli, że jest pęp­kiem świa­ta i ka­żdy ma być na jego za­wo­ła­nie.

Poza tym… boję się go.

Oj­ciec wy­mu­sił na mnie ten zwi­ązek szan­ta­żem.

Pie­przo­ny typ robi, co chce, lu­dzie cier­pią, a jemu wszyst­ko ucho­dzi pła­zem.

– Je­steś jego ko­bie­tą, Mag­gie. – Cier­pli­wo­ść ojca chy­ba wła­śnie wy­pa­ro­wa­ła. – J e g o ko­bie­tą – pod­kre­śla, żeby do­ta­rło do mnie, że się nie li­czę. Je­stem tyl­ko czy­jąś wła­sno­ścią. Kimś, kogo so­bie wzi­ął w za­mian za po­życz­kę.

– Po­trze­bu­ję cza­su – wy­du­szam z sie­bie i szyb­ko się roz­łączam.

Łzy spły­wa­ją po mo­ich po­licz­kach, a Cami przy­tu­la mnie do sie­bie.

– Sły­sza­łam – szep­cze, ko­jąco głasz­cząc mnie po gło­wie.

– Nie mogę…

– Rzuć kre­ty­na.

– Nie mogę. Wiesz, że nie mogę.

– Mag­gie, oni cię wy­ko­ńczą. Już je­steś wra­kiem…

– Ale mama – prze­ry­wam jej, wy­cie­ra­jąc nos wierz­chem dło­ni. – Ona bez tych pie­ni­ędzy umrze.

– Cho­ler­ny su­kin­syn. Że też na ta­kich nie ma ja­kie­goś spo­so­bu. Mają kasę i my­ślą, że są bo­ga­mi.

Kie­dyś wi­dzia­łam krót­ki fil­mik z udzia­łem lu­dzi ze świa­ta bok­su. Ojcu przy­pi­sa­no łat­kę Ha­de­sa. Zga­dzam się z tym. Mój oj­ciec jest bez­względ­nym dra­niem, któ­ry nie przej­mu­je się two­ją du­szą. Wa­żne dla nie­go jest to, by na­le­ża­ła do nie­go. Sie­dzi w tym swo­im pod­zie­miu i szko­li mężczyzn na ta­kich skur­wy­sy­nów jak on. Tyl­ko lu­dzie po­pie­prze­ni mogą wi­dzieć w nim ido­la.

I taki wła­śnie jest An­gus.

Wy­bra­nek Ha­de­sa. Naj­le­piej za­po­wia­da­jący się bok­ser w jego dru­ży­nie. Dla­te­go oj­ciec wcho­dzi mu w dupę.

An­gus chce sa­mo­cho­du? Nie ma pro­ble­mu.

An­gus chce Mag­gie? Żad­ne­go. Kur­wa. Pro­ble­mu.

Wszyst­ko, by­le­by jego przy­szły na­stęp­ca chciał z nim tre­no­wać i wy­grał mi­strzo­stwa kra­jo­we.

– A nie mo­żesz po pro­stu uciec? Wy­je­chać do­kądś? – Cami pod­su­wa mi po­my­sł, któ­ry roz­wa­ża­łam już mi­lio­ny razy, ale za­wsze ko­ńczy się tym, że mama zo­sta­nie bez opie­ki.

– On mnie znaj­dzie. Ode­tnie mamę od kasy…

– Wy­da­je mi się, że tego nie zro­bi.

Par­skam.

– Cami, to ja z nim miesz­ka­łam całe ży­cie. Wiem, do cze­go jest zdol­ny.

– Je­że­li mogę ci ja­koś po­móc…

– Już wy­star­cza­jąco dużo dla mnie ro­bisz – szep­czę, pa­trząc w jej nie­bie­skie tęczów­ki. – Idź spać, rano mu­sisz wstać.

– Tak samo, jak ty. Nie za­dręczaj się za dłu­go, do­brze? – Kle­pie mnie po ple­cach, po czym wsta­je z krze­sła. – W pie­kar­ni­ku zo­sta­wi­łam ci ka­wa­łek la­sa­gne.

– Dzi­ęku­ję. – Po­sy­łam jej uśmiech pe­łen wdzi­ęcz­no­ści.

Przy­ja­ció­łka wy­cho­dzi z kuch­ni, a ja pod­ci­ągam ko­la­na pod bro­dę i pa­trzę w okno.

Mogę przedłu­żać i uda­wać w nie­sko­ńczo­no­ść, że my­ślę nad pro­po­zy­cją ojca, ale wiem, że i tak zgo­dzę się na jego wa­run­ki.

Bła­gam, mamo, obu­dź się.

4. Hayden

Wy­ci­skamzsie­biesiód­me poty, bie­ga­jąc po mia­stecz­ku. Nie chcia­łem żyć w cen­trum. Obrze­ża to ide­al­ne miej­sce dla lu­dzi, któ­rzy nie za­mie­rza­ją żyć w bla­sku fle­szy.

Tyle że w moim przy­pad­ku ta za­sa­da zu­pe­łnie się nie spraw­dza. Będąc obec­nie naj­lep­szym bok­se­rem w kra­ju, trud­no unik­nąć pa­pa­raz­zi. Wi­dzę, jak je­den robi mi zdjęcie, ale bez wi­ęk­sze­go prze­ko­na­nia. Inni na­wet nie pod­no­szą apa­ra­tu. Wzi­ąłem się na spo­sób i za­ku­pi­łem kil­ka ze­sta­wów tych sa­mych ubrań oraz stro­jów spor­to­wych, a te­raz wkła­dam je co­dzien­nie. Ja wiem, że są świe­że, wy­pra­ne, jed­nak lu­dzie nie mają po­jęcia, że to ro­bię, a pa­pa­raz­zi prze­sta­li się mną in­te­re­so­wać, bo prze­cież nie będą wrzu­ca­li tych sa­mych fo­tek. Kto im uwie­rzy, że bie­ga­łem w tym stro­ju dzi­siej­sze­go po­ran­ka, sko­ro zdjęcie mnie w tym sa­mym ubra­niu wi­dzie­li w ga­ze­cie dwa dni temu?

Od­grze­wa­ny ko­tlet. Sprze­daż spa­da.

Mu­szą za­tem zmie­nić obiekt wes­tchnień, bo ja im no­wi­nek nie dam.

Zer­kam na ze­ga­rek.

– Cho­le­ra, już szó­sta.

Obie­ram kie­ru­nek w stro­nę po­bli­skiej ka­wiar­ni, za­nim moc­no spó­źnio­ny wpad­nę na roz­mo­wę z Fe­li­xem.

Uwiel­biam w po­ran­kach to, że kie­dy ja już dzia­łam, mia­sto do­pie­ro bu­dzi się do ży­cia. Zgar­niam naj­pi­ęk­niej­sze wscho­dy sło­ńca oraz naj­smacz­niej­sze bu­łecz­ki.

Otwie­ram drzwi i zmie­rzam do sprze­daw­cy. Gdy je­stem już bli­sko lady, pew­na ko­bie­ta się od­wra­ca i wpa­da pro­sto na mnie, wy­le­wa­jąc go­rącą kawę na moją ko­szul­kę.

– Cho­le­ra! – uno­szę głos, bo czu­ję pie­cze­nie na klat­ce pier­sio­wej.

– Szyb­ko, ści­ągaj ubra­nie! – Dziew­czy­na nie­po­rad­nie pró­bu­je ze­drzeć ze mnie pod­ko­szu­lek.

Chwy­tam ją za dło­nie i ci­ągnę za sobą w stro­nę naj­mniej rzu­ca­jące­go się w oczy kąta ka­wiar­ni. Nie chcę, by ja­kiś pi­smak miał po­żyw­kę.

Ści­ągam T-shirt, a nie­zna­jo­ma blon­dyn­ka za­czy­na śle­dzić wzro­kiem moje cia­ło.

– Ga­moń, stra­ci­łam czas – bur­czy i od­cho­dzi.

Je­stem oszo­ło­mio­ny. Pa­trzę, jak jej ku­cyk ner­wo­wo pod­ska­ku­je, gdy ona sta­wia ener­gicz­nie kro­ki. Wy­la­ła na mnie wrzątek i ucie­kła. Wpa­tru­ję się w nią, kie­dy mówi coś do sprze­daw­cy. Ten kiwa gło­wą, a na­stęp­nie po­da­je jej ku­bek z wodą i ja­kąś szmat­kę.

Dziew­czy­na wra­ca, a ja mogę po­dzi­wiać, jaka jest pi­ęk­na.

Bo na­praw­dę jest. Ma duże, nie­bie­skie oczy oka­la­ne mi­lio­nem rzęs, usta w kszta­łcie ser­ca i nie­dłu­gie blond wło­sy. Wy­gląda ni­czym naj­dro­ższa w skle­pie lal­ka, a przy tym jest ca­łko­wi­cie na­tu­ral­na.

Kie­dy pod­cho­dzi bli­żej, zy­sku­ję pew­no­ść.

Nie ma na­wet gra­ma ma­ki­ja­żu. Tyl­ko ten czar­ny tusz na rzęsach.

– Uma­rłem – szep­czę, a ona pa­trzy na mnie gniew­nie.

– Nie. Ale za­bra­łeś cen­ny czas, bo mo­głam od razu za­jąć się opa­rze­niem, za­miast cho­wać się z tobą po kątach, lo­we­la­sie.

Par­skam na to okre­śle­nie.

– Prze­pra­szam.

W su­mie sam nie wiem, za co.

– Nie. To ja prze­pra­szam. Nie za­uwa­ży­łam cię – bur­czy, opa­tru­jąc moją ranę.

– Będę żył, to nic wiel­kie­go.

– Ze­psu­łam, na­pra­wiam.

Na­dal na mnie nie pa­trzy, a szko­da. Chcę znów spoj­rzeć w to wzbu­rzo­ne nie­bo w jej tęczów­kach.

– Masz do tego rękę – mó­wię z uzna­niem, kie­dy jej pal­ce zwin­nie zaj­mu­ją się opa­rze­niem. Przy­kła­da na­sączo­ną zim­ną wodą szmat­kę nie­ma­lże z czu­ło­ścią.

Nie od­po­wia­da. Po­dzi­wia efekt swo­jej pra­cy, a na­stęp­nie wy­da­je za­le­ce­nia:

– Je­steś w sta­nie ku­pić so­bie maść? Od­dam ci kasę. – Mó­wi­ąc to, grze­bie w port­mo­net­ce.

Ręką na­kry­wam jej drob­ną dłoń, aż dziew­czy­na nie­ru­cho­mie­je.

– Jak się na­zy­wasz?

– To nie jest ci po­trzeb­ne do dba­nia o tę ranę – zby­wa mnie, ale nie po­zwa­lam, by za­bra­ła dłoń, aż w ko­ńcu uno­si spoj­rze­nie. Jej wzrok na chwi­lę ła­god­nie­je, cho­ciaż wy­da­je mi się, że kry­je ogrom smut­ku.

Ale tyl­ko na chwi­lę, bo za­raz wra­ca nie­chęć do mnie.

– Za­trzy­maj pie­ni­ądze – od­po­wia­dam, wy­ci­ska­jąc ko­szul­kę i znów ją na sie­bie za­kła­dam. Jak wyj­dę stąd bez niej, na­głów­ki będą epic­kie.

– Jesz­cze raz prze­pra­szam. – Cho­wa port­fel do tor­by.

– Cho­dź, od­ku­pię ci kawę.

– Ty nie…

– Pro­szę. – Ci­cho wy­po­wie­dzia­ne sło­wo zwra­ca jej uwa­gę. – Zrzuć na chwi­lę zbro­ję i po­zwól so­bie ku­pić kawę.

Przy­gląda mi się ba­daw­czo, nie wie­dząc, co po­wie­dzieć.

– Okej. – Wy­pusz­cza w ko­ńcu wstrzy­my­wa­ne w płu­cach po­wie­trze.

Bez sło­wa pod­cho­dzi­my do kasy, ale ja nie po­tra­fię ode­rwać od dziew­czy­ny wzro­ku.

– Ta sama kawa, któ­rą roz­la­li­śmy, do tego… – Od­wra­cam się do nie­zna­jo­mej. – Masz aler­gię na ja­go­dy?

– Nie.

– Na­biał, glu­ten…

– Nie mam żad­nych uczu­leń.

– I jesz­cze sze­ść ja­go­dzia­nek na wy­nos. Dwie za­pa­ko­wa­ne od­dziel­nie. – Ko­ńczę skła­dać za­mó­wie­nie, przy­kła­dam te­le­fon do ter­mi­na­lu i pła­cę.

Kie­dy za­mó­wie­nie zo­sta­je mi wy­da­ne, po­da­ję kawę i dwa wy­pie­ki blon­dyn­ce.

– Do kawy – tłu­ma­czę, kie­dy pa­trzy na pa­ku­nek.

– Nie mu­sia­łeś – duka, onie­śmie­lo­na, mru­ga­jąc wiel­ki­mi ocza­mi.

– Ale chcia­łem.

– Nie zjem dwóch. – Po tych sło­wach po raz pierw­szy po­sy­ła mi de­li­kat­ny, pra­wie nie­wi­docz­ny uśmiech.

– Wi­dzisz, gdy­bym ci się spodo­bał, po­wie­dzia­ła­byś: „Dzi­ęku­ję, ale nie zjem dwóch. Będziesz mu­siał po­móc mi je zje­ść”. – żar­tu­ję, scho­dząc z dro­gi klien­tom, któ­rzy wła­śnie we­szli do środ­ka.

– Nie rób so­bie na­dziei. – Kręci gło­wą, po­sta­na­wia­jąc mnie wy­mi­nąć. – Idź, bo two­je pie­czy­wo wy­sty­gnie, za­nim zdążysz za­nie­ść je tej, któ­ra na nie cze­ka.

Czy­żbym wy­czuł nut­kę uszczy­pli­wo­ści?

– Sam je zjem.

– Ja­sne.

– Nie wie­rzysz mi? – Do­ga­niam ją, gdy zmie­rza ku drzwiom. Otwie­ram je i po­zwa­lam jej wy­jść.

– Fa­ce­ci nie po­tra­fią być z jed­ną ko­bie­tą.

– Dla­cze­go?

– Nie wiem, ty mi po­wiedz. Ty je­steś fa­ce­tem. – Dźga mnie pi­ąst­ką za­ci­śni­ętą na to­reb­ce z ja­go­dzian­ka­mi.

– Ale nie wiem, o co ci cho­dzi. Nie mam ko­bie­ty, tyl­ko tre­ne­ra.

– Dziw­ny gust, jed­nak to two­je ży­cie – fuka i się od­da­la.

Nie po­zwa­lam jej na to. Pędzę za nią i za­sta­wiam dro­gę swo­im cia­łem.

– Nie sy­piam z tre­ne­rem. – Od­chy­lam gło­wę, ura­żo­ny, jak­by dała mi z li­ścia.

– Dla­cze­go tak bar­dzo ob­cho­dzi cię to, co my­ślę? – Gniew­nie marsz­czy brwi.

– Nie wiem. – Dra­pię się nie­zręcz­nie po gło­wie. – Kie­dy za­częli­śmy się kłó­cić?

– Nie kłó­ci­my się.

– Aha, mo­że­my od­ha­czyć na­szą pierw­szą sprzecz­kę. Co będzie ko­lej­ne?

Uno­si brwi wy­so­ko, jak­by nie wie­rzy­ła wła­snym uszom.

– Może dasz mi spo­kój?

Pro­stu­ję się, bo ona ewi­dent­nie nie chce mieć ze mną nic do czy­nie­nia. To miła od­mia­na po wszyst­kich ko­bie­tach, któ­re zwy­kle są mną za­in­te­re­so­wa­ne.

– W po­rząd­ku. Dzi­ęku­ję, że opa­trzy­łaś moją ranę.

– Nie ma za co. Prze­pra­szam, że wy­la­łam na cie­bie wrzątek.

– Do wi­dze­nia.

– Do wi­dze­nia – od­po­wia­da, ale ni­g­dzie nie idzie, a prze­cież wła­śnie tego chcia­ła. – Nie czu­łaś iskry, cho­ciaż we­dług mnie ci­ągle wo­kół nas trza­ska­ją. – Jak głu­pi sta­ram się ci­ągnąć roz­mo­wę.

– Nie ma żad­nej iskry. – Za­prze­cza ru­chem gło­wy.

– Nie chcesz jej po­czuć. Cze­go się bo­isz?

Chy­ba wła­śnie tym py­ta­niem tra­fiam. Ona cze­goś się boi, dla­te­go od­gra­dza się mu­rem i usi­łu­je być nie­do­stęp­na.

– Ni­cze­go. Je­steś bez­czel­ny.

O, tego jesz­cze nie sły­sza­łem.

– Znów się kłó­ci­my.

– Nie. Idź stąd. – Tu­pie nogą ni­czym mała dziew­czyn­ka.

Jest do­praw­dy uro­cza.

Milk­nie­my i wpa­tru­je­my się w sie­bie. Ja, ocza­mi pe­łny­mi fa­scy­na­cji, a ona – z ogni­ka­mi w nie­bie­skich tęczów­kach.

Za­ci­ska usta, ale wresz­cie nie wy­trzy­mu­je i stwier­dza:

– Nie in­te­re­su­ją mnie mężczy­źni.

– Ależ za­zdrosz­czę two­jej dziew­czy­nie.

– Co? – Marsz­czy brwi. – Nie! Źle mnie zro­zu­mia­łeś! – Jej oczy ro­bią się wiel­kie jak spodki, kie­dy do­cie­ra do niej, jak od­czy­ta­łem tę wy­po­wie­dź. – Nie spo­ty­kam się z ko­bie­ta­mi, ale nie spo­ty­kam się też z mężczy­zna­mi. Zwy­czaj­nie lu­bię być sama.

– Dla­cze­go tak bar­dzo ob­cho­dzi cię to, co my­ślę? – cy­tu­ję jej py­ta­nie.

Otwie­ra usta, lecz gdy nie wie, jak mi od­po­wie­dzieć, za­my­ka je i znów gniew­nie mie­rzy mnie spoj­rze­niem.

To nie­sa­mo­wi­te, że taka mała, uro­cza ko­biet­ka może kryć w so­bie tyle agre­sji.

– Ra­cja. Mam to gdzieś. Od­suń się.

Wi­dząc, że nic nie będzie z na­szej chwi­lo­wej zna­jo­mo­ści, scho­dzę dziew­czy­nie z dro­gi i pa­trzę, jak od­cho­dzi, na­wet się nie ogląda­jąc.

Je­stem nią za­in­try­go­wa­ny. Ni­g­dy nie spo­tka­łem tak tem­pe­ra­ment­nej, a za­ra­zem tak de­li­kat­nej ko­bie­ty.

I te oczy.

Mó­głbym w nie pa­trzeć go­dzi­na­mi. Po­zwo­li­łbym, by błękit jej tęczó­wek po­chło­nął mnie w swo­je od­męty.

Za­miast tego pa­trzę, jak nie­zna­jo­ma zni­ka za za­krętem.