Skarb dla trojga - Kasia Bulicz-Kasprzak - ebook + audiobook + książka

Skarb dla trojga ebook i audiobook

Kasia Bulicz-Kasprzak

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Dwie przyjaciółki. Jedna cyniczna, błyskotliwa i kompletnie aspołeczna.

Druga – serdeczna, lojalna i zawsze gotowa spakować różową walizkę.

Plan był prosty: wyjazd na Santorini.

Rzeczywistość? Srebrny Stok. Małe miasteczko, w którym… nic się nie dzieje.

Przynajmniej do chwili, gdy wśród rzeczy ekscentrycznego antykwariusza znajdują wskazówki prowadzące do skarbu.

Zagadkowy wiersz.

Zapomniana hrabina.

I tajemnica ukryta gdzieś w historii miasteczka.

Bo kiedy Krysia i Tosia zaczynają szukać… spokojne miejsce nagle staje się początkiem bardzo niebezpiecznej przygody.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 347

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 19 min

Lektor: Gaja Rosa

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wstęp

Tośka stała na skraju chod­nika i była bar­dzo zde­ner­wo­wana. Czy ja jej nie mówi­łam, że powinna zacho­wać spo­kój?

Pod­je­cha­łam, a ona otwo­rzyła drzwi po stro­nie pasa­żera. Spoj­rzała na leżącą na sie­dze­niu skrzynkę.

– Prze­łożę to do bagaż­nika – zapro­po­no­wała.

– Nie ma czasu. Wska­kuj z tyłu.

Zła­pała za klamkę, ale na­dal stała na chod­niku.

– O co cho­dzi?

– O tego pija­nego czło­wieka. Nie siądę obok niego.

– Musisz.

Tośka wydała dźwięk, w któ­rym zawarła całą dostępną na świe­cie dez­apro­batę.

– Dla­tego wła­śnie masz kło­poty, Kry­siu. Zada­jesz się z nie­wła­ści­wymi ludźmi.

Trza­snęły zamy­kane drzwi i pra­wie natych­miast klik­nęła kla­merka zapi­na­nego pasa.

– Ten tutaj jest pijany czy naćpany?

I jedno, i dru­gie. I jesz­cze wię­cej.

Zbyt ostro wzię­łam zakręt. Tośka krzyk­nęła. Tak naprawdę to histe­rycz­nie się roz­darła.

– Czy możesz nie wrzesz­czeć?

– Kiedy on… On mnie dotknął i wydaje się… nie do końca żywy.

– Tosiu, on jest do końca nie­żywy. Cał­kiem mar­twy, wła­ści­wie.

Wcią­gała powie­trze nosem z nie­na­tu­ralną gwał­tow­no­ścią, przez co poczu­łam obawę, że zaraz wpad­nie w hiper­wen­ty­la­cję.

– Możesz brać takie spo­kojne odde­chy? – I sama wzię­łam głę­boki wdech.

– Czemu wsa­dzi­łaś trupa do samo­chodu?

– Nie wsa­dzi­łam. On już tu był. To jego samo­chód. Potrze­bo­wa­łam auta.

– Trzeba go zawieźć na pogo­to­wie.

– To może pocze­kać. I tak go nie wskrze­szą, a my nie mamy zbyt wiele czasu.

Tośka sap­nęła, a jej oddech znów przy­śpie­szył.

– Wiesz, co wła­śnie przy­szło mi do głowy?

– Możesz nie myśleć? Tak przez dzie­sięć minut, dobrze?

– Czy my jedziemy miej­scem zbrodni?

A pro­si­łam, żeby nie myślała.

Rozdział 1. Telefon z przeszłości

Roz­dział 1

Tele­fon z prze­szło­ści

Na szybę spa­dła kro­pla. Nikt nie usły­szał, jak stuk­nęła, bo restau­ra­cję wypeł­niał roz­gwar, ten lun­chowy, przy­jemny, uświa­da­mia­jący, że naj­gor­szy moment dnia już za tobą – wsta­łaś, dotar­łaś do pracy, teraz coś zjesz i jakoś prze­trwasz jesz­cze te trzy, cztery godziny do wyj­ścia.

Gdy­bym nie wga­piała się w okno, to bym tej kro­pli nie zauwa­żyła i nie mogła­bym z wiel­kim zafa­scy­no­wa­niem śle­dzić jej peł­nej mean­drów ścieżki w dół, ku para­pe­towi. Po chwili na szy­bie poja­wiła się kolejna kro­pla. I następna. Odczy­ta­łam to jako zapo­wiedź ulewy.

– Kry­styno, czy ty mnie w ogóle słu­chasz?

Tośka patrzyła z wyrzu­tem.

– Dla­czego mia­ła­bym nie słu­chać?

– Bo gapisz się w okno.

– Czy gapie­nie się w okno…

– …świad­czy o nie­słu­cha­niu? – weszła mi w słowo. – Tak. Moim zda­niem świad­czy. I nie odpo­wia­daj pyta­niami. To strasz­nie iry­tu­jące.

Na końcu języka zaświerz­biło „Twoim zda­niem jestem iry­tu­jąca?”, ale zaci­snę­łam zęby. Tośka była jedyną osobą, w sto­sunku do któ­rej mogłam użyć słowa „przy­ja­ciółka”. Użyć co prawda z waha­niem, ale jed­nak. No cóż, to nie była łatwa rela­cja. Żadna rela­cja w moim życiu na taką nie wyglą­dała. Wola­łam nie roz­trzą­sać, czy to wina życia, czy moja.

– Zaczęło padać. Dla­tego patrzy­łam w okno.

Tośka się odwró­ciła.

– Dia­bli nasłali.

Zgrzyt­nę­łam zębami. Znowu prze­krę­ciła zwią­zek fra­ze­olo­giczny. I to niby ja jestem ta iry­tu­jąca?

Pod­czas gdy mnie nie prze­szka­dzał spa­cer w desz­czu, dla Tośki było to nie do pomy­śle­nia. Tkwiło w niej głę­bo­kie prze­ko­na­nie, że powstała z cukru. Z czego to wyni­kało? Może z tego, że ludzie zbyt czę­sto mówili do niej „Ależ ty jesteś słodka”?

Ow­szem, była słodka, na szczę­ście ja zna­łam ją z innej, tej gorz­kiej strony.

– Możemy jesz­cze posie­dzieć i pocze­kać. Może przej­dzie?

Tośka prze­wró­ciła oczyma…

– W prze­ci­wień­stwie do nie­któ­rych są tacy, co muszą wró­cić do roboty o okre­ślo­nej porze.

– Coś ci unie­moż­li­wia zmianę pracy?

– Życie. Codzien­ność. Zbie­ra­nie na wkład wła­sny, zdol­ność kre­dy­towa, takie tam. Wiesz, ile płacę za wyna­jem?

Tośka była prze­ko­nana, że musi, po pro­stu musi mieć samo­dzielne miesz­ka­nie. Współ­lo­ka­torka? Nie, to nie­wy­obra­żalne. Jeśli zamiesz­ka­łaby z kimś, nie mia­łaby szansy na wej­ście w odpo­wiedni zwią­zek. Męż­czyźni, jej zda­niem, inte­re­so­wali się tym, jakie lokum zaj­muje ich part­nerka. Nie wymy­śli­łam tego, Tośka tak to ujmo­wała: „Odpo­wiedni męż­czy­zna, taki, jakiego chcia­ła­bym w swoim życiu, na pewno zwróci uwagę na moją sytu­ację loka­lową”. Tłu­ma­czy­łam, że wła­ściwy facet to taki, który poko­chałby ją, nawet gdyby żyła w kar­to­nie po butach, nie­stety pusz­czała to mimo uszu. Nie mia­łam dziew­czy­nie tego za złe. Też nie słu­cha­łam jej rad. Zwłasz­cza że w prze­ci­wień­stwie do moich porady Tośki były jak wyczy­tane w Bravo Girl.

Związki w jej wyko­na­niu? Zawsze wplą­ty­wała się w coś kata­stro­fal­nego w skut­kach. Myślę, że w moim przy­padku byłoby podob­nie, ale na szczę­ście mia­łam na tyle roz­sądku, by się w nic nie pako­wać.

– Ten twój… – Z odmę­tów pamięci pró­bo­wa­łam wyło­wić imię aktu­al­nego chło­paka swo­jej przy­ja­ciółki. Bez­sku­tecz­nie. Wini­łam za to Tośkę oraz jej zbyt czę­ste i zbyt krót­kie rela­cje z face­tami. Gdyby była z kimś pięć lat, to w końcu wie­dzia­ła­bym, jak on się nazywa. – Twój part­ner – wybrnę­łam ele­gancko – powi­nien się dokła­dać do czyn­szu, skoro z tobą mieszka. Dla­tego wła­śnie mówi się „part­ner”. Bo mamy part­nerstwo, czyli rów­ność. Chyba że on jest twoim utrzy­man­kiem.

– Ist­nieje takie słowo czy wła­śnie je wymy­śli­łaś?

Ski­nę­łam głową, że ist­nieje, i pokrę­ci­łam, że nie, nie wymy­śli­łam.

– Nie prze­sta­nie mnie dzi­wić twoja zna­jo­mość takich okre­śleń, któ­rych nikt inny nie używa. I ten mój utrzy­ma­nek ma imię. Przy­znaj przy­naj­mniej szcze­rze, że nie pamię­tasz jakie.

– Dla­czego sądzisz, że nie pamię­tam? – I zanim zdą­żyła coś powie­dzieć, pod­ję­łam despe­racką próbę zmiany kie­runku roz­mowy: – Pozwa­lasz face­towi, by cię wyko­rzy­sty­wał. Żyjemy w dwu­dzie­stym pierw­szym wieku, a nie w jakiejś sadze wiej­skiej.

– Wcale nie pozwa­lam się wyko­rzy­sty­wać. Po pro­stu… on czę­sto robi zakupy. Płaci, gdy gdzieś wycho­dzimy. To nie­zręczne poru­szać temat pie­nię­dzy.

– Czyli twoim zda­niem zręczne jest sypia­nie z gościem, ale roz­mowa o czyn­szu to już nie?

Policzki Tośki się zaczer­wie­niły.

