Wydawca: Wydawnictwo MG Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 861 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Shirley - Charlotte Brontë

Borykający się z przeciwnościami losu młody przedsiębiorca, Robert Moore, sprowadza do swej fabryki nowoczesne maszyny, czym naraża się lokalnej ludności do tego stopnia, że doczekuje się zamachu na swoje życie. By ratować podupadający interes, Moore rozważa poślubienie zamożnej i dumnej Shirley Keeldar, mimo że jego serce należy do nieśmiałej Caroline, żyjącej w całkowitej zależności od swego stryja. Tymczasem Shirley zakochana jest w ubogim Louisie, który zajmuje posadę guwernera w rodzinie jej wuja. Choć Louis odwzajemnia jej uczucie, ambicja i świadomość przepaści majątkowej, która ich dzieli nie pozwalają mu się do tego przyznać.

Shirey”, napisana przez Charlotte Brontë zaraz po „Dziwnych losach Jane Eyre”, to pełna pasji opowieść o konflikcie klas, płci i pokoleń, toczącym się wśród wrzosowisk północnej Anglii i na tle niespokojnej epoki wojen napoleońskich.

Opinie o ebooku Shirley - Charlotte Brontë

Fragment ebooka Shirley - Charlotte Brontë

CHARLOTTE BRONTË

SHIRLEY

przekład:

Copyright © 2011, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-058-8

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Korekta: Baltazar

Skład: Jacek Antoniuk

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.

Rozdział I

Z Księgi Kapłańskiej

Ostatnimi laty północ Anglii wydała obfity plon młodych pastorów. Wikarzy gęsto zamieszkują tamtejsze wzgórza. W każdej parafii znajduje się przynajmniej jeden duchowny w kwiecie wieku i u szczytu sił. Nie o ostatnich latach mamy jednak mówić, cofamy się bowiem do początku tego stulecia. Niech teraźniejszość spłowieje i uschnie w gorącym słońcu, niech pokryje ją gruba powłoka kurzu i niechże przestanie istnieć. Ucieknijmy południu, zapomnijmy o nim w porze sjesty, mińmy popołudnie w półśnie i niech nam się przyśni świt.

Jeśli ten wstęp wzbudził w Tobie, Czytelniku, nadzieję na romantyczne wrażenia, czeka Cię zawód. Czy liczysz na sentymentalizm, poezję, rozmarzenie? Czy spodziewasz się płomiennych uczuć, ekscytacji i melodramatu? Ucisz swoje oczekiwania, sprowadź je na ziemię. Leży przed Tobą coś autentycznego, prozaicznego i namacalnego. Rzecz tak nieromantyczna, jak poniedziałkowy poranek, gdy wszyscy posiadający miejsce pracy mają obowiązek powstać i do niego się udać. Nie jest kategorycznie stwierdzone, że nie skosztujecie emocji – być może na drugie danie i deser – ale już postanowione, że pierwsza potrawa będzie przypominała posiłek, który w Wielki Piątek znalazłby się na stole w katolickim domu. Jak zimna soczewica z octem, lecz bez oliwy. Jak przaśny chleb z gorzkimi ziołami. I żadnej pieczeni.

Ostatnimi laty, jak rzekłam, północ Anglii obfituje w młodych pastorów. Jednak lata 1811-1812 wciąż przypadały na okres niedostatku. Wikarzy należeli wówczas do rzadkości. Organizacja Pomocy Duszpasterzom i Stowarzyszenie Dodatkowych Wikarych nie istniały. Do strudzonych starych proboszczów i beneficjantów nikt nie wyciągał na pomocnej dłoni funduszy na opłacenie żywotnego młodszego kolegi prosto po Oxfordzie czy Cambridge.

