Silniejsza od mafii - Monika Hołyk-Arora - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Silniejsza od mafii ebook i audiobook

Monika Hołyk-Arora

3,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

84 osoby interesują się tą książką

Opis

Basia Trzyńska zostawiła dawne życie za sobą. Dzięki Annie Archiallis odzyskała nie tylko poczucie bezpieczeństwa, ale nauczyła się, jak funkcjonować w świecie mafii. Na Rodos odnalazła swój rytm i ludzi, którzy choć niebezpieczni, zawsze gotowi są stanąć po jej stronie.

Podczas wyjazdu do tureckiego Marmaris wszystko jednak wymknęło się spod kontroli. Basia poznała Sedata, mężczyznę, który nie przypomina nikogo, kogo spotkała wcześniej. Nie uwodzi pustymi obietnicami, nie próbuje jej zdobywać za wszelką cenę. Między nimi rodzi się uczucie ciche, magnetyczne i od początku skazane na niebezpieczeństwo.

Sedat nie jest wolnym człowiekiem. Każdy jego krok należy do Arslana Özdoğana – lokalnego mafiosa, który lojalność kupuje pieniędzmi, a ludzi traktuje jak swoją własność. Każde spotkanie z Basią jest dla Sedata aktem buntu, a dla Arslana – wypowiedzeniem wojny.

Gdy sieć zależności zaczyna się zaciskać, Anna po raz kolejny musi wkroczyć do gry. Chłodna, bezwzględnie skuteczna i zawsze o kilka ruchów przed przeciwnikami zrobi wszystko, by ochronić swoich ludzi. Tym razem jednak stawką nie są wyłącznie pieniądze ani wpływy, lecz życie tych, którzy stali się dla niej rodziną.

W świecie, gdzie lojalność ma swoją cenę, a zdrada oznacza wyrok, jedno uczucie może rozpętać wojnę. „Silniejsza od mafii” to kontynuacja powieści „Mafijne rozgrywki”, opowiadająca o kobietach, które odważyły się przeciwstawić ludziom przekonanym, że mogą kontrolować wszystko i wszystkich.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 338

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 26 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Masza BoguckaAnna Wilk i Darek Bilski

Oceny
3,5 (2 oceny)
0
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
marynioka2

Całkiem niezła

taka na jeden raz.do przecsytania
00



Blon­dynka w czer­wo­nej ele­ganc­kiej sukni ca­łuje się z bru­ne­tem w smo­kingu.
Mo­nika Ho­łyk-Arora; Sil­niej­sza od ma­fii; Ri­sky Ro­mance; 2026

Ty­tuł: Sil­niej­sza od ma­fii

Co­py­ri­ght © Mo­nika Ho­łyk-Arora, 2026

This edi­tion: © Ri­sky Ro­mance/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Anna Ko­wal­ska

Re­dak­cja: Ju­styna Ku­kian

Ko­rekta: Do­rota Ko­wal

ISBN 978-91-8153-605-8

Ri­sky Ro­mance / Gyl­den­dal A/S Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

Ba­sia

Ostrze spo­czy­wa­jące na gar­dle uko­cha­nego męż­czy­zny wy­glą­dało na nie­zwy­kle ostre. Lśniło zło­wiesz­czo w świe­tle ba­ro­wych lamp i tylko na nim po­tra­fi­łam się te­raz sku­pić. Moje bez­pie­czeń­stwo ze­szło na drugi plan. Cho­ciaż nie, to nie było do­kład­nie tak. Po pro­stu w gło­wie sza­lało mi tor­nado zro­dzone z mi­liona my­śli oraz po­ten­cjal­nie nie­bez­piecz­nych sce­na­riu­szy moż­li­wej eska­la­cji pro­blemu. Ner­wowo prze­łknę­łam ślinę, nie bar­dzo wie­dząc, co po­win­nam te­raz zro­bić, po­nie­waż sy­tu­acja wy­glą­dała na nieco ab­sur­dalną. Gro­ził nam nie do końca wy­ro­śnięty smar­kacz, który sam w so­bie nie sta­no­wił tak na­prawdę żad­nego za­gro­że­nia. Nie­stety, miał po swo­jej stro­nie ban­dzio­rów opła­ca­nych przez szem­ra­nego ta­tu­sia, a jak wia­domo, w pew­nych krę­gach pie­nią­dze by­wają bo­giem.

Od za­wsze szybko pod­da­wa­łam się skraj­nym emo­cjom, cho­ciaż zwy­kle po­tra­fi­łam nad tym pa­no­wać. Te­raz jed­nak nie mia­łam po­ję­cia, czy prze­wa­żyć po­wi­nien strach o męż­czy­znę, czy też nie­po­skro­miona fu­ria, która po­woli po­zba­wiała mnie resz­tek umie­jęt­no­ści ra­cjo­nal­nego my­śle­nia. To wła­śnie złość ka­zała mi roz­wa­lić cały ten bar w drobny pył, nie li­cząc się z żad­nymi kon­se­kwen­cjami.

Wzię­łam głę­boki, spo­kojny od­dech, li­cząc przy tym do dzie­się­ciu. Na­pa­wa­łam się ży­cio­daj­nym tle­nem roz­cho­dzą­cym się po ca­łym ciele i przy­no­szą­cym chwi­lową ulgę.

– Chcesz mnie po­bić smar­ka­czu? – spy­ta­łam w końcu dzie­ciaka, któ­remu wąs le­d­wie syp­nął się nie­po­zor­nym mesz­kiem pod no­sem – Pro­szę bar­dzo! Są­dzisz, że bi­jąc ko­bietę, za­ro­bisz ja­kiś su­per punkty w kon­kur­sie na „ma­czo mie­siąca”?

– Ty kurwo – pa­dło w od­po­wie­dzi. – My­ślisz, że się cie­bie boję? Je­steś ni­kim! Ni­kim! Ro­zu­miesz? – Głos z pew­no­ścią miał brzmieć groź­nie i mę­sko, ale chło­pak prze­cho­dził do­piero mu­ta­cję, więc koń­cówka tej ty­rady za­brzmiała jak wy­cią­gnięty pisk ope­ro­wej pri­ma­donny.

– Nie my­ślę – od­po­wie­dzia­łam hardo, cały czas spo­glą­da­jąc na pod­rzęd­nego ban­dziora trzy­ma­ją­cego nóż na gar­dle Se­data. – Ja to wiem. Pew­nego pięk­nego dnia, i to wkrótce, bę­dziesz mnie bła­gał o prze­ba­cze­nie i od­szcze­kasz każdą znie­wagę, ja­kiej się wzglę­dem mnie do­pu­ści­łeś.

Od­po­wie­dział mi śmiech. Tro­chę taki prze­sa­dzony, nieco wy­mu­szony, a po czę­ści rów­nież na­dal dzie­cięcy. Nie znie­chę­ciło mnie to, wręcz prze­ciw­nie, spo­tę­go­wało tylko nie­na­wiść ro­dzącą się wła­śnie w sercu.

– Te­raz odejdę… – za­czę­łam lek­kim to­nem, bo nie mia­łam ochoty do­pro­wa­dzać do dal­szego na­si­le­nia bez­sen­sow­nego kon­fliktu, który nie po­wi­nien w ogóle mieć dziś miej­sca.

– I ni­gdy tu nie wra­caj suko – prze­rwał moją wy­po­wiedź młody chło­pak, syn wła­ści­ciela, wy­da­jący roz­kazy bez­myśl­nym ma­rio­net­kom bę­dą­cym pod­wład­nymi jego ojca.

Nie ode­zwa­łam się już. Po pro­stu uśmiech­nę­łam się lekko, ale w tym uśmie­chu nie było nic sym­pa­tycz­nego. Dawno temu po­dej­rza­łam tę sztuczkę u swo­jej pra­co­daw­czyni Anny i świet­nie zda­wa­łam so­bie sprawę, że po­mimo swo­jej nie­po­zor­no­ści po­tra­fiła zdzia­łać cuda. Lekki ruch ką­ci­ków usta zwia­sto­wał bo­wiem kło­poty, które za­mie­rza­łam do­piero spra­wić.

– Jak so­bie ży­czysz dzie­ciaku – rzu­ci­łam za­czep­nie, spe­cjal­nie pod­kre­śla­jąc, kim dla mnie jest ma­jący się za Bóg wie kogo smar­kacz. – Po­jawi się tu ktoś inny, a wtedy módl się, by był ła­skaw­szy niż ja.

Spoj­rza­łam ostatni raz na Se­data – męż­czy­znę, któ­remu nieco wbrew so­bie od­da­łam serce, po czym lek­kim kro­kiem, wcale się nie śpie­sząc, opu­ści­łam bar, w któ­rym by­łam czę­stym go­ściem w prze­ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy. Wciąż nie mo­głam uwie­rzyć, że jedno nie­po­zorne spoj­rze­nie, rzu­cone bez­wied­nie, mo­gło do­pro­wa­dzić do otwar­tego kon­fliktu. Cóż, je­śli tak miało być, to nie za­mie­rza­łam się cof­nąć przed ni­czym.

We­zmę przy­kład z Anny: po­ko­nam swo­ich wro­gów, cho­ciażby i w otwar­tej woj­nie. I tak jak Anna nie po­zwolę, by coś lub ktoś sta­nął na dro­dze do mo­jego za­słu­żo­nego szczę­ścia. Nie te­raz, kiedy zna­la­złam part­nera, z któ­rym mo­głam cie­szyć się ży­ciem oraz zwy­kłą co­dzien­no­ścią.

Do­piero po przej­ściu ja­kichś stu me­trów, po­zwo­li­łam so­bie na oka­za­nie emo­cji. Pa­nika w jed­nej chwili prze­jęła kon­trolę nad moim cia­łem i umy­słem. Za­czę­łam ner­wowo od­dy­chać, ła­piąc każdy ko­lejny urwany od­dech. Kilka łez zło­ści prze­mie­sza­nej z bez­sil­no­ścią spły­nęło po moim po­liczku. Po­li­czy­łam do dwu­dzie­stu i po­sta­no­wi­łam wziąć się w garść. Anna na pewno nie oka­za­łaby ta­kiej sła­bo­ści, więc i ja nie po­win­nam.

Kro­cząc nad­mor­ską pro­me­nadą, oświe­tloną je­dy­nie wą­tłym świa­tłem ulicz­nych la­tarni za­sta­na­wia­łam się, co po­win­nam zro­bić. Sy­tu­acja, w któ­rej się zna­la­złam, nie na­le­żała w końcu do naj­lep­szych, ale prze­cież po­nad dwa lata temu wy­brnę­łam ze znacz­nie po­waż­niej­szych kło­po­tów. Nie każda ko­bieta da­jąca się na­cią­gnąć na duże pie­nią­dze oszu­stowi ma­try­mo­nial­nemu miała szansę na ze­mstę na swoim oprawcy. I to taką, która od­biła się na ca­łym jego ży­ciu. Ja tego do­ko­na­łam, no do­brze, zro­biła to za mnie nie­oce­niona Anna, ale po­tem i ja do­ło­ży­łam do tego nie jedną, a kil­ka­dzie­siąt ce­gie­łek.

Dzięki swo­jej sze­fo­wej udało mi się od­bu­do­wać wiarę w sie­bie i zy­skać pracę, któ­rej dziś, za żadne skarby, nie za­mie­ni­ła­bym na inną. Ow­szem, z bie­giem czasu sta­nę­łam na czele ar­mii pa­nów do to­wa­rzy­stwa dla bo­ga­tych dam, przej­mu­jąc obo­wiązki za­ło­ży­cielki ca­łego tego biz­nesu, ale też by­łam nie­mal pewna, że za­si­li­łam sze­regi cze­goś więk­szego, nie­bez­piecz­niej­szego. Zo­sta­łam za­ufaną asy­stentką sze­fo­wej Ma­fii i to ta­kiej pi­sa­nej przez duże “M”. A przy­naj­mniej tak lu­bi­łam to so­bie wy­obra­żać. Jak bo­wiem ina­czej mo­gła­bym wy­tłu­ma­czyć na­głą prze­pro­wadzkę do Gre­cji, strze­la­ninę na Sy­cy­lii i wszystko to, co działo się tuż po niej? Za­ta­pia­jąc się we wspo­mnie­niach na je­den, krótki mo­ment za­po­mnia­łam o te­raź­niej­szo­ści i ak­tu­al­nie gnę­bią­cym mnie pro­ble­mie.

Bez­wied­nie przy­sia­dłam na krze­sełku mi­ja­nej wła­śnie, a o tej po­rze nie­czyn­nej już re­stau­ra­cji i ro­zej­rza­łam się w koło. Mar­ma­ris zda­wało się po­grą­żone we śnie. Nic dziw­nego, do­cho­dziła trze­cia w nocy. Tylko gdzie­nie­gdzie można było do­strzec po­je­dyn­cze osoby lub nie­wiel­kie grupki tu­ry­stów po­wra­ca­ją­cych do swo­ich ho­teli. Po­win­nam pójść w ich ślady, w końcu o po­ranku mu­sia­łam do­stać się na prom pły­nący na grecką wy­spę Ro­dos. Nie mia­łam jed­nak na to ochoty. Ad­re­na­lina na­dal krą­żyła szybko w moim krwio­biegu, nie po­zwa­la­jąc na ochło­nię­cie. Mu­sia­łam zre­du­ko­wać jej po­ziom, by móc za­znać odro­biny od­po­czynku.

Na­gle po­de­rwa­łam się z miej­sca, my­śląc o Se­da­cie. Po­zna­łam go nie­mal sześć mie­sięcy temu, kiedy spon­ta­nicz­nie przy­pły­nę­łam do Mar­ma­ris na kil­ku­dniowe wa­ka­cje. Spa­ce­ru­jąc nad­mor­ską pro­me­nadą, za­trzy­ma­łam się w jed­nym z ba­rów i wła­śnie wtedy go zo­ba­czy­łam. Wy­soki, po­sturą przy­po­mi­na­jący groź­nego niedź­wie­dzia. Miał krót­kie czarne włosy i gę­stą brodę, dzięki któ­rej wy­glą­dał ni­czym wi­king. Wi­king, który na­gle zna­lazł się wbrew so­bie w XXI wieku. Jego piwne oczy zdra­dzały nad­prze­ciętną in­te­li­gen­cję, a jego uśmiech był w sta­nie sto­pić nie­jedno skute lo­dem serce. Skąd o tym wie­dzia­łam? Wła­śnie to uczy­nił z moim mię­śniem pom­pu­ją­cym krew.

Od razu zo­rien­to­wa­łam się, że był tam kimś waż­nym. Nie ser­wo­wał na­po­jów klien­tom, a je­dy­nie stał przy ka­sie, wy­da­jąc po­le­ce­nia, i cały czas zer­kał na mnie, gdy my­ślał, że tego nie wi­dzę.

Nie, nie po­zna­li­śmy się w trak­cie tam­tego urlopu. Na­sza in­te­rak­cja ogra­ni­czała się do stan­dar­do­wych po­wi­tań, kilku grzecz­no­ścio­wych zdań wy­mie­nia­nych pod­czas re­gu­lo­wa­nia ra­chunku oraz rzu­ca­nych ukrad­kiem spoj­rzeń.

Aby za­mie­nić z nim kilka pry­wat­nych słów, jesz­cze trzy razy przy­pły­nę­łam do Mar­ma­ris. Cza­sami po­ja­wia­łam się rano, wra­ca­jąc do Gre­cji po po­łu­dniu, in­nym ra­zem zo­sta­wa­łam na dzień lub dwa. Tak na­prawdę po­łą­czył nas zu­pełny przy­pa­dek. Wpa­dli­śmy na sie­bie w jed­nym ze skle­pów w cen­trum. Przy­wi­tał się, dla pew­no­ści przy­po­mi­na­jąc mi, skąd się „znamy”, a po­tem nie­śmiało za­py­tał, czy nie na­pi­ła­bym się z nim her­baty w po­bli­skiej ka­wia­rence przy pie­karni. Do dziś pa­mię­tam, jak sze­roko się uśmiech­nął, gdy przy­sta­łam na jego pro­po­zy­cję.

Se­dat ujął mnie swoją nie­śmia­ło­ścią oraz tym, że w miej­scu pracy za­cho­wy­wał się bar­dzo pro­fe­sjo­nal­nie w od­róż­nie­niu od wszyst­kich in­nych męż­czyzn, któ­rzy po­cząt­kowo pró­bo­wali mnie pod­ry­wać. Bio­rąc pod uwagę moje prze­szłe do­świad­cze­nia, to wła­śnie tym peł­nym sza­cunku dy­stan­sem naj­bar­dziej zy­skał w mo­ich oczach, za­pew­nia­jąc so­bie co­raz więk­sze uzna­nie. Na końcu zaś nie­po­strze­że­nie skradł moje serce. I wła­śnie z tego po­wodu nie mo­głam te­raz tak po pro­stu odejść, tra­cąc do­brego męż­czy­znę. Dru­giego ta­kiego pew­nie nie uda­łoby mi się zna­leźć.

Se­dat

Ode­tchną­łem głę­boko do­piero wtedy, gdy Em­rah zdjął nóż z mo­jego gar­dła. Nie mo­głem uwie­rzyć w to, że ktoś, kogo uwa­ża­łem za do­brego zna­jo­mego, w oka­mgnie­niu mógł ob­ró­cić się prze­ciwko mnie. I to na czyje po­le­ce­nie? Dzie­ciaka, któ­remu z re­guły wie­czo­rami udzie­la­łem ko­re­pe­ty­cji z ma­te­ma­tyki.

Od­kąd za­czą­łem pra­co­wać w tym ba­rze pięć lat temu, zda­wa­łem so­bie sprawę, że dzia­łam na po­le­ce­nie lu­dzi wpły­wo­wych, ale też po­cho­dzą­cych z ni­zin spo­łecz­nych. Obce im było ele­ganc­kie czy wy­szu­kane słow­nic­two, do­bre ma­niery lub cho­ciażby pod­sta­wowe za­sady funk­cjo­no­wa­nia w spo­łe­czeń­stwie. Jed­nak to, co wła­śnie się wy­da­rzyło, prze­ro­sło moje naj­śmiel­sze wy­obra­że­nie o ich bez­myśl­no­ści oraz cham­stwie.

Tak bar­dzo cie­szy­łem się, że Basi udało się wy­rwać na jedną noc z Ro­dos. Zwłasz­cza że to była ta noc, pod­czas któ­rej wresz­cie mia­łem po­znać ta­jem­nice jej ciała. Pla­no­wa­łem roz­ko­szo­wać się sek­sem, by póź­niej za­snąć, trzy­ma­jąc ją w ra­mio­nach. Nie­stety po raz ko­lejny wy­da­rzyło się coś, co spra­wiło, że moja mę­skość mu­siała obejść się sma­kiem. Wes­tchną­łem ciężko, opa­da­jąc na je­den z ba­ro­wych fo­teli.

Czu­łem strach, bez­sil­ność, ale też obawy o to, co przy­nie­sie przy­szłość. Gdyby cho­dziło tylko o moje ży­cie, to nie wa­hał­bym się na­wet przez se­kundę. Usta­wił­bym tego ma­ło­lata do pionu i nie po­zwo­lił­bym mu od­zy­wać się w ten spo­sób do Basi. Nie­stety, mu­sia­łem my­śleć o młod­szym bra­cie, który miał tylko mnie. Po tra­gicz­nej śmierci na­szych ro­dzi­ców sta­łem się jego praw­nym opie­ku­nem oraz je­dyną szansą na do­bre ży­cie. Nie mia­łem prawa ich roz­cza­ro­wać, za­wsze po­wta­rzali mi, że nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści mu­szę opie­ko­wać się Mu­ra­tem.

Nie chcia­łem też za­wieść sie­bie oraz osoby, która w tak krót­kim cza­sie stała się dla mnie nie­zwy­kle ważna. Do tej pory nie wie­rzy­łem, że można ko­goś po­ko­chać za piękne serce, więc los prze­wrot­nie spra­wił, że tak wła­śnie się stało. No do­brze, przed sobą mogę się przy­znać rów­nież do tego, że jej ciało i krą­głe kształty dzia­łały na mnie od chwili, kiedy pierw­szy raz po­ja­wiła się w ba­rze. Wpły­wała na moje zmy­sły do tego stop­nia, że mó­wiąc jej zwy­kłe „dzień do­bry”, fan­ta­zjo­wa­łem o tym, jak przy­szpi­lam ją do ściany i ca­łuję głę­boko, by za­fun­do­wać za­równo so­bie, jak i jej fan­ta­styczne po­po­łu­dnie. Nie zna­łem wtedy na­wet jej imie­nia, a wy­obra­ża­łem so­bie, jak wpa­truje się we mnie tymi pięk­nymi oczami w mo­men­cie prze­ży­wa­nia eks­tazy.

Ro­zej­rza­łem się wkoło, lekko zdez­o­rien­to­wany. Na­dal pró­bo­wa­łem zro­zu­mieć, co tak wła­ści­wie się stało i dla­czego ten na­rwany dzie­ciak wy­wo­łał całą tę awan­turę. Prze­cież Ba­sia sie­działa tak jak zwy­kle przy ba­rze, in­te­re­su­jąc się mną bar­dziej niż czym­kol­wiek in­nym. Cały czas czu­łem na so­bie jej spoj­rze­nie, jej za­chwyt, może na­wet kieł­ku­jącą w jej sercu mi­łość.

Może, ale tylko może raz czy dwa prze­su­nęła wzro­kiem po syl­we­tce cią­gle krę­cą­cego się wo­kół mnie Meh­meta. Zresztą trudno by było nie za­uwa­żyć dzie­ciaka, który za zgodą ojca do­wo­dził ca­łym tym bur­de­lem na kół­kach, po­zwa­la­jąc so­bie na wię­cej niż nie­je­den star­szy od niego chło­pak. I to wła­śnie on na­gle, zu­peł­nie bez przy­czyny urzą­dził awan­turę o to, że moja ko­bieta pa­trzy na niego z nie­na­wi­ścią, i ka­zał jej wy­pier­da­lać, bo ina­czej ją za­bije. Oczy­wi­ście na­tych­miast sko­czy­łem, aby prze­rwać tę ab­sur­dalną sprzeczkę, ale wtedy Em­rah przy­sta­wił mi nóż do gar­dła, czy­niąc ab­so­lut­nie bez­sil­nym.

Bez­wied­nie zer­k­ną­łem na sprawcę dzi­siej­szych pro­ble­mów, a ten jakby na­tych­miast to wy­czuł, po­nie­waż po­pa­trzył na mnie. W jego spoj­rze­niu chyba po raz pierw­szy do­strze­głem po­gardę.

– Pa­mię­taj! Nie pod­ska­kuj mi, bo ina­czej tata zaj­mie się tobą albo tym twoim wy­chu­cha­nym bra­cisz­kiem! – za­gro­ził dzie­ciak, wy­cho­dząc z baru – A te­raz ogar­nij wszystko i za­mknij, w końcu masz klu­cze!

Czu­łem, jak opa­no­wuje mnie fu­ria. Nie­stety, wie­dzia­łem, że nie mogę nic zro­bić. Mu­sia­łem prze­łknąć tę gorzką pi­gułkę za­ser­wo­waną mi przez los, je­śli chcia­łem za­cho­wać ży­cie. Ale tylko te­raz… Od ju­tra za­cznę my­śleć, jak wy­plą­tać się z tej sieci za­leż­no­ści i raz na za­wsze za­koń­czyć pracę dla tych lu­dzi.

#

Za­mkną­łem bar, tak jak ka­zał mi syn wła­ści­ciela, i po­sze­dłem do służ­bo­wego miesz­ka­nia, które dzie­li­łem z młod­szym bra­tem. Na ty­łach bu­dynku znaj­do­wały się drzwi pro­wa­dzące na strych. Przy­sta­ną­łem w nich, uświa­da­mia­jąc so­bie, jak wiele w moim ży­ciu się zmie­niło.

Lo­kum nad ba­rem oraz dnie prze­peł­nione pracą i opieką nad Mu­ra­tem prze­stały mi wy­star­czać. Moja du­sza pra­gnęła cze­goś in­nego, cze­goś więk­szego, cze­goś do­sko­nal­szego. Chcia­łem, aby Ba­sia stała się czę­ścią mo­jej co­dzien­no­ści. Chcia­łem stwo­rzyć z nią wszech­świat, w któ­rym bę­dzie miej­sce dla nas i na­szego szczę­ścia. Nie­stety, aby tego do­ko­nać, będę mu­siał sto­czyć wiele cięż­kich i dłu­gich bi­tew. By­łem jed­nak na to go­towy.

Wcho­dząc po scho­dach, przy­sta­wa­łem co mo­ment, za­sta­na­wia­jąc się, od czego za­cząć. Gdy do­tar­łem na górę, wie­dzia­łem, że po­wi­nie­nem za­dzwo­nić do mo­jej uko­cha­nej. Mu­sia­łem upew­nić się, że bez­piecz­nie do­tarła do ho­telu. Do­piero po­tem za­cznę opra­co­wy­wać pre­cy­zyjny plan wpro­wa­dze­nia zmian w swoim ży­ciu.

– Ba­siu, skar­bie – ode­zwa­łem się, gdy tylko ode­brała. – Czy wszystko w po­rządku?

– Co to było? – usły­sza­łem w od­po­wie­dzi.

– Nie wiem, nie mam po­ję­cia. Ni­gdy do­tąd ten roz­piesz­czony dzie­ciak tak się nie za­cho­wy­wał. Ow­szem so­dówka ude­rzyła mu nieco do głowy, gdy oj­ciec prze­ka­zał mu wła­dzę nad ba­rem, ale to… Sam nic nie ro­zu­miem!

– A ten nóż? Co to? Ja­kiś do­mo­ro­sły gang no­żow­ni­ków? – spy­tała, a w jej to­nie mo­głem usły­szeć re­alny strach.

– Wiesz… – przez chwilę wa­ha­łem się, czy wy­znać jej prawdę, ale zro­zu­mia­łem, że z całą pew­no­ścią na nią za­słu­guje – nóż, pi­sto­let czy kij bejs­bo­lowy, dla nich to bez róż­nicy. Wszel­kie pro­blemy, które po­ja­wiają się na ich dro­dze, za­ła­twiają siłą. W ich ro­zu­mie­niu to je­dyny słuszny ar­gu­ment.

Wes­tchnęła prze­cią­gle, ale ja po­czu­łem, że ją tracę. Nie mo­głem na to po­zwo­lić, nie te­raz, kiedy wresz­cie od­na­la­złem szczę­ście u jej boku i zda­wa­łem so­bie sprawę, że po­wi­nie­nem zmie­nić to i owo.

– Odejdź z tego baru, bła­gam – szep­nęła, a ból w jej gło­sie spra­wił, że po­czu­łem go nie­mal fi­zycz­nie.

Gdyby to wszystko było ta­kie pro­ste… Nie­stety nie było!

– Askım – na­zwa­łem ją piesz­czo­tli­wie tu­rec­kim zwro­tem, ozna­cza­ją­cym „moja mi­ło­ści” – ty nie ro­zu­miesz! Ja nie mogę tak po pro­stu opu­ścić tego miej­sca i tych lu­dzi. To nie jest tak kul­tu­ralne to­wa­rzy­stwo, do ja­kiego przy­wy­kłaś. Da­leko im do kółka wza­jem­nej ad­o­ra­cji stwo­rzo­nego z ele­ganc­kich oraz wy­kształ­co­nych wła­ści­cieli pię­cio­gwiazd­ko­wych ku­ror­tów w Gre­cji. Wiem i wi­dzia­łem zbyt wiele rze­czy; rze­czy, które ni­gdy nie po­winny wy­pły­nąć na świa­tło dzienne.

– Czy ty twier­dzisz, że ci lu­dzie to ma­fia?

Nie są­dzi­łem, że za­pyta wprost. Cho­lera! I co ja mo­głem jej na to od­po­wie­dzieć? Tak? Prze­cież, na­wet je­śli to po­twier­dzę, to z pew­no­ścią nie zro­zu­mie po­wagi sy­tu­acji, w ja­kiej się zna­la­złem. Po pro­stu prze­stra­szy się i już ni­gdy jej nie zo­ba­czę. Nie? Wtedy będę mi­jał się z prawdą tak bar­dzo, że za­ha­czę o kłam­stwo, a tego ro­bić z całą pew­no­ścią nie chcia­łem.

– Ma­fia to chyba jed­nak zbyt duże słowo – za­czą­łem dy­plo­ma­tycz­nie, pró­bu­jąc oględ­nie ująć to, czym była struk­tura pod­wład­nych Ar­slana. – Ow­szem, zda­rza mu się zło­żyć ko­muś pro­po­zy­cje nie do od­rzu­ce­nia, cza­sami wy­mu­sić ja­kieś dzia­ła­nie si­łowo bądź sku­tecz­nie uci­szyć nie­wy­god­nego dla sie­bie czło­wieka, ale nie ma pod­staw, by po­rów­ny­wać go do bos­sów z hol­ly­wo­odz­kich fil­mów. Nie ma do tego ani pre­dys­po­zy­cji, ani apa­ry­cji.

– To, co opi­su­jesz, brzmi jak ty­powe dzia­ła­nia ma­fii. – Ba­sia upar­cie ob­sta­wała przy uży­wa­niu aku­rat tego okre­śle­nia, do­da­jąc ca­łej sy­tu­acji więk­szego dra­ma­ty­zmu.

– Je­śli na­wet, to tylko na małą skalę.

Wsłu­chu­jąc się w jej spo­wal­nia­jący od­dech, do­sze­dłem do wnio­sku, że chyba udało mi się nieco ją uspo­koić. Po ci­chu na­wet za­czą­łem gra­tu­lo­wać so­bie suk­cesu, gdy prze­rwał mi jej przy­tłu­miony głos.

– Czy w Mar­ma­ris jest ktoś sil­niej­szy od niego, przed kim mu­siałby czuć re­spekt?

Cho­lera! Znowu nie­wy­godne py­ta­nie, a od­po­wiedź na nie z pew­no­ścią nie przy­pad­nie jej do gu­stu. Zresztą jak tak te­raz my­śla­łem o tym wszyst­kim, co wi­dzia­łem i sły­sza­łem, to za­czą­łem do­cho­dzić do wnio­sku, że od­po­wie­dzi na jej py­ta­nia nie po­do­bają się rów­nież mnie. Nie o ta­kim ży­ciu ma­rzy­łem, koń­cząc stu­dia.

– Ra­czej nie… – od­rze­kłem szcze­rze, pro­sząc Boga o to, aby nie drą­żyła da­lej.

– A je­śli po­jadę, dajmy na to sto ki­lo­me­trów da­lej, to czy tam twój szef na­dal bę­dzie szy­chą?

Uff, na to py­ta­nie od­po­wiedź była pro­sta i czu­łem, że z pew­no­ścią przy­pad­nie jej do gu­stu!

– Zde­cy­do­wa­nie nie.

Ci­sza. To za­ska­ku­jące, ile emo­cji kryje się w chwili, gdy ża­den dźwięk nie jest w sta­nie pod­po­wie­dzieć, ja­kie pro­cesy my­ślowe za­cho­dzą w gło­wie two­jego roz­mówcy. A prze­cież może tam dziać się do­słow­nie wszystko, od po­go­dze­nia się z fak­tami, po chęć za­koń­cze­nia kło­po­tli­wej i tylko z po­zoru źle ro­ku­ją­cej re­la­cji.

– Co za­mie­rzasz te­raz zro­bić? – pa­dło py­ta­nie, które na­dal po­zo­sta­wiało zbyt sze­ro­kie spek­trum moż­li­wo­ści in­ter­pre­ta­cyj­nych.

Ba­łem się, czy będę w sta­nie udzie­lić na nie ocze­ki­wa­nej od­po­wie­dzi.

– Nie chce cię stra­cić, to na pewno – wy­zna­łem szcze­rze w na­dziei, że po­trak­tuje moje słowa se­rio. – Po­sta­ram się stam­tąd odejść, ale nie wiem, ile to po­trwa. Może mie­siąc, a może rok…

– A może nie uda ci się tego zro­bić ni­gdy – we­szła mi w słowo, do­syć smut­nym to­nem. – Wiesz, oglą­da­łam Ojca chrzest­nego, Ro­dzinę So­prano i kilka in­nych pro­duk­cji na te­mat ma­fii – do­dała, si­ląc się na do­syć czarny hu­mor.

– Ba­siu…

Na­wet nie wie­dzia­łem, czy mam prawo bła­gać ją o co­kol­wiek, zresztą, o co w ta­kiej sy­tu­acji po­wi­nie­nem pro­sić? Zda­wa­łem so­bie sprawę, że je­ste­śmy na sa­mym po­czątku wspól­nej drogi, a ona miała pełne prawo wy­co­fać się w ob­li­czu tego, co wy­da­rzyło się dziś wie­czo­rem w ba­rze.

– Zrób, co mo­żesz, aby się stam­tąd uwol­nić – po­pro­siła ci­chym, nie­mal nie­sły­szal­nym to­nem. – Ode­zwę się za kilka dni, kiedy prze­my­ślę so­bie to i owo.

– Nie spo­tkamy się dziś w nocy? – spy­ta­łem jak ostatni idiota, wie­dząc, że mi­nęła czwarta nad ra­nem, a ona o ósmej musi być w por­cie.

Jed­nego by­łem pe­wien – czu­łem, że mu­szę ją zo­ba­czyć, cho­ciażby na se­kundę. Przy­tu­lić, po­ca­ło­wać, za­pew­nić, że wszystko bę­dzie do­brze!

– A czy ma to sens? – wes­tchnęła zmę­czo­nym to­nem, ale wy­czu­łem w nim po­je­dyn­czą nutkę na­dziei.

– Za dzie­sięć mi­nut będę pod twoim ho­te­lem – obie­ca­łem, ma­jąc na­dzieję, że uda mi się zła­pać tak­sówkę o tej skan­da­licz­nej po­rze. – Zdaje so­bie sprawę, że je­steś wy­cień­czona, ale chcę po­czuć cię w swo­ich ra­mio­nach, uca­ło­wać twoje usta i po­czuć za­pach two­jej skóry. Nie mam prze­cież po­ję­cia, kiedy na­stęp­nym ra­zem będę mieć szansę zro­bić to po­now­nie. Nie­chaj więc moja tę­sk­nota za tobą karmi się tymi ską­pymi wspo­mnie­niami.

– Będę cze­kać przed re­cep­cją – za­pew­niła, po czym prze­rwała po­łą­cze­nie.

Na­dzieja na nowo wstą­piła w moje serce. Zbie­ga­jąc po scho­dach, obie­ca­łem so­bie, że zro­bię wszystko, by jej nie stra­cić. Ba, przy naj­bliż­szej oka­zji po­sta­ram się, by za­cie­śnić łą­czącą nas więź i po­znać jej ciało. W końcu ta ko­bieta była naj­cu­dow­niej­szą rze­czą, jaką po­da­ro­wał mi los, i mu­sia­łem upew­nić się, że po­zo­sta­nie w moim ży­ciu na za­wsze.

Uj­rza­łem ją z okna tak­sówki, kiedy stała lekko zgar­biona przed ho­te­lem. Wy­glą­dała na zmę­czoną, ale też kru­chą jak por­ce­lana. Rzu­ci­łem kie­rowcy dwie­ście li­rów i szybko wy­sia­dłem z auta, aby nie mu­siała cze­kać na mnie dłu­żej, niż to było nie­zbędne. Wy­pro­sto­wała się na mój wi­dok, a ja szybko za­mkną­łem ją w swo­ich ra­mio­nach. Przy­mkną­łem oczy, roz­ko­szu­jąc się cie­płem jej ciała, jej mięk­ko­ścią oraz ko­bie­co­ścią, która tak bar­dzo na mnie dzia­łała. Naj­chęt­niej po­rwał­bym ją do naj­bliż­szego wol­nego po­koju i spra­wił, aby­śmy oboje za­po­mnieli o wy­da­rze­niach dzi­siej­szej nocy. Wie­dzia­łem jed­nak, że nie tego po mnie ocze­ki­wała, a ja nie chcia­łem jesz­cze bar­dziej za­wieść jej ocze­ki­wań.

Po­czu­łem, że lekko się trzę­sie. Po­cząt­kowo wzią­łem to za ob­jaw zimna, w końcu noce o tej po­rze roku na­dal były bar­dzo chłodne, ale po chwili zro­zu­mia­łem, że ona pła­cze! De­li­kat­nie wy­swo­bo­dzi­łem ją ze swo­ich ob­jęć, by móc po raz pierw­szy od in­cy­dentu w ba­rze spoj­rzeć jej w oczy. Jej piękne błę­kitne tę­czówki za­snute były smut­kiem, któ­rego nie­stety nie po­tra­fi­łem ukoić, a to spra­wiało, że czu­łem jesz­cze więk­szość wście­kłość nie tylko na Meh­meta, ale też na sa­mego sie­bie.

– Prze­pra­szam – szep­ną­łem, nie bar­dzo wie­dząc, co jesz­cze mógł­bym po­wie­dzieć. – To wszystko moja wina, ale uwierz mi, zro­bię wszystko, aby to od­krę­cić.

Nic nie od­po­wie­działa. Po pro­stu chwy­ciła za ma­te­riał mo­jej bluzy i sta­jąc na pal­cach, się­gnęła ust. Onie­mia­łem. Moja słodka, nie­winna Ba­sia wła­śnie nie tylko za­ini­cjo­wała po­ca­łu­nek, ale też po­ka­zała po­przez niego, że na­dal jej na mnie za­leży!

Jej cie­płe wargi de­li­kat­nie mu­skały moje, jakby oba­wia­jąc się od­rzu­ce­nia. Nie­pew­nie ba­dała, ku­siła i za­chę­cała. Nie mo­głem więc po­zwo­lić, aby po­zo­sta­wała dłu­żej w nie­pew­no­ści co do mo­ich uczuć lub pra­gnień. Od­po­wie­dzia­łem dużo bar­dziej na­mięt­nie i nieco bar­dziej na­tar­czy­wie. Nie po­tra­fi­łem się po­wstrzy­mać ani tym bar­dziej cze­kać dłu­żej. Chcia­łem nie tylko brać, ale i da­wać. Mu­sia­łem wy­pa­lić na jej du­szy piętno, aby nie zde­cy­do­wała się po­rzu­cić mnie dla ko­goś in­nego. Za­ata­ko­wa­łem jej usta ję­zy­kiem, zmu­sza­jąc do ule­gło­ści. Wtar­gną­łem do ich wnę­trza, pra­gnąc ode­brać jej od­dech i wy­wo­łać za­wroty głowy.

Jęk­nęła ci­chutko, wtu­la­jąc się we mnie moc­niej. Do­ma­gała się bli­sko­ści gwa­ran­tu­ją­cej jej chwilę wy­tchnie­nia od pro­ble­mów, ale też obiet­nicy szczę­śli­wego za­koń­cze­nia. Boże! Gdyby tylko zda­wała so­bie sprawę, jak bar­dzo na mnie dzia­łała! To nie był ani od­po­wiedni czas, ani miej­sce, ale prze­cież mo­głem dać jej cho­ciaż przed­smak tego, czego mo­gli­śmy ra­zem do­świad­czyć.

Chwy­ci­łem ją dłońmi za po­śladki, zmu­sza­jąc, by ob­jęła mnie no­gami w pa­sie, co po chwili zwłoki uczy­niła. Przy­mkną­łem na mo­ment po­wieki, czu­jąc mięk­kość jej ciała. Ow­szem, ca­ło­wa­li­śmy się już wcze­śniej, ale ni­gdy nie za­tra­ci­li­śmy się w na­szej na­mięt­no­ści tak da­leko. Nieco po omacku prze­sze­dłem kilka me­trów, by do­słow­nie przy­szpi­lić ją do bocz­nej ścianę ho­telu. Obej­mo­wała mnie mocno za szyję, nie prze­ry­wa­jąc po­ca­łun­ków. Ści­skała mocno udami, sam już nie wi­dzia­łem czy po to, aby nie upaść, czy by zin­ten­sy­fi­ko­wać do­zna­nia pły­nące z bli­sko­ści na­szych ciał. To był czy­sty szał, ja­kiego jesz­cze chyba ni­gdy nie do­świad­czy­łem. Tra­ci­łem pa­no­wa­nie nad sobą, pra­gnąc za­głę­bić się w jej wnę­trzu tu i te­raz, bez zbęd­nego cze­ka­nia.

– Co wy tu ro­bi­cie?! – krzyk­nął głos do­cho­dzący z od­dali. – Wy­no­cha stąd! Wstydu nie ma­cie?

Nie­chęt­nie wy­pu­ści­łem Ba­się z ob­jęć i spoj­rza­łem w stronę, skąd pa­dły pełne zło­ści słowa. Star­szy męż­czy­zna w służ­bo­wym uni­for­mie nie wy­glą­dał, jakby po­tra­fił zro­zu­mieć na­gły po­ryw na­mięt­no­ści dwójki za­fa­scy­no­wa­nych sobą osób.

– To po­rządny ho­tel, a nie ja­kaś ru­dera z po­ko­jami na go­dziny – do­dał w tym cza­sie nie­zna­jomy, ro­biąc ko­lejne kilka kro­ków w ich stronę.

– Abi – za­czą­łem tu­rec­kim zwro­tem „bra­cie”, uży­wa­nym wzglę­dem star­szych męż­czyzn, jako oznaka sza­cunku – prze­pra­szamy bar­dzo za to chwi­lowe unie­sie­nie. To już się nie po­wtó­rzy – za­pew­ni­łem.

– A pew­nie, że nie! – Ochro­niarz nie dał się tak ła­two udo­bru­chać. – Miesz­ka­cie tu? To do po­koju! Nie miesz­ka­cie? To won! – do­dał ostro, dziel­nie wal­cząc o do­brą opi­nię miej­sca, w któ­rym pra­co­wał.

Wes­tchną­łem lekko, tę­sk­nie zer­ka­jąc na zdez­o­rien­to­waną i za­kło­po­taną Ba­się. Mimo wą­tłego świa­tła la­tarni by­łem w sta­nie do­strzec, jak bar­dzo się za­czer­wie­niła. Do­tkną­łem dło­nią jej ra­mie­nia, aby do­dać jej otu­chy, co tylko spo­tę­go­wało fu­rię męż­czy­zny.

– Nie ro­zu­mie­cie, jak się do was mówi? To wzy­wam po­li­cję i przed nimi się tłu­macz­cie!

– Nie ma po­trzeby – za­pew­ni­łem – po­wiem jej tylko do­bra­noc i zni­kam. Może pan nam dać do­słow­nie mi­nutę na po­że­gna­nie?

Ku memu za­sko­cze­niu ski­nął głową, po czym tak­tow­nie od­da­lił się na kil­ka­na­ście me­trów, bacz­nie ob­ser­wu­jąc nas z dy­stansu.

– Uwierz mi, zro­bię wszystko, by jak naj­szyb­ciej wy­do­stać się z tego baru, tylko pro­szę: po­cze­kaj na mnie!

Chciała rzu­cić mi się w ra­miona, ale po­wstrzy­ma­łem ją. I tylko Bóg mógł za­świad­czyć, ile wy­siłku mnie to kosz­to­wało. Nie­stety, nie mo­głem ry­zy­ko­wać no­wej utarczki z ochro­nia­rzem ani roz­sta­nia bez po­wie­dze­nia „do zo­ba­cze­nia”.

Spu­ściła wzrok, ro­zu­mie­jąc, że na inne za­koń­cze­nie wie­czoru nie mamy szansy. Ode­szła o krok, póź­niej drugi, jakby sama nie wie­działa, co po­winna zro­bić lub po­wie­dzieć. Do­piero po chwili unio­sła lekko głowę i spoj­rzała mi pro­sto w oczy.

– Uwa­żaj na sie­bie – szep­nęła le­dwo sły­szal­nym gło­sem – i… miejmy na­dzieję do zo­ba­cze­nia wkrótce!

Nie zdą­ży­łem jej na­wet od­po­wie­dzieć, po­nie­waż nie­mal bie­giem ru­szyła w kie­runku wej­ścia do ho­telu, zo­sta­wia­jąc mnie sa­mego na ulicy. Ja­kaś część mnie po­czuła strach, strach, że już ni­gdy wię­cej jej nie zo­ba­czę.

Anna

Po­ranna kawa w to­wa­rzy­stwie Ales­san­dra od pra­wie dwóch lat sta­no­wiła stały, nie­zmienny punkt pro­gramu w moim upo­rząd­ko­wa­nym i nieco nud­nym sche­ma­cie dnia. Dla­tego za­sia­da­jąc w ulu­bio­nym fo­telu, by­łam pewna, że nikt przy zdro­wych zmy­słach, oczy­wi­ście bez ra­cjo­nal­nego po­wodu, nie ośmie­liłby się za­kłó­cać mi tej wy­cze­ki­wa­nej chwili spo­koju. Kie­ru­jąc dzia­ła­niami ca­łej ro­dziny, mu­sia­łam zna­leźć spo­sób, by zre­ge­ne­ro­wać nie tylko siły, ale rów­nież za­cho­wać ba­lans psy­chiczny.

Po­ja­wie­nie się Sta­vrosa w drzwiach ga­bi­netu mo­gło i z pew­no­ścią zwia­sto­wało kło­poty, ja na­to­miast wstrzy­ma­łam od­dech, za­sta­na­wia­jąc się, jak po­ważne one będą. Wy­raz twa­rzy nowo przy­by­łego utwier­dził mnie w tym czar­no­widz­twie. Na­zna­czone już zmarszcz­kami, ale na­dal przy­stojne ob­li­cze zdra­dzało zde­ner­wo­wa­nie, co było nie­po­do­bne do Greka, który sta­nął przed nami. Mocno za­ci­śnięta szczęka oraz po­ważne spoj­rze­nie wska­zy­wały na to, że i jemu nie po­doba się to, co za­mie­rzał mi ob­wie­ścić.

Od­sta­wi­łam fi­li­żankę z kawą na sto­lik.

– Mamy pro­blem? – spy­ta­łam, chcąc jak naj­szyb­ciej przejść do kon­kre­tów.

Lu­bi­łam, gdy wszystko sta­wało się ja­sne od pierw­szego mo­mentu. Owi­ja­nie w przy­sło­wiową ba­wełnę tylko nie­po­trzeb­nie mnie iry­to­wało, a tego chcia­łam unik­nąć za wszelką cenę.

– Mamy – przy­tak­nął i ku memu za­sko­cze­niu na tym po­prze­stał.

Cze­ka­łam, aż roz­wi­nie nieco to do­syć la­ko­niczne stwier­dze­nie, ale nie­stety się za­wio­dłam. Naj­wy­raź­niej za­ufany współ­pra­cow­nik mo­jego świę­tej pa­mięci dziadka sam nie wie­dział, w jaki spo­sób prze­ka­zać mi złe wie­ści i zwle­kał, li­cząc na ja­kiś bli­żej nie­okre­ślony cud. At­mos­fera pa­nu­jąca w po­miesz­cze­niu po­woli za­częła się za­gęsz­czać, je­dy­nie po­tę­gu­jąc nie­po­kój chwili.

Ales­san­dro, nie­śpiesz­nie wo­dził wzro­kiem mię­dzy mną a moim pod­wład­nym. Zu­peł­nie jak­by­śmy roz­gry­wali ja­kiś nie­wer­balny mecz te­ni­sowy, na ko­niec zaś ner­wowo kaszl­nął, chcąc spro­wo­ko­wać któ­reś z nas do ja­kiej­kol­wiek re­ak­cji.

– Po­wiesz mi w końcu, o co cho­dzi? Albo cho­ciaż zdra­dzisz, co jest istotą pro­blemu? – spy­ta­łam, nie mo­gąc znieść na­pię­cia wy­peł­nia­ją­cego mój cał­kiem spo­rych roz­mia­rów ga­bi­net.

– Ba­sia – pa­dło w od­po­wie­dzi.

Ow­szem, by­łam przy­zwy­cza­jona do tego, że Sta­vros ni­gdy nie był zbyt­nio wy­lewny, w tym wła­śnie za­wie­rał się jego urok, ale jego milcz­ko­wa­tość za­częła mnie iry­to­wać i to bar­dzo. Gdy­bym była bar­dziej ner­wowa lub grała w ja­kimś se­rialu o ma­fii, to w tym mo­men­cie po­win­nam za­cząć strze­lać.

– Ba­sia? – po­wtó­rzy­łam za nim, po czę­ści nie wie­rząc w to, co sły­szę, po czę­ści za­sta­na­wia­jąc się, co to słod­kie dziew­czę mo­gło zdzia­łać, że wy­wo­łało tak nie­ty­pową re­ak­cję u czło­wieka z re­guły tak bar­dzo opa­no­wa­nego, jak sto­jący przede mną Grek.

– Nie wiem do­kład­nie, co się stało – przy­znał nie­chęt­nie, jakby wsty­dząc się, że nie udało mu się do­trzeć do istoty rze­czy – ale wró­ciła z tej Tur­cji bar­dzo wzbu­rzona. Roz­sta­wiała po ką­tach chło­pa­ków, na­krzy­czała na nową re­cep­cjo­nistkę, po czym stwier­dziła, że za­bi­ja­nie nie­kiedy bywa spo­so­bem na uwol­nie­nie spo­łe­czeń­stwa od nie­bez­piecz­nych jed­no­stek. Nie to jed­nak naj­bar­dziej mnie mar­twi. Oba­wiam się, że może ze­chcieć wcie­lić w ży­cie te nowe, do­syć ra­dy­kalne po­glądy, po­nie­waż sły­sza­łem, cho­ciaż na­dal mam na­dzieję, że coś źle zro­zu­mia­łem, jak pro­siła jed­nego z chło­pa­ków, by w wol­nym cza­sie za­czął ją uczyć, jak po­słu­gi­wać się bro­nią. I nie mó­wię tu o ja­kimś żeń­skim, ma­łym pi­sto­le­ciku, który zmie­ści się do wie­czo­ro­wej to­rebki. Wy­mie­niała Glocka, a także Uzi!

– Uzi? – po­wtó­rzył za nim były wło­ski po­li­cjant, bę­dący ak­tu­al­nie moim ży­cio­wym part­ne­rem. – W co ta dziew­czyna się wpa­ko­wała?

Sły­sząc to py­ta­nie z jego ust, ner­wo­wym ge­stem od­gar­nę­łam z twa­rzy nie­sforny ko­smyk zło­to­brą­zo­wych wło­sów, który cały czas opa­dał mi na prawy po­li­czek, wy­wo­łu­jąc iry­ta­cję. Przy­po­mnia­łam so­bie dzień, a ra­czej wie­czór, kiedy po­zna­łam pła­czącą i cał­ko­wi­cie za­ła­maną Ba­się. To wspo­mnie­nie było tak od­le­głe, że zda­wało się po­cho­dzić z in­nego, mi­nio­nego ży­cia. Uśmiech­nę­łam się na­wet na myśl o tym, jak bar­dzo zmie­niła się moja pod­opieczna, jak lu­bi­łam o niej my­śleć. Z bar­dzo nie­pew­nego sie­bie brzyd­kiego ka­czątka na mo­ich oczach wy­rósł piękny ła­będź, który na­uczył się trud­nych za­sad pro­wa­dze­nia in­te­re­sów w zdo­mi­no­wa­nym przez mę­skich szo­wi­ni­stów świe­cie.

– Co­kol­wiek by to nie było, po­winna wie­dzieć, że za­wsze może na nas li­czyć. W końcu jest czę­ścią ro­dziny, więc je­śli ktoś za­dziera z nią, a ewi­dent­nie z tego typu pro­ble­mem mamy tu do czy­nie­nia, to tak, jakby wy­po­wia­dał wojnę nam. Nie ukry­wam, boli mnie, że nie przy­szła z tym pro­sto do mnie – przy­zna­łam, czu­jąc nie­przy­jemne uczu­cie za­wodu ści­ska­jące oko­lice mo­jego serca.

– Ko­cha­nie, może po pro­stu nie chciała za­wra­cać ci głowy ja­kąś drob­nostką? – po­cie­szył mnie na­tych­miast Ales­san­dro.

– Drob­nostką? – po­wtó­rzy­łam za nim, si­ląc się na resztki spo­koju. – Mó­wimy o Basi, bie­ga­ją­cej Bóg wie, gdzie i za kim z Uzi w ręku! To brzmi jak za­po­wiedź Trze­ciej Wojny Świa­to­wej, a nie coś, co jest tylko moż­li­wym do zi­gno­ro­wa­nia szcze­gó­łem.

Męż­czy­zna sie­dzący w fo­telu na­prze­ciwko mnie wes­tchnął ciężko, po czym zer­k­nął na tak­tow­nie mil­czą­cego w tym cza­sie Sta­vrosa. Pa­no­wie wciąż pa­łali do sie­bie an­ty­pa­tią, cho­ciaż chwi­lowo stra­ciła ona na in­ten­syw­no­ści w ob­li­czu więk­szego pro­blemu. Star­szy męż­czy­zna zda­wał się bo­wiem zga­dzać z wy­po­wie­dzia­nymi przeze mnie sło­wami.

– Znasz ją zde­cy­do­wa­nie le­piej. Je­śli uwa­żasz, że nie jest to stan­dar­dowe dla niej za­cho­wa­nie, to ozna­cza, że czas spo­koju, któ­rym się roz­ko­szo­wa­li­śmy, wła­śnie do­biega końca – mruk­nął szcze­rze zmar­twiony Ales­san­dro. – Pro­szę tylko, że­byś na sie­bie uwa­żała nie­za­leż­nie od tego, co by się nie działo.

Z pew­no­ścią na­dal miał w pa­mięci dni prze­peł­nione stra­chem, gdy po­strze­lona przez mo­jego by­łego męża wal­czy­łam o od­zy­ska­nie przy­tom­no­ści, a póź­niej peł­nej spraw­no­ści. Do­bi­jał go też fakt, że za­miast mnie przed tym wszyst­kim ochro­nić, dał się zma­ni­pu­lo­wać i ni­czym młody szczu­pak po­łknął przy­nętę i zo­stał wy­wa­biony w od­po­wied­nim mo­men­cie z Sy­cy­lii.

Jed­no­cze­śnie zda­wa­łam so­bie sprawę, że cho­ciaż nie ro­zu­miał zbyt­nio wy­bo­rów mo­jej asy­stentki, nie znał jej jako czło­wieka, a co gor­sze wcale nie sta­rał się zmie­nić tego stanu rze­czy, to mimo wszystko na swój spo­sób lu­bił tę młodą ko­bietę. Zresztą w na­szej ma­łej ro­dzi­nie nie było chyba ni­kogo, kto nie da­rzyłby sym­pa­tią tej wiecz­nie uśmiech­nię­tej dziew­czyny.

– Ona ma nad­zwy­czajny ta­lent do pa­ko­wa­nia się w kło­poty – pod­su­mo­wa­łam bar­dziej do sie­bie, niż do niego – a ja ja­kimś cu­dem po­tem mu­szę ją z nich wy­cią­gać.

Roz­sia­dłam się wy­god­niej, mosz­cząc so­bie miej­sce po­mię­dzy mięk­kimi po­dusz­kami, i się­gnę­łam po fi­li­żankę z kawą. Nie chcia­łam mó­wić tego na głos, ale ja­kaś część mnie na­wet się ucie­szyła, że wresz­cie coś się dzieje. Ta sta­gna­cja i sie­dze­nie w fo­telu, ni­czym na tro­nie zbu­do­wa­nego przez dziadka im­pe­rium za­czy­nała mnie już po­woli nu­dzić.

– Co za­tem po­win­ni­śmy zro­bić w jej spra­wie? – spy­tał Sta­vros, wy­po­wia­da­jąc na głos py­ta­nie drę­czące całą na­szą trójkę.

– Dajmy jej dzień lub dwa – zde­cy­do­wa­łam w na­dziei, że prze­czu­cia mnie nie mylą. – Albo sama roz­wiąże ten ta­jem­ni­czy pro­blem, albo przyj­dzie z nim do mnie. Zna­jąc ją, by­łam pewna, że nie bę­dzie długo trwać w za­wie­sze­niu.

– Co­stas nie wie, czy może udzie­lić jej tych wska­zó­wek – wtrą­cił Sta­vros, naj­wi­docz­niej nie do końca za­do­wo­lony z planu, które za­pro­po­no­wa­łam.

– Niech wstrzyma się z tym do końca ty­go­dnia, ale wy­my­śli na tyle do­brą wy­mówkę, by Ba­sia w nią uwie­rzyła i cier­pli­wie cze­kała na pierw­szą lek­cję. Ostat­nie czego nam trzeba to, żeby szu­kała in­nych, bar­dziej ra­dy­kal­nych roz­wią­zań kło­po­tów, w ja­kie praw­do­po­dob­nie umyśl­nie bądź też nie się wpa­ko­wała.

Obaj męż­czyźni przy­tak­nęli, zga­dza­jąc się z moim ostat­nim stwier­dze­niem. Jako że nie po­zo­stało już nic do do­da­nia, Sta­vros ukło­nił się lekko, po czym nie si­ląc się na zbędne ko­men­ta­rze, ru­szył w kie­runku drzwi wyj­ścio­wych.

Ba­sia

Zmę­czona nie tyle cięż­kim dniem i pracą, ile roz­my­śla­niem oraz drę­cze­niem się pe­sy­mi­stycz­nymi wi­zjami zwią­za­nymi z sy­tu­acją Se­data, we­szłam do ho­te­lo­wego baru. Nie czę­sto się­ga­łam po al­ko­hol, ale dziś zde­cy­do­wa­nie mia­łam ochotę na ja­kiś ko­lo­rowy, słodki, ale jed­no­cze­śnie mocny kok­tajl. Mu­sia­łam po­zwo­lić so­bie na chwilę za­po­mnie­nia. Tak, aby roz­luź­nić się i po pro­stu cie­szyć cu­dow­nym ży­ciem, ja­kie po­da­ro­wała mi moja cu­do­wna sze­fowa.

– Co dla pani? – spy­tał przy­stojny Grek sto­jący za ba­rem. – Frappe? Coś cie­płego? A może w końcu skusi się pani na je­den z mo­ich po­pi­so­wych drin­ków?

– Ma być mocne, słod­kie i ku­szące wi­zu­al­nie – na pół po­pro­si­łam, na pół roz­ka­za­łam, roz­sia­da­jąc się na ho­ke­rze.

– I ta­kie wy­zwa­nia to ja lu­bię, po­sta­ram się nie za­wieść pani ocze­ki­wań – ucie­szył się męż­czy­zna, ma­jąc na­dzieję za­punk­to­wać. W końcu pod­czas nie­obec­no­ści Anny to ja naj­czę­ściej kie­ro­wa­łam tym ku­ror­tem. Nor­mal­nie zwró­ci­ła­bym mu uwagę, aby trak­to­wał mnie tak jak każ­dego na­szego go­ścia, ale dziś spe­cjalne trak­to­wa­nie mi nie prze­szka­dzało.

Do­słow­nie trzy mi­nuty póź­niej po­sta­wił przede mną ide­al­nie oszro­nioną szklankę wy­peł­nioną po­ma­rań­czowo-czer­wo­nym pły­nem ota­cza­ją­cym drobno po­kru­szony lód. Ca­łość zaś ude­ko­ro­wał kan­dy­zo­waną wi­sienką oraz ka­wał­kiem po­ma­rań­czy. Na sam wi­dok po­cie­kła mi ślinka.

– Pro­sty, ale smaczny drink Ba­hama Mama, przy­go­to­wany na ba­zie rumu. Na pewno przy­pad­nie pani do gu­stu.

Upi­łam pierw­szy łyk i po­czu­łam się jak w raju. Po­smak tro­pi­kal­nych owo­ców mie­szał się ze słod­kim aro­ma­tem al­ko­holu, przy­wo­dząc na myśl parne noce na pla­żach Ka­ra­ibów. Mruk­nę­łam z za­do­wo­le­niem, wy­wo­łu­jąc tym sa­mym uśmiech bar­mana.

Po­roz­ma­wia­li­śmy chwilę tak na­prawdę o ni­czym, po czym męż­czy­zna wró­cił do swo­ich obo­wiąz­ków za­wo­do­wych. Koń­czyła się pora ko­la­cji, dla­tego ho­te­lowy bar za­czął po­woli za­peł­niać się ludźmi spra­gnio­nymi wie­czor­nej roz­rywki przy szkla­neczce cze­goś moc­niej­szego. Na liczbę go­ści wpły­nęło za­pewne rów­nież przed­sta­wie­nie ka­ba­re­towe prze­wi­dziane w gra­fiku ani­ma­to­rów ma­jące za­cząć się już nie­ba­wem.

Trzy kok­tajle póź­niej tłum dla od­miany za­czął się prze­rze­dzać, a część świa­teł zo­stała wy­ga­szona. Pół­mrok ota­cza­jący nie­wielką grupę ho­te­lo­wych go­ści two­rzył przy­tulną, nie­mal in­tymną at­mos­ferę sprzy­ja­jącą flir­tom i ro­man­som. Zre­lak­so­wana, lekko pi­jana trwa­jącą chwilą i cho­ciażby tym­cza­so­wym ode­rwa­niem się od rze­czy­wi­sto­ści, roz­ko­szo­wa­łam się spo­koj­nym wie­czo­rem. Jakże był on różny od tego, który miał miej­sce za­le­d­wie trzy dni wcze­śniej w Mar­ma­ris. Na samo wspo­mnie­nie po­czu­łam, jak ogar­niają mnie złe emo­cje, a nie chcia­łam, by ze­psuły mi one ten siel­ski wie­czór.

– Można się przy­siąść?

Py­ta­nie to cał­ko­wi­cie mnie za­sko­czyło, wy­ry­wa­jąc ze złud­nej bańki szczę­ścia, w któ­rej zna­la­złam się za sprawą trwa­ją­cej chwili i al­ko­holu. Unio­słam wzrok utkwiony do tej pory w ni­co­ści, zlo­ka­li­zo­wa­nej gdzieś nieco po­nad jed­nym z przy­ga­szo­nych ży­ran­doli i zer­k­nę­łam na trzech mło­dych oraz zde­cy­do­wa­nie przy­stoj­nych męż­czyzn. Każdy z nich z po­wo­dze­niem mógłby wy­stą­pić w roz­bie­ra­nych re­kla­mach bie­li­zny Ca­lvina Kle­ina. Wszy­scy pra­co­wali dla mnie, a ra­czej dla Anny, w jej au­tor­skim pro­jek­cie „pa­nów do to­wa­rzy­stwa”.

– Już po pracy? – spy­ta­łam, pa­trząc na naj­star­szego z nich.

Ta­cjusz do­bie­gał trzy­dziestki, jed­nak nie­ustan­nie cie­szył się po­pu­lar­no­ścią wśród na­szych klien­tek. Praw­do­po­dob­nie de­cy­do­wało o tym nie tylko jego pięk­nie wy­rzeź­bione ciało, czy cza­ru­jący uśmiech, ale rów­nież uj­mu­jąca oso­bo­wość oraz fakt, że męż­czy­zna był do­brze wy­kształ­cony oraz nie­zwy­kle elo­kwentny. Cza­sami, roz­ma­wia­jąc z nim, sama dzi­wi­łam się, dla­czego wy­ko­nuje aku­rat taką pracę, skoro mógłby ro­bić ka­rierę w ja­kimś korpo lub bu­do­wać wła­sną markę. Cóż, to był jego wy­bór, a ja nie za­mie­rza­łam go z tego po­wodu oce­niać.

– Se­zon do­piero się roz­kręca. Na ra­zie wię­cej czasu po­świę­camy na udo­sko­na­la­nie na­szych spo­so­bów uwo­dze­nia czy spra­wia­nia przy­jem­no­ści niż na moż­li­wo­ściach wcie­la­nia tej uży­tecz­nej w na­szym przy­padku wie­dzy w ży­cie.

To prawda. Po­czą­tek kwiet­nia w tym roku był nie­zwy­kle spo­kojny, zu­peł­nie jakby tu­ry­ści nie wy­bu­dzili się z zi­mo­wego snu gdzieś w przy­tul­nej wio­sce nar­ciar­skiej w Al­pach. Da­wało to moż­li­wość przy­go­to­wa­nia się do se­zonu, ale też wzbu­dzało fru­stra­cję zwią­zaną z przy­mu­sową bez­czyn­no­ścią.

– Jesz­cze kilka ty­go­dni i nie bę­dzie­cie wie­dzieli, gdzie ręce wło­żyć – za­pew­ni­łam, chcąc nieco pod­nieść chwie­jące się mo­rale chło­pa­ków.

– Ra­czej, gdzie umo­czyć… – za­su­ge­ro­wał na­tych­miast Ja­nis.

Męż­czyźni wy­buch­nęli śmie­chem, tym sa­mym udo­wad­nia­jąc, że nie ma mię­dzy nimi za­zdro­ści czy ry­wa­li­za­cji czę­sto obec­nej wśród przed­sta­wi­cieli nie tylko tego za­wodu. To było wła­śnie wy­jąt­kowe w biz­ne­sie Anny. Do­słow­nie każdy jego aspekt był prze­my­ślany, aby raz wpra­wiona w ruch ma­szyna ni­gdy się nie za­ci­nała. Mnie też ten fakt czy­nił dumną, po­nie­waż od dwóch lat to wła­śnie ja prak­tycz­nie sama go pro­wa­dzi­łam.

– A może… – za­czął, ale po chwili urwał lekko zmie­szany Ta­cjusz.

– …prze­te­stu­jemy nowe sztuczki na pani Basi? – Ja­nis na­tych­miast od­czy­tał jego my­śli i do­po­wie­dział to, czego jego ko­lega z ja­kie­goś po­wodu oba­wiał się wy­ra­zić na głos.

– Do­sko­nały po­mysł – pod­chwy­cił na­tych­miast Agis, trzeci z mło­dzień­ców znaj­du­ją­cych się na fir­mo­wej li­ście płac.

Chcia­łam za­pro­te­sto­wać, pod­ry­wa­jąc się z ba­ro­wego krze­sła, ale wy­pity al­ko­hol dał o so­bie znać i nogi od­mó­wiły mi po­słu­szeń­stwa, nie po­zwa­la­jąc ru­szyć się z miej­sca. Sie­dzia­łam więc ni­czym za­hip­no­ty­zo­wana, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co tu się tak na­prawdę dzieje.

– Prze­cież nie zro­bimy nic ob­sce­nicz­nego, w końcu je­ste­śmy w miej­scu pu­blicz­nym – przy­po­mniał na­tych­miast Ta­cjusz, w ten spo­sób nieco mnie uspa­ka­ja­jąc.

– Po pro­stu na­zwijmy to kon­trolą ja­ko­ści świad­czo­nych przez nas usług – ode­zwał się Agis, uj­mu­jąc moją łydkę tylko po to, by po­ło­żyć ją na swoim umię­śnio­nym udzie.

Zwinne palce za­ini­cjo­wały de­li­katny ma­saż, który przy­niósł ulgę zmę­czo­nemu ciału. Jego do­tyk był nie­zwy­kle przy­jemny, po­wie­dzia­ła­bym, że nie­mal re­lak­su­jący. Opuszki pal­ców na zmianę mu­skały moją skórę i mię­śnie, tylko po to, by za mo­ment znacz­nie zwięk­szyć na­cisk.

Roz­kosz prze­mie­szana z lek­kim bó­lem spra­wiła, że po­czu­łam spo­kój gra­ni­czący z sen­no­ścią. Mia­łam ochotę od­pły­nąć w nie­byt. Jed­no­cze­śnie w spo­so­bie, w jaki mnie mu­skał, było coś, co spra­wiało, że z ru­ty­no­wej hi­ber­na­cji obu­dziły się wszyst­kie moje zmy­sły, wpro­wa­dza­jąc ciało w stan wyż­szej go­to­wo­ści.

One po pro­stu się wy­ostrzyły. In­ten­syw­niej czu­łam ucisk z nutą do­mi­na­cji, ale nie tylko to wpły­wało na moją wy­ob­raź­nię. Nieco agre­sywny, a na pewno mę­ski za­pach jego per­fum prze­mie­szany z aro­ma­tem roz­grza­nej po­łu­dnio­wym słoń­cem skóry oraz na­tu­ral­nych fe­ro­mo­nów odu­rzał mnie ni­czym naj­przed­niej­sze opium.

Wsłu­cha­łam się w lekko przy­śpie­szony od­dech męż­czy­zny, z nie­do­wie­rza­niem od­naj­du­jąc w nim pod­nie­ce­nie, któ­rego nie mógł, a może nie chciał ukryć. To wszystko po­dzia­łało na mnie ni­czym mie­szanka wy­bu­chowa. Za­pra­gnę­łam wię­cej, dużo wię­cej. Chcia­łam zo­ba­czyć, co poza ma­sa­żem Ta­cjusz mógłby mi za­ofe­ro­wać jako ko­bie­cie.

Wy­pity rum pod­po­wia­dał mi, że prze­cież nie ro­bię nic złego. Nie upra­wiam seksu, prze­pro­wa­dzam tylko kon­trolę ja­ko­ści usług ofe­ro­wa­nych przez mo­ich pra­cow­ni­ków. Do­kład­nie tak, jak po­wie­dział je­den z nich.

Po chwili zu­peł­nie się tego nie spo­dzie­wa­jąc, po­czu­łam mę­skie dło­nie na ra­mio­nach. Za­sko­czona od­chy­li­łam nieco głowę, na­tych­miast do­strze­ga­jąc po­chy­lo­nego nade mną Ja­nisa. Uśmiech­nął się do mnie czule, po czym wi­bru­ją­cym to­nem stwier­dził:

– Je­steś bar­dzo ze­stre­so­wana, po­trze­bu­jesz chwili re­laksu.

Tak, zde­cy­do­wa­nie miał ra­cję. Stres ostat­nich dni cią­żył mi strasz­nie, psu­jąc sa­mo­po­czu­cie, ale też wy­wo­łu­jąc nie­usta­jącą falę czar­no­widz­twa. Ku­mu­lo­wał się w mo­jej du­szy ni­czym wy­pię­trzone fale tsu­nami go­towe zmieść wszystko z po­wierzchni ziemi. Zde­cy­do­wa­nie na­le­żała mi się chwila wy­ci­sze­nia, dla­tego też pod­da­łam się na­ci­skowi sil­nych, ale jed­no­cze­śnie de­li­kat­nych rąk.

Za­nim zdą­ży­łam przy­zwy­czaić się do tego no­wego do­tyku, ktoś ujął moją dłoń, po czym za­czął le­ciutko ją ugnia­tać, wy­wo­łu­jąc we mnie ko­lejną falę nie­zwy­kłych wra­żeń. Lek­kie dresz­cze prze­ni­kały moje ciało, spra­wia­jąc, że mia­łam ochotę jęk­nąć, może nie z roz­ko­szy, ale z całą pew­no­ścią z przy­jem­no­ści.

Nie czu­łam się tak lekko i do­brze od… Do cho­lery, jesz­cze ni­gdy się tak nie czu­łam! Przy­mknę­łam oczy, po­zwa­la­jąc zmy­słom na­pa­wać się tym no­wym do­zna­niem. Było w tym wszyst­kim coś nie­przy­zwo­itego. Trzech męż­czyzn do­ty­kało mnie w miej­scu pu­blicz­nym, a ja nie mia­łam naj­mniej­szej ochoty za­pro­te­sto­wać, czy ich po­wstrzy­my­wać. Jed­no­cze­śnie szu­miący mi w gło­wie al­ko­hol pod­po­wia­dał, że bez trudu mo­gła­bym prze­nieść tę im­prezę w za­ci­sze mo­jego ho­te­lo­wego apar­ta­mentu. Ja­kiś pier­wotny in­stynkt pra­gnął tego, nie­mal wył z chęci speł­nie­nia. Zdrowy roz­są­dek jed­nak na­tych­miast przy­po­mniał mi o Se­da­cie. Cho­ciaż nasz zwią­zek nie wszedł jesz­cze na po­ziom fi­zycz­no­ści, zda­wa­łam so­bie sprawę, że ule­ga­nie dzi­siej­szej chwili by­łoby zdradą. Czymś, czego nie chcia­łam się do­pu­ścić. Na wspo­mnie­nie tego nie­zwy­kłego męż­czy­zny i na­szego peł­nego pa­sji po­ca­łunku przed ho­te­lem, otrzeź­wia­łam nieco, ale do­tyk dłoni, de­li­kat­nie gła­dzą­cych moje ra­miona, ręce i łydki, szybko za­brał mnie na po­wrót do kra­iny bez­wol­no­ści.

Gdzieś w tle za­dzwo­nił te­le­fon, ale w pierw­szej chwili nie zwró­ci­łam na to na­wet uwagi. Do­piero gdy ktoś, na­wet nie bar­dzo wiem kto, we­pchnął mi ko­mórkę do dłoni, od­ru­chowo ode­bra­łam po­łą­cze­nie, nie spraw­dza­jąc na­wet, z kim za chwilę będę miała oka­zję roz­ma­wiać. Na­dal po­zo­sta­wa­łam w tran­sie wy­wo­ła­nym przez ma­saż na sześć dłoni.

Ock­nę­łam się jed­nak w ułamku se­kundy, gdy na ekra­nie uj­rza­łam za­sko­czoną twarz Se­data. Uświa­do­mi­łam so­bie, tro­chę po­nie­wcza­sie, że po­łą­czył się ze mną za po­mocą What­sAppa i praw­do­po­dob­nie zo­ba­czył, że nie spę­dzam tego wie­czoru sa­mot­nie. Nie­stety już jego pierw­sze słowa po­twier­dziły moje obawy.

– Prze­szka­dzam w czymś?

Cho­ciaż z re­guły nie uży­wa­łam słów po­wszech­nie uzna­wa­nych za nie­cen­zu­ralne, to wła­śnie w tym mo­men­cie po­czu­łam po­trzebę za­klę­cia pod no­sem tra­dy­cyj­nym pol­skim „kurwa”. Jed­no­cze­śnie na­tych­miast po­de­rwa­łam się z ho­kera i szyb­kim kro­kiem, a może wła­ści­wie trzeba by­łoby to okre­ślić mia­nem biegu, od­da­li­łam się od mo­ich pod­wład­nych.

– Oczy­wi­ście, że nie – za­prze­czy­łam szybko w na­dziei, że ro­bię to prze­ko­ny­wa­jąco. – Ni­gdy nie prze­szka­dzasz!

Od­po­wie­działa mi chwi­lowa ci­sza. Jego ciemne oczy z nie­po­ko­jem wpa­try­wały się w ekran te­le­fonu, a tym sa­mym ka­mery, w któ­rej oku i ja mo­głam go zo­ba­czyć.

– Wiesz, gdy ode­bra­łaś, by­łaś oto­czona przez trzech na­prawdę przy­stoj­nych fa­ce­tów… – po­wie­dział w końcu i wi­dać było, że nie jest mu ła­two o tym mó­wić.

Cóż, pew­nie, gdy­bym przy­ła­pała go w po­dob­nej sy­tu­acji, też nie by­ła­bym za­chwy­cona.

Myśl, myśl, myśl – na­ka­za­łam so­bie bez­gło­śnie, pró­bu­jąc po­ko­nać chwi­lowe za­ćmie­nie umy­słu. W końcu do­szłam do wnio­sku, że za­wsze naj­lep­szym kłam­stwem jest to naj­bliż­sze praw­dzie!

– To moi pod­władni. Mie­li­śmy małe ze­bra­nie per­so­nelu, na któ­rym usta­la­li­śmy stra­te­gię dzia­ła­nia przed nad­cho­dzą­cym se­zo­nem. – Te słowa nie­mal same po­pły­nęły z mo­ich ust i wy­dały mi się cał­kiem ra­cjo­nal­nym wy­tłu­ma­cze­niem nie­zręcz­nej sy­tu­acji, któ­rej nie­chcący był świad­kiem.

– O tej po­rze? W ba­rze? I dla­czego oni wszy­scy wy­glą­dają, jakby mieli za­raz po­zo­wać do ja­kiejś re­klamy mę­skiej bie­li­zny lub środka na po­ten­cję? – spy­tał na po­cze­ka­niu, wy­ty­ka­jąc mi słabe punkty mo­jej wy­po­wie­dzi.

Wy­pity rum na sku­tek stresu za­czął ze mnie wy­pa­ro­wy­wać w tem­pie iście eks­pre­so­wym, dzięki czemu za­czę­łam od­zy­ski­wać moż­li­wość lo­gicz­nego my­śle­nia.

– Mu­sia­łam za­cze­kać, aż wszy­scy skoń­czą pracę, a pu­sty o tej po­rze bar wy­daje się cał­kiem nie­złym miej­scem. Prze­cież wiesz, że pra­cuję w branży ho­te­lar­skiej. A wy­gląd? Lu­dzie wolą, aby ob­sługa była miła dla oka. Przy­jem­niej pije się drinka po­da­nego przez przy­stoj­nego bar­mana.

Pójdę do pie­kła, pójdę do pie­kła – krzy­czało w tym cza­sie moje su­mie­nie, ja­sno da­jąc mi od­czuć, że co­raz bar­dziej brnę w kłam­stwa. Zda­wa­łam so­bie sprawę, że po­peł­niam ol­brzymi błąd. Nie mo­głam jed­nak po­wie­dzieć mu prawdy ani na te­mat dzi­siej­szego wie­czoru, ani tym bar­dziej na te­mat cha­rak­teru mo­jej pracy. Jesz­cze nie te­raz. Zwłasz­cza że śro­do­wi­sko, z któ­rym by­łam zwią­zana, sta­no­wiło praw­do­po­dob­nie o niebo więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwo, niż lu­dzie, wśród któ­rych ob­ra­cał się on sam.

I wła­śnie wtedy do­zna­łam olśnie­nia. Zro­zu­mia­łam, co mu­szę zro­bić i z kim po­roz­ma­wiać. Nie­stety mu­sia­łam z tym po­cze­kać do rana. Na ra­zie mo­głam tylko wy­rzu­cać so­bie, czemu do tej pory nie po­my­śla­łam o tym roz­wią­za­niu, które te­raz wy­da­wało się naj­wła­ściw­sze.

Nie prze­ry­wa­jąc po­łą­cze­nia wi­deo, ru­szy­łam w kie­runku swo­jego apar­ta­mentu, co uspo­ko­iło Se­data. Mu­sia­łam utwier­dzić go w prze­ko­na­niu, że tu w Gre­cji nie mam ni­kogo i na­dal chcę wal­czyć o na­szą szczę­śliwą i wspólną przy­szłość.

#

Ko­lejny dzień za­czął się jak każdy inny. Anna po­ja­wiła się w ga­bi­ne­cie punk­tu­al­nie o dzie­wią­tej, pro­sząc o kawę oraz do­star­czoną wcze­śniej pocztę. Po­tem wy­dała kilka naj­pil­niej­szych dys­po­zy­cji oraz za­py­tała o naj­waż­niej­sze uwzględ­nione dziś w gra­fiku spo­tka­nia, po czym zo­sta­wiła mnie samą. Ja zaś wal­czy­łam z lek­kim ka­cem oraz być może prze­sa­dzo­nym po­czu­ciem winy zwią­za­nym z moim wczo­raj­szym za­cho­wa­niem. To jed­nak jesz­cze bar­dziej mo­ty­wo­wało mnie do tego, aby pod­jąć pewne dzia­ła­nia. Mu­sia­łam tylko tra­fić na od­po­wiedni mo­ment.

Na­prawdę chcia­łam sku­pić się na pracy, ale moje my­śli zaj­mo­wało tylko jedno, je­dyne py­ta­nie, na które od­po­wie­dzieć mo­gła mi tylko moja sze­fowa. Nie­zgrab­nie, z lek­kim ocią­ga­niem wsta­łam z fo­tela i zde­ter­mi­no­wana chę­cią po­zna­nia prawdy, ru­szy­łam na spo­tka­nie z panną Ar­chial­lis.

We­szłam do ga­bi­netu, nie­pew­nie przy­sta­jąc na progu, po czym za­mknę­łam za sobą ci­chutko drzwi i mru­żąc lekko oczy ze stra­chu, za­py­ta­łam do­no­śnym to­nem:

– Czy MY je­ste­śmy ma­fią?

Wiem, za­da­łam to py­ta­nie dość bez­ce­re­mo­nial­nie, spo­glą­da­jąc na Annę z na­dzieją. Mia­łam świa­do­mość, że je­śli nie uczy­nię tego te­raz, to póź­niej po pro­stu za­brak­nie mi od­wagi.

Annę za­mu­ro­wało. By­łam tego pewna. Z pew­no­ścią nie spo­dzie­wała się, że jej asy­stentka, a może po czę­ści rów­nież przy­brana młod­sza sio­stra, bo tak wie­lo­krot­nie mnie trak­to­wała, zada jej kie­dy­kol­wiek tego ro­dzaju py­ta­nie.

Oczy­wi­ście, wszy­scy zna­li­śmy na nie od­po­wiedź i z całą pew­no­ścią była ona twier­dząca, ale praw­do­po­dob­nie nikt ni­gdy nie spy­tał o to tak otwar­cie, cze­ka­jąc przy tym na ofi­cjalne po­twier­dze­nie.

– Moja droga – za­częła spo­koj­nym to­nem – zdaję so­bie sprawę, że kiedy się po­zna­ły­śmy, pro­si­łam cię, abyś z każdą rze­czą, która cię za­nie­po­koi, przy­cho­dziła do mnie…

– Py­tam cał­kiem se­rio! – prze­rwa­łam jej ner­wo­wym to­nem, pró­bu­jąc ukryć na­ra­sta­jącą we mnie pa­nikę. – Wiem, że je­ste­śmy, to zna­czy, tylko ja­kiś bez­mó­zgi idiota nie zo­rien­to­wałby się po wy­da­rze­niach na Sy­cy­lii, ale… Może ja za­dam moje py­ta­nie ina­czej, abyś le­piej po­jęła, o co mi cho­dzi. Czy MY je­ste­śmy po­tężną ma­fią? Taką, która jest w sta­nie po­ra­dzić so­bie z ja­kimś do­mo­ro­słym oj­cem chrzest­nym ter­ro­ry­zu­ją­cym je­den, pod­kre­ślam tylko je­den ku­rort tu­ry­styczny na Wy­brzeżu Egej­skim oraz swoją wła­sną wio­chę, gdzieś hen na wscho­dzie Tur­cji.

Moje, do­piero co do­pre­cy­zo­wane py­ta­nie z całą pew­no­ścią wpra­wiło sie­dzącą na fo­telu ko­bietę w szok. Emo­cje ma­lu­jące się na jej twa­rzy zmie­niały się nie­mal jak w ka­lej­do­sko­pie. Wśród nich prym wio­dło zmar­twie­nie oraz zde­ner­wo­wa­nie.

– Kie­dyś prze­czy­ta­łam w jed­nym pol­skim ro­man­sie ma­fij­nym jak po­tężny szef ma­fii, o ile do­brze pa­mię­tam ro­syj­skiej, ma­wiał o so­bie: „ma­fia to ja” – za­częła dy­plo­ma­tycz­nie Anna, po­zwa­la­jąc so­bie na nie­winny żart. – Nie lu­bię sto­so­wać ta­kiej ste­reo­ty­po­wej ter­mi­no­lo­gii, ale tak „ma­fia to ja” i zde­cy­do­wa­nie ja­kiś drobny gracz nie jest w sta­nie mi pod­sko­czyć. Prze­ko­nał się o tym cho­ciażby Don Ser­gio z Sy­cy­lii… a on z całą pew­no­ścią nie był płotką. Po pro­stu po­wiedz mi, kto ci prze­szka­dza i z ja­kiego po­wodu, a ja zo­ba­czę, czy mo­żemy coś z tym fan­tem zro­bić.

Ulga, jaka na­tych­miast mnie ogar­nęła, była nie do opi­sa­nia. Oto wła­śnie na końcu tu­nelu po­ja­wiało się nie tyle małe świa­tełko na­dziei, ile całe mo­rze świa­tło­ści, które prze­pę­dziło z moje du­szy mrok i wszel­kie obawy.

– No więc jest pe­wien męż­czy­zna… – wy­szep­ta­łam ogar­nięta na­gle nie­śmia­ło­ścią.

Nie było w tym nic dziw­nego, w końcu po­zna­łam Annę wła­śnie przez moje nie­wy­da­rzone przy­gody ser­cowe, i ba­łam się nieco, że te­raz, gdy wpa­ko­wa­łam się w nowe kło­poty, po­ża­łuje, że wtedy tak bar­dzo mi po­mo­gła.

Sze­fowa za­śmiała się nie­znacz­nie, spo­glą­da­jąc na mnie z miną matki cze­ka­ją­cej na wy­ja­śnie­nia nie­sfor­nego dziecka.

– Który jak do­my­ślam się mieszka w Mar­ma­ris i z tego wła­śnie po­wodu sta­łaś się ostat­nimi czasy stałą klientką firmy pro­mo­wej kur­su­ją­cej mię­dzy Gre­cją a Tur­cją. Do­sta­łaś kartę ra­ba­tową? – do­dała, na­da­jąc ca­łej roz­mo­wie lek­kiego tonu, któ­rego ta dys­ku­sja tak bar­dzo wy­ma­gała. – Ale do rze­czy, kim jest ów do­mo­ro­sły oj­ciec chrzestny, jak sama go okre­śli­łaś? I co twoim zda­niem po­win­nam z nim zro­bić?

Na mo­ment za­parło mi dech w piersi. Wie­dzia­łam, że panna Ar­chial­lis nie lubi tra­cić czasu na bzdety, ale nie spo­dzie­wa­łam się, że tak szybko i rze­czowo przej­dzie do me­ri­tum sprawy.

– Se­dat, mój, na­zwijmy go, przy­ja­ciel…

Tu Anna za­chi­cho­tała na samo brzmie­nie tego słowa, prze­ry­wa­jąc mi na chwilę. Za­mil­kłam, cze­ka­jąc na jej wy­po­wiedź, ale ta nie na­stą­piła. Ko­bieta za to ski­nęła mi głową, ma­sku­jąc przy tym uśmiech i da­jąc znak, abym kon­ty­nu­owała swoją opo­wieść.

– Pra­cuje dla nie­ja­kiego Ar­slana Öz­do­ğana, wła­ści­ciela kilku ba­rów, który bez skru­pu­łów po­trafi po­zbyć się nie­wy­god­nego kon­ku­renta, czy ścią­gnąć ha­racz od nie­wiel­kich firm funk­cjo­nu­ją­cych w mie­ście. Tych nie­po­słusz­nych bez mru­gnię­cia okiem eli­mi­nuje. Se­dat chciałby stam­tąd odejść, ale boi się, bo jego szef nie ze­chce mu na to po­zwo­lić.

– Jak da­leko ten gość jest w sta­nie się po­su­nąć? Za­bija, je­śli trzeba? – we­szła mi w słowo sze­fowa, praw­do­po­dob­nie chcąc le­piej zwi­zu­ali­zo­wać so­bie za­kres dzia­łal­no­ści owego czło­wieka.

– Se­dat nie chciał mi tego po­wie­dzieć wprost. Wspo­mi­nał coś o broni, bój­kach i o tym, że wi­dział zbyt dużo. Pew­nie nie chciał mnie stra­szyć. Oczy­wi­ście, nie zdaje so­bie sprawy, że coś ta­kiego nie wy­wo­ła­łoby we mnie szcze­gól­nie wiel­kiego szoku.

– Mam na­dzieję, że nie ma po­ję­cia o NAS – wtrą­ciła się Anna, a w jej gło­sie wy­czu­łam nutę nie­po­koju.

Przez jedną krótką chwilę po­czu­łam smu­tek i żal. Jak mo­gła wąt­pić w moją lo­jal­ność? Jed­no­cze­śnie jed­nak ro­zu­mia­łam, dla­czego mu­siała za­dać to py­ta­nie.

– Oczy­wi­ście, że nie. Je­stem po pro­stu asy­stentką wła­ści­cielki ho­telu na Ro­dos. I wierz mi, ni­gdy nie do­py­ty­wał o szcze­góły do­ty­czące mo­jej pracy. Z tego, co wy­wnio­sko­wa­łam z jego słów, my­śli, że cały dzień ślę­czę nad ter­mi­na­rzem i po­ma­gam ci nieco w za­rzą­dza­niu ca­ło­ścią. Z całą pew­no­ścią nie trak­tuje mo­jej pracy po­waż­nie. Wręcz prze­ciw­nie, z tego, co nie­śmiało za­czął pla­no­wać, chce, abym pew­nego dnia prze­pro­wa­dziła się do niego, do Tur­cji.

Te­raz to Anna wy­glą­dała na smutną i za­wie­dzioną. Te uczu­cia po­ja­wiły się w jej oczach za­le­d­wie na je­den, krótki uła­mek se­kundy, ale do­strze­głam je, za­nim ko­bieta zdą­żyła je za­ma­sko­wać na­rzu­coną so­bie obo­jęt­no­ścią.

– Twoja przy­szłość jest w two­ich rę­kach, nie mogę wy­wie­rać na cie­bie żad­nego na­ci­sku, ale na­wet je­śli się po­że­gnamy, to nie spu­ścimy z cie­bie oka. Za dużo wiesz moja droga.

– Ale ja nie chcę od­cho­dzić – za­pro­te­sto­wa­łam na­tych­miast. – Je­ste­ście moją ro­dziną! Je­dyną, na którą mogę tak na­prawdę li­czyć!

Te słowa pły­nęły pro­sto z mo­jego serca. Do­kład­nie tak czu­łam. I cho­ciaż mia­łam ro­dzi­ców w Pol­sce, to w naj­trud­niej­szym mo­men­cie ży­cia od­wró­cili się ode mnie. Gdy pa­dłam ofiarą ła­sego na pie­nią­dze Mo­ham­mada i zo­sta­łam z przy­sło­wio­wym ni­czym, to Anna, a za jej sprawą rów­nież Aseel oraz inni współ­pra­cow­nicy po­śpie­szyli mi z po­mocą. A prze­cież by­łam dla nich to­tal­nie obcą osobą.

– Co więc za­mie­rzasz zro­bić? – spy­tała bar­dzo przy­tom­nie moja sze­fowa, nie ule­ga­jąc ani sile wspo­mnień, ani emo­cji, które od kilku dni cał­ko­wi­cie prze­jęły nade mną kon­trolę.

– Nie wiem – przy­zna­łam szcze­rze. – Po­szu­kać mu cze­goś na Ro­dos? – do­da­łam nie cał­kiem prze­ko­nana do tego po­my­słu, zda­jąc so­bie sprawę, że Se­dat nie pla­nuje opu­ścić oj­czy­zny.

– My­ślisz, że bez mru­gnię­cia okiem za­mieni pracę w jed­nej ma­fii na sta­no­wi­sko w sze­re­gach in­nej, sil­niej­szej ro­dziny?

– Z tego Ar­slana to jest taka ma­fia jak z ko­ziej dupy trąbka – mruk­nę­łam ci­cho.

Anna po­pa­trzyła na mnie za­sko­czona, po czym po pro­stu wy­buch­nęła śmie­chem, szcze­rym i nie­po­ha­mo­wa­nym. Cóż, chyba jed­nak nie po­wie­dzia­łam tego na tyle nie­wy­raź­nie, jak my­śla­łam i nie­chcący ją roz­śmie­szy­łam. I to do tego stop­nia, że po chwili w ką­ci­kach jej oczu po­ja­wiły się łzy…

– Do­brze… – szep­nęła, pró­bu­jąc nadać swo­jemu gło­sowi po­ważny ton – spraw­dzimy, czy ten do­mo­ro­sły ma­fioso, jak go na­zy­wasz, od­ro­bił lek­cję z sym­bo­liki i nie­wer­bal­nych prze­ka­zów sto­so­wa­nych przez Cosa No­strę czy Ka­morrę.

Do­słow­nie po­czu­łam, jak krew od­pływa mi z twa­rzy, a w gar­dle sku­mu­lo­wał się du­szący strach.

– Ale… nie chcę, aby coś się stało Se­da­towi – jęk­nę­łam, prze­ra­żona wi­zją ostrze­la­nia baru z ka­ra­binu ma­szy­no­wego czy wy­la­tu­ją­cego w po­wie­trze bu­dynku.

Anna czule po­gła­dziła mnie po po­liczku, przez co na mo­ment w mo­ich oczach stała się ko­cha­jącą sio­strą, dba­jącą o mnie jak o swoje wła­sne ro­dzeń­stwo.

– Ni­komu nic się nie sta­nie – za­pew­niła mnie opa­no­wa­nym to­nem – przy­naj­mniej na ra­zie. Je­śli ten fa­cet ma cho­ciaż jedną spraw­nie dzia­ła­jącą ko­mórkę mó­zgową, to na tym po­je­dyn­czym ostrze­że­niu po­winno się skoń­czyć… Je­śli nie, no cóż, miejmy na­dzieję, że nie czeka nas po­wtórka z Sy­cy­lii. A te­raz pro­szę, po­wiedz mi wszystko. Punkt po punk­cie, ze szcze­gó­łami i nie po­mi­jaj żad­nego, na­wet po­zor­nie nic nie­zna­czą­cego de­talu. Chcę wie­dzieć, co się wy­da­rzyło, a także to, dla­czego ja­kiś lo­kalny ma­fioso stoi na dro­dze do two­jego szczę­ścia.

Po raz ko­lejny ode­tchnę­łam z ulgą. Wy­glą­dało na to, że nie będę mu­siała sama sta­wać prze­ciwko ca­łemu światu, Anna, jak za­wsze zresztą, czu­wała nad moim bez­pie­czeń­stwem. Usia­dłam więc w fo­telu i za­czę­łam swoją opo­wieść.

Se­dat

Zmie­rza­jąc w stronę baru, usły­sza­łem cha­rak­te­ry­styczny, ochryp­nięty głos Ar­slana, wła­ści­ciela tego ca­łego graj­dołu. Wy­krzy­ki­wał naj­bar­dziej ob­raź­liwe prze­kleń­stwa, ja­kie ofe­ruje ję­zyk tu­recki.

Przy­mkną­łem na mo­ment po­wieki, bio­rąc głęb­szy od­dech. Co­kol­wiek się stało, to praw­do­po­dob­nie ja obe­rwę za to już za mo­ment. Po­woli za­czą­łem, oczy­wi­ście za sprawą Basi, do­strze­gać, że nie trak­to­wano mnie jak cen­nego pra­cow­nika, a ra­czej ko­goś na kształt nie­wol­nika.

Gdyby nie Mu­rat, któ­rym chcia­łem i mu­sia­łem się opie­ko­wać, a także ogromny dług, cią­żący mi co­raz bar­dziej, już dawno by mnie tu­taj nie było. Co bym zro­bił? Gdzie bym się udał? Nie wiem. Ale jedno było pewne – Ba­sia by­łaby tam ze mną. Uśmiech­ną­łem się na samo wspo­mnie­nie jej pięk­nych nie­bie­skich tę­czó­wek i ro­ze­śmia­nej twa­rzy. Za­ma­rzy­łem o jej słod­kich ustach i ciele, któ­rego kształ­tów chciał­bym się na­uczyć na pa­mięć. Gdyby tylko mo­gła znowu przy­pły­nąć do Mar­ma­ris… Tę­sk­ni­łem za nią, każ­dego dnia co­raz bar­dziej. Nie­stety ba­łem się, że po ca­łej tej ak­cji z mło­dym Öz­do­ğa­nem mogę jej już nie zo­ba­czyć. Na nic zdały się jej za­pew­nie­nia, że po­czeka na mnie, aż wy­plą­czę się z sieci za­leż­no­ści, w którą uwi­kła­łem się kilka lat temu. Nie po­ma­gało mi rów­nież to, że pra­co­wała z ty­loma przy­stoj­nymi męż­czy­znami. Prze­cież je­den z nich mógł mi ją ukraść.

Ko­lejne prze­kleń­stwa prze­rwały moje roz­my­śla­nia, a ku­fel prze­la­tu­jący tuż po­nad moją głową, spra­wił, że na po­wrót sku­pi­łem się na tu i te­raz. Do­strze­głem nie­wielką, bo stu sześć­dzie­się­cio­cen­ty­me­trową kor­pu­lentną po­stać, która swo­imi ga­ba­ry­tami przy­po­mi­nała kulę na krót­kich, pa­rów­ko­wa­tych nóż­kach. Fu­ria wy­pi­sana na twa­rzy spra­wiła, że jego kar­to­flany no­chal stał się czer­wony ni­czym nos jed­nego z re­ni­fe­rów Świę­tego Mi­ko­łaja na ame­ry­kań­skich re­kla­mach Coca-Coli.

– Co to ma zna­czyć? – wrza­snął, wska­zu­jąc na ja­kiś pa­ku­nek, a ra­czej za­wi­niątko le­żące na sto­liku przy wej­ściu do baru. – Skąd się to wzięło i kto to przy­niósł?

– To… to… zna­la­złem… pod drzwiami – ją­kał się młody, może osiem­na­sto­letni chło­pak, który kilka dni temu roz­po­czął pracę w ba­rze jako zwy­kłe po­py­cha­dło. Sprzą­tał, gra­bił pia­sek na plaży, czy­ścił szez­longi, a na­wet bie­gał do po­bli­skiego sklepu i speł­niał inne za­chcianki wła­ści­ciela, jego na­sto­let­niego syna oraz nie­mal wszyst­kich pra­cow­ni­ków baru.

– A co to, do kurwy nę­dzy, ro­biło pod drzwiami? – za­grzmiał w tym cza­sie Ar­slan, za­da­jąc cał­kiem bez­sen­sowne z na­tury py­ta­nie.

Nie mo­głem się nie uśmiech­nąć, ale wie­dzia­łem, że nie po­wi­nie­nem oka­zy­wać roz­ba­wie­nia całą tą sy­tu­acją. Po pro­stu przy­sta­ną­łem z boku i cze­ka­łem na dal­szy roz­wój wy­pad­ków, a ten miał mnie cał­ko­wi­cie za­sko­czyć!

– Se­dat! – huk­nął na­gle za­chry­piały głos na­le­żący do szefa – Sprawdź, co to!

Przez uła­mek se­kundy chcia­łem od­mó­wić, ale do­sze­dłem do wnio­sku, że le­piej się nie sta­wiać. Meh­met opo­wie­dział ojcu o wy­da­rze­niach sprzed kilku dni, oczy­wi­ście ko­lo­ry­zu­jąc swoją opo­wieść i czy­niąc z mo­jej ko­biety nie­mal płatną za­bój­czy­nię czy­ha­jącą na ży­cie spad­ko­biercy ro­dzin­nej for­tuny Öz­do­ğa­nów, a tym sa­mym na przy­szłość ca­łego rodu. W efek­cie na­ka­zano, a ra­czej „de­li­kat­nie” za­su­ge­ro­wano mi ze­rwa­nie kon­tak­tów z Ba­sią. Oczy­wi­ście nie za­mie­rza­łem tego zro­bić.

Chcąc nie chcąc, wy­ko­na­łem po­le­ce­nie i spraw­dzi­łem, co kryje za­wi­niątko ze sta­rych, po­mię­tych ga­zet. Od­wi­ja­jąc ko­lejną war­stwę pa­pieru, ku swemu wła­snemu za­sko­cze­niu uj­rza­łem mar­twą rybę. Je­śli miał­bym spre­cy­zo­wać, to była to do­rodna do­rada. Je­dyne, co mnie za­sko­czyło to to, że z jej otwar­tego pyszczka wy­sta­wał zwi­tek bank­no­tów. Na moje oko były to dwa lub trzy bank­noty dwu­stu­li­rowe.

Za­mar­łem. Przed oczami na­tych­miast sta­nęły mi wszyst­kie filmy ma­fijne, ja­kie obej­rza­łem na prze­strzeni lat. Wśród nich kró­lo­wała scena z Ojca chrzest­nego, gdzie po­do­bne za­wi­niątko ozna­czało, że Luca Brasi śpi z ry­bami. Czy to było ostrze­że­nie? Głu­pie py­ta­nie – to z całą pew­no­ścią było ostrze­że­nie! Ale kto mógł to przy­słać? Prze­cież to Ar­slan trzy­mał w swo­ich tłu­stych pa­lu­chach całe mia­sto. A może na arenę miał wkro­czyć nowy, sil­niej­szy gracz?

Spoj­rza­łem na szefa nieco prze­ra­żony. Pró­bo­wa­łem wy­czy­tać z jego twa­rzy czy owa prze­syłka wy­warła na nim rów­nie wiel­kie wra­że­nie, jak na mnie. Wstrzy­ma­łem od­dech, ocze­ku­jąc fali prze­kleństw w od­po­wie­dzi na tak nie­co­dzienny „po­da­ru­nek”. Jed­nak nic ta­kiego się nie wy­da­rzyło! Je­den rzut okiem na jego ob­li­cze wy­star­czył, aby zo­rien­to­wać się, że męż­czy­zna nie ma ab­so­lut­nie żad­nego po­ję­cia, co taka ryba może po­ten­cjal­nie ozna­czać. Za­miast oba­wiać się o swój biz­nes czy wła­sne bez­pie­czeń­stwo, śmiał się ni­czym dziecko.

– He, he, he – za­re­cho­tał ra­do­śnie. – Ktoś tu zde­cy­do­wa­nie chce mi się przy­po­do­bać, dba­jąc za­równo o mój żo­łą­dek, jak i fi­nanse – orzekł, zer­ka­jąc na za­war­tość za­wi­niątka. – Roz­pal­cie grill na ty­łach baru i szybko przy­go­tuj­cie mi ten ra­ry­tas – roz­ka­zał, się­ga­jąc do py­ska po pie­nią­dze. – Chcę, aby była go­towa za go­dzinę, kiedy wrócę!

Scho­wał bank­noty do kie­szeni i ru­szył w kie­runku wyj­ścia. Sto­jąc na progu, od­wró­cił się jesz­cze, spoj­rzał na przy­szły po­si­łek i uśmiech­nął się sze­roko. Jak wi­dać, nie do­pa­trzył się w tym po­da­runku żad­nego ostrze­że­nia. Może to ja po pro­stu by­łem zbyt­nio prze­wraż­li­wiony? Pró­bu­jąc od­go­nić złe prze­czu­cia, usia­dłem przy ka­sie i za­ją­łem się do­ku­men­tami księ­go­wymi. Cza­sami le­piej jest nie my­śleć zbyt dużo.

#

Po­woli za­pa­dał zmierzch, a tłum w ba­rze zda­wał się gęst­nieć z każdą chwilą. Za­po­wia­dał się ko­lejny pra­co­wity wie­czór, a ja po pro­stu mia­łem już dość. Ma­rzy­łem o chwili spo­koju w to­wa­rzy­stwie Basi. Od tam­tego fe­ler­nego wie­czoru nie po­ja­wiła się w Mar­ma­ris, a ja nie mia­łem szans, aby po­pły­nąć do niej na Ro­dos. Zo­sta­łem zmu­szony przez oko­licz­no­ści na bez­czynne ocze­ki­wa­nie na ruch z jej strony. Mo­głem zro­bić tylko jedno – po raz ko­lejny do niej za­dzwo­nić.

– Se­dat, ko­cha­nie? – roz­le­gło się po chwili w te­le­fo­nie. – Jak się masz? Wszystko w po­rządku?

Uwiel­bia­łem to w niej, jej bez­po­śred­niość, tro­skę o dru­giego czło­wieka i po­zy­tywną ener­gię, którą wręcz za­ra­żała. Tak dużo bym dał, aby móc ją te­raz ob­jąć i po pro­stu przy­tu­lić. Po­czuć cie­pło i bez­pie­czeń­stwo pły­nące nie tylko z jej ciała, ale i du­szy,

– Ja­sne, wszystko gra – za­pew­ni­łem ją szybko, my­śląc o ry­bie pod­rzu­co­nej dziś do baru. Z ja­kie­goś po­wodu nie po­tra­fi­łem za­po­mnieć o tym zda­rze­niu.

– Na pewno?

Jej nad­zwy­czajna do­cie­kli­wość mnie za­in­try­go­wała. Zwy­kle po stan­dar­do­wym po­wi­ta­niu roz­po­czy­na­li­śmy roz­mowę da­leką od stan­dar­do­wych for­mu­łek. Czyżby to ona stała za…? Nie, to nie­moż­liwe. Ja­kim cu­dem asy­stentka ele­ganc­kiej i pew­nie obrzy­dli­wie bo­ga­tej pa­niusi w śred­nim wieku mo­głaby mieć coś wspól­nego z Ar­sla­nem czy jego zde­cy­do­wa­nie nie­le­gal­nymi in­te­re­sami? Coś ka­zało mi jed­nak opo­wie­dzieć jej o dzi­siej­szym zda­rze­niu. Może po pro­stu chcia­łem spraw­dzić jej re­ak­cję?

– Do­sta­li­ście rybę? – za­re­ago­wała en­tu­zja­stycz­nie na zre­la­cjo­no­waną przeze mnie hi­sto­rię – I jak, smaczna była?

– Nie wiem. Ka­zał ją so­bie ugril­lo­wać, po czym z ra­do­ścią po­chło­nął ją w ca­ło­ści – od­po­wie­dzia­łem na jej py­ta­nie, nie da­jąc po so­bie po­znać, jak od­mien­nie po­trak­to­wa­łem tę nie­co­dzienną prze­syłkę. – Za­sta­na­wiał się je­dy­nie, kto zo­sta­wił taki prze­my­ślany pre­zent, bo do­rada na­leży do jego ulu­bio­nych.

I to by było na tyle – po­my­śla­łem z ulgą, wy­pusz­cza­jąc po­wie­trze z płuc. Moja ko­chana, nie­winna Ba­sia nie miała nic wspól­nego ze świa­tem bru­tal­nych po­ra­chun­ków, nie­le­gal­nych in­te­re­sów i ca­łego tego brudu współ­cze­sno­ści. Jak w ogóle mo­głem ją po­dej­rze­wać?

Po­czu­łem się winny, dla­tego szybko zmie­ni­łem te­mat, opo­wia­da­jąc jej o naj­now­szych od­kry­ciach z za­kresu astro­fi­zyki. W końcu to był nasz wspólny ko­nik. Coś, co nas po­łą­czyło i sta­no­wiło je­den z fi­la­rów, na któ­rych po­woli bu­do­wa­li­śmy za­czątki na­szego związku.

Roz­mowa z nią była ni­czym po­wiew świe­żego po­wie­trza, po­ma­ga­jący zła­pać od­dech w dusz­nym po­miesz­cze­niu co­dzien­no­ści. Jej obec­ność da­wała mi szansę na lep­szą przy­szłość, spra­wia­jąc, że chcia­łem wy­rwać się ze stanu sta­gna­cji.

#

Do­cho­dziła pół­noc, co w po­ło­wie kwiet­nia rów­nało się jed­nej z ostat­nich szans na wy­spa­nie się przed nad­cho­dzą­cym, dłu­gim se­zo­nem. Wpro­wa­dza­łem ostat­nie po­zy­cje do sys­temu, pla­nu­jąc przy tym wie­czór z bra­tem, o ile jesz­cze nie po­szedł spać, gdy usły­sza­łem pod­nie­sione głosy na pro­me­na­dzie. Ode­rwa­łem wzrok od ekranu kom­pu­tera i wtedy ich zo­ba­czy­łem.

Nie­stety, na­dzieja na szybki ko­niec pracy prze­pa­dła wraz z po­ja­wie­niem się Ar­slana oraz jego świty. Chwiej­nym kro­kiem, ro­biąc przy tym mnó­stwo ha­łasu i za­mie­sza­nia, wkro­czyli do ba­ro­wego ogródka. To­wa­rzy­stwo naj­praw­do­po­dob­niej już wcze­śniej gdzieś im­pre­zo­wało, po­nie­waż każdy, włą­cza­jąc w to na­dal ma­ło­let­niego Meh­meta, był w sta­nie wska­zu­ją­cym na spo­ży­cie.

Część z przy­by­łych usia­dła przy sto­liku, zaś po­zo­stali ru­szyli w kie­runku stołu bi­lar­do­wego, wzbu­dza­jąc więk­szy har­mi­der niż zde­cy­do­wana więk­szość tu­ry­stów by­wa­ją­cych tu wie­czo­rami. Wes­tchną­łem ciężko, na po­wrót za­ta­pia­jąc się w pracy. Na szczę­ście ich obec­ność to nie był mój pro­blem. Mo­gli się nimi za­jąć bar­man lub któ­ryś z kel­ne­rów. Ja mia­łem do wy­ko­na­nia inną, dużo bar­dziej od­po­wie­dzialną pracę i to na niej chcia­łem się skon­cen­tro­wać, skoro już mu­sia­łem cze­kać z za­mknię­ciem, aż wszy­scy, włącz­nie z wła­ści­cie­lem, wyjdą.

#

Ner­wowo zer­k­ną­łem na ze­gar w rogu ekranu kom­pu­tera. Wska­zy­wał pierw­szą w nocy. Za­klą­łem w my­ślach, się­ga­jąc po te­le­fon. Mu­sia­łem dać znać Mu­ra­towi, aby na mnie nie cze­kał. Dzie­ciak ju­tro miał za­ję­cia w szkole, więc po­wi­nien w końcu pójść spać. Koń­cząc pi­sać wia­do­mość na What­sAp­pie, usły­sza­łem lekko za­chryp­nięty głos szefa.

– Jesz­cze jedną rakı – krzyk­nął lekko beł­ko­tli­wym to­nem.

Nie za­re­ago­wa­łem. Te słowa z pew­no­ścią nie były ad­re­so­wane do mnie.

– Se­dat, ty mały skur­wy­synu, mó­wię do cie­bie! Po­daj mi jesz­cze jedną rakı!

Za­ci­sną­łem zęby, żeby nie od­po­wie­dzieć na tę wer­balną za­czepkę. Wie­dzia­łem, że za od­py­sko­wa­nie mo­głem obe­rwać od jed­nego z jego go­ryli. Jed­no­cze­śnie ro­zej­rza­łem się w koło i zda­łem so­bie sprawę, że wszy­scy pra­cow­nicy ci­cha­czem ucie­kli, pew­nie przez za­ple­cze, uda­jąc się na za­słu­żony od­po­czy­nek. Ja nie mia­łem ta­kiego szczę­ścia. W końcu do mo­ich obo­wiąz­ków na­le­żało nie tylko za­mknię­cie kasy, ale też tego przy­bytku. A to ozna­czało, że znowu mu­sia­łem peł­nić funk­cję pry­wat­nego bar­mana dla ca­łego tego to­wa­rzy­stwa.

Klnąc pod no­sem, ale na tyle ci­cho, by nikt mnie nie usły­szał, ru­szy­łem w kie­runku półki z al­ko­ho­lami. Po­woli, pró­bu­jąc opa­no­wać emo­cje, za­czą­łem przy­go­to­wy­wać za­równo por­cję słyn­nej tu­rec­kiej wódki, jak i szkla­neczkę z wodą po­trzebną do jej roz­cień­cze­nia oraz lód. Wo­la­łem od razu przy­go­to­wać wszystko, co ewen­tu­al­nie pi­jany Ar­slan mógł so­bie za­ży­czyć, aby in­te­rak­cję z nim ogra­ni­czyć do nie­zbęd­nego mi­ni­mum.

W tym cza­sie do­bie­gły mnie ko­lejne słowa szefa, tym ra­zem zde­cy­do­wa­nie nie były skie­ro­wane w moim kie­runku. Przy­naj­mniej chcia­łem mieć taką na­dzieję!

– Chodź tu­taj na ko­lanka – po czę­ści po­pro­sił, po czę­ści roz­ka­zał, kle­piąc się po ma­syw­nych udach – po­ba­wimy się tro­chę.

Jedna z dziew­czyn przy sto­liku za­chi­cho­tała, zwra­ca­jąc tym sa­mym moją uwagę. Usta­wia­jąc obie szkla­neczki i po­jem­nik z lo­dem na tacy, przyj­rza­łem się jej z da­leka. Oce­nił­bym ją mak­sy­mal­nie na dwa­dzie­ścia pięć lat. Miała dłu­gie włosy, po­far­bo­wane na nie­bie­sko. Praw­do­po­dob­nie pod­krę­ciła je wcze­śniej, więc gdy te­raz ru­szyła w kie­runku wzy­wa­ją­cego ją męż­czy­zny ko­cim kro­kiem, loki pod­ska­ki­wały lekko, na­da­jąc syl­we­tce do­dat­ko­wej za­lot­no­ści.

Bez zbęd­nego ocią­ga­nia opa­dła na jego zwa­li­ste ciało i na­dal chi­cho­cząc, po­gła­skała go po twa­rzy. Męż­czy­zna w od­po­wie­dzi za­mru­czał prze­cią­gle, po czym bez żad­nych wstę­pów po­ło­żył dłoń na jej na­gim ciele. Chwilę po­gła­dził ją de­li­kat­nie, by nie­spo­dzie­wa­nie wsu­nąć rękę pod krótką dżin­sową spód­niczkę. Zde­gu­sto­wany od­wró­ci­łem wzrok. Nie chcia­łem na­wet do­my­ślać się, gdzie były te­raz jego palce i co tam ro­biły. Nie­stety re­ak­cja dziew­czyny nie po­zwo­liła ni­komu na naj­mniej­sze wąt­pli­wo­ści. Jęk­nęła wy­mow­nie, wy­gi­na­jąc się przy tym tak su­ge­styw­nie, że by­łem go­towy za­ło­żyć się o sporą kwotę, że po pro­stu uda­wała, aby jak naj­bar­dziej usa­tys­fak­cjo­no­wać… klienta? Tak, zde­cy­do­wa­nie za­równo jej ubiór, jak i brak umiaru w za­cho­wa­niu świad­czyły o tym, że to dziew­czyna pra­cu­jąca.

Jej po­stę­po­wa­nie spo­tkało się z za­chwy­tem Ar­slana, który zin­ten­sy­fi­ko­wał ru­chy dłoni, wy­py­cha­jąc bio­dra w jej kie­runku. Dziew­czyna w mgnie­niu oka zro­zu­miała, o co mu cho­dzi i chwy­ciła go za kro­cze.