Siostra Diabła. Klara - Adrian Bednarek - ebook + audiobook

Siostra Diabła. Klara ebook

Bednarek Adrian

0,0
40,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Poznaj historię kobiety, która stworzyła Rzeźnika Niewiniątek.

Zanim świat poznał Rzeźnika Niewiniątek, była ONA.

Piękna. Inteligentna. Niebezpieczna. Niewiele osób potrafi oprzeć się urokowi Klary Sobańskiej. Jeszcze mniej dostrzega mrok, który kryje się za jej zielonymi oczami.

Kiedy Klara miała dziesięć lat, człowiek, któremu zaufała, brutalnie odebrał jej dzieciństwo. Jako dwudziestodwuletnia studentka wciąż nie potrafi wyrzucić z głowy jego głosu.

Przyjeżdża do Krakowa, by odzyskać kontrolę nad własnym umysłem, a szansę na uwolnienie się od mrocznych podszeptów dostrzega w Robercie Wędzyńskim – wykładowcy i specjaliście w zakresie przestępstw seksualnych wobec dzieci. NIEDŁUGO POTEM w jej głowie rodzi się plan.

Plan, który może raz na zawsze uciszyć głos jej kata.... ALBO sprawić, że zło, które ją stworzyło, znajdzie kolejną ofiarę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 303

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla Da­rii

Gdy­by nie Two­ja wia­ra we mnie i prze­ko­na­nie,że pi­sarz musi prze­kra­czać ko­lej­ne gra­ni­ce,nie dał­bym rady zmie­rzyć się z Kla­rą So­bań­ską.

Nie­win­ni są za­wsze pierw­szy­mi ofia­ra­mi

Au­tor nie­zna­ny

PROLOG

Po­ło­wa lat dzie­więć­dzie­sią­tych

Czte­ry dzie­się­cio­let­nie dziew­czyn­ki wy­bie­gły ze szko­ły. Przy­glą­dał się im zza szy­by sta­re­go Po­lo­ne­za za­par­ko­wa­ne­go na chod­ni­ku obok wej­ścia do par­ku po prze­ciw­nej stro­nie uli­cy. Trzy z nich w ogó­le go nie in­te­re­so­wa­ły, przy­po­mi­na­ły za­baw­ne ka­ry­ka­tu­ry do­ro­słych. Uwa­gę przy­ku­wa­ła tyl­ko ciem­no­wło­sa, ubra­na w kra­cia­stą spód­nicz­kę, czar­ne raj­stop­ki, czar­ne bu­ci­ki i pu­cho­wą kurt­kę. Pierw­szy raz uj­rzał ją w ze­szłym ty­go­dniu. Wy­glą­da­ła jak urze­czy­wist­nie­nie ma­rzeń. Cią­gle fan­ta­zjo­wał o swo­ich dło­niach do­ty­ka­ją­cych jej ud, brzusz­ka i pier­si roz­kwi­ta­ją­cych po­wo­li ni­czym nar­cy­zy wio­sen­ną porą. Do tej pory za­brał nie­win­ność dwóm mło­dym nie­wia­stom, ale żad­na nie roz­pa­la­ła jego zmy­słów do po­zio­mu wrze­nia.

Dziew­czyn­ka po­że­gna­ła się z ko­le­żan­ka­mi, spraw­dzi­ła, czy uli­ca jest bez­piecz­na, i prze­szła na dru­gą stro­nę. Po­cze­kał, aż wej­dzie do par­ku, wy­siadł z auta i ru­szył za nią. Był prze­cięt­nym męż­czy­zną do­bie­ga­ją­cym czter­dziest­ki, nikt z prze­chod­niów nie zwra­cał na nie­go zbyt­niej uwa­gi. Sil­ny wzwód ma­sko­wał sza­rym płasz­czem. Po mi­nu­cie do­go­nił dziew­czyn­kę.

– Wi­taj, moja dro­ga – po­wie­dział lek­ko zzia­ja­ny.

– Dzień do­bry, pa­nie Pa­try­ku. – Sły­sząc go, za­trzy­ma­ła się i od­po­wie­dzia­ła ak­sa­mit­nym gło­sem, któ­ry mógł­by pre­ten­do­wać do śpie­wa­nia na naj­więk­szych świa­to­wych sce­nach. – O co cho­dzi?

Sta­rusz­ka z psem na smy­czy prze­szła obok, kom­plet­nie ich igno­ru­jąc. Wy­glą­da­li jak oj­ciec z cór­ką.

– Znów wra­casz przez park? – Po­cze­kał, aż będą sami, i po­pchnął lek­ko dziew­czyn­kę, wpra­wia­jąc ją w ruch.

Kon­takt dło­ni z pu­cho­wą kurt­ką ochra­nia­ją­cą wą­tłe ple­cy spra­wił, że zro­bi­ło mu się go­rą­co.

– Ro­dzi­ce każą mi cho­dzić na przy­sta­nek do­oko­ła par­ku, ale tędy jest bli­żej. Już to panu prze­cież mó­wi­łam.

Była przy­zwy­cza­jo­na do jego to­wa­rzy­stwa. Za­cze­piał ją trze­ci dzień z rzę­du. Po­przed­nie skoń­czy­ły się za­pro­wa­dze­niem na przy­sta­nek.

– Cze­mu oni cię nie od­bio­rą?

Za­wsze uży­wał tych sa­mych spraw­dzo­nych py­tań. Dziś za­mie­rzał za­dać nowe, naj­waż­niej­sze.

– Bo nie mają cza­su… – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Tata za­ło­żył fir­mę i dużo pra­cu­je, a mama opie­ku­je się moim młod­szym bra­cisz­kiem. On jest taki słod­ki.

– Mu­sisz się nu­dzić, kie­dy sie­dzisz w domu – stwier­dził, bu­du­jąc so­bie grunt, i prze­szedł do naj­istot­niej­sze­go. – Chcesz, że­bym zo­stał two­im star­szym ko­le­gą?

Dziew­czyn­ka przy­sta­nę­ła, on ra­zem z nią.

Przyj­rzał się jej wą­ziut­kim, ró­żo­wym ustom. Były cu­dow­ne, po­dob­nie pie­gi na po­licz­kach i in­ten­syw­nie zie­lo­ne oczy. Pra­gnął li­zać jej mlecz­no­bia­łą cerę, pie­ścić ją i po­ło­żyć kres mę­czą­cym fan­ta­zjom. Od kil­ku dni usil­nie pró­bo­wał za­stą­pić dziew­czyn­kę żoną. Bez skut­ku.

– Pew­nie! Ni­g­dy ta­kie­go nie mia­łam! – od­po­wie­dzia­ła po chwi­li na­my­słu. Za­uwa­żył de­li­kat­ne ru­mień­ce na po­licz­kach. Strach i brak za­ufa­nia znik­nę­ły, prze­sta­wał być dla niej obcy. – Może mnie pan co­dzien­nie od­pro­wa­dzać na przy­sta­nek.

– Star­si ko­le­dzy ro­bią też o wie­le faj­niej­sze rze­czy – po­wie­dział ta­jem­ni­czym to­nem, pró­bu­jąc wzbu­dzić jej za­in­te­re­so­wa­nie.

– Na przy­kład ja­kie?

– Od­kry­wa­ją ta­jem­ni­ce par­ku. Wiesz, że tu nie­da­le­ko jest ja­ski­nia?

– Wszy­scy w szko­le wie­dzą. – Dziew­czyn­ka zmarsz­czy­ła brwi. – Roz­ma­wia­ły­śmy o niej z ko­le­żan­ka­mi, ale bo­imy się tam iść.

– Wła­śnie od ta­kich rze­czy są star­si ko­le­dzy. Chodź, ra­zem ją zo­ba­czy­my, to bę­dzie na­sza ta­jem­ni­ca – wy­szep­tał jej do ucha.

– No nie wiem… – Dziew­czyn­ka się wa­ha­ła. – Chy­ba nie zdą­żę na au­to­bus.

– Po­je­dziesz na­stęp­nym. Nie bój się, do­pil­nu­ję, że­byś bez­piecz­nie do­tar­ła do domu.

– Ro­dzi­ce nie by­li­by za­do­wo­le­ni, gdy­bym póź­no wró­ci­ła.

– Prze­cież ro­dzi­ce za­wsze po­wta­rza­ją, żeby słu­chać do­ro­słych. – Pod­niósł nie­co ton na roz­ka­zu­ją­cy. – To pod­sta­wo­wa za­sa­da bez­pie­czeń­stwa, praw­da?

– Niby praw­da… – Wbi­ła wzrok w swo­je stóp­ki.

– Poza tym tata jest w pra­cy, a mama i tak opie­ku­je się młod­szym bra­cisz­kiem. Chodź, bę­dzie faj­nie. Prze­ży­je­my praw­dzi­wą przy­go­dę.

Pod­da­na sil­nej pre­sji dziew­czyn­ka po­sta­wi­ła w koń­cu kil­ka nie­pew­nych kro­ków i za­trzy­ma­ła się przy zej­ściu z be­to­no­we­go chod­ni­ka.

– Będą się mar­twić – po­wie­dzia­ła.

– E tam, nie mają dla cie­bie cza­su, więc na­wet nie za­uwa­żą. – Po­now­nie de­li­kat­nie ją po­pchnął. – Czyż nie le­piej po­ba­wić się z no­wym przy­ja­cie­lem?

– Niby tak. – Dziew­czyn­ka prze­sta­ła się opie­rać. Ru­szy­li wol­nym kro­kiem w głąb dzi­kiej czę­ści par­ku. – Brzyd­ko tu jest – wy­pa­li­ła na­gle. – Boję się.