– Cza­sem jesteś taka okropna, że ja nie wiem… Po pro­stu nie wiem, jak z tobą wytrzy­muję.

Dobra, Kry­siu, udo­wod­nij, że jed­nak warto z tobą wytrzy­my­wać. Prze­kop odmęty pamięci i znajdź to, jakże cenne dla Tośki, imię.

– Mariusz? – zary­zy­ko­wa­łam. Po minie pozna­łam, że to nie był dobry strzał. – Mar­cin?

Tosia posta­no­wiła skró­cić moje męki.

– Mar­cel.

No pro­szę, jak bli­sko byłam. Od celu dzie­liły mnie dwie litery. Emo­cje malu­jące się na twa­rzy przy­ja­ciółki sta­no­wiły sygnał, że ta roz­waża, czy obra­zić się na mnie śmier­tel­nie, czy tylko na tydzień.

– Pamię­ta­ła­bym, gdy­byś była z nim dłu­żej.

– Nie­długo obcho­dzimy trze­cią rocz­nicę.

Serio?

– Mówi­łam, że mnie nie słu­chasz. – Pod­nio­sła się. – Za karę zapła­cisz rachu­nek.

Chcia­łam zapro­te­sto­wać, ale w tym momen­cie mój tele­fon zawi­bro­wał, a na ekra­nie poka­zało się imię Feliks.

Tośka natych­miast usia­dła. Patrzyła wycze­ku­jąco to na mnie, to na wyświe­tlacz.

– Nie odbie­rzesz? – zapy­tała w końcu.

– Nie.

– Prze­cież możesz. Mnie to nie prze­szka­dza.

Komórka uci­chła.

– Oddzwoń.

– To na pewno nic waż­nego.

Nie potra­fiła ukryć roz­cza­ro­wa­nia.

– To cho­ciaż opo­wiedz coś o nim – drą­żyła.

– Kiedy nie ma o czym.

– Imię ma fajne.

– No nie wiem. Mnie koja­rzy się z Dzier­żyń­skim. – Po minie Tośki pozna­łam, że aku­rat tej postaci pan od histo­rii nie poświę­cił zbyt wiele uwagi. – Poza tym to prze­szłość.

– Nie powiesz mi prawdy?

Pewne sprawy powinno się ukryć, tak przed innymi ludźmi, jak i przed sobą. Zwłasz­cza jeśli były one prawdą.

Tele­fon znów się ode­zwał.

– Coś się ta prze­szłość mocno dobija.

– Jeśli myślisz, że zamie­rzam ode­brać albo o tym roz­ma­wiać, to się mylisz. Nie znam więk­szego dra­nia, samo­lub­nego ego­isty i oszu­sta.

Tośka wyszcze­rzyła swoje ide­al­nie wypro­sto­wane przez dro­giego orto­dontę uzę­bie­nie.

– I wyszło szy­dełko z worka, że przy­ga­niał gar­nek ron­dlowi. – I żeby poka­zać mi, jak bar­dzo jestem gor­sza, do tego zlepku przy­słów dodała jesz­cze „Nie­praw­daż?” z wiel­kim, naprawdę wiel­kim zna­kiem zapy­ta­nia.

– To moje dawne życie, z cza­sów, zanim się pozna­ły­śmy.

– I teraz dzwoni? Po ilu latach? Dzie­się­ciu?

Ski­nę­łam głową. Tak naprawdę to sły­sze­li­śmy się trzy lata temu, kilka dni przed Bożym Naro­dze­niem. Nie wiem, co mi przy­szło wtedy do głowy, że zadzwo­ni­łam. Życze­nia chcia­łam zło­żyć, jakąś więź nawią­zać… Głu­pie to było. Chyba czu­łam się zbyt zado­wo­lona z życia i posta­no­wi­łam to zruj­no­wać. Sześć zdań, tyle liczyła cała roz­mowa, a spra­wiła, że nie spa­łam przez tydzień, a przez dwa kolejne cho­dzi­łam jak struta. Dla­tego gdy osiem mie­sięcy póź­niej Feliks wybrał mój numer, nie wci­snę­łam zie­lo­nej słu­chawki. Chyba zro­zu­miał prze­kaz, bo nie odzy­wał się aż do dziś.

– Facet ma tupet.

– Żebyś wie­działa.

Mimo całej nie­chęci nie potra­fi­łam się nie uśmiech­nąć na myśl, jak cudow­nie aro­gancki potra­fił być. Dla niego nie ist­niały zamknięte drzwi czy gra­nice, któ­rych nie można prze­kro­czyć. To mi zawsze impo­no­wało. Gdy tylko mogłam sobie na to pozwo­lić, zacho­wy­wa­łam się tak jak Feliks.

– Jeśli znowu zadzwoni…

– Nie zadzwoni. – To było bar­dziej życze­nie, bo w głębi duszy czu­łam, że moje dawne życie wła­śnie się o mnie upo­mniało.

Tosia zamó­wiła ubera. Ja posta­no­wi­łam się przejść. Padało dość inten­syw­nie, ale deszcz ni­gdy mi nie prze­szka­dzał. Można powie­dzieć, że nawet wola­łam taką aurę. Lepiej rezo­no­wała ze sta­nem mojej duszy – szaro na zewnątrz i szaro w środku. Wiele można o mnie powie­dzieć, ale nie to, bym była pogodną osobą. Pew­nie dla­tego ludzie za mną nie prze­pa­dali. I dobrze, bo ja nie prze­pa­da­łam za ludźmi. Nie mia­łam dla nich miej­sca w swoim ponu­rym życiu. Tro­chę prze­strzeni dałam Tośce, jed­nak tylko po to, by zacho­wać pozór, że jestem nor­malna. Zbyt ambitna, by upchnąć gdzieś faceta, ale prze­cież mam przy­ja­ciółkę, cho­dzę z nią na lun­che i do teatru, więc nie można mnie nazwać dzi­waczką.

Los prze­ciął nasze drogi, gdy byłam na pierw­szym roku stu­diów, a Tośka – na trze­cim. Pew­nego czerw­co­wego dnia cze­ka­ły­śmy na egza­min. Ja do swo­jego pod­cho­dzi­łam po raz drugi, a Tośce, która wła­śnie wró­ciła z Era­smusa, coś tam się nie zga­dzało w punk­tach, więc na łeb na szyję zali­czała, doli­czała, bo chciała jesz­cze przed waka­cjami obro­nić licen­cjat. Gdyby na kory­ta­rzu prze­by­wało wię­cej osób, pew­nie bym ją zigno­ro­wała, nie­stety znaj­do­wa­ły­śmy się tam tylko my dwie. Ow­szem, bywam aro­gancką out­si­derką, ale nie potra­fię nie być kul­tu­ralna. Przy­wi­ta­łam się grzecz­nie, chwilę poga­da­ły­śmy. Ona poszła pierw­sza, wyszła zado­wo­lona. Nie myśla­łam, że jesz­cze ją spo­tkam. Tym­cza­sem, gdy opu­ści­łam salę, ona wciąż sie­działa na kory­ta­rzu.

– No i jak? – zapy­tała.

– Super – skła­ma­łam.

– To świet­nie. Idziemy na kawę?

Chcia­łam wró­cić do domu i tra­dy­cyj­nie pła­kać w poduszkę nie nad obla­nym egza­mi­nem, lecz nad tą ścieżką życia, po któ­rej zły los nie pozwo­lił mi kro­czyć. Dla­czego wtedy uzna­łam, że płacz może zacze­kać, aż wypiję kawę? Do dziś się zasta­na­wiam.

– Idziemy – powie­dzia­łam wbrew sobie.

I w ten zupeł­nie przy­pad­kowy spo­sób sta­ły­śmy się oso­bami zwią­za­nymi pewną rela­cją. Tak mniej wię­cej przy­ja­ciół­kami. Zna­łam wiele słów, ale nie znaj­dy­wa­łam takiego, które w pełni odda­wa­łoby cha­rak­ter tego, co nas łączy. Przy­naj­mniej z mojej strony. Gdy­bym miała decy­do­wać świa­do­mie, nie wybra­ła­bym Tośki nie tylko na przy­ja­ciółkę, ale nawet do dru­żyny siat­kówki na godzinny mecz. Nie bar­dzo ją lubi­łam. Cza­sem, a gdy mówię cza­sem, mam na myśli cały czas, strasz­li­wie mnie iry­to­wała. No ale jakimś cudem trwała w moim życiu, a to dotych­czas nikomu się nie udało, więc… Na ogół zga­dza­łam się z Scho­pen­hau­erem, który powie­dział, że gdy się nie ma, co się lubi, to się niczego nie lubi, ale wyjąt­kowo w tym wypadku sta­ra­łam się akcep­to­wać to, co mia­łam.

Spoj­rza­łam na zega­rek. Nie wiem czemu, ale tak już mój mózg dzia­łał, że zamiast odczy­ty­wać godziny, widzia­łam daty. Teraz też pierw­sze, co przy­szło mi na myśl, była bitwa pod Grun­wal­dem. To zna­czyło, że spóź­ni­łam się czter­dzie­ści minut. Cóż, jak słusz­nie zauwa­żyła Tośka, nie mia­łam takiej pracy, w któ­rej ktoś mnie poga­niał i roz­li­czał z robo­czo­go­dzin. Moja przy­ja­ciółka już dawno była zalo­go­wana. Pra­co­wała jako ana­li­tyk w dużym banku. Na samo wyobra­że­nie chciało mi się zie­wać. „Dobrze płacą” nie sta­no­wiło argu­mentu, który prze­ko­nałby mnie do robie­nia cze­goś, co mnie nudzi. Nie było tak, żebym lubiła swoje zaję­cie, ale było satys­fak­cjo­nu­jące. Żadne „zamień pasję w pracę” nie miało tu miej­sca. Po pro­stu moje życie było do dupy, więc przy­naj­mniej sta­no­wi­sko musiało speł­niać pewne mini­mum.

– Pani Kry­styno, ktoś czeka – poin­for­mo­wała recep­cjo­nistka i głową wska­zała star­szą panią, typ babu­leńka.

– Kon­kret­nie na mnie czy…?

– Nie, nie kon­kret­nie. Ale pani jest jedyna, która nie ma umó­wio­nych spo­tkań.

