Siostry z Broniszewic - s. Eliza Myk, s. Tymoteusza Gil, Łukasz Wojtusik, Piotr Żyłka - ebook

Opis

Odważne kobiety. Niepokorne siostry. Czułe matki

Jedyna taka rozmowa. Wyjątkowe spotkanie. Siostry Tymka i Eliza w osobistym i bardzo intymnym wywiadzie odsłaniają prawdziwy obraz kobiet w habitach – z głową na karku, czułymi sercami i rękami gotowymi do działania.

Siostry zakonne nadal są postrzegane bardzo stereotypowo. Dominikanki z Broniszewic pokazują jednak, że prawda o życiu we wspólnocie jest o wiele bardziej złożona. Radosne chwile widoczne na pięknych zdjęciach z Domu Chłopaków to tylko mały fragment ich rzeczywistości. Jak jest poza kadrem?

Siostry Tymka i Eliza razem z Łukaszem Wojtusikiem i Piotrem Żyłką pokazują drugą stronę medalu, otwarcie mówią o swoich kryzysach, rozterkach i słabszych chwilach. Odważnie wypowiadają się na aktualne tematy, takie jak troska o życie od poczęcia do śmierci, uliczne protesty czy problemy związane z pandemią. Nie słowem, ale działaniem walczą o Kościół kobiet, Kościół czuły, Kościół, który nikogo nie wyklucza.

Usłyszcie ich głos

Siostry nie są szalone. One są nie z tej Ziemi! Dokładnie ewangeliczne.
kard. Konrad Krajewski

To są Boskie kobiety. Nieziemskie Siostry. Ich energia, determinacja i odwaga nie są z tego świata. Ich wiara jest żywą miłością i prawdziwym miłosierdziem. Jestem zaszczycona, że mogę się z nimi przyjaźnić. Ja niedowiarek, ja wątpiąca proszę: „Boże, miej je w swojej opiece!”. Chciałabym, żeby Kościół w Polsce miał ich oblicze. Musicie je poznać!
Dorota Wellman

To pierwsze siostry zakonne w Polsce, które w mediach radzą sobie jak ryby w wodzie. Jak naprawdę się z tym czują? Czy istnieje rodzaj pomocy, której by nie przyjęły, osoba, której by odmówiły? Jak to się dzieje, że dominikanki z Broniszewic łączą ludzi bez względu na ich status majątkowy, stosunek do Kościoła czy poglądy polityczne? Tego próbujemy się dowiedzieć, dotknąć w rozmowie.
Łukasz Wojtusik, Piotr Żyłka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 194

Rok wydania: 2021

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (139 ocen)
109
23
6
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
iza_rut

Nie oderwiesz się od lektury

Siostry są świadectwem że na świecie jest prawdziwe dobro a nie tylko podwojna moralność. Ubóstwo nie ma nic wspólnego z dziadostwem.
00
ZabaWberecie

Z braku laku…

przez 80 stron zakonnice nadają na ksiezy. nie jestem katoliczką ale mialam wrażenie że taka sytuacja jest niewiarygodna. potem ich opowieści na poziomie nastolatek ktore nie zdążyły dojrzeć. opowiesc zakonnicy o tym jak chciała iść do zakonu ale 'chciała mieć faceta' i tym 'facetem' stał się Jezus jest żenująca do słuchania. nie doczytałam do końca.
00
oliwiar98

Nie oderwiesz się od lektury

piekna
00
akosi

Nie oderwiesz się od lektury

czytałam z zapartym tchem.Nie można się od niej oderwać
00
edmund01

Nie oderwiesz się od lektury

Super,właściwie książka podbudowała moja wiarę. Mam 75 lat,pracowałem jako nauczyciel,GDS,dyrektor szkoły,inspektor szkolny,i nauczyciel na części etatu-na emeryturze. Spotykałem się z najróżniejszymi sytuacjami dydaktycznymi i wychowawczymi. W pełni podzielam pogląd,że pelne zaangażowanie;miłość,serce,rozsądek i wiara w to co się robi dla drugiego człowieka,i tego małego i wiekszego-a szczególnie dla tego niesprawnego daje pełna satysfakcję spełnienia i ...pokazuje prawdziwe chrześcijaństwo w duszy a innym ,TM z boku,obserwatorom ,cichy,prawdziwy i nie purpurowy Kościół. Tylko ile jest takich "funkcyjnych" w kosciele-poza zakonnicami i czasem zakonnikami? a gdzie są "urzędnicy Pana Boga"? a szczególnie hierarchia?
00



© Wydawnictwo WAM, 2021Opieka redakcyjna: Kama HawryszkówRedakcja: Anna Poinc-ChrabąszczKorekta: Anna Śledzikowska, Katarzyna OnderkaProjekt okładki: Katarzyna LegendźSkład: Lucyna SterczewskaFotografie w książce i na okładce: Dariusz Kobucki, Jakub Nowicki / Studio InigoePub e-ISBN: 978-83-277-2722-0Mobi e-ISBN: 978-83-277-2723-7NIHILOBSTATPrzełożony Prowincji Polski Południowej TJ,ks. Jarosław Paszyński SJ, prowincjał, Kraków, dn. 1 kwietnia 2021 r., l.dz. 36/2021WYDAWNICTWOWAMul. Kopernika 26 • 31-501 Krakówtel. 12 62 93 200 e-mail: [email protected]ŁHANDLOWYtel. 12 62 93 254-255 e-mail: [email protected]ĘGARNIAWYSYŁKOWAtel. 12 62 93 260www.wydawnictwowam.plDruk i oprawa: COLONEL • KrakówPublikację wydrukowano na papierze Creamy 70 g wol. 2.0dostarczonym przez ZING Sp. z o.o.

Spis treści

Wstęp

Pierwsza rozmowa

Owsiak i„inni szatani”

Kobieta wKościele

Eliza

Macierzyństwo

Tymka

Kamil Kaczmarski: Miało być na miesiąc

Pandemia

Ochrona (każdego) życia

Ksiądz Bartek Rajewski: Zbudujmy Kościół jak wBroniszewicach

(Martwy) Kościół teoretyczny

Zakończenie

___

Bóg jest Bogiem niespodzianek. Zaskakuje nas zawsze – i to w drugim człowieku! To właśnie w nim bardzo często nam się objawia. W jego pięknie, oddaniu, poświęceniu, fantazji w działaniu, a także w upadkach i powstawaniu z nich.

Życie tych, którzy poszli za Nim na całego, staje się dowodem na istnienie Boga. Ci ludzie odkrywają dla nas styl działania Boga. Jego czułość, dobro, piękno, bliskość, przebaczenie, brak zmęczenia naszymi grzechami.

Czytając tę książkę, te rozmowy, wchodzimy w świat czystej Ewangelii. Poznając wspólnotę i Dom w Broniszewicach, chodzimy po stronach Ewangelii. Choć wydaje się, że opowiadanie dotyczy tylko domu Sióstr, to tak naprawdę jest to opowieść o żywym Kościele, który – jak często mówi papież Franciszek – staje się Szpitalem Polowym.

Warto skorzystać z zaproszenia, by zobaczyć Kościół żywy i prawdziwy, Kościół, który jest wspólnotą serc. Zobaczyć niesamowite miejsce, gdzie najpierw spotyka się Boga, doświadcza Jego obecności, a dopiero potem podchodzi do sakramentów!

Siostry nie są szalone. One są nie z tej Ziemi! Dokładnie ewangeliczne.

kard. Konrad Krajewski, jałmużnik papieski

___

To są boskie kobiety. Nieziemskie siostry. Ich energia, determinacja i odwaga pochodzą nie z tego świata. Ich wiara jest żywą ­miłością i prawdziwym miłosierdziem.

Poznałyśmy się w TVN-ie. Znałam siostry z filmiku Światowy dzień pingwina. Wiedziałam, że muszą być niezwykłe, skoro stać je na taki dystans. Kiedy zobaczyłam, na jaki cel zbierają pieniądze i ile środków udało im się zgromadzić, oniemiałam. Ale najważniejsze było to, dla kogo to robiły. Dla tych chorych, odrzuconych, niechcianych, czasem niekochanych chłopaków. W naszym reportażu mówiły o swoich synkach, o dniu pizzy, pokojach przygotowywanych specjalnie dla podopiecznych. O tym, że to ma być dom, a nie ośrodek opieki. Uhonorowaliśmy siostry z Broniszewic nagrodą Dzień dobryTVN – Pozytywką. Siostry przyjechały do studia ją odebrać. Kiedy weszły, zrobiło się jasno. Nie żartuję. Nie chodzi o śnieżnobiałe habity, tylko o światło, jakie od nich bije. Są uśmiechnięte, wesołe, dowcipne – zaprzeczenie stereotypu zakonnicy. Mogę powiedzieć, że pokochałyśmy się od pierwszego wejrzenia. Odwiedzałam Dom Chłopaków. Zapraszałam siostry na różne spotkania, żeby świat je poznał. Świat powinien je bowiem poznać i uczyć się od nich. To dzięki nim zrozumiałam, czym jest prawdziwe dobro i oddanie. Pokazały mi, że zakonnica to nie służąca księdza. Zakonnica, siostra, to kobieta ze swoimi marzeniami, problemami i morzem miłości, jaką daje innym. To także doskonała organizatorka, zaradna aktywistka, kobieta pracująca, która żadnej pracy się nie boi. Kiedy ją wyrzucą drzwiami, wejdzie oknem. Ale czasami to kobieta zmęczona i cierpiąca. Kościół, który w Polsce przeżywa kryzys, tak łatwo nie zginie, jeśli są w nim takie siostry. Broniszewice to niezwykłe miejsce. Przyciąga różnych ludzi. Coś tam musi być, jakaś tajemnica, że wszyscy chcą pomóc.

Jestem zaszczycona, że mogę się przyjaźnić z siostrami z Broniszewic. Ja, niedowiarek, ja, wątpiąca, proszę: Boże, miej je w swojej opiece! Chciałabym, żeby Kościół w Polsce miał ich oblicze. Musicie je poznać.

Dorota Wellman

Wstęp

Broniszewice, to po pierwsze. Każdy, kto chociaż raz tu przyjedzie, pozna to miejsce, tych ludzi, atmosferę, ten musi się zakochać, nie ma innej możliwości. Potwierdzają to liczne świadectwa: wierzących, poszukujących i ateistów. Dla nas to też przestrzeń nadziei. Kościół konkretny. Nie moralizujący, nie nakazujący, nie zakazujący, nie potępiający i nie walczący, ale służący, wrażliwy i czuły. Nie Kościół teoretyczny, lecz Kościół w działaniu.

Chłopaki, to po drugie. Ich szczerość, radość, energia i chęć życia. To, jak chwytają cię za rękę chwilę po tym, kiedy znajdziesz się w ich domu, i z pasją zapraszają cię do swojego świata. Robią to bardzo skutecznie i od razu wszystko jest jasne, nawet jeśli nie są w stanie mówić. Każde spotkanie z nimi to zawstydzająca lekcja wiary wbrew wszystkiemu. Za pierwszym razem przyjeżdżasz do nich, myśląc, że zrobisz dla nich coś dobrego. Na miejscu szybko się orientujesz, w jak wielkim byłeś błędzie. Od chłopaków zdecydowanie więcej dostajesz, niż im dajesz.

Siostry, to po trzecie. A może jednak po pierwsze? Gdyby nie one, nie byłoby przecież Domu Chłopaków, nie byłoby tej niepowtarzalnej przestrzeni, w której doskonale odnajdują się ludzie wierzący i niewierzący, prawicowi i lewicowi, znani i całkiem zwykli. Te niesamowite kobiety w białych habitach mają w sobie coś wyjątkowego, coś, czego nie da się opisać słowami, a co sprawia, że już przy pierwszym kontakcie czujesz, że jesteś na swoim miejscu, pełen nadziei i chęci do działania.

Do Broniszewic przyjechaliśmy pierwszy raz w lipcu 2018 roku. Siostry zaprosiły nas, żebyśmy wpadli zagrać w piłkę. Łobuzy kontra chłopaki. Najpierw był mecz, a później wieczorna rozmowa z Elizą i Tymką.

Pamiętam, jak w jej trakcie wyszliśmy (my, czyli Łukasz i Piotr) na chwilę na papierosa. Było ciemno, za plecami mieliśmy Dom Chłopaków, w którym trwały ostatnie przygotowania do wielkiego otwarcia.

Staliśmy chwilę w milczeniu. Spojrzeliśmy po sobie. To był ten moment, kiedy nie potrzeba słów, żeby rozumieć, że myślimy dokładnie to samo. Po chwili w krótkiej wymianie zdań powiedzieliśmy sobie to, co stało się dla nas oczywiste. Musimy tu wrócić. W Broniszewicach jest skarb, który trzeba pokazać światu. Skarb, którego nie widać na pierwszy rzut oka.

Bo że Dom, że chłopaki, że fantastyczne, uśmiechnięte i energiczne zakonnice, to wszyscy widzą.

Ale my w czasie tych pierwszych kilku godzin pierwszej wizyty w Broniszewicach odkryliśmy zdecydowanie więcej. Pod białymi habitami i uśmiechami na twarzach zobaczyliśmy silne, odważne i jednocześnie bardzo czułe kobiety.

Kobiety, które jak mało kto wiedzą, czym jest ochrona życia. I troska o to życie nie tylko na pierwszym etapie, ale przez cały czas jego trwania. Również – a może przede wszystkim – o życie dotknięte niepełnosprawnością, powykrzywiane, potrzebujące wrażliwego towarzyszenia.

Kobiety, które wiedzą – bo doświadczyły tego na własnej skórze – jak trudna jest walka o podmiotowość kobiet i zakonnic w Kościele. I nie boją się mówić o konieczności zmian w tej przestrzeni.

Kobiety, które nie boją się z nikim rozmawiać i współdziałać, nikogo nie wykluczają, nie dzielą świata na „naszych” dobrych i tych złych „innych”.

Kobiety, które mają marzenia o Kościele bliskim, ubogim, prostym, troszczącym się o absolutnie każdego i zbudowanym na Ewangelii.

Kobiety, które są jednocześnie zakonnicami, matkami, sprawnymi organizatorkami i ekspertkami w przestrzeni pomagania ­osobom z niepełnosprawnościami.

___

Skończyliśmy przerwę na papierosa. Wróciliśmy do Elizy i Tymki i powiedzieliśmy: „Słuchajcie, chcemy z wami zrobić książkę. Jest jeden warunek. Musicie nam pozwolić przebić się przez wasze uśmiechy. Pokazać złożoną rzeczywistość Broniszewic”. Siostry bez chwili wahania odpowiedziały: „Wchodzimy w to”.

Potrzebna była jeszcze zgoda ich przełożonej generalnej na współpracę z nami, z którą dzięki Bogu nie było problemów, i tak zaczęła się nasza wspólna podróż. O wiele dłuższa, niż się spodziewaliśmy. Z wieloma zakrętami i przeszkodami. Był nawet taki moment, kiedy wydawało się, że nie uda nam się dojść do końca.

To jest historia, której nie da się streścić w kilku zdaniach. Dlatego zapraszamy was do przejścia tej drogi wspólnie. Niespiesznie i z sercami otwartymi na niespodziewane, które może poruszyć, zaskoczyć i odkryć przed nami zupełnie nowe przestrzenie.

No to zaczynamy.

Pierwsza rozmowa

Lipiec 2018

Najpierw przegraliśmy z chłopakami z Bronek w piłkę. Na ich terenie, więc bez obciachu. Eliza w rozmowie telefonicznej tłumaczyła, że wprawdzie siostry mogą dużo, ale piłka to jednak taka rywalizacja, w której mężczyźni mogą sobie powiedzieć więcej niż za pomocą tysiąca słów. Żeby nie było niedomówień, na boisku dostaliśmy wycisk! Reprezentacja chłopaków z Broniszewic jest niezniszczalna! Nie łapią zadyszki, nie nudzą się grą i co ciekawe, nie kłócą się o to, kto kogo faulował i czy był karny lub spalony. Interesuje ich wyłącznie gra jako dobry pomysł na wspólne spędzenie wolnego czasu.

Najpierw dostaliśmy baty od chłopaków na boisku, a potem przy stole od sióstr – lekcję pokory. Jadąc do Broniszewic, zastanawialiśmy się z Piotrem, czy jest szansa, by porozmawiać z Elizą i Tymką o ich codzienności – bez lukru, bez upiększających nakładek z mediów społecznościowych, bez wymuszonego uśmiechu. „Wieczorem, siądziemy wieczorem, dopiero wtedy łapiesz tu wolną chwilę” – usłyszeliśmy od Elizy.

Najpierw była zwyczajna rozmowa, siostry, mocno nakręcone wizją wielkiego otwarcia Domu Chłopaków, opowiadały nam, jak urządzały pokoje, jak walczyły o przestrzeń i jak pomogli im ludzie. Potem okazało się, że będziemy się spotykać w różnych, czasem trudnych chwilach, że będą momenty niemocy, że będziemy milczeć wobec siebie przez miesiące. Teraz okazuje się, że z tego powstała książka. Wszystko zaczęło się jednak od tej pierwszej rozmowy…

Łukasz: Matki chorych dzieciaków – jak reagujecie, gdy tak o was ­mówią?

Eliza: Jesteśmy dumne.

Tymka: Duma nas wprost rozpiera. Być zakonnicą i jednocześnie matką to fantastyczna sprawa, choć ludziom się wydaje, że takie połączenie jest niemożliwe. Często zakonnicę postrzega się jedynie przez pryzmat modlitwy, skupienia i wyrzeczenia, absolutnie nie macierzyńskiego ciepła.

Ł.: Wyrzeczenia przede wszystkim, wyrzeczenia macierzyństwa.

T.: A my w tych dwóch sferach możemy się realizować w jednym życiu! Znajdujemy czas na kontemplację, ale Boga mamy też blisko w drugim człowieku. Mamy chłopaków, którymi się opiekujemy, rozmawiamy z nimi, pomagamy w codziennym funkcjonowaniu, możemy z nimi spacerować po ulicach, chodzić do kawiarni, do kina. Mówią do nas: „mamo”. Jesteśmy wdzięczne Bogu, że możemy tego doświadczać każdego dnia.

Ł.: Ale to nie do końca fair. Przecież poszłyście do zakonu, czyli czegoś konkretnego się wyrzekłyście, a jako prawne opiekunki możecie budować relację matka – dziecko.

T.: Jesteśmy prawnymi opiekunkami dzieci na czas pobytu w Domu Chłopaków, a to nie to samo co adopcja. Nasze dzieci same nas sobie wybierają, to one mówią do nas: „mamo”. Czasem niezależnie od tego, czy formalnie jesteśmy ich opiekunkami prawnymi, czy nie. Z Jarkiem, nastoletnim chłopcem, który trafił do nas rok temu, było tak, że najpierw zostałam jego mamą, a dopiero później była cała papierologia.

Pewien pan z firmy budowlanej, która obecnie zajmuje się wykończeniem wnętrz Domu Chłopaków, powiedział ostatnio do mojej bratanicy, która wpada do nas regularnie na wolontariat: „Słuchaj, Iza, ile Jarek ma lat? Bo tak się zastanawiam, czy twoja ciocia urodziła go przed klasztorem czy już w klasztorze”. To są zabawne sytuacje, ale czasami nie wiadomo, czy się z nich śmiać, czy szybko prostować.

Ł.: Jak Jarek cię wybrał? Pojawił się w Domu Chłopaków i oznajmił: „Będziesz moją mamą”?

T.: Właśnie tak! Dom w Broniszewicach to jego piąte miejsce pobytu. Wcześniej miał problemy i w rodzinach zastępczych, i w domach dziecka. Byłam pierwszą osobą, którą spotkał w drzwiach naszego domu. Zobaczyłam bardzo chudego, słodkiego, małego chłopaka. Podbiegł do mnie i zapytał: „Gdzie idziesz?”. Odpowiedziałam: „Sprawdzić, co się dzieje na budowie”. „Idę z tobą, bo ty będziesz moją mamą!”. Pozamiatane.

Piotr: Jarek jest pierwszym dzieckiem, które zaczęło do ciebie ­mówić „mamo”?

T.: Tak, pierwszym. To dzięki niemu jestem mamą.

Ł.: Można być u was mamą dla więcej niż jednego dziecka?

E.: Można. Ale do mnie jeszcze tutaj nikt otwarcie nie powiedział „mamo”. Z wyjątkiem Jarka, któremu zdarza się tak do mnie zwracać pod nieobecność Tymki. Cieszę się wtedy, bo wiem, że ma zapewnioną ciągłość w poczuciu bezpieczeństwa. Zauważyłam, że Jarek, przebąkując coś czasem o swojej przeszłości, nie wspomina facetów, jakby mężczyzn wymazał z życiorysu, jakby nie mieli dla niego żadnego znaczenia.

Uwielbiam, kiedy chłopcy odwiedzają mnie w biurze, i zawsze gdy ich spotykam, przywitanie wygląda tak, jakbyśmy się nie widzieli rok. W Kielcach, gdzie prowadzimy ośrodek wychowawczy dla dzieci z niepełnosprawnością, miałam córeczkę Basię. To cudowne, że mogłam być dla niej całym światem. Tam dzieci po ósmej klasie musiały od nas odejść (inaczej niż w Broniszewicach, gdzie chłopcy najczęściej zostają z nami już na zawsze). Dla Basi to było bardzo ciężkie przeżycie, ponieważ miała świadomość, że nie może z nami zostać i że jej życie drastycznie się zmieni. Również dla mnie to było trudne. Ubolewałam, że tam nie możemy dziewczynkom pomóc po ich odejściu. Marzyły mi się mieszkania chronione dla dziewczyn, żeby mogły w miarę normalnie funkcjonować i nie musiały wracać do swoich rodzin, bardzo często patologicznych, alkoholowych, dysfunkcyjnych. Ale byłam wtedy młodziutką siostrą, nie czułam w sobie siły, żeby coś w tym kierunku zrobić. To właśnie dzięki dzieciom z niepełnosprawnością złapałam realny kontakt z Bogiem. Poleganie na Jego obecności tylko w Najświętszym Sakramencie było dla mnie niepełne.

Ł.: W Broniszewicach spotkamy chłopaków z bardzo dużymi problemami adaptacyjnymi, poważnie chorych, z różnymi rodzajami niepełnosprawności. Tyle ludzkiego niezawinionego cierpienia, a ty mówisz, że widzisz tu umocnienie, ­widzisz Boga.

E.: Wiesz, nigdy o tym w ten sposób nie pomyślałam. Spotykam ludzi, którzy mówią, że nasz dom to najlepszy dowód na to, że Bóg jest. Co ciekawe, również spora część ateistów mówi, że powstanie Domu Chłopaków w Broniszewicach i sposób jego funkcjonowania to najlepsze dowody na istnienie siły wyższej. Chłopcy są tu naprawdę szczęśliwi, a my staramy się to ich szczęście pokazywać ludziom w każdy możliwy sposób. I to ich widoczne szczęście doprowadza wielu ludzi do refleksji nad dobrocią Boga. Ta siła oddziaływania chłopców daje mi kopa.

Ł.: W Kościele katolickim niewiele miejsca poświęca się nie­pełnosprawnym.

E.: Na początku w Kościele nie czułam, że niepełnosprawni są ważną częścią wspólnoty. Krzyczałam wewnętrznie i pragnęłam, żeby ludzie wokół mnie znaleźli w nich Boga, podobnie jak ja. A tymczasem o wiele szybciej to ludzie niewierzący Go w nich spotykali.

P.: A co to znaczy, że siostra spotkała żywego Boga?

E.: Kiedyś myślałam, że Bóg to gość, który stacjonuje w niebie, Wielki Nieuchwytny. Ale mnie taka Jego obecność nie satysfakcjonowała. Tęskniłam za Bogiem, z którym możemy sobie posiedzieć, spojrzeć w oczy, który jest obecny w realny sposób przy mnie, gdziekolwiek jestem. Okazało się, że w moim życiu to twarze niepełnosprawnych chłopaków i dziewczyn są twarzą Boga, ich spojrzenie Jego spojrzeniem, a kiedy ich przytulam, przytulam samego Boga. Bóg w Broniszewicach obecny jest przez chłopaków. Gdy siedziałam nad papierami nowej inwestycji i biadoliłam, bo czułam się oszukana przez któregoś z wykonawców, nagle, ni stąd, ni zowąd, pojawiał się Andrzej. Przytulał mnie, całował w czoło i pytał, jak się czuję. Dla mnie to widzialne i czułe działanie Boga, któremu nie jest obojętne moje przygnębienie, mój smutek czy bezsilność.

P.: A osądzone będziecie z bycia matkami czy zakonnicami?

T.: „Byłem chory, byłem nagi, byłem spragniony” – to słowa Jezusa. Nie mówił, że tylko adorując Go, jesteśmy w stanie spotkać Boga. On powiedział: „Byłem w konkretnym człowieku, a ty właśnie wtedy byłeś przy mnie”. Tak będziemy sądzeni. Zresztą sam był w więzieniu. Wobec współczesnych więźniów zachowujemy największy dystans, a Jezus przecież jest w nich. Ufam, że słusznie podjęłam ryzyko. Apostołowie też je podjęli, widzieli człowieka, a uwierzyli, że jest Bogiem.

P.: Wy zaryzykowałyście wiele. Ksiądz Jan Kaczkowski często powtarzał, że troska Kościoła o życie człowieka kończy się na łonie matki. Czemu w Polsce z Kościołem, który chroniłby życie zawsze i wszędzie, a nie tylko na tym pierwszym etapie, jest tak źle?

E.: Wydaje mi się, że polscy katolicy świetnie zdają egzamin z przykazania miłości, ale tylko z jego pierwszej części: miłuj Pana Boga swego całym sercem, całą duszą i tak dalej. O wiele gorzej idzie nam realizacja frazy: a bliźniego swego jak siebie samego. Mamy tu sporo do nadrobienia.

Ł.: Mamy sporo do nadrobienia, jeśli chodzi o stosunek do nie­pełnosprawnych?

E.: Wizerunek matki niepełnosprawnego dziecka w Polsce to najczęściej obrazek kobiety samotnej. Tu, w Broniszewicach, doskonale rozumiemy lęk przed urodzeniem takiego dziecka. Matki dzieci z niepełnosprawnością zwykle przeżywają opuszczenie i cierpienie, podejmują nieziemski wysiłek związany z opieką nad swoim chorym dzieckiem, który nigdy się nie kończy. To znaczy kończy się z chwilą śmierci dziecka, co wiąże się z kolejną traumą. Przecież spora część z tych dzieci nigdy nie wyrośnie z pieluch. Naturalną koleją rzeczy dziecko im starsze, tym bardziej samodzielne. Natomiast przy dziecku z niepełnosprawnością ten porządek jest zaburzony, odwrócony. Im dziecko większe, tym cięższe, a z pieluch i przewijania nie wyrasta. Rodzicom zaś nie przybywa z czasem sił, ale ubywa. Trzeba więc zrozumieć, jak bardzo świat rodziny z niepełnosprawnym dzieckiem jest wywrócony do góry nogami. A Kościół, w którym szukają oparcia, spycha je na margines. Czują się osamotnione i niezrozumiane. O tym słyszymy w ich zwierzeniach. Myślę, że skoro tak się czują, to mamy sporo do nadrobienia.

P.: Janina Ochojska, która aktywnie wspierała protesty rodzin i osób niepełnosprawnych w 2018 roku w Sejmie, przyznała, że w tej sprawie Kościół zawiódł na całej linii.

T.: Krótka odpowiedź z bliskiego podwórka: zapraszałyśmy ludzi do naszego domu, żeby przyjechali na wakacje, przeznaczyli choć jeden dzień albo weekend, by pobyć z chłopakami, tak jak wy teraz jesteście. I nic. Przecież chodziło tylko o to, żeby chłopaki pobyły z innymi ludźmi. Nikt się nie pojawił. Ludzie w czasie wakacji wybierali pielgrzymki i modlitwy w intencji chłopaków.

E.: Kiedy słyszę, że ludzie idą na ekstremalne drogi krzyżowe po to, żeby się maksymalnie wysilić, często chce mi się krzyczeć, żeby ci faceci, zamiast robić tyle kilometrów, zamienili te godziny marszu na przyjazd do nas, na pomoc w przewijaniu chłopaków, których nam trudno udźwignąć, żeby poświęcili czas ­potrzebującemu człowiekowi.

T.: Nie mamy nic przeciwko pielgrzymkom, ale sytuacja, w której nikt nie znalazł ani jednego dnia, by nam fizycznie pomóc i posłużyć dziecku, daje do myślenia.

E.: Marzy mi się Kościół obecny przy najsłabszym, w którym katolik idzie na pielgrzymkę, ale znajduje również czas na pomaganie najsłabszemu i ostatniemu w Kościele.

Ł.: Jak dajecie sobie radę z tymi ostatnimi w Kościele?

E.: Graliście tu w piłkę z kilkoma chłopakami, to ci najbardziej aktywni, samoobsługowi. Reszta ma większe problemy fizyczne i psychiczne. W sumie w Broniszewicach mamy pięćdziesięciu sześciu chłopaków. Nas, sióstr, jest kilkanaście, do tego ponad czterdzieści świeckich osób, które z nami stale współpracują, pomagają, opiekują się chło­-pakami.

T.: Spytałeś o ważną rzecz. Rzadko kiedy ludzi interesuje, jak my się mamy, jak sobie radzimy, jak wygląda nasze życie duchowe w ­takim biegu.

E.: Niewierzący pytają.

P.: Przychodzą kryzysy?

T.: Pewnie. Miałyśmy takie załamanie całkiem niedawno, gdy jedno z naszych dzieci trafiło do szpitala. Umierało, a nam brakowało ludzi. Siostra Hania była przy nim przez tydzień bez przerwy. Spała na krześle w szpitalu. Najgorsza jest niemoc, gdy słabniesz fizycznie. „Nie jesteś aniołem, bo masz ciało” – powiedział kiedyś słusznie dominikanin Wojtek Jędrzejewski. Nasze ciała też ­czasami zawodzą.

Ł.: A odpowiedzialność? Nie przytłacza was sytuacja, w której jesteście odpowiedzialne za życie i rozwój ponad pięćdziesięciu ludzi ipersonelu, któremu dajecie pracę?

E.: Ta nasza odpowiedzialność rozkłada się na wszystkich współpracujących z nami. My nie wystarczamy chłopakom, nie możemy z nimi być cały czas i jednocześnie organizować życia tego miejsca. Dlatego ufamy ludziom, którzy z nami pracują. To ­odpowiedzialność oparta na zaufaniu. I Panu Bogu ufamy.

T.: Mamy dobre relacje w broniszewickiej wspólnocie. Co ciekawe, dopiero tutaj zawiązały się między nami relacje przyjaźni, tu zaczęłyśmy coś wspólnego z siostrą Elizą i siostrą Reginą.

E.: I nie męczymy się sobą, tworząc to miejsce. W pojedynkę byłoby to nie do ogarnięcia.

P.: Siedzimy z zakonnicami, które jednocześnie są równymi babkami. Możemy z wami swobodnie rozmawiać. Nie brzmicie tak, jakbyście dopiero co wyszły z chóru. Łamiecie stereotyp pobożnej, grzeczniutkiej, rozmodlonej zakonnicy, która w Kościele jest na posługi. Dlaczego jesteście takie, a nie inne?

T.: Przede wszystkim dlatego, że mieszkamy z pięćdziesięcioma sześcioma facetami!

E.: Siostry, które przeszły przez DPS dla chłopaków lub drugi dla dziewczyn, mają już nieco inną duchowość. Niepełnosprawni w jakiś sobie właściwy sposób wyzwalają w nas spontaniczność, naturalność – to po pierwsze. Po drugie, zakon dominikański niczego nam, siostrom, nie narzuca. Nie ma tu „zakonnicowego” stylu bycia: buzi w dzióbek, wzroku utkwionego gdzieś w niebo, przechylonej główki i anielskiego głosiku. A poza tym: kochamy!

T.: I paradoksalnie dzięki temu nie mamy nic do ukrycia. Mamy kilkudziesięciu fajnych facetów, których chcemy pokazywać światu. Niech ich wszyscy widzą i podziwiają! I niech się od nich uczą!

Ł.: Czego?

T.: Przede wszystkim kultury osobistej, czułości, empatii, troski o drugiego człowieka. Tak przesympatycznych, miłych, uczciwych mężczyzn na co dzień nie spotykasz na ulicy. Oni są prawdziwymi dżentelmenami.

P.: Gdy razem jedliśmy obiad w lokalnej restauracji, jeden z chłopaków na pożegnanie pocałował właścicielkę w dłoń.

E.: Andrzej w ten sposób daje wyraz swojej wdzięczności. Chłopaki często, gdy panie podadzą im coś w sklepie, myślą, że zostali obdarowani, nie obchodzi ich, że przecież płacimy za tę rzecz. I tak są wdzięczni. Nam też bardzo często w taki sposób okazują wdzięczność, nawet za drobne rzeczy, takie jak cukierek czy wspólny wyjazd.

T.: Wiecie, co by się stało, gdybym teraz się spakowała i wyszła z domu z walizką? Podbiegliby chłopcy i mi tę walizkę zabrali. Wpakowaliby mnie do samochodu i wyściskali na pożegnanie, choćbym wyjeżdżała tylko na jeden dzień… Kobieta nie ma tu prawa niczego dźwigać. Chłopaki nie mówią, ale komunikują: „Po to jesteśmy facetami, by wam pomagać”.

E.: Przez kilkadziesiąt lat nasze poprzedniczki, też dominikanki, budowały tu bardzo dobre relacje zchłopakami. Nasze klasztory formalnie mają klauzurę, ale tu nigdy nie było zamknięcia przed nimi. Chłopcy zawsze wnosili cięższe rzeczy do klasztoru, pomagali nam wynosić walizkę lub kartony przy przeprowadzce na inną placówkę. Gdy któraś siostra była chora, chłopcy mogli ją odwiedzać. Wbiegali za klauzurę do pokoju, żeby sprawdzić, czy żyje.

P.: Wszystkie siostry z waszego zakonu są do was podobne?

E.: Oczywiście, że nie. Jesteśmy bardzo różne, jest nas ponad trzysta. Wszystkie stoimy przed takim zagrożeniem, że jeżeli przestaniemy zwracać uwagę na rzeczy pierwszoplanowe, miłość i czułość wobec potrzebujących i najsłabszych, miłosierdzie wobec siebie nawzajem, głoszenie Dobrej Nowiny, staniemy się sztywne, drobiazgowe, zajęte sobą. Do ważnych problemów mogą urosnąć kolory skarpet, jakie nosimy, czysty habit czy równo upięty welon.

T.: A ja ciągle chodzę brudna i mam pognieciony habit.

E.: To przez budowę.

T.: A to otrę się o ściany na budowie, a to pies na mnie wskoczy, a to Jarek przytuli się po zjedzeniu czekoladki.

Ł.: Chłopaków uczycie jednak tego, by o siebie dbali, wpoiłyście im też poczucie obowiązku. Przydzieliłyście im w domu zadania. Andrzej myje naczynia, Krzysiek karmi zwierzęta, Maniek wyprowadza sukę Bronkę. Co im to daje?

E.: Nie traktujemy Domu Chłopaków jako instytucji. Chcemy, aby był to normalny dom, w którym dziecko też zmywa naczynia i wyprowadza psa na spacer. Staramy się ich obowiązki dostosowywać do ich naturalnych pasji i zainteresowań. To również trening, przypominanie: „Maniek, Bronka była rano na spacerze?” „Tak. Była”. Czasami zdarza się, że zapomni, wtedy mówię po prostu: „Mariusz”. A on odpowiada: „Dobra, dobra, już z nią lecę na spacer”. Podpowiadanie mu, towarzyszenie, sprawia, że czuje się ważny, i gdy czasem wyjeżdżamy z domu, z przyzwyczajenia nadal opiekuje się psem. Krzysiek uwielbia pracę na gospodarstwie. Mamy ponad trzydzieści kur. Tymka za nimi nie przepada, ale nie możemy się ich pozbyć, ponieważ Krzyś kocha kury. Co zrobić? Będą kury w Broniszewicach. W ozdobnym kurniku. Broniszewice są przecież naszym wspólnym domem.

T.: Pamiętajmy, że chłopaki często nas po prostu naśladują. Tak jak dziecko w rodzinie, gdzie ktoś przeklina, idzie do szkoły i zaczyna przeklinać, tak u nas to, co pokazujemy, jakie jesteśmy, rzutuje na ich zachowanie. Jesteśmy z nimi tylko przez chwilę – czas mycia zębów, ubierania się to moment, gdy są z opiekunkami, my wtedy dyżurujemy w biurze. Organizujemy działania w Domu Chłopaków i choć nie robimy z nimi wielu rzeczy codziennych, poświęcamy im każdą wolną chwilę.

E.: Nawet gdy siedzimy w biurze, chłopaki do nas przychodzą. Trudno nie zwracać uwagi na Adriana, który nagle musi ci wszystko pokazać, ponieważ posługuje się systemem znaków, gestów – makatonem. I tak zamiast w komputer, patrzysz na Adriana i przez parę minut próbujesz się domyślić, co właśnie do ciebie „mówi” tymi rękoma!

T.: Przecież tobie pokazał bramkę, a to oznaczało, że będziecie grali w piłkę i on będzie bramkarzem. Zrozumiałeś bez problemu, ponieważ poświęciłeś mu chwilę uwagi. Tego się uczymy. Kiedyś siostra Paula została na pojedynczym dyżurze, jesteś wtedy sam z grupą kilkunastu chłopaków na osiem godzin. W mieszkaniu Pauli mieszka czternastu chłopców z różnym stopniem niepełnosprawności. Na pięćdziesięciu sześciu chłopaków tylko trzech potrafi się samodzielnie umyć, do tego dochodzi sprzątanie i porządkowanie sali dziennego pobytu. Do Pauli podszedł wtedy Radek i powiedział: „Słuchaj, ty sobie z tym nie dasz rady”. Po chwili dodał: „Daj mi miot­łę, posprzątam”. Od tej pory zamiata, gdy tylko jest taka potrzeba.

E.: Oni mają w sobie rodzaj naturalnej męskości, przeświadczenie, że kobiecie trzeba pomóc. Nie wyręczać jej, ale ją wspierać. Osoby w rodzinie przecież powinny się wspierać.

T.: Często rzucają nam hasło: „Ty to jesteś za słaba. Daj, ja to zrobię”.

E.: Fajnie się z nimi czujemy również jako kobiety. Poza tym ­mówimy przecież o relacji matka – syn.

Ł.: Do takiej relacji może się wkraść nadopiekuńczość. Skoro już jesteś, to nic nie rób, tylko się ucz, synku! Młodego człowieka często trudno namówić do odpowiedzialności za miejsce, w którym żyje. Choć jest wnim otoczony rzeczami.

T.: Jest różnica. Nasi chłopcy nie mają potrzeby posiadania telefonów komórkowych. Często nie mają też nikogo, do kogo mogliby zadzwonić. Jeśli chcą z kimś porozmawiać przez telefon, wybierają numer do nas, a nas mają przecież cały czas. Niektórzy mają telefony komórkowe, ale bardzo rzadko służą im one do komunikowania się. Może chodzi o to, że inne dzieci w szkole też mają komórkę. Nasi chłopcy nie mają potrzeby posiadania komputera. Jeśli już z nich korzystają, to głównie po to, by posłuchać muzyki.

E.: Kupiłyśmy im ostatnio najnowszą wersję konsoli do gier z czujnikiem ruchu. Zalega nam teraz w magazynie, ponieważ chłopaki grają tylko wtedy, kiedy my gramy, inaczej nie są tym w ogóle zainteresowani.

T.: Nie są typowymi nastolatkami. Jest telewizor – fajnie, a jeżeli go nie będzie, trudno, nic się nie dzieje.

Ł.: Są typowymi nastolatkami, ograli nas w piłkę na boisku.

E.: To najlepszy dowód, że nie są. Typowy nastolatek gra dzisiaj w piłkę nożną na kompie.

Ł.: A zazdrość? Jak sobie radzicie z zazdrością?

T.: Raczej nie ma zazdrości, a jeżeli już się pojawia, szybko reagujemy i staramy się coś z nią zrobić, w jakiś sposób zrekompensować brak uwagi czy zainteresowania, bo jeżeli jest zazdrość, to tylko w takich sytuacjach.

E.: Panie, które są z nimi na co dzień, mają z tym czasem kłopot, chłopaki nie. Pan Jezus też miał wybrańców, których zabierał na najważniejsze akcje.

T.: Przyznaję, zdecydowanie wyróżniam Jarka. Zabieram go ze sobą wszędzie, gdzie tylko mogę. Czasem wydaje mi się, że jest na mnie skazany, a ja na niego.

E.: W ogóle nie kojarzę facetów z zazdrością, o którą pytacie. We wcześniejszym domu, w którym byłam, gdzie opiekujemy się dziewczynami, była zazdrość, no i kobiece fochy.

Ł.: A chłopaki? Nie rywalizują o was? Rozumiem, nie są zazdroś­ni, ale widać, że chcą po prostu w miarę możliwości być z wami jak najdłuższej. Szczególnie gdy wyjeżdżacie. Widziałem to w Broniszewicach kilka razy – oczekiwanie na wyjazd, ­wycieczka! Jak to wygląda?

E.: Chłopaki patrzą, co mamy przy sobie, jeśli tylko któraś z nas weźmie torebkę, oznacza to wyjazd i wtedy zaczyna się zabawa. Każdy chce pojechać autem. Dlatego często chodzą z nami po urzędach.

T.: Nawet jak wjeżdżam tylko do garażu zaparkować samochód, chłopaki obskakują auto, żeby choć chwilę pojechać ze mną.

E.: I chyba nie ma w tym zazdrości, że ktoś wsiadł, a ktoś nie. Radzą sobie, dogadując się po męsku: „Jutro ja parkuję, zobaczysz, jutro nie wsiądziesz”. Rozładowują sytuację.

P.: Katolicy pomagają, ale czasem robią to z poczucia obowiązku, żeby „wykonać” uczynki miłosierdzia. Wy po prostu jesteście z chłopakami.

E.: Oni uzależniają nas od siebie, dlatego łatwo nam z nimi być. W naszym zakonie silną grupę stanowią katechetki. Patrzą na mnie i radzą; „Odpocznij sobie”. Odpowiadam im, że w weekend będzie możliwość, ponieważ jadę na kwestę z chłopakami. Wtedy słyszę: „Jak to z chłopakami? Przecież przy nich w ogóle nie ­złapiesz ­oddechu”. A ja uwielbiam z nimi być.

Ł.: A Kościół, do którego jedziecie kwestować, przyjmuje was z otwartymi rękami?

E.: Kościół ludzi – tak.

T.: Raczej jesteśmy bardzo dobrze przyjmowane. Ludzie są niesamowici, czasami prowadzą z nami długie rozmowy, dopytując o Broniszewice. Kochają słuchać o chłopcach, o takim właśnie Kościele, jaki tworzymy w Bronkach.

E.: O ile parafianie, ludzie, są otwarci, o tyle z księżmi różnie bywa. Na dziesięć telefonów z prośbą o kwestę jeden życzliwie nas wysłucha i przyjmie. Od księży najrzadziej doświadczałyśmy przychylności i zrozumienia naszej tragicznej sytuacji w czasie budowy Domu Chłopaków. Najczęściej w rozmowach z nami interesował ich wymiar finansowy tego przedsięwzięcia. Tylko jednostki z nami współodczuwały.

T.: Może psujemy im wizerunek Kościoła.

Ł.: Z czego to wynika?

E.: Może Kościół osób ubogich, wykluczonych nie jest ich codziennością. Zauważyłyśmy, że w towarzystwie naszych chłopaków księża najczęściej czują się nieporadnie. Może przygotowanie intelektualne do kapłaństwa ma przewagę nad przygotowaniem do bycia wśród chorych, niepełnosprawnych, wykluczonych, zmarginalizowanych. Znajoma siostra spotkała biskupa posługującego w Azji i zapytała go, dlaczego u nich wspólnoty rosną w siłę, jest coraz więcej wiernych, a u nas trwa kryzys, kościoły pustoszeją. Odpowiedział: „Wy w Europie doprowadzacie ludzi do sakramentów, a my w Azji doprowadzamy do spotkania z żywym Bogiem. U nas Go po prostu mają, a wy macie za to bierzmowanych, którzy ani razu nie mieli kontaktu z żywym Bogiem, tylko z sakramentem”. Niestety z podobnym podejściem do osób z niepełnosprawnością intelektualną spotykamy się wśród polskich księży. Z chłopcami trudno spotkać się na poziomie intelektualnym, dlatego często są marginalizowani w Kościele, ponieważ nie są w stanie nauczyć się Ojcze nasz czy Zdrowaś Maryjo. Z tej logiki wynika, że nie nadają się do przyjęcia ­sakramentów, bo nie mają mocy intelektualnych.

Ł.: Chcielibyśmy o tym Kościele kobiet, Kościele bliskości, ­słuchania i działania jeszcze trochę porozmawiać.

E.: Super. Ale najpierw weźcie Jarka i Mańka na rowery, a potem ­pomożecie nam przy leżących chłopakach.

Owsiak i „inni szatani”

Luty 2019

Prawda wszystkim dobrze znana: siostry z Broniszewic są powszechnie lubiane. Pod ich postami na stronie Domu Chłopaków w mediach społecznościowych szybko rośnie góra polubień i serduszek. Zawsze uśmiechnięte, zadowolone, ze zwariowanymi pomysłami (słynny filmik z pingwinim chodem zrobił swoje). Nie są to zresztą zwykłe góry polubień. Każda prośba o prezent dla któregoś z chłopaków wrzucona na Facebooku przekłada się na spełnienie ich marzeń – z nawiązką. Można odnieść wrażenie, że to pierwsze siostry zakonne w Polsce, które w mediach radzą sobie jak ryby w wodzie. Jak naprawdę się z tym czują? Co stoi za uśmiechem na zdjęciach z domu w Broniszewicach? Czy jest rodzaj pomocy, której by nie przyjęły, osoba, której by odmówiły? Jak to się dzieje, że dominikanki z Broniszewic łączą ludzi bez względu na ich status majątkowy, stosunek do Kościoła czy poglądy polityczne? Tego próbujemy się dowiedzieć, dotknąć w rozmowie.

P.: Odwiedził was Patryk Vega. Skąd się wziął w Broniszewicach? Co u was robił?

E.: Nie znałyśmy go, kiedy zobaczyłyśmy na koncie kwotę sto tysięcy złotych dla chłopaków. Nadawca: „Patryk Vega”. Powiedziałam wtedy do Tymki: „Słuchaj, kto to jest? Chyba gdzieś o nim słyszałam. To jest ktoś znany?”. Chwilę później weszłyśmy na Facebooka i wszystko stało się jasne. Dowiedziałyśmy się, że jest reżyserem i jakie filmy zrobił.

P.: Przeprowadzałem z nim kiedyś wywiad. Na pierwszy rzut oka łysy kolo robiący filmy o mafii. Nie wygląda na typowego ­darczyńcę.

E.: A okazał się bardzo gorliwym katolickim ortodoksem. Jego filmy mogą powodować, że sobie ktoś wyrabia o nim błędną opinię. Kiedy zobaczyłyśmy pieniądze na koncie, zaraz do niego napisałyśmy na Messengerze. Zaproponował spotkanie. Jechałyśmy akurat do Warszawy, więc spotkaliśmy się bardzo szybko. Kiedy już siedzieliśmy razem, wyjął swojego laptopa i powiedział: „Opowiedzcie mi coś o swoim domu”. Opowiadamy, patrzymy na niego, a Patryk Vega zaczyna płakać. No to my też się ­rozpłakałyśmy. (uśmiech)

P.: Niezły początek znajomości.

E.: Powiedział nam wtedy, że zdarza mu się płakać nawet na ­kreskówkach. Naprawdę wrażliwy gość.

P.: A jak się dowiedział o istnieniu Broniszewic?

T.: To było w listopadzie 2018 roku. Z dnia na dzień okazało się, że dwóch chłopców, bliźniaków, trafi do nas. A my nie byłyśmy przygotowane. Brakowało wielu rzeczy, na które nie miałyśmy środków. No więc co tu robić? Kiedyś poznałyśmy się z Filipem Chajzerem, dlatego napisałam do niego, czy mógłby na Face­booku umieścić post z prośbą o wsparcie dla naszych bliźniaków. Potrzebowałyśmy mnóstwa pieluch. Chłopcy mieli też poważne problemy alergiczne ze skórą i w związku z tym mogli używać tylko bardzo drogich kremów. Chajzer umieścił post i Vega go przeczytał. On sam ma dzieci, też bliźniaki, i bardzo go to wszystko poruszyło. Wpłacił nam wtedy sto tysięcy. Dzięki niemu chłopcy mają zapewnioną superopiekę.

P.: W końcu przyjechał też do Broniszewic.

E.: Już na tym pierwszym spotkaniu powiedział, że kiedy skończy prace nad nowym filmem, to od razu do nas przyjedzie. I tak zrobił. Pojawił się z ekipą filmową i nakręcili dokument o Broni­-szewicach.

P.: Ostatnio widziałem na Facebooku wasze zdjęcie z Jurkiem Owsiakiem. Czy wam życie niemiłe? (śmiech)

T.: Do Jurka pojechałyśmy po prostu podziękować za cały sprzęt, który dostaliśmy od WOŚP. Bo tak naprawdę to właśnie oni pierwsi udzielili nam większej i natychmiastowej pomocy. Chłopaki spały na takich metalowych łóżkach z poprzedniej epoki. Nie miałyśmy żadnego porządnego sprzętu, na przykład koncentrator tlenu, którego używałyśmy, był w takim stanie, że musiał ktoś przy nim siedzieć, bo się co jakiś czas zatrzymywał i wtedy trzeba było mu trochę nogą pomóc. Napisałyśmy do Jurka Owsiaka, że potrzebujemy pilnie ssaka, materacy przeciw­odleżynowych i jeszcze kilku innych konkretnych rzeczy. Kompletnie nie miałyśmy wtedy pieniędzy na takie wydatki. Nawet na sprawnie działający, prosty koncentrator za sześć tysięcy nie było nas stać. I wyobraźcie sobie, że Jurek po dosłownie trzech dniach oddzwonił na mój prywatny numer i powiedział, że jest w szoku, że my nie mamy takich podstawowych rzeczy, że tak nie może być i żebyśmy mu dały kilka dni, to on wszystko zorganizuje. Zapytał też, czego jeszcze potrzebujemy. Zaczęłam wymieniać: kilka materacy przeciwodleżynowych, wózki inwalidzkie, koncentrator, ssak, termometry, ciśnieniomierz. I on nam to wszystko przysłał.

P.: Z tego, co pamiętam, to był bardzo dobry sprzęt.

E.: Jak przyjechał gość z materacami i zobaczyłyśmy, jakie to są materace i jaka jest ich cena, to nas zatkało. Nie byłoby nas stać na taki komfort dla leżących chłopców. Zamówiłyśmy ich sześć dla najbardziej potrzebujących. A jeden kosztował czternaście tysięcy złotych! Czy można nie czuć się wdzięcznym w takiej sytuacji?

T.: Inne sprzęty od WOŚP też są najwyższej jakości. Na przykład profesjonalne termometry na stojaku. W jednym urządzeniu są ciśnieniomierz, termometr i pulsoksymetr. Takie urządzenie kosztuje dziesięć tysięcy. Same nigdy byśmy nie uzbierały środków na taki „luksus”, choć zaznaczam, że to luksus pierwszej potrzeby dla naszych ciężko chorych chłopaków.

P.: A nie boicie się, że po wrzuceniu do mediów społecznościowych zdjęcia z Jurkiem Owsiakiem możecie mieć nieprzyjemności? Wiadomo, jak część ludzi w Kościele do niego podchodzi.

E.: Trochę oberwałyśmy i miałam wtedy doła. Ale ja tych ataków nie rozumiem. I nie mam zamiaru zmieniać podejścia do ludzi i ich demonizować tylko z tego powodu, że są trochę inni ode mnie. Chłopaki nauczyły nas otwartości na każdego człowieka. Wierzącego, niewierzącego, prawicowego, lewicowego i każdego innego. Człowiek to człowiek. I każdego trzeba szanować. A jeśli staje się moim dobroczyńcą i jedynym rozumiejącym i reagującym na potrzeby chłopców, to dlaczego mam go uważać za wroga?

P.: Vega, Owsiak, Pospieszalski, Wojewódzki, Wellman, Chajzer, Jędrzejak. To tylko kilka ze znanych nazwisk, które przewijają się w kontekście Broniszewic i waszej obecności medialnej. Wystarczy, żeby oburzyć zarówno tych po lewej, jak i prawej stronie.

E.: Dobroczynność jest uniwersalna. A Kościół nie ma na nią monopolu. No i pamiętajmy o Samarytaninie, który pomógł Żydowi. Kiedy faryzeusz spytał Jezusa: „A kto jest moim bliźnim?”, odpowiedź Jezusa nie różniła się od tego, co przed chwilą powiedziałam o potrzebie chłopców i o Jurku Owsiaku. Leżał na drodze poturbowany człowiek, który bardzo potrzebował pomocy. Kapłan i lewita, pobożni Żydzi, przeszli obok niego obojętnie. Pomógł mu Samarytanin, człowiek pogardzany przez Żydów, z Ewangelii św. Jana: „Żydzi bowiem z Samarytanami unikają się nawzajem”. Myślę, że podobnie pogardzany jest przez niektórych ludzi Kościoła Jurek Owsiak. I pewnie gdy Jezus opowiadał tę historię, to ludzie myśleli: „Jak to?! Samarytanin moim bliźnim?! Mam go kochać?! Człowieka, którego powinno się unikać?! Jak?!”. A Jezus ma na to tylko jedną odpowiedź: „Jak siebie samego” (uśmiech). W trudnych czasach dzwoniliśmy z prośbą o pomoc do tak zwanych swoich, na przykład do Caritasu. I nic. Pojechałyśmy z prośbą do ówczes­nego prymasa Kowalczyka – też nic. A pan Owsiak zareagował od razu. I to dzięki niemu najbardziej chorzy dostali komfortowe materace.

T.: Nie wyobrażam sobie nieprzyjęcia pomocy od kogoś tylko dlatego, że się z nim w czymś nie zgadzam. To byłoby chore. Przecież zasadniczo chyba każdy z kimś się w czymś przynajmniej częściowo nie zgadza.

P.: Czyli bywa czasem tak, że Owsiak jest bardziej katolicki niż katolicy, którzy go krytykują?

E.: Tak sobie odważnie myślę, że wielu katolików może być po śmierci zaskoczonych, jak na wszystko, co się działo po tej stronie życia, patrzy Pan Bóg i jak bardzo Jego sposób myślenia może rozwalić nasze wszystkie schematy i szufladkowania. Jezus przecież zapewnia, że: „Grzesznicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego” (Mt 21,28–32). Wierzę, że niebo to będzie taka przestrzeń, w której zatriumfują miłość, czułość, gdzie nie będzie poniżania, krytykanctwa, wyszydzania, nienawiści do drugiego człowieka. Przecież cała Ewangelia jest o tym. Jeśli katolik nienawidzi drugiego człowieka, ma dłuższą drogę do Boga. Jezus kapitalnie pokazał to w przypowieści o Samarytaninie: pobożność nie zawsze idzie w parze z miłością bliźniego. Ludzie religijni od zawsze myśleli, że są lepsi, a Jezus pokazał, że to nie jest takie oczywiste.

Ł.: Wasze nieoczywiste kooperacje z ludźmi, których wielu katolików uważa za gorszych, zaczęły się od pewnego słynnego filmiku.

T.: Na którym siostry udawały pingwiny. Jego popularność totalnie nas zaskoczyła.

E.: Zrobiłyśmy go na głupawce. Kompletnie nie zdawałyśmy sobie sprawy, gdzie nas to zaprowadzi. Nagrałyśmy filmik, pokazałyśmy na Facebooku i myślałyśmy, że dotrze do małej grupy naszych znajomych. A tu po godzinie dzwoni TVN. Że chcą zrobić materiał wokół tych pingwinich wygłupów. Powiedziałam: „Dobrze, tylko poproszę o zgodę swoją przełożoną generalną i bardzo proszę, żeby pani powiedziała w nim o chłopakach i o budowie domu”. I tak to się zaczęło. Pan Bóg potrafi zrobić cud z niczego. Bo ten filmik, ta nasza głupawka, była wynikiem naszego przemęczenia. Byłyśmy wykończone wyjazdami co sobotę i niedzielę na kwesty, a stary dom był wtedy w opłakanym stanie. Popękane rury, ­zepsuty piec. Same byśmy tego nie ogarnęły.

T.: No to była wtedy normalnie jakaś plaga.

E.: Dokładnie tak. I nagle dzięki tym pingwinom zaczęły się dziać rzeczy niesamowite. Najpierw TVN, później kolejne stacje telewizyjne, radia i portale. Poznałyśmy fenomenalnych, bezinteresownych dziennikarzy. Nie tylko przyjechali nakręcić materiały, chcieli nam również pomóc prywatnie. Na przykład Krzysiu Skórzyński z Faktów. Otworzył portfel, wyciągnął wszystko, co w nim miał, i nam dał. Dla chłopaków.

T.: I te relacje trwają. Agnieszka Wojtkowiak, która jest wydawcą Dzień Dobry TVN, przyjechała do nas w święta w odwiedziny. Miała ze sobą całą torbę batoników i cukierków dla chłopaków. No i tak po prostu powiedziała: „A stęskniłam się za wami, więc przyjechałam”. Jest Kasia Olubińska, która co chwila nas na różne sposoby wspiera, i Małgosia Mielcarek z TVN24, która do nas dzwoni i mówi, że bardzo za nami tęskni. Filip Chajzer podjął się przejażdżki konno, siedząc tyłem, aby zdobyć dla naszych chłopaków dwuletni zapas kosmetyków z Old Spice’a. Bartek Jędrzejak, prezenter pogody w TVN, przyjeżdża do Broniszewic – jak to sam określa – „naładować baterie”. Długo by można wymieniać. Gdy otwierałyśmy nowy dom, nawet nam się nie marzyło, żeby imprezę otwarcia prowadzili jacyś znani ludzie. A tu nagle Kasia Olubińska i Krzyś Skórzyński mówią, że nam to poprowadzą zupełnie za free. A w ogóle to Krzyś, z tych „strasznych” FaktówTVN, nosi różaniec na palcu i jest ministrantem w kościele. Kochamy go bardzo.

E.: Relacje z nimi pomogły nam też oduczyć się myślenia stereo-typami.

T.: Każdy jest u nas mile widziany. Konsekwentnie uczą nas tego chłopcy i Jezus w Ewangelii.

Ł.: A macie kontakt z politykami?

E.: Nie, raczej nie. Niepełnosprawni to nie jest jakiś ważny elektorat dla polityków, w związku z czym nie jesteśmy kartą przetargową, chłopcy też nie. Ale to dobrze. Dzięki temu Broniszewice są wolne od politycznych zależności.

T.: Mamy niemiłe wspomnienia z politykami. Kiedyś pani premier obiecała nam wsparcie finansowe – milion złotych. Rozpoczynałyśmy wówczas budowę nowego Domu Chłopaków, nie mając wiele na koncie.

E.: Złożyłyśmy do ministerstwa sterty papierów, mnóstwo czasu nam to zajęło, ze trzy miesiące, a na koniec nic z tego nie wyszło. Usłyszałyśmy, że organy państwowe nie mają kanału, którym mogłyby nam przekazać pieniądze.

T.: Pamiętam, jak bardzo byłyśmy zirytowane po tej wiadomości, ale odczuwałyśmy również wielki ból, że nie możemy liczyć na pomoc ze strony państwa w sprawie osób z niepełnosprawnością. Czułyśmy się bardzo osamotnione w walce o nowy Dom Chłopaków. W głowie miałyśmy informacje o przekazywaniu środków na dzieła w Toruniu albo na schody do Świątyni ­Opatrzności Bożej.

P.: Czyli na schody tak, a na chłopaków niekoniecznie.

E.: Na spotkaniu z władzami państwowymi, kiedy zobaczyłam, jak trudno im przekazać informację, że z jakichś powodów nie chcą albo nie mogą nam dać środków na budowę Domu Chłopaków, w duchu zaczęłam się śmiać z bezradności osób rządzących i pomyślałam: „Boże, jak dobrze, że Ty jesteś Szefem i masz władzę nad tymi, którzy sprawują nad nami władzę, bo wiem, że dla Ciebie ten milion złotych to pestka”. Ogarnęło mnie wówczas ogromne poczucie bezpieczeństwa wynikające z bycia przy Bogu i w sercu miałam pewność, że ten milion – tak czy inaczej – w końcu się znajdzie. No i po trzech tygodniach dostałyśmy zaproszenie do programu Warto rozmawiać.

T.: Po jednej wizycie w telewizji ludzie przekazali darowizny wwysokości miliona złotych. Po jednej wizycie! Minutowa prośba do widzów i trzyminutowy filmik o chłopakach w ciepłym studiu przyniosły nam ten niezbędny milion na początek trwającej już budowy.

E.: Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.

T.: Oj, tak!

E.: Jestem szczęśliwa, że nie dostaliśmy kasy od państwa i że Dom Chłopaków został wybudowany ze środków darczyńców, którzy nas dobrowolnie wspierają.

P.: Wracając na chwilę do mediów. Nie boicie się, że jakiś dziennikarz zrobi taki materiał, w którym na przykład ośmieszy chłopaków, zrobi coś niesmacznego, słabego?

E.: Dziennikarz, który by spróbował ośmieszyć dziecko z niepełnosprawnością, sam by się ośmieszył.

T.: Nam zależy na tym, żeby pokazywać chłopaków, żeby byli dostrzegani, i w ten sposób kształtować w społeczeństwie wrażliwość na osoby niepełnosprawne i odczarowywać ich obraz. Podejmujemy ryzyko, wychodząc z nimi do mediów, że nierzetelność dziennikarska może zafałszować rzeczywistość, ale uważam, że warto to robić.

Ł.: Jacek Hołub w książce Żeby umarło przede mną