Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Dwie przyjaciółki. Jedna cyniczna, błyskotliwa i kompletnie aspołeczna.
Druga – serdeczna, lojalna i zawsze gotowa spakować różową walizkę.
Plan był prosty: wyjazd na Santorini.
Rzeczywistość? Srebrny Stok. Małe miasteczko, w którym… nic się nie dzieje.
Przynajmniej do chwili, gdy wśród rzeczy ekscentrycznego antykwariusza znajdują wskazówki prowadzące do skarbu.
Zagadkowy wiersz.
Zapomniana hrabina.
I tajemnica ukryta gdzieś w historii miasteczka.
Bo kiedy Krysia i Tosia zaczynają szukać… spokojne miejsce nagle staje się początkiem bardzo niebezpiecznej przygody.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 347
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 9 godz. 19 min
Lektor: Gaja Rosa
Tośka stała na skraju chodnika i była bardzo zdenerwowana. Czy ja jej nie mówiłam, że powinna zachować spokój?
Podjechałam, a ona otworzyła drzwi po stronie pasażera. Spojrzała na leżącą na siedzeniu skrzynkę.
– Przełożę to do bagażnika – zaproponowała.
– Nie ma czasu. Wskakuj z tyłu.
Złapała za klamkę, ale nadal stała na chodniku.
– O co chodzi?
– O tego pijanego człowieka. Nie siądę obok niego.
– Musisz.
Tośka wydała dźwięk, w którym zawarła całą dostępną na świecie dezaprobatę.
– Dlatego właśnie masz kłopoty, Krysiu. Zadajesz się z niewłaściwymi ludźmi.
Trzasnęły zamykane drzwi i prawie natychmiast kliknęła klamerka zapinanego pasa.
– Ten tutaj jest pijany czy naćpany?
I jedno, i drugie. I jeszcze więcej.
Zbyt ostro wzięłam zakręt. Tośka krzyknęła. Tak naprawdę to histerycznie się rozdarła.
– Czy możesz nie wrzeszczeć?
– Kiedy on… On mnie dotknął i wydaje się… nie do końca żywy.
– Tosiu, on jest do końca nieżywy. Całkiem martwy, właściwie.
Wciągała powietrze nosem z nienaturalną gwałtownością, przez co poczułam obawę, że zaraz wpadnie w hiperwentylację.
– Możesz brać takie spokojne oddechy? – I sama wzięłam głęboki wdech.
– Czemu wsadziłaś trupa do samochodu?
– Nie wsadziłam. On już tu był. To jego samochód. Potrzebowałam auta.
– Trzeba go zawieźć na pogotowie.
– To może poczekać. I tak go nie wskrzeszą, a my nie mamy zbyt wiele czasu.
Tośka sapnęła, a jej oddech znów przyśpieszył.
– Wiesz, co właśnie przyszło mi do głowy?
– Możesz nie myśleć? Tak przez dziesięć minut, dobrze?
– Czy my jedziemy miejscem zbrodni?
A prosiłam, żeby nie myślała.
Rozdział 1
Telefon z przeszłości
Na szybę spadła kropla. Nikt nie usłyszał, jak stuknęła, bo restaurację wypełniał rozgwar, ten lunchowy, przyjemny, uświadamiający, że najgorszy moment dnia już za tobą – wstałaś, dotarłaś do pracy, teraz coś zjesz i jakoś przetrwasz jeszcze te trzy, cztery godziny do wyjścia.
Gdybym nie wgapiała się w okno, to bym tej kropli nie zauważyła i nie mogłabym z wielkim zafascynowaniem śledzić jej pełnej meandrów ścieżki w dół, ku parapetowi. Po chwili na szybie pojawiła się kolejna kropla. I następna. Odczytałam to jako zapowiedź ulewy.
– Krystyno, czy ty mnie w ogóle słuchasz?
Tośka patrzyła z wyrzutem.
– Dlaczego miałabym nie słuchać?
– Bo gapisz się w okno.
– Czy gapienie się w okno…
– …świadczy o niesłuchaniu? – weszła mi w słowo. – Tak. Moim zdaniem świadczy. I nie odpowiadaj pytaniami. To strasznie irytujące.
Na końcu języka zaświerzbiło „Twoim zdaniem jestem irytująca?”, ale zacisnęłam zęby. Tośka była jedyną osobą, w stosunku do której mogłam użyć słowa „przyjaciółka”. Użyć co prawda z wahaniem, ale jednak. No cóż, to nie była łatwa relacja. Żadna relacja w moim życiu na taką nie wyglądała. Wolałam nie roztrząsać, czy to wina życia, czy moja.
– Zaczęło padać. Dlatego patrzyłam w okno.
Tośka się odwróciła.
– Diabli nasłali.
Zgrzytnęłam zębami. Znowu przekręciła związek frazeologiczny. I to niby ja jestem ta irytująca?
Podczas gdy mnie nie przeszkadzał spacer w deszczu, dla Tośki było to nie do pomyślenia. Tkwiło w niej głębokie przekonanie, że powstała z cukru. Z czego to wynikało? Może z tego, że ludzie zbyt często mówili do niej „Ależ ty jesteś słodka”?
Owszem, była słodka, na szczęście ja znałam ją z innej, tej gorzkiej strony.
– Możemy jeszcze posiedzieć i poczekać. Może przejdzie?
Tośka przewróciła oczyma…
– W przeciwieństwie do niektórych są tacy, co muszą wrócić do roboty o określonej porze.
– Coś ci uniemożliwia zmianę pracy?
– Życie. Codzienność. Zbieranie na wkład własny, zdolność kredytowa, takie tam. Wiesz, ile płacę za wynajem?
Tośka była przekonana, że musi, po prostu musi mieć samodzielne mieszkanie. Współlokatorka? Nie, to niewyobrażalne. Jeśli zamieszkałaby z kimś, nie miałaby szansy na wejście w odpowiedni związek. Mężczyźni, jej zdaniem, interesowali się tym, jakie lokum zajmuje ich partnerka. Nie wymyśliłam tego, Tośka tak to ujmowała: „Odpowiedni mężczyzna, taki, jakiego chciałabym w swoim życiu, na pewno zwróci uwagę na moją sytuację lokalową”. Tłumaczyłam, że właściwy facet to taki, który pokochałby ją, nawet gdyby żyła w kartonie po butach, niestety puszczała to mimo uszu. Nie miałam dziewczynie tego za złe. Też nie słuchałam jej rad. Zwłaszcza że w przeciwieństwie do moich porady Tośki były jak wyczytane w Bravo Girl.
Związki w jej wykonaniu? Zawsze wplątywała się w coś katastrofalnego w skutkach. Myślę, że w moim przypadku byłoby podobnie, ale na szczęście miałam na tyle rozsądku, by się w nic nie pakować.
– Ten twój… – Z odmętów pamięci próbowałam wyłowić imię aktualnego chłopaka swojej przyjaciółki. Bezskutecznie. Winiłam za to Tośkę oraz jej zbyt częste i zbyt krótkie relacje z facetami. Gdyby była z kimś pięć lat, to w końcu wiedziałabym, jak on się nazywa. – Twój partner – wybrnęłam elegancko – powinien się dokładać do czynszu, skoro z tobą mieszka. Dlatego właśnie mówi się „partner”. Bo mamy partnerstwo, czyli równość. Chyba że on jest twoim utrzymankiem.
– Istnieje takie słowo czy właśnie je wymyśliłaś?
Skinęłam głową, że istnieje, i pokręciłam, że nie, nie wymyśliłam.
– Nie przestanie mnie dziwić twoja znajomość takich określeń, których nikt inny nie używa. I ten mój utrzymanek ma imię. Przyznaj przynajmniej szczerze, że nie pamiętasz jakie.
– Dlaczego sądzisz, że nie pamiętam? – I zanim zdążyła coś powiedzieć, podjęłam desperacką próbę zmiany kierunku rozmowy: – Pozwalasz facetowi, by cię wykorzystywał. Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, a nie w jakiejś sadze wiejskiej.
– Wcale nie pozwalam się wykorzystywać. Po prostu… on często robi zakupy. Płaci, gdy gdzieś wychodzimy. To niezręczne poruszać temat pieniędzy.
– Czyli twoim zdaniem zręczne jest sypianie z gościem, ale rozmowa o czynszu to już nie?
Policzki Tośki się zaczerwieniły.
– Czasem jesteś taka okropna, że ja nie wiem… Po prostu nie wiem, jak z tobą wytrzymuję.
Dobra, Krysiu, udowodnij, że jednak warto z tobą wytrzymywać. Przekop odmęty pamięci i znajdź to, jakże cenne dla Tośki, imię.
– Mariusz? – zaryzykowałam. Po minie poznałam, że to nie był dobry strzał. – Marcin?
Tosia postanowiła skrócić moje męki.
– Marcel.
No proszę, jak blisko byłam. Od celu dzieliły mnie dwie litery. Emocje malujące się na twarzy przyjaciółki stanowiły sygnał, że ta rozważa, czy obrazić się na mnie śmiertelnie, czy tylko na tydzień.
– Pamiętałabym, gdybyś była z nim dłużej.
– Niedługo obchodzimy trzecią rocznicę.
Serio?
– Mówiłam, że mnie nie słuchasz. – Podniosła się. – Za karę zapłacisz rachunek.
Chciałam zaprotestować, ale w tym momencie mój telefon zawibrował, a na ekranie pokazało się imię Feliks.
Tośka natychmiast usiadła. Patrzyła wyczekująco to na mnie, to na wyświetlacz.
– Nie odbierzesz? – zapytała w końcu.
– Nie.
– Przecież możesz. Mnie to nie przeszkadza.
Komórka ucichła.
– Oddzwoń.
– To na pewno nic ważnego.
Nie potrafiła ukryć rozczarowania.
– To chociaż opowiedz coś o nim – drążyła.
– Kiedy nie ma o czym.
– Imię ma fajne.
– No nie wiem. Mnie kojarzy się z Dzierżyńskim. – Po minie Tośki poznałam, że akurat tej postaci pan od historii nie poświęcił zbyt wiele uwagi. – Poza tym to przeszłość.
– Nie powiesz mi prawdy?
Pewne sprawy powinno się ukryć, tak przed innymi ludźmi, jak i przed sobą. Zwłaszcza jeśli były one prawdą.
Telefon znów się odezwał.
– Coś się ta przeszłość mocno dobija.
– Jeśli myślisz, że zamierzam odebrać albo o tym rozmawiać, to się mylisz. Nie znam większego drania, samolubnego egoisty i oszusta.
Tośka wyszczerzyła swoje idealnie wyprostowane przez drogiego ortodontę uzębienie.
– I wyszło szydełko z worka, że przyganiał garnek rondlowi. – I żeby pokazać mi, jak bardzo jestem gorsza, do tego zlepku przysłów dodała jeszcze „Nieprawdaż?” z wielkim, naprawdę wielkim znakiem zapytania.
– To moje dawne życie, z czasów, zanim się poznałyśmy.
– I teraz dzwoni? Po ilu latach? Dziesięciu?
Skinęłam głową. Tak naprawdę to słyszeliśmy się trzy lata temu, kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Nie wiem, co mi przyszło wtedy do głowy, że zadzwoniłam. Życzenia chciałam złożyć, jakąś więź nawiązać… Głupie to było. Chyba czułam się zbyt zadowolona z życia i postanowiłam to zrujnować. Sześć zdań, tyle liczyła cała rozmowa, a sprawiła, że nie spałam przez tydzień, a przez dwa kolejne chodziłam jak struta. Dlatego gdy osiem miesięcy później Feliks wybrał mój numer, nie wcisnęłam zielonej słuchawki. Chyba zrozumiał przekaz, bo nie odzywał się aż do dziś.
– Facet ma tupet.
– Żebyś wiedziała.
Mimo całej niechęci nie potrafiłam się nie uśmiechnąć na myśl, jak cudownie arogancki potrafił być. Dla niego nie istniały zamknięte drzwi czy granice, których nie można przekroczyć. To mi zawsze imponowało. Gdy tylko mogłam sobie na to pozwolić, zachowywałam się tak jak Feliks.
– Jeśli znowu zadzwoni…
– Nie zadzwoni. – To było bardziej życzenie, bo w głębi duszy czułam, że moje dawne życie właśnie się o mnie upomniało.
Tosia zamówiła ubera. Ja postanowiłam się przejść. Padało dość intensywnie, ale deszcz nigdy mi nie przeszkadzał. Można powiedzieć, że nawet wolałam taką aurę. Lepiej rezonowała ze stanem mojej duszy – szaro na zewnątrz i szaro w środku. Wiele można o mnie powiedzieć, ale nie to, bym była pogodną osobą. Pewnie dlatego ludzie za mną nie przepadali. I dobrze, bo ja nie przepadałam za ludźmi. Nie miałam dla nich miejsca w swoim ponurym życiu. Trochę przestrzeni dałam Tośce, jednak tylko po to, by zachować pozór, że jestem normalna. Zbyt ambitna, by upchnąć gdzieś faceta, ale przecież mam przyjaciółkę, chodzę z nią na lunche i do teatru, więc nie można mnie nazwać dziwaczką.
Los przeciął nasze drogi, gdy byłam na pierwszym roku studiów, a Tośka – na trzecim. Pewnego czerwcowego dnia czekałyśmy na egzamin. Ja do swojego podchodziłam po raz drugi, a Tośce, która właśnie wróciła z Erasmusa, coś tam się nie zgadzało w punktach, więc na łeb na szyję zaliczała, doliczała, bo chciała jeszcze przed wakacjami obronić licencjat. Gdyby na korytarzu przebywało więcej osób, pewnie bym ją zignorowała, niestety znajdowałyśmy się tam tylko my dwie. Owszem, bywam arogancką outsiderką, ale nie potrafię nie być kulturalna. Przywitałam się grzecznie, chwilę pogadałyśmy. Ona poszła pierwsza, wyszła zadowolona. Nie myślałam, że jeszcze ją spotkam. Tymczasem, gdy opuściłam salę, ona wciąż siedziała na korytarzu.
– No i jak? – zapytała.
– Super – skłamałam.
– To świetnie. Idziemy na kawę?
Chciałam wrócić do domu i tradycyjnie płakać w poduszkę nie nad oblanym egzaminem, lecz nad tą ścieżką życia, po której zły los nie pozwolił mi kroczyć. Dlaczego wtedy uznałam, że płacz może zaczekać, aż wypiję kawę? Do dziś się zastanawiam.
– Idziemy – powiedziałam wbrew sobie.
I w ten zupełnie przypadkowy sposób stałyśmy się osobami związanymi pewną relacją. Tak mniej więcej przyjaciółkami. Znałam wiele słów, ale nie znajdywałam takiego, które w pełni oddawałoby charakter tego, co nas łączy. Przynajmniej z mojej strony. Gdybym miała decydować świadomie, nie wybrałabym Tośki nie tylko na przyjaciółkę, ale nawet do drużyny siatkówki na godzinny mecz. Nie bardzo ją lubiłam. Czasem, a gdy mówię czasem, mam na myśli cały czas, straszliwie mnie irytowała. No ale jakimś cudem trwała w moim życiu, a to dotychczas nikomu się nie udało, więc… Na ogół zgadzałam się z Schopenhauerem, który powiedział, że gdy się nie ma, co się lubi, to się niczego nie lubi, ale wyjątkowo w tym wypadku starałam się akceptować to, co miałam.
Spojrzałam na zegarek. Nie wiem czemu, ale tak już mój mózg działał, że zamiast odczytywać godziny, widziałam daty. Teraz też pierwsze, co przyszło mi na myśl, była bitwa pod Grunwaldem. To znaczyło, że spóźniłam się czterdzieści minut. Cóż, jak słusznie zauważyła Tośka, nie miałam takiej pracy, w której ktoś mnie poganiał i rozliczał z roboczogodzin. Moja przyjaciółka już dawno była zalogowana. Pracowała jako analityk w dużym banku. Na samo wyobrażenie chciało mi się ziewać. „Dobrze płacą” nie stanowiło argumentu, który przekonałby mnie do robienia czegoś, co mnie nudzi. Nie było tak, żebym lubiła swoje zajęcie, ale było satysfakcjonujące. Żadne „zamień pasję w pracę” nie miało tu miejsca. Po prostu moje życie było do dupy, więc przynajmniej stanowisko musiało spełniać pewne minimum.
– Pani Krystyno, ktoś czeka – poinformowała recepcjonistka i głową wskazała starszą panią, typ babuleńka.
– Konkretnie na mnie czy…?
– Nie, nie konkretnie. Ale pani jest jedyna, która nie ma umówionych spotkań.
Podejrzewałam, że to nieprawda, po prostu recepcjonistka mnie nie lubiła. Była jeszcze inna, nie pamiętałam imienia, tamta też ze mną nie sympatyzowała, ale ta… Pewnie coś powiedziałam i żywiła urazę. Czy mnie to obchodziło? Wcale. Jej emocje, jej problem.
Zaprosiłam babuleńkę do swojego biura. Nie zapomniałam rzucić recepcjonistce spojrzenia „z góry”, które mówiło, że może mnie nie trawić, ale to ja mam gabinet i ścianę, na której moje dyplomy już się nie mieszczą. Wystarczy, że powiem dyrektorowi słowo, a ktoś inny będzie witał gości. No ale nie powiem. Jestem ponad cudze skrupulatnie chowane urazy.
– Bo ja, wie pani, mam takie coś. – Babuleńka zaczęła gmerać w torebce. – Nie wiem, czy to coś warte, bo nawet nie bardzo stare, ale teraz w internecie piszą, że wróciła moda na rzeczy z komuny. To tak pomyślałam, że może ktoś by rzucił okiem.
Zaszeleścił foliowy woreczek. Wyjęła z niego szmatkę, a ze szmatki ćmielowską panterę, projekt Mieczysława Naruszewicza z lat sześćdziesiątych. Wyjęłam jej z rąk figurkę. Stan idealny, żadnych ubytków, gładziutka porcelana. Piękny przedmiot, niesamowita wyobraźnia projektanta, który kilkoma delikatnymi łukami uchwycił dynamikę zwierzęcia osaczającego ofiarę. Spojrzałam na brzuszek i aż mnie dreszcz przeszedł. Jednobarwna sygnatura, dobrze widoczne cyfry oznaczające model i wzorzec.
– Ja nawet nie bardzo to lubię. Ciotka kupowała takie mojej mamie. Nie było imienin czy urodzin, żeby jakiegoś zwierzaka nie przyniosła.
– Ma ich pani więcej?
– Ze trzydzieści. Powinnam była je też przynieść? – Wyglądała na zmartwioną.
– Wszystkie są w takim stanie?
Popatrzyła na mnie, jakby nie rozumiała pytania.
– Z tego samego okresu? Niepotłuczone? – doprecyzowałam.
– Mama trzymała w kredensie, za szybą. A jak zmarła, to ja spakowałam do pudełka. Tam są jeszcze kotek, lisek, krówka, małpka, jakieś ptaszyska. Nie pamiętam. – Westchnęła. – Ja to, proszę pani, chciałam sprzedać, bo wnuczek do komunii idzie. On marzy o telefonie… Trochę mi brakuje i może jakbym sprzedała…
Ręce mnie świerzbiły do tej figurki. Naruszewicz zmniejszał liczbę punktów podparcia poprzez łączenie kończyn zwierząt. Z wielkiej czwórki IWP to on był moim ulubieńcem. Chętnie obejrzałabym całą kolekcję. Na pewno były tam projekty Hanny Orthwein, Lubomira Tomaszewskiego i Henryka Jędrasiaka.
Pewnie jakbym powiedziała babuleńce, że dam jej za tę figurkę dwa tysiące, poczułaby się wniebowzięta. Pewnie za pięćdziesiąt sprzedałaby mi całość, przekonana, że robi interes życia. I nic złego by w tym nie było. Normalny rynek.
– To mało warte, tak? Dlatego pani nic nie mówi.
Nic nie mówię, bo jestem głupia i toczę wewnętrzną walkę, miałam ochotę wypalić.
– To jest dużo warte. To jedna z pierwszych serii, na dodatek idealnie zachowana. Nieobita, niepopękana. Tylko… Spełni pani dziecięce marzenie, a za rok ten komunijny telefon będzie wart połowę swojej ceny, może mniej. – Chciała coś powiedzieć, ale jej nie pozwoliłam. – Zna pani życie, wie, że dzieciństwo nie trwa wiecznie. Zmieniają się potrzeby. A ceny tych figurek wciąż idą do góry. Nie lepiej poczekać i kupić wnukowi porządny samochód? Albo opłacić studia? Do wkładu na mieszkanie dołożyć?
– Czyli to cenne?
Przytaknęłam.
Ściągnęła usta i widać było, że się głowi.
– A pani co by zrobiła?
– Nie sprzedałabym – odparłam szczerze.
– To może ja poczekam.
Dałam jej wizytówkę i zamówiłam ubera. Pewnie myślała, że to z troski o nią, ale ja myślałam tylko o figurce.
Cóż mogę powiedzieć? Proludzki typ to nie ja.
Rozdział 2
Pod jednym dachem
Brzęczyk domofonu zabrzmiał dziwnie nachalnie, ponaglająco. Wieczór był już późny, nie spodziewałam się nikogo o tej porze. To znaczy ja nigdy nikogo się nie spodziewam, osoby aspołeczne tak mają. Mógł sobie ponaglać, mógł nie ponaglać, ja nie zamierzałam się śpieszyć. Szłam do przedpokoju zwyczajnie, nawet z pewnym ociąganiem.
Na pytanie „Kto tam?”, usłyszałam „To ja”. Nie rozpoznałam głosu, jednak zamiast zadać kilka pytań uściślających, odruchowo nacisnęłam guzik. Jeśli ktoś z moich sąsiadów zostanie zamordowany, będę miała w tym swój skromny udział. Czy mnie to martwiło? Wcale. Sama chętnie posłałabym kilku mieszkańców kamienicy na tamten świat. Zwłaszcza gościa z parteru, do którego wciąż nie dotarło, czym jest segregacja śmieci, pańcię z pierwszego, która pozwalała swojemu kotu wychodzić na korytarz i obszczywać cudze wycieraczki, „madkę” z drugiego, która notorycznie zajmowała połowę mojego miejsca parkingowego, przekonana, że skoro mam motocykl, to nie potrzebuję więcej, i tego…
Niedane mi było dotrzeć do końca listy, bo odezwał się dzwonek do drzwi. Niestety nie wpuściłam psychopatycznego mordercy, tylko kogoś do mnie. Gdy naciskałam klamkę, przeszło mi przez głowę, że nachodzenie mnie i zaburzenia psychiczne wcale się nie wykluczają i zanim otworzy się zamek, warto zerknąć przez wizjer. Refleksja przyszła za późno. Na szczęście Fortuna czuwa nad bezmyślnymi i to nie był nikt o morderczych zapędach.
Na progu stała Tośka. Wyglądała dziwnie.
– Dziwnie wyglądasz – poinformowałam ją na wypadek, gdyby jeszcze nie wiedziała.
Zamiast odpowiedzieć, pomachała rękami tak, jakby tonęła, ryknęła jak ranny łoś i rzuciła się ku mnie. Z jej oczu popłynęły łzy, a do mnie dotarło, że to specyficzne na jej twarzy to rozmazany makijaż.
– Co się stało? Umarł ktoś?
– Gorzej – wychrypiała. – On kogoś ma.
– Kto?
– Marcel.
– Kim jest… – zawiesiłam głos. Za Tośką stała wielka różowa walizka. – Wejdź. I wprowadź tę wielką różową walizę. Wszystko zabrałaś?
– Tylko najpotrzebniejsze… – Głos jej się załamał.
Na czym jak na czym, ale na płaczu to ja się znałam dobrze. Dlatego wiedziałam, że miną dwie, może nawet trzy godziny, zanim Tośka uspokoi się na tyle, by móc logicznie odpowiadać na moje pytania.
– Rozgość się, a ja zaparzę ci ziół. W górnej szufladzie komody znajdziesz pudełko z chusteczkami.
Skinęła głową i poszła do salonu. Czuła się u mnie jak u siebie.
Przed dziewięcioma laty, kiedy Tośka pierwszy raz mnie odwiedziła, bała się usiąść. „A jeśli niechcący coś zniszczę?” Powiedziałam jej wtedy, że nie wszystkie stare przedmioty są cenne. Chodzi nie tylko o wiek, lecz także o unikatowość. Może się zdarzyć, że za wazon z lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku zapłacimy więcej niż za talerz z początku dziewiętnastego stulecia, dlatego że pierwszy to dzieło znanego projektanta i pochodzi z limitowanej serii, a drugi – przedmiot z manufaktury, jeden z tysięcy, które się zachowały.
– Tu otaczają cię właśnie takie rzeczy. Kupione za grosze na pchlich targach. Wyglądają na cenne, ale są tylko stare. – Moje słowa niewiele miały wspólnego z prawdą, ale tę mówi się komuś, komu się ufa, a ja i zaufanie… Cóż mogę powiedzieć? Nie wydaje mi się, żebym w dorosłym życiu komukolwiek zaufała.
Nawet gdy już poznałam Tośkę na tyle, by wiedzieć, że jest całkiem w porządku, nie prostowałam swoich rozlicznych rozminięć z rzeczywistością. Dlatego przyjaciółka wciąż była przekonana, że mieszkanie odziedziczyłam po babci, a przedmioty, które ją otaczają, to bezwartościowe starocie. Pewnie dostałaby palpitacji serca, gdyby się dowiedziała, że filiżanka, po którą sięgała, gdy chciała sobie zrobić espresso z mojego wspaniałego super wypasionego ekspresu, należała do księcia Józefa Poniatowskiego. Tak, tego Józefa Poniatowskiego, którego pomnik upiększa Krakowskie Przedmieście i który był bratem ostatniego polskiego króla. Właściwie nie tak całkiem ostatniego. Ostatniego wybranego w wolnej elekcji, choć słowo „wolna” brzmi tu jak zgryźliwa ironia. Potem był etap przejściowy i car wysłał nam królourzędnika, jednak po przemyśleniu uznał, że chce korony dla siebie. A wszystko przez to, że z Augusta był karierowicz bez politycznej wyobraźni i babiarz z sentymentami. Gdyby na tronie zasiadł właściciel filiżanki, historia potoczyłaby się zupełnie inaczej.
Podałam jej kubek, porcelit Pruszków, późne lata sześćdziesiąte, wyjątkowa seria dla warszawskiego Hortexu. Wzięła, spojrzała na mnie z wdzięcznością i znów zalała się łzami.
Usiadłam obok niej na wersalce.
– Chodź, przytul się. Patrz, kocyk mam. Wiem, że jest okropnie, ale uwierz mi, będzie lepiej.
Wtuliła się we mnie jak dziecko. Płakała, pochlipywała, siorbała zioła. Gdy waleriana zadziałała, była w końcu w stanie opowiedzieć mi, co się stało. Opowieść była długa, moja konkluzja – krótka i sprowadzała się do tego, że nie warto było zaprzątać sobie pamięci imieniem chłopaka Tośki.
– Najgorsze jest to, że on został w mieszkaniu. A umowa jest na mnie. I ja kaucję płaciłam.
– Odda ci pieniądze, a umowę przepisze na siebie. – Jeszcze zanim zdążyłam skończyć swoją dobrą radę, wiedziałam, że Tośka z niej nie skorzysta. – Rozmawiałaś z nim o tym?
– To nie była sytuacja sprzyjająca rozmowie. Raczej na siebie krzyczeliśmy. On krzyczał bardziej.
Chciałam zapytać, czy ona się go boi, jednak nie musiałam. Znałam odpowiedź.
– Tosiu, szkoda życia na takich patafianów. Znajdź sobie kogoś przyzwoitego. A jeszcze lepiej przyzwoitego z klarowną sytuacją lokalową.
Nie miałam pewności, czy dobrze rozszyfrowałam grymas jej twarzy, ale najprawdopodobniej był to uśmiech.
– A dopóki go nie znajdziesz, możesz zatrzymać się u mnie.
Pościeliłam Tosi na wersalce, poczekałam, aż zaśnie, i wyjęłam z jej torebki klucze do mieszkania.
To była ta pora, gdy zwykli ludzie dawno już siedzieli w domach, a wielbiciele dzikich rajdów wciąż bawili się w klubach. Ulice świeciły pustkami, a ja miałam poczucie, że te należą tylko do mnie. I do mojego Ducati Multistrady.
Facet nie spodziewał się powrotu Tosi, a wizyta jej psiapsi to już zupełnie go zaskoczyła. Stał więc z lekko otwartymi ustami. Nie wyglądał jak gapa, raczej jak gapeńka. Miał w sobie pewną nieporadność małego chłopca. I niestety miał w sobie też rys dziecięcego okrucieństwa. Widziałam w jego twarzy pierwsze lata życia, okres, gdy nikt nie wyznaczał mu granic, gdy matka na zmianę to kochała zbyt mocno, to była nieobecna, bo musiała do pracy, by były pieniądze na Lego i lekcje angielskiego, gdy ojciec włączał się od czasu do czasu z nudną gadką o sobie w tym wieku i o tym, jak ciężko oboje z matką pracują, by na wszystko starczyło. A facet wyrósł i nie zanotował, że już jest w dorosłości. Trudno, dowie się tego ode mnie.
– Jakim człowiekiem trzeba być, żeby wyrzucić kobietę z jej mieszkania? – zaczęłam.
Bąknął, że sama poszła.
– Facet, to było pytanie retoryczne, ja nie przyszłam tu dyskutować, bo nie chcę się zniżać do twojego poziomu, który szoruje po dnie. Wpadłam tylko po to, by poinformować, jak będzie. Jeszcze dziś przelejesz Tosi kasę. Kaucja, czynsz, opłaty, takie tam. A jutro zadzwonisz do właściciela i przepiszesz umowę na siebie.
– Bo?
– Bo zrobi się nieprzyjemnie. Domyślam się, że dotychczas na swojej życiowej drodze spotykałeś kobiety takie jak Tosia. Ja, niestety, nie miałam mamy, która by mnie wychowała na grzeczną dziewczynkę. I wierz mi, nie chcesz się przekonać, jak bardzo potrafię być niemiła.
Nie wyglądał na przekonanego.
– Zaraz zacznę krzyczeć. Uderzę głową we framugę, by mieć siniaka. Potem zadzwonię na policję, a w mediach społecznościowych napiszę, jak próbowałeś mnie zgwałcić. A to dopiero początek. Chyba że zachowasz się jak należy. To jak?
Mięśnie trzymające mu żuchwę zwiotczały i rozchylenie japy osiągnęło maksimum. Nie czekałam, aż się ogarnie, nie miałam ochoty zadawać sobie ból. Żywiłam nadzieję, że mój blef wystarczy. I że Tośka, gdy dostanie swoje pieniądze, nie uzna tego za cudowne nawrócenie. Nie powinna być z kimś takim.
Dlaczego w ogóle pozwoliłam, by straciła na niego tyle czasu?
Bo byłam kiepską przyjaciółką. W ogóle nienajlepszy ze mnie człowiek. Ale co mogłam na to poradzić?
Wyrwana z głębokiego, naprawdę głębokiego snu, próbowałam ogarnąć otaczającą mnie rzeczywistość. Za oknem noc, a na progu mojej sypialni kobieta. Drzwi były tylko lekko uchylone, a przedpokojowy kinkiet dawał mało światła, więc potrzebowałam chwili, by rozpoznać sylwetkę. Tośka, to tylko Tośka. Co ona robiła o tej porze w moim mieszkaniu?
– Co ty robisz o tej porze w moim mieszkaniu?
Tośka prychnęła. Wypuściła z siebie to pełne irytacji prychnięcie, dające do zrozumienia, że powiedziałam coś nie tak.
– Piłyśmy wczoraj? Gadałyśmy do późna?
Picie wyjaśniałoby moje spowolnione reakcje. Nie czułam jednak suchości w gardle, a głowa ciążyła z senności, nie z powodu zatrucia etanolem.
– Zostawiłaś telefon w salonie. – Tośka podeszła i rzuciła mi wibrujący aparat na kołdrę.
Feliks – oznajmiał wyświetlacz.
– Ty teraz ze mną mieszkasz, prawda? – rzuciłam w stronę drzwi, które właśnie się zamykały.
Bo przecież ona teraz ze mną mieszkała. Spała na wersalce w salonie, w którym tylko ta wersalka była przedmiotem mającym mniej niż sto lat.
Komórka nie przestawała wibrować.
– Czy ty wiesz, która jest godzina? – rzuciłam do aparatu głosem zdolnym tłuc kamienie na drodze.
– Tak, wiem, przepraszam.
To nie był Feliks. Zaskoczyło mnie to niezmiernie, więc wulgaryzmy, którymi miałam ochotę go uraczyć, pozostały niewypowiedziane.
– To telefon Feliksa?
– Bałem się, że jeśli zadzwonię ze swojego, nie odbierzesz. Pan Marek za granicą, a ja pomyślałem, że może ty…
To, gdzie przebywał „pan” Marek, zupełnie mnie nie obchodziło. Ważny był Feliks.
– Wszystko w porządku?
Oczywistą oczywistość stanowiło, że raczej nie. Nikt nie dzwoniłby do mnie… Właściwie która godzina? Spojrzałam na zegarek. Ten obcy-nieobcy ktoś nie dobijałby się do mnie o czwartej nad ranem, gdyby wszystko było w porządku.
– Jest w szpitalu.
– Wyjdzie z tego?
– To twardy zawodnik, więc mam nadzieję, ale…
To „ale” zawierało w sobie wszystko, o co chciałam zapytać.
– Powinnam być… – Ile będę jechała? O tej porze drogi puste, zatem pewnie z pięć godzin. – W okolicach dziewiątej. Mogę wiedzieć, co się stało?
– Lekarz wszystko wyjaśni.
Serio, człowieku, sądzisz, że rozsądnie jest zostawiać kogoś, kto ma prowadzić przez kilka godzin, w takim stanie niedoinformowania?
– Czy naprawdę…
Nie pozwolił mi skończyć. Rozłączył się. Zadzwonić, nie zadzwonić? Oto jest pytanie. Postanowiłam nie roztrząsać. Prędzej czy później wszystkiego się dowiem. Później. Zdecydowanie później. Przede mną pięć godzin niepewności i nocna jazda.
Wyjęłam z szafy torbę i podjęłam czynności, które przy odrobinie dobrej woli można by nazwać pakowaniem. W trzech rzeczach nie byłam dobra i właśnie pakowanie, obok obdarzania zaufaniem i relacji międzyludzkich, znajdowało się na tej krótkiej liście.
Spojrzałam na sakwę tak, jakby to ona była winna. Konia z rzędem temu, kto w końcu zacznie produkować plecaki z funkcją inteligentnego pakowania. Wpisywałoby się destynację i czas pobytu, a w odpowiedzi dostawałoby się listę gatków, skarpetków i kiec, które potem wystarczyłoby już tylko zrolować i upchnąć. Dopóki takich nie produkują, muszę sama na ślepo wyciągać to, co w łapy wpadnie, w dodatku z głębokim przekonaniem, że połowy tych rzeczy nie potrzebuję, a te przydatne, naprawdę przydatne, zostają w szafie.
W korytarzu natknęłam się na Tośkę. W przeciwieństwie do mnie ona zawsze, nawet w środku nocy, wyglądała dobrze.
– Jak ty to robisz, że nawet w środku nocy wyglądasz dobrze? – zapytałam głosem pełnym wyrzutu.
Przyjaciółka spojrzała na mnie z politowaniem.
– Mieszkanie z facetem wymusza pewne standardy.
Poczułam się, jakbym była kosmitą Alfem, który zamiast do przyjaznych Tannerów trafił do Windsorów.
– I w ogóle to nie przekręcaj kota ogonem, tylko powiedz, o co chodzi.
– Nie odwracaj. Wiesz, że mówi się „nie odwracaj”? Związek frazeologiczny to stały, podkreślam stały…
– Czy ty nie chcesz ze mną rozmawiać?
Wzruszyłam ramionami.
– Po prostu nie ma o czym.
W zasadzie mogłam jej powiedzieć. Tyle że prawda drapiącą kulką stała mi w krtani i nie zamierzała się ruszyć z miejsca.
– Kiedy dojrzejesz do szczerej rozmowy, wiesz, gdzie mnie znaleźć.
Kiedy dojrzeję do szczerej rozmowy? Czyli nigdy?
– Dzięki – odparłam, bo czułam, że oczekuje, bym coś powiedziała.
Widać było, że czeka, żebym coś dodała, ale nie miałam zamiaru. I w końcu Tośka się poddała.
Gdy ucichło szeleszczenie jej pościeli, poszłam do łazienki. Wzięłam tylko szczoteczkę do zębów i pastę. Nie miałam pewności, które słoiczki i tubki są moje. Zgubiły się w masie eliksirów przybyłych tu wraz z Tośką.
Nie było sekundy, w której nie żałowałam, że gdy stanęła na progu mojego mieszkania zalana łzami, wykazałam się taką niespotykaną u mnie empatią. Otuliłam kocem i dobrym słowem, napoiłam herbatą i jeszcze powiedziałam, że przecież może zostać. Bo tak naprawdę myślałam, że tego nie zrobi. No hello! Kto chciałby mieszkać ze mną w rupieciarni Feliksa?
Jednak wychowana pod kloszem Tosia łaknęła bycia zaopiekowaną, nawet jeśli była to taka nieporadna opieka, jakiej dostarczałam ja. Szczerze? Zazdrościłam jej tego czasu, który spędziła w banieczce rodzicielskiej troski i uwagi. Nie urody jak z obrazka, nie nóg aż do szyi, tylko tego, że mogła być dzieckiem nie tylko w dzieciństwie, lecz także w dorosłości. Mnie pewnej zimowej nocy taką możliwość odebrał pijany kierowca.
Nie stój, nie rozmyślaj, działaj. Czas wyruszyć w drogę. Zapięłam torbę, napisałam na kartce:
„Ważna sprawa rodzinna. Muszę jechać. Zadzwonię i wszystko wyjaśnię”.
Przez chwilę rozważałam dodanie jeszcze tych iksów i kółek oznaczających uściski i całusy, ale nie byłam pewna, czy pasują do kontekstu. Ostatecznie zrezygnowałam z pomysłu.
Najciszej, jak potrafiłam, zamknęłam za sobą drzwi.
Rozdział 3
Szpital na peryferiach
Przyjechałam do Srebrnego Stoku chwilę po dziewiątej rano, a choć po drodze wypiłam trzy kawy, ogarniała mnie senność.
Zatrzymałam się na szpitalnym parkingu, ale długo przekonywałam samą siebie, że muszę zsiąść z motoru. Szłam chodnikiem wyłożonym elegancką, granitową kostką. To nie było biedne miasto. Miejsce, które tak wygląda, ma dwanaście stoków narciarskich, dysponuje rozbudowaną bazą turystyczną, do którego łatwo dojechać i samochodem, i pociągiem, potrafi na siebie zarobić. Elegancki szpital z dobrze wyposażonym oddziałem chirurgii urazowej to jeden z atutów, bo „może się zdarzyć, że złamiesz nogę na nartach, ale nasi specjaliści poskładają ją tak szybko, że jeszcze przed końcem sezonu wrócisz na stok”. Serio. Widziałam takie hasło na jednym z bilbordów przy trasie.
Dostrzegłam szarzejące źdźbło trawy, co głupio postanowiło wyrosnąć na chodniku, a teraz tego żałowało. Dlaczego tak jest, że gdy wali się świat, my skupiamy się na szczegółach? Może to sposób, by nie dać się panice. Czułam, jak czai się w trzewiach. Bałam się szpitali. Gdy rodzice zginęli, sąsiadka, nieświadoma wyrządzanej krzywdy, zabrała mnie do nich. Nie wiedziała dokładnie, co się stało. Usłyszała tylko, że zdarzył się wypadek. Kazała mi włożyć kurtkę i owinąć się szalikiem, bo zimno. Był wczesny poranek, nawet noc jeszcze. Rodzice często wracali po północy. No ale wracali. Kiedy się nie zjawili, poszłam do sąsiadki, ona gdzieś zadzwoniła, by potem ze zmartwioną miną powiedzieć, że mieli wypadek i są w szpitalu. I ona mnie do nich zawiezie. Na miejscu obie się dowiedziałyśmy, że niestety moich rodziców nie ma na żadnym oddziale, bo leżą w szpitalnej kostnicy. Sąsiadka zalała się łzami i po prostu uciekła. Zostawiła mnie w poczekalni. Samą, zupełnie samą. Trochę trwało, zanim ktoś się zorientował, że tam jestem, jeszcze dłużej, nim przyjechała policja. Potem czekałam na kogoś z izby dziecka. Dużo było tego czekania.
Ta sąsiadka uciekała wzrokiem, ilekroć mijałyśmy się na ulicy. Odpowiadała burkliwie na moje grzeczne powitania. Zachowywała się tak, jakby wydarzenia tamtej nocy były moją winą. Sama nigdy nie miałam do niej pretensji. Chciała dobrze. To nie ona spowodowała wypadek. Tamta noc była dla mnie tragiczna i bez względu na to, jak by przebiegła, nie było sposobu, bym uniknęła traumy.
Gdy już uspokoiłam oddech, przekroczyłam szpitalny próg. W recepcji podałam nazwisko Feliksa i dostałam informację, gdzie go znajdę.
Wkraczając na oddział, czułam się jak intruz. Mijająca mnie pielęgniarka wyglądała tak, jakby miała zamiar zapytać, co tu robię, jednak zrezygnowała. Widocznie uznała, że są ważniejsze sprawy.
Weszłam do sali, gdzie przypięty do wielu rurek i całej tej robiącej „pip-pip” aparatury leżał Feliks. Obok na krześle drzemał facet w wymiętolonej marynarce. Dotarło do mnie, dlaczego głos wydał mi się znajomy. Znałam tego mężczyznę. Przyjaźnił się z Feliksem, przy czym słowo „przyjaźń” nie jest najtrafniejsze. To była relacja podobna do tej, którą miałam z Tośką. Feliks za nim nie przepadał, ale brał, co życie dało, bo nie był dobry w relacje międzyludzkie i zdawał sobie z tego sprawę. Tak samo jak ja, więc coś nas jednak łączyło.
– Krysia, dobrze cię widzieć – powiedział wymiętolony. Przyłożył obie dłonie do twarzy i potarł ją powolnymi, silnymi ruchami z dołu do góry i z góry na dół. Jakby chciał zetrzeć sen i tę niezdrową ziemistość, skutek przemęczenia. – Proszę, nie mów lekarzowi, że nie jestem z rodziny.
– Przecież… – zawahałam się. Jak ja do niego mówiłam? W dzieciństwie „wujku”, później to chyba po imieniu. Na pewno nie per pan. – Przecież jesteś rodziną. Dla Feliksa na pewno. Co się stało?
– Wylew. Miał dużo szczęścia. Akurat przechodziłem. Nie byliśmy umówieni, ale tak jakoś… – Przetarł oczy, mocno zaczerwienione, może z niewyspania, może z płaczu, trudno zgadnąć. – Jakbym za nim zatęsknił i pomyślałem „Skoro tędy przechodzę, to zajrzę do tego starego pryka. Dobrego winka się napijemy”. Nie to żebym chodził do niego pić. Wiesz, że nie?
Machnięciem ręki dałam znak, że to bez znaczenia. Jednak wciąż patrzył na mnie wyczekująco. Przypomniałam sobie o jego dawnych problemach z alkoholem. Może wciąż się z nimi zmagał? Szary odcień skóry i zaczerwienione oczy mogły mieć inną przyczynę niż zmęczenie.
– Oczywiście – powiedziałam, bo chciałam, by wrócił do tematu.
– Wszedłem na górę, pukam, stukam i nic. Nikt nie odpowiada. Feliks czasem nakładał słuchawki, pomyślałem, że teraz też, bo z ulicy widziałem światło w oknie. Naciskam klamkę. Otwarte. Wchodzę. Na całe gardło krzyczę „Jak się nie będziesz zamykał, to jeszcze cię ukradną!”. I wtedy mnie zmroziło. No bo widzę rękę. Na podłodze, przy drzwiach. Nie samą rękę. Całość była w pokoju, ale ta ręka… Do końca życia nie zapomnę. Zacząłem wrzeszczeć, wzywać pomocy. Całkiem bez sensu. Kto przyjdzie, skoro on tam nie ma sąsiadów? To ja za telefon. Wezwałem pogotowie. Uratowali go, ale wiesz, trudno będzie. Lekarz ci wszystko powie.
Spojrzał na mnie tak, jakby oczekiwał, że od razu pójdę szukać doktora. Nie miałam takiego zamiaru. Nie widziałam Feliksa dziesięć lat. Chciałam się przywitać. W końcu przez długi czas był najważniejszą osobą w moim życiu.
Wyglądał mizernie. Zasmuciło mnie to. Zostawiłam dojrzałego mężczyznę, a teraz miałam przed oczyma staruszka. Zmarszczki się pogłębiły, włosy przerzedziły. Tłustą taflą pokrywały czaszkę, która sprawiała wrażenie, jakby się skurczyła. Przypomniałam sobie Awanturę o Basię, którą Feliks czytał mi na dobranoc, i ten motyw z ludem zmniejszającym głowy. Mój wuj wyglądał tak, jakby padł ich ofiarą.
Podniosłam z pościeli jego dłoń. Skórę miał miękką, paznokcie krótkie i czyste. O ręce i marynarki dbał zawsze. Z resztą różnie bywało. Przez chwilę trzymałam jego dłoń w swoich.
– Dzień dobry, wujku – powiedziałam. – Przyjechałam sprawdzić, jak się czujesz. Choć widzę, że nienajgorzej. Już po dziewiątej, a ty jeszcze w łóżku.
Wymiętolony zachichotał, niby ubawiony tym, jak mówię do Feliksa, ale po oczach poznałam, że śmiech był fałszywy.
– Teraz pójdę znaleźć lekarza, od niego się dowiem, kiedy można cię zagonić do roboty.
No i poszłam.
– To medycyna, nie matematyka – usłyszałam. – Jedni radzą sobie lepiej, inni gorzej. My zrobiliśmy, co w naszej mocy. Ale do jakich zmian doszło przez wylew, czas pokaże.
Potem się dowiedziałam, że to właściwie moja wina, bo nie pilnowałam. Gdyby chodził po lekarzach i badał się regularnie, nie miałoby miejsca to, co się zdarzyło.
– Mój wuj na coś chorował?
– Na pewno chorował i na pewno się nie leczył. Przynajmniej nie u nas. Ma pani jakąś jego dokumentację medyczną?
Pokręciłam głową.
– No właśnie. Pani jest jego jedyną krewną?
Przytaknęłam, a on spojrzał na mnie tak, jakby fakt, że Feliks ma tylko mnie, był niczym wyrok śmierci.
– Muszę iść, pacjenci czekają.
Pożegnanie przyjęłam z ulgą. Niczego się nie dowiedziałam. Poza tym, że jestem okropną siostrzenicą. Akurat świadomość tego już miałam. Feliks nie potrafił podtrzymywać relacji. Ekscentryczny, samolubny samotnik, który pewnego dnia usłyszał, że został jedyną rodziną sześciolatki. On serio rozważał oddanie mnie do domu dziecka, przekonany, że tam lepiej się mną zajmą. W końcu uległ znajomym, którzy go przekonywali, że da radę wychować siostrzenicę. Nie dał. To znaczy wyrosłam, zdobyłam wykształcenie i się usamodzielniłam, ale Feliks bardziej mi w tym przeszkadzał, niż pomagał. Przez wiele lat zupełnie się nie dogadywaliśmy. Zaczęło się nam całkiem nieźle układać dopiero, gdy byłam w liceum. No ale wtedy zdarzyła się ta tragedia… Dlatego wyjechałam, a cały swój żal zabrałam ze sobą. Do dziś pozostaliśmy nierozłączni. Feliks tego nie rozumiał, mówił, że powinnam żyć normalnie, pogodzić się, zapomnieć. Nie chciałam słuchać, więc przestałam z nim rozmawiać. Zdziwiło mnie, jaką ulgę przyniosło zerwanie tego kontaktu. Czasem myślałam o człowieku, który mnie wychował, wolałam jednak o nim nie myśleć. Wydaje mi się, że wuj miał tak samo. Przypadkowy telefon raz na trzy lata, i to wystarczyło.
Aż do teraz.
Słyszałam chichot Fortuny. W momencie gdy czułam się bezpieczna, a życie stało się na tyle poukładane, na ile to możliwe w moim wypadku, Feliksa powalił wylew. Mógł umrzeć, ale na szczęście lub nieszczęście, tu zdania są podzielone, lubiący zajrzeć do kieliszka kumpel wuja akurat poczuł, że go suszy i fajnie by było przetrzebić Feliksową piwniczkę. Czy to nie złośliwość losu, który zmuszał mnie teraz, bym odpłaciła za te lata opieki nade mną? Nie wiedziałam tylko, na jak długo i jaka to będzie opieka. Czy tylko podawanie tabletek i pilnowanie terminarza wizyt lekarskich, czy też karmienie łyżeczką i zmienianie pieluch.
Niedługo po moim powrocie na salę Feliks zaczął się budzić. Otworzył oczy, zobaczył mnie i uśmiechnął się krzywo. Potrzebowałam chwili, by zdać sobie sprawę, że to po prostu paraliż lewej strony twarzy.
Przyszła pielęgniarka, upomniała mnie, bym nie siadała na łóżku.
– Wyczyści taka dupą pół świata, a potem na pościel z tym syfem, z tymi zarazkami. A jak sepsa, to na nas, bo w szpitalach brudno i bakterie. A to my nanosimy czy krewni? Co?
– Przecież już wstaję.
– Jakby krzeseł nie było. Ale są. Po to są krzesła, żeby na nich siadać. Łóżka są do leżenia. Dla pacjentów.
– To może my wyjdziemy i przyjdziemy później, co? – Przyjaciel Feliksa przyszedł mi w sukurs.
Muszę sobie przypomnieć, jak on się nazywał. Wuj mówił o nim zwykle „ta menda”. Cóż, to nie mogło być jego prawdziwe imię, ale póki co musiało wystarczyć.
Przed szpitalem staliśmy w milczeniu. Nie bardzo wiedziałam, dokąd iść, co robić. Nie bardzo wiedziałam też, jak się pożegnać.
– Chyba już pójdę? – Zawiesiłam to zdanie gdzieś pośrodku między pytaniem a oznajmieniem.
– Tak, tak. – Wymiętolona Menda pokiwał głową. – Wyśpij się. Tu nic nie pomożesz. Wszystko w lekarskich i boskich rękach. Może cię podwieźć? Ja tu autem przyjechałem.
Podziękowałam, miałam własny środek transportu. Menda pogmerał w kieszeni.
– Gdzie ja głowę podziałem! Byłbym zapomniał, przecież klucze wziąłem. – Z zawstydzeniem podał mi dwa klucze na kółku. Bez breloczka. – Zamykałem. Gdy pogotowie pojechało. No wiesz.
Odniosłam wrażenie, że mi się tłumaczy.
– Dobrze, że się wszystkim zająłeś. – Powiedziałam to, bo w tej sytuacji takich słów użyłby każdy normalny człowiek. To, że sama zachowałabym się inaczej, nie znaczyło, że nie wiedziałam, jak zachować się należy. „Sprawiaj wrażenie, że jesteś grzeczna, a w wolnym czasie rób swoje”, tego uczył mnie wuj. – Bardzo dziękuję. To wspaniale, że jesteś naszym przyjacielem. Feliksa i moim.
Zaczerwienił się nienaturalnie. Poczułam obawę, że zaraz i jemu pęknie żyłka w mózgu i dojdzie do wylewu. Pożegnałam się pośpiesznie. Czekało na mnie miejsce, które przez wiele lat nazywałam domem.
Nie wnikałam, jak Feliks wszedł w posiadanie pięknej kamienicy. Gdy byłam mała, nie interesowało mnie to, a kiedy nadszedł czas, że może i chciałabym wiedzieć, już nie utrzymywaliśmy kontaktu. W każdym razie dwa lata po wypadku rodziców oświadczył, że musimy się przeprowadzić, bo jest nam ciasno. Ciasno? Mało powiedziane. Gdy zwiózł swoje klamoty do dużego pokoju, który rodzicom służył za salon i sypialnię, praktycznie nie dało się wejść. Feliks pracował w kuchni, a kiedy byłam w szkole, przy moim biurku. Często nie mogłam odrabiać lekcji, bo „mam tam porozkładane ważne rzeczy. Nic nie ruszaj”.
Kamienica z ładnym frontem, całkiem spora, znajdowała się dosłownie kilka kroków od rynku, przy skrzyżowaniu ulic Solnej, tej, która prowadziła prosto do największej atrakcji miasta, czyli wodospadu, i Krupniczej, która wiodła do miejskiego parku i Klejnotowych Stawów. Na parterze wydzielono miejsce na sklep. Feliks urządził tam antykwariat. Zajął też piwnicę i piętro. Ja dostałam poddasze – dwa pokoiki z łazienką. Czułam się jak królewna. Miałam okna we wnękach, a latem mogłam wychodzić na dach. Robiłam to bardzo często, głównie po to, by pluć na turystów. Nie byłam jakąś lokalną patriotką, ale uważałam, że obcy nie powinni się tu kręcić. Hałaśliwi bałaganiarze nie zasługiwali na to, by korzystać z uroków naszego miasta. Przyjeżdżali i zachowywali się jak u siebie. Wciąż słyszałam „Mogłabym tu żyć”. Tyle że jakoś nikt się nie przeprowadzał. Przypominali przeziębienie – pojawiali się dwa razy do roku i sprawiali, że chciałeś o nich zapomnieć.
Uznałam, że najlepszym garażem będzie jedna z komórek w podwórzu. Nie zamierzałam zbyt często korzystać z motocykla. Srebrny Stok należał do tych miast, po których grzech było jeździć. Lepiej spacerować i podziwiać.
Przekroczyłam próg, weszłam z ociąganiem. Rozejrzałam się wokół. Spojrzałam na szkic przedstawiający Konstantego Laszczkę, który wisiał w przedpokoju nad szafką z butami. Chłop miał takie smętne spojrzenie czy po prostu Wyczółkowski rysował wszystkich, jakby właśnie wrócili ze stypy? To zdecydowanie maniera malarza, bo Laszczka miał się w życiu z czego cieszyć.
Wślizgnęłam się do salonu. Nie wyglądał tak, jak go zapamiętałam. Wiem, że minęło dziesięć lat i wiele mogło się w tym czasie pozmieniać, ale to? Być może sanitariusze, skupieni na ratowaniu wuja, nie zwracali uwagi na szkody, jakie czynili wokół. To wydawało się najrozsądniejszym wytłumaczeniem. No bo niby dlaczego ktoś miałby przeszukiwać mieszkanie Feliksa?
Rozdział 4
Nieznośna lekkość bytU
To był trzeci dzień, któremu rytm nadawały poranne obchody, lekarstwa przynoszone przez miłe lub niemiłe pielęgniarki, wizyty rehabilitantki, ignorowane przeze mnie telefony od Tośki, przypadkowe spotkania z ludźmi, których spotykać nie chciałam, dziesiątki „Krysia? Jak miło cię widzieć” i samotne wieczory. Gdyby nie wspomnienia, samotne wieczory byłyby najlepsze.
Weszłam do sali Feliksa. Przenieśli go na ogólną. Zajmował środkowe łóżko. Po lewej leżał pan Kaziu, po prawej – pan Mietek.
– Fajnie, że nareszcie masz towarzystwo – zagruchałam do wuja, gdy kładłam na stoliku reklamówkę z pomarańczami. – Owocków ci przyniosłam. Zjesz sobie później.
Nawet gdyby Feliks lubił pomarańcze, a ich nie znosił, to i tak ze słabą motoryką lewej dłoni nie dałby rady obrać skórki.
Poza cytrusami mój wuj nie znosił też zdrobnień.
– No i jak ci tutaj? Lepiej troszeczkę? Kolegów masz. To dobrze, nie będziesz tak sam leżał. Telewizorek sobie włączycie, jakieś wiadomości pooglądacie.
W myślach słyszałam te wszystkie kąśliwe uwagi, którymi uraczyłby mnie Feliks, gdyby mógł prawidłowo artykułować. Złośliwość wybełkotana traci moc rażenia. On to wiedział, więc milczał.
Odwróciłam się w stronę pana Mietka, żeby ciepłym słowem zachęcić go do zawarcia bliższej przyjaźni z Feliksem. To nie był najlepszy pomysł, bo mój niedoszły interlokutor siedział wygodnie rozparty na łóżku, kołdrę odrzucił, pewnie było mu za ciepło, a z rozporka piżamy wyglądało… No wiadomo, co wyglądało. Chciałam się odwrócić, ale w tym momencie pan Mietek spojrzał na mnie i nawiązaliśmy kontakt wzrokowy.
– Zaraz ptaszek panu wyleci – podzieliłam się spostrzeżeniem.
Przeniósł wzrok z mojej twarzy na swój rozporek.
– On by i chciał! Ale ten biedaczek już nigdy nie pofrunie. – Coś tam pomanewrował przy spodniach, z marnym skutkiem. Ptak nadal wyglądał z dziupli.
– Żartowniś z pana. Feliks też lubi żarty. Jeśli zna pan jakieś dowcipy, proszę mu opowiadać. Śmiech to zdrowie.
Feliks spojrzeniem mordował mnie ze szczególnym okrucieństwem. Jednak jego wzrok mógł tyle, co ptaszek pana Miecia.
– No to ja się będę już zbierać. Jutro wpadnę. Co ci przynieść? Mandaryneczek może?
– Czej uje.
– Nie sądzisz, że dość tego użalania się nad sobą i udawania, że masz afazję? Przeszedłeś wylew, czy jak medycyna woli to nazywać: udar krwotoczny, co jak sądzę samo w sobie nie było za fajne. Załapałeś się na urlopik w szpitalu, trochę tu poleżałeś, odpocząłeś, ale chyba wystarczy? Ogarnij się i zacznij mówić jak dorosły człowiek, a nie jak trzylatek. Przyjdę jutro sprawdzić postępy.
Ktoś nade mną chrząknął. Podniosłam wzrok. Coś mi mówiło, że facet, który wydał te dźwięki, mógł mnie usłyszeć.
– Możemy porozmawiać?
Czemu nie. Rozmowy z ludźmi są w moim TOP 10 najbardziej ulubionych… A nie, czekaj, jednak nie są.
Wyszliśmy na korytarz.
– Jestem neurologopedą. Pan Feliks to mój pacjent.
Powierzchowność predysponowała go do zawodu fotomodela. Miał przystojną, pociągłą twarz z mocno wystającymi kośćmi policzkowymi. Czarne brwi zrastały się na szczycie prostego nosa. Rzęsy, też czarne, gęste i nieprzyzwoicie długie, nadawały spojrzeniu pewną łagodność, choć oczy miały chłodną, stalową barwę. Na jasnych policzkach zarost tworzył cienie, podkreślając tym kanciastość szczęki.
– Nie chcę się wtrącać… – zaczął.
Skoro nie chcesz, to tego nie rób. Mamy całkiem przyzwoity ustrój i normy społeczne dające jednostce dość znaczną wolność decyzyjną. Tylko że ty tak naprawdę chcesz to zrobić. Sądzisz, że dobrym sposobem na rozpoczynanie znajomości jest kłamanie komuś w oczy?
– Przypadkiem usłyszałem, co pani mówi. I wydaje mi się, że to trochę zbyt ostro.
Nie sądzę.
– Chory może to zinterpretować tak, że obwinia go pani o to, co zaszło. A obwinianie się to droga do depresji. Jeśli chcemy, by jak najszybciej wrócił do zdrowia, powinniśmy okazywać mu pozytywne wsparcie.
Przez chwilę rozważałam, czy poinformować tego miłego człowieka, że wsparcie, jakie przed chwilą okazałam wujowi, było absolutnie pozytywne. Ponieważ my jesteśmy specyficznymi osobami, więc i nasze rozumienie słowa „pozytywny” takie pozostaje. Szybko jednak doszłam do wniosku, że facet nie zrozumie. Poza tym nie czekał na tłumaczenie, raczej na przyznanie się do błędu. Proszę bardzo. W końcu ty skłamałeś pierwszy.
– Dziękuję bardzo. Postaram się bardziej.
Miałam nadzieję, że to wystarczy, ale gdzie tam. Zaczął mnie przepraszać. Bo może mnie uraził. Człowieku, wychował mnie Feliks. Nawet nie wiesz, jak trudno, bardzo trudno mnie urazić.
– Ja rozumiem, że dla pani to nie jest łatwa sytuacja. Emocje puszczają.
– Nie wyżywam się na wuju, jeśli to pan sugeruje. – Trochę tak, ale przecież się do tego nie przyznam. – Zawsze odnosiliśmy się do siebie w taki odrobinę szorstki sposób.
– Rozumiem.
Z miny wynikało, że jednak nie.
– Wuj zajął się mną, gdy straciłam rodziców. Uznał chyba, że jeśli będzie się nadmiernie roztkliwiał, tylko mi zaszkodzi. Nauki Adlera bardziej do niego przemawiały. Freuda nie uznawał. O podejściu do dziecka według Korczaka słyszeć nie chciał. I tak to jesteśmy trochę cyniczni wobec siebie.
Skinął głową, że niby pojął, ale gdzie tam, skoro zaraz dodał, że teraz sytuacja uległa zmianie i trzeba jednak więcej ciepła.
– Jasne, okażę.
Szkoda, że nie było ze mną Tośki. Mogłabym jej na żywym organizmie zademonstrować, dlaczego facetom mówię zdecydowane „nie”. Oto, proszę, pan logopeda, lat trzydzieści, może trzydzieści dwa. Wykształcony, całkiem przystojny, wysportowany, bez obrączki, a wnioskując ze spojrzenia, jakie w czasie naszej rozmowy rzucały mu przechodzące młode pielęgniarki, również bez zobowiązań. Czy bym się z nim umówiła? Nie! Bo głupi. Miał swój obraz świata i nawet nie dopuszczał myśli, że coś w nim może odbiegać od ususu. Moje zachowanie wobec Feliksa było takie samo jak przez ostatnie dwie i jedną trzecią dekady. I to nie ja zaczęłam.
Może powinnam mu opowiedzieć o lalkach? To wydarzyło się zaraz po tym, jak Feliks się wprowadził. Miałam taką lalkę, którą dostałam na urodziny. Chwilę przed wypadkiem. Cieszyłam się z niej bardzo, marzyłam o takiej. Bawiłam się nią z pewną nieśmiałością i po zabawie odkładałam do pudełka. Potem był wypadek i nie sięgałam po zabawki. Gdy Feliks się… nazwijmy to, urządzał, zobaczył tę lalkę i mi ją zabrał. Powiedział, że w przyszłości to opakowanie podniesie jej wartość.
– Dużo za nią nie dostaniesz, ale za czterdzieści, pięćdziesiąt lat ludzie będą tego szukać. Może nawet wcześniej. To zawsze tak jest. Włącza się sentyment i chcemy kupić rzeczy, które mieliśmy w dzieciństwie. Czasem dla własnych dzieci, czasem dla siebie. To taki mechanizm zadośćuczynienia stratom, jakby przedmiot mógł nas przenieść w czasie i coś wynagrodzić. Nie rozumiem tego, ale z punktu widzenia antykwariusza to ważne. Nie zarabiamy na przedmiotach, nie o nie tu chodzi. Zarabiamy na ludzkich emocjach.
Kiedy po wielu dniach ogromnego stresu w końcu zdobyłam się na odwagę i powiedziałam, że chciałabym lalkę, dał mi stupięćdziesięcioletnią. Taką z porcelanową twarzą i naturalnymi ludzkimi włosami. Piękną, ale przerażającą.
– Tylko nie stłucz. Stłuczona nie będzie wiele warta. A ubrankami się nie martw, jak coś tam pobrudzisz. I tak miała iść do renowacji.
Tym sposobem biedna siedmioletnia dziewczynka została bez lalek.
Mogłam też opowiedzieć o karcie rowerowej. Naprawdę zabawna historia. Bo ja nie umiałam jeździć. Przed wypadkiem miałam rowerek z bocznymi kółkami, ale z niego wyrosłam. Tato obiecał, że wiosną kupimy nowy rower, a on pokaże mi, co i jak. Tyle że ta wiosna się nie wydarzyła.
Dzieci są takie, że nie lubią tego, co inne, nieznane. Wiele mechanizmów obronnych w nas zostało, a w dzieciństwie najmocniej dochodzą one do głosu. Nieposiadanie rodziców jest czymś nienormalnym, dlatego inne dzieciaki patrzyły na mnie podejrzliwie. To była druga klasa, więc wciąż jeszcze zależało mi na tym, co inni o mnie mówią i myślą. Dopiero później nabrałam dystansu i całkowicie się wyautowałam.
Próbowałam wszystkiego, żeby się rozchorować, niestety nic nie zadziałało, a tylko gorączka powyżej trzydziestu ośmiu stopni sprawiała, że Feliks był skłonny pozwolić mi zostać w domu. Poszłam więc do szkoły i na egzamin na kartę rowerową. Zacisnęłam zęby, wsiadłam na rower, przejechałam slalom i zrobiłam ósemkę. Do dziś nie wiem, jakim cudem to mi się udało.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