Podej­rze­wa­łam, że to nie­prawda, po pro­stu recep­cjo­nistka mnie nie lubiła. Była jesz­cze inna, nie pamię­ta­łam imie­nia, tamta też ze mną nie sym­pa­ty­zo­wała, ale ta… Pew­nie coś powie­dzia­łam i żywiła urazę. Czy mnie to obcho­dziło? Wcale. Jej emo­cje, jej pro­blem.

Zapro­si­łam babu­leńkę do swo­jego biura. Nie zapo­mnia­łam rzu­cić recep­cjo­ni­stce spoj­rze­nia „z góry”, które mówiło, że może mnie nie tra­wić, ale to ja mam gabi­net i ścianę, na któ­rej moje dyplomy już się nie miesz­czą. Wystar­czy, że powiem dyrek­to­rowi słowo, a ktoś inny będzie witał gości. No ale nie powiem. Jestem ponad cudze skru­pu­lat­nie cho­wane urazy.

– Bo ja, wie pani, mam takie coś. – Babu­leńka zaczęła gme­rać w torebce. – Nie wiem, czy to coś warte, bo nawet nie bar­dzo stare, ale teraz w inter­ne­cie piszą, że wró­ciła moda na rze­czy z komuny. To tak pomy­śla­łam, że może ktoś by rzu­cił okiem.

Zasze­le­ścił foliowy wore­czek. Wyjęła z niego szmatkę, a ze szmatki ćmie­low­ską pan­terę, pro­jekt Mie­czy­sława Naru­sze­wi­cza z lat sześć­dzie­sią­tych. Wyję­łam jej z rąk figurkę. Stan ide­alny, żad­nych ubyt­ków, gła­dziutka por­ce­lana. Piękny przed­miot, nie­sa­mo­wita wyobraź­nia pro­jektanta, który kil­koma deli­kat­nymi łukami uchwy­cił dyna­mikę zwie­rzę­cia osa­cza­ją­cego ofiarę. Spoj­rza­łam na brzu­szek i aż mnie dreszcz prze­szedł. Jed­no­barwna sygna­tura, dobrze widoczne cyfry ozna­cza­jące model i wzo­rzec.

– Ja nawet nie bar­dzo to lubię. Ciotka kupo­wała takie mojej mamie. Nie było imie­nin czy uro­dzin, żeby jakie­goś zwie­rzaka nie przy­nio­sła.

– Ma ich pani wię­cej?

– Ze trzy­dzie­ści. Powin­nam była je też przy­nieść? – Wyglą­dała na zmar­twioną.

– Wszyst­kie są w takim sta­nie?

Popa­trzyła na mnie, jakby nie rozu­miała pyta­nia.

– Z tego samego okresu? Nie­po­tłu­czone? – dopre­cy­zo­wa­łam.

– Mama trzy­mała w kre­den­sie, za szybą. A jak zmarła, to ja spa­ko­wa­łam do pudełka. Tam są jesz­cze kotek, lisek, krówka, małpka, jakieś pta­szy­ska. Nie pamię­tam. – Wes­tchnęła. – Ja to, pro­szę pani, chcia­łam sprze­dać, bo wnu­czek do komu­nii idzie. On marzy o tele­fo­nie… Tro­chę mi bra­kuje i może jak­bym sprze­dała…

Ręce mnie świerz­biły do tej figurki. Naru­sze­wicz zmniej­szał liczbę punk­tów pod­par­cia poprzez łącze­nie koń­czyn zwie­rząt. Z wiel­kiej czwórki IWP to on był moim ulu­bień­cem. Chęt­nie obej­rza­ła­bym całą kolek­cję. Na pewno były tam pro­jekty Hanny Orth­wein, Lubo­mira Toma­szew­skiego i Hen­ryka Jędra­siaka.

Pew­nie jak­bym powie­działa babu­leńce, że dam jej za tę figurkę dwa tysiące, poczu­łaby się wnie­bo­wzięta. Pew­nie za pięć­dzie­siąt sprze­da­łaby mi całość, prze­ko­nana, że robi inte­res życia. I nic złego by w tym nie było. Nor­malny rynek.

– To mało warte, tak? Dla­tego pani nic nie mówi.

Nic nie mówię, bo jestem głu­pia i toczę wewnętrzną walkę, mia­łam ochotę wypa­lić.

– To jest dużo warte. To jedna z pierw­szych serii, na doda­tek ide­al­nie zacho­wana. Nie­obita, nie­po­pę­kana. Tylko… Spełni pani dzie­cięce marze­nie, a za rok ten komu­nijny tele­fon będzie wart połowę swo­jej ceny, może mniej. – Chciała coś powie­dzieć, ale jej nie pozwo­li­łam. – Zna pani życie, wie, że dzie­ciń­stwo nie trwa wiecz­nie. Zmie­niają się potrzeby. A ceny tych figu­rek wciąż idą do góry. Nie lepiej pocze­kać i kupić wnu­kowi porządny samo­chód? Albo opła­cić stu­dia? Do wkładu na miesz­ka­nie doło­żyć?

– Czyli to cenne?

Przy­tak­nę­łam.

Ścią­gnęła usta i widać było, że się głowi.

– A pani co by zro­biła?

– Nie sprze­da­ła­bym – odpar­łam szcze­rze.

– To może ja pocze­kam.

Dałam jej wizy­tówkę i zamó­wi­łam ubera. Pew­nie myślała, że to z tro­ski o nią, ale ja myśla­łam tylko o figurce.

Cóż mogę powie­dzieć? Pro­ludzki typ to nie ja.

Rozdział 2. Pod jednym dachem

Roz­dział 2

Pod jed­nym dachem

Brzę­czyk domo­fonu zabrzmiał dziw­nie nachal­nie, pona­gla­jąco. Wie­czór był już późny, nie spo­dzie­wa­łam się nikogo o tej porze. To zna­czy ja ni­gdy nikogo się nie spo­dzie­wam, osoby aspo­łeczne tak mają. Mógł sobie pona­glać, mógł nie pona­glać, ja nie zamie­rza­łam się śpie­szyć. Szłam do przed­po­koju zwy­czaj­nie, nawet z pew­nym ocią­ga­niem.

Na pyta­nie „Kto tam?”, usły­sza­łam „To ja”. Nie roz­po­zna­łam głosu, jed­nak zamiast zadać kilka pytań uści­śla­ją­cych, odru­chowo naci­snę­łam guzik. Jeśli ktoś z moich sąsia­dów zosta­nie zamor­do­wany, będę miała w tym swój skromny udział. Czy mnie to mar­twiło? Wcale. Sama chęt­nie posła­ła­bym kilku miesz­kań­ców kamie­nicy na tam­ten świat. Zwłasz­cza gościa z par­teru, do któ­rego wciąż nie dotarło, czym jest segre­ga­cja śmieci, pań­cię z pierw­szego, która pozwa­lała swo­jemu kotu wycho­dzić na kory­tarz i obszczy­wać cudze wycie­raczki, „madkę” z dru­giego, która noto­rycz­nie zaj­mo­wała połowę mojego miej­sca par­kin­go­wego, prze­ko­nana, że skoro mam moto­cykl, to nie potrze­buję wię­cej, i tego…

Nie­dane mi było dotrzeć do końca listy, bo ode­zwał się dzwo­nek do drzwi. Nie­stety nie wpu­ści­łam psy­cho­pa­tycz­nego mor­dercy, tylko kogoś do mnie. Gdy naci­ska­łam klamkę, prze­szło mi przez głowę, że nacho­dze­nie mnie i zabu­rze­nia psy­chiczne wcale się nie wyklu­czają i zanim otwo­rzy się zamek, warto zer­k­nąć przez wizjer. Reflek­sja przy­szła za późno. Na szczę­ście For­tuna czuwa nad bez­myśl­nymi i to nie był nikt o mor­der­czych zapę­dach.

Na progu stała Tośka. Wyglą­dała dziw­nie.

– Dziw­nie wyglą­dasz – poin­for­mo­wa­łam ją na wypa­dek, gdyby jesz­cze nie wie­działa.

Zamiast odpo­wie­dzieć, poma­chała rękami tak, jakby tonęła, ryk­nęła jak ranny łoś i rzu­ciła się ku mnie. Z jej oczu popły­nęły łzy, a do mnie dotarło, że to spe­cy­ficzne na jej twa­rzy to roz­ma­zany maki­jaż.

– Co się stało? Umarł ktoś?

– Gorzej – wychry­piała. – On kogoś ma.

– Kto?

– Mar­cel.

– Kim jest… – zawie­si­łam głos. Za Tośką stała wielka różowa walizka. – Wejdź. I wpro­wadź tę wielką różową walizę. Wszystko zabra­łaś?

– Tylko naj­po­trzeb­niej­sze… – Głos jej się zała­mał.

Na czym jak na czym, ale na pła­czu to ja się zna­łam dobrze. Dla­tego wie­dzia­łam, że miną dwie, może nawet trzy godziny, zanim Tośka uspo­koi się na tyle, by móc logicz­nie odpo­wia­dać na moje pyta­nia.

– Roz­gość się, a ja zapa­rzę ci ziół. W gór­nej szu­fla­dzie komody znaj­dziesz pudełko z chu­s­tecz­kami.

Ski­nęła głową i poszła do salonu. Czuła się u mnie jak u sie­bie.

Przed dzie­wię­cioma laty, kiedy Tośka pierw­szy raz mnie odwie­dziła, bała się usiąść. „A jeśli nie­chcący coś znisz­czę?” Powie­dzia­łam jej wtedy, że nie wszyst­kie stare przed­mioty są cenne. Cho­dzi nie tylko o wiek, lecz także o uni­ka­to­wość. Może się zda­rzyć, że za wazon z lat osiem­dzie­sią­tych dwu­dzie­stego wieku zapła­cimy wię­cej niż za talerz z początku dzie­więt­na­stego stu­le­cia, dla­tego że pierw­szy to dzieło zna­nego pro­jek­tanta i pocho­dzi z limi­to­wa­nej serii, a drugi – przed­miot z manu­fak­tury, jeden z tysięcy, które się zacho­wały.