W owym czasie obecni następcy apostołów – adepci doktora Edwarda Bouverie Puseya[1] oraz narzędzia Propagandy Wiary – rozwijali się w cieple swoich kołysek i w miednicach przechodzili sakrament odrodzenia przez chrzest kąpieli. Patrząc na nich, nie sposób byłoby zgadnąć, że podwójne falbanki tiulowego czepka okalają uświęcone czoła przyszłych następców świętego Pawła, Piotra czy Jana, a w fałdkach długich koszulek nocnych niepodobna było przewidzieć białą komżę, w której w przyszłości mieli z ambony bezlitośnie ćwiczyć dusze swoich parafian. A także, wymachując pośród żywiołowych gestów tą lejącą się szatą, wprawiać w nie lada zakłopotanie swoich staroświeckich proboszczów, za których czasów ta część garderoby nie śmiała unieść się nad pulpit.

Jednak i w latach owej posuchy zdarzali się wikarzy: jak drogocenna roślina – rzadka, lecz czasem spotykana. Pewna uprzywilejowana okolica w West Riding w hrabstwie York mogła pochwalić się aż trzema młodymi kapłanami w obrębie dwudziestu mil. Zobaczysz ich teraz, Czytelniku. Wejdź do tego schludnego domu z ogrodem na skraju Whimbury. Wkrocz dalej do małej bawialni, gdzie wszyscy trzej siedzą przy obiedzie. Pozwól sobie przedstawić: pan Donne – wikary miejscowości Whinbury, pan Malone – wikary Briarfield oraz pan Sweeting – wikary z Nunnely. Miejsce to jest kwaterą prywatną pana Donne’a w domu niejakiego Johna Gale’a, drobnego handlarza tkaninami. Pan Donne uprzejmie zaprosił współbraci na posiłek. Ty i ja wkrótce do nich dołączymy. Zobaczymy to, co warte zobaczenia, posłuchamy tego, co warte posłuchania. Jednakże na razie zajęci są tylko jedzeniem. Więc gdy oni sycą głód, my porozmawiamy na uboczu.

Nasi dżentelmeni są w kwiecie wieku. Mają całą żywiołowość tego interesującego okresu – żywiołowość, którą ich sędziwi przełożeni chętnie ukierunkowaliby na posługi duszpasterskie, na gorliwsze doglądanie szkół i częstsze wizyty u chorych swoich poszczególnych parafii. Tymczasem dla młodych pastorów są to czynności niezajmujące i wolą trwonić siły na zajęcie, które – choć może komuś innemu zdałoby się bardziej monotonne od pracy tkacza przy krośnie – dla nich jest niewyczerpanym źródłem przyjemności i rozrywki.

Mam tu na myśli upodobanie naszych dżentelmenów do krążenia tam i z powrotem pomiędzy ich indywidualnymi miejscami zamieszkania. Ten swoisty trójkąt wizyt praktykują nieprzerwanie przez cały rok: zimą, wiosną, latem i jesienią. Pora roku i aura nie mają znaczenia. Z niepojętym zapałem rzucają wyzwanie śniegowi i gradobiciu. Nie straszny im wiatr ani deszcz. Brną przez błoto i kurz, byle tylko spożyć posiłek lub wypić herbatę w swoim towarzystwie. Trudno stwierdzić, co ich przyciąga. Nie przyjaźń, albowiem przy okazji każdego spotkania się kłócą. Nie religia, gdyż to temat nie poruszany w ich gronie: choć w ich dyskusjach mogą się czasem znaleźć kwestie teologiczne, temat pobożności – nigdy. Nie łączy ich też zamiłowanie do jedzenia i picia. Każdy w swoim własnym mieszkaniu mógłby dostać równie smaczną sztukę mięsa i podobnie apetyczny pudding[2], tak samo aromatyczną herbatę i identycznie chrupiący tost, co w kwaterze swojego kolegi. Pani Gale, pani Hogg i pani Whipp – ich poszczególne gospodynie – twierdzą, że „to wszystko tylko po to, by przydać ludziom kłopotu”. Przez „ludzi” zacne panie mają na myśli oczywiście siebie. I w rzeczy samej, ten osobliwy system wzajemnych inwazji sprawia, że wciąż „chodzą wpółżywe”.

