Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Gęsty, splątany, pełen nieoczywistych ścieżek. Każde drzewo – osobna historia, która się rozgałęzia, a jednak wszystkie sięgają tych samych korzeni.
Juliusz Petry, pionier polskiego radia we Lwowie, Wilnie i Wrocławiu. Janina Petry-Przybylska – artystka, o której mówiono: „druga Stryjeńska”. Kazimiera Petry – skrzypaczka przez dekady związana z Operą Warszawską. Maria Sahankowa – pianistka, która przeszła przez Rosję, Iran, Indie i Afrykę, by znaleźć dom w Anglii.
Nie tej z podręczników, ale tej codziennej – utkanej z pracy, talentu i cichej wytrwałości. To również zapis mozolnego śledztwa: autorka tropi publikacje, dokumenty, listy, fotografie i wspomnienia. Odsłania nieznane, obala mity, wydobywa z cienia postaci, które na to zasługują. Można czytać tę książkę, by poznać losy niezwykłej rodziny, która zostawiła swój znaczący ślad w polskiej kulturze.
Można – żeby zajrzeć do codzienności minionych czasów i zobaczyć, jak naprawdę wyglądało życie. A można też – żeby poszukać własnych korzeni. Albo przypomnieć sobie, że się je ma. Bo czasem wystarczy cudza opowieść, by zacząć lepiej rozumieć swoją.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 491
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Moim wnukom – Emilii, Maksowi, Julii i Zosi
Fotografie – o ile nie zaznaczono inaczej – pochodzą ze zbiorów rodzinnych
Opieka redakcyjna: Marta Wielek
Projekt okładki i skład: Po Kropce. Marcin Jakubionek
© Copyright Wydawnictwo M Kraków 2025
© Copyright Joanna Petry-Mroczkowska
ISBN 978-83-8043-703-6
Wydawnictwo M 31-159 Kraków, al. J. Słowackiego 1/6tel. 721-521-521 e-mail: [email protected]
Księgarnia wysyłkowa: 721-521-521 e-mail: [email protected]
Zamówienia hurtowe: tel. 601-954-951 e-mail: [email protected]
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Wstęp
GALICJA WSCHODNIA
Zasiedlanie Galicji
WIEK XIX I POCZĄTEK XX
Leśnicy
Józef Petry, Bolechów
Żeńczakowie
Szyszkowscy
Felicja pisze list do Seweryna Goszczyńskiego
Przypisy
Spis treści
Cover
Title Page
Copyright Page
„Człowiek bez tradycji, z amputowaną pamięcią rodzinną jest jak popękany witraż, jak rozdarta sieć rybacka, jak pozbawiony ogniwa łańcuch. Przeżyje swój czas i też – jak nie interesujący go przodkowie – zniknie w otchłani zapomnienia, a z nim jego czyny, myśli, pragnienia”.
Stanisław Sławomir Nicieja, Kresowa Atlantyda, t. I
Kiedy jesteśmy młodzi, tak skutecznie wciąga nas teraźniejszość, że brakuje nam czasu i zainteresowania tym, co było. Nie słuchamy, nie pytamy, zajęci doraźnymi, wydaje się nam ważniejszymi, sprawami. Kiedy już je pozałatwiamy i zrozumiemy, że kwiat nie byłby „sobą”, gdyby nie ciągnął soków z korzeni, zaczynamy je doceniać, ale nie ma już kogo słuchać ani kogo pytać. Ten pokoleniowy mechanizm powtarza się boleśnie często, choć bywają wyjątki. Więc rada – spieszmy się pytać starszych, tak szybko odchodzą.
To powiedziawszy, mogę dzisiaj winić tylko siebie. Nie żebym nie słuchała. Słuchałam, ale nie mówiło się za dużo. Mogłam jednak wykazać się większą dociekliwością.
Za rekonstrukcję losów pokolenia moich dziadków zabrałam się późno. Wcześniej było mnóstwo innych spraw do zrobienia i tematów do opisywania. Niedawno jednak ze strony ludzi świata sztuki zaczęły napływać pytania o moją cioteczną babkę, Janinę Petry-Przybylską. Nastąpił jakiś renesans zainteresowania zapomnianą artystką, którą czasem nazywano „drugą Stryjeńską”. Trzeba z wdzięcznością wymienić panią prof. Annę Myczkowską-Szczerską, która stała się „matką chrzestną” mojego przedsięwzięcia. Nie licząc na znalezienie memuarów w starym kufrze na strychu, zaczęłam szperać, gdzie się tylko dało, i robić drobne odkrycia.
Wkrótce zrodził się też pomysł opisania postaci Dziadka Juliusza Petryego. Był dyrektorem Polskiego Radia we Lwowie, w Wilnie, a po wojnie we Wrocławiu. Miał swój pionierski udział w tworzeniu polskiej telewizji. Dziesiątki przyjaciół i znajomych zachowało go we wdzięcznej pamięci. O pamięć o nim dbał również mój Ojciec Jan Krzysztof, gdy proszono go o napisanie jakichś wspomnień. Przekazywał mi potem te teksty. Były to jednak czasy Polski Ludowej. Ojciec przygryzał wargi, a raczej cenzurował pióro. Dlatego pisanie o Dziadku, rekonstrukcja Jego losów teraz, w innej rzeczywistości (i w błogosławionej dobie zeskanowanych dokumentów) wydała się zamysłem sensownym. Naturalną koleją rzeczy stało się „dopisanie” dziejów pozostałych dwóch Jego sióstr. Rysia, pianistka i pedagog, wywieziona ze Lwowa w 1940 roku, przeszła przez Rosję, gdzie straciła męża i dwóch synów, potem z ocalałą córką wędrowała przez Iran, Indie i Ugandę, aż znalazły się w Anglii. Kazia „zaliczyła” Powstanie Warszawskie i ponad czterdzieści lat w operze jako skrzypaczka, koncertmistrz.
Więc temat jest! Chociaż na początku materiał był onieśmielająco skąpy, rósł w miarę pracy. W Wielkiej Brytanii znalazła się kuzynka z mojego pokolenia, Marysia Graham, wielce życzliwa wnuczka ciotecznej babki Rysi. Okazało się, że odziedziczyła archiwum pamiątek, którymi się ze mną hojnie podzieliła. Przekazała mi zachowane listy. W Warszawie objawił się młody radiowiec pasjonat, pan Krzysztof Sagan, który już wcześniej w swoich hobbystycznych studiach nad radiem od jego początków natknął się na ślady Dziadka i jakoś go szczególnie polubił za profesjonalizm i charakter. Podzielił się ze mną wiedzą i bezcennymi wycinkami starej prasy. Czy to nie wspaniały sygnał, że warto badać rodzinne dzieje?
To wszystko nie wystarczyłoby jednak do podjęcia trudu spisania tej historii. Pisze się – choć bywają oczywiście inne względy – z myślą o czytelnikach. W moim zamyśle są nimi nasze dzieci, a zwłaszcza wnuki, którym tę pracę dedykuję.
Niemniej jest to próba odtworzenia prawdy o kresowej rodzinie. Stąd dygresyjny natłok wydarzeń, ludzi, którzy zapisali się w historii i kulturze swojej epoki. Dziadek z racji swojej pracy znał ich krocie. Jego siostry również obracały się wśród wielu wybitnych postaci. Cztery życia ludzkie na morzu burzliwej, sztormowej historii, wśród przygód i kataklizmów. Rozbitkowie. Albo inaczej – to knieja (bo przecież wywodzimy się z klanu leśników), gdzie każde drzewo ciekawe, poszycie różnorodne, splątane, bujna roślinność ciągnąca soki z bogatej, wiekami nawarstwianej gleby. Stąd tytuł – Silva rerum. W tej scenerii objawiło się wreszcie coś arcyważnego... świadectwo szlachetnego życia. Ta opowieść to także lekcja, jak pracować, kultywować talent, żyć uczciwie, pomagać innym; jaką wartość mają patriotyzm, otwartość, życzliwość, humor.
Powstała rzecz skondensowana, trudna. Mam świadomość, że wymaga od czytelnika wysiłku. Meandrów i niuansów trudnego życia nie da się namalować zbyt prostymi kreskami. Bardziej do wiersza niż do traktatu jest ona podobna. Staramy się oddać sprawiedliwość biegowi życia, ale trzeba nierzadko cofać się w przeszłość albo wybiegać w przyszłość.
Gdy kończyłam pracę nad tą książką, wpadła mi w ręce nowość z anglojęzycznego rynku wydawniczego, kolejna z serii, jak w tych niezbyt sprzyjających rodzinie czasach, wychowywać młode, zagrożone ze wszystkich stron pokolenie. Zła terapia, Abigail Shrier1. Wydawałoby się, że bez związku z moim przedsięwzięciem. A jednak i tu mamy cenne przypomnienie, że historia nawet ta mała, indywidualna jest nauczycielką życia. Autorka konkluduje: Sieć więzów rodzinnych jest źródłem poczucia sensu w ludzkim życiu. Kiedy odcinamy dzieci od poprzednich pokoleń, nie pozwalamy im stwierdzić, że odporność mają w genach. Pozbawieni zrozumienia wagi egzystencjalnej ciągłości, perspektywy historycznej, wyalienowani, osamotnieni młodzi ludzie widzą swoje problemy w izolacji i niemal dosłownie zabija ich samotność. Być może absurdalny chwilami teatr wielopokoleniowej rodziny wyrobi w nich stadną odporność wobec rozpaczy w obliczu nieuniknionych trudności i cierpień.
Ajschylos powiedział: czas sprawia, że wszystko staje się przeszłością. Młodzi, jakkolwiek byłoby to bolesne, muszą zdać sobie z tego sprawę. Motto książki podejmuje ten wątek. I – miejmy nadzieję – cała reszta również.
Jesteśmy w Galicji, a raczej w Królestwie Galicji i Lodomerii, od pierwszego rozbioru Polski (1772) do odzyskania niepodległości (1918) wchodzącej w skład przemianowywanej Monarchii Habsburgów, Cesarstwa Austriackiego i wreszcie Austro-Węgier. Obejmowała ziemie południowej Małopolski, Roztocze Wschodnie, Podkarpacie Wschodnie i Wyżynę Podolską na zachód od Zbrucza. Nieformalnie dzieliła się na Galicję Zachodnią z głównym miastem Krakowem i Galicję Wschodnią z ośrodkiem we Lwowie. De facto to Lwów, po Warszawie, był wtedy drugim pod względem znaczenia miastem polskim.
Mapa nr 1.
Galicja i lodomeria
1772-1918
Aby dowiedzieć się czegoś o antenatach, korzystam ze zdygitalizowanych szematyzmów, rejestrów urzędników państwowych w Galicji. Co za dobrodziejstwo! Księgi te zaopatrzone są w indeks nazwisk i odsyłają do strony, która opisuje funkcję pracownika. Nie oferują danych personalnych, ale dowiadujemy się, że ten a ten w tym a tym roku pracował tam a tam na takim a takim stanowisku. Karta tytułowa pierwszego dostępnego w internecie dokumentu głosi: KALENDARZ TYTULARNY CZYLI IMIONA Y NAZWISKA WSZYSTKICH DYGNITARZÓW Y URZĘDNIKÓW I.C.K. A. MOŚCI W KRÓLESTWACH GALICYI Y LODOMERYI ZOSTAJĄCYCH, TUDZIEŻ CZESKIEY Y AUSTRYACKIEY NADWORNEY KANCELLARYI ORAZ Y NAJWYŻSZEGO TRYBUNAŁU SĄDÓW NADWORNYCH NA ROK 1781 W LWOWIE. Tom nie jest tak obszerny, jak późniejsze, bo też dygnitarzy nie aż tak wielu. W miarę upływu czasu szematyzmy tyją, bowiem, jak wiadomo, biurokracja zwykła się rozrastać w postępie arytmetycznym czy nawet geometrycznym.
W szematyzmach znajdujemy Johanna von Petry z Hartenfels w Palatynacie. Od 1809 roku zajmuje niebagatelne stanowisko w Kancelarii w Kołomyi. Pracuje tu do 1855 roku. Inna postać to Ludwig Petri, który jest nauczycielem gimnazjalnym w Przemyślu, a wreszcie dyrektorem w Tarnowie. Ale to niekoniecznie właściwa droga poszukiwania przodków. Według wszelkiego prawdopodobieństwa bowiem antenaci o nazwisku Petry, Petri (stosowano obie wersje obocznie) przybyli do Galicji w czasie kolonizacji józefińskiej.
Zasiedlanie Galicji ruszyło ostro za Józefa II, syna Franciszka I Lotaryńskiego i Marii Teresy, która ją zapoczątkowała. Cesarz rzymski, w latach 1765-1790 Józef II Habsburg, przedstawiciel absolutyzmu oświeconego, w czasie urzędowania wdrożył wiele reform. Akcji kolonizacyjnej, bardzo jak się okazało kosztownej dla skarbu państwa, oprócz osadnictwa na słabo zaludnionych terenach zawłaszczonych w I rozbiorze Polski (1772) przyświecał zamysł germanizacji Galicji – wzmocnienie szeregów niemieckojęzycznych urzędników, instruktorów, nauczycieli.
I co ciekawe, Galicja uchodziła za Eldorado. Chętnych było bardzo wielu. Tak wielu, że cesarz zakazał przyjmowania osadników z terenów austriackich. Co przyciągało? Taniość i atrakcyjne warunki: nadanie ziemi, wolność religijna, od sześciu do dziesięciu lat zwolnienia od podatku, danin – chociaż „mały druczek” mówił, że dotyczy to ziem wcześniej nieuprawianych. Przy dobrych, folwarcznych posiadłościach, koloniści płacili podatek już w następnym roku od zasiedlenia.
Zwolnienie od służby wojskowej stosowano wobec rzemieślników, którzy notabene byli bardzo poszukiwani.
Zwerbowanych kolonistów z Nadrenii, Palatynatu, Bawarii kierowano do Wiednia. Teraz socjologowie stawiają tezę, że żadna europejska nacja nie jest tak duchowo predysponowana do opuszczania swoich ziem jak Niemcy. Niemiec, słyszymy, opuszcza ziemię bez żalu, z poczuciem wyższości, i asymiluje się szybko. Ochotnicy przemieszczali się zwykle Dunajem, wsiadając na statek w Ginzburgu, poniżej Ulmu, oraz w samym Ulmie. Czasem szli pieszo przez Wirtzburg, Norymbergę. W Wiedniu przyjmował ich specjalnie ustanowiony urzędnik. Odbierał paszporty sprokurowane przez komisarzy werbunkowych i wydawał nowe uprawniające do kolonizacji. Spisywano członków rodzin, ustalano marszrutę. Za podróż zwracano dwa grosze od mili.
Osadnikom rozdzielano dobra tzw. królewskie czyli „państwowe”, majątki klasztorów zniesionych przez jaśnie panującego cesarza Józefa. Kolonistów dzielono na dość zabawne kategorie – ćwierć, pół i cały chłop, a inaczej kolejno – chałupnik, zagrodnik, kmieć. Rzemieślnikowi asygnowano dom, półrolnikowi/półrzemieślnikowi – dom ze stodołą, rolnikowi – dom ze stodołą i stajnią. Wyposażenia domowego osadnicy nie dostawali, zaopatrywano ich natomiast w narzędzia i przyznawano inwentarz, bo cesarzowi zależało na podniesieniu poziomu hodowli. Osadnicy mogli na jarmarkach kupować konie w wieku poniżej sześciu lat oraz krowy – poniżej czterech.
W Galicji w 137. miejscowościach osiedliło się nieco ponad trzy tysiące niemieckich rodzin chłopskich. Przy średniej liczebności tych rodzin oznaczało to około piętnastu tysięcy osób.
W notatkach rodzinnych znajduję daty urodzenia w Kałuszu Jana Wilhelma Petry (1819) i jego żony Agnieszki Żak (1822). Prapradziadek Jan Wilhelm, syn Jakoba Petry (1794-1841) i jego żony Kathariny (1794-1864), z domu Delwo, Telvo, Delvou, a są też inne transkrypcje tego nazwiska sugerujące jego wallońskie (Delvaux?) pochodzenie, posiada liczne rodzeństwo. To Filip Jakub, Małgorzata, Józef, Konrad, zmarła w dzieciństwie Barbara, Maria Barbara, Maria Elżbieta i Mikołaj. Tu pomógł mi pan Janusz Leszczyński, historyk z Sanoka, były wicedyrektor Zespołu Szkół Leśnych w Lesku, który znalazł mnie rozpracowując losy nauczycieli bolechowickiej szkoły.
Mapa nr 2.
Województwo stanisławowskie
1920-1939
Wilhelm Petry pojawia się w szematyzmach w 1856. Do 1875 roku, czyli przez blisko dwadzieścia lat, zasiada w urzędzie podatkowym starostwa w Dolinie. Ten rejon administracyjny obejmuje Dolinę, Bolechów, Rożniatów.
W tym samym dziale wyżej, bo zapewne jest starszy, może o całe pokolenie, pracuje jako kontroler Józef Żak. W szematyzmach przy tym nazwisku kropka nad „Z” czasem jest, a czasem jej nie ma, niemniej stanowisko pozostaje takie samo przez lata. (Wcześniej, w 1850 roku pracował w inspektoracie w Jarosławiu). Funkcje urzędowe w tym fachu są następujące: poborca, kontroler i oficyał, czyli urzędnik. Można wydedukować, że w 1856 roku obaj urzędnicy są w stosunku powinowactwa. Wilhelm Petry zostaje mężem Agnieszki z domu Żak, córki starszego kolegi z pracy. Z książki prof. S.S. Niciei Kresowa Atlantyda, tom XVI, dowiadujemy się, że na cmentarzu w Bolechowie pochowany jest Wilhelm Petry i Agnieszka Petryowa, zmarła w wieku siedemdziesięciu trzech lat, czyli za jej datę śmierci należałoby uznać 1895 rok. (Została tam również pochowana Amalia z Petrych Olpińska, siostra pradziadka Józefa).
Ślub Wilhelma i Agnieszki musiał odbyć się przed 1850 rokiem. Nie mamy po nich żadnych pamiątek. Na szczęście inaczej jest już z ich synem Józefem. To mój pradziadek. Wiemy, że urodził się w 1851 roku w Boryni nieopodal Turki nad Stryjem, niemal na samym południowym skraju województwa lwowskiego. Pierwszy ślad piśmienniczy dotyczący tej osady pochodzi z połowy XVI wieku. Według Wikipedii w 1870 roku znaleziono tam monety z czasów cesarza Trajana.
W szematyzmach Józef Petry po raz pierwszy notowany jest w 1875 roku (to zarazem ostatni rok posady urzędniczej Wilhelma). Józef pracuje jako młodszy nauczyciel w czteroklasowej szkole w Mikołajowie, powiat Żydaczów w województwie lwowskim. Ma 24 lata i to jest ważna praktyka nauczycielska, bardzo przydatna w późniejszej pracy. (W owych czasach dominowała trzyklasowa szkoła zwana trywialną, czterolatka była w większych ośrodkach i nazywano ją „szkołą główną”). Potem w latach 1875-1877 Józef studiuje w Krajowej Szkole Gospodarstwa Lasowego we Lwowie, nie ma go więc w spisie galicyjskich urzędników państwowych. W roku 1883 kończy Hochschule für Bodenkultur w Wiedniu, co oznacza wysokie kwalifikacje w zawodzie. W 1885 roku wraca na strony wykazu szematyzmu jako asystent leśnika we Lwowie, w 1886-88 zarządza rozległymi terenami leśnymi w Łopiance (koło Turki, powiat Dolina) jako asystent przy wakacie na stanowisku zarządcy. W 1888 roku powierzony mu został zarząd dobrami w Łopiance, w 1889 roku ma już kierowniczą funkcję zarządcy tamże. W 1894 roku jest zarządcą w pobliskich Lisowicach, a w latach 1894-1901 kierownikiem szkoły dla kandydatów na leśniczych w Bolechowie, gdzie był nauczycielem już wcześniej.
Pradziadek Józef Petry jest notowany w napisanym przez Ignacego Szczerbowskiego Pamiętniku dwudziestopięcioletniej działalności galicyjskiego Towarzystwa Leśnego, Lwów 1907. Ciekawa to praca i zajmująco napisana.
W cesarsko-królewskiej Galicji, choć wytykano jej biedę, panował administracyjny porządek. Popatrzmy chociażby na mały wycinek, jakim było leśnictwo. W Galicji, szczególnie na Podkarpaciu, leżały bogate złoża nafty i olbrzymie połacie lasów.
Dokument ten ukazuje proces nobilitacji leśnictwa, po wiekach walki z przyrodą o każdą piędź urodzajnej ziemi. Wycinanie i karczowanie lasu – a nie troszczenie się o jego stan – poczytywano za zasługę społeczną i utożsamiano z postępem cywilizacyjnym. Lasy zaczęto wycinać na skalę przemysłową. Powstały setki tartaków. Budowano linie kolejek wąskotorowych do transportu drewna.
Zapędy germanizacyjne i centralistyczne nie pozwalały ani na założenie szkół leśniczych, ani jakiejś organizacyi, któraby broniła interesów leśnictwa. Główną przeszkodą w tym kierunku było kameralne leśnictwo. (Dobra kameralne to dawne królewszczyzny i dobra pokościelne, które po rozbiorach Polski przeszły na własność skarbu cesarskiego Austrii – JPM). Nie ufając krajowcom, chciał rząd administrować lasami krajowymi przy pomocy urzędników, wychowanych we własnych szkołach i we własnym systemie. Pomimo, że obszar lasów państwowych był największy w Galicyi, nie chciał rząd założyć tu szkoły leśniczej. Wyżsi urzędnicy kształcić się mieli w szkole założonej w r. 1813 w Mariabrunie pod Wiedniem. Ze względów politycznych, zbyt wielkiej odległości i prawie niepodobieństwa uzyskania posady w lasach państwowych, nie kształcili się jednak Polacy w Mariabrunie prawie aż do r. 1850. (...)
Światłe umysły zaczęły coraz głośniej protestować. Hr. Włodzimierz Dzieduszycki (1825-1899), twórca lwowskiego Muzeum Przyrodniczego, wzywał do obrony masakrowanych lasów. Wzrastała świadomość, że trzeba wypełniać ubytki po wyrębach, tworzyć szkółki, w których będzie się ulepszać odporność drzew. Potrzebni byli znawcy nowych gatunków. Krótko mówiąc zaistniała konieczność fachowców.
W tym czasie ówczesne ministerstwo rolnictwa ogłosiło wprowadzenie w życie egzaminów państwowych dla leśników. Środowisko leśników powiadomiono o istniejącym planie rządu, co do założenia szkoły leśniczej w dobrach państwowych koło Bolechowa, Delatyna, Kałusza lub Dobromila.
W r. 1852 urządza też wydział leśny pierwszą wycieczkę do lasów państwowych w Bolechowie i sadzi w kniei lisowieckiej uroczyście dąb na tem miejscu, gdzie cesarz Franciszek Józef polując w tych lasach „najpierw nogą stąpił” (Pamiętnik dwudziestopięcioletniej działalności galicyjskiego Lwowskiego Towarzystwa Leśnego, dz. cyt., s. 34). Sprawa się jednak odwlekała, władze nie były chętne. Ponieważ w roku 1873 centralny zarząd lasów i domen państwowych przeszedł z ministerstwa skarbu pod opiekę ministerstwa rolnictwa, konieczna okazała się reforma zarządzania i administracji dóbr. Pilnie potrzebne stały się odpowiednie kadry. Już wcześniej (1871-1874) Galicyjskie Towarzystwo Gospodarskie sfinansowało we Lwowie roczne kursy prywatne dla leśników. Od 1876 roku w monarchii austro-węgierskiej zaczęły powstawać państwowe szkoły leśniczych.
Bolechów właśnie stał się centrum leśnictwa w Galicji. Leżał przy szosie łączącej miasto powiatowe Dolinę ze Stryjem i dalej ze Lwowem, dysponował pocztą, a od 1875 roku również stacją kolejową, co oprócz szczególnego zalesienia okolicy było niewątpliwym atutem.
Szkoła dla Nadzorców Lasowych w Bolechowie utworzona została w 1883 roku przez Lwowską c. k. Dyrekcję Lasów i Dominiów za zgodą władz austriackich, w oparciu o ustawę leśną z dnia 3 grudnia 1852 roku. Nadzór nad szkołą sprawowała owa Dyrekcja Lasów we Lwowie, a w wyższej instancji c.k. Ministerstwo Rolnictwa we Wiedniu.
Szkoła bolechowska, przygotowująca kadry pracowników dla wykwalifikowanej gospodarki leśnej w tej części Karpat, najpierw (1883-1889) szkoliła kandydatów na nadzorców leśnych, później (1890-1909) kandydatów na leśniczych. Funkcjonowała do wybuchu I wojny światowej i w ciągu tych trzydziestu lat wypuściła ponad trzystu specjalistów. Jak pisze S.S. Nicieja, szkoła bolechowska uczyła lokalnego patriotyzmu i miłości do przyrody. Pracowicie budowała swój prestiż i estymę w całej południowo-wschodniej Polsce (Kresowa Atlantyda, Wyd. Uniwersytetu Opolskiego, 2021, tom XVI, s. 31). Tradycje szkolnictwa leśnego w Bolechowie kontynuowała Państwowa Szkoła dla Leśniczych, utworzona w 1922 roku po odzyskaniu niepodległości.
W czasach galicyjskich była to szkoła trwająca rok, a właściwie jedenaście miesięcy. Oprócz kierownika szkoły zajęcia prowadził także jeden lub dwóch nauczycieli. Zakładano, że będzie piętnaście przedmiotów: uprawa lasu, użytkowanie lasu, ochrona lasu, łowiectwo, ustawa leśna, budowa dróg, budownictwo, pierwsze zaopatrywanie uszkodzonych robotników w lesie, botanika, entomologia, obliczanie miąższości drzew, arytmetyka, geometria, nauki przyrodnicze i rysunki. Językiem wykładowym był polski, ale dwóch przedmiotów uczono po niemiecku „dla lepszego obeznania z tym językiem”. Później do programu dodano rybołówstwo, wiadomości z nauki urządzania lasu, organizację służby leśnej i instrukcję służbową dla państwowych leśniczych, religię i gimnastykę. Wyliczono, że absolwenci tej szkoły w sześćdziesięciu procentach wybierali rządową służbę leśną, siedemnaście procent zatrudniało się w lasach prywatnych, a reszta (dwadzieścia trzy procent) znajdowała pracę w innych zawodach.
Bolechów to wielokulturowe miasteczko na terenie Podkarpacia Wschodniego, między Stryjem a Doliną, osiemdziesiąt sześć kilometrów na południe od Lwowa. Przeważała tu liczebnie społeczność żydowska, odnotowywano wpływy wołoskie. Elżbieta Łokietkówna, siostra króla Polski Kazimierza Wielkiego, matka króla Węgier i Polski Ludwika Węgierskiego, a zarazem babka Jadwigi Andegaweńskiej, króla Polski i wielkiej księżnej litewskiej, przekazała Bolechów polskiemu rodowi. Przechodził z rąk do rąk, pustoszony okazjonalnie przez najazdy Tatarów. Na początku XVII wieku Zygmunt III nadał mu magdeburskie prawa z tytułem wolnego miasta, który to status Bolechów stracił jednak po rozbiorach. Wcześniej, w 1750 roku miasto spalił karpacki rozbójnik Dobosz (i o nim jeszcze usłyszymy). Z pomysłu cesarza Józefa II Habsburga w XVIII wieku w okolicy założono kolonię Nowy Babilon, która stała się później dzielnicą Bolechowa. Trochę to nazwa prowokacyjna, z naszego dzisiejszego punktu widzenia, bowiem Babilon w tradycji żydowskiej symbolizuje zniewolenie przez brutalnego ciemiężyciela, a w chrześcijaństwie światowość i zło. Sprowadzono do osady sześć rodzin żydowskich z zamiarem przyuczenia do pracy na roli. Dostali pieniądze na zakup bydła oraz sprzęt rolniczy, wybudowano domy, przydzielono obszary polne i łąki, lecz „osadnicy zaniechali uprawy już w drugim roku, a zostawiwszy pola odłogiem, wynieśli się cichaczem”.
Józef Petry był nauczycielem, a następnie także kierownikiem bolechowskiej szkoły leśnej.
Ze względu na tę odpowiedzialną posadę Józefa w Bolechowie, miasto to staje się czymś w rodzaju gniazda rodzinnego, mimo że kolejne dzieci Józefa przychodziły na świat w pobliskich leśniczówkach.
Najpierw był zarząd w Łopiance. Tam 13 grudnia 1890 roku pojawił się na świecie Stefan Juliusz, a właściwie przez całą resztę życia Juliusz Stefan. Pozostał jedynym męskim potomkiem, ale miał jeszcze trzy siostry. Maria była o trzy lata młodsza, Kazimiera o pięć. Janka urodziła się osiem lat po nim.
Juliusz był pierworodnym synem, choć niedokładnie, bo przed nim – co w zapisach metrykalnych znalazł pan J. Leszczyński- Józefowi oraz jego żonie Felicji Gertrudzie w Łopiance urodzili się Bolesław (1887) i Maksymilian Paweł (1888). Obaj chłopcy zapadli na krup, groźną wówczas chorobę małych dzieci, zwaną dziś błonnicą czy dyfterytem, i zmarli na przełomie 1891 i 1892 roku. (Omyłkowo, mój Ojciec z rodzinnego przekazu zapamiętał, że były to, jak napisał we wspomnieniach, bliźnięta Piotr i Paweł). W Łopiance także urodził się Tadeusz, syn Józefa Żeńczaka, leśnika, i Albiny z Petrych. (W księgach metrykalnych z 1895 roku widnieje akt urodzenia i chrztu Tadeusza, który zmarł po kilku miesiącach. Chrzestnym był Emil Mieczysław Żeńczak, magister farmacji).
Żeńczakowie to także nasi antenaci. Już w 1880 roku pojawia się w szematyzmach Władysław Żeńczak. Szacujemy jego datę urodzenia na ok. 1855 rok. Pracuje w kancelarii Wydziału Krajowego we Lwowie jako aplikant na urzędnika konceptowego (urzędnicy ci byli odpowiedzialni za sporządzanie akt). W 1909 roku z ramienia Wydziału Krajowego Władysław był asesorem przy Zakładzie dla Głuchoniemych we Lwowie. W 1914 roku został członkiem lwowskiego Związku Zakładów Dobroczynnych.
A kim jest Józef Żeńczak spowinowacony z rodziną Petrych? Jego narodziny możemy szacować na około 1850 rok, z dokładnością do mniej więcej dziesięciu lat. Pojawia się w 1881 roku, niemal równocześnie z Władysławem. Może byli braćmi? Jest elewem leśnictwa w Bolechowie. Na różnych placówkach zalicza kolejne etapy kariery. Były one tyleż oczywiste, co i mądre. Nie szło się na skróty, bo te w lesie bywają jakże zdradliwe... A więc najpierw kandydat leśnictwa – pomocnik, potem elew – kiedy już była możliwość kształcenia się. Po zdobyciu podstawowej, ale i rzetelnej wiedzy następowała praktyka w funkcji asystenta leśniczego. Jeśli wypadła pozytywnie, następował – można się domyślać – upragniony awans na zarządcę lasów i domen, czyli dóbr. Zazwyczaj pod koniec kariery w tym zawodzie (a życie wtedy było znacznie krótsze) doświadczony leśniczy pracował w danej okolicy jako lustrator, nowocześniej mówiąc – inspektor. Potem zostawał urzędnikiem – radcą leśnictwa w lwowskiej dyrekcji. Leśnictwo należało do szacownych zajęć.
W 1887 roku Józef Żeńczak jest asystentem leśnictwa w Kniaźdworze. W latach 1888-89 jest leśniczym w Dorze k. Jaremcza. W 1892 roku pracuje w Leszczynach. W 1899 roku jest zarządcą w Tustanowicach. W 1910 – w Lisowicach. Umiera w listopadzie 1916 roku i pochowany jest w Bolechowie. W 1891 roku, w Leszczynach właśnie, rodzi się Marian Żeńczak, późniejszy wybitny stomatolog, twórca polskiej ortodoncji. W 1926 roku zakłada pierwszą w Polsce Katedrę i Klinikę Ortodontyczną w Warszawie w Państwowym Instytucie Dentystycznym. Po 1945 roku zostaje rektorem Akademii Stomatologicznej. Umiera w 1948 roku. Mój Ojciec wspominał go jako wuja. Ostatni raz widzieli się w czasie Powstania Warszawskiego.
Natomiast wymieniany w szematyzmach Bolesław Żeńczak także jest leśnikiem. Byłby bratem Józefa? Urodzony ok. 1875 roku posiada solidne wykształcenie. Pojawia się w 1900 roku jako zarządca Grobli – i pozostaje na tej funkcji przynajmniej do 1914 roku, jak czytamy w ostatnim z szematyzmów. W Bolechowie jest asystentem nauczyciela, kiedy kierownikiem tej szkoły leśnictwa jest pradziadek Józef Petry. W szematyzmach mówi się o jego Złotym Krzyżu Zasługi z koroną. W 1910 roku jest zarządcą leśnym w Grobli, znawcą dóbr tabularnych, czyli galicyjskich ziem, które mogła nabywać wyłącznie szlachta, magnaci oraz lwowscy mieszczanie. Księgi hipoteczne tych dóbr prowadzono przy sądach krajowych i obwodowych.
Pamiętnik Towarzystwa Leśniczego z 1907 roku wymienia wśród swoich członków kilka osób z rodziny Żeńczaków: Piotr, zmarły w 1892 roku; Bolesław – nauczyciel w szkole bolechowickiej; Hieronim, leśniczy, Puławy p. Besko (koło Sanoka); Józef, c. k. lustrator lasów, Lisowice p. Morszyn, członek Towarzystwa od początku jego istnienia. Tylu leśników... Imponujące.
Pozostając chwilę przy licznej rodzinie Żeńczaków, zauważmy, że notowana w szematyzmach Melania Żeńczak jest długoletnią (1885-1914 – i może dłużej) kierowniczką pięcioklasowej szkoły żeńskiej w Sieniawie, koło Jarosławia. To w tamtych czasach nie byle co. Jej rok urodzenia szacujemy na ok. 1860. Czy to siostra Józefa, czy Bolesława? A może obu, bo byli braćmi? Natomiast Józefa Żeńczakówna w 1910 roku zaczyna uczyć w szkole w Bolechowie. Czyli urodziła się ok. 1890. Może jest córką Bolesława, bo ten wydaje się zasiedziały w Bolechowie. A może to córka Józefa, nosząca imię po ojcu? Czyim dzieckiem był Jan Antoni Żeńczak, weterynarz z Poznania, świadek na ślubie Marii Petry z Witoldem Sahankiem w 1923 roku w Poznaniu? Urodzony w 1889 roku, doktor nauk weterynaryjnych. Dyplom lekarza weterynaryjnego otrzymał na Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie. Mieszkał w Poznaniu. Był kierownikiem Izby Rolniczej. Znaleziony w internecie niejaki rotmistrz S. Jakubowski dodaje do biogramu: Aresztowany wraz z synem w Bolechowie, pow. Dolina, woj. stanisławowskie. Kazia Petry w 1948 roku pisze do Rysi, że Jasiek Żeń. wraca (z Afryki) do kraju z końcem lipca. Czy nie porozumiałyście się z nim? Pisał, że mają osiedle w Afryce skasować.
Jan Antoni Żeńczak, starszy od Dziadka Juliusza o rok, figuruje w spisie uczniów trzech pierwszych klas Wyższego Gimnazjum w Drohobyczu za rok 1900, 1901 i 1902. W 1903 w spisie uczniów pojawia się Marian Żeńczak. Zgadza się. On jest od Dziadka nieco młodszy. Można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że Jan i Marian są braćmi. Ale ta nić genealogiczna dla mnie się urywa.
Wróćmy więc do bliższych krewnych i przyjrzyjmy się rodzinie prababki Felicji, z domu Szyszkowskiej.
Szyszkowscy to stara, bardzo liczna polska rodzina wywodząca się z Wielkopolski i pieczętująca się herbem Ostoja. Ponad dwieście lat temu (od ośmiu do dziesięciu pokoleń wstecz) pojawia się w galicyjskich szematyzmach dr Grzegorz Szyszkowski. Trzeba się trochę nabiedzić, żeby odcyfrować to szeleszczące polskie nazwisko zapisane onieśmielającym pismem gotyckim, czasem na dodatek rozmazane nadmiarem farby drukarskiej na porowatym papierze stareńkiego dokumentu. W latach 1818-1828 Grzegorz jest syndykiem w rejonie samborskim (w którego skład zaliczono starostwa Sambora, Drohobycza, Starego Miasta i Starej Soli). Stoi na czele placówki starosolskiej złożonej z kilku urzędników, w tym protokolanta i policjantów. Pełni funkcje zbliżone do sędziego, czyli musi posiadać studia prawnicze. Rozstrzyga sprawy karne i cywilne, zajmuje się zapisami, testamentami.
W roku 1830 w Uhrynowie Górnym odnotowany jest Michał v. Szyszkowski. Uhrynów od północy niemal styka się ze Stanisławowem. Tam Michał rezyduje w latach 1840-1850. W 1854 roku zarządza on jednak Uhrynowem Dolnym. W szematyzmie z 1859 roku w długim wykazie galicyjskich miejscowości znajdujemy interesującą informację – Michał v. Szyszkowski jest właścicielem ziemskim posiadłości w Uhrynowie i Mikuliczynie. W 1860 roku pojawia się w szematyzmie po raz ostatni. Skończył państwową pracę albo umarł.
W naszym przypadku wiążący jest dokument, w którym prapradziad Bolesław Szyszkowski zwraca się o potwierdzenie posiadania herbu Ostoja, czyli szlacheckiego pochodzenia.
Nie jest to akt datowany, jakkolwiek posiada znaczek skarbowy z nieczytelną pieczęcią. Po co prapradziad go potrzebował?
Jest to interesujący stary dokument napisany po niemiecku i pięknie wykaligrafowany. Dowiadujemy się z niego, że herbowymi przodkami rodziny – z wpisem do ksiąg, co potwierdzają zacytowane numery – byli Dominik i Helena z domu Eliaszowicz (mielibyśmy więc odrobinę krwi ormiańskiej) oraz Benedykt i bliżej niezidentyfikowana Rozalia. Ich wnukiem jest Stanisław Jan Nepomucen. On – w małżeństwie z Agnieszką z domu Urbańską z Robotycz – jest ojcem Ambrożego Mikołaja Szyszkowskiego oraz pierworodnego Maksymiliana, który jest z kolei ojcem mojego prapradziadka Bolesława Maksymiliana. Pismo wspomina, że brak metryki Maksymiliana Szyszkowskiego, seniora, urodzonego w 1800 roku w Siankach nad Sanem, niedaleko Turki, wpisanego do ksiąg w parafii Beniowa, był spowodowany faktem, iż księgi metrykalne ówczesne i wcześniejsze spłonęły w pożarze 1833 roku.
Praszczur Maksymilian, ojciec Bolesława Maksymiliana, jest więc naszym „uchwytnym” antenatem. Pracuje jako wyższy inspektor lasów prywatnych księcia Władysława Czartoryskiego, pana na Sieniawie. Wpisuje się w leśniczą tradycję naszych przodków. Dowiadujemy się tego z aktu ślubu prapradziadka Bolesława z Anielą Hankiewiczówną w 1859 roku. Akt ten, napisany „po rusku” i łacinie (mniejszą czcionką), rejestruje dane rodziców młodej pary. Ślub odbywa się w obrządku greckokatolickim. Miejsce: Cesarstwo Austriackie, Księstwo Galicyjskie, dystrykt Turka, diecezja przemyska, dekanat Żukotyn, parafia Wołcze. Świadkiem jest Alfred Szyszkowski, zarządca lasów prywatnych.
Maksymiliana seniora nie ma w szematyzmach, bo chodzi przecież o zarząd prywatnych lasów. Warto tu powiedzieć coś o pracodawcy Maksymiliana seniora. To książę Władysław Czartoryski (1828-1894). Ordynacja Sieniawska Czartoryskich założona została testamentem właśnie przez księcia Władysława Czartoryskiego z tych dóbr rodowych, jakie pozostały na terenie zaboru austriackiego i uniknęły konfiskaty za działalność polityczną – konkretnie udział w powstaniu listopadowym – jego ojca, księcia Adama Jerzego Czartoryskiego (1770-1861), „niekoronowanego króla Polski”.
Obserwatorzy podkreślali miłość księcia Władysława do lasów i leśnictwa. Nie było bowiem poświęcenia, któregoby on dla lasu nie poniósł. Starodrzew, knieja, a nawet przestarzałe, siwe dąbrowy i bory nie budziły w nim myśli zysku i upragnionej sposobności obrócenia ich w złoto. (...) Nie tylko nie szczędził gotówki na zalesienia, ale cieszył się z tych wydatków, które kiedyś przyniosą potomstwu wielokrotne owoce (Pamiętnik Towarzystwa Leśniczego, dz. cyt., s.116). Przy okazji powiedzmy, że Władysław Czartoryski, działacz polityczny na emigracji, emisariusz dyplomatyczny przy rządach Francji, Anglii, Włoch, Szwecji i Turcji, przywódca ugrupowania Hôtel Lambert, był również założycielem Muzeum Czartoryskich w Krakowie, szczycącego się takimi rarytasami jak Dama z łasiczką Leonarda da Vinci czy Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem Rembrandta.
Pradziadkowie Bolesław Ostoja Szyszkowski i Aniela z domu Hankiewicz
29 września 1827 roku Maksymilian Szyszkowski żeni się z Anielą Sieklucką z Zaradowej k. Przemyśla. Syn Maksymiliana i Anieli z Siekluckich, mój prapradziadek Bolesław Szyszkowski, rodzi się 21 października 1836 roku w Radawie, blisko Sieniawy. Dziewięć lat po ślubie, więc można przypuszczać, że miał starsze rodzeństwo, o którym zatarła się pamięć. Bolesław także pracuje całe życie jako leśnik. 27 lutego 1859 roku zawiera małżeństwo z Anielą Hankiewiczówną (tu pewna niezgodność co do daty jej urodzenia. To albo 6 lipca 1837 roku, jak chce zapisek rodzinny, albo według aktu ślubu rok 1839, bo w rubryce „wiek” widnieje, że panna młoda ma 19 lat i 7 miesięcy. Aniela jest córką Onufrego Hankiewicza, księdza greckokatolickiego z Wołcza, i Barbary de Omeilis z Nanowej.
Bolesław Szyszkowski zmarł w 1911 roku. Fakt ten ustalam na podstawie wykazu grobów na cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie. Szyszkowscy mieli w tej nekropolii grobowiec, nie wyszczególniono jednak osób w nim pochowanych. Może nie da się tego zrobić, bo czas zatarł litery? Natomiast w internetowym wykazie zmarłych czytamy, że na Łyczakowie leżą Bolesław i Aniela Szyszkowscy. W przypadku Anieli z Hankiewiczów jest tylko data śmierci – 1923. Przy okazji dowiaduję się, że na tym cmentarzu leży też mój pradziadek Józef Petry i jego żona Felicja z domu Szyszkowska, córka Bolesława i Anieli. Moja Babcia, Zofia Petry z domu Seidler, też tam jest pochowana. Wiem, bo dawno temu byłam na grobie, przejeżdżając przez Lwów z rodzicami w drodze do Bułgarii. Jej grobu jednak jak na razie nie zidentyfikowano, nie ma go w spisie.
W szematyzmie z 1861 roku Bolesław Szyszkowski pojawia się po raz pierwszy jako zastępca leśniczego w Łomnej.
Zarząd leśniczy to była chyba największa odpowiedzialność, ale i największe pole popisu. Przypadała na czas pełni władz fizycznych i witalności pracownika. W tym samym miejscu leśniczy mógł być zarządcą przez kilka lat, ale nierzadkie bywało przesuwanie doświadczonych leśników na placówki, które tego akurat pilnie wymagały w opinii lwowskiej dyrekcji. Spora mobilność wydaje się świadczyć o szerokich kontaktach między leśnikami, którzy nie chorowali chyba na zjawisko „zasiedzenia” czy wyizolowania w leśnej głuszy. Znali teren i znali się między sobą.
Toteż należy sądzić, że w wieku dwudziestu pięciu lat Bolesław ma już za sobą jakąś (może prywatną) praktykę, bo zastępca leśniczego to nie jest stanowisko przypadkowe. Wybrał już fach leśnika, obeznany z nim w rodzinie. W 1863 roku Bolesław Szyszkowski jest w dalszym ciągu zastępcą leśniczego we wspomnianej wyżej Łomnej. Łomna, na południe od Birczy, leży dziś w granicach Polski, w powiecie przemyskim. Tam w 1860 roku rodzi się syn Maksymilian, a w 1865 – córka Felicja, choć Bolesław Szyszkowski zaczyna pracować już jako pełnoprawny leśniczy w Tustanowicach koło Borysławia (1865-1871). W 1873 roku Bolesław jest leśniczym przy zarządzie funduszowym w Warzycach koło Jasła. To wydaje się krótkim epizodem i dalsze lata rodziny upływają w przysiółku Huczko, części Dobromila. Tak też jest zarejestrowane miejsce zamieszkania panny młodej Felicji, której ślub z Józefem Petry, również leśniczym, co nie jest faktem bez znaczenia, odbywa się w 1885 roku w Dobromilu (Dobromil – malownicze miasteczko dziś na Ukrainie, 5 km od granicy z Polską). W 1887roku Bolesław Szyszkowski, w dalszym ciągu zarządca dóbr leśnych w Dobromilu, jest także członkiem rady powiatowej i urzędnikiem wydziału leśnictwa.
W 1889 roku w szematyzmie debiutuje Maksymilian Szyszkowski. Ów wspomniany stary austriacki dokument – świadectwo potwierdzające posiadanie herbu Ostoja przez Bolesława – podaje datę urodzenia jego pierworodnego syna. To 21 lutego 1860 roku.
W zbiorach Marysi Graham jest bezcenna fotografia trzech pokoleń. Na progu domu siedzą Bolesław i Aniela Szyszkowscy, a nieco niżej Józef Petry w otoczeniu czwórki dzieci: to Julek, Kazia, Rysia z lalką. Felicja trzyma na rękach może półtoraroczną Jankę. Janka urodziła się 22 listopada 1898 roku. Skoro letnia pora – fotografia musi pochodzić z 1900 (małe dzieci zadziwiająco pomagają w datowaniu starych fotografii...). Ale to jeszcze nie rewelacja. Klucz do lepszego zrozumienia sytuacji kryje się na odwrocie fotografii, którą nie wiadomo kto robił, co jest raczej rzadkością, bowiem w tych czasach zdjęcia powstawały z reguły w zakładach fotograficznych. Stawiałabym tezę, że Maksymilian Szyszkowski. Czytamy drobne literki zapisane inkaustem: „Rodzina Petrych w starym domu w Nadwórnej”. No, i trzeba wysnuć wniosek, że później w Nadwórnej był dom nowy. Gniazdo rodzinne Szyszkowskich?
Józef Petry i Felicja z domu Szyszkowska
Portret Bolesława Szyszkowskiego wisi w angielskim domu Marysi Graham, wnuczki Rysi Petry-Sahankowej, skrycie jej przywieziony pod koniec lat 50. Twórca obrazu Jan Kazimierz Olpiński (1875-1936), lwowianin, malarz portrecista, kształcił się za granicą, głównie w Wiedniu. Na dobre wrócił do Lwowa po 1920, gdyż otrzymał etat w Państwowej Szkole Przemysłowej na Wydziale Artystycznym, a od 1930 równolegle na Wydziale ogólnym Politechniki Lwowskiej. Jego młodszy brat Karol, po ukończeniu prawa w 1900 roku, został komisarzem w starostwie w ... Nadwórnej. Tę informację znajduję w ... tomie Kresowej Atlantydy Stanisława Sławomira Niciei.
Z odczytaniem oraz interpretacją miejscowości miałam pewne kłopoty. Nie znałam tej nazwy. Nadwórna? Nigdy dotąd w znanej mi historii rodzinnej nie wystąpiła. Było to już wtedy – jak teraz wiem – miasto powiatowe, na przecięciu linii kolejowych łączących Worochtę – Delatyn – Kołomyję oraz Lwów – Stanisławów – Czerniowce. (Nie mogę się powstrzymać i muszę na marginesie dodać, że – jak czytam w internecie – w okolicznej wsi Starunia w 1929 roku w pokładach wosku ziemnego, naukowo zwanego ozokerytem, odkryto zachowanego niemal w całości nosorożca włochatego. I byłoby to jedyne tego typu znalezisko na świecie, znajdujące się obecnie w Krakowskim Muzeum Przyrodniczym. Ogółem w okresie od 1907 do 1932 na terenie wsi znaleziono pozostałości czterech nosorożców i jednego mamuta).
Zaczynam w szematyzmach studiować losy zawodowe owego prawuja Maksymiliana, brata Felicji. Jak wspomniałam, w 1889 roku Maksymilian Szyszkowski notowany jest jako elew szkoły w Bolechowie, potem w 1890 roku jako elew „na stażu” w Hryniawie. W 1892 roku pracuje w administracji lwowskiej dyrekcji. W 1893 roku Maksymilian już jest asystentem leśnym w Mizuniu, w 1894 roku asystentem w Jaworniku. Poważny awans przychodzi w 1895 roku, kiedy zostaje zarządcą lasów w Worochcie, na huculskim Pokuciu, tam pracuje do roku 1899. W Worochcie pełni funkcję biegłego sądowego w zakresie leśnictwa i rozpoczyna pracę jako zarządca lasów właśnie w Nadwórnej, z której pochodzi z wszech miar nieocenione zdjęcie rodzinne. Jest w tym mieście co najmniej do 1907 roku, pracując też w radzie powiatowej. Jeszcze dłużej pełni funkcję lustratora lasów w Nadwórnej. (O tym w indeksie wspomina Pamiętnik Towarzystwa Leśnego). Od 1898 roku należy do Galicyjskiego Towarzystwa Gospodarskiego. W ostatnim szematycznym spisie z 1914 roku Maksymilian jest inspektorem leśnictwa we Lwowie. Wybucha wojna. Gdzieś po drodze ten Szyszkowski żeni się ze Stanisławą Czerny. Mają troje dzieci. Olgę, po mężu Krajewską, Zofię, po mężu Czerwińską, i Zbigniewa ożenionego z Zofią Żubrówną.
Rodzina w Nadwórnej, 1900
To wiem ze strzępka papieru, na którym wśród wielu skreśleń ktoś (mój Ojciec?) starał się naszkicować genealogię. Rozsypała się ta część rodziny po Polsce. Z Czewińskimi utrzymywaliśmy kontakt, osiedlili się po wojnie we Wrocławiu. Ale i tam nie ma już po nich śladu.
Podsumujmy. Maksymilian Szyszkowski, junior, przeszedł modelowo wszystkie etapy kariery zawodowej w leśnictwie. Jego ojcem był doświadczony leśniczy, w bolechowskiej szkole znalazł się pod okiem szwagra, kierownika Józefa Petryego, a więc i siostrę Felicję miał blisko. Już na świadectwie ślubu Felicji z Józefem widzimy rodzinny klimat. Świadkami są Władysław Hankiewicz, „oficyał rachunkowy” (rodzina matki Felicji), oraz Karol Szyszkowski, najprawdopodobniej wuj Felicji, brat Bolesława, urzędnik dyrekcji ruchu, pracujący wtedy w administracji galicyjskiej kolei Karola Ludwika, który to trakt prowadził z Krakowa do Lwowa.
Zostawmy jednak prawuja Maksymiliana (1860-1916/1917) na boku i powróćmy do prababci Felicji.
W 1873 roku jej ojciec Bolesław skierowany zostaje do pracy leśniczego przy zarządzie funduszowym w Warzycach koło Jasła. Stanowisko ma charakter przejściowy, rodziny nie warto po raz kolejny przenosić. Wtedy Felicja (8 lat, ale warto – choć toute proportion gardée – wspomnieć wyczyny jeszcze młodszych Montaigne’a czy Mozarta) pisze list do Seweryna Goszczyńskiego. Wiemy, że w ciągu dwudziestu lat panieństwa Felicja, nie mieszkająca przecież w metropolii, uzyskała solidne wykształcenie muzyczne jako pianistka. Była zawsze osobą poważną i pracowitą. Przyjazd do stolicy Galicji owianego legendą romantyka, patrioty, miłośnika przyrody i osoby uduchowionej pobudził pewnie wyobraźnię wrażliwego, nad wiek rozwiniętego dziecka.
Wypada tu więc powiedzieć nieco o Sewerynie Goszczyńskim (1801-1876). Urodził się w niezamożnej, wielodzietnej rodzinie szlacheckiej. Dorastał w kresowej Galicji, gdzie dość wcześnie zakończywszy edukację przebywał do dwudziestego ósmego roku życia, zdobywając wiedzę w sposób niestandardowy, chłonąc wielką literaturę, ale i ludową kulturę lokalną. Jako dwudziestoletni młodzieniec z Warszawy, gdzie na krótko przyjechał w 1820 roku, wyruszył pieszo na Kresy. Chciał przez Odessę dostać się do Grecji, bo tam wybuchło powstanie narodowe przeciwko władzy tureckiej, ściśle mówiąc osmańskiej. Skąd ten gest solidarności ze strony Polaka-niepodległościowca? Otóż w połowie XV wieku po zdobyciu Konstantynopola przez Turków nastąpił upadek Bizancjum, czyli Cesarstwa wschodniorzymskiego i Grecy znaleźli się pod władzą Osmanów. W 1821 roku wybuchło powstanie Greków, i po krwawych walkach, z pomocą Anglii, Francji i Rosji, doprowadziło w 1830 roku do odzyskania niepodległości i powstania królestwa na terytoriach Peloponezu i środkowej Grecji.
Bolesław Szyszkowski. Portret pędzla J.K. Olpińskiego
Z braku funduszów na dalszą podróż, Goszczyński zatrzymał się we wschodniej Galicji i tu zaangażował się w działalność konspiracyjną. W czerwcu 1830 roku, ponownie w Warszawie, wstąpił do sprzysiężenia Piotra Wysockiego. Uczestniczył w ataku na Belweder, w bitwach pod Stoczkiem i Nową Wsią. Udział w powstaniu listopadowym ściągnął na Goszczyńskiego wyrok śmierci, wydany zaocznie przez sąd rosyjski. Uciekając przed karą, osiedlił się w Galicji, kontynuując działalność polityczno-społeczną. W 1838 roku wyemigrował do Francji, gdzie poznał Mickiewicza i Słowackiego. W 1842 roku wstąpił do Koła Towiańczyków. Odciął się od swojej dawnej działalności politycznej, przestał pisać. Żył w biedzie. Pod koniec życia, w 1872 roku dzięki pomocy przyjaciół wrócił do kraju i zamieszkał we Lwowie.
Listu Felicji Szyszkowskiej do Goszczyńskiego z sierpnia 1873 roku nie mamy, ale odpowiedź nań, skopiowana przez autora, co miał w zwyczaju robić, zachowała się wśród jego papierów i znalazła w wydanych przez PAU pod redakcją Stanisława Pigonia Listach Seweryna Goszczyńskiego, 1923-1973, Kraków 1937. (Na ten zaskakujący epizod zwróciła mi uwagę nieoceniona pani prof. Anna Myczkowska-Szczerska, która pisząc swoją naukową książkę W polskim tylko stroju. Projektowanie ozdób choinkowych i koncepcja choinki polskiej 1909-1939 tropiła m.in. wszelkie wzmianki naszego nazwiska, bo jeden z rozdziałów tej obszernej pracy poświęciła twórczości plastycznej Janiny Petry-Przybylskiej). Przy okazji natrafiła na Felicję Szyszkowską, późniejszą matkę Janki.) Goszczyński wspomina, że z pewnym opóźnieniem oddała mu ów list osobiście „kochana pani Liske”. Ksawery Liske, historyk, we Lwowie od 1868 roku, był w tym czasie profesorem lwowskiego uniwersytetu, założycielem Towarzystwa Historycznego i „Kwartalnika Historycznego”, dyrektorem Archiwum Krajowego Aktów Grodzkich i Ziemskich. Goszczyński i Liske musieli mieć wiele wspólnych tematów i pewnie nie brakowało im okazji do spotkań. Jaka była nić towarzyska między Szyszkowskimi a Jadwigą Liske, nie wiemy.
Goszczyński po miesiącach niedomagania, co składa na karb pobytu w Tatrach, oraz przeszkód w wyniku „zatrudnień literackich”, zdecydował się jednak odpisać. Z całą galanterią tytułuje Felicję „panią”, ale widzimy kontekst. Adresatka jest jeszcze dzieckiem, biegającym wśród przyrody, pod opieką matki pielęgnuje kwiaty i robi przetwory. A naprzód co do życzenia Pani, abym pobłogosławił dziecku, którym Pan Bóg obdarzył brata Pani. Autor listu spełnia jej prośbę, dodając, że głęboko leży mu na sercu obawa o losy wszystkich naszych przyszłych pokoleń i miłość do nich. Wszakże niech to, co powiedziałem, nie zasępia duszy kółka rodzimego twojego i twojej, moja kochana Pani, bo Bóg jest miłosierniejszy niż nam się zdaje, tylko idźmy drogą, jaką nam Chrystus wytknął. Na tej drodze wolno nam i weselić się, i używać świata, i pieścić się wdziękami natury. Wszystko to Bóg dał człowiekowi, aby mu upiększyć, ułatwić drogę do siebie.
Smaż owoce – a te nawiasem mówiąc, które mi przysłałaś, są wyborne – może dlatego, że sama koło nich robiłaś – tak wyborne, że aby dłużej w nich smakować, dotąd jeszcze nie wypróżniłem ich pudełka. Pielęgnuj kwiaty przez miłość do matki, biegaj po okolicy, choćby nawet po księżycu, żyj z naturą, bo jak słusznie powiedziałaś, natura jest to mądra księga, wiecznie otwarta. Tak jest w istocie. Wejdźmy w las, drzewa nie kłócą się między sobą, nie obmawiają się, nie kopią pod sobą dołków, nie uciskają słabszych od siebie. Najdrobniejszy kwiatek rośnie w całej swobodzie przy najokazalszym dębie, nie udają się za lepsze, jak są, krzywe rośnie sobie krzywo obok prostego – są tak jak je Pan Bóg stworzył. Ileż tam nauki dla człowieka. Goszczyński list do „Łaskawej Pani i Przyjaciółki” kończy: Szczęśliwi jesteście wy, mieszkańce wsi, że ta księga zawsze otwarta przed wami. Dlatego to i ja wieś kocham, o ile powinności mojego powołania dozwalają, wyrywam się z miasta i mam w życiu chwilę szczęśliwą (Listy Seweryna Goszczyńskiego, dz. cyt., s. 465-467).
Muszę jednak poprawić Goszczyńskiego. Może Felicja nie dość jasno się wyraziła? Albo jej pismo nie było dość czytelne? Trochę wątpię, bo ona musiała być bardzo akuratna. Wydaje się, i to podejrzewam, że pisarz i poeta, oryginał, starszy już i schorowany, coś po prostu pomylił. Otóż, Felicja – według wszelkiego prawdopodobieństwa – prosiła o błogosławieństwo dla brata, a nie „syna brata”. Ów brat – urodzony w 1860 roku – w 1873 roku (czas listu Felicji) był nastolatkiem.
Do napisania listu skłonił dziewczynkę czysty sentyment. Goszczyński pojawił się we Lwowie kilka miesięcy wcześniej i Felicja przyłączała się do „hołdu”, jaki to serdeczne miasto zgotowało sławnemu przybyszowi. (Parę lat później, na mogile Seweryna Goszczyńskiego w alei zasłużonych cmentarza Łyczakowskiego społeczeństwo Lwowa wystawi mu pomnik dłuta cenionego lwowskiego rzeźbiarza Juliana Markowskiego). Dziewczynka pisała o tym, jak kocha przyrodę i podawała smażone owoce własnej roboty. O nic innego jej nie chodziło, o nic nie pytała, niczego nie załatwiała, stąd pewnie rozterka Goszczyńskiego, czy na list odpisywać. Ale odpisał i Felicja znalazła się w historii literatury. Na jej marginesie, zapomnianym, odległym, poślednim, ale zawsze. Nie jest to jedyna zacna rola, w jakiej się moja prababka znalazła. I ta moja opowieść jest także o niej, bo ona była w sercu, a nie na marginesie rodziny.
Felicja Petry w różowej czapeczce, lata 40. XX wieku
Już jako mężatka w czasie niedzielnych nabożeństw w leśniczówkach Felicja grała na fisharmonii. Fisharmonia używana była głównie w kaplicach i niewielkich kościołach, w zastępstwie organów, a także w domach. Czasem Julek akompaniował matce na skrzypcach. Felicja szczególnie dbała o patriotyczne i otwarte na innych wychowanie dzieci. Sama świadczyła pomoc ubogim i chorym. Dzieci, tak polskie, jak i ruskie, uczyła polskiej historii. Prowadziła amatorski teatrzyk, improwizując scenę w leśniczówce.
Felicja, jak zapamiętał ją wnuk Jan Krzysztof, była osobą wielkiej dobroci i rozumu, surowa dla siebie i niezwykle pracowita. Najstarszy jej wnuk, dwudziestoparoletni Jerzy Stankiewicz, syn Rysi Sahankowej z pierwszego małżeństwa, z rodziną zesłany w 1940 roku w głąb Rosji, notabene niedługo przed śmiercią pisał: Myślę o Tobie często i niepokoję się o Twoje zdrowie, bo wiem, że lubisz zawsze wszystkim dogodzić, własną osobę zaniedbując zupełnie. Proszę Cię, Staruszko, choćby przez wzgląd na mnie, oszczędzaj siebie. Znając umiłowanie przyrody babci Feli i jej zmysł muzyczny – pamiętając pewnie jej wrażliwość na barwną różnorodność dźwięków i odgłosów lasów Podkarpacia pełnego szumu drzew, świstu wiatru, pohukiwań, gwizdów, treli ptaków – dodaje na końcu: Wiosna u nas ciągle zimna i dżdżysta, ale ptactwo, a szczególnie słowików chóry całe. Babcia odpowiada wnukowi i wśród wielu praktycznych informacji nie omieszka pouczyć: Cieszę się, żeś zdrów, mężny i wytrwały w pracy, żeś rozmiłował się w leśnej naturze, która tak wiele może nauczyć nas ludzi i która tyle ma uroku i poezji w sobie, trzeba tylko dobrze poznać ją i zrozumieć. Twoje zapewnienia o pamięci i różnych niedociągnięciach wobec mnie są niepotrzebne. Wiesz, Jerzyku, jak Cię kocham i niczego nie żądam dla siebie, tylko chcę widzieć Cię człowiekiem o prawdziwej wartości moralnej. Chciałabym i chciałam, żebyś dobrej rady posłuchał, a dobrze na tym wyjdziesz. Starzy mają doświadczenie, a to ważna rzecz w życiu.
Jakie to piękne życzenia. Można marzyć, żeby były nimi objęte wszystkie wnuki, a szczególnie te mądrych babć!
Zawsze krytyczna wobec siebie i skromna, na jednym ze zdjęć, a wiadomo, że sto lat temu bywały one rzadkością, napisała: Nawet różowa czapeczka nie zmieniła mi policzka; same zmarszczki na tej twarzy, dusza młoda serce parzy. Widocznie miała inklinację do układania rymów. Odziedziczyła to po matce Rysia, a jeszcze bardziej wnuczka Haneczka. Na małej, niepozornej fotografii wiekowa już Felicja ma na głowie berecik. Ale czy jest różowy, nie wiadomo, bo zdjęcie jest oczywiście czarno-białe.
Julek poświęcił jej wiersz:
Matka
I
Dlaczego Twoje oczy jak źrenice troski
Zawiesiłaś nade mną? Gdziekolwiek się zwrócę
Idą za mną, surowe i najłagodniejsze.
Pieśń wesołą przerywam i długo się smucę.
Jeślim roztrwonił dary, które mam od Ciebie
I imię me nie rosło w górę pod obłoki,
Choć nie umiałem śpiewać, pragnąłem gorąco
Służyć sprawie człowieka, w blask zamienić mroki
II
Złomy zostaną po mnie, bezkształtne zarysy
Słów niedopowiedzianych lub spalonych w męce
Połóż na moim sercu, niespokojnym rwącym
Twe udręczone pracą, najcierpliwsze ręce
III
To wiem, że kiedyś tak samo oboje
Matka i syn, o jakiejś cichej, wielkiej porze
Wylecim z ciał, przełamiem te śmierci podwoje
I na dalekie lądy, w nieznane morze,
W kraj, który gasi żary, sny i niepokoje,
Popłyniem, jak żurawie lecące po zorzę...
Jest przełom stuleci, dzieci Felicji i Józefa Petry są jeszcze małe i wychowują się w bliskości przyrody. Do atrakcji należała sfora psów, w liczbie trzynastu, różnych ras i upodobań, od najmniejszej, najmądrzejszej i najbardziej bojowej jamniczki Muszki po olbrzymiego bernardyna Cezara. Ten specjalizował się w odnajdywaniu w trawie obrączki rzucanej za okno przez pradziadka. Cezar wsławił się także tym, że z głów przychodzących do nadleśniczówki gajowych zębami zdejmował czapki i układał przed domem na stosik, do którego dopuszczał tylko swojego Pana i Panią.
Kostkami cukru, kawałkami chleba, grudkami soli Julek – i to opowiada po latach synowi – wabił oswojonego jelenia swobodnie odwiedzającego ogród przydomowy. Chłopiec wędrował z ojcem po ostępach leśnych, czasem powożąc linijką ciągnioną przez małego huculskiego kasztanka. A trzeba wiedzieć, że hucuły, konie udomowione pochodzące od tarpana, ze względu na wzrost należą do klasy kucyków – pony. Są małe, ale wyjątkowo żywotne, silne i odporne. W okresach wojennych zasłużyły się, nosząc po ścieżkach górskich ekwipunki ważące nawet do dwustu kilogramów. Są łagodnie usposobione i bardzo szybko się uczą. Kasztanek miał swój charakter. Zawsze przechodził brodem, nigdy mostem, i często w wodzie górskich rzeczułek pozostawiał przyjezdnych gości Józefa, niebaczących na ostrzeżenia.
1A. Shrier, Bad Therapy: Why the Kids Aren’t Growing Up, Sentinel 2024.