– Tu ota­czają cię wła­śnie takie rze­czy. Kupione za gro­sze na pchlich tar­gach. Wyglą­dają na cenne, ale są tylko stare. – Moje słowa nie­wiele miały wspól­nego z prawdą, ale tę mówi się komuś, komu się ufa, a ja i zaufa­nie… Cóż mogę powie­dzieć? Nie wydaje mi się, żebym w doro­słym życiu komu­kol­wiek zaufała.

Nawet gdy już pozna­łam Tośkę na tyle, by wie­dzieć, że jest cał­kiem w porządku, nie pro­sto­wa­łam swo­ich roz­licz­nych roz­mi­nięć z rze­czy­wi­sto­ścią. Dla­tego przy­ja­ciółka wciąż była prze­ko­nana, że miesz­ka­nie odzie­dzi­czy­łam po babci, a przed­mioty, które ją ota­czają, to bez­war­to­ściowe sta­ro­cie. Pew­nie dosta­łaby pal­pi­ta­cji serca, gdyby się dowie­działa, że fili­żanka, po którą się­gała, gdy chciała sobie zro­bić espresso z mojego wspa­nia­łego super wypa­sio­nego eks­presu, nale­żała do księ­cia Józefa Ponia­tow­skiego. Tak, tego Józefa Ponia­tow­skiego, któ­rego pomnik upięk­sza Kra­kow­skie Przed­mie­ście i który był bra­tem ostat­niego pol­skiego króla. Wła­ści­wie nie tak cał­kiem ostat­niego. Ostat­niego wybra­nego w wol­nej elek­cji, choć słowo „wolna” brzmi tu jak zgryź­liwa iro­nia. Potem był etap przej­ściowy i car wysłał nam kró­lo­urzęd­nika, jed­nak po prze­my­śle­niu uznał, że chce korony dla sie­bie. A wszystko przez to, że z Augu­sta był karie­ro­wicz bez poli­tycz­nej wyobraźni i babiarz z sen­ty­men­tami. Gdyby na tro­nie zasiadł wła­ści­ciel fili­żanki, histo­ria poto­czy­łaby się zupeł­nie ina­czej.

Poda­łam jej kubek, por­ce­lit Prusz­ków, późne lata sześć­dzie­siąte, wyjąt­kowa seria dla war­szaw­skiego Hor­texu. Wzięła, spoj­rzała na mnie z wdzięcz­no­ścią i znów zalała się łzami.

Usia­dłam obok niej na wer­salce.

– Chodź, przy­tul się. Patrz, kocyk mam. Wiem, że jest okrop­nie, ale uwierz mi, będzie lepiej.

Wtu­liła się we mnie jak dziecko. Pła­kała, pochli­py­wała, sior­bała zioła. Gdy wale­riana zadzia­łała, była w końcu w sta­nie opo­wie­dzieć mi, co się stało. Opo­wieść była długa, moja kon­klu­zja – krótka i spro­wa­dzała się do tego, że nie warto było zaprzą­tać sobie pamięci imie­niem chło­paka Tośki.

– Naj­gor­sze jest to, że on został w miesz­ka­niu. A umowa jest na mnie. I ja kau­cję pła­ci­łam.

– Odda ci pie­nią­dze, a umowę prze­pi­sze na sie­bie. – Jesz­cze zanim zdą­ży­łam skoń­czyć swoją dobrą radę, wie­dzia­łam, że Tośka z niej nie sko­rzy­sta. – Roz­ma­wia­łaś z nim o tym?

– To nie była sytu­acja sprzy­ja­jąca roz­mo­wie. Raczej na sie­bie krzy­cze­li­śmy. On krzy­czał bar­dziej.

Chcia­łam zapy­tać, czy ona się go boi, jed­nak nie musia­łam. Zna­łam odpo­wiedź.

– Tosiu, szkoda życia na takich pata­fia­nów. Znajdź sobie kogoś przy­zwo­itego. A jesz­cze lepiej przy­zwo­itego z kla­rowną sytu­acją loka­lową.

Nie mia­łam pew­no­ści, czy dobrze roz­szy­fro­wa­łam gry­mas jej twa­rzy, ale naj­praw­do­po­dob­niej był to uśmiech.

– A dopóki go nie znaj­dziesz, możesz zatrzy­mać się u mnie.

Poście­li­łam Tosi na wer­salce, pocze­ka­łam, aż zaśnie, i wyję­łam z jej torebki klu­cze do miesz­ka­nia.

To była ta pora, gdy zwy­kli ludzie dawno już sie­dzieli w domach, a wiel­bi­ciele dzi­kich raj­dów wciąż bawili się w klu­bach. Ulice świe­ciły pust­kami, a ja mia­łam poczu­cie, że te należą tylko do mnie. I do mojego Ducati Mul­ti­strady.

Facet nie spo­dzie­wał się powrotu Tosi, a wizyta jej psiapsi to już zupeł­nie go zasko­czyła. Stał więc z lekko otwar­tymi ustami. Nie wyglą­dał jak gapa, raczej jak gapeńka. Miał w sobie pewną nie­po­rad­ność małego chłopca. I nie­stety miał w sobie też rys dzie­cię­cego okru­cień­stwa. Widzia­łam w jego twa­rzy pierw­sze lata życia, okres, gdy nikt nie wyzna­czał mu gra­nic, gdy matka na zmianę to kochała zbyt mocno, to była nie­obecna, bo musiała do pracy, by były pie­nią­dze na Lego i lek­cje angiel­skiego, gdy ojciec włą­czał się od czasu do czasu z nudną gadką o sobie w tym wieku i o tym, jak ciężko oboje z matką pra­cują, by na wszystko star­czyło. A facet wyrósł i nie zano­to­wał, że już jest w doro­sło­ści. Trudno, dowie się tego ode mnie.

– Jakim czło­wie­kiem trzeba być, żeby wyrzu­cić kobietę z jej miesz­ka­nia? – zaczę­łam.

Bąk­nął, że sama poszła.

– Facet, to było pyta­nie reto­ryczne, ja nie przy­szłam tu dys­ku­to­wać, bo nie chcę się zni­żać do two­jego poziomu, który szo­ruje po dnie. Wpa­dłam tylko po to, by poin­for­mo­wać, jak będzie. Jesz­cze dziś prze­le­jesz Tosi kasę. Kau­cja, czynsz, opłaty, takie tam. A jutro zadzwo­nisz do wła­ści­ciela i prze­pi­szesz umowę na sie­bie.

– Bo?

– Bo zrobi się nie­przy­jem­nie. Domy­ślam się, że dotych­czas na swo­jej życio­wej dro­dze spo­ty­ka­łeś kobiety takie jak Tosia. Ja, nie­stety, nie mia­łam mamy, która by mnie wycho­wała na grzeczną dziew­czynkę. I wierz mi, nie chcesz się prze­ko­nać, jak bar­dzo potra­fię być nie­miła.

Nie wyglą­dał na prze­ko­na­nego.

– Zaraz zacznę krzy­czeć. Ude­rzę głową we fra­mugę, by mieć siniaka. Potem zadzwo­nię na poli­cję, a w mediach spo­łecz­no­ścio­wych napi­szę, jak pró­bo­wa­łeś mnie zgwał­cić. A to dopiero począ­tek. Chyba że zacho­wasz się jak należy. To jak?

Mię­śnie trzy­ma­jące mu żuchwę zwiot­czały i roz­chy­le­nie japy osią­gnęło mak­si­mum. Nie cze­ka­łam, aż się ogar­nie, nie mia­łam ochoty zada­wać sobie ból. Żywi­łam nadzieję, że mój blef wystar­czy. I że Tośka, gdy dosta­nie swoje pie­nią­dze, nie uzna tego za cudowne nawró­ce­nie. Nie powinna być z kimś takim.

Dla­czego w ogóle pozwo­li­łam, by stra­ciła na niego tyle czasu?

Bo byłam kiep­ską przy­ja­ciółką. W ogóle nie­naj­lep­szy ze mnie czło­wiek. Ale co mogłam na to pora­dzić?

Wyrwana z głę­bo­kiego, naprawdę głę­bo­kiego snu, pró­bo­wa­łam ogar­nąć ota­cza­jącą mnie rze­czy­wi­stość. Za oknem noc, a na progu mojej sypialni kobieta. Drzwi były tylko lekko uchy­lone, a przed­po­ko­jowy kin­kiet dawał mało świa­tła, więc potrze­bo­wa­łam chwili, by roz­po­znać syl­wetkę. Tośka, to tylko Tośka. Co ona robiła o tej porze w moim miesz­ka­niu?

– Co ty robisz o tej porze w moim miesz­ka­niu?

Tośka prych­nęła. Wypu­ściła z sie­bie to pełne iry­ta­cji prych­nię­cie, dające do zro­zu­mie­nia, że powie­dzia­łam coś nie tak.

– Piły­śmy wczo­raj? Gada­ły­śmy do późna?

Picie wyja­śnia­łoby moje spo­wol­nione reak­cje. Nie czu­łam jed­nak sucho­ści w gar­dle, a głowa cią­żyła z sen­no­ści, nie z powodu zatru­cia eta­no­lem.

– Zosta­wi­łaś tele­fon w salo­nie. – Tośka pode­szła i rzu­ciła mi wibru­jący apa­rat na koł­drę.

Feliks – oznaj­miał wyświe­tlacz.

– Ty teraz ze mną miesz­kasz, prawda? – rzu­ci­łam w stronę drzwi, które wła­śnie się zamy­kały.

Bo prze­cież ona teraz ze mną miesz­kała. Spała na wer­salce w salo­nie, w któ­rym tylko ta wer­salka była przed­mio­tem mają­cym mniej niż sto lat.

Komórka nie prze­sta­wała wibro­wać.

– Czy ty wiesz, która jest godzina? – rzu­ci­łam do apa­ratu gło­sem zdol­nym tłuc kamie­nie na dro­dze.

– Tak, wiem, prze­pra­szam.

To nie był Feliks. Zasko­czyło mnie to nie­zmier­nie, więc wul­ga­ry­zmy, któ­rymi mia­łam ochotę go ura­czyć, pozo­stały nie­wy­po­wie­dziane.

– To tele­fon Feliksa?

– Bałem się, że jeśli zadzwo­nię ze swo­jego, nie odbie­rzesz. Pan Marek za gra­nicą, a ja pomy­śla­łem, że może ty…

To, gdzie prze­by­wał „pan” Marek, zupeł­nie mnie nie obcho­dziło. Ważny był Feliks.

– Wszystko w porządku?

Oczy­wi­stą oczy­wi­stość sta­no­wiło, że raczej nie. Nikt nie dzwo­niłby do mnie… Wła­ści­wie która godzina? Spoj­rza­łam na zega­rek. Ten obcy-nie­obcy ktoś nie dobi­jałby się do mnie o czwar­tej nad ranem, gdyby wszystko było w porządku.

– Jest w szpi­talu.

– Wyj­dzie z tego?

– To twardy zawod­nik, więc mam nadzieję, ale…

To „ale” zawie­rało w sobie wszystko, o co chcia­łam zapy­tać.

– Powin­nam być… – Ile będę jechała? O tej porze drogi puste, zatem pew­nie z pięć godzin. – W oko­li­cach dzie­wią­tej. Mogę wie­dzieć, co się stało?

– Lekarz wszystko wyja­śni.

Serio, czło­wieku, sądzisz, że roz­sąd­nie jest zosta­wiać kogoś, kto ma pro­wa­dzić przez kilka godzin, w takim sta­nie nie­do­in­for­mo­wa­nia?

– Czy naprawdę…

Nie pozwo­lił mi skoń­czyć. Roz­łą­czył się. Zadzwo­nić, nie zadzwo­nić? Oto jest pyta­nie. Posta­no­wi­łam nie roz­trzą­sać. Prę­dzej czy póź­niej wszyst­kiego się dowiem. Póź­niej. Zde­cy­do­wa­nie póź­niej. Przede mną pięć godzin nie­pew­no­ści i nocna jazda.

Wyję­łam z szafy torbę i pod­ję­łam czyn­no­ści, które przy odro­bi­nie dobrej woli można by nazwać pako­wa­niem. W trzech rze­czach nie byłam dobra i wła­śnie pako­wa­nie, obok obda­rza­nia zaufa­niem i rela­cji mię­dzy­ludz­kich, znaj­do­wało się na tej krót­kiej liście.

Spoj­rza­łam na sakwę tak, jakby to ona była winna. Konia z rzę­dem temu, kto w końcu zacznie pro­du­ko­wać ple­caki z funk­cją inte­li­gent­nego pako­wa­nia. Wpi­sy­wa­łoby się desty­na­cję i czas pobytu, a w odpo­wie­dzi dosta­wa­łoby się listę gat­ków, skar­pet­ków i kiec, które potem wystar­czy­łoby już tylko zro­lo­wać i upchnąć. Dopóki takich nie pro­du­kują, muszę sama na ślepo wycią­gać to, co w łapy wpad­nie, w dodatku z głę­bo­kim prze­ko­na­niem, że połowy tych rze­czy nie potrze­buję, a te przy­datne, naprawdę przy­datne, zostają w sza­fie.

W kory­ta­rzu natknę­łam się na Tośkę. W prze­ci­wień­stwie do mnie ona zawsze, nawet w środku nocy, wyglą­dała dobrze.

– Jak ty to robisz, że nawet w środku nocy wyglą­dasz dobrze? – zapy­ta­łam gło­sem peł­nym wyrzutu.

Przy­ja­ciółka spoj­rzała na mnie z poli­to­wa­niem.

– Miesz­ka­nie z face­tem wymu­sza pewne stan­dardy.

Poczu­łam się, jak­bym była kosmitą Alfem, który zamiast do przy­ja­znych Tan­ne­rów tra­fił do Wind­so­rów.

– I w ogóle to nie prze­krę­caj kota ogo­nem, tylko powiedz, o co cho­dzi.

– Nie odwra­caj. Wiesz, że mówi się „nie odwra­caj”? Zwią­zek fra­ze­olo­giczny to stały, pod­kre­ślam stały…

– Czy ty nie chcesz ze mną roz­ma­wiać?

Wzru­szy­łam ramio­nami.

– Po pro­stu nie ma o czym.

W zasa­dzie mogłam jej powie­dzieć. Tyle że prawda dra­piącą kulką stała mi w krtani i nie zamie­rzała się ruszyć z miej­sca.

– Kiedy doj­rze­jesz do szcze­rej roz­mowy, wiesz, gdzie mnie zna­leźć.

Kiedy doj­rzeję do szcze­rej roz­mowy? Czyli ni­gdy?

– Dzięki – odpar­łam, bo czu­łam, że ocze­kuje, bym coś powie­działa.

Widać było, że czeka, żebym coś dodała, ale nie mia­łam zamiaru. I w końcu Tośka się pod­dała.

Gdy uci­chło sze­lesz­cze­nie jej pościeli, poszłam do łazienki. Wzię­łam tylko szczo­teczkę do zębów i pastę. Nie mia­łam pew­no­ści, które sło­iczki i tubki są moje. Zgu­biły się w masie elik­si­rów przy­by­łych tu wraz z Tośką.

Nie było sekundy, w któ­rej nie żało­wa­łam, że gdy sta­nęła na progu mojego miesz­ka­nia zalana łzami, wyka­za­łam się taką nie­spo­ty­kaną u mnie empa­tią. Otu­li­łam kocem i dobrym sło­wem, napo­iłam her­batą i jesz­cze powie­dzia­łam, że prze­cież może zostać. Bo tak naprawdę myśla­łam, że tego nie zrobi. No hello! Kto chciałby miesz­kać ze mną w rupie­ciarni Feliksa?

Jed­nak wycho­wana pod klo­szem Tosia łak­nęła bycia zaopie­ko­waną, nawet jeśli była to taka nie­po­radna opieka, jakiej dostar­cza­łam ja. Szcze­rze? Zazdro­ści­łam jej tego czasu, który spę­dziła w banieczce rodzi­ciel­skiej tro­ski i uwagi. Nie urody jak z obrazka, nie nóg aż do szyi, tylko tego, że mogła być dziec­kiem nie tylko w dzie­ciń­stwie, lecz także w doro­sło­ści. Mnie pew­nej zimo­wej nocy taką moż­li­wość ode­brał pijany kie­rowca.

Nie stój, nie roz­my­ślaj, dzia­łaj. Czas wyru­szyć w drogę. Zapię­łam torbę, napi­sa­łam na kartce:

„Ważna sprawa rodzinna. Muszę jechać. Zadzwo­nię i wszystko wyja­śnię”.

Przez chwilę roz­wa­ża­łam doda­nie jesz­cze tych iksów i kółek ozna­cza­ją­cych uści­ski i całusy, ale nie byłam pewna, czy pasują do kon­tek­stu. Osta­tecz­nie zre­zy­gno­wa­łam z pomy­słu.

Naj­ci­szej, jak potra­fi­łam, zamknę­łam za sobą drzwi.

Rozdział 3. Szpital na peryferiach

Roz­dział 3

Szpi­tal na pery­fe­riach

Przy­je­cha­łam do Srebr­nego Stoku chwilę po dzie­wią­tej rano, a choć po dro­dze wypi­łam trzy kawy, ogar­niała mnie sen­ność.

Zatrzy­ma­łam się na szpi­tal­nym par­kingu, ale długo prze­ko­ny­wa­łam samą sie­bie, że muszę zsiąść z motoru. Szłam chod­ni­kiem wyło­żo­nym ele­gancką, gra­ni­tową kostką. To nie było biedne mia­sto. Miej­sce, które tak wygląda, ma dwa­na­ście sto­ków nar­ciar­skich, dys­po­nuje roz­bu­do­waną bazą tury­styczną, do któ­rego łatwo doje­chać i samo­cho­dem, i pocią­giem, potrafi na sie­bie zaro­bić. Ele­gancki szpi­tal z dobrze wypo­sa­żo­nym oddzia­łem chi­rur­gii ura­zo­wej to jeden z atu­tów, bo „może się zda­rzyć, że zła­miesz nogę na nar­tach, ale nasi spe­cja­li­ści poskła­dają ją tak szybko, że jesz­cze przed koń­cem sezonu wró­cisz na stok”. Serio. Widzia­łam takie hasło na jed­nym z bil­bor­dów przy tra­sie.

Dostrze­głam sza­rze­jące źdźbło trawy, co głu­pio posta­no­wiło wyro­snąć na chod­niku, a teraz tego żało­wało. Dla­czego tak jest, że gdy wali się świat, my sku­piamy się na szcze­gó­łach? Może to spo­sób, by nie dać się panice. Czu­łam, jak czai się w trze­wiach. Bałam się szpi­tali. Gdy rodzice zgi­nęli, sąsiadka, nie­świa­doma wyrzą­dza­nej krzywdy, zabrała mnie do nich. Nie wie­działa dokład­nie, co się stało. Usły­szała tylko, że zda­rzył się wypa­dek. Kazała mi wło­żyć kurtkę i owi­nąć się sza­li­kiem, bo zimno. Był wcze­sny pora­nek, nawet noc jesz­cze. Rodzice czę­sto wra­cali po pół­nocy. No ale wra­cali. Kiedy się nie zja­wili, poszłam do sąsiadki, ona gdzieś zadzwo­niła, by potem ze zmar­twioną miną powie­dzieć, że mieli wypa­dek i są w szpi­talu. I ona mnie do nich zawie­zie. Na miej­scu obie się dowie­dzia­ły­śmy, że nie­stety moich rodzi­ców nie ma na żad­nym oddziale, bo leżą w szpi­tal­nej kost­nicy. Sąsiadka zalała się łzami i po pro­stu ucie­kła. Zosta­wiła mnie w pocze­kalni. Samą, zupeł­nie samą. Tro­chę trwało, zanim ktoś się zorien­to­wał, że tam jestem, jesz­cze dłu­żej, nim przy­je­chała poli­cja. Potem cze­ka­łam na kogoś z izby dziecka. Dużo było tego cze­ka­nia.

Ta sąsiadka ucie­kała wzro­kiem, ile­kroć mija­ły­śmy się na ulicy. Odpo­wia­dała bur­kli­wie na moje grzeczne powi­ta­nia. Zacho­wy­wała się tak, jakby wyda­rze­nia tam­tej nocy były moją winą. Sama ni­gdy nie mia­łam do niej pre­ten­sji. Chciała dobrze. To nie ona spo­wo­do­wała wypa­dek. Tamta noc była dla mnie tra­giczna i bez względu na to, jak by prze­bie­gła, nie było spo­sobu, bym unik­nęła traumy.