– Przy mnie nie mu­sisz się ni­cze­go bać. – Po­gła­skał ją po głów­ce i przy­ło­żył dłoń do nosa. Pach­nia­ła ru­mian­ko­wym szam­po­nem. – Star­szy przy­ja­ciel jest rów­nież po to, żeby cię chro­nić.

Resz­tę dro­gi po­ko­ny­wa­li w mil­cze­niu. Dziew­czyn­ka nie­zdar­nie sta­wia­ła kro­ki, bu­ci­ki śli­zga­ły się na mo­krych li­ściach, tro­chę się trzę­sła. On też, z pod­nie­ce­nia. Wi­dział już mo­ment, w któ­rym ścią­ga z niej raj­stop­ki. Samo miej­sce wy­brał nie­przy­pad­ko­wo. Je­sien­ną porą mało kto za­pusz­czał się w re­jo­ny ja­ski­ni.

– Oto i ona – po­wie­dział, kie­dy do­tar­li do celu. Po­ro­śnię­ta krza­ka­mi wnę­ka mia­ła nie­co po­nad pół­to­ra me­tra wy­so­ko­ści i dwa me­try dłu­go­ści. – Zaj­rzyj­my do środ­ka.

– Tam jest strasz­nie ciem­no. – Sta­nę­ła w miej­scu.

Znów mu­siał ją po­pchnąć. Zro­bił to tro­chę za moc­no, ale tra­cił cier­pli­wość. Miał swój za­ka­za­ny owoc na wy­cią­gnię­cie ręki i nie mógł do­cze­kać się de­gu­sta­cji.

– Pa­nie Pa­try­ku, to bo­la­ło! – krzyk­nę­ła nie­za­do­wo­lo­na.

– Już do­brze, ko­cha­nie. – Zła­pał dziew­czyn­kę za rękę i po­cią­gnął do środ­ka. Mu­siał się schy­lić, kie­dy wcho­dzi­li. Ja­ski­nia była cia­sna i mrocz­na. Słoń­ce le­d­wie tu do­cie­ra­ło, mi­ni­mal­nie roz­ja­śnia­jąc wnę­trze. – Stań i po­staw tor­ni­ster na zie­mi – oznaj­mił, a ona wy­ko­na­ła po­le­ce­nie.

Od razu się­gnął ręką w za­ro­śla przed wej­ściem i wy­ma­cał scho­wa­ną wcze­śniej gu­mo­wą pał­kę. Taką samą, jaką oj­ciec bił mat­kę. Zro­bił krok w przód i uklęk­nął obok dziew­czyn­ki.

– Co to jest? – spy­ta­ła słod­kim to­nem, w któ­rym strach mie­szał się z za­sko­cze­niem.

– To dla obro­ny. – Odło­żył przed­miot na zie­mię i drżą­cy­mi rę­ka­mi roz­piął jej kurt­kę.

Pod spodem mia­ła czar­ny swe­te­rek na gu­zi­ki. Przy­ci­snął gło­wę do jej roz­trzę­sio­ne­go brzusz­ka. Czuł, że pe­nis za­raz ro­ze­rwie mu spodnie. Po­wstrzy­my­wał się przed naj­waż­niej­szym, żeby jak naj­dłu­żej móc de­lek­to­wać się dziew­czyn­ką.

– Pa­nie Pa­try­ku, co pan robi? – Słod­ko prze­ra­żo­ny głos dziew­czyn­ki jesz­cze bar­dziej go po­bu­dzał. Był ni­czym kie­li­szek zmro­żo­nej wód­ki pity nad ba­se­nem w upal­ny dzień.

– Za­gra­my w grę dla do­ro­słych. – Zrzu­cił z niej kurt­kę i pod­cią­gnął jej swe­te­rek ra­zem z ko­szul­ką. Nie no­si­ła sta­ni­ka. Na to była jesz­cze za mło­da. – Cie­kaw je­stem, jak so­bie po­ra­dzisz.

Omia­tał ją co­raz bar­dziej za­chłan­nym wzro­kiem. Mia­ła lek­ko wy­dę­ty brzu­szek, mi­ni­mal­ny za­rys biu­stu i ide­al­nie okrą­głe bro­daw­ki ni­czym od­ry­so­wa­ne od cyr­kla. Była jesz­cze pięk­niej­sza, niż so­bie wy­obra­żał…

– Nie chcę grać w żad­ną grę – po­wie­dzia­ła płacz­li­wym gło­sem, le­d­wie po­wstrzy­mu­jąc łzy. – Chcę do domu! – Sło­wa od­bi­ły się echem od chłod­nych ścian. – Niech pan prze­sta­nie, jest mi zim­no! – Pró­bo­wa­ła się cof­nąć, ale chwy­cił ją za po­ślad­ki. Przy­po­mi­na­ły dwie mię­ciut­kie man­da­ryn­ki.

– Ni­g­dzie nie pój­dziesz, bę­dziesz się ze mną ba­wić.

Opu­ścił jej spód­nicz­kę i raj­stop­ki. Wi­dok drob­nych ud wzmógł żar, po­zba­wia­jąc go wszel­kiej kon­tro­li nad sa­mym sobą. Po­ło­żył dłoń na zie­lo­nych maj­tecz­kach dziew­czyn­ki.

– Boję się pana… – Dzie­się­cio­lat­ka sta­ła jak spa­ra­li­żo­wa­na, nie wy­ko­ny­wa­ła żad­nych ru­chów, je­dy­nie łka­ła. Po­dob­nie za­cho­wy­wa­ły się dwie po­przed­nie.

Za­chę­co­ny jej bier­no­ścią chwy­cił pał­kę i ude­rzył ją w że­bra. Za­wy­ła z bólu, upa­da­jąc na bok. Przy­warł do niej, na­tych­miast za­ty­ka­jąc usta. Spró­bo­wa­ła wierz­gnąć no­ga­mi, ale nie mia­ła szans. Zdjął jej majt­ki, spo­co­ną dło­nią po­gła­dził we­wnętrz­ną stro­nę uda, zim­ne­go jak lód.

– Będę two­im pierw­szym – po­wie­dział, pa­trząc dziew­czyn­ce w oczy. Były sine z prze­ra­że­nia. – Za­pa­mię­tasz mnie na za­wsze.

***

Dziew­czyn­ka le­ża­ła na twar­dym pod­ło­żu ja­ski­ni. Pan Pa­tryk skoń­czył swo­ją do­ro­słą za­ba­wę daw­no temu. Cie­szy­ła się, że nie pró­bo­wał od­pro­wa­dzić jej na przy­sta­nek. Wca­le nie chcia­ła stąd wy­cho­dzić, choć wie­dzia­ła, że musi. Po­win­na pod­cią­gnąć raj­sto­py i spód­nicz­kę, prze­cież le­żąc na zim­nym, moż­na zła­pać prze­zię­bie­nie, ale tak bar­dzo ją pie­kło… Wciąż czu­ła gu­mo­wą pał­kę lą­du­ją­cą na że­brach i ten twar­dy, mę­ski przed­miot, naj­pierw głasz­czą­cy jej pupę, a póź­niej prze­szy­wa­ją­cy de­li­kat­ne miej­sce po­mię­dzy no­ga­mi. Na­wet nie bo­lał tak moc­no jak pał­ka, któ­rej po­tem w po­dob­ny spo­sób użył roz­wście­czo­ny pan Pa­tryk. W uszach na­dal dud­nił jego głos, na twa­rzy czu­ła smród sło­nej śli­ny, usta bo­la­ły od jego szorst­kich warg. Przy­naj­mniej krew, któ­ra po­pły­nę­ła spo­mię­dzy jej nóg, zdą­ży­ła za­schnąć. Dziew­czyn­ka wsty­dzi­ła się tego, co pan Pa­tryk jej zro­bił. Po­sta­no­wi­ła, że ni­ko­mu ni­g­dy o tym nie po­wie.

Kie­dy słoń­ce za­szło, a na nie­bie po­ja­wi­ły się pierw­sze gwiaz­dy, po­czu­ła na­głą tę­sk­no­tę za do­mem. Pra­gnę­ła zna­leźć się w do­brze zna­nych, bez­piecz­nych mu­rach. Żeby tam do­trzeć, naj­pierw mu­sia­ła się ubrać. Szyb­kim ru­chem pod­cią­gnę­ła raj­sto­py. Ma­te­riał pa­rzył, jak­by był roz­grza­nym me­ta­lem. Za­ci­snę­ła zęby, ta­mu­jąc krzyk. Nie chcia­ła, żeby ją ktoś usły­szał. Przy­zwy­cza­jo­na do ciem­no­ści ro­zej­rza­ła się po wnę­trzu, szu­ka­jąc maj­tek. Szyb­ko przy­po­mnia­ła so­bie głos pana Pa­try­ka za­bie­ra­ją­ce­go „pa­miąt­kę na­szej do­ro­słej za­ba­wy”.

Wsu­nę­ła swe­ter na brzuch, po­pra­wi­ła spód­nicz­kę, wło­ży­ła kurt­kę, pod­nio­sła tor­ni­ster i wy­szła z ja­ski­ni. Przy każ­dym sta­wia­nym kro­ku miej­sce, któ­re zra­nił męż­czy­zna, pło­nę­ło. Dziew­czyn­ka obie­ca­ła so­bie, że wy­gra z ogniem i doj­dzie do domu. Z ko­lej­ny­mi po­ko­ny­wa­ny­mi me­tra­mi co­raz spraw­niej przy­zwy­cza­ja­ła się do pie­ką­ce­go cho­du. Kie­dy wy­szła z par­ku, szła już cał­kiem pew­nie. W dro­dze na przy­sta­nek w od­bi­ciu szyb wy­sta­wo­wych po­pra­wi­ła wło­sy. W au­to­bu­sie ści­ska­ła swój tor­ni­ster, jak­by był tar­czą, i w mil­cze­niu przy­glą­da­ła się do­ro­słym. Uważ­nie ob­ser­wo­wa­ła pa­nów. Ża­den nie zwra­cał na nią uwa­gi. Do­tar­ła na swój przy­sta­nek, we­szła na klat­kę scho­do­wą i win­dą wje­cha­ła na dzie­sią­te pię­tro. Miesz­ka­nie otwo­rzy­ła wła­sny­mi klu­cza­mi.

W środ­ku po­wi­ta­ła ją mama.

– Co ty so­bie my­ślisz, gów­nia­ro?! – na­sko­czy­ła na nią od razu. – Zno­wu się gdzieś szla­ja­łaś!

– Po­szłam na ham­bur­ge­ra… – wy­du­ka­ła ci­chut­ko ni­czym mysz­ka. – A po­tem na plac za­baw, z ko­le­żan­ką.

– Ka­za­łam ci przyjść od razu po szko­le! – Mama ani odro­bi­nę nie ob­ni­ży­ła tonu. Była tak wście­kła, że w ogó­le nie do­strze­gła po­gnie­cio­ne­go ubra­nia ani gry­ma­su smut­ku na twa­rzy cór­ki. – Wiesz, że Kuba jest cho­ry i ma go­rącz­kę, po­trze­bu­je le­karstw, te są w ap­te­ce. Ktoś po­wi­nien go pil­no­wać, że­bym mo­gła wyjść, a ty się włó­czysz, jak­byś była do­ro­słą pan­ną!

– Prze­pra­szam, mamo… – Spu­ści­ła wzrok na swo­je bu­ci­ki. – Idź, po­pil­nu­ję go.

– Już nie trze­ba, są­siad­ka mi po­mo­gła. Mo­żesz za­jąć się sobą… – Wes­tchnę­ła, po czym uda­ła się do kuch­ni.

Dziew­czyn­ka zdję­ła kurt­kę i z tor­ni­strem w ręku po­szła do ła­zien­ki. Po dro­dze spoj­rza­ła na po­kój bra­cisz­ka. Przez szy­bę za­mknię­tych drzwi prze­bi­ja­ło świa­tło, lecz ze środ­ka nie do­bie­ga­ły żad­ne dźwię­ki. Naj­słod­szy pię­cio­let­ni chło­piec na świe­cie spał, wal­cząc z go­rącz­ką. Ona za­mknę­ła się w ła­zien­ce. Na­pu­ści­ła lo­do­wa­tej wody do wan­ny, zdję­ła ubra­nie, zwi­nę­ła w kłę­bek i wsa­dzi­ła do tor­ni­stra. Ju­tro bę­dzie mu­sia­ła je wy­rzu­cić.

We­szła do wan­ny. Woda naj­pierw za­szczy­pa­ła, a po chwi­li przy­nio­sła uko­je­nie ra­nom, ale nie dała rady ostu­dzić my­śli. Wy­da­rze­nia z ja­ski­ni prze­le­cia­ły przed ocza­mi ni­czym slaj­dy na po­ka­zie. Dziew­czyn­ka wy­bu­chła pła­czem. Ko­rzy­sta­jąc z od­krę­co­nej wody, dała upust emo­cjom. Szlo­cha­ła, ude­rza­jąc ma­ły­mi pią­stecz­ka­mi w wodę, któ­ra sta­wa­ła się czer­wo­na od krwi. Cały czas czu­ła na so­bie jego ol­brzy­mie ręce i twar­dość gu­mo­wej pał­ki. Za­tka­ła uszy z na­dzie­ją, że pan Pa­tryk prze­sta­nie wresz­cie po­wta­rzać „Będę two­im pierw­szym. Za­pa­mię­tasz mnie na za­wsze”.

1

Dwa­na­ście lat póź­niej

Kla­ra So­bań­ska ni­g­dy nie uwa­ża­ła się za pięk­ność. Wło­sy, czar­niej­sze od gorz­kiej cze­ko­la­dy, mia­ła zde­cy­do­wa­nie za dłu­gie. Ostat­ni raz po­rząd­nie skra­ca­ła je w wie­ku dzie­się­ciu lat. Od tam­tej pory za­wsze się­ga­ły oko­lic bio­der. Raz no­si­ła się z za­mia­rem zmia­ny fry­zu­ry. Zre­zy­gno­wa­ła, w krót­szych za bar­dzo przy­po­mi­na­ła­by dziec­ko. Nie­przy­jem­nie zie­lo­ne oczy pod­kre­śla­ło kil­ka­na­ście pie­gów, któ­re wraz z wą­ski­mi usta­mi i ma­lut­ką szpa­rą mię­dzy je­dyn­ka­mi do­peł­nia­ły ob­raz nie­win­no­ści.

Pa­trzy­ła na swo­je od­bi­cie w prze­no­śnym lu­ster­ku i po raz ko­lej­ny pró­bo­wa­ła od­gad­nąć, cze­mu więk­szość męż­czyzn nie po­tra­fi jej się oprzeć. Przy­cią­ga­ła ich od naj­młod­szych lat. Pierw­szy raz ko­le­ga za­pro­sił ją do kina już w ze­rów­ce. Od­mó­wi­ła. Po­tem od­ma­wia­ła jesz­cze kil­ku, aż spo­tka­ła do­ro­słe­go męż­czy­znę, któ­ry po­sta­no­wił nie py­tać o po­zwo­le­nie i na za­wsze od­mie­nił jej ży­cie, czy­niąc ją inną. Na po­cząt­ku była sła­ba, z cza­sem sta­ła się sil­niej­sza i choć nie ro­zu­mia­ła źró­dła swo­je­go uro­ku, na­uczy­ła się go wy­ko­rzy­sty­wać. Dzi­siaj też za­mie­rza­ła użyć tej ma­gicz­nej mocy.

Scho­wa­ła lu­ster­ko do skó­rza­nej to­reb­ki, wy­ję­ła klu­czy­ki ze sta­cyj­ki Je­epa, wy­szła na ze­wnątrz i po­wol­nym kro­kiem ru­szy­ła w stro­nę bu­dyn­ku Aka­de­mii Pe­da­go­gicz­nej w Kra­ko­wie. Gdy szła po pa­sach, dwóch fa­ce­tów zmie­rza­ją­cych w prze­ciw­nym kie­run­ku zlu­stro­wa­ło ją, jak­by wła­śnie koń­czy­li strajk gło­do­wy, a ona była po­dwój­nym che­ese­bur­ge­rem. Śli­na nie­mal po­cie­kła im z ust. Obaj sku­pia­li się na czar­no-czer­wo­nej, kra­cia­stej spód­nicz­ce za­koń­czo­nej tuż nad ko­la­na­mi i czar­nych raj­sto­pach. Mniej in­te­re­so­wa­ły ich czar­ne ba­le­rin­ki, ja­sno­nie­bie­ska ko­szu­la wpusz­czo­na za pas i sza­ra ma­ry­nar­ka. Cha­rak­te­ry­stycz­ny ze­staw ubrań w po­łą­cze­niu z cia­łem, któ­re ka­to­wa­ła cięż­ki­mi tre­nin­ga­mi, wy­wo­ły­wał cho­rą cie­ka­wość.

Ga­pi­ły się na nią rów­nież pa­nien­ki. Dam­ska część wi­dow­ni zwy­kle ro­bi­ła to z wy­mu­szo­nym obrzy­dze­niem i szcze­rą za­zdro­ścią. Dziś w oczach lu­dzi mi­ja­nych przed sa­mym bu­dyn­kiem uczel­ni rów­nież do­strze­gła za­cie­ka­wie­nie. Stu­den­ci wi­dzie­li ją po raz pierw­szy, nie byli jesz­cze przy­zwy­cza­je­ni do tego wi­do­ku.

Kla­ra nie zna­ła ni­ko­go w mie­ście wy­glą­da­ją­cym jak tan­det­na wy­sta­wa za­byt­ków. Rano opu­ści­ła swo­je uko­cha­ne lo­kum w War­sza­wie i przy­je­cha­ła pro­sto na uli­cę Pod­cho­rą­żych, gdzie mie­ści­ła się uczel­nia. Nie zdą­ży­ła na­wet ode­brać klu­czy od wy­naj­mo­wa­ne­go miesz­ka­nia. Po­ran­ny ko­rek w Jan­kach za­kłó­cił jej pla­ny, a wy­kład za­czy­nał się za dwa­dzie­ścia mi­nut. Nie mo­gła so­bie po­zwo­lić na spóź­nie­nie, mia­ła tu pil­ną spra­wę do za­ła­twie­nia. Sta­no­wi­ła mi­lo­wy krok w na­pra­wie jej zde­wa­sto­wa­ne­go ży­cia.

Pil­na spra­wa była męż­czy­zną, któ­ry szedł wła­śnie w to samo miej­sce, co Kla­ra, do po­piel­nicz­ki przed głów­nym wej­ściem. Miał metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, po­sta­wio­ne na dys­kret­ne­go iro­ke­za ciem­ne wło­sy i za­my­ślo­ną twarz na­ukow­ca. Ubie­rał się skrom­nie. Luź­ne spodnie, spor­to­we buty, po­lów­ka i dżin­so­wa kurt­ka. Pod pa­chą trzy­mał tecz­kę ze sztucz­nej skó­ry. Na­zy­wał się Ro­bert Wę­dzyń­ski. Do tej pory wi­dzia­ła tyl­ko jego zdję­cia w sie­ci.

Kla­ra zga­si­ła pa­pie­ro­sa w tym sa­mym mo­men­cie, co on.

– Męż­czy­zna ja­ra­ją­cy cien­kie­go men­to­la – ode­zwa­ła się lek­ko za­chryp­nię­tym gło­sem. – Trosz­kę to mię­cza­ko­wa­te. – Na wstę­pie ude­rzy­ła w ego. Do­brze wie­dzia­ła, że fa­ce­ci so­bie z tym nie ra­dzą. – Jak­byś chciał zro­bić coś złe­go, ale się bał.

