Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
45 osób interesuje się tą książką
Jakie jest prawdopodobieństwo, że weekendowa konferencja historyczna zamieni się w poszukiwanie mordercy, a nawet dwóch morderców? A jeśli w tym równaniu pojawi się duet Miller–Organek?
Linda Miller i Jeremi Organek oddalają się od rodzimego Dolnego Śląska, pewni, że nie grożą im żadne trupy, denaty i zwłoki. Ani żaden zaprzyjaźniony policjant. Tymczasem podwarszawski Teresin, skrywający ponadstuletnią tajemnicę, ma wobec nich swoje plany. Lecząc złamane serce, Jeremi znów znajdzie się w prosektorium, gdzie przyjdzie mu odkryć niejeden sekret, a Linda – jak to Linda – wbrew wszystkim nadepnie komuś na odcisk.
Zapraszamy do poznania zawiłości najgłośniejszego i do dziś nierozwiązanego morderstwa Kongresówki oraz sprawdzenia, skąd wyleciało pewne ciało i kto pomógł mu wylecieć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 301
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Zupełnie inaczej niż zwykle zaczynam od podziękowań. Tym razem są one o wiele bardziej na miejscu tutaj, zanim zajrzycie do świata Jeremiego i Lindy.
Dziękuję Adze Trzeszkowskiej-Berezie i Kasi Zając, czyli sercu i duszy Wydawnictwa Mięta, za to, że pozwoliły mi konkursowo zawalić termin oddania tej książki. Że cierpliwie poczekały, aż zbiorę się z podłogi po tym, jak upadłam i nie mogłam wstać tygodniami. Za to, że okazały mi wielkie serce, wyrozumiałość i empatię. Jestem Wam wdzięczna, bo bez tego nie poznalibyśmy kolejnej części Jeremindy.
Z podłogi zeskrobywali mnie moi przyjaciele, którym niniejszym składam pokłony do ziemi. Jednym tchem wymieniam Wasze imiona: Basiu, Domi, Karo, Pati, Werko, Edytko, Bartku, Jarku, Pawle – dziękuję za każde wysłuchanie miauczenia, za godziny darmowej terapii i energię, która pozwoliła mi ładować baterie.
A Wam, moim najmilszym, najlepszym, idealnym Czytelnikom – dziękuję za to, że jesteście i czekacie cierpliwie na kolejne starostki.
Komisarz Michał Bączek nie czuł niewysłowionej radości w związku z czasową zmianą miejsca pracy, wiedział jednak, że to może być dla niego szansa na promocję. Komendant mazowieckiej policji, prywatnie bliski przyjaciel naczelnika Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej z Wrocławia, obiecał sowicie wynagrodzić „asa dolnośląskich śledczych” w zamian za to, że ten zajmie się przeorganizowaniem pracy funkcjonariuszy posterunku w Teresinie. Aktualny szef jednostki doznał niefortunnej kontuzji w trakcie zimowego wypoczynku i jego powrotu do pracy spodziewano się nie wcześniej niż za pół roku.
– Michaś – westchnął nadinspektor Wilczyński, znużony do granic nieustającym marudzeniem podwładnego. – Spróbuj poszukać plusów dodatnich.
– Na przykład jakich?
– No na przykład takich, że będziesz miał z głowy użeranie się z rudowłosą zgagą, panią Starostą i tymi tam, Pruskami. Czy to nie brzmi jak dar od losu? Trochę ci nawet zazdroszczę.
– Założę się, że pod moją nieobecność ani Linda Miller, ani żadna inna z tych upiornych bab akurat niczego nie wywinie. Ale jak tylko wrócę, to natychmiast wszystkie naraz znajdą trupa, wpakują się prosto do jakiejś zorganizowanej grupy przestępczej albo zrobią coś jeszcze głupszego.
– No i jak dla mnie może być – stwierdził wspaniałomyślnie nadinspektor. – Ty się teraz nie troskaj tym, co będzie za pół roku, tylko ciesz się zmianą otoczenia, nowymi możliwościami i szansą na kopa w górę. Ten mazowiecki to podobno słowny gość, więc na pewno zasług ci nie zapomni.
Bączek właściwie był już pogodzony z losem, gadał tylko, żeby gadać i ulżyć sobie odrobinę. Odmówić nie mógł, bo prośba naczelnika była zawoalowanym poleceniem, a ewentualne profity rzeczywiście go kusiły. Plusy dodatnie w postaci możliwości uwolnienia się od magnesów na kłopoty poprawiły mu humor, co uznał za dobry omen. Ostatecznie sześć miesięcy to wcale nie jest bardzo długo, minie w okamgnieniu i status quo wróci, możliwe że z kolejną gwiazdką na pagonie. W sumie – nienajgorszy ten biznes i warto zacisnąć zęby.
Do końca dnia nie mógł znaleźć sobie miejsca w komendzie, snuł się więc po korytarzach, zaglądał do kolegów i koleżanek, jakby żegnał się z nimi na zawsze. Większość oficerów miała wyjazd Bączka na Mazowsze głęboko w duszy, część jednak udawała, że będzie za nim tęsknić. Komisarz doskonale wiedział, iż to tylko kurtuazja, ale każdemu dziękował i obiecywał szybko wrócić.
– Tylko nie wpakuj się w żadną kabałę – poradził mu jeden z techników kryminalistycznych.
– Ja? No coś ty, od kłopotów trzymam się z daleka.
– Tylko one jeszcze o tym nie wiedzą, co nie?
Bączek nie docenił dowcipu, udał jednak rozbawienie, żeby nie sprawić koledze przykrości, po czym wrócił do swojego gabinetu. Jego partner jak zwykle gdzieś zniknął, zostawiając potworny bałagan na biurku, ale komisarz ze wzruszeniem pomyślał, że tego także będzie mu brakować. Nade wszystko zaś będzie mu brakować towarzystwa Kazika Wilczyńskiego, z którym łączyła go wieloletnia, bezinteresowna i szczera przyjaźń.
– No to… do zobaczenia – rzucił, siląc się na swobodny ton, kiedy stanął w progu gabinetu pryncypała.
– Już idziesz? – zmartwił się nadinspektor i spojrzał na zegarek. – O holender, kiedy zrobiło się tak późno?
– Pasjans to bardzo czasochłonne zajęcie…
– A żebyś wiedział! Ale akurat dziś miałem na głowie coś innego. Musimy szybko zamknąć sprawę tego samobójcy na torach, bo prokurator zaraz zaczyna urlop.
– Poradzicie sobie – powiedział komisarz, omiatając gabinet szefa tęsknym wzrokiem. Poczuł ukłucie żalu w sercu i nagle zupełnie stracił zapał do wyjazdu. Niestety ta droga była jednokierunkowa i nic nie mógł na to poradzić. – To na razie, Kazik – rzucił smętnie i wyszedł.
Miał nadzieję, że Wilczyński za nim wybiegnie, wyściska go, zrobi cokolwiek, ale niestety nic takiego się nie wydarzyło.
Wrócił do mieszkania, odgrzał sobie przeterminowane zaledwie cztery dni parówki, dwukrotnie sprawdził zawartość walizek, upewnił się, że ma bilet na pociąg na właściwy dzień, wypił dwa kubki wrzątku, który niedawno włączył do diety, po czym położył się spać. Zasnął niemal natychmiast, a ostatnią myślą – której rano już nie pamiętał – była ulga, że na pół roku ma z głowy rudowłosą Lindę Miller.
Linda Miller nie mogła się doczekać wyjazdu. Od kilku tygodni przygotowywała się do niego, upatrując w tym swojej wielkiej szansy na zmianę ścieżki zawodowej. Blog przestał przynosić jej satysfakcję, a odkąd do jej życia wtargnęły zwłoki, trupy i denaci, z zaniepokojeniem obserwowała, że brakuje jej adrenaliny, gdy nie natyka się na zbrodnię. Musiała więc coś zmienić, najlepiej drastycznie, ostrym cięciem i na zawsze. Dlatego też, kiedy otrzymała niespodziewaną propozycję wzięcia udziału w konferencji historycznej poświęconej zagadkom dwudziestolecia międzywojennego, nie wahała się ani przez moment. Zdjęcie profilowe jednego z organizatorów konferencji dodatkowo utwierdziło ją w przekonaniu, że podjęła słuszną decyzję.
– A co ty tak się szczerzysz do tego komputera? – zagadnęła Iga, od kilku minut przyglądająca się swojej współlokatorce.
– Co ty gadasz, wcale się nie szczerzę!
– No przecież widzę, że suszysz zęby, jakby ci właśnie robili skan 3D przez kamerkę internetową. O, dzień dobry panu. – Iga pochyliła się nad ramieniem Lindy i wpatrzyła w fotografię przystojnego mężczyzny, po czym przeczytała: – Iwo Kaliciński, doktor nauk humanistycznych w zakresie historii. No, no, niezłe ciacho.
– Myślisz?
– Nie myślę, tylko widzę. Skoro nawet ja to dostrzegam, to każda babka hetero tym bardziej.
– Włącznie z jego żoną – stwierdziła kwaśno Linda i dotknęła ekranu komputera. – Obrączkę ma.
– No i co z tego? Popatrzeć można. Podobno od patrzenia na piękno natury człowiekowi poprawia się dobrostan. Czyli jedziesz?
– Jadę – odparła rudowłosa. – Nawet gdyby miało się okazać, że bez Photoshopa doktor Kaliciński wygląda jak Quasimodo, to przynajmniej spędzę czas w fajnym miejscu i nawiążę nowe znajomości. Raz się żyje.
– I raz umiera. Chociaż patrząc na denatów w twoim życiu, muszę stwierdzić, że bywa różnie… – zauważyła Iga.
– Wiesz co? Ty może już się nie odzywaj. Umierania nie przewiduję. Ani znajdowania zwłok – zastrzegła, zanim Iga zdążyła palnąć coś jeszcze głupszego.
– No dobra, niech ci będzie. Masz już temat prelekcji?
Linda energicznie pokiwała głową, wprawiając ognistorude loki w ruch. Przez moment wyglądała, jakby wokół jej twarzy tańczyły rzeczywiste płomienie.
– Wydaje mi się, że znalazłam prawdziwą petardę. Słyszałaś kiedykolwiek o tym, że niewiele brakowało, aby Arthur Conan Doyle zaangażował się w sprawę morderstwa, do którego doszło w Polsce?
– Teraz to zmyślasz – żachnęła się Iga i spojrzała na przyjaciółkę z wyraźnym niesmakiem.
– Ależ nie! Mówię całkiem serio. Czekaj, zaraz ci pokażę.