Gdy już uspo­ko­iłam oddech, prze­kro­czy­łam szpi­talny próg. W recep­cji poda­łam nazwi­sko Feliksa i dosta­łam infor­ma­cję, gdzie go znajdę.

Wkra­cza­jąc na oddział, czu­łam się jak intruz. Mija­jąca mnie pie­lę­gniarka wyglą­dała tak, jakby miała zamiar zapy­tać, co tu robię, jed­nak zre­zy­gno­wała. Widocz­nie uznała, że są waż­niej­sze sprawy.

Weszłam do sali, gdzie przy­pięty do wielu rurek i całej tej robią­cej „pip-pip” apa­ra­tury leżał Feliks. Obok na krze­śle drze­mał facet w wymię­to­lo­nej mary­narce. Dotarło do mnie, dla­czego głos wydał mi się zna­jomy. Zna­łam tego męż­czy­znę. Przy­jaź­nił się z Felik­sem, przy czym słowo „przy­jaźń” nie jest naj­traf­niej­sze. To była rela­cja podobna do tej, którą mia­łam z Tośką. Feliks za nim nie prze­pa­dał, ale brał, co życie dało, bo nie był dobry w rela­cje mię­dzy­ludz­kie i zda­wał sobie z tego sprawę. Tak samo jak ja, więc coś nas jed­nak łączyło.

– Kry­sia, dobrze cię widzieć – powie­dział wymię­to­lony. Przy­ło­żył obie dło­nie do twa­rzy i potarł ją powol­nymi, sil­nymi ruchami z dołu do góry i z góry na dół. Jakby chciał zetrzeć sen i tę nie­zdrową zie­mi­stość, sku­tek prze­mę­cze­nia. – Pro­szę, nie mów leka­rzowi, że nie jestem z rodziny.

– Prze­cież… – zawa­ha­łam się. Jak ja do niego mówi­łam? W dzie­ciń­stwie „wujku”, póź­niej to chyba po imie­niu. Na pewno nie per pan. – Prze­cież jesteś rodziną. Dla Feliksa na pewno. Co się stało?

– Wylew. Miał dużo szczę­ścia. Aku­rat prze­cho­dzi­łem. Nie byli­śmy umó­wieni, ale tak jakoś… – Prze­tarł oczy, mocno zaczer­wie­nione, może z nie­wy­spa­nia, może z pła­czu, trudno zgad­nąć. – Jak­bym za nim zatę­sk­nił i pomy­śla­łem „Skoro tędy prze­cho­dzę, to zaj­rzę do tego sta­rego pryka. Dobrego winka się napi­jemy”. Nie to żebym cho­dził do niego pić. Wiesz, że nie?

Mach­nię­ciem ręki dałam znak, że to bez zna­cze­nia. Jed­nak wciąż patrzył na mnie wycze­ku­jąco. Przy­po­mnia­łam sobie o jego daw­nych pro­ble­mach z alko­ho­lem. Może wciąż się z nimi zma­gał? Szary odcień skóry i zaczer­wie­nione oczy mogły mieć inną przy­czynę niż zmę­cze­nie.

– Oczy­wi­ście – powie­dzia­łam, bo chcia­łam, by wró­cił do tematu.

– Wsze­dłem na górę, pukam, stu­kam i nic. Nikt nie odpo­wiada. Feliks cza­sem nakła­dał słu­chawki, pomy­śla­łem, że teraz też, bo z ulicy widzia­łem świa­tło w oknie. Naci­skam klamkę. Otwarte. Wcho­dzę. Na całe gar­dło krzy­czę „Jak się nie będziesz zamy­kał, to jesz­cze cię ukradną!”. I wtedy mnie zmro­ziło. No bo widzę rękę. Na pod­ło­dze, przy drzwiach. Nie samą rękę. Całość była w pokoju, ale ta ręka… Do końca życia nie zapo­mnę. Zaczą­łem wrzesz­czeć, wzy­wać pomocy. Cał­kiem bez sensu. Kto przyj­dzie, skoro on tam nie ma sąsia­dów? To ja za tele­fon. Wezwa­łem pogo­to­wie. Ura­to­wali go, ale wiesz, trudno będzie. Lekarz ci wszystko powie.

Spoj­rzał na mnie tak, jakby ocze­ki­wał, że od razu pójdę szu­kać dok­tora. Nie mia­łam takiego zamiaru. Nie widzia­łam Feliksa dzie­sięć lat. Chcia­łam się przy­wi­tać. W końcu przez długi czas był naj­waż­niej­szą osobą w moim życiu.

Wyglą­dał mizer­nie. Zasmu­ciło mnie to. Zosta­wi­łam doj­rza­łego męż­czy­znę, a teraz mia­łam przed oczyma sta­ruszka. Zmarszczki się pogłę­biły, włosy prze­rze­dziły. Tłu­stą taflą pokry­wały czaszkę, która spra­wiała wra­że­nie, jakby się skur­czyła. Przy­po­mnia­łam sobie Awan­turę o Basię, którą Feliks czy­tał mi na dobra­noc, i ten motyw z ludem zmniej­sza­ją­cym głowy. Mój wuj wyglą­dał tak, jakby padł ich ofiarą.

Pod­nio­słam z pościeli jego dłoń. Skórę miał miękką, paznok­cie krót­kie i czy­ste. O ręce i mary­narki dbał zawsze. Z resztą róż­nie bywało. Przez chwilę trzy­ma­łam jego dłoń w swo­ich.

– Dzień dobry, wujku – powie­dzia­łam. – Przy­je­cha­łam spraw­dzić, jak się czu­jesz. Choć widzę, że nie­naj­go­rzej. Już po dzie­wią­tej, a ty jesz­cze w łóżku.

Wymię­to­lony zachi­cho­tał, niby uba­wiony tym, jak mówię do Feliksa, ale po oczach pozna­łam, że śmiech był fał­szywy.

– Teraz pójdę zna­leźć leka­rza, od niego się dowiem, kiedy można cię zago­nić do roboty.

No i poszłam.

– To medy­cyna, nie mate­ma­tyka – usły­sza­łam. – Jedni radzą sobie lepiej, inni gorzej. My zro­bi­li­śmy, co w naszej mocy. Ale do jakich zmian doszło przez wylew, czas pokaże.

Potem się dowie­dzia­łam, że to wła­ści­wie moja wina, bo nie pil­no­wa­łam. Gdyby cho­dził po leka­rzach i badał się regu­lar­nie, nie mia­łoby miej­sca to, co się zda­rzyło.

– Mój wuj na coś cho­ro­wał?

– Na pewno cho­ro­wał i na pewno się nie leczył. Przy­naj­mniej nie u nas. Ma pani jakąś jego doku­men­ta­cję medyczną?

Pokrę­ci­łam głową.

– No wła­śnie. Pani jest jego jedyną krewną?

Przy­tak­nę­łam, a on spoj­rzał na mnie tak, jakby fakt, że Feliks ma tylko mnie, był niczym wyrok śmierci.

– Muszę iść, pacjenci cze­kają.

Poże­gna­nie przy­ję­łam z ulgą. Niczego się nie dowie­dzia­łam. Poza tym, że jestem okropną sio­strze­nicą. Aku­rat świa­do­mość tego już mia­łam. Feliks nie potra­fił pod­trzy­my­wać rela­cji. Eks­cen­tryczny, samo­lubny samot­nik, który pew­nego dnia usły­szał, że został jedyną rodziną sze­ścio­latki. On serio roz­wa­żał odda­nie mnie do domu dziecka, prze­ko­nany, że tam lepiej się mną zajmą. W końcu uległ zna­jo­mym, któ­rzy go prze­ko­ny­wali, że da radę wycho­wać sio­strze­nicę. Nie dał. To zna­czy wyro­słam, zdo­by­łam wykształ­ce­nie i się usa­mo­dziel­ni­łam, ale Feliks bar­dziej mi w tym prze­szka­dzał, niż poma­gał. Przez wiele lat zupeł­nie się nie doga­dy­wa­li­śmy. Zaczęło się nam cał­kiem nie­źle ukła­dać dopiero, gdy byłam w liceum. No ale wtedy zda­rzyła się ta tra­ge­dia… Dla­tego wyje­cha­łam, a cały swój żal zabra­łam ze sobą. Do dziś pozo­sta­li­śmy nie­roz­łączni. Feliks tego nie rozu­miał, mówił, że powin­nam żyć nor­mal­nie, pogo­dzić się, zapo­mnieć. Nie chcia­łam słu­chać, więc prze­sta­łam z nim roz­ma­wiać. Zdzi­wiło mnie, jaką ulgę przy­nio­sło zerwa­nie tego kon­taktu. Cza­sem myśla­łam o czło­wieku, który mnie wycho­wał, wola­łam jed­nak o nim nie myśleć. Wydaje mi się, że wuj miał tak samo. Przy­pad­kowy tele­fon raz na trzy lata, i to wystar­czyło.

Aż do teraz.

Sły­sza­łam chi­chot For­tuny. W momen­cie gdy czu­łam się bez­pieczna, a życie stało się na tyle poukła­dane, na ile to moż­liwe w moim wypadku, Feliksa powa­lił wylew. Mógł umrzeć, ale na szczę­ście lub nieszczę­ście, tu zda­nia są podzie­lone, lubiący zaj­rzeć do kie­liszka kum­pel wuja aku­rat poczuł, że go suszy i faj­nie by było prze­trze­bić Felik­sową piw­niczkę. Czy to nie zło­śli­wość losu, który zmu­szał mnie teraz, bym odpła­ciła za te lata opieki nade mną? Nie wie­dzia­łam tylko, na jak długo i jaka to będzie opieka. Czy tylko poda­wa­nie table­tek i pil­no­wa­nie ter­mi­na­rza wizyt lekar­skich, czy też kar­mie­nie łyżeczką i zmie­nia­nie pie­luch.

Nie­długo po moim powro­cie na salę Feliks zaczął się budzić. Otwo­rzył oczy, zoba­czył mnie i uśmiech­nął się krzywo. Potrze­bo­wa­łam chwili, by zdać sobie sprawę, że to po pro­stu para­liż lewej strony twa­rzy.

Przy­szła pie­lę­gniarka, upo­mniała mnie, bym nie sia­dała na łóżku.

– Wyczy­ści taka dupą pół świata, a potem na pościel z tym syfem, z tymi zaraz­kami. A jak sepsa, to na nas, bo w szpi­ta­lach brudno i bak­te­rie. A to my nano­simy czy krewni? Co?

– Prze­cież już wstaję.

– Jakby krze­seł nie było. Ale są. Po to są krze­sła, żeby na nich sia­dać. Łóżka są do leże­nia. Dla pacjen­tów.

– To może my wyj­dziemy i przyj­dziemy póź­niej, co? – Przy­ja­ciel Feliksa przy­szedł mi w sukurs.

Muszę sobie przy­po­mnieć, jak on się nazy­wał. Wuj mówił o nim zwy­kle „ta menda”. Cóż, to nie mogło być jego praw­dziwe imię, ale póki co musiało wystar­czyć.

Przed szpi­ta­lem sta­li­śmy w mil­cze­niu. Nie bar­dzo wie­dzia­łam, dokąd iść, co robić. Nie bar­dzo wie­dzia­łam też, jak się poże­gnać.

– Chyba już pójdę? – Zawie­si­łam to zda­nie gdzieś pośrodku mię­dzy pyta­niem a oznaj­mie­niem.

– Tak, tak. – Wymię­to­lona Menda poki­wał głową. – Wyśpij się. Tu nic nie pomo­żesz. Wszystko w lekar­skich i boskich rękach. Może cię pod­wieźć? Ja tu autem przy­je­cha­łem.

Podzię­ko­wa­łam, mia­łam wła­sny śro­dek trans­portu. Menda pogme­rał w kie­szeni.

– Gdzie ja głowę podzia­łem! Był­bym zapo­mniał, prze­cież klu­cze wzią­łem. – Z zawsty­dze­niem podał mi dwa klu­cze na kółku. Bez bre­loczka. – Zamy­ka­łem. Gdy pogo­to­wie poje­chało. No wiesz.

Odnio­słam wra­że­nie, że mi się tłu­ma­czy.

– Dobrze, że się wszyst­kim zają­łeś. – Powie­dzia­łam to, bo w tej sytu­acji takich słów użyłby każdy nor­malny czło­wiek. To, że sama zacho­wa­ła­bym się ina­czej, nie zna­czyło, że nie wie­dzia­łam, jak zacho­wać się należy. „Spra­wiaj wra­że­nie, że jesteś grzeczna, a w wol­nym cza­sie rób swoje”, tego uczył mnie wuj. – Bar­dzo dzię­kuję. To wspa­niale, że jesteś naszym przy­ja­cie­lem. Feliksa i moim.

Zaczer­wie­nił się nie­na­tu­ral­nie. Poczu­łam obawę, że zaraz i jemu pęk­nie żyłka w mózgu i doj­dzie do wylewu. Poże­gna­łam się pośpiesz­nie. Cze­kało na mnie miej­sce, które przez wiele lat nazy­wa­łam domem.

Nie wni­ka­łam, jak Feliks wszedł w posia­da­nie pięk­nej kamie­nicy. Gdy byłam mała, nie inte­re­so­wało mnie to, a kiedy nad­szedł czas, że może i chcia­ła­bym wie­dzieć, już nie utrzy­my­wa­li­śmy kon­taktu. W każ­dym razie dwa lata po wypadku rodzi­ców oświad­czył, że musimy się prze­pro­wa­dzić, bo jest nam cia­sno. Cia­sno? Mało powie­dziane. Gdy zwiózł swoje kla­moty do dużego pokoju, który rodzi­com słu­żył za salon i sypial­nię, prak­tycz­nie nie dało się wejść. Feliks pra­co­wał w kuchni, a kiedy byłam w szkole, przy moim biurku. Czę­sto nie mogłam odra­biać lek­cji, bo „mam tam poroz­kła­dane ważne rze­czy. Nic nie ruszaj”.

Kamie­nica z ład­nym fron­tem, cał­kiem spora, znaj­do­wała się dosłow­nie kilka kro­ków od rynku, przy skrzy­żo­wa­niu ulic Sol­nej, tej, która pro­wa­dziła pro­sto do naj­więk­szej atrak­cji mia­sta, czyli wodo­spadu, i Krup­ni­czej, która wio­dła do miej­skiego parku i Klej­no­to­wych Sta­wów. Na par­te­rze wydzie­lono miej­sce na sklep. Feliks urzą­dził tam anty­kwa­riat. Zajął też piw­nicę i pię­tro. Ja dosta­łam pod­da­sze – dwa poko­iki z łazienką. Czu­łam się jak kró­lewna. Mia­łam okna we wnę­kach, a latem mogłam wycho­dzić na dach. Robi­łam to bar­dzo czę­sto, głów­nie po to, by pluć na tury­stów. Nie byłam jakąś lokalną patriotką, ale uwa­ża­łam, że obcy nie powinni się tu krę­cić. Hała­śliwi bała­ga­nia­rze nie zasłu­gi­wali na to, by korzy­stać z uro­ków naszego mia­sta. Przy­jeż­dżali i zacho­wy­wali się jak u sie­bie. Wciąż sły­sza­łam „Mogła­bym tu żyć”. Tyle że jakoś nikt się nie prze­pro­wa­dzał. Przy­po­mi­nali prze­zię­bie­nie – poja­wiali się dwa razy do roku i spra­wiali, że chcia­łeś o nich zapo­mnieć.

Uzna­łam, że naj­lep­szym gara­żem będzie jedna z komó­rek w podwó­rzu. Nie zamie­rza­łam zbyt czę­sto korzy­stać z moto­cy­kla. Srebrny Stok nale­żał do tych miast, po któ­rych grzech było jeź­dzić. Lepiej spa­ce­ro­wać i podzi­wiać.

Prze­kro­czy­łam próg, weszłam z ocią­ga­niem. Rozej­rza­łam się wokół. Spoj­rza­łam na szkic przed­sta­wia­jący Kon­stan­tego Laszczkę, który wisiał w przed­po­koju nad szafką z butami. Chłop miał takie smętne spoj­rze­nie czy po pro­stu Wyczół­kow­ski ryso­wał wszyst­kich, jakby wła­śnie wró­cili ze stypy? To zde­cy­do­wa­nie maniera mala­rza, bo Laszczka miał się w życiu z czego cie­szyć.

Wśli­zgnę­łam się do salonu. Nie wyglą­dał tak, jak go zapa­mię­ta­łam. Wiem, że minęło dzie­sięć lat i wiele mogło się w tym cza­sie pozmie­niać, ale to? Być może sani­ta­riu­sze, sku­pieni na rato­wa­niu wuja, nie zwra­cali uwagi na szkody, jakie czy­nili wokół. To wyda­wało się naj­roz­sąd­niej­szym wytłu­ma­cze­niem. No bo niby dla­czego ktoś miałby prze­szu­ki­wać miesz­ka­nie Feliksa?

Rozdział 4. Nieznośna lekkość bytU

Roz­dział 4

Nie­zno­śna lek­kość bytU

To był trzeci dzień, któ­remu rytm nada­wały poranne obchody, lekar­stwa przy­no­szone przez miłe lub nie­miłe pie­lę­gniarki, wizyty reha­bi­li­tantki, igno­ro­wane przeze mnie tele­fony od Tośki, przy­pad­kowe spo­tka­nia z ludźmi, któ­rych spo­ty­kać nie chcia­łam, dzie­siątki „Kry­sia? Jak miło cię widzieć” i samotne wie­czory. Gdyby nie wspo­mnie­nia, samotne wie­czory byłyby naj­lep­sze.

Weszłam do sali Feliksa. Prze­nie­śli go na ogólną. Zaj­mo­wał środ­kowe łóżko. Po lewej leżał pan Kaziu, po pra­wej – pan Mie­tek.

– Faj­nie, że naresz­cie masz towa­rzy­stwo – zagru­cha­łam do wuja, gdy kła­dłam na sto­liku rekla­mówkę z poma­rań­czami. – Owoc­ków ci przy­nio­słam. Zjesz sobie póź­niej.

Nawet gdyby Feliks lubił poma­rań­cze, a ich nie zno­sił, to i tak ze słabą moto­ryką lewej dłoni nie dałby rady obrać skórki.

Poza cytru­sami mój wuj nie zno­sił też zdrob­nień.

– No i jak ci tutaj? Lepiej tro­szeczkę? Kole­gów masz. To dobrze, nie będziesz tak sam leżał. Tele­wi­zo­rek sobie włą­czy­cie, jakieś wia­do­mo­ści pooglą­da­cie.

W myślach sły­sza­łam te wszyst­kie kąśliwe uwagi, któ­rymi ura­czyłby mnie Feliks, gdyby mógł pra­wi­dłowo arty­ku­ło­wać. Zło­śli­wość wybeł­ko­tana traci moc raże­nia. On to wie­dział, więc mil­czał.

Odwró­ci­łam się w stronę pana Mietka, żeby cie­płym sło­wem zachę­cić go do zawar­cia bliż­szej przy­jaźni z Felik­sem. To nie był naj­lep­szy pomysł, bo mój nie­do­szły inter­lo­ku­tor sie­dział wygod­nie roz­party na łóżku, koł­drę odrzu­cił, pew­nie było mu za cie­pło, a z roz­porka piżamy wyglą­dało… No wia­domo, co wyglą­dało. Chcia­łam się odwró­cić, ale w tym momen­cie pan Mie­tek spoj­rzał na mnie i nawią­za­li­śmy kon­takt wzro­kowy.

– Zaraz pta­szek panu wyleci – podzie­li­łam się spo­strze­że­niem.

Prze­niósł wzrok z mojej twa­rzy na swój roz­po­rek.

– On by i chciał! Ale ten bie­da­czek już ni­gdy nie pofru­nie. – Coś tam poma­new­ro­wał przy spodniach, z mar­nym skut­kiem. Ptak na­dal wyglą­dał z dziu­pli.

– Żar­tow­niś z pana. Feliks też lubi żarty. Jeśli zna pan jakieś dow­cipy, pro­szę mu opo­wia­dać. Śmiech to zdro­wie.

Feliks spoj­rze­niem mor­do­wał mnie ze szcze­gól­nym okru­cień­stwem. Jed­nak jego wzrok mógł tyle, co pta­szek pana Mie­cia.

– No to ja się będę już zbie­rać. Jutro wpadnę. Co ci przy­nieść? Man­da­ry­ne­czek może?

– Czej uje.

– Nie sądzisz, że dość tego uża­la­nia się nad sobą i uda­wa­nia, że masz afa­zję? Prze­sze­dłeś wylew, czy jak medy­cyna woli to nazy­wać: udar krwo­toczny, co jak sądzę samo w sobie nie było za fajne. Zała­pa­łeś się na urlo­pik w szpi­talu, tro­chę tu pole­ża­łeś, odpo­czą­łeś, ale chyba wystar­czy? Ogar­nij się i zacznij mówić jak doro­sły czło­wiek, a nie jak trzy­la­tek. Przyjdę jutro spraw­dzić postępy.

Ktoś nade mną chrząk­nął. Pod­nio­słam wzrok. Coś mi mówiło, że facet, który wydał te dźwięki, mógł mnie usły­szeć.

– Możemy poroz­ma­wiać?

Czemu nie. Roz­mowy z ludźmi są w moim TOP 10 naj­bar­dziej ulu­bio­nych… A nie, cze­kaj, jed­nak nie są.

Wyszli­śmy na kory­tarz.

– Jestem neu­ro­lo­go­pedą. Pan Feliks to mój pacjent.

Powierz­chow­ność pre­dys­po­no­wała go do zawodu foto­mo­dela. Miał przy­stojną, pocią­głą twarz z mocno wysta­ją­cymi kośćmi policz­ko­wymi. Czarne brwi zra­stały się na szczy­cie pro­stego nosa. Rzęsy, też czarne, gęste i nie­przy­zwo­icie dłu­gie, nada­wały spoj­rze­niu pewną łagod­ność, choć oczy miały chłodną, sta­lową barwę. Na jasnych policz­kach zarost two­rzył cie­nie, pod­kre­śla­jąc tym kan­cia­stość szczęki.

– Nie chcę się wtrą­cać… – zaczął.

Skoro nie chcesz, to tego nie rób. Mamy cał­kiem przy­zwo­ity ustrój i normy spo­łeczne dające jed­no­stce dość znaczną wol­ność decy­zyjną. Tylko że ty tak naprawdę chcesz to zro­bić. Sądzisz, że dobrym spo­so­bem na roz­po­czy­na­nie zna­jo­mo­ści jest kła­ma­nie komuś w oczy?

– Przy­pad­kiem usły­sza­łem, co pani mówi. I wydaje mi się, że to tro­chę zbyt ostro.

Nie sądzę.

– Chory może to zin­ter­pre­to­wać tak, że obwi­nia go pani o to, co zaszło. A obwi­nianie się to droga do depre­sji. Jeśli chcemy, by jak naj­szyb­ciej wró­cił do zdro­wia, powin­ni­śmy oka­zy­wać mu pozy­tywne wspar­cie.

Przez chwilę roz­wa­ża­łam, czy poin­for­mo­wać tego miłego czło­wieka, że wspar­cie, jakie przed chwilą oka­za­łam wujowi, było abso­lut­nie pozy­tywne. Ponie­waż my jeste­śmy spe­cy­ficz­nymi oso­bami, więc i nasze rozu­mie­nie słowa „pozy­tywny” takie pozo­staje. Szybko jed­nak doszłam do wnio­sku, że facet nie zro­zu­mie. Poza tym nie cze­kał na tłu­ma­cze­nie, raczej na przy­zna­nie się do błędu. Pro­szę bar­dzo. W końcu ty skła­ma­łeś pierw­szy.

– Dzię­kuję bar­dzo. Posta­ram się bar­dziej.

Mia­łam nadzieję, że to wystar­czy, ale gdzie tam. Zaczął mnie prze­pra­szać. Bo może mnie ura­ził. Czło­wieku, wycho­wał mnie Feliks. Nawet nie wiesz, jak trudno, bar­dzo trudno mnie ura­zić.

– Ja rozu­miem, że dla pani to nie jest łatwa sytu­acja. Emo­cje pusz­czają.

– Nie wyży­wam się na wuju, jeśli to pan suge­ruje. – Tro­chę tak, ale prze­cież się do tego nie przy­znam. – Zawsze odno­si­li­śmy się do sie­bie w taki odro­binę szorstki spo­sób.

– Rozu­miem.

Z miny wyni­kało, że jed­nak nie.

– Wuj zajął się mną, gdy stra­ci­łam rodzi­ców. Uznał chyba, że jeśli będzie się nad­mier­nie roz­tkli­wiał, tylko mi zaszko­dzi. Nauki Adlera bar­dziej do niego prze­ma­wiały. Freuda nie uzna­wał. O podej­ściu do dziecka według Kor­czaka sły­szeć nie chciał. I tak to jeste­śmy tro­chę cyniczni wobec sie­bie.

Ski­nął głową, że niby pojął, ale gdzie tam, skoro zaraz dodał, że teraz sytu­acja ule­gła zmia­nie i trzeba jed­nak wię­cej cie­pła.

– Jasne, okażę.

Szkoda, że nie było ze mną Tośki. Mogła­bym jej na żywym orga­ni­zmie zade­mon­stro­wać, dla­czego face­tom mówię zde­cy­do­wane „nie”. Oto, pro­szę, pan logo­peda, lat trzy­dzie­ści, może trzy­dzie­ści dwa. Wykształ­cony, cał­kiem przy­stojny, wyspor­to­wany, bez obrączki, a wnio­sku­jąc ze spoj­rze­nia, jakie w cza­sie naszej roz­mowy rzu­cały mu prze­cho­dzące młode pie­lę­gniarki, rów­nież bez zobo­wią­zań. Czy bym się z nim umó­wiła? Nie! Bo głupi. Miał swój obraz świata i nawet nie dopusz­czał myśli, że coś w nim może odbie­gać od ususu. Moje zacho­wa­nie wobec Feliksa było takie samo jak przez ostat­nie dwie i jedną trze­cią dekady. I to nie ja zaczę­łam.

Może powin­nam mu opo­wie­dzieć o lal­kach? To wyda­rzyło się zaraz po tym, jak Feliks się wpro­wa­dził. Mia­łam taką lalkę, którą dosta­łam na uro­dziny. Chwilę przed wypad­kiem. Cie­szy­łam się z niej bar­dzo, marzy­łam o takiej. Bawi­łam się nią z pewną nie­śmia­ło­ścią i po zaba­wie odkła­da­łam do pudełka. Potem był wypa­dek i nie się­ga­łam po zabawki. Gdy Feliks się… nazwijmy to, urzą­dzał, zoba­czył tę lalkę i mi ją zabrał. Powie­dział, że w przy­szło­ści to opa­ko­wa­nie pod­nie­sie jej war­tość.

– Dużo za nią nie dosta­niesz, ale za czter­dzie­ści, pięć­dzie­siąt lat ludzie będą tego szu­kać. Może nawet wcze­śniej. To zawsze tak jest. Włą­cza się sen­ty­ment i chcemy kupić rze­czy, które mie­li­śmy w dzie­ciń­stwie. Cza­sem dla wła­snych dzieci, cza­sem dla sie­bie. To taki mecha­nizm zadość­uczy­nie­nia stra­tom, jakby przed­miot mógł nas prze­nieść w cza­sie i coś wyna­gro­dzić. Nie rozu­miem tego, ale z punktu widze­nia anty­kwa­riu­sza to ważne. Nie zara­biamy na przed­miotach, nie o nie tu cho­dzi. Zara­biamy na ludz­kich emo­cjach.

Kiedy po wielu dniach ogrom­nego stresu w końcu zdo­by­łam się na odwagę i powie­dzia­łam, że chcia­ła­bym lalkę, dał mi stu­pięć­dzie­się­cio­let­nią. Taką z por­ce­la­nową twa­rzą i natu­ral­nymi ludz­kimi wło­sami. Piękną, ale prze­ra­ża­jącą.

– Tylko nie stłucz. Stłu­czona nie będzie wiele warta. A ubran­kami się nie martw, jak coś tam pobru­dzisz. I tak miała iść do reno­wa­cji.

Tym spo­so­bem biedna sied­mio­let­nia dziew­czynka została bez lalek.

Mogłam też opo­wie­dzieć o kar­cie rowe­ro­wej. Naprawdę zabawna histo­ria. Bo ja nie umia­łam jeź­dzić. Przed wypad­kiem mia­łam rowe­rek z bocz­nymi kół­kami, ale z niego wyro­słam. Tato obie­cał, że wio­sną kupimy nowy rower, a on pokaże mi, co i jak. Tyle że ta wio­sna się nie wyda­rzyła.

Dzieci są takie, że nie lubią tego, co inne, nie­znane. Wiele mecha­ni­zmów obron­nych w nas zostało, a w dzie­ciń­stwie naj­moc­niej docho­dzą one do głosu. Nie­po­sia­da­nie rodzi­ców jest czymś nie­nor­mal­nym, dla­tego inne dzie­ciaki patrzyły na mnie podejrz­li­wie. To była druga klasa, więc wciąż jesz­cze zale­żało mi na tym, co inni o mnie mówią i myślą. Dopiero póź­niej nabra­łam dystansu i cał­ko­wi­cie się wyau­to­wa­łam.

Pró­bo­wa­łam wszyst­kiego, żeby się roz­cho­ro­wać, nie­stety nic nie zadzia­łało, a tylko gorączka powy­żej trzy­dzie­stu ośmiu stopni spra­wiała, że Feliks był skłonny pozwo­lić mi zostać w domu. Poszłam więc do szkoły i na egza­min na kartę rowe­rową. Zaci­snę­łam zęby, wsia­dłam na rower, prze­je­cha­łam sla­lom i zro­bi­łam ósemkę. Do dziś nie wiem, jakim cudem to mi się udało.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki