Skarb w Srebrnym Jeziorze - Karol May - ebook + audiobook

Skarb w Srebrnym Jeziorze ebook

Karol May

4,6

Opis

Skarb w Srebrnym Jeziorze jest jedną z najbardziej pasjonujących powieści przygodowych niemieckiego pisarza Karola Maya, należącą do kanonu światowej literatury westernu. Jej akcja rozgrywa się na Dzikim Zachodzie. Banda przestępców samozwańczego pułkownika Brinkleya, zwanego Czerwonym Cornelem, i jego siejących postrach towarzyszy, trafia na trop legendarnego Srebrnego Jeziora i ukrytego w nim skarbu. Bandyci ścigani są przez grupę obrońców prawa wspieraną przez wodza Apaczów Winnetou i jego białego przyjaciela Old Shatterhanda. Pełna zaskakujących zwrotów akcja komplikuje się, kiedy do pościgu dołączają się wojownicy z kilku indiańskich plemion, z jednej strony Osedżowie zaatakowani przez przestępców, a z drugiej Utahowie i Timbabaczowie zainteresowani skarbem. Porywająca opowieść, rozbudzające wyobraźnię sceny, pozytywne cechy głównych bohaterów i głębokie przesłanie moralne składają się na niegasnącą popularność powieści.

Lektura dla klasy VI

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 599

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

*

Przypisy

Tytuł oryginału:

Der Schatz im Silbersee

Opracowano na podstawie wydania

Biblioteki Dzieł Wyborowych z 1948 roku

Projekt okładki i ilustracja na okładce:Sylwia Malon

Przygotowanie wydania elektronicznego:Michał Nakoneczny, hachi.media

Fotografia na okładce:

kadr z filmu Winnetou: Skarb w Srebrnym Jeziorze

(niem. Der Schatz im Silbersee),

reż. Harald Reinl, 1962

© Flash Press Media

LEKTURA DLA KLASY VI

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-7791-904-0

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Wrocław 2018

Około południa bardzo gorącego dnia czerwcowego „Dogfish”, jeden z największych parowców osobowo-pocztowych na Arkansas, rozbijał swymi potężnymi połami fale rzeki. Wczesnym rankiem opuścił Little Rock, a wkrótce miał dotrzeć do Lewisburga.

Niesamowity upał spędził garstkę zamożniejszych pasażerów do kabin i kajut, większość natomiast podróżnych pokładowych leżała poza beczkami, pakami i innymi pakunkami, które użyczały im skąpego cienia. Dla tych pasażerów kapitan kazał urządzić pod rozpiętym płótnem bed and board1 , na którym stały wszelkiego rodzaju szklanki i flaszki, a ostra ich zawartość przeznaczona była naturalnie nie dla zbyt delikatnych języków i podniebień. Za bufetem siedział kelner z zamkniętymi oczami i, wyczerpany upałem, kiwał głową, a ilekroć podniósł powieki, spoza warg jego wychodziło przekleństwo albo jakieś dosadne słowo. Ta jego niechęć zwracała się ku grupie około dwudziestu mężczyzn, którzy siedząc na ziemi przy stole, podawali sobie z rąk do rąk kubek z kośćmi. Grano o tak zwany drink, to znaczy, że przegrywający musiał po skończeniu partii płacić każdemu z partnerów szklankę wódki; to ostatnie właśnie było przyczyną niechęci kelnera, budzonego ciągle z drzemki. Ludzie ci nie spotkali się z pewnością dopiero tutaj na pokładzie steamera2, gdyż zachowywali się bardzo poufale względem siebie i widać było z ich przypadkowych wynurzeń, że znają się dokładnie. Mimo tej ogólnej poufałości jeden z grona cieszył się pewnego rodzaju szacunkiem. Nazywano go kornelem, co jest zwykłym przekształceniem słowa colonel – pułkownik.

Był to człowiek długi i chudy. Jego gładko wygoloną, ostro i kanciasto zarysowaną twarz okalała ruda, szczeciniasta broda; krótko ostrzyżone włosy były także rude, co można było sprawdzić, gdyż stary, zużyty kapelusz filcowy zsunął mu się daleko na kark. Ubranie jego składało się z ciężkich butów skórzanych, podbitych gwoździami, oraz spodni nankinowych i krótkiej bluzy z tejże materii. Kamizelki nie miał, a zamiast niej nosił pomiętą i brudną koszulę, której kołnierz, nie przytrzymywany chustką, był szeroko otwarty i ukazywał nagie, spalone od słońca ciało. Dookoła bioder owinął czerwony szal, spoza którego wyglądała rękojeść noża i głownie dwu pistoletów. Obok leżał prawie nowy karabin i torba skórzana, zaopatrzona w dwa rzemienie, przy których pomocy nosił ją na plecach.

Inni mężczyźni ubrani byli w podobny sposób, niestarannie i równie niechlujnie, ale za to także uzbrojeni po zęby. Nie było wśród nich ani jednego, który by na pierwszy rzut oka wzbudzał zaufanie. Grali namiętnie, a toczyli przy tym rozmowę tak niewybredną, że choć trochę porządniejszy człowiek nie zatrzymałby się przy nich ani na chwilę. W każdym razie łyknęli już niejednego drinka; twarze ich były rozgorączkowane nie tylko od słońca; także wódka roztaczała nad nimi swą władzę.

Kapitan opuścił mostek i udał się na tylny pokład sternika, aby mu udzielić kilku niezbędnych wskazówek.

– Co pan sądzi, kapitanie – spytał sternik – o tych drabach, którzy tam siedzą przy kościach? Zdaje mi się, że należą do tego rodzaju ludzi, których nie widzi się chętnie na pokładzie.

– Tak i ja myślę – odparł zapytany. – Podali się wprawdzie za harvesterów (żniwiarzy), udających się na Zachód, aby się nająć do pracy na farmach, ale nie chciałbym być tym, u którego pytaliby o pracę.

– Well, sir. Ja nawet uważam ich za rzeczywistych trampów. Może przynajmniej na pokładzie zachowają się spokojnie.

– Nie radziłbym im uprzykrzać się nam więcej, niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni! Mamy na pokładzie dosyć rąk, aby ich wszystkich wrzucić do starej, błogosławionej Arkansas. Zresztą, przygotujcie się do lądowania, bo w ciągu dziesięciu minut zobaczymy Lewisburg.

Kapitan wrócił na mostek, by wydać zwykłe przy lądowaniu rozkazy. Wkrótce ukazały się domy miasta, które okręt pozdrowił przeciągłym gwizdem syreny. Z przystani dano znak, że steamer ma zabrać ładunek i pasażerów. Podróżni, znajdujący się dotąd pod pokładem, wyszli, aby zażyć choć tej krótkiej przerwy w nudnej podróży.

Jednakże widok, jaki im się ukazał, nie był zbyt zajmujący. Lewisburg nie miał w owym czasie jeszcze tego znaczenia, co dzisiaj. W przystani stało tylko trochę gapiów, do zabrania leżało kilka pak i pakunków, a nowych pasażerów, którzy weszli na pokład, nie było więcej jak trzech.

Jednym z nich był biały o wysokiej i nadzwyczaj silnej postaci. Nosił tak gęstą i ciemną brodę, że widać było spoza niej tylko oczy, nos i górną część policzków. Na głowie miał starą czapkę bobrową, prawie całkowicie wyłysiałą i tak zdeformowaną, że określić jej dawny kształt było niemożliwością. Ubranie tego człowieka składało się ze spodni i bluzy z mocnego, szarego płótna. Za szerokim pasem tkwiły dwa rewolwery, nóż i kilka niezbędnych dla westmana drobiazgów; poza tym miał ciężką dubeltówkę, do której łożyska przywiązany był długi topór.

Kiedy zapłacił należność za przejazd, rozejrzał się badawczo po pokładzie. Porządnie odziani pasażerowie kajutowi zdawali się go nie obchodzić. Wzrok jego badał pozostałych, którzy wstali od gry, aby przyjrzeć się wchodzącym na pokład; lustrując każdego z osobna, ujrzał kornela; wtedy szybko odwrócił oczy, jak gdyby go zupełnie nie zauważył; podciągając jednak na mocne uda cholewy wysokich butów, mruczał cicho do siebie:

– Do diaska! Jeśli to nie jest czerwony Brinkley, to niech mnie uwędzą i pożrą razem z łupiną! Widać, nie zna mnie!

Ten, o którym myślał, zdziwił się również jego widokiem i zwrócił się cicho do swoich towarzyszy:

– Spójrzcie tylko na tego czarnego draba! Czy zna go który z was?

Na pytanie odpowiedziano przecząco.

– Hm, musiałem go już kiedyś widzieć, i to wśród okoliczności dla mnie nie bardzo przyjemnych. Plącze mi się jakieś niejasne wspomnienie o tym.

– To i on musiałby cię znać – odparł jeden. – Tymczasem spojrzał na nas, a na ciebie nie zwrócił uwagi.

– Hm! Może jeszcze wpadnę na to. Albo lepiej zapytam go o nazwisko. Wtedy będę wiedział, na jakim jestem świecie. Namówimy go na drinka.

– Jeśli tylko zechce!

– Nie? To byłoby haniebną obrazą, jak wiecie. Ten, komu odmówią drinka, ma w tym kraju prawo odpowiedzieć nożem lub rewolwerem, a jeśli zakłuje obrażającego, nie zatroszczy się o to ani pies z kulawą nogą.

– Ale czarny nie wygląda na to, aby go można było zmusić do tego, co mu nie będzie miłe.

– Pshaw! Załóżmy się!

– Dobrze! Zakład, zakład! – rozległo się wokoło. – Przegrywający płaci każdemu trzy szklanki.

– Zgadzam się! – oświadczył kornel.

– Ja też – odpowiedział drugi. – Ale musi być sposobność rewanżu. Trzy zakłady i trzy drinki.

– Z kim?

– Najpierw z czarnym, którego, jak utrzymujesz, znasz, ale nie wiesz, kim jest. Potem z jednym z tych dżentelmenów, którzy gapią się na brzeg. Weźmy tego wielkiego draba, który wygląda przy nich jak olbrzym między karłami. A wreszcie z tym czerwonym Indianinem, który przyszedł na pokład z synkiem. A może się go boisz?

Odpowiedzią był ogólny śmiech, a kornel odparł pogardliwie:

– Ja miałbym się bać tego czerwonego błazna? Pshaw! A może także tego olbrzyma, przeciw któremu mnie podszczuwasz? Do wszystkich diabłów! Ten człowiek musi być silny! Ale właśnie tacy giganci mają zwykle najmniej odwagi, a ten jest tak wyelegantowany, że z pewnością umie się obracać tylko w salonie, a nie wśród ludzi naszego pokroju. A więc przyjmuję zakład. Drink z trzech szklanek z każdym z nich. A teraz do dzieła!

Ostatnie trzy zdania wypowiedział tak głośno, że musieli go słyszeć wszyscy podróżni. Każdy Amerykanin i każdy westman zna znaczenie słowa drink, zwłaszcza gdy zostanie wypowiedziane tak głośno i groźnie, jak to tutaj miało miejsce. Dlatego oczy wszystkich zwróciły się na kornela. Widziano, że jest mocno pijany, tak jak i jego towarzysze, a mimo to nikt nie odchodził, ponieważ każdy oczekiwał ciekawej sceny.

Kornel kazał napełnić szklanki, wziął swoją do ręki, podszedł do czarnego i rzekł:

– Good day3, sir! Chciałbym wam ofiarować tę szklankę brandy. Uważam was naturalnie za dżentelmena, bo pijam tylko z ludźmi rzeczywiście szlachetnymi; spodziewam się, że wypróżnicie tę szklankę za moje zdrowie!

Broda zagadniętego zrazu rozszerzyła się, a potem ściągnęła, z czego można było wnosić, że przez twarz jego przebiegł uśmiech zadowolenia.

– Well – odpowiedział. – Nie jestem od tego; mogę uczynić wam tę przyjemność, ale chciałbym wiedzieć, kto mi wyświadcza ten nieoczekiwany zaszczyt.

– Zupełnie słusznie, sir! Powinno się wiedzieć, z kim się pije. Nazywam się Brinkley, kornel Brinkley, do usług. A wy?

– Moje nazwisko jest Grosser, Tomasz Grosser, jeśli nie macie nic przeciw temu. A więc za wasze zdrowie, kornelu!

Wypróżnił szklankę, przy czym wypili i inni, i zwrócił ją „pułkownikowi”. W poczuciu zwycięstwa Brinkley zmierzył swego rozmówcę lekceważącym spojrzeniem od stóp do głów i rzekł grubiańsko:

– Zdaje mi się, że to nazwisko niemieckie. Jesteście więc przeklętym dutchmanem, hę?

– Nie, Austriakiem, sir – odpowiedział Europejczyk w sposób bardzo uprzejmy, nie dając się wyprowadzić z równowagi. – Swego przeklętego dutchmana musicie skierować pod innym adresem; do mnie się nie stosuje. A więc dziękuję za drinka i żegnam!

Obrócił się energicznie na pięcie i odszedł szybko, mówiąc do siebie po cichu:

– A więc rzeczywiście Brinkley! I nazywa się teraz kornelem! Ten drab knuje coś niedobrego. Muszę mieć oczy otwarte.

Brinkley wygrał wprawdzie pierwszą część zakładu, lecz nie wyglądał przy tym na zwycięzcę; mina mu zrzedła. Spodziewał się, iż Grosser będzie się wzbraniał wypić i trzeba go będzie zmusić do tego groźbą; ten jednak okazał się mądrzejszy: wypił i uchylił się od zwady. Kornel był wściekły. Napełniwszy szklankę, podszedł do drugiej upatrzonej ofiary – Indianina.

Wraz z Grosserem weszło na pokład w Lewisburgu dwóch Indian. Jeden starszy, drugi młodszy, liczący może piętnaście lat. Uderzające podobieństwo ich twarzy kazało się domyślać, że są to ojciec i syn. Byli tak jednakowo ubrani i uzbrojeni, że syn wydawał się odmłodzonym portretem ojca.

Odzież ich składała się ze skórzanych legginów4, ozdobionych po bokach frędzlami, i żółtych mokasynów. Koszuli czy bluzy myśliwskiej widać nie było, gdyż ciało od ramion nosili okryte pstrymi i lśniącymi kocami zuni, z tego gatunku, które kosztują często ponad sześćdziesiąt dolarów za sztukę. Czarne włosy, gładko sczesane do tyłu, opadały na barki, nadając im kobiecego wyglądu. Pełne, okrągłe twarze miały nadzwyczaj dobroduszny wyraz, a powiększało go jeszcze i to, że policzki ich były pomalowane cynobrem na kolor jasnoczerwony. Flinty, które trzymali w rękach, wydawały się niewarte razem ani dolara; w ogóle wyglądali obaj zupełnie niegroźnie, a przy tym tak osobliwie, że jak wspomnieliśmy, wywołali śmiech wśród pijących. Usunęli się nieśmiało na bok, jakby bali się ludzi, i stali oparci o szeroką i długą skrzynię z masywnego drzewa wysokości człowieka.

Zdawało się, że na nic nie zwracają uwagi, i nawet kiedy kornel zbliżył się ku nim, nie podnieśli głów, aż stanął tuż obok i przemówił:

– Gorąco dziś! A może nie, wy czerwoni chłopcy? Na to dobrze robi napój. Weź to, stary, i wysyp na język!

Indianin nie poruszył się. Odpowiedział tylko łamaną angielszczyzną:

– Not to drink – nie pić.

– Co, nie chcesz?! – wrzasnął właściciel czerwonej brody. – To jest drink, zrozumiano? Drink! Odmowa jest dla każdego prawdziwego dżentelmena, jakim ja jestem, śmiertelną obrazą, na którą odpowiada się nożem. Jak się nazywasz?

– Nintropan-hauey – odparł zapytany spokojnie.

– Do jakiego szczepu należysz?

– Tonkawa.

– Więc do tych łagodnych czerwonych tchórzy, którzy obawiają się nawet kota? Zrozumiano? Nawet kota, choćby to był taki sobie malutki kotek! Z tobą nie będę robił żadnych ceregieli. A więc chcesz pić?

– Ja nie pić woda ognista.

Powiedział to, mimo groźby kornela, równie spokojnie jak przedtem. Ten jednak zamachnął się i wymierzył mu głośny policzek.

– Tu masz nagrodę, czerwony tchórzu! – zawołał. – Nie będę się inaczej mścił, bo taka kanalia stoi dla mnie zbyt nisko.

Zaledwie cios został wymierzony, młody Indianin sięgnął ręką pod koc, z pewnością po broń, a równocześnie spojrzenie jego pobiegło ku twarzy ojca.

Czerwonoskóry zmienił się nie do poznania. Zdawało się, że urósł; oczy mu zabłysły, a przez twarz przebiegł nagle żywy płomień. Lecz równie prędko opadły jego powieki i postać skurczyła się, a twarz przybrała poprzedni wyraz pokory.

– No, cóż na to odpowiesz? – zapytał kornel szyderczo.

– Nintropan-hauey dziękować.

– Czy policzek tak ci przypadł do smaku, że mi za niego dziękujesz? Dobrze, masz jeszcze jeden!

Zamierzył się, lecz ponieważ Indianin błyskawicznie pochylił głowę, uderzył ręką o skrzynię, o którą tamten się opierał; ta wydała głośny, pusty dźwięk. Nagle w środku dało się słyszeć krótkie, ostre mruczenie i parskanie, które prędko przeszło w dziki i straszliwy krzyk, po którym nastąpił tak ogłuszający ryk, iż zdawało się, że okręt drży od tych przeraźliwych dźwięków.

Kornel odskoczył o kilka kroków, wypuścił szklankę i krzyknął przerażony:

– Wielkie nieba! Co to? Cóż to za bestia tkwi w tej skrzyni? Ze strachu można umrzeć!

Strach ogarnął także innych podróżnych i tylko czterech z nich ani nie mrugnęło powieką: czarnobrody, siedzący teraz na przodzie, ów olbrzym, którego Brinkley chciał zaprosić na trzeciego drinka, i obaj Indianie. Te cztery osoby musiały mieć wielką moc panowania nad sobą, osiągniętą długim ćwiczeniem.

Ryk usłyszano także w kajutach i wiele pań zjawiło się na pokładzie wśród strasznego krzyku.

– To nic, ladies and messurs! – zawołał bardzo przyzwoicie odziany pan, który właśnie wyszedł ze swej kabiny. – To tylko panterka, malutka panterka, więcej nic! Bardzo miła Felis panthera, tylko czarna, messurs!

– Co? Czarna pantera! – krzyknął mały człowieczek w okularach, po których widać było, że znał dzikie zwierzęta jedynie z książek zoologicznych. – Czarna pantera jest prawie najniebezpieczniejszym ze wszystkich bydląt, a jest większa i dłuższa od lwa i tygrysa! I morduje z czystej żądzy krwi, a nie tylko z głodu. W jakim ona wieku?

– Ma tylko trzy lata, sir, nie więcej!

– Tylko? I to pan nazywasz „tylko”? To przecież zupełnie dojrzała pantera! Mój Boże! I taka bestia znajduje się na pokładzie! Któż zechce za to odpowiadać?

– Ja, sir, ja – odpowiedział elegancki pan, kłaniając się damom i mężczyznom. – Pozwólcie mi, my ladies and gentlemen, przedstawić się. Jestem Jonatan Boyler, właściciel słynnej menażerii, a przebywam od pewnego czasu z moją trupą w Van Bueren. Ponieważ ta czarna pantera nadeszła do mnie do Nowego Orleanu, udałem się tam z moim doświadczonym pogromcą zwierząt, aby ją odebrać. Kapitan tego dzielnego statku udzielił mi za wysokim wynagrodzeniem pozwolenia załadowania tego zwierzęcia, stawiając przy tym warunek, aby pasażerowie, o ile możności, nie dowiedzieli się, w jakim znajdują się towarzystwie. Dlatego karmiłem panterę tylko w nocy i dawałem jej zawsze całe cielę, aby się tak nażarła, by się ruszać nie mogła i cały dzień przespała. Ale jeżeli pięściami bić w skrzynię, to panterka musi się obudzić i wtedy daje się słyszeć także jej głos. Mam nadzieję, iż szanowne damy i panowie nie wezmą za złe pobytu na okręcie tej panterki, bo przecież nie czyni najmniejszej subiekcji.

– Co? – zawołał mały pan w okularach. – Nie czyni subiekcji? Nie brać za złe? Do wszystkich diabłów! Muszę przyznać, że z takim żądaniem nie zwracano się do mnie jeszcze nigdy! Ja mam przebywać na tym okręcie z czarną panterą? Niech mnie powieszą, jeśli to uczynię! Albo ona musi iść precz, albo pójdę ja. Wrzućcie tę bestię do wody! Albo wysadźcie klatkę na brzeg!

– Ależ, sir! Nie ma rzeczywiście żadnego niebezpieczeństwa – zapewnił właściciel menażerii. – Przypatrzcie się tej silnej skrzyni i…

– Ach, co tam skrzynia! – przerwał człowieczek. – Tę skrzynię potrafię ja rozbić, a cóż dopiero pantera!

– Proszę, pozwólcie mi wyjaśnić, że w skrzyni znajduje się właściwa klatka żelazna, której nawet dziesięć lwów czy panter nie mogłoby rozbić.

– Czy aby naprawdę? Pokażcie nam tę klatkę! Musimy wiedzieć, jak jest! – zawołało dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści głosów.

Właściciel menażerii był jankesem i pochwycił tę sposobność, aby ogólne żądanie obrócić na swą korzyść.

– Bardzo chętnie, bardzo chętnie… – odpowiedział. – Ale, my ladies and gentlemen, łatwo to zrozumieć, że nie można oglądać klatki, nie widząc pantery; na to nie mogę jednak pozwolić bez pewnego wynagrodzenia. Aby podnieść przyjemność tego rzadkiego widowiska, nakażę karmienie zwierzęcia. Urządzimy trzy miejsca: pierwsze za dolara, drugie za pięćdziesiąt, a trzecie za dwadzieścia pięć centów. Lecz ponieważ tu znajdują się jedynie dżentelmeni, więc jestem przekonany, że z góry możemy wykreślić drugie i trzecie miejsca. A może jest ktoś taki, kto chce zapłacić tylko pół, a nawet ćwierć dolara?

Nikt naturalnie nie odpowiedział.

– A więc tylko pierwsze miejsca. Proszę, my ladies and my lords, dolara od osoby!

Zdjął kapelusz i zbierał dolary, podczas gdy pogromca, którego przywołał, czynił przygotowania do przedstawienia.

Podróżni byli przeważnie jankesami i jako tacy oświadczyli, że zgadzają się zupełnie z tym obrotem sprawy. Jeśli przedtem większość z nich oburzało, że kapitan zezwolił na transport tak niebezpiecznego zwierzęcia na swym steamerze, to teraz wszystkich pogodziła okoliczność, że to właśnie przyniesie pożądaną rozrywkę w nudnym życiu na statku. Nawet mały uczony przemógł swą obawę i przyglądał się przygotowaniom z wielkim zaciekawieniem.

– Słuchajcie, chłopcy! – rzekł kornel do swych towarzyszy. – Jeden zakład wygrałem, drugi przegrałem, bo czerwony drab nie wypił. To się znosi. Trzeci zakład zrobimy nie o trzy szklanki brandy, lecz o dolara wstępu. Czy zgadzacie się?

Towarzysze naturalnie przyjęli tę propozycję, bo olbrzym nie wyglądał na takiego, który by dał sobie napędzić stracha.

– Dobrze – zawołał kornel, którego nadmiar alkoholu uczynił pewnym zwycięstwa – uważajcie, jak chętnie i prędko ten Goliat będzie pił ze mną!

Kazał napełnić szklankę i zbliżył się do wspomnianego. Kształty tego człowieka musiało się rzeczywiście uważać za olbrzymie. Był jeszcze wyższy i szerszy niż czarnobrody, który nazywał się Wielgusem (Gross – wielki), a liczył prawie lat czterdzieści. Jego gładko wygolona twarz była brunatna od słońca; piękne, męskie rysy miały śmiały zakrój, a siwe oczy ów szczególny, niedający się opisać wyraz, którym odznaczają się ludzie żyjący na wielkich płaszczyznach, gdzie horyzontu nic nie zacieśni, a więc marynarze, mieszkańcy pustyni i ludzie prerii. Nosił elegancki garnitur podróżny, a broni przy nim nie było widać. Obok stał kapitan, który zszedł z mostka, aby również przyjrzeć się przedstawieniu z panterą.

Teraz przystąpił do nich kornel, stanął szeroko rozkraczony przed swą domniemaną trzecią ofiarą i rzekł:

– Sir, proponuję wam drinka. Prawdopodobnie nie będziecie się wzdragać powiedzieć mi, jako prawdziwemu dżentelmenowi, kim jesteście.

Zagadnięty rzucił na niego zdziwione spojrzenie i odwrócił się, aby ciągnąć dalej rozmowę z kapitanem, przerwaną przez zuchwałego pijaka.

– Halo! – zawołał kornel. – Czyście ogłuchli, czy nie chcecie mnie słuchać? Tego drugiego bym nie radził, bo nie znam żartów, gdy mi kto odmówi drinka. Życzliwie radzę wam wziąć sobie przykład z Indianina.

Zaczepiony wzruszył lekko ramionami i zapytał kapitana:

– Czy pan słyszał, co ten chłopaczyna do mnie mówił?

– Yes, sir, każde słowo – przytaknął zapytany.

– Well, a więc jesteście świadkiem, że ja go nie przywołałem.

– Co?! – wrzasnął kornel. – Nazywacie mnie chłopaczyną? I drinka odmawiacie? Czy ma się wam przydarzyć to, co Indianinowi, któremu ja…

Więcej nie powiedział, bo w tej chwili otrzymał od olbrzyma tak siarczysty policzek, że padł na ziemię i przekoziołkował daleko. Leżał przez chwilę jak martwy, lecz zerwał się szybko, wyciągnął nóż i podniósłszy go do ciosu, rzucił się na olbrzyma.

Ten wsadził ręce do kieszeni od spodni i stał tak spokojnie, jakby mu nie groziło najmniejsze niebezpieczeństwo i jakby kornela zupełnie nie było.

– Psie! Mnie policzek? – zaryczał kornel. – To się płaci krwią, i to twoją!

Kapitan chciał interweniować, ale olbrzym wstrzymał go energicznym skinieniem głowy, a kiedy kornel zbliżył się do niego na dwa kroki, podniósł prawą nogę i przyjął go takim kopnięciem w brzuch, że uderzony padł po raz drugi i potoczył się po ziemi.

– A teraz dość, bo inaczej… – zawołał groźnie Goliat.

Lecz kornel zerwał się znowu, zasadził nóż za pas i rycząc z gniewu, wyciągnął jeden z pistoletów, kierując go ku przeciwnikowi; ten jednak wyjął prawą rękę z kieszeni, uzbrojoną w rewolwer.

– Precz z pistoletem! – zawołał, zwracając lufę swej małej broni ku prawej ręce napastnika.

Jeden – dwa – trzy cienkie, ale ostre trzaski… Kornel krzyknął i wypuścił pistolet.

– Tak, chłopcze – rzekł olbrzym. – Nieprędko będziesz znowu wymierzał policzki, gdy kto odmówi pić ze szklanki, w której przedtem umaczałeś swój ryj. A jeżeli chcesz jeszcze teraz wiedzieć, kim jestem, to…

– Do diabła z twoim nazwiskiem! – pienił się kornel. – Nie chcę go słyszeć! Ciebie jednak samego chcę i muszę dostać. Hej, na niego, chłopcy, go on!5

Teraz dopiero okazało się, że draby tworzyły prawdziwą zgraną bandę. Wyrwali noże zza pasów i rzucili się na olbrzyma; ten jednak wyciągnął nogę, podniósł ramiona i krzyknął:

– Chodźcie, jeśli macie odwagę zadzierać z Old Firehandem!

Dźwięk tego imienia wywołał natychmiastowy skutek; Brinkley, który chwycił znowu za nóż niezranioną lewą reką, zawołał przerażony:

– Old Firehand! Do wszystkich diabłów, kto by to pomyślał! Dlaczego nie powiedzieliście tego przedtem?

– Czy tylko nazwisko chroni dżentelmena przed waszym grubiaństwem? Zabierajcie się stąd, siadajcie spokojnie w kącie i nie pokazujcie mi się więcej na oczy, bo was wszystkich zdmuchnę!

– Well, pomówimy jeszcze potem!

Kornel odwrócił się i poszedł na przód okrętu; towarzysze powlekli się za nim jak obite psy. Usiadłszy na boku, zawiązali swemu przywódcy rękę, rozmawiając przy tym cicho a żywo i rzucając na sławnego myśliwego spojrzenia, które acz nie przyjazne, wskazywały, jak wielką mieli przed nim obawę.

Lecz nie tylko na nich wywarło to znane nazwisko wrażenie. Wśród pasażerów nie było z pewnością ani jednego, który by nie słyszał o tym odważnym człowieku, którego całe życie złożone było z najniebezpieczniejszych czynów i przygód. Kapitan uścisnął mu rękę i rzekł w najuprzejmiejszym tonie:

– Ależ, sir, powinienem był o tym wiedzieć! Byłbym wam odstąpił własną kajutę. Na Boga, toż to zaszczyt dla „Dogfisha”, że wasze stopy dotknęły jego desek. Dlaczego nazwaliście się inaczej?

– Powiedziałem wam moje prawdziwe nazwisko. Old Firehandem nazywają mnie westmani, bo ogień z mej strzelby, kierowany moją ręką, przynosi zawsze zgubę.

– Słyszałem, że nigdy nie chybiacie?

– Pshaw! Każdy dobry westman potrafi to tak samo jak ja. Ale widzicie, jaką korzyść daje znane nazwisko wojenne. Gdyby nie to, doszłoby z pewnością do walki.

– I wy musielibyście ulec przemocy.

– Tak sądzicie? – Po twarzy Old Firehanda przebiegł lekki uśmiech. – Skoro idzie o walkę na noże, nie obawiam się niczego; trzymałbym się z pewnością, aż nadeszliby wasi ludzie.

– Ci w każdym razie nie zawiedliby. Ale co mam teraz robić z tymi łotrami? Jestem panem i sędzią na okręcie. Czy mam ich zakuć w kajdany?

– Nie.

– A może mam ich wysadzić na brzeg?

– I to nie. Chyba nie chcecie po raz ostatni odbywać podróży na waszym steamerze?

– Ani myślę! Mam nadzieję, że jeszcze przez wiele lat będę pływał w dół i w górę starej Arkansas.

– Dobrze! A zatem strzeżcie się narazić na zemstę tych ludzi! Są w stanie zamelinować się gdzie bądź na brzegu i wypłatać wam figla, który kosztowałby was nie tylko statek, ale i życie.

Teraz dopiero Old Firehand spostrzegł czarnobrodego, który stał w pobliżu, utkwiwszy w myśliwym proszący wzrok.

Old Firehand przystąpił do niego i zapytał:

– Czy chcecie ze mną mówić, sir? Czy mogę wyświadczyć wam jaką przysługę?

– Bardzo wielką – odrzekł Austriak. – Pozwólcie mi uścisnąć waszą rękę, sir! To wszystko, o co was proszę. Potem zadowolony odejdę i nie będę się wam więcej naprzykrzał, tę zaś godzinę będę wspominał z radością przez całe życie.

Widać było po jego otwartym spojrzeniu i po tonie, że słowa te pochodziły rzeczywiście z serca. Old Firehand wyciągnął do niego rękę i zapytał:

– Czy daleko płyniecie?

– Tym okrętem? Tylko do portu Gibson, a potem dalej łódką. Obawiam się, że wy, nieustraszony, weźmiecie mnie za tchórza, ponieważ przedtem przyjąłem drinka od tego tak zwanego kornela.

– O, nie! Mogę was tylko pochwalić, że byliście tak rozważni. Chociaż, kiedy potem uderzył Indianina, postanowiłem dać mu ostrą nauczkę.

– Prawdopodobnie posłuży mu ona za przestrogę; jeśliście mu dokładnie przestrzelili palce, to skończył już swoją karierę jako westman. Nie wiem jednak, co myśleć o Indianinie, zachował się jak tchórz, a przecież ani drgnął, usłyszawszy ryk pantery. Nie wiem, co o tym sądzić.

– Więc ja wam pomogę. Czy znacie Indianina?

– Słyszałem, jak wymówił swe nazwisko, ale jest to słowo, na którym można sobie język połamać.

– Bo posługiwał się językiem ojczystym, zapewne aby kornel nie domyślił się, z kim ma do czynienia. Nazwisko jego brzmi Nintropan-hauey, a syn jego nazywa się Nintropan-homosz, to znaczy Wielki Niedźwiedź i Mały Niedźwiedź.

– Czy to możliwe? O tych dwu słyszałem w istocie już nieraz. Tonkawa się wyrodzili i tylko ci dwaj Nintropanowie odziedziczyli po przodkach zamiłowanie do wojny i snują się po górach i prerii.

– Tak, ci dwaj są dzielnymi ludźmi. Nie widzieliście, jak syn sięgnął pod koc po nóż czy tomahawk? Zobaczył, że twarz ojca pozostała nieporuszona, zaniechał dlatego natychmiastowej zemsty za tę obelgę. Mówię wam, tym Indianom wystarczy mgnienie oka tam, gdzie my, biali, potrzebujemy długiej mowy. Od tej chwili, gdy kornel uderzył starego w twarz, śmierć jego jest rzeczą postanowioną. Obaj Niedźwiedzie nie prędzej zejdą z jego tropu, aż go zdmuchną. Ale wymieniliście mu wasze nazwisko; jak słyszałem, jesteście Austriakiem. Jesteśmy więc krajanami.

– Jak to, sir? Wy pochodzicie z Austrii? – zapytał Wielgus zdziwiony.

– Tak. Moje właściwe nazwisko jest Winter. Ja także płynę tym okrętem dość daleko, więc będziemy mieli jeszcze nieraz sposobność porozmawiać. Czy jesteście na Zachodzie dopiero od niedawna?

– Nie – odrzekł brodacz skromnie. – Przebywam tu już nieco dłużej. Nazywam się Tomasz Grosser. Nazwisko rodowe się tu pomija, z Tomasza robi się Toma, a ponieważ noszę tak potężną czarną brodę, nazywają mnie Czarnym Tomem.

– Jak? Co? – zawołał Old Firehand. – Wy jesteście Czarnym Tomem, słynnym rafterem6?

– Tom się nazywam, rafterem jestem, a czy słynnym, w to wątpię. Ale, sir, kornel nie powinien słyszeć mojego nazwiska, gdyż mógłby mnie po nim poznać.

– A więc mieliście już z nim do czynienia?

– Trochę. Opowiem wam to przy okazji. Wy go nie znacie?

– Widziałem go dziś po raz pierwszy, jeśli jednak dłużej pozostanie na pokładzie, będę musiał mu się bacznie przyglądać. I was muszę także bliżej poznać. Jesteście człowiekiem, jakiego mi potrzeba. Jeśliście się już nie zaangażowali, mógłbym was wyzyskać.

– Tak – powiedział Tom, patrząc w zamyśleniu ku ziemi. – Ten zaszczyt przebywania z wami wart jest daleko więcej niż wszystko inne. Wprawdzie zawarłem umowę z innymi rafterami, a nawet obrali mnie swoim dowódcą, ale jeśli mi tylko dacie czas zawiadomić ich o tym, to umowę da się łatwo rozwiązać. Patrzcie! Zdaje mi się, że przedstawienie się zaczyna.

Właściciel menażerii przygotował z pak i skrzyń kilka rzędów siedzeń i teraz w pompatycznych słowach zapraszał publiczność do zajęcia miejsc. Tak się też stało, również załoga statku mogła przyglądać się widowisku, o ile nie była zajęta; tylko kornel nie zjawił się ze swymi ludźmi; stracił bowiem całą ochotę.

Obu Indian nie pytano o to, czy zechcą wziąć udział w przedstawieniu. Dwu czerwonoskórych obok pań i dżentelmenów, płacących po dolarze od osoby! Na taki zarzut nie chciał się narazić właściciel zwierzęcia. Stali więc z dala i zdawało się, że nie zwracają uwagi ani na klatkę, ani na widzów, ale ich bystrym ukradkowym spojrzeniom nie uszła nawet najmniejsza drobnostka.

Większość widzów, siedzących przed zamkniętą jeszcze skrzynią, nie miała należytego pojęcia o czarnej panterze. Drapieżniki z rodziny kotów, żyjące w Nowym Świecie, są znacznie mniejsze i mniej groźne niż koty Starego Świata. Gaucho7 na przykład chwyta jaguara, którego nazywają tygrysem amerykańskim, na lasso i ciągnie za sobą. Na to nie odważyłby się z królewskim tygrysem bengalskim. A lew amerykański, puma, ucieka przed człowiekiem, nawet głodem dręczony. Toteż większość widzów spodziewała się, że zobaczy wcale niestrasznego rabusia, wysokiego co najwyżej na pół metra. Jakże się zdziwili, kiedy usunięto przednią ścianę skrzyni i ujrzeli panterę.

Od Nowego Orleanu leżała ona w ciemności, bo skrzynię otwierano tylko w nocy; teraz więc po raz pierwszy zobaczyła znowu światło dzienne, które ją oślepiło. Zamknęła oczy i leżała dalej wyciągnięta; potem mrugnęła lekko powiekami, przy czym dostrzegła siedzących dokoła ludzi.

W mgnieniu oka zerwała się i wydała ryk, który wywarł takie wrażenie, że większość widzów zerwała się do ucieczki.

Tak, był to wyrośnięty, wspaniały egzemplarz, wysoki z pewnością na metr, a na dwa długi. Pantera, szczerząc straszliwe zębiska, chwyciła przednimi łapami pręty żelaznej klatki i tak nimi potrząsała, że aż skrzynia się poruszyła.

– My ladies and gentlemen! – powiedział właściciel menażerii tonem objaśnienia. – Czarna odmiana pantery zamieszkuje wyspy Sunda, ale te zwierzęta są małe. Prawdziwa czarna pantera, która jednak jest rzadkością, pochodzi z Afryki Północnej – na granicy Sahary. Jest ona równie silna, a znacznie niebezpieczniejsza od lwa i jest w stanie unieść w swej paszczy dużego wołu. Co potrafią jej zęby, zaraz zobaczycie, bo zaczyna się karmienie.

Pogromca przyniósł pół owcy i położył przed klatką. Pantera, czując mięso, zachowywała się jak wściekła: rzucała się, parskała i ryczała tak, że bojaźliwsi z widzów cofnęli się jeszcze dalej.

Zajęty przy maszynie Murzyn nie mógł oprzeć się ciekawości i wśliznął się między patrzących, ale kapitan, zobaczywszy to, kazał mu natychmiast wracać do pracy. Jednak czarny nie posłuchał zaraz; kapitan pochwycił linę i wymierzył mu kilka uderzeń. Skarcony cofnął się szybko, a stanąwszy w otworze prowadzącym do maszynowni zrobił pod adresem kapitana kilka groźnych grymasów i pogroził mu pięścią. Ponieważ jednak widzowie patrzyli tylko na panterę, nie zauważyli tego, ale spostrzegł to kornel i rzekł do towarzyszy:

– Ten smoluch nie wydaje się żywić dla kapitana przyjaznych uczuć! Musimy się nim zająć. Kilka dolarów sprawia u Murzynów cuda.

Tymczasem pogromca wsunął mięso między pręty klatki, spojrzał badawczo na widzów i powiedział kilka słów po cichu do swego pana, który potrząsnął z powątpiewaniem głową. Tamten jednak tłumaczył mu coś dalej i zdawało się, że rozproszył jego obawy, bo właściciel menażerii skinął wreszcie głową i oświadczył głośno:

– My ladies and messurs! Mówię wam, macie ogromne szczęście! Ułaskawionej czarnej pantery nie widziano jeszcze nigdy, przynajmniej tu w Stanach. W czasie trzytygodniowego pobytu w Nowym Orleanie mój pogromca wziął panterę do swej szkoły i teraz oświadcza, że po raz pierwszy wejdzie publicznie do klatki i usiądzie obok zwierzęcia, jeśli mu przyrzekniecie odpowiednie wynagrodzenie.

Pantera rzuciła się na swe żarcie, a jej zęby miażdżyły kości jak papier; zdawało się, że nic poza tym jej nie obchodzi, toteż można było mniemać, że wejście właśnie teraz do klatki nie będzie połączone ze zbytnim niebezpieczeństwem.

Nie kto inny, jak mały uczony, poprzednio tak bojaźliwy, odpowiedział entuzjastycznie:

– To byłoby wspaniałe, sir! Czyn brawurowy, za który warto coś zapłacić. Ile ten człowiek chce?

– Sto dolarów, sir. Niebezpieczeństwo, na jakie się naraża, jest niemałe, bo nie jest jeszcze zupełnie pewny zwierzęcia.

– Dobrze! Nie jestem wprawdzie bogaty, ale pięć dolarów ofiaruję. Messurs, kto jeszcze?

Zgłosiło się tylu chętnych, że potrzebna suma szybko się zebrała. Widowisko należało w pełni wykorzystać. Nawet kapitan dał się opanować gorączce i zaproponował zakład.

– Sir! – ostrzegł go Old Firehand. – Nie popełniajcie głupstwa! Proszę was, nie pozwalajcie na to! Właśnie ponieważ ten człowiek nie jest jeszcze zupełnie pewny swego zwierzęcia, macie obowiązek zabronić przedstawienia.

– Zabronić? – zaśmiał się kapitan. – Pshaw! Czy jestem może niańką pogromcy? Tu w tym błogosławionym kraju każdy ma prawo wystawiać swoją skórę na sprzedaż według własnego upodobania. Jeśli go pantera rozszarpie, no to rzecz jego i pantery, a nie moja. A więc, dżentelmeni! Twierdzę, że ten człowiek nie wyjdzie bez szwanku, jeśli wejdzie do klatki, i stawiam zakład o sto dolarów! Kto się zakłada? Dziesięć procent wygranej otrzyma pogromca!

Ten przykład zelektryzował ludzi; zawarto zakłady o wcale znaczne sumy i okazało się, że pogromcy, jeśli szalony zamiar się uda, przyniesie około trzystu dolarów.

Nie było powiedziane, czy pogromca ma być uzbrojony, toteż przyniósł „zabijak”, bicz, którego rękojeść zawierała kulę eksplodującą; gdyby zwierzę rzuciło się na niego, wystarczyło silnego uderzenia, aby panterę zabić w jednej chwili.

– Ja nie dowierzam nawet zabijakowi – odezwał się Old Firehand do Czarnego Toma. – Fajerwerk byłby daleko lepszy, bo odstraszyłby zwierzę, nie zabijając go.

Tymczasem pogromca wygłosił do publiczności krótkie przemówienie, podszedł do klatki i odsunąwszy ciężką zasuwę, usunął na bok wąską kratę, która otworzyła drzwi, mające niecałe pięć stóp wysokości. By wejść do środka, musiał się schylić i przy tym kratę przytrzymać rękami, a potem, będąc już w klatce, zamknąć ją za sobą; dlatego wziął zabijak w zęby, przez co stawał się zupełnie bezbronny, chociaż tylko na jedną chwilę. Wprawdzie był nieraz w klatce, ale wśród zupełnie innych okoliczności. Wówczas pantera nie przebywała całymi dniami w ciemności i nie było w pobliżu tylu ludzi, a także nie płoszyły jej stukanie maszyny, szum i łoskot kół. Tych wszystkich okoliczności nie wziął pod uwagę ani właściciel menażerii, ani pogromca, a skutki okazały się natychmiastowe.

Kiedy pantera usłyszała szelest kraty, odwróciła się. Właśnie w tej chwili pogromca, schyliwszy się, wsadził do klatki głowę. Prawie jak myśl szybkie poruszenie zwierza, błyskawiczne drgnięcie i głowa, z której wypadł zabijak, znalazła się w paszczy pantery i… jedno pociśnięcie zmiażdżyło ją na miazgę.

Krzyku, jaki się w tej chwili podniósł przed klatką, nie da się wprost opisać. Wszyscy zerwali się w dzikiej panice do ucieczki. Tylko trzy osoby pozostały na miejscu: właściciel menażerii, Old Firehand i Czarny Tom. Pierwszy usiłował zasunąć drzwi klatki, ale to było niemożliwe, bo ciało nieszczęsnego pogromcy leżało częściowo w środku, a częściowo na zewnątrz; właściciel menażerii chciał trupa chwycić za nogi i wyciągnąć.

– Na miłość boską, tylko nie to! – zawołał Old Firehand. – Pantera wyjdzie za nim. Wepchnijcie ciało zupełnie do wnętrza, przecież to już tylko trup, a wtedy drzwi dadzą się zamknąć.

Pantera leżała przed trupem pozbawionym głowy; rozwarta, skrwawiona paszcza, w której tkwiły potrzaskane kości, zwracała błyszczące oczy na swego pana; zdawało się, że odgaduje jego zamiar, bo ryknęła gniewnie i poczołgała się wzdłuż trupa, przytrzymując go ciężarem ciała. Głowa jej była zaledwie o kilka cali od otworu.

– Precz, precz! Wychodzić! – wykrzyknął Old Firehand. – Tom, wasz karabin! Wasz karabin! Rewolwer tylko powiększy nieszczęście!

Od chwili kiedy pogromca wszedł do klatki, upłynęło zaledwie kilkanaście sekund. Cały statek tworzył mieszaninę uciekających i krzyczących z trwogi, a drzwi do kajut i pod pokład zostały zupełnie zapchane. Uciekający schylali się poza beczki i paki i znowu biegli dalej, nie czując się nigdzie bezpieczni.

Kapitan rzucił się ku swemu mostkowi i wskoczył nań, przesadzając po trzy, cztery schody naraz. Za nim szedł Old Firehand; właściciel menażerii schronił się za tylną ścianą klatki, a Czarny Tom pobiegł po swój karabin. Po drodze jednak, przypomniawszy sobie, że przywiązał do niego topór, a więc nie będzie go mógł natychmiast użyć, wyrwał starszemu Indianinowi strzelbę z ręki.

– Sam strzelać! – rzekł ten, wyciągając rękę ku broni.

– Puść! – krzyknął rozkazująco brodacz. – Ja strzelam w każdym razie lepiej niż ty!

Odwrócił się ku klatce, którą pantera teraz opuściła: podniósłszy głowę do góry, ryknęła. Czarny Tom złożył się i strzelił. Strzał zagrzmiał, ale kula chybiła; wyrwał więc spiesznie młodszemu Indianinowi strzelbę i wypalił z niej ku zwierzęciu – z tym samym skutkiem.

– Źle strzelać. Karabin nie znać – rzekł stary Niedźwiedź tak spokojnie, jakby siedział bezpiecznie w swym wigwamie przy pieczeni.

Austriak, nie zważając na te słowa, odrzucił strzelbę i pobiegł ku przodowi, gdzie leżała broń ludzi kornela. Ci dżentelmeni nie mieli bynajmniej ochoty podjąć walki ze zwierzem, lecz czym prędzej się pochowali.

Nagle w pobliżu mostka kapitańskiego rozległ się straszny krzyk. Pewna kobieta chciała się tam schronić, kiedy ujrzała ją pantera i, przysiadłszy, skoczyła w długich, dalekich rzutach ku niej. Kobieta znajdowała się jeszcze u dołu, gdy Old Firehand stał na piątym lub szóstym stopniu; w mgnieniu oka pochwycił ją, przyciągnął ku sobie i podniósł silnymi ramionami w górę, gdzie odebrał ją kapitan. Było to dziełem dwu sekund. Pantera znalazła się teraz przy mostku, a oparłszy przednie łapy na jednym ze stopni, już kurczyła się, by skoczyć na Old Firehanda, gdy ten wymierzył jej potężne kopnięcie w nos i strzelił pozostałymi trzema kulami rewolweru w głowę.

Ten sposób obrony był właściwie śmieszny; kopnięciem i kilku kulkami rewolwerowymi, nie większymi od grochu, nie odstraszy się czarnej pantery, ale Old Firehand nie miał pod ręką skuteczniejszej broni; był przekonany, że zwierzę pochwyci go teraz, lecz stało się inaczej; pantera, pozostając w postawie wyprostowanej na schodach, odwróciła powoli głowę, jakby się rozmyśliła. Czyżby kula, która mogła na milimetr przebić się przez twardą czaszkę, wystrzelona z takiej bliskości, przyprawiła panterę o pewnego rodzaju otumanienie? A może kopnięcie, wymierzone w jej czuły nos, było zbyt bolesne? Dość na tym, że nie zwróciła więcej oczu na Old Firehanda, lecz na pokład przedni, gdzie stała trzynastoletnia może dziewczynka bez ruchu, jakby odurzona strachem, wyciągając obie ręce ku mostkowi. Była to córka owej kobiety, którą Old Firehand uratował przed panterą. Dziecko samo uciekało, gdy zobaczywszy matkę w niebezpieczeństwie, osłupiało w przerażeniu, a jasna, z dala widoczna sukienka wpadła w oczy zwierza. Pantera zdjęła łapy ze schodów, obróciła się i w długich na sześć do ośmiu łokci skokach rzuciła się na dziewczynkę.

– Moje dziecko, moje dziecko! – rozpaczała matka.

Wszyscy, widząc to, krzyczeli, lecz nikt nie mógł pomóc. Nikt? Przecież znalazł się jeden, i to ten, któremu najmniej przypisywano by odwagi i przytomności umysłu: młody Indianin.

Stał z ojcem w oddaleniu może dziesięciu kroków od dziewczynki, kiedy spostrzegł straszne niebezpieczeństwo; błysnął oczyma i spojrzał na prawo i lewo, jakby szukając drogi ratunku; potem zrzucił koc z ramion, a krzyknąwszy na ojca w języku Tonkawa: Tiakaifaf; szai szoyana! – „Pozostań; będę pływał!” – skoczył w dwu susach ku dziewczynce, chwycił ją wpół, rzucił się z nią ku relingowi i stanął za nim. Tam zatrzymał się na chwilę, aby się obejrzeć. Pantera była poza nim i właśnie gotowała się do ostatniego skoku. Indianin rzucił się z poręczy w rzekę, nabierając rozpędu w bok, aby w wodzie nie znaleźć się obok zwierzęcia. Woda zakryła go wraz z dziewczynką; w tej chwili pantera, której siła skoku była ogromna, skoczyła na poręcz i runęła w rzekę.

– Stop, stop, na miejscu! – zakomenderował przytomny kapitan przez tubę do hali maszyn.

Dano kontraparę, steamer zatrzymał się i stanął spokojnie, bo koła nabierały tyle wody, ile było potrzeba, aby uniknąć cofania się.

Ponieważ niebezpieczeństwo dla podróżnych minęło, wszyscy wybiegli pospiesznie ze swych kryjówek ku burcie. Matka dziecka wpadła w omdlenie, a ojciec krzyczał przeraźliwie:

– Tysiąc dolarów za uratowanie mej córki! Dwa, trzy, pięć tysięcy dolarów.

Nikt go jednak nie słuchał: wszyscy pochylili się nad burtą, patrząc w rzekę, gdzie pantera, będąca znakomitym pływakiem, leżała w wodzie z szeroko rozłożonymi łapami i rozglądała się za łupem – nadaremnie.

– Utonęli, dostali się pod koło! – biadał ojciec, wyrywając sobie włosy.

Nagle rozległ się po drugiej stronie statku ostry głos starego Indianina:

– Nintropan-homosz być mądry; przypłynąć pod okrętem, żeby pantera nie zobaczyć. Tu być w dole!

Podróżni tłoczyli się ku sterowi, a kapitan rozkazał rzucić liny. Rzeczywiście, w dole, tuż przy ścianie okrętu płynął na wznak, aby go nie uniosły fale, młody Niedźwiedź, podtrzymując nieprzytomną dziewczynkę. Liny prędko znalazły się pod ręką i zrzucono je; chłopiec jedną przywiązał dziewczynkę pod ramiona, a sam wdrapał się zwinnie po drugiej na pokład.

Przyjęto go burzliwie i radośnie, lecz on odszedł dumnie, nie rzekłszy ani słowa. Kiedy jednak przechodził koło kornela, który również się przypatrywał, stanął przed nim i odezwał się tak głośno, aby każdy musiał go usłyszeć:

– No, czy Tonkawa obawia się małego wściekłego kota? Kornel uciekł wraz z dwudziestu bohaterami, a Tonkawa skierował wielkiego potwora na siebie, aby uratować dziewczynkę i pasażerów. Kornel wnet jeszcze więcej usłyszeć od Tonkawa!

Uratowaną wyciągnięto i zaniesiono do kajuty. Wtem sternik wskazał ręką ku przodowi okrętu i zawołał:

– Patrzcie na panterę! Patrzcie, tratwa!

Teraz skoczyli wszyscy ku wskazanej stronie, gdzie oczekiwało ich nowe, nie mniej emocjonujące widowisko. Nie spostrzeżono przedtem małej tratewki, zbudowanej z chrustu i sitowia, na której siedziały dwie osoby, chcąc z prawego brzegu rzeki dostać się do steamera; robiły one wiosłami, sporządzonymi byle jak z gałęzi. Jedną z tych osób był chłopiec, drugą, jak się zdawało, kobieta ubrana bardzo osobliwie. Zobaczono nakrycie głowy podobne do starego czepka; pod nim widać było pełną rumianą twarz z małymi oczkami. Reszta postaci tkwiła w szerokim worku czy czymś podobnym, fasonu czego i kroju nie można było określić, bo osoba ta siedziała.

Czarny Tom zapytał Old Firehanda:

– Sir, znacie tę kobietę?

– Nie. A czy powinienem ją znać?

– Tak sądzę. Nie jest to mianowicie kobieta, lecz mężczyzna – myśliwy preriowy i zastawiacz sideł. A tam płynie pantera. Zobaczycie teraz, czego potrafi dokonać kobieta, która jest mężczyzną.

Potem pochylił się przez poręcz i krzyknął:

– Hola! Ciotko Droll, baczność! To bydlę ma na was chrapkę!

Tratwa była oddalona od steamera o jakieś pięćdziesiąt kroków. Pantera, szukając swych ofiar, jeszcze ciągle pływała obok okrętu; teraz zobaczyła tratwę i skierowała się ku niej. Domniemana kobieta znajdująca się na tratwie spojrzała na pokład, a poznawszy tego, który ku niej wołał, odpowiedziała wysokim falsetem:

– Co za traf, czy to wy, Tom? Bardzo się cieszę, że was tu widzę, jeśli to potrzebne! Co to za zwierzę?

– Czarna pantera, która zeskoczyła z okrętu. Zejdźcie jej z drogi! Prędko, prędko!

– Oho! Ciotka Droll nie ucieka przed nikim, nawet przed panterą, obojętne – czarną, niebieską czy zieloną. Czy można to bydlę zastrzelić?

– Pytanie! Ale tego nie dokażecie! Należała do menażerii, a jest najniebezpieczniejszym na świecie drapieżcą. Uciekajcie na drugą stronę okrętu!

Śmieszna postać zdawała się znajdować przyjemność w zabawie ze ścigającą panterą; poruszała kruchym wiosłem prawdziwie po mistrzowsku i umiała ze zdumiewającą zręcznością omijać zwierzę. W czasie tego zawołała swym piskliwym głosem:

– Zaraz ci pokażę, stary Tomie, gdzie się strzela do takiej kreatury, jeśli to potrzebne!

– W oko! – odpowiedział Old Firehand.

– Well! Pozwólmy teraz temu szczurowi wodnemu zbliżyć się.

Po tych słowach przyciągnął wiosło i chwycił za strzelbę leżącą obok niego. Tratwa i pantera posunęły się szybko ku sobie. Drapieżca szeroko otwartymi, nieruchomymi oczyma patrzył na wroga, który przyłożywszy strzelbę do ramienia, zmierzył się i wypalił dwukrotnie. Odłożyć strzelbę, chwycić za wiosło i cofnąć tratwę – było dziełem jednej chwili. Pantera zniknęła, a tam, gdzie ją po raz pierwszy widziano, wir wskazywał na miejsce walki jej ze śmiercią; potem zobaczono, że wypłynęła znacznie niżej na powierzchnię bez ruchu i martwa; płynęła tak przez kilka sekund, po czym woda pociągnęła ją znowu w głąb.

– Mistrzowski strzał! – zawołał Tom z pokładu, a zachwyceni pasażerowie mu wtórowali.

– Były dwa strzały – odpowiedziała awanturnicza postać na rzece. – W każde oko jeden! Dokąd płynie ten steamer, jeśli to potrzebne?

– Tam, gdzie znajdzie dość wody – odparł kapitan.

– Chcemy się dostać na pokład i w tym celu zbudowaliśmy tę tratwę. Czy zechcecie nas przyjąć?

– Czy możecie zapłacić za jazdę, maam (madame – pani) czy też sir? Nie wiem rzeczywiście, czy mam was wyciągnąć na pokład jako mężczyznę, czy jako kobietę.

– Jako ciotkę, sir. Jestem mianowicie Ciotką Droll, zrozumiano, jeśli to potrzebne? A co się tyczy zapłaty, to zwykłem płacić dobrym złotem albo nawet nuggetami.

– To chodźcie na pokład!

Kiedy spuszczano drabinę sznurową, wszedł na pokład chłopiec, również uzbrojony w strzelbę. Po czym „Ciotka”, zarzuciwszy karabin na plecy, podniósł się, chwycił drabinę, odepchnął tratwę i z kocią zręcznością wdrapał się na pokład, gdzie go przyjęto niezmiernie zdziwionymi spojrzeniami.

„Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, pomimo, a raczej wskutek swych wolnomyślnych urządzeń, są krajem szczególnych chorób społecznych, które w państwie europejskim byłyby zupełnie niemożliwe”.

Znawca tamtejszych stosunków przyzna, że to twierdzenie współczesnego geografa ma swe uzasadnienie. Te choroby, o których mówi, można by podzielić na chroniczne i ostre. Do pierwszych należy zaliczyć przede wszystkim szukających wszędzie zwady próżniaków i awanturników, a potem przemytników, którzy grasują zwłaszcza wśród emigrantów. Przywary te są w Ameryce zakorzenione i, jak się zdaje, będą istniały przez niejeden jeszcze dziesiątek lat. Inaczej ma się sprawa z chorobą drugiego rodzaju, która prędzej się rozwija i krócej trwa. Tu należą bezprawne stosunki dalekiego Zachodu, wskutek których potworzyły się bandy rabusiów i morderców, a których może wytępić tylko master Lynch8 przez swe nieubłagane postępowanie. Dalej należy wspomnieć o kukluxklanistach, uprawiających swe rzemiosło w czasie wojny domowej, a także później. Do najgorszych jednak i najniebezpieczniejszych chorób należą trampi, jako przedstawiciele najordynarniejszego i najbrutalniejszego włóczęgostwa.

Kiedy przez pewien czas handel i życie znalazły się w ciężkim położeniu i stanęło tysiąc fabryk, a dziesiątki tysięcy robotników znalazły się bez żadnego zajęcia, bezrobotni udawali się na wędrówki, które kierowały się przede wszystkim w stronę zachodnią. Stany, leżące po tamtej stronie Missisipi, zostały przez nich formalnie zalane. Jednak wkrótce nastąpiła segregacja: uczciwsi wzięli się do byle jakiej pracy, nawet gdy zajęcie było mało płatne a wytężające; najmowali się po większej części na farmy do pomocy przy żniwach i stąd nazywano ich harvesterami, żniwiarzami. Natomiast elementy stroniące od pracy połączyły się w bandy żyjące z rabunku, mordu i pożogi; spadły one szybko na najniższy stopień zepsucia moralnego, a przewodzili im ludzie, ku którym wyciągała się groźnie ręka sprawiedliwości.

Ci trampi pojawiali się w większych skupiskach, czasem liczących do trzystu ludzi, a napadali nie tylko pojedyncze farmy, ale nawet małe miasteczka, aby je złupić doszczętnie; opanowywali koleje, terroryzowali urzędników i posługiwali się pociągami, aby przenosić się szybko w inne strony i tam popełniać nowe przestępstwa. To zło tak się rozpanoszyło, że w niektórych stanach gubernatorzy byli zmuszeni wzywać pomocy policji, by staczać z łotrami formalne bitwy.

Za takich trampów kapitan i sternik „Dogfisha” uważali kornela Brinkleya i jego towarzyszy. Banda liczyła około dwudziestu osób; była wobec tego za słaba, aby zadzierać z resztą pasażerów i załogą, jednak ostrożność nie była bynajmniej zbyteczna.

* * *

Kornel naturalnie zainteresował się ową cudaczną postacią, zbliżającą się do okrętu na kruchej tratwie, która tak wspaniale rozprawiła się z potężnym drapieżnikiem. Kiedy Tom wymienił owo szczególne nazwisko „Ciotka Droll”, kornel się śmiał; ale teraz, gdy obcy wszedł na pokład, ściągnęły mu się brwi i szepnął do swych ludzi:

– Ten łotr wcale nie jest tak śmieszny, za jakiego chce uchodzić. Mówię wam, musimy się mieć przed nim na baczności.

– Po cóż więc to przebranie? – zapytał któryś z nich.

– To nie jest wcale przebranie. Ten człowiek jest rzeczywiście oryginałem, a przy tym najniebezpieczniejszym, jaki może istnieć, detektywem.

– Pshaw! Ciotka Droll i detektyw! Ten osobnik może być, czym chcesz, ale detektywem nie jest; w to nigdy nie uwierzę.

– A mimo to nim jest. Słyszałem już o Ciotce Droll: ma być na pół zwariowanym stawiaczem sideł, który dzięki swej wesołości ze wszystkimi szczepami Indian jest na najlepszej stopie. Nie wiedziałem, że go znam. Zobaczywszy jednak teraz, poznałem go. Ten grubas jest detektywem, jak amen w pacierzu. Spotkałem go w górze Missouri w forcie Sully, gdzie wyłowił pewnego kamrata spośród naszego towarzystwa i wydał na stryczek; on sam jeden, a nas było przeszło czterdziestu.

– To niemożliwe! Mogliście mu przynajmniej wywiercić czterdzieści dziur w skórze!

– Nie, właśnie że nie mogliśmy. Droll działa więcej podstępem niż przemocą. Przypatrzcie się tylko tym oczkom, małym i chytrym jak u kreta! Nie ujdzie im nawet mrówka w najgęstszej trawie. Czepia się swej ofiary z największą i nieznoszącą żadnego oporu przyjaźnią i zatrzaskuje pułapkę, zanim możliwe jest nawet pomyśleć o zaskoczeniu.

– Czy zna ciebie?

– Chyba nie; wówczas nie mógł mi się przyjrzeć, a od tego spotkania upłynęło wiele czasu i ja bardzo się zmieniłem. Mimo to jestem zdania, że wskazane jest, abyśmy się zachowywali spokojnie i cicho, byle nie zwrócić na siebie jego uwagi. Sądzę, że możemy tu spłatać dobrego figla, a nie chciałbym, ażeby Droll stanął nam na drodze.

Wygląd Drolla, mimo słów kornela, budził raczej wesołość niż strach. Jego nakrycie głowy nie było ani kapeluszem, ani czapką czy czepkiem, choć można je było określić każdym z tych wyrazów. Składało się z pięciu różnego kształtu kawałków skóry: środkowy, leżący na czubku głowy, miał kształt miski odwróconej do góry dnem, tylny okrywał kark, a przedni czoło – miała to być pewnego rodzaju osłona czy kreza; czwarty i piąty kawałek tworzyły szerokie klapy zasłaniające uszy.

Kaftan nosił bardzo długi i nadzwyczaj szeroki, a złożony wyłącznie ze skórzanych łat, przyszytych jedna na drugiej; żadna nie była tego samego wieku i widziało się, że ponaszywano je stopniowo w różnych odstępach czasu. Z przodu brzegi tej bluzy opatrzone były rzemieniami, które, związane razem, zastępowały brakujące guziki. Ponieważ nadzwyczajna długość i szerokość tej niezwykłej garderoby utrudniała chodzenie, właściciel rozciął ją z tyłu od dołu do pasa, a obie poły obwiązał tak dokoła nóg, że tworzyły szerokie szarawary, co poruszenia Ciotki Droll czyniło wprost śmiesznymi. Te niby-spodnie sięgały do kostek, a skórzane trzewiki uzupełniały kostium od dołu. Rękawy bluzy były również niezwykle szerokie i za długie dla tego człowieka, toteż zeszył je z przodu, a dalej, ku tyłowi, umieścił dwa otwory, przez które wystawiał ręce. Tym sposobem rękawy tworzyły dwie zwisające kieszenie skórzane, w których mógł chować najrozmaitsze przedmioty.

Ta część ubioru nadawała figurze Ciotki Droll wygląd nieforemny, a poza tym pobudzało prawie do śmiechu pełne, czerwone i niezwykle przyjazne oblicze, którego oczka, zdawało się, nie umiały ani na sekundę spocząć, lecz znajdowały się w ustawicznym ruchu, tak że nic nie mogło ujść ich baczności.

W ręce trzymał dwururkę, która liczyła też bardzo szacowne lata. Czy miał poza tym jaką broń, tego się można było najwyżej domyślać, gdyż kaftan obejmował całą postać jak związany worek, kryjąc zapewne niejeden przedmiot.

Chłopiec, który towarzyszył temu oryginałowi, miał może lat szesnaście i był blondynem, silnie zbudowanym; spoglądał bardzo poważnie, a nawet dumnie, jak człowiek, który potrafi iść już własną drogą. Odzież jego składała się z kapelusza, koszuli myśliwskiej, spodni, pończoch i butów, a wszystko sporządzone było ze skóry. Oprócz strzelby miał jeszcze nóż i rewolwer.

Kiedy Ciotka Droll wstąpił na pokład, wyciągnął rękę do Czarnego Toma i zawołał swym cienkim falsetem:

– Witaj, stary Tomie! Co za niespodzianka! Wieki upłynęły doprawdy, odkąd się widzieliśmy. Skąd i dokąd się udajesz?

Przyjaciele uścisnęli sobie dłonie bardzo serdecznie i Tom odpowiedział:

– Od Missisipi w górę; chcę się dostać w głąb Kansas, gdzie moi rafterzy siedzą w lasach.

– Well, to wszystko w porządku. Ja także tam się udaję, a nawet jeszcze dalej; będziemy więc jakiś czas razem. Lecz przede wszystkim opłata za przejazd, sir. Co mamy zapłacić, mianowicie ja i ten mały mąż, jeśli to potrzebne?

Pytanie skierowane było do kapitana.

– To zależy od tego, jak daleko płyniecie i jakie chcecie miejsce – odpowiedział tamten.

– Miejsce? Ciotka Droll jeździ tylko pierwszym! A więc kajuta, sir. Jak daleko? Powiedzmy, tymczasem do portu Gibson, możemy przecież każdej chwili przydłużyć lassa. Bierzecie nuggety?

– Tak, bardzo chętnie.

– A jak tam z waszą wagą? Jesteście uczciwi?

To pytanie wyszło tak pociesznie, oba oczka mrugały przy tym tak osobliwie, że nie można go było brać za złe; mimo to kapitan zrobił obrażoną minę i mruknął:

– Nie próbujcie pytać po raz drugi, bo wyrzucę was w tej chwili poza burtę.

– Oho! Czy sądzicie, że Ciotkę Droll tak łatwo wsadzić do wody? Spróbujcie!

– No, no! – bronił się kapitan. – Wobec dam należy być grzecznym, a ponieważ jesteście ciotką, więc należycie do płci pięknej, przeto nie biorę waszego pytania tak poważnie. Zresztą z płaceniem się nie śpieszy!

– Nie, na kredyt nie biorę – ani na minutę – taka już moja zasada, jeśli to potrzebne.

– Well! Chodźmy więc do kasy!

Po tych słowach oddalili się, a pozostali wypowiadali swe uwagi na temat tego szczególnego człowieka.

Kapitan, który powrócił prędzej niż Droll, rzekł zdumiony:

– Messurs, żebyście widzieli te nuggety, och, te nuggety! – Sięgnął jedną ręką w rękaw, a kiedy ją wysunął, miał dłoń pełną ziarnek złota wielkości grochu, orzechów laskowych, a nawet jeszcze większych. – Ten człowiek musiał odkryć bonanzę i wypłukał ją!

Tymczasem Droll, zapłaciwszy w kasie za przejazd, rozejrzał się wokół i spostrzegł ludzi kornela. Poczłapał powoli ku przodowi okrętu i przyglądał się im. Spojrzenie jego zatrzymało się dłużej na kornelu, którego zagadnął:

– Przepraszam, sir, czyśmy się już kiedy nie widzieli?

– Ja przynajmniej nic o tym nie wiem – odparł zapytany.

– O, jestem pewny, żeśmy się już spotkali. Czy byliście może nad górną Missouri?

– Nie.

– A w porcie Sully także nie?

– Nawet go na oczy nie widziałem.

– Hm! Mogę się zapytać o wasze nazwisko?

– A to po co?

– Bo mi się podobacie, sir, a kiedy poczuję do kogoś życzliwość, to nie prędzej zaznam spokoju, aż dowiem się, jak się nazywa.

– Co się tego tyczy, to wy mi się także podobacie – odpowiedział kornel ostro – mimo to nie byłbym tak niegrzeczny, aby pytać was o nazwisko.

– Czemu? Ja tego nie uważam za niegrzeczność i zaraz odpowiedziałbym na wasze pytanie. Nie mam żadnego powodu kryć się ze swoim nazwiskiem. Tylko ten, kto nie ma zupełnie szczerych zamiarów, stara się przemilczeć, jak się nazywa.

– Czy to ma być obraza, sir?

– Ani mi to w głowie! Ja nie obrażam nigdy nikogo, jeśli to potrzebne! Adieu, sir, zachowajcie swe nazwisko dla siebie. Nie chcę go już słyszeć! – Odwrócił się i odszedł.

– To do mnie pił! – syknął rudy. – I ja muszę to znosić!

– Dlaczego? – zaśmiał się jeden z jego ludzi.

– Ja bym temu workowi odpowiedział pięścią.

– I źle byś na tym wyszedł!

– Pshaw! Ta żaba nie wygląda na bardzo silną!

– Ale człowieka, który pozwala czarnej panterze zbliżyć się do siebie na długość ręki, a potem strzela z tak zimną krwią, jakby miał przed sobą kurę preriową, nie można lekceważyć. Zresztą, idzie tu nie tylko o niego samego; zaraz miałbym przeciw sobie także tamtych, a musimy unikać wszelkiego hałasu.

Droll wrócił na tył okrętu; po drodze natknął się na obu Indian, którzy siedzieli na pace z tytoniem. Ci, ujrzawszy go, powstali. Droll zatrzymał się, potem zbliżył się szybko do nich i zawołał:

– Mira, el oso Viejo y el oso Moro! – Patrzcie! To stary Niedźwiedź i młody Niedźwiedź.

Wyrzekł to po hiszpańsku, a więc musiał wiedzieć, że obaj czerwonoskórzy słabo znają angielski, a mówią biegle i rozumieją po hiszpańsku.

– Que sorpresa, la Tia Droll! – Co za niespodzianka, Ciotka Droll! – odpowiedział stary Indianin.

– Co robicie tutaj na wschodzie i na tym statku? – pytał Droll, podając obu rękę.

– Byliśmy w Nowym Orleanie i wracamy do domu. Upłynęło wiele księżyców, odkąd nie widzieliśmy twarzy Ciotki Droll.

– Ten młody Niedźwiedź stał się tymczasem dwa razy większy, niż był wtedy. Czy moi czerwoni bracia żyją z sąsiadami w pokoju?

– Zakopali topór wojenny w ziemi i pragną, by nie musieli go wydobywać.

– Kiedy wrócicie do swoich?

– Tego nie wiemy. Wielki Niedźwiedź nie może wrócić do domu, dopóki nie utopi swego noża we krwi tego, który go obraził.

– Kto to taki?

– Ten biały pies tam, z rudymi włosami. Uderzył Wielkiego Niedźwiedzia ręką w twarz.

– Do wszystkich diabłów! Czy ten drab nie jest przy zdrowych zmysłach? Musi przecież wiedzieć, co to znaczy – podnieść rękę na Indianina, i to na starego Niedźwiedzia!

– On nie wie, kim jestem. Powiedziałem mu swoje nazwisko w języku mego ludu i proszę mojego białego brata zachować je w tajemnicy.

– Nie obawiaj się! Ale pójdę teraz do tamtych białych; chciałbym z nimi pomówić; przyjdę jednak jeszcze potem do was.

Oddalił się ku rufie okrętu. Tam wyszedł właśnie z kajuty ojciec uratowanej dziewczynki i oznajmił, że córka jego obudziła się z omdlenia i czuje się stosunkowo dobrze; potrzebuje tylko spokoju, aby zupełnie przyjść do siebie. Potem pospieszył do Indian, aby odważnemu chłopcu podziękować za ten dzielny czyn.

Droll słyszał jego słowa i zapytał się, co zaszło. Kiedy Tom opowiedział przygodę, rzekł:

– Tak, tego spodziewałem się po tym chłopcu; nie jest już dzieckiem, ale zupełnie dojrzałym mężczyzną.

– Czy znacie małego i jego ojca? Widzieliśmy, że rozmawialiście z nimi.

– Spotkaliśmy się kilka razy.

– Spotkali? On nazwał się Tonkawa, a ten prawie wymarły szczep nigdy się nie włóczy, lecz siedzi w swych nędznych rezerwatach (przestrzenie nadane przez rząd Stanów Zjednoczonych Indianom) w dolinie Rio Grandę.

– Wielki Niedźwiedź nie stał się człowiekiem osiadłym, lecz pozostał wierny zwyczajom swoich przodków. Przebiega kraj wzdłuż i wszerz, podobnie jak wódz Apaczów Winnetou, a swą siedzibę otacza tajemnicą. Mówi wprawdzie czasem o „swoich”, ale kim, czym i gdzie przebywają – nie mogłem się dowiedzieć. I teraz chciał się udać do nich, ale zatrzymuje go zemsta, jaką chce wywrzeć na kornelu.

– Czy mówił o tym?

– Tak; nie spocznie prędzej, aż jej dokona. Kornel w moich oczach jest człowiekiem straconym.

– Tak i ja mówiłem – powiedział Old Firehand.

– O ile znam Indian, Niedźwiedź ścierpiał policzek nie z tchórzostwa!

– Tak? – zapytał Droll, spoglądając na olbrzyma. – Wy poznaliście także Indian, jeśli to potrzebne? Nie wyglądacie mi na to, chociaż wydajecie się prawdziwym Goliatem. Myślę, że nadajecie się więcej do salonu niż na prerię.

– O biada, Ciotko! – zaśmiał się Tom. – Toż dopiero paskudnie spudłowaliście! Zgadnijcie, kim jest ten sir?

– Ani mi w głowie! Bądźcie raczej tak dobrzy i powiedzcie mi sami.

– Nie. Tak łatwo wam nie pójdzie. Ciotko! Ten sir należy do naszych najsławniejszych westmanów.

– Tak? Nie do sławnych, tylko do najsławniejszych?

– Tak!

– Tego gatunku ludzi jest, moim zdaniem, tylko dwu. – Tu zrobił pauzę, przymknął jedno oko, a drugim mrugnął ku Old Firehandowi, zaśmiał się krótko, co zabrzmiało, jakby „chi, chi, chi!” wydobyte na klarnecie, a potem mówił dalej: – Tymi dwoma są mianowicie Old Shatterhand i Old Firehand. Ponieważ pierwszego znam, jeśli to potrzebne, przeto ten sir nie może być nikim innym, jak Old Firehandem. Zgadłem?

– Tak, jestem nim – przyznał wymieniony.

– Na Boga! – Droll cofnął się o dwa kroki i patrzył nań szeroko otwartymi oczami. – To wy rzeczywiście? Postać macie zupełnie taką, jak opisują, ale – a może tylko żartujecie?

– No, czy to żart? – zapytał Old Firehand i chwyciwszy Drolla prawą ręką za kołnierz bluzy, podniósł go w górę, okręcił trzy razy dookoła siebie i postawił potem na pobliskiej skrzyni.

Twarz Drolla stała się ciemnoczerwona; spróbował nabrać oddechu i zawołał w przerywanych, krótkich zdaniach:

– Rany boskie, sir! Czy uważacie mnie za perpendykuł, czy za chorągiewkę na dachu? Czy jestem na to stworzony, by tańczyć wokół was w powietrzu? Prawdziwe szczęście, że mój sleeping-gown9 jest z mocnej skóry, inaczej by pękł i wrzucilibyście mnie do rzeki! Ale próba była dobra, sir! Widzę, że jesteście Old Firehandem. Muszę w to uwierzyć, już choćby z tego powodu, że gotowiście inaczej jeszcze raz na mnie pokazać tym dżentelmenom obrót księżyca dookoła ziemi. Często, gdy o was była mowa, myślałem, jak się będę cieszył, gdy was kiedy ujrzę. Tu jest moja ręka i nie odtrącajcie jej!

– Odtrącać? Ja rękę podaję chętnie każdemu dzielnemu człowiekowi, tym chętniej więc temu, który się nam zarekomendował tak wybitnym czynem.

– Zarekomendował? Jak to?

– Żeście zastrzelili czarną panterę.

– Ach, tak! To nie był czyn, nad którym warto się rozwodzić. To zwierzę nie całkiem dobrze czuło się w wodzie. Więc mu pomogłem.

– To było mądrze z waszej strony! Pantera nie obawia się wody, a ponieważ jest doskonałym pływakiem, byłaby dostała się do brzegu bez żadnego wysiłku. Co by to była za katastrofa, gdyby się jej udało! Uratowaliście w każdym razie życie wielu ludziom. Ściskam waszą dłoń i pragnę, abyśmy się bliżej poznali.

– To jest i moim gorącym życzeniem, sir. A teraz proponuję wypić na pomyślność nowej znajomości. Nie przyszedłem na ten steamer po to, aby cierpieć pragnienie. Chodźmy więc do salonu.