Linda z żalem zamknęła kartę z profilem przystojnego historyka i uruchomiła wyszukiwarkę. Nie patrząc na ekran, wpisała ciąg liter, po czym zamaszystym ruchem wcisnęła klawisz „enter”. Na monitorze natychmiast wyświetliła się długa lista wyników. Dziewczyna kliknęła w drugi od góry, wywołując stronę, której nagłówek brzmiał: Polska sprawa Sherlocka Holmesa.
– „Księcia znaleziono martwego w parku. Zastrzelono go, gdy próbował uciekać – czytała na głos Iga. – Pierwszy pocisk trafił obok kręgosłupa, kolejny za uchem. Kula drugiego strzału wysadziła oko, stwierdził lekarz po sekcji zwłok. Czy to możliwe, żeby księcia zabił jego przyjaciel? A może ktoś inny, kogo obawiał się nawet twórca Sherlocka Holmesa, Arthur Conan Doyle?”. O jakiego księcia tu chodzi? I dlaczego pisarz z dalekich krain miałby się obawiać jakiegoś nołnejma z Polski?
Linda znów potrząsnęła włosami, poprawiła się na krześle, po czym spojrzała z powagą na przyjaciółkę.
– Usiądź, proszę – powiedziała, wskazując krzesło naprzeciwko. – Opowiem ci tę historię, a ty ocenisz, czy nadaje się na pogadankę dla nudnych naukowców.
– Masz na myśli: czy będzie wystarczająco ciekawa, żeby zwrócić na ciebie uwagę przystojnego doktora Iwona?
Rudowłosa historyczka zignorowała zaczepkę współlokatorki, choć jej uśmiech zdawał się potwierdzać domysł Igi. Odsunęła krzesło od stołu, odchyliła się na oparciu, wywaliła nogi na blat, splotła dłonie na brzuchu, po czym cmoknęła głośno.
– Nie mędrkuj, tylko słuchaj – napomniała przyjaciółkę. – Słyszałaś o tym, że Conan Doyle był swego czasu uważany za detektywa? I to nie przez jakąś Mary czy inną Dorcas, tylko przez poważnych panów pracujących w Scotland Yardzie. Wyjaśnił między innymi bardzo głośną sprawę George’a Edaljego, prawnika pochodzącego z rodziny imigrantów z Indii, oskarżonego o okaleczanie zwierząt hodowlanych w Staffordshire. Okazało się, że policja wierzyła absurdalnym plotkom rozpowiadanym przez „życzliwych”, a ignorowała fakty. Arthur Conan Doyle, zapoznawszy się z aktami sprawy, nie bał się wytknąć policji metropolitalnej fuszerki, dzięki czemu doprowadził do uwolnienia Edaljego i przywrócił mu dobre imię. No i była jeszcze jedna, o wiele istotniejsza kwestia, która przyniosła Conanowi Doyle’owi rozgłos na całą Europę. – Linda zdjęła nogi ze stołu i pochyliła się w kierunku Igi. – Pan doktor i słynny autor stanął w obronie niejakiego Oscara Slatera, skazanego za zamordowanie bogatej starszej pani z Glasgow. Slater trafił do więzienia na podstawie poszlak, bez jednoznacznych dowodów, co pisarz wyłuszczył w opublikowanej w prasie polemice z tysiąc dziewięćset dwunastego roku. Conan Doyle skrytykował wszystkie działania policji, zarzucając jej niedopatrzenia, zaniechania i działanie na szkodę oskarżonego. Po wielu latach batalii i usilnych działań pisarza Slater został uniewinniony, choć sprawcy tego morderstwa nie udało się ustalić.
– Aha, interesujące… – Iga wyglądała na głęboko zamyśloną. – Ale wciąż nie rozumiem, dlaczego miałby się zajmować sprawą w Polsce.
– Dlatego, moja kochana, niezbyt lotna przyjaciółko, że podobieństwo między śledztwem w sprawie Slatera i naszego rodzimego księcia było wręcz uderzające. W październiku tysiąc dziewięćset trzynastego roku niejaki Felix de Halpert wystosował więc do Arthura Conana Doyle’a list o następującej treści.
Linda odblokowała uśpiony komputer, po czym odwróciła go w stronę Igi. Na ekranie wciąż wyświetlał się ten sam artykuł. Współlokatorka panny Miller, teraz już wyraźnie zaintrygowana, zanurzyła się w lekturze.
Szanowny Panie!
Od wielu lat należę do stałych i wdzięcznych Pana czytelników, dlatego pozwalam sobie pisać te słowa, choć jestem człowiekiem zupełnie Panu obcym i cudzoziemcem. Otóż wkrótce dojdzie w Warszawie do procesu o morderstwo, zapowiadającego się jako jeden z najbardziej sensacyjnych w historii.
Zamordowany książę Lubecki i domniemany morderca – jego przyjaciel pan de Bisping – są dobrze znani w warszawskiej socjecie. Bisping zapewnia, że jest niewinny, a wszyscy, którzy go znają, uznają za niemożliwe, by zdolny był do popełnienia takiego przestępstwa. Jednak do chwili obecnej obciąża go wiele okoliczności, a żaden inny morderca czy podejrzany nie został znaleziony.
Właśnie w sprawie rozwiązania tej tajemnicy pozwalam sobie pisać do Pana. Czy zechciałby Pan przyjechać do Warszawy i ofiarować swoją cenną pomoc i porady prawnikowi pana de Bispinga? Być może jestem w błędzie, sądząc, że podejmuje się Pan takich śledztw. Gdyby jednak był Pan gotów pomóc rozwikłać tę zagadkę, to za jaką opłatą, wliczając w to koszty podróży i zakwaterowania?
Jeszcze nie sugerowałem rodzinie Bispinga jakiegokolwiek Pańskiego wsparcia, ale w przypadku Pańskiej zgody mogę od razu do nich napisać. Pana nazwisko i dzieła są tak dobrze znane w Rosji i Polsce, że pewien jestem, iż Pańska pomoc spotka się z największym uznaniem. Przepraszam, że pozwoliłem sobie zająć Pana czas, ale jestem jednym z Pana wielkich wielbicieli.
Felix de Halpert
– I jak się zakończyła ta historia? – zapytała Iga, skończywszy czytać. – Przyjechał ten Sherlock i znalazł zbrodzienia?
– Nie przyjechał – odparła Linda, potrząsając głową – i kto wie, czy nie zrobił tego nie z własnej woli. Historycy badający sprawę zabójstwa księcia Lubeckiego do dziś nie są zgodni. Mówiło się nawet o spisku sięgającym cara Rosji i udziale w zbrodni carskich szpiegów. Oczywiście nie ma żadnych potwierdzonych dowodów.
– Nie ma albo zostały bardzo skutecznie ukryte – podsunęła Iga.
– Widzę, że zaczynasz łapać – odparła panna Miller, uśmiechając się zadziornie. – Ta sprawa nigdy nie doczekała się wyjaśnienia.
– Może po prostu potrzebowała twojego genialnego umysłu? No wiesz, te wszystkie zwłoki, trupy i denaci nie bez powodu znalazły się w twoim CV. Nic nie dzieje się bez przyczyny, droga przyjaciółko.
Linda zacisnęła usta, żeby nie skomentować ostatnich słów współlokatorki. Zasadniczo miała wyrobione zdanie na temat wydarzeń, które od czterech lat mieszały w jej życiu, i nie było to zdanie pochlebne. Gdyby miała wybór, oddałaby wszystkie minione przygody w zamian za spokój i szczęśliwą relację z jakimś miłym facetem, o ile oczywiście mili faceci jeszcze istnieli, w co z każdym dniem było jej coraz trudniej wierzyć. Owszem, Jeremi był miły, miał dobry charakter, bogatą osobowość i zawsze mogła na niego liczyć, ale po pierwsze, on był wyjątkowy nawet w swojej kategorii wiekowej, a po drugie, mógłby być jej ojcem. Istniała szansa, że gdzieś po ziemi chodziła młodsza wersja Organka, ale ze szczęściem Lindy – mieszkała na Alasce albo na którejś z wysp Polinezji. Szanse na ich spotkanie były więc takie same jak na to, że doczekamy się wynalezienia lekarstwa na głupotę.
– Dobra, lecę zatem z tym sensacyjnym morderstwem w Teresinie – powiedziała po chwili, zamykając komputer. – Ale najpierw pomóż mi wybrać garderobę, żeby panu doktorowi w zakresie historii szczęka opadła do samych piwnic.
Doktor Jeremi Organek od kilku dni czuł wewnętrzny niepokój. Było to zjawisko na tyle mu obce, że początkowo wystraszył się, iż znów coś mu dolega. Po dokładnym przebadaniu okazało się jednak, że jest zdrów jak ryba, wszystko działa bez zarzutu, a niepokój najprawdopodobniej wywołany jest przez stres. To także nie było naturalne w przypadku doświadczonego medyka sądowego, ponieważ rzadko pozwalał on swoim emocjom dojść do głosu. Wypracował ten mechanizm wiele lat wcześniej, jego awaria zaskoczyła więc biednego Jeremiego o wiele bardziej niż zwłoki znikające ze stołu sekcyjnego.
– Oho, widzę, że pan doktor nie w sosie – stwierdziła pani Helenka, szefowa szpitalnej kafeterii. – Nie do twarzy doktorowi z tym marsem, trzeba coś zaradzić. Rogalika z różaną konfiturą panu dam. Albo i dwa.
– Żeby to takie proste było, pani Helenko… – westchnął Jeremi i ciężko opadł na krzesło, przy okazji nieco je odsuwając od stołu. Przykry dźwięk szurania po kamiennej posadzce przeciął pustą o tej porze kafeterię.
– No już, już, niech się doktor nie dobija, a i mnie przy okazji. Pogadać trzeba? Niech pan gada, ja wysłucham i może coś doradzę.
Organek zacisnął usta, jakby się bał, że wylecą z nich słowa, których już nie dałoby się cofnąć, po czym ukrył twarz w dłoniach i siedział tak przez kilka sekund. Coraz bardziej zmartwiona pani Helenka postanowiła sięgnąć po cięższe działa i zamiast rogalików nałożyła na talerz solidny kawał sernika z pistacjami.
– Jeremi, słodki doktorze Jeremi – powiedziała łagodnie, stawiając przed Organkiem talerz z ciastem. – Nie ma co w sobie tego dusić, bo im dłużej będzie pan kisił te wszystkie emocje, tym bardziej pana zatrują. Niech pan mówi, herbatkę przyniosę.
To powiedziawszy, ruszyła żwawym krokiem za kontuar, gdzie przed chwilą zagotowała się woda w czajniku. Nucąc pod nosem, Helenka zaparzyła dzbanek aromatycznej herbaty z hibiskusem, ustawiła go na tacy z dwiema filiżankami i wróciła do stolika, przy którym Jeremi wciąż podtrzymywał swoją głowę, jakby bał się, że za moment mu odleci.
– No, niech pan mówi – ponagliła medyka. – Zgadywać przecież nie będę, a gdybym miała, to bym postawiła na problemy damsko-męskie.
Organek gwałtownie uniósł głowę i spojrzał na kobietę z niedowierzaniem.
– Skąd pani to wie?! – wydusił z siebie.
– Skąd, skąd… Z życia, mój drogi. Jak się człowiek napatrzył na złamane serca i pogruchotane dusze, to dostrzega nawet najdrobniejsze znaki. A pan wygląda jak słup ogłoszeniowy, bez urazy.
Jeremi nie poczuł się urażony, ale wciąż nie mógł pojąć, jakim cudem pani Helenka bez pudła dostrzegła clou problemu. Czyżby naprawdę nosił swoje zmartwienia wypisane na twarzy? To wydawało się niemożliwe, przecież całe życie był stoikiem, niepotrafiącym okazywać uczuć, nad czym wielokrotnie ubolewały kobiety, z którymi zdarzało mu się spotykać. „Zimny jak twoi pacjenci” – mówiły, zalewając się łzami, gdy w końcu postanawiały go porzucić. Co zresztą wcale nie było prawdą, bo on miał uczucia, przeżywał emocje, tyle że po swojemu.
– No to jak będzie, doktorku? Kęs serniczka, kilka słów i znowu kęs serniczka? Niech się pan nie martwi, że zabraknie ciasta, mam jeszcze całą blachę.
Serniczek rzeczywiście wyglądał kusząco, więc Jeremi zmusił się do odkrojenia niewielkiego kawałka, po czym westchnął ciężko, jakby coś ściskało mu klatkę piersiową, i wsunął widelczyk do ust. Zaledwie kilka sekund później odkrawał kolejny kawałek, czując, jak niewysłowiona słodycz rozlewa się po jego języku, a później całym ciele.
– Pani Helenko – zaczął, przełknąwszy niebiańskie delicje – czy wierzy pani w miłość?
– Oczywiście, że wierzę, bo sama ją przeżyłam, i to nie raz. A pan nie wierzy?
– No właśnie sam nie wiem – przyznał z miną zagubionego dziecka. – Dotychczas sądziłem, że to jedynie chemiczne procesy zachodzące w mózgu, burza hormonów i różowe okulary…
– I co się zmieniło?
Organek wydał z siebie dźwięk przypominający coś między ziewaniem niedźwiedzia a rykiem zranionego dzika, po czym włożył do ust stanowczo za duży kawałek ciasta. Przeżuwał go z nabożną czcią, która w innych okolicznościach ucieszyłaby panią Helenkę, ale teraz cierpliwość kobiety zaczynała się kończyć.
– Doktorze, niechże pan to w końcu z siebie wyrzuci albo idzie sobie won, bo nie zamierzam marnować znakomitego deseru na kogoś, kto nie jest w stanie zmierzyć się ze swoimi demonami. Sernik baskijski nie jest dla tchórzy.
To powiedziawszy, energicznym ruchem chwyciła talerzyk z resztką ciasta, po czym bezceremonialnie wstała od stołu i ruszyła za kontuar. Oszołomiony Organek nie zdążył nawet mrugnąć, a wciąż nieprzeżuty sernik uniemożliwił mu werbalny protest. Wydał z siebie jedynie nieartykułowane dźwięki, opluwając przy okazji stolik okruchami ciasta.
– Niech się pan piekli do woli – rzuciła przez ramię niewzruszona bufetowa – na mnie to wrażenia nie robi. Dawać i prosić to o jedno za dużo, a ja nikomu nie będę się narzucać. Nie, to nie. Mężczyźni… – sapnęła pod nosem, wyrzucając resztki deseru do śmieci. – Tacy niby prostolinijni, tacy wymowni, a jak trzeba wyrazić emocje, to nagle tik-taki się nie stykają i język przestaje być połączony z mózgiem. Widzieliście go, doktora. Uczony niby. A głupi jak każdy inny.
Tyrada pani Helenki zapewne trwałaby dalej, gdyby nie nagły kaszel, który brzmiał jak walka o życie – i w rzeczywistości nią był. Jeremi Organek zakrztusił się okruchem ciasta i niechybnie by się udusił, gdyby nie natychmiastowa reakcja bufetowej. Wyszkolona w pierwszej pomocy lepiej niż sanitariusze z ostrego dyżuru, w dwóch susach znalazła się z powrotem przy stoliku i grzmotnęła lekarza w plecy, równocześnie unosząc jego ręce sprawnym ruchem, dzięki czemu medyk sądowy nie wylądował na swoim własnym stole sekcyjnym.
– Dzię… dziękuję – wycharczał siny na twarzy Jeremi. – Chyba uratowała mi pani życie.
– Wcale nie chyba i nie ma za co. Spełniłam obywatelski obowiązek, zanim rozum powiedział mi, że pan na to nie zasłużył – odparła beznamiętnym tonem Helenka, po czym zaprezentowała Organkowi tylny aspekt osobowości i znów zniknęła za ladą.
– Niech się pani nie gniewa – poprosił niedoszły denat. – Ja naprawdę… Trudno mi… Nie potrafię mówić o takich rzeczach. Pani Helenko kochana…
– Jeśli próbuje mnie pan wziąć na litość, to odradzam. Nie działają na mnie pozy „biednych, skrzywdzonych przez życie mężczyzn, których mamusia nie nauczyła kochać”. Miał pan szansę powiedzieć, co panu leży na sercu, ale ten statek już odpłynął w siną dal. Taką siną jak ta pańska piękna facjata.
Jeremi Organek pomimo przeżycia pięćdziesięciu czterech lat nie mógł się pochwalić wiedzą na temat kobiet – chyba że chodziłoby o ich anatomiczne wnętrze, niewiele różniące się od wnętrza mężczyzn – a tym bardziej na temat ich psychologicznych zagrywek. Idea manipulacji była mu całkowicie obca, dlatego też natychmiast dał się złapać na strategię sprytnej pani Helenki, która w dziedzinie gierek miała czarny pas i wszystkie możliwe ordery.
– Ja wcale nie mam żadnej pozy – jęknął żałośnie. – Niech mi pani uwierzy, nie uważam się za skrzywdzonego przez życie, nic a nic! Niech się pani nie gniewa, ja powiem, wszystko pani powiem!
Bufetowa, strategicznie ustawiwszy się tyłem do niczego niepodejrzewającego Organka, uśmiechnęła się szeroko i przybiła sobie mentalną piątkę. Odczekała kilka sekund, przywołała na twarz poważną minę, po czym odwróciła się z gracją i spojrzała wprost w pełne przerażenia i smutku oczy medyka.
– Powie pan? Wobec tego niech pan zaczyna, doktorze, bo zaraz zrobi się tu tłoczno.
Jeremi, choć wcale nie wyglądał na szczęśliwego, mimo że przed chwilą żegnał się z ziemskim padołem, po raz pierwszy w życiu został zmuszony do całkowitego opuszczenia swojej strefy komfortu. Na jego przystojnej twarzy wyraźnie malowały się oznaki cierpienia, które z pewnością mogłyby posłużyć za wzór ilustratorowi Boskiej komedii Dantego. Nie miał jednak wyboru, więc poprawił się na krześle, odchrząknął trzykrotnie, po czym rozpoczął opowieść, po której pani Helenka ze szpitalnej kafeterii spojrzała na ulubionego medyka zupełnie inaczej niż dotychczas.
Komisarz Michał Bączek może nie spodziewał się, że komendant wojewódzki przyjedzie z Radomia z kwiatami oraz chlebem i solą, ale liczył na to, że ktokolwiek go przywita. Tymczasem po tym, jak – zmoknięty i głodny, bo w pociągu nie było wagonu restauracyjnego – w końcu dotarł na posterunek, dyżurny nawet nie zadał sobie trudu, żeby oderwać wzrok od telefonu, na którym oglądał jakieś filmiki.
– Ekhm, ekhm – odchrząknął coraz bardziej poirytowany Wrocławianin. – Komisarz Michał Bączek. Czy w tym przybytku można dostać rozsądną kawę?
– Najbliżej są dwie pizzerie, ale kawa najlepsza w Żabce, trochę dalej – odparł, szczerząc się do ekranu smartfona, dyżurny.
– Widzę, że poczucie humoru tu macie raczej ciężkie – skwitował kwaśno komisarz, nabrał powietrza w płuca i wrzasnął: – Posterunkowy, baczność!
Niespodziewający się niczego młodzieniec podskoczył na krześle, przy okazji wypuszczając telefon z rąk. Gromki głos Bączka poniósł się echem po niemal pustym posterunku, a upadający na blat telefon zabrzmiał jak uderzenie młota. Cisza, która zapadła zaledwie kilka sekund później, jedynie spotęgowała nieprzyjemne wrażenia. Wtedy też przerażony posterunkowy spojrzał na przybysza i dopiero wówczas dotarło do niego, że właśnie podpadł nowemu przełożonemu.
– Starszy posterunkowy Ignacy Mościcki! – zameldował młodzieniec, stanąwszy na baczność. – Proszę wybaczyć, panie komendancie, wygląda pan inaczej niż na zdjęciu!
Po tych słowach sięgnął po telefon, poklikał kilka razy w ekran i wyciągnął rękę w stronę Bączka, prezentując fotografię przedstawiającą młodszą, o wiele bardziej owłosioną i dużo szczuplejszą wersję komisarza.
– Na ulicy bym pana nie poznał – oznajmił z rozbrajającą szczerością posterunkowy.
– Dobrze się więc składa, że na ulicy nie musicie, posterunkowy – wycedził urażony do żywego Bączek. – Przypatrzcie mi się uważnie, bo przez najbliższe pół roku będziecie oglądać moją facjatę codziennie i byłoby dobrze, gdybyście jednak nie odsyłali mnie po kawę do Żabki.
Złośliwość nowego komendanta sprawiła, że naiwny i dobroduszny starszy posterunkowy Ignacy Mościcki natychmiast oblał się purpurą, a jego pęcherz włączył syrenę alarmową. Miał bowiem ów młodzieniec wyjątkową przypadłość, że w chwilach zwiększonego stresu niezwłocznie musiał odwiedzać wychodek. Dlatego też teraz nie tylko jego twarz mieniła się różnymi odcieniami czerwieni, ale także nogi samoistnie zaczęły pląsać, jakby bez mała traktowano je impulsami elektrycznymi.
– Co się z wami dzieje, Mościcki? – zdumiał się komisarz. – Co to za paso doble?
– Ja… przepraszam, panie komendancie, to nie specjalnie. Ja tak mam. Od urodzenia!
To powiedziawszy, posterunkowy wystrzelił jak petarda w noc sylwestrową, zostawiając skonfundowanego komisarza na środku poczekalni.
– Dlaczego mam wrażenie, że to wcale nie będzie spokojne pół roku? – zapytał sam siebie Bączek, przemierzając swoje nowe włości. Zaglądał do wszystkich pomieszczeń, których znów nie było aż tak wiele. Najbardziej jednak interesowała go kantyna, a gdy ją znalazł, uśmiechnął się od ucha do ucha. – No i to rozumiem! – zawołał wesoło, zupełnie zapominając o kiepskim początku dnia. – Z taką maszyną zniosę nawet całe stada szalonych historyczek.
– A to już pan wie? – usłyszał za sobą i raptownie się odwrócił.
– Co wiem?
– No o tych historyczkach.
– Co o historyczkach?
– Że są.
Zazwyczaj cierpliwy Bączek zgrzytnął zębami, żeby dać ujść rodzącemu się na nowo poirytowaniu, po czym, najłagodniej jak potrafił, zapytał:
– Posterunkowy, co dokładnie ma pan na myśli, kiedy mówi pan, że wiem coś na temat historyczek?
– Mam na myśli to – odparł Mościcki, naśladując ton głosu nowego pryncypała – że wie pan o zbliżającej się konferencji naukowej towarzystwa historycznego w pałacu w Teresinie. No bo pan chyba musi wiedzieć, skoro pan mówi o stadach historyczek.
Z niewiadomego powodu słowa posterunkowego wywołały w komisarzu Michale Bączku ściśnięcie żołądka i uruchomiły lampkę alarmową w potylicy. Gdyby tylko nowy komendant znalazł w sobie odwagę, by zajrzeć do swojego wnętrza i uświadomić sobie, co jest źródłem owych niewygodnych odczuć, z pewnością przeraziłby się jeszcze bardziej. I choć zazwyczaj ufał swojej intuicji bardziej niż zmysłom wzroku i słuchu, tym razem postanowił ją zignorować, spychając dyskomfort głęboko w czeluść nieświadomości. Otrząsnąwszy się z odrętwienia, uznał informację o konferencji towarzystwa historycznego za zupełnie niegroźną dla swojego dobrostanu i wrócił do tego, co wywoływało na jego ustach uśmiech.
– Nic nie wiedziałem o żadnych konferencjach, posterunkowy, ale mniejsza z tym. Teraz interesuje mnie wyłącznie jedno: czy ta maszyna działa – powiedział, wskazując brodą stojący na blacie nowoczesny ekspres do kawy.
– Zasadniczo działa, ale teraz nie bardzo – odparł posterunkowy, a na widok przerażonej miny nowego szefa natychmiast dodał: – Ale to dlatego, że kawy nie ma, to i nie ma jak działać.
Bączek odniósł wrażenie, że tego poranka przeszedł już kilka mikrozawałów i co najmniej jeden solidny udar, postanowił więc ograniczyć czynniki ryzyka mogące wywołać kolejne i nie zadawać więcej żadnych pytań. O nic, kompletnie. Na szczęście – jego i swoje – posterunkowy Ignacy Mościcki zorientował się w końcu, że nie zrobił najlepszego pierwszego wrażenia, co mogło mieć istotny wpływ na dalszą współpracę z tymczasowym komendantem, i jakimś cudem zaczął się zachowywać jak należy. Zaprowadził przełożonego do gabinetu i tam przekazał mu wszystkie klucze do pomieszczeń znajdujących się na posterunku, hasła do komputera i drukarki, dokumenty samochodu służbowego oraz powitalny prezent od komendanta z Radomia, którym była fikuśna szklana salaterka wyprodukowana przez Trend Glass. Kiedy zaś odhaczył wszystkie zadania na swojej liście, ulotnił się do swojej dyżurki, z ulgą oddawszy obowiązek niańczenia szefa przybyłym chwilę wcześniej kolegom.
Wbrew temu, co komisarz Bączek wyobrażał sobie, zanim przyjechał do Teresina, prowincja wcale nie była spokojna i wesoła, tyle że ciężar niepokoju i smutku różnił się od tego, do jakiego przywykł w Wydziale Kryminalnym we Wrocławiu. Zabójstw, napadów i innych ciężkich zbrodni było tu zdecydowanie mniej, za to awantury na imieninach u szwagra albo wymiany sąsiedzkich uprzejmości przy użyciu argumentów siłowych stanowiły sól tej ziemi. Zatrudnieni na posterunku funkcjonariusze w oszałamiającej liczbie siedmiu bynajmniej nie narzekali na nudę, ponieważ co chwilę wzywano ich do mniejszego lub większego zakłócenia porządku. Po zaledwie godzinie przeglądania akt niezamkniętych spraw komisarz nabrał przekonania, że spokojnie w jego życiu już było, i to w trakcie obowiązkowych ćwiczeń wojskowych na poligonie.
– Czy wy tu zawsze macie taki młyn? – zapytał jednego z dzielnicowych, kiedy ten w końcu wrócił na posterunek, żeby wypić herbatę i zakończyć służbę.
– Czasem nawet gorszy, panie komendancie – odparł tamten.
– Przecież to zwariować można! – jęknął Bączek, opadając na krzesło.
– Więc pewnie już pan rozumie, dlaczego poprzedni szef wcale nie płakał, jak mu ortopeda wsadził giczał w gips i kazał siedzieć na czterech literach do oporu? Dla takiego komfortu to ja mógłbym sobie i obie nogi połamać.
– Jezus Maria – westchnął Michał. – Ale się dałem zrobić…
– Oj tak, dał się pan. – Sierżant pokiwał głową ze współczuciem. – My tu już zakłady robiliśmy, który idiota da się omamić. O, pardon, bez urazy.
Bączek bynajmniej nie poczuł się urażony, jakżeby mógł. Dał się podejść jak dzieciak, wsadzić na minę i jeszcze się z tego cieszył! Pół roku bez Lindy Miller, alleluja! Powinien był odgryźć sobie język, kiedy wygadywał te brednie. Teraz oddałby wszystko włącznie z tym kosmicznym ekspresem do kawy, który w trzydzieści sekund robi cudowną kapuczinę, byleby móc się zająć jakąś rozsądną zbrodnią, w którą jak zwykle uwikłałaby się rudowłosa historyczka, zamiast babrać się w porachunkach między zwaśnionymi krewnymi, urażonymi rolnikami albo zazdrosnymi byłymi.
Myśl o tym, że popełnił kolosalny błąd, którego będzie żałował do końca życia, towarzyszyła mu przez cały dzień i ani na moment nie pozwoliła zszarganym nerwom na bezczynność. Nie opuściła go ani na chwilę, wciąż od nowa wprawiając w ruch stroboskop z tyłu głowy. Była z nim, gdy rozmawiał z komendantem z Sochaczewa, gdy odpowiadał na maile swoich dzielnicowych, a nawet wtedy, gdy rozpakowawszy walizkę w kawalerce mającej mu służyć za tymczasowy dom, położył się na kanapie z książką w dłoni. Zżerała go żywcem. Kiedy zaś stała się nie do wytrzymania, komisarz sięgnął po komórkę i zadzwonił do jedynej osoby, której głos mógłby przynieść mu jakąś ulgę.
– Kazik, to była fatalna decyzja – powiedział z taką żałością, że nadinspektora Wilczyńskiego ścisnęło w dołku. – Wolałbym szukać zaginiętych zwłok wokół Lindy Miller.
– O, panie i panowie, grube działa wytoczyłeś. Co tam się dzieje? Wampiry? Wilkołaki? Mafia?
– Z tym jakoś bym sobie poradził… Ale z latającymi po wsi potencjalnymi postalkoholowymi mordercami? Z sąsiadami podpalającymi sobie nawzajem stodoły? Z kłótniami o talerze po zmarłej babce? Kazik, to nie na moje nerwy!
Wilczyński, który całkowicie zgadzał się z tym, że te problemy znacznie przekraczały możliwości układu nerwowego komisarza, westchnął głośno i zrugał się w myślach za wypuszczenie ulubionego podwładnego do dziczy. Ponieważ właśnie siedział przy komputerze, na którym dla odstresowania układał ulubionego pasjansa, uruchomił przeglądarkę internetową, odruchowo podążając za myślą, i równie odruchowo wszedł na portal informacyjny miasta Teresin. Po kilku sekundach jego mózg odebrał impuls, a tenże impuls wysłał następny, a po następnym usta nadinspektora rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
– Nie do wiary, chyba jednak gwiazdy mają nad tobą pieczę, Michałek – powiedział niemal wesoło, choć po czasie Bączek uznał, że była to czysta złośliwość.
– Co? Ty się teraz ze mnie nabijasz?
– Skądże znowu, nigdy w życiu! Jedynie informuję, że wszechświat ci sprzyja i szykuje dla ciebie niespodziankę.
– Kazik, litości. Nie mów do mnie zagadkami, bo ja dziś lont mam naprawdę wyjątkowo krótki.
– Chciałeś Lindę Miller i los wysłał ci Lindę Miller – oznajmił Wilczyński. – To znaczy wyśle, w następny weekend. Będziecie mogli spędzić ze sobą trochę wartościowego czasu, bo nasza ulubiona historyczka przyjeżdża do Teresina z wykładem. Jak bardzo czujesz się teraz szczęściarzem, Michaś?
Z każdym kolejnym słowem nadinspektora Michał Bączek czuł coraz bardziej lodowate zimno płynące mu wzdłuż kręgosłupa. Ostatecznie wszystko w nim zamarzło, włącznie z językiem, dlatego też nie uraczył swojego tymczasowego nie-szefa ani jednym dźwiękiem, tylko zakończył rozmowę, po czym spędził dwa kolejne kwadranse, leżąc bez ruchu i gapiąc się w sufit, na prowadzeniu w swojej głowie wyjątkowo agresywnej i niecenzuralnej dyskusji z wszechświatem.
Redakcja: Gabriela Niemiec
Korekta: Krystian Gaik, Małgorzata Giełzakowska, Ola Woźniakiewicz
Projekt okładki i stron tytułowych: White Doe
Skład i łamanie: Cyprian Zadrożny
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.
03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210
www.wydawnictwomieta.pl
tel. +48 505 636 224
ISBN 978-83-68608-41-0