– Kwe­stia upodo­bań. Ty­toń po­łą­czo­ny z mię­tą sma­ku­je le­piej niż guma do żu­cia.

Spo­sób, w jaki wy­brnął, świad­czył o jego in­te­li­gen­cji. Głup­cy zwy­kle py­ta­li, cze­mu tak uwa­ża, co ma na my­śli lub z wy­mu­szo­nym śmie­chem uda­wa­li, że opo­wie­dzia­ła dow­cip.

– Może chcesz wy­zbyć się uprze­dzeń i spró­bo­wać? – Wę­dzyń­ski nie cze­kał na ko­lej­ny atak, przy­pu­ścił wła­sny. – A tak w ogó­le je­stem Ro­bert…

– Wę­dzyń­ski, wiem. – Kla­ra za­śmia­ła się, pre­zen­tu­jąc uśmiech, któ­ry zmie­niał jej twarz w nie­win­ną la­lecz­kę. Wie­lo­krot­nie ćwi­czy­ła go przed lu­strem, a po­tem te­sto­wa­ła na ży­wych or­ga­ni­zmach. – I nie, dzię­ku­ję, palę pa­pie­ro­sy, nie gumę do żu­cia.

– Zna­my się? – zwin­nie zmie­nił te­mat.

– Z tego, co wiem, nie sta­rasz się być nie­zna­ny. Kla­ra. – Po­ma­cha­ła do nie­go pra­wą dło­nią. Na środ­ko­wym pal­cu mia­ła pier­ścio­nek z dia­men­tem, na nad­garst­ku trzy trwa­le złą­czo­ne drew­nia­ne bran­so­let­ki. – Za chwi­lę mam z tobą wy­kład.

– Sko­ro tak, po­win­naś się do mnie zwra­cać z więk­szym sza­cun­kiem – upo­mniał ją. Na co dzień stu­den­ci ra­czej nie trak­to­wa­li go po ko­le­żeń­sku.

– In­ter­net po­wie­dział mi, że je­steś tyl­ko dzie­sięć lat star­szy ode mnie. Se­rio wo­lisz, kie­dy pra­wie ró­wie­śnicz­ka zwra­ca się do cie­bie „pro­szę pana”?

Je­śli go za­sko­czy­ła, nie dał tego po so­bie po­znać. W ogó­le nie za­re­ago­wał.

– Przy­je­cha­łam tu, żeby uczest­ni­czyć w wy­kła­dach two­ich i… Sar­goc­kiej czy ja­koś tak…

– Sar­nec­kiej – po­pra­wił ją. – Cho­dzi ci o Iwo­nę Sar­nec­ką. Tyl­ko my po­ma­ga­my przy­szłym na­uczy­cie­lom ra­dzić so­bie ze zja­wi­skiem pe­do­fi­lii.

– Zga­dza się, Sar­nec­ka. – Pstryk­nę­ła pal­ca­mi. – Mam z nią wy­kład za­raz po two­im. Szy­ku­je się cie­ka­wy dzień.

– W ta­kim ra­zie za­pra­szam do auli.

Wę­dzyń­ski wy­ko­nał krok w kie­run­ku wej­ścia, czym ją za­sko­czył. Męż­czyź­ni do­bro­wol­nie nie koń­czy­li roz­mo­wy pierw­si bez pro­po­zy­cji po­now­ne­go spo­tka­nia.

– Jesz­cze jed­no, Kla­ro… – Sta­nął, za­uwa­żyw­szy, że za nim nie idzie. Jed­nak nie róż­nił się od in­nych. – Za­nim do mnie po­de­szłaś, wie­dzia­łaś, kim je­stem. Chciał­bym więc spy­tać, jaki jest twój cel za­ga­dy­wa­nia do męż­czy­zny pa­lą­ce­go men­to­le…

Jego bez­po­śred­nie po­dej­ście spodo­ba­ło się Kla­rze. My­ślał, że jest cwa­ny, a tak na­praw­dę po­zwa­lał jej za­osz­czę­dzić mnó­stwo cza­su, któ­ry stra­ci­ła­by, ba­wiąc się w pod­cho­dy.

– In­te­re­su­je mnie two­ja wie­dza w za­kre­sie pe­do­fi­lii. Wiem, że na wy­kła­dach mogę się spo­ro do­wie­dzieć, ale nie tyle, ile roz­ma­wia­jąc w czte­ry oczy. Dla­te­go cię za­ga­da­łam.

– Nie wy­glą­dasz na oso­bę, któ­ra za­mie­rza całe ży­cie uczyć dzie­cia­ki. – Wę­dzyń­ski za­śmiał się z nie­do­wie­rza­niem.

– Cze­mu? Chy­ba nie szu­flad­ku­jesz lu­dzi po wy­glą­dzie? My­śla­łam, że ktoś z two­ją wie­dzą pier­do­li ste­reo­ty­py. – Ce­lo­wo za­klę­ła. Jej bez­czel­na po­sta­wa mo­gła osła­bić pew­ność sie­bie Wę­dzyń­skie­go.

Wy­kła­dow­ca zro­bił krok w jej stro­nę i zlu­stro­wał ją od stóp do głów.

– Masz ko­szu­lę, któ­ra kosz­to­wa­ła po­ło­wę mo­jej mie­sięcz­nej pen­sji, ba­le­rin­ki i spód­nicz­ka też nie po­cho­dzą z ba­za­ru. Nie wspo­mnę o Ome­dze De Vil­le. – Zbli­żył dłoń do jej ze­gar­ka, nie­mal go do­ty­ka­jąc. – Ow­szem, pier­do­lę ste­reo­ty­py, ale two­ja chęć by­cia na­uczy­ciel­ką prze­czy wszel­kiej lo­gi­ce.

Kla­ra nie mo­gła wyjść z po­dzi­wu, jak szyb­ko Wę­dzyń­ski osza­co­wał jej sta­tus ma­te­rial­ny i wy­ro­bił so­bie opi­nię. Zde­cy­do­wa­nie nie za­li­czał się do gro­na prze­cięt­nych sam­ców, któ­ry­mi ła­two ma­ni­pu­lo­wa­ła.

– Gra­tu­lu­ję zna­jo­mo­ści w za­kre­sie mody. Po­ma­ga w szu­flad­ko­wa­niu? – Po­sta­no­wi­ła za­grać lek­ko ura­żo­ną.

– To nie zna­jo­mość mody, tyl­ko część mo­jej pra­cy – po­wie­dział cał­ko­wi­cie po­waż­nie. – Je­że­li chcesz do­strzec de­wian­ta wta­pia­ją­ce­go się w oto­cze­nie, mu­sisz zwra­cać uwa­gę na szcze­gó­ły, szu­kać de­ta­li nie­pa­su­ją­cych do resz­ty. Do­ty­czy to za­rów­no ko­biet, jak i męż­czyzn.

– Uwa­żasz, że ko­bie­ty też mogą być pe­do­fi­la­mi? – Z tru­dem uda­ło jej się wy­po­wie­dzieć te sło­wa bez szcze­rej eks­cy­ta­cji.

– We­dług sta­ty­styk sta­no­wią jed­ną dzie­sią­tą pro­cen­ta ca­ło­ści, więc ist­nie­ją. Są bia­ły­mi kru­ka­mi wśród mę­skich za­stę­pów sza­ta­na. – W jego gło­sie sły­chać było obrzy­dze­nie. – A wra­ca­jąc do sed­na: cze­mu dziew­czy­na z Ome­gą na ręce mia­ła­by zo­stać na­uczy­ciel­ką?

Kla­rę de­ner­wo­wa­ło to py­ta­nie. Sły­sza­ła je set­ki razy, od ro­dzi­ców, zna­jo­mych, a na­wet od pro­fe­so­rów war­szaw­skie­go uni­wer­sy­te­tu. Mia­ła przy­go­to­wa­nych kil­ka­na­ście wia­ry­god­nych wer­sji. Żad­na z nich nie była wy­star­cza­ją­co do­bra dla Wę­dzyń­skie­go, dla­te­go uło­ży­ła nową.

– Po­mi­ja­jąc fakt, że lu­bię ro­bić na złość ro­dzi­com – pu­ści­ła mu oko – chcia­ła­bym prze­ko­nać się, ja­kie nie­bez­pie­czeń­stwa czy­ha­ją na dzie­ci, za­nim wy­pusz­czę na świat wła­sne.

Wy­obra­zi­ła so­bie, że stoi naga pod Pa­ła­cem Kul­tu­ry ob­ser­wo­wa­na przez ja­poń­skich tu­ry­stów z apa­ra­ta­mi fo­to­gra­ficz­ny­mi. Na­tych­miast po­czu­ła go­rą­co na po­licz­kach. Wy­my­śli­ła ten spo­sób wy­mu­sze­nia ru­mień­ców pod­czas jed­ne­go z wie­lu po­po­łu­dni, któ­re spę­dza­ła w to­wa­rzy­stwie swo­je­go prze­kleń­stwa. Oczy Wę­dzyń­skie­go za­bły­sły. Mógł opie­rać się jej uro­dzie, ale wi­dok czer­wo­nych po­licz­ków Kla­ry mó­wią­cej o dzie­ciach siał spu­sto­sze­nie rów­ne bom­bie bio­lo­gicz­nej. Od­cze­ka­ła, aż jego za­chwyt mi­nie, i za­da­ła py­ta­nie.

– Będę mo­gła li­czyć na małe ko­re­pe­ty­cje w za­kre­sie roz­po­zna­wa­nia pe­do­fi­li? To dla mnie bar­dzo waż­ne.

Mi­nę­ła ich gru­pa star­szych stu­den­tów. Wszy­scy ukło­ni­li się Wę­dzyń­skie­mu i ob­rzu­ci­li Kla­rę łap­czy­wy­mi spoj­rze­nia­mi.

– Zgo­da. – Otwo­rzył tecz­kę, wy­jął tan­det­ną bia­łą wi­zy­tów­kę i po­dał Kla­rze. – Za­dzwoń, usta­li­my ter­min. Pod­czas wy­kła­du za­pisz so­bie naj­waż­niej­sze py­ta­nia, po­sta­ram się udzie­lić na nie od­po­wie­dzi.

– Tak po pro­stu? Bez żad­nych ha­czy­ków? – Po­czą­tek roz­mo­wy nie wska­zy­wał na ła­twą prze­pra­wę.

– Żeby roz­wiać wszel­kie nie­ja­sno­ści: to bę­dzie ofi­cjal­na lek­cja. Staw­ka wy­no­si sto pięć­dzie­siąt zło­tych za go­dzi­nę.

– Ka­su­jesz wszyst­kich stu­den­tów po­trze­bu­ją­cych po­mo­cy? – spy­ta­ła ko­kie­te­ryj­nym gło­sem.

– Nie, tyl­ko tych, któ­rzy no­szą Ome­gi – wy­ja­śnił z miną cwa­nia­ka, spo­glą­da­jąc na bu­so­lę. – Za­raz za­czy­nam, a nie zdą­ży­łem wy­pić kawy. Prze­pra­szam. – Ski­nął gło­wą i wszedł do bu­dyn­ku.

Kla­ra od­cze­ka­ła dwa­dzie­ścia se­kund, po czym ru­szy­ła na po­szu­ki­wa­nia auli.

2

Wę­dzyń­ski pro­wa­dził za­le­d­wie kil­ka wy­kła­dów w roku, a za­in­te­re­so­wa­nie za­wsze prze­kra­cza­ło licz­bę do­stęp­nych miejsc. Kla­ra mu­sia­ła moc­no się na­gim­na­sty­ko­wać, żeby tu tra­fić. Se­mestr na jej uczel­ni już się za­czął, za­ję­cia trwa­ły w naj­lep­sze, ale się z nich wy­mik­so­wa­ła. Po­mo­gły jej zna­ko­mi­te wy­ni­ki se­sji zi­mo­wej, urok oso­bi­sty i obiet­ni­ca nad­ro­bie­nia za­le­gło­ści. Dziś, zgod­nie z przy­pusz­cze­nia­mi, aula była peł­na. Z tru­dem wy­szu­ka­ła nie­oku­po­wa­ne krze­seł­ko w jed­nym ze środ­ko­wych rzę­dów. Usia­dła mię­dzy ciem­no­wło­sym chło­pa­kiem z pra­wej i blond la­lu­nią z le­wej. Blon­dyn­ka ze swo­imi krę­co­ny­mi świ­der­ka­mi, ró­żo­wą ko­szul­ką i ob­ci­sły­mi dżin­sa­mi mo­gła­by słu­żyć za od­lew do mo­de­lu Bar­bie.

– To miej­sce jest za­ję­te – po­wie­dzia­ła, rzu­ca­jąc Kla­rze zło­śli­we spoj­rze­nie. Przy­po­mi­na­ło sy­gnał wy­sy­ła­ny przez dra­pież­ni­ka ma­ją­cy ostrzec kon­ku­ren­cję, że we­szła na cu­dzy te­ren.

– Dzię­ku­ję, że by­łaś tak uprzej­ma i mi je za­re­zer­wo­wa­łaś… – Po­sa­dzi­ła ty­łek na sie­dzi­sku.

Dziew­czy­na otwar­ła usta, ale jej mózg nie prze­słał żad­nych słów war­tych wy­po­wie­dze­nia. Kla­ra po­pra­wi­ła wło­sy, za­sła­nia­jąc nimi pro­fil blon­dyn­ki. Brzy­dzi­ły ją pa­niu­sie uwa­ża­ją­ce, że wy­gląd pla­sti­ko­wej za­baw­ki po­zwa­la im na wię­cej. Nie chcia­ła na nią pa­trzeć.

– Taka na­sza kra­kow­ska go­ścin­ność – ode­zwał się chło­pak po pra­wej. – Za­kła­dam, że je­steś tu nowa. Szcze­pan.

Kla­ra spoj­rza­ła mu w oczy. Iskrzy­ła w nich dzi­kość, spo­jów­ki zda­wa­ły się krę­cić na­pę­dza­ne roz­wo­jem wy­obraź­ni. Była pew­na, że od­ciął­by so­bie trzy pal­ce, usma­żył je i zjadł, by­le­by móc iść z nią i z Bar­bie do łóż­ka, i wła­śnie o tym te­raz my­ślał.

– Cie­szę się. – Wy­ję­ła z to­reb­ki no­tat­nik oraz pió­ro ze zło­tą sta­lów­ką.

– Przy­je­cha­łaś na wy­kła­dy z Wę­dzyń­skim czy prze­nio­słaś się do nas na dłu­żej? – Chło­pak pod­jął ża­ło­sną pró­bę na­wią­za­nia roz­mo­wy.

Kla­ra wes­tchnę­ła.

– Na pew­no nie przy­je­cha­łam, żeby opo­wia­dać ci o so­bie… – Li­czy­ła, że tym za­mknie mu usta.

– Stu­diu­jesz w War­szaw­ce? – wtrą­ci­ła blon­dyn­ka. Na no­tat­ni­ku Kla­ry wid­nia­ło logo war­szaw­skie­go skle­pu z ga­lan­te­rią skó­rza­ną. – No tak, mo­głam się do­my­ślić. Sło­iczek je­steś. Re­pre­zen­tu­jesz słyn­ną kul­tu­rę prze­wo­żo­ną do sto­li… – Wi­bra­cja czer­wo­ne­go te­le­fo­nu le­żą­ce­go na bla­cie prze­rwa­ła jej wy­wód. – No heja – po­wie­dzia­ła do ko­mór­ki Bar­bie. – Nie­ste­ty nie, ja­kaś da­mul­ka z Wawy się tu we­pchnę­ła i za­mie­rza zo­stać. – Za­mil­kła, słu­cha­jąc od­po­wie­dzi. – Usiądź gdzie­kol­wiek, po­tem po­ga­da­my.

Kla­ra po­czu­ła na­ra­sta­ją­cą agre­sję. Roz­ry­wa­ła kloc­ki za­ci­śnię­te na roz­grza­nych tar­czach ha­mul­co­wych w jej gło­wie, w punk­cie od­po­wia­da­ją­cym za sa­mo­kon­tro­lę. Już mia­ła od­po­wie­dzieć, że w prze­ci­wień­stwie do wścib­skich kra­ku­sek wci­ska­ją­cych przy­pu­dro­wa­ne no­ski tam, gdzie nie trze­ba, damy ze sto­li­cy pil­nu­ją wła­snych tył­ków, kie­dy na­gle wszyst­kie roz­mo­wy na auli uci­chły, jak­by ktoś za po­mo­cą gu­zi­ka wy­łą­czył głos. Po­ja­wił się Wę­dzyń­ski. Uwa­ga lu­dzi sku­pi­ła się na nim. Każ­dy wie­dział, kim jest.

Sły­nął z wy­jąt­ko­wej umie­jęt­no­ści na­mie­rza­nia pe­do­fi­lii. Gdy pra­co­wał w szko­le pod­sta­wo­wej, zde­ma­sko­wał trzech. Od tam­tej pory dzie­lił się swo­ją wie­dzą, udzie­lał wy­kła­dów, czę­sto współ­pra­co­wał też z po­li­cją w cha­rak­te­rze eks­per­ta. Stał się swo­istym guru w dzie­dzi­nie roz­po­zna­wa­nia cech cha­rak­te­ry­zu­ją­cych lu­dzi, któ­rzy za­spo­ka­ja­ją swo­je zwy­rod­nia­łe po­trze­by na dzie­ciach. Był do­kład­nie tym, kogo Kla­ra szu­ka­ła.

– Wszy­scy wie­my, czym jest pe­do­fi­lia – za­czął mó­wić. – Zja­wi­sko to ist­nie­je tak dłu­go, jak ist­nie­ją lu­dzie. Je­śli ktoś li­czy, że kie­dy­kol­wiek prze­sta­nie ist­nieć, jest w błę­dzie. Tego nie da się wy­eli­mi­no­wać, po­dob­nie jak zoo­fi­lii czy skłon­no­ści do gwał­tu. A ja­kie jest źró­dło na­ro­dzin tych po­trzeb? – Kil­ka osób pod­nio­sło ręce, nie zro­zu­miaw­szy, że py­ta­nie było re­to­rycz­ne. – Więk­szość tych, któ­rzy od­czu­wa­ją sek­su­al­ne za­spo­ko­je­nie pod­czas ob­co­wa­nia z dzieć­mi, sami w swo­im dzie­ciń­stwie pa­dli ofia­rą gwał­tu, mo­le­sto­wa­nia, prze­mo­cy lub byli świad­kiem po­dob­ne­go wy­da­rze­nia. W skraj­nych przy­pad­kach bie­rze się to ze zbyt wcze­snych prób ob­co­wa­nia sek­su­al­ne­go z ró­wie­śni­ka­mi, mam na my­śli bar­dzo, ale to bar­dzo wcze­sną mło­dość – pod­kre­ślił. – W ten spo­sób wy­kształ­ca się za­krzy­wio­ny ob­raz po­trzeb i do­mi­nu­je on w póź­niej­szym ży­ciu. Taki czło­wiek za wszel­ką cenę chce od­two­rzyć czy ra­czej do­koń­czyć sto­su­nek ze swo­im mło­dziut­kim ide­ałem, uwo­dzi swój cel, cza­ru­je, roz­bu­dza nie­wła­ści­we uczu­cia i do­pie­ro póź­niej wy­ko­rzy­stu­je. To bar­dzo cięż­ki przy­pa­dek. – Za­czął ner­wo­wo cho­dzić po auli. Mi­kro­fon był bez­prze­wo­do­wy i nie ogra­ni­czał jego ru­chów. – Mu­si­cie wie­dzieć, że znacz­na część mo­le­sto­wa­nych dzie­ci nie zgła­sza tego ro­dzi­com ani or­ga­nom ści­ga­nia. Po­peł­nia­ją wiel­ki błąd i nie­ste­ty mają do tego pra­wo, bo są dzieć­mi. Od­po­wie­dzial­ność spo­czy­wa na do­ro­słych, a du­sze­nie tak strasz­ne­go pro­ble­mu przez dziec­ko ma ko­lo­sal­ny wpływ na jego dal­sze losy. Mó­wię wam to, po­nie­waż jako przy­szli pe­da­go­go­wie po­win­ni­ście nie tyl­ko umieć roz­po­znać pe­do­fi­la, ale rów­nież kon­kret­ne za­cho­wa­nia dziec­ka, któ­re mia­ło nie­szczę­ście prze­żyć taki atak!

Ostat­nie zda­nie wy­krzy­czał na całe gar­dło. Jego wy­kład był pe­łen pa­sji, emo­cji, nie­mal oso­bi­sty.

– Pra­co­wa­łem w szko­le pod­sta­wo­wej. My­śla­łem, że bę­dzie to pra­ca peł­na ra­do­ści, a oka­za­ła się czymś zu­peł­nie in­nym. Wal­ką prze­ciw­ko złu, któ­re czy­ha na nie­win­ność. – Szyb­kim ru­chem po­ma­cał wło­sy, upew­nia­jąc się, że nie opa­dły. – Do dziś uczest­ni­czę w wie­lu ob­ser­wa­cjach przy szko­łach. Na­mie­rzy­łem kil­ku po­ten­cjal­nych pe­do­fi­li, w swo­ich ty­pach po­my­li­łem się tyl­ko dwa razy. – Pod­szedł do biur­ka i upił łyk wody.

Kla­ra za­pi­sa­ła py­ta­nia, któ­re same jej się na­su­nę­ły. Za­uwa­ży­ła, że Bar­bie ocho­czo zer­k­nę­ła w jej no­tat­nik. Sama trzy­ma­ła te­le­fon z włą­czo­nym dyk­ta­fo­nem.

– Pod­czas mo­jej pra­cy na­kło­ni­łem pię­ciu chłop­ców i czte­ry dziew­czyn­ki do wy­zna­nia mi praw­dy o mo­le­stu­ją­cych ich męż­czy­znach. – Sło­wa Wę­dzyń­skie­go wy­wo­ła­ły po­ru­sze­nie w auli. Po­cze­kał, aż szme­ry ucich­ną, i kon­ty­nu­ował: – Ży­je­my na ta­kim, a nie in­nym świe­cie. Zło roz­mna­ża się tu szyb­ciej niż nor­ni­ki, a ro­dzi­ce żad­ne­go z tych dzie­ci nie za­uwa­ży­li ja­kich­kol­wiek oznak mo­le­sto­wa­nia. – Z jego czo­ła za­czął pły­nąć gę­sty pot. – Każ­de­go dnia ty­sią­ce ro­dzi­ców na ca­łym świe­cie po­peł­nia­ją ten sam błąd, a mu­si­cie pa­mię­tać, że dziec­ko, któ­re­go do­tknę­ło zło, po­tra­fi to ukry­wać. Po­my­śl­cie, ja­kie skut­ki ich mil­cze­nia przy­nie­sie przy­szłość… – Wziął kil­ka głę­bo­kich wde­chów. – Czy du­sząc trau­mę, będą umie­li nor­mal­nie funk­cjo­no­wać jako do­ro­śli? Czę­sto nie dają rady, gu­bią się, wy­co­fu­ją ze spo­łe­czeń­stwa, nie po­tra­fią za­ło­żyć ro­dzi­ny, sta­ją się od­lud­ka­mi, a ich je­dy­nym to­wa­rzy­szem jest cier­pie­nie, któ­re miesz­ka tu. – Po­stu­kał się po czo­le. – Są też przy­pad­ki, kie­dy ból za­zna­ny w dzie­ciń­stwie prze­ra­dza się w agre­sję i nie­na­wiść. Po­ja­wia­ją się skłon­no­ści sa­dy­stycz­ne, po­ciąg do zbrod­ni. Nie­rzad­ko koń­czy się to sa­mo­bój­stwa­mi. Dla­te­go rów­nie waż­ne jak zlo­ka­li­zo­wa­nie dra­pież­ni­ka jest roz­po­zna­nie i neu­tra­li­zo­wa­nie skut­ków jego dzia­łal­no­ści. – Ktoś z przo­du pod­niósł rękę. – Słu­cham, niech pani mówi.

– Ja­kie są klu­czo­we ob­ja­wy, po któ­rych mo­że­my roz­po­znać, że dziec­ko pa­dło ofia­rą ata­ku? – spy­ta­ła dziew­czy­na o gru­bym gło­sie. Kla­ra nie do­strze­gła jej twa­rzy wśród tłu­mu.

– Jest ich spo­ro. Na tym wy­kła­dzie, a tak­że na ko­lej­nych, bę­dzie­my je oma­wiać. Na ra­zie ty­tu­łem wstę­pu chcę po­dać in­for­ma­cje ogól­ne.

– W ta­kim ra­zie jak pan roz­po­zna­je te ob­ja­wy? – Gru­by głos nie da­wał za wy­gra­ną. – Co jest, na­zwij­my to, klu­czem?

– Mam jed­ną zna­czą­cą prze­wa­gę na polu wal­ki. Sam je­stem ofia­rą ata­ku pe­do­fi­la.

Swo­im wy­zna­niem wy­wo­łał po­ru­sze­nie. Wszy­scy, łącz­nie z Kla­rą, byli za­sko­cze­ni. Gdy szme­ry trwa­ły w naj­lep­sze, przy­mknę­ła po­wie­ki. W wy­obraź­ni zo­ba­czy­ła mło­dziut­kie­go Wę­dzyń­skie­go, try­ska­ją­ce­go tą obrzy­dli­wą dzie­cię­cą nie­win­no­ścią. Po­tem uj­rza­ła go, jak leży za­krwa­wio­ny na pod­ło­dze ob­skur­nej ru­de­ry, a do jego gło­wy do­cie­ra, że świat wca­le nie jest przy­ja­zny. Po­znał praw­dzi­we zło, stał się no­si­cie­lem prze­kleń­stwa, ma w so­bie do­ży­wot­ni strach.

– Ro­zu­miem pań­stwa re­ak­cję. – Wę­dzyń­ski spro­wa­dził Kla­rę na zie­mię. Od­le­cia­ła tak da­le­ko, że nie za­uwa­ży­ła, kie­dy mi­mo­wol­nie po­ło­ży­ła pra­wą dłoń na udzie.

Sie­dzą­cy obok Szcze­pan ga­pił się i ro­bił wszyst­ko, żeby to ukryć. Po­czu­ła do nie­go sil­ne obrzy­dze­nie.

– Wie­rzę, że wśród was nie ma ni­ko­go z po­dob­ną prze­szło­ścią. Je­śli jed­nak się mylę, niech pa­mię­ta, że ni­g­dy nie jest za póź­no na po­moc. Pod ko­niec wy­kła­du po­dam wam ad­res ma­ilo­wy, na któ­ry za­wsze mo­że­cie do mnie pi­sać, oraz dwa ad­re­sy od­po­wied­nich pla­có­wek wspie­ra­ją­cych lu­dzi skrzyw­dzo­nych w dzie­ciń­stwie. A te­raz wróć­my do sed­na wy­kła­du.

W cią­gu ko­lej­nej go­dzi­ny wy­ja­śniał za­cho­wa­nia kon­kret­nej gru­py dzie­ci bę­dą­cych ofia­ra­mi pe­do­fi­li. Tłu­ma­czył, że pró­bu­ją uda­wać nor­mal­nych, ale przez nie­doj­rza­łość ro­bią to na­zbyt sztucz­nie i nie­udol­nie, choć mało kto za­uwa­ża ta­kie de­ta­le. Pod­kre­ślił, że w trak­cie kry­zy­sów zda­rza im się milk­nąć bez po­wo­dów, od­la­ty­wać gdzieś my­śla­mi, a gdy zo­sta­ną przy­ła­pa­ne, od razu wkła­da­ją ma­ski ra­do­snych po­sta­ci. Praw­dzi­we ob­li­cze mia­ły po­ka­zy­wać tyl­ko sa­mym so­bie, gdy nikt nie wi­dzi. Uwa­żał, że z wie­kiem ta­kie dzie­cia­ki sta­ją się bar­dziej nad­po­bu­dli­we i ła­two je spro­wo­ko­wać.

– Oczy­wi­ście wy­mie­nio­ne symp­to­my nie sta­no­wią re­gu­ły – pod­su­mo­wał swo­je prze­mó­wie­nie. – Ale je­śli dziec­ko wy­ka­zu­je po­dob­ne ce­chy, do­bry pe­da­gog musi uważ­nie mu się przyj­rzeć. Tym, co ni­g­dy się nie zmie­nia i sta­no­wi mój klucz do roz­po­zna­nia, jest spoj­rze­nie. Peł­ne stra­chu, bólu i nie­na­wi­ści do do­ro­słe­go świa­ta. Nie­ste­ty spo­so­bu na wy­ła­pa­nie oczu zra­nio­ne­go dziec­ka nie je­stem w sta­nie was na­uczyć. Sam zdo­by­łem swo­ją wie­dzę, oglą­da­jąc ten wzrok w lu­strze… – Za­milkł, jak­by chciał wsłu­chać się w głu­chą ci­szę, któ­ra za­pa­no­wa­ła w auli. – Dru­gą gru­pą pró­bu­ją­cą ma­sko­wać swo­ją trau­mę są dzie­ci smut­ne i za­mknię­te w so­bie. Pro­fe­sor Sar­nec­ka opo­wie wam o tym pro­ble­mie za – spoj­rzał na ze­ga­rek – dwa­dzie­ścia mi­nut.

Kla­ra po­czu­ła lek­kie roz­cza­ro­wa­nie. Wę­dzyń­ski, poza po­chwa­le­niem się wła­snym pro­ble­mem, nie po­wie­dział nic, cze­go by nie wie­dzia­ła.

– Na za­koń­cze­nie do­dam, że dra­pież­ni­cy zda­rza­ją się w każ­dej gru­pie spo­łecz­nej. To nie są oty­li dzi­wa­cy albo eks­cen­trycz­ni star­si pa­no­wie jak na fil­mach. Na­wet te­raz ktoś taki może prze­by­wać tu, w tej auli. Słu­cha, uczy się, wy­cią­ga wnio­ski i snu­je pla­ny. – Wę­dzyń­ski na­pi­sał na ta­bli­cy obie­ca­ne wcze­śniej na­mia­ry. – To tyle na dzi­siaj. Ju­tro ciąg dal­szy, dzię­ku­ję i ży­czę mi­łe­go dnia.

Bar­bie wy­strze­li­ła z auli w try­bie eks­pre­so­wym. Chło­pak, któ­ry sie­dział po pra­wej, cze­kał, aż Kla­ra spa­ku­je swo­je rze­czy, i wstał rów­no z nią. Do­pie­ro te­raz zo­ba­czy­ła, że jest od niej o dwie gło­wy wyż­szy, a jego waga za­li­cza się do piór­ko­wej.

– Zo­sta­jesz na na­stęp­nym wy­kła­dzie? – spy­tał. – Może chcesz wcze­śniej sko­czyć coś prze­gryźć?

– Nie je­stem głod­na, ale to­bie po­le­cam wię­cej biał­ka i re­gu­lar­ne wi­zy­ty na si­łow­ni – mó­wiąc to, klep­nę­ła go w brzuch. Był mięk­ki, nie po­czu­ła na­wet jed­ne­go mię­śnia. – Może dzię­ki temu zwięk­szysz szan­se przy ko­lej­nej dziew­czy­nie, któ­ra obok cie­bie usią­dzie.

Chło­pak zro­bił zre­zy­gno­wa­ną minę i od­pu­ścił.

Kla­ra na­uczy­ła się, że nie ma sku­tecz­niej­sze­go od­stra­sza­cza osob­ni­ka płci mę­skiej niż dra­stycz­ne sko­men­to­wa­nie jego wy­glą­du. Me­to­da ni­g­dy nie za­wo­dzi­ła. Bez­po­śred­nio z auli po­szła za­pa­lić. Tym ra­zem nie spo­tka­ła Wę­dzyń­skie­go, je­dy­nie róż­ne gru­py mło­dych męż­czyzn oglą­da­ją­cych ją jak uni­ka­to­wy eks­po­nat. Zde­gu­sto­wa­na wy­rzu­ci­ła faj­kę w po­ło­wie i wró­ci­ła do bu­dyn­ku.

3

Wy­kład z pro­fe­sor Sar­nec­ką od­bie­gał po­zio­mem od prze­mó­wie­nia Wę­dzyń­skie­go. Star­sza ko­bie­ta o wy­ra­zie twa­rzy ośmior­ni­cy za punkt ho­no­ru po­sta­wi­ła so­bie uśpie­nie wszyst­kich, a jej wie­dza pre­zen­to­wa­ła się mar­nie. Dwie go­dzi­ny opo­wia­da­ła o smut­nych dzie­ciach i spo­so­bach za­uwa­że­nia tego smut­ku. Cały wy­kład po­szedł­by w za­po­mnie­nie, gdy­by nie czas na spo­koj­ną kon­tem­pla­cję.

My­śli Kla­ry krą­ży­ły wo­kół Wę­dzyń­skie­go. Za­sta­na­wia­ła się, jaki jest na­praw­dę, czy śni o tam­tym dniu i czy czu­je obrzy­dli­wą po­trze­bę, a swo­ją dzia­łal­ność pro­wa­dzi tyl­ko po to, żeby od­go­nić sza­lo­ne my­śli. Ana­li­zo­wa­ła moż­li­we od­po­wie­dzi, nie mo­gąc do­cze­kać się ko­lej­ne­go spo­tka­nia z tym czło­wie­kiem. Gdy nud­ny wy­kład do­biegł koń­ca, ze­bra­ła swo­je rze­czy. Chcia­ła wstać, ale de­li­kat­na dłoń Bar­bie spo­czę­ła na jej ra­mie­niu. Wcze­śniej pa­nien­ka uda­wa­ła po­chło­nię­tą pa­pla­niem Sar­nec­kiej i w ogó­le nie zwra­ca­ła na nią uwa­gi. Chy­ba zbie­ra­ła się w so­bie lub ukła­da­ła tak­ty­kę.

– Po­cze­kaj, War­szaw­ka – po­wie­dzia­ła tak, jak­by chcia­ła za­brzmieć groź­nie.

– Słu­chaj, na­praw­dę miło, że za­ję­łaś mi miej­sce, ale nie mam cza­su na oka­zy­wa­nie wdzięcz­no­ści, więc się od­czep. – Kla­rze bur­cza­ło w brzu­chu, była zmę­czo­na, a cze­ka­ło ją cięż­kie po­po­łu­dnie. Nie mia­ła ocho­ty za­przą­tać so­bie gło­wy bzdu­ra­mi.

– Ja ro­zu­miem, że jak ktoś przy­jeż­dża ze sto­li­cy, to ocze­ku­je nad­ska­ki­wa­nia. – Bar­bie moc­no ści­snę­ła jej bark. – Ale tu­taj za­ła­twia się spra­wy ina­czej. Pierw­szeń­stwo mają go­spo­da­rze, więc jak mó­wię ci, że miej­sce jest za­ję­te, to zna­czy, że jest, kur­wa, za­ję­te – na­wi­ja­ła wprost do ucha Kla­ry. – Weź so­bie to do ser­ca, ja­sne?

– A jak nie we­zmę? – Kla­ra sie­dzia­ła wy­pro­sto­wa­na, wpa­tru­jąc się w lu­dzi opusz­cza­ją­cych aulę.

– Są róż­ne me­to­dy… – W gło­sie blon­dyn­ki usły­sza­ła lek­ką butę. – Przy­pad­kiem może wy­lać ci się wia­dro z far­bą na gło­wę, ktoś może pod­sta­wić ci nogę na ko­ry­ta­rzu, pod­rzu­cić do to­reb­ki wo­re­czek z czymś za­ka­za­nym albo wy­bić szy­bę w au­cie. Bo za­kła­dam, że taka od­strze­lo­na ślicz­not­ka jeź­dzi wła­snym au­tem.

Słu­cha­jąc jej gróźb, Kla­ra zro­zu­mia­ła, z jak ża­ło­snym stwo­rze­niem ma do czy­nie­nia. Pierw­szy tre­ner sztuk wal­ki na­uczył ją, że ten, kto rzu­ca groź­ba­mi, po­ka­zu­je swo­ją sła­bość. Na­uczył ją też, jak so­bie z kimś ta­kim ra­dzić. Szyb­kim ru­chem ręki zła­pa­ła blon­dyn­kę za we­wnętrz­ną część uda. Twarz Bar­bie mo­men­tal­nie się za­czer­wie­ni­ła, oczy zda­wa­ły się wy­cho­dzić z or­bit. Go­ści­ły w nich strach i za­sko­cze­nie. Kla­ra uśmiech­nę­ła się naj­sło­dziej, jak po­tra­fi­ła, i po­wie­dzia­ła:

– Je­że­li przy­pad­kiem wy­le­je się na mnie wia­dro z far­bą, ktoś pod­ło­ży mi nogę albo za­ka­za­ne wo­recz­ki lub wy­bi­je szy­bę w au­cie, to przyj­dę do cie­bie i zmie­nię two­ją buź­kę w coś od­ra­ża­ją­ce­go. – Zwięk­szy­ła siłę na­ci­sku pal­ców na udo. – Wów­czas two­je po­szu­ki­wa­nia męża za­czną ogra­ni­czać się do cie­ci par­kin­go­wych i do­zor­ców na cmen­ta­rzach, bo nikt inny się nie sku­si, zro­zu­mia­łaś? – Słod­ki uśmiech na­wet na mo­ment nie opu­ścił ust Kla­ry.

Blon­dyn­ka po­ki­wa­ła tyl­ko gło­wą, ale to nie wy­star­cza­ło. Tre­ner tłu­ma­czył Kla­rze, że lu­dzie gro­żą­cy są peł­ni kom­plek­sów i mogą po­czuć chęć ode­gra­nia się. Dla­te­go wol­ną ręką chwy­ci­ła ko­per­to­wą to­reb­kę dziew­czy­ny i wy­ma­ca­ła w niej port­fel.

– Co-co ro­bisz? – mam­ro­ta­ła nie­pew­nie Bar­bie.

– Uśmie­chaj się, jesz­cze wszy­scy nie wy­szli – wy­da­ła po­le­ce­nie. Twarz dziew­czy­ny na­tych­miast przy­bra­ła inny wy­raz. – No wi­dzisz, to nie ta­kie trud­ne. – Kla­ra otwo­rzy­ła port­fel i wy­ję­ła do­wód oso­bi­sty.

– Po co ci on?

– Pla­nu­ję wziąć szyb­ki kre­dyt.

– Pro­szę cię, ja nie chcia­łam… To zna­czy… – Brzmia­ła co­raz bar­dziej ża­ło­śnie.

Kla­ra pu­ści­ła jej nogę, sfo­to­gra­fo­wa­ła do­wód i od­da­ła ra­zem z port­fe­lem.

– Żar­to­wa­łam. – Po­ca­ło­wa­ła Bar­bie w po­li­czek. – Lu­bię wie­dzieć, kto mi gro­zi. Do zo­ba­cze­nia na na­stęp­nym wy­kła­dzie, pa.

Po wyj­ściu z uczel­ni Kla­ra po­je­cha­ła ode­brać klu­cze. Tu­tej­si kie­row­cy spra­wia­li wra­że­nie ku­la­wych śli­ma­ków z tru­dem peł­za­ją­cych po­mię­dzy za­byt­ka­mi. Na miej­sce mia­ła dzie­więć ki­lo­me­trów, do­tar­ła po czter­dzie­stu pię­ciu mi­nu­tach. Sa­mo­chód za­par­ko­wa­ła po ko­lej­nych dzie­się­ciu. W agen­cji nie­ru­cho­mo­ści za­pła­ci­ła dwa ka­wał­ki, pod­pi­sa­ła sto­sow­ne pa­pie­ry i zo­sta­ła lo­ka­tor­ką ma­łe­go miesz­kan­ka na Prąd­ni­ku Czer­wo­nym.

Pla­no­wa­ła od­wie­dzić je od razu, ale żo­łą­dek wy­grał z moc­nym po­sta­no­wie­niem. Mu­sia­ła coś zjeść. Po­sta­wi­ła na Ka­zi­mierz, bo kil­ka razy sły­sza­ła, jak o tej dziel­ni­cy na­wi­ja­ły pa­nien­ki z war­szaw­skiej uczel­ni, chwa­ląc ja­kość po­sił­ków. Prze­ci­śnię­cie się tam kosz­to­wa­ło ko­lej­ne pół go­dzi­ny prze­py­cha­nek. Na miej­scu nie było le­piej. Naj­pierw dłu­go wal­czy­ła o miej­sce par­kin­go­we. Gdy je zdo­by­ła, przy­szła ko­lej na na­mie­rze­nie knaj­py. Tłum tu­ry­stów ogar­nię­tych sza­łem wio­sen­nej po­go­dy szczel­nie wy­peł­niał każ­dą wol­ną prze­strzeń. Sto­lik zna­la­zła do­pie­ro w trze­ciej re­stau­ra­cji. Ob­słu­gu­ją­cy ją kel­ner płasz­czył się, jak­by sta­no­wi­ła bi­let do świa­ta pa­ry­skich kuch­ni, a po­dał mar­nej ja­ko­ści stek. Śred­nio na­je­dzo­na ru­szy­ła na ko­lej­ne dro­go­we zma­ga­nia i wresz­cie zna­la­zła się w miej­scu, w któ­rym mo­gła zdjąć buty.

Miesz­ka­nie znaj­do­wa­ło się na par­te­rze. Mia­ło nie­wiel­ką kuch­nię, ja­dal­nię po­łą­czo­ną z sa­lo­nem, przy­tul­ną sy­pial­nię i cia­sną ła­zien­kę. Każ­dy me­bel wpi­sy­wał się w naj­mod­niej­sze tren­dy i kosz­to­wał kro­cie. Kla­ra wy­na­ję­ła kwa­drat dla do­brze za­ra­bia­ją­ce­go sin­gla, bo lu­bi­ła cia­sno­tę. Jej war­szaw­skie miesz­ka­nie było nie­wie­le więk­sze. Dłu­go mu­sia­ła tłu­ma­czyć ojcu, że nie chce ol­brzy­mie­go lo­ftu, bo duże prze­strze­nie źle na nią wpły­wa­ją. Zgo­dził się w bó­lach, ma­ru­dząc, że małe miesz­ka­nie to sła­ba in­we­sty­cja.

Szyb­ko za­bra­ła się do roz­pa­ko­wy­wa­nia wa­liz­ki. Za­czę­ła od lap­to­pa i książ­ki Ma­ria Puza. Na­stęp­nie wy­ję­ła matę do ćwi­czeń, spód­nicz­ki, ko­szu­le, ko­szul­ki, spoden­ki, kurt­kę i ma­ry­nar­ki. Oprócz nich wzię­ła bie­li­znę, pięć par bu­tów, trzy to­reb­ki, tro­chę przy­bo­rów na­uko­wych i ze­staw ko­sme­ty­ków. Były też ga­dże­ty, któ­rych nie uży­wa­ła, ale za­wsze wo­zi­ła ze sobą. Trzy­ma­ła je w skó­rza­nej ko­sme­tycz­ce. Gdy cała za­war­tość zna­la­zła się na swo­ich no­wych miej­scach, Kla­ra wy­ma­ca­ła nie­wiel­ki za­trzask na spo­dzie wa­liz­ki. Otwo­rzy­ła go i pod­cią­gnę­ła ma­te­riał. Pod nim znaj­do­wał się przed­miot owi­nię­ty bą­bel­ko­wą fo­lią. Po­wo­li, z na­masz­cze­niem zdję­ła za­bez­pie­cze­nie z gu­mo­wej pał­ki. Do­ty­ka­jąc jej, po­czu­ła prze­ni­kli­wy go­rąc na udach i w kro­ku.

„I co? Li­czysz, że tym ra­zem star­czy ci od­wa­gi, żeby jej użyć?”

My­śli ukła­da­ła sama, ale głos na­le­żał do pana Pa­try­ka. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że nie po­win­na tak ro­bić, ale nie umia­ła się po­wstrzy­mać.

– Chęt­nie uży­ła­bym jej na panu – po­wie­dzia­ła na głos. – Oj, za­po­mnia­łam, pan prze­cież gni­je w wię­zie­niu. Nie ma to jak fra­jer­ska wpad­ka.

Kla­ra re­gu­lar­nie roz­ma­wia­ła ze swo­imi my­śla­mi ubra­ny­mi w głos daw­ne­go opraw­cy. Me­to­dę cho­rej ko­mu­ni­ka­cji od­kry­ła, kie­dy mia­ła czter­na­ście lat. Z cza­sem głos stał się jej co­dzien­nym to­wa­rzy­szem. Mo­ty­wo­wał, po­ni­żał, ob­ra­żał. Przy­po­mi­nał, kim jest i przez co prze­szła.

„Wpa­dłem, bo da­łem się po­nieść po­żą­da­niu. Ty jesz­cze nie czu­jesz tak sil­nych po­trzeb. Je­steś mło­da, strach tobą rzą­dzi, masz wie­le do stra­ce­nia. No, chy­ba że prze­by­wasz w domu ro­dzi­ców, tam czu­jesz się bez­piecz­nie. Wiesz, że bra­ci­szek cię nie sprze­da…”

– Myli się pan – mó­wi­ła do­no­śnym, ata­ku­ją­cym to­nem, cho­dząc po sy­pial­ni. – Ja nie czu­ję po­żą­da­nia, tyl­ko nie­na­wiść. Nie­na­wi­dzę ich nie­win­no­ści. I w prze­ci­wień­stwie do pana wiem, że mogę się wy­le­czyć.

„Oświeć mnie, moja dro­ga, jak pla­nu­jesz się wy­le­czyć, sko­ro nie je­steś cho­ra?”

– Wkrót­ce się pan do­wie.

Zga­si­ła świa­tło i po­ło­ży­ła się na łóż­ku. Pa­trząc w po­kry­ty ciem­no­ścią su­fit, wy­obra­ża­ła so­bie, że leży w ja­ski­ni, cze­ka­jąc, aż znaj­dzie od­wa­gę do wyj­ścia. Mi­mo­wol­nie od­twa­rza­ła każ­dy naj­drob­niej­szy szcze­gół tam­te­go je­sien­ne­go po­po­łu­dnia.

„Za­pa­mię­tasz mnie na za­wsze, Kla­ro” – ko­lej­ne sło­wa roz­brzmia­ły w jej gło­wie same.

Cza­sa­mi roz­mo­wa z my­śla­mi uspo­ka­ja­ła Kla­rę, cza­sa­mi też naj­gor­sze ob­ra­zy wpy­cha­ły się przed oczy i nie umia­ła ich po­wstrzy­mać. Nie­na­wi­dzi­ła ta­kich mo­men­tów. Czu­ła wte­dy jego do­tyk, sło­ny smak śli­ny, po­tęż­ne ręce obej­mu­ją­ce jej bio­dra i to obrzy­dli­we sa­pa­nie nad uchem oraz mię­sny od­dech wpa­da­ją­cy do nosa.

– Prze­stań wresz­cie! – krzyk­nę­ła na całe gar­dło i z ca­łej siły ude­rzy­ła pał­ką w ma­te­rac. – Za­mknij się!

„Do­brze wiesz, co mu­sisz zro­bić, że­bym się za­mknął. Sęk w tym, że Kuba jest już za duży, a ty nie masz wy­star­cza­ją­cej od­wa­gi, żeby…”

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Sio­stra dia­bła. Kla­ra

isbn: 978-83-8423-111-1

© Ad­rian Bed­na­rek i Wy­daw­nic­two Za­czy­ta­ni 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa Za­czy­ta­ni.

re­dak­cja: Ję­drzej Szul­ga

ko­rek­ta: Emi­lia Ka­płan

okład­ka: Iza­be­la Sur­dy­kow­ska-Ju­rek

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two Za­czy­ta­ni na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: wy­daw­nic­two@za­czy­ta­ni.pl

https://za­czy­ta­ni.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.