Pan Donne i jego goście, jak rzekłam, spożywają obiad. Obsługuje ich pani Gale. W jej oku czai się jednak iskra jak prosto z rozżarzonego kuchennego pieca. Według niej prawo do okazjonalnego dzielenia posiłku z gośćmi bez pobierania przez nią dodatkowej opłaty (prawo zawarte w umowie, podług której wynajmuje swoje pokoje) w tym tygodniu zostało już wystarczająco nadużyte. Jest dopiero czwartek, a w poniedziałek pan Malone, pastor z Briarfield, przyszedł na śniadanie i został na obiedzie. We wtorek panowie Malone i Sweeting z Nunnely przyszli na herbatę, zostali na kolacji, zajęli zapasowe łóżko i uraczyli ją swoim towarzystwem na śniadaniu w środowy poranek. Dziś jest czwartek i obaj przyszli na obiad, a pani Gale jest prawie pewna, że zostaną całą noc. C’en est trop, powiedziałaby, gdyby mówiła po francusku.[3]

Pan Sweeting rozdrabnia swój plaster pieczeni na talerzu i skarży się, że bardzo żylasta. Pan Donne woła, że piwo jest zwietrzałe. Ach! I właśnie to jest najgorsze. Żeby chociaż zachowywali się uprzejmie, wtedy pani Gale nie byłaby urażona. Gdyby byli zadowoleni z tego, co dostają, nie miałaby żadnych pretensji. Ale ci młodzi pastorzy są tak wyniośli, pyszni i gardzą wszystkimi. Traktują ją niegrzecznie tylko dlatego, że nie trzyma służącej i wszystkie prace domowe wykonuje sama – tak jak jej matka przed nią. Ponadto wciąż krytykują zwyczaje i mieszkańców Yorkshire. I z tego właśnie powodu pani Gale nie wierzy, że którykolwiek z nich jest dżentelmenem lub pochodzi ze szlachetnego rodu. „Jeden stary pastor jest wart więcej od całej masy młodzianów po studiach. Taki wie, co to dobre maniery i z uprzejmością traktuje wysoko i nisko urodzonych”.

– Więcej chleba! – pan Malone woła tak melodyjnie, że te zaledwie cztery sylaby od razu zdradzają jego pochodzenie z kraju koniczyny i kartofli. Pani Gale czuje do pana Malone’a niechęć większą niż do pozostałych dwóch. Ale lęk również. Jest to bowiem postać wysoka i mocnej budowy. O iście irlandzkich kończynach i prawdziwie irlandzkiej twarzy. Nie mam tu jednak na myśli dobrodusznego rodzaju oblicza tak często spotykanego u przedstawicieli tego narodu, lecz fizjonomię typową dla pewnej grupy irlandzkiego ziemiaństwa: o wysokich kościach policzkowych, przypominającą północnoamerykańskiego Indianina. Twarz o kamiennym i dumnym wyrazie, bardziej pasującą do właściciela plantacji niewolniczej niż pana wolnych chłopów. Ojciec pana Malone’a określał się mianem dżentelmena. Był ubogi, zadłużony oraz szalenie arogancki. I jego syn był taki sam.

***

Pani Gale podała chleb.

– Pokrójże go, kobieto – powiedział gość, wobec czego „kobieta” chleb pokroiła. Gdyby dała upust swoim instynktom, pokroiłaby również i pastora. Jej dusza rodowitej mieszkanki Yorkshire buntowała się wobec tak wydawanym rozkazom.

Wikarzy mieli zdrowy apetyt i chociaż wołowina była „żylasta”, zjedli jej sporo. Przełknęli też niezgorszą ilość „zwietrzałego piwa”. Na półmisek puddingu i dwie misy jarzyn jakby spadła szarańcza. Ich uwadze nie umknął też ser, a ciasto korzenne podane na deser rozpłynęło się w powietrzu. Ten ostatni fakt do wielkiego żalu doprowadził Abrahama – syna i spadkobiercę pani Gale. Liczący sobie sześć wiosen młodzieniec miał nadzieję na powrót smakołyku do kuchni, i gdy rodzicielka wróciła z pustym półmiskiem, chłopiec zaniósł się gorzkim szlochem.

Wikarzy tymczasem sączyli wino – trunek przyjęty z umiarkowanym entuzjazmem, bo nie najlepszego rocznika. Pan Malone oczywiście wolałby whisky, ale pan Donne, będąc Anglikiem, napoju nie trzymał. Popijając, spierali się. Nie o politykę, nie o filozofię, nie o literaturę – te tematy jak zwykle nie leżały w sferze ich zainteresowań. Nawet nie o teologię stosowaną czy dogmatykę, lecz o mało znaczące kwestie natury kościelnej – błahostki, które wszystkim innym wydałyby się próżne jak bańki mydlane. Pana Malone’a, który podołał już dwóm kieliszkom wina (podczas gdy jego bracia zadowolili się jednym), stopniowo opanowywał coraz lepszy humor, oznaczający pewną zuchwałość, wygłaszane napastliwym tonem nieuprzejmości i reagowanie doniosłym śmiechem na własne błyskotliwe uwagi.

Kompanów na cel obierał sobie kolejno. Na temat obu Malone miał zbiór żartów, które zwykł serwować regularnie w czasie okazji towarzyskich takich jak ta obecna i rzadko swój dowcip urozmaicał – przecież nigdy nie wydawał się sobie nużący, nie dbał też wcale o to, co inni o nim myślą. Pana Donne’a wyróżnił napomknieniem o jego krańcowym wychudzeniu, aluzjami do zadartego nosa, uszczypliwościami pod adresem pewnego podniszczonego czekoladowego surduta, który tamten dżentelmen zwykł zakładać zawsze gdy padało lub zanosiło się na deszcz. Wreszcie zaszczycił go drwinami na temat wybornego zestawu zwrotów gwary Cockney i typowej dla niej wymowy, którymi posługiwał się pan Donne, i które „naturalnie dodawały mu elegancji i blasku”.

Pan Sweeting wykpiony został za posturę – był niewielkim mężczyzną, o wzroście i sylwetce zaledwie chłopca w porównaniu z atletycznym Malone’em. Zadrwiono z jego talentów muzycznych – grał na flecie, a pieśni religijne śpiewał jak serafin (tak uważały niektóre młode parafianki). Został wyszydzony jako „ulubieniec pań”. Dokuczono mu również z powodu mamy i sióstr – biedny pan Sweeting traktował je z ciągle żywą troską i czasem nieopatrznie wspominał o nich w obecności irlandzkiego księdza, w którego anatomii serce zdawało się nie występować.

Każda ofiara przyjmowała te ataki w charakterystyczny dla siebie sposób: pan Donne z wymuszonym samozadowoleniem i w leniwym spokoju, które to cechy stanowiły jedyne filary jego nieco rozchwianego poczucia godności. Pan Sweeting z obojętnością właściwą dla swojego delikatnego i łatwego charakteru, w którym nie leżała chęć walki o swój honor.

Kiedy złośliwe uwagi Malone’a wkrótce stały się nieco zbyt obraźliwe, pozostali dwaj podjęli wspólną próbę kontrofensywy, dopytując, ilu chłopców tego dnia krzyczało za nim po drodze: „Irlandzki Piotrze!” (Malone miał na imię Peter: Wielebny Peter Augustus Malone). Dowiadywali się, czy wśród irlandzkiego duchowieństwa panuje moda na składanie duszpasterskich wizyt z pistoletem w kieszeni i kosturem w ręce. Udawali, że nie rozumieją niektórych angielskich słów, które pan Malone wypowiadał z silnym irlandzkim akcentem, i pytali o ich znaczenie. Próbując się zrewanżować, stosowali wszystkie metody, na jakie pozwalała im wrodzona subtelność.

To, rzecz jasna, na niewiele się zdało. Malone, ani dobroduszny z natury, ani opanowany, był obecnie u szczytu furii. Krzyczał i gestykulował gwałtownie – Donne i Sweeting odpowiadali śmiechem. Na całą wysokość swojego celtyckiego głosu przeklinał rozbawionych kolegów jako Anglosasów i snobów – ci docięli mu, że należy do podbitego narodu. On, w imię swojego kraju, zagroził rebelią i dał upust gorzkiej nienawiści do angielskiego panowania – oni wspomnieli o łachmanach, nędzy i zarazie. Małą bawialnię wypełniał okropny hałas. Po tak jadowitych zniewagach spodziewać się można było tylko pojedynku. Co dziwne jednak, pan i pani Gale nie podnieśli alarmu i nie posłali po posterunkowego, by zaprowadził porządek. Gospodarze przywykli już do tych awantur. Mieli świadomość, że gdy pastorzy spotykają się na obiedzie czy herbacie, należy się spodziewać słuchowiska tego rodzaju i nie drżeli o konsekwencje, wiedząc, że kłótnie duchownych były równie nieszkodliwe jak głośne, że nic z nich nie wynikało, i że bez względu na to, w jakich stosunkach wikarzy rozstaną się dzisiaj, jutro będą najlepszymi przyjaciółmi.

Kiedy zacna para siedziała w kuchni przy palenisku, słuchając dochodzących z bawialni donośnych uderzeń Malone’a w blat mahoniowego stołu i następującego po nich brzęku karafek i kieliszków, kpiącego śmiechu dwóch sprzymierzonych Anglików i bełkotliwych przemów osamotnionego Irlandczyka – gdy tak siedzieli, nagle dotarł ich odgłos czyichś stóp na progu i ktoś gwałtownie zakołatał do drzwi.

Otworzyć poszedł pan Gale.

– Kto jest u was w bawialni na piętrze? – zapytał głos dość szczególny: o nosowym brzmieniu i szorstki w wyrazie.

– Och, czy to pan, panie Helstone? W tych ciemnościach ledwo widzę, zmrok teraz tak szybko zapada. Zechce pan wejść, sir?

– Najpierw muszę wiedzieć, czy jest po co. Kto jest na górze?

– Wikarzy, sir.

– Jak to? Wszyscy trzej?

– Tak, proszę pana.

– To mi wystarczy.

Po tych słowach właściciel głosu wszedł. Był to ubrany na czarno mężczyzna w średnim wieku. Przeszedł prosto przez kuchnię do drzwi wewnętrznych, otworzył je i stanął w nich, nadstawiwszy ucha. Było czego słuchać, bo w tej samej chwili hałas na górze wzmógł się jeszcze bardziej.

– No, no! – mruknął i odwrócił się do pana Gale’a. – Często dochodzi tu do takich popisów?

Pan Gale, niegdyś strażnik kościelny, w stosunku do duchownych był pobłażliwy.

– Młodzi są, proszę pana. Młodzi są – powiedział, bagatelizując sprawę.

– Młodzi! Tym zepsutym łotrom trzeba chłosty. Gdybyście nie byli, Johnie Gale, praktykującym anglikaninem, tylko różnowiercą, oni takim zachowaniem wystawiliby siebie i nasz Kościół na pośmiewisko. Jednak ja…!

Nie kończąc rozpoczętego zdania, przeszedł przez wewnętrzne drzwi, zamknął je za sobą i zaczął wspinać się po schodach. Dotarłszy pod wejście górnego pomieszczenia, znów przysłuchiwał się przez chwilę, po czym bez żadnego ostrzeżenia wszedł i stanął przed wikarymi.

Ci zamilkli i skamienieli. Nieproszony gość też stał jak kamień. Był to człowiek niskiego wzrostu, ale o dumnej postawie. O szerokich ramionach i twarzy niczym jastrząb. Jego głowę wieńczył czarny kapelusz z szerokim wygiętym rondem, którego teraz w obecności tamtych nie uznał za stosowne ani zdjąć, ani uchylić. Założył ręce na piersi i niespiesznie przyglądał się swoim młodym przyjaciołom – jeśli nimi byli.

– Co to takiego? – zaczął, a jego głos stracił poprzednią nosowość i stał się głęboki. Nawet bardziej niż głęboki – zamierzenie przenikliwy i grobowy. – Co to takiego? Czy nastąpiło ponowne Zesłanie Ducha Świętego? Czy znów zstąpiły z niebios rozdzielone języki ognia? Gdzie się podziały? Przed chwilą w całym domu słychać było siedemnaście różnych mów: język Partów, Medów i Elamitów, mieszkańców Mezopotamii, Judei i Kapadocji, Pontu, Azji, Frygii, Pamfilii, Egiptu, libijskiego regionu Cyrenajka, Rzymu, język Żydów i nowych mieszkańców Izraela, Kreteńczyków i Arabów. Dwie minuty temu każdy z tych narodów musiał mieć w tym pokoju swojego przedstawiciela.

– Pan wybaczy, panie Helstone – zaczął pan Donne. – Proszę spocząć. Kieliszek wina?

Jego uprzejmości pozostały bez odpowiedzi. Jastrząb w czarnym płaszczu ciągnął dalej:

– Co ja mówię o darze języków? Dar doprawdy! Pomyliłem rozdział, księgę i testament. Ewangelie z Pięcioksięgiem, Dzieje Apostolskie z Księgą Rodzaju, miasto Jeruzalem z równiną Szinear. Żaden dar, tylko plątanina ozorów, która doprowadziła mnie do głuchoty pnia. Wy? Następcy apostołów? Wy trzej? Nie ma mowy! Trzech bezczelnych babilońskich kamieniarzy – ni mniej, ni więcej!

– Zapewniam pana, tylko ucinaliśmy sobie małą pogawędkę przy kieliszku wina po przyjemnym obiedzie. Rozprawiliśmy o różnowiercach!

– Och! Rozprawialiście o różnowiercach? Czy Malone rozprawiał o różnowiercach? Bo mnie to brzmiało jakby rozprawiał się ze swoimi kompanami. Kłóciliście się, we trzech czyniąc prawie taki harmider, jaki właśnie robi Moses Barraclough, krawiec-kaznodzieja, i wszyscy jego słuchacze w trakcie swojego obrzędu w kaplicy metodystów niedaleko stąd. Wiem, kto jest temu winny – ty Malone.

– Ja, panie?

– Ty, panie. Donne i Sweeting byli cicho, nim ty przyszedłeś i wciąż byliby cicho, gdybyś się nie zjawił. Żałuję, że przeprawiając się przez Kanał, nie zostawiłeś swojego irlandzkiego sposobu bycia w swoim kraju. Tu nie ma miejsca na studenckie zwyczaje z Dublinu. Zachowania, które mogą przejść niezauważone na dzikich bagnach i w górach Connaught, w przyzwoitej angielskiej parafii kompromitują tych, którzy sobie na nie pozwalają, i, co gorsza, instytucję, do której mają być zaledwie skromnym dodatkiem.

Sposób, w jaki ten niewielki starszy mężczyzna strofował młodych, cechował pewien rodzaj dostojeństwa, w tych okolicznościach dość nieoczekiwanego. Wyprostowana sylwetka pana Helsone’a i jego badawczy wzrok sprawiały, że – pomimo typowego dla duchownych odzienia – kapelusza, czarnego płaszcza i kamaszy, prezentował się bardziej jak starszy oficer karcący podwładnych niż czcigodny ksiądz upominający synów w wierze. Świątobliwa łagodność i apostolska dobrotliwość zdawały się nigdy nie gościć na tym wyrazistym ciemnym obliczu. Rysy tej twarzy rzeźbiła stanowczość, a mądrość wykuła w niej głębokie bruzdy.

– Dziś wieczorem spotkałem naszą konkurencję Supple­hough’a – kontynuował – jak w deszczu brnął przez błoto do kaplicy Milldean głosić ewangelię. Przed chwilą, jak mówiłem, słyszałem Barraclougha ryczącego jak wściekły byk w trakcie swojego obrzędu. I teraz widzę was, panowie, jak marnujecie czas, pijąc mętny portwajn i krzycząc jak przekupki. Nic dziwnego, że Supplehough w jednym dniu potrafił pozyskać sobie szesnastu nowych dorosłych wyznawców, jak to się stało dwa tygodnie temu. Nic dziwnego, że Barraclough, ten łobuz i hipokryta, potrafił zwabić wszystkie te młode tkaczki w kwiatkach i wstążeczkach na swój pokaz rozbijania kadzi gołymi rękami. Tak jak nic dziwnego, że wy, pozostawieni sami sobie, bez nadzoru mojego lub proboszczów Halla albo Boultby’ego, zbyt często odprawiacie mszę świętą wobec gołych ścian pustego kościoła i odczytujecie swoje zdawkowe kazanie kościelnemu, organiście i woźnemu. Ale dość na ten temat. Przyszedłem zobaczyć się z Malone’em. Mam robotę dla pana, kapitanie!

– Co to takiego? – zapytał Malone z niezadowoleniem. – O tej porze dnia chyba nie chodzi o pogrzeb?

– Masz czym się bronić?

– Czy mam się czym bronić? Mam ręce. I nogi – odpowiedział Malone i zademonstrował swoje potężne kończyny.

– Pff… Broń mam na myśli.

– Mam pistolety, które pan mi dał. Nigdy się z nimi nie rozstaję. Na noc zostawiam je odbezpieczone na krześle przy łóżku. Mam też swoją laskę.

– Bardzo dobrze. Pójdziesz do fabryki Hollow?

– Coś się święci w Hollow?

– Jeszcze nie. I może w ogóle nigdy. Ale Moore jest tam sam. Wszystkich robotników, którym ufa, wysłał do Stilbro, a na terenie zostały tylko dwie kobiety. To byłaby dobra okazja dla któregoś z jego sympatyków na złożenie mu wizyty, gdyby się tylko dowiedzieli, jak prosta przed nimi droga.

– Ale ja nie należę do jego sympatyków, sir. Nie przepadam za nim.

– Czyli tchórzysz, Malone?

– Dobrze pan wie, że nie. Gdybym naprawdę myślał, że istnieje szansa na awanturę, poszedłbym. Ale Moore to dziwny, nieufny człowiek, którego nie rozumiem, i dla samej przyjemności obcowania z nim nie kiwnę palcem u nogi.

– Ależ jest szansa na awanturę. Nawet jeśli nie dojdzie do konkretnych zamieszek – czego rzeczywiście nic nie sygnalizuje – to i tak mało prawdopodobne, że noc minie zupełnie spokojnie. Moore postanowił sprowadzić nowe urządzenia i dziś wieczorem spodziewa się dwóch wozów ze Stilbro z maszynami przędzalniczymi. Pojechali po nie nadzorca Scott i kilku wybranych ludzi.

– Przywiozą je bez problemów, sir.

– Moore też tak mówi i nikogo nie chce. Ktoś jednak musi tam być, chociażby po to, by w razie czego miał świadka. Według mnie jest lekkomyślny. Siedzi w swoim kantorze przy otwartych okiennicach. Wychodzi po zmroku, włóczy się po dolinie, przechadza się drogą Fieldhead, wałęsa się po plantacjach, zupełnie jakby był ulubieńcem okolicy, a nie jej znienawidzonym wrogiem. A może zdaje mu się, że, jak to mawiają w powiastkach, jest w czepku urodzony. Niczego nie nauczył go los Pearsona, przypadek Armitage’a też nie dał mu do myślenia. Jeden zastrzelony w swoim własnym domu, drugi na wrzosowiskach.

– Ależ on powinien odczytać to jako ostrzeżenie, sir. I zastosować środki ostrożności – wtrącił pan Sweeting. – I pewnie zrobiłby to, gdyby usłyszał to, co ja kilka dni temu.

– Co usłyszałeś, Davy?

– Zna pan Mike’a Hartleya, sir?

– Tkacza antynomistę[4]? Tak.

– Swój kilkutygodniowy ciąg picia Mike na ogół kończy wizytą na plebani w Nunnely, żeby powiedzieć panu Hallowi, co myśli o jego kazaniach, zdemaskować okropne tendencje w jego nauce o dobrych uczynkach i ostrzec go, że wraz ze swoimi słuchaczami trwa w grzechu.

– Ale to nie ma nic wspólnego z Moore’em.

– Poza byciem antynomistą jest też agresywnym jakobinem i lewellerem[5], proszę pana.

– Wiem o tym. Kiedy dobrze popije, w głowie mu tylko królobójstwo. Mike nie jest niezorientowany w historii, więc zabawnie słyszeć, jak wymienia tyranów, od których, jak mawia „krwawa zemsta zażądała satysfakcji”. Osobnik ma dziwne upodobanie do morderstw koronowanych głów, i w ogóle politycznych morderstw. Doszły mnie już pogłoski, że dziwnie marzy mu się Moore. Czy o to ci chodzi, Sweeting?

– Użył pan właściwego słowa, sir. Pan Hall uważa, że Mike nic osobiście nie ma przeciwko Moore’owi. Sam Mike mówi nawet, że lubi z nim rozmawiać i za nim chodzić, ale marzy mu się, by Moore został ukarany dla przykładu. Niedawno chwalił go przed panem Hallem, że jest najmądrzejszym właścicielem fabryki w Yorkshire, i z tego powodu, jak twierdzi, Moore’a należy poświęcić i złożyć w słodkiej ofierze. Czy sądzi pan, że Mike Hartley jest zdrowy na umyśle? – zapytał Sweeting po prostu.

– Trudno powiedzieć, Davy. Może jest obłąkany, a może tylko przebiegły. A raczej trochę jednego i drugiego.

– Opowiada, że ma wizje, sir.

– Ech! Istny z niego prorok Daniel lub anioł Ezekiel. W ubiegły piątek, gdy już wybierałem się na spoczynek, przyszedł opowiedzieć mi wizję, która ukazała mu się w Parku Nunnely tamtego popołudnia.

– Niech pan opowie. Co to było? – zachęcał Sweeting.

– Ty, Davy, chciałbyś wszystko wiedzieć. Malone’a nic nie interesuje, ani morderstwa, ani wizje. Wygląda w tej chwili jak wielki bezmyślny Saf.

– Saf? Kim był Saf, sir?

– Spodziewałem się, że nie będziesz wiedział. To postać biblijna. Znam tylko jego imię i pochodzenie. Ale od dziecka przypisywałem mu pewne cechy osobowości. Zaręczam, że był uczciwy, ociężały i nie miał szczęścia. Zginął z rąk Sibbekaja w Gob.

– Ale co z tą wizją, sir?

– Zaraz usłyszysz, Davy. Donne gryzie paznokcie, a Malone ziewa, więc opowiem tylko tobie. Mike stracił pracę, jak wielu innych, niestety. Pan Grame, zarządca lorda Philipa Nunnely, dał mu robotę przy klasztorze. Jak wynika z relacji Mike’a, gdy późnym popołudniem, ale jeszcze przed zmrokiem, strzygł żywopłot, usłyszał w oddali jakby orkiestrę: rogi, piszczałki i trąby. Dźwięki dochodziły z lasu i zdziwiło go, że ktoś gra tam muzykę. Spojrzał w górę i pomiędzy drzewami zobaczył poruszające się obiekty: czerwone jak maki i białe jak kwiat głogu. Las był ich pełen, zaczęły się z niego wylewać i wypełniać park. Wtedy dostrzegł, że to żołnierze – tysiące, dziesiątki tysięcy. Hałas robili jednak nie większy niż chmara muszek letniego wieczoru. Ustawili się w szyku i, jak zaręczał Mike, przemaszerowali, regiment za regimentem, przez park. Mike poszedł za nimi na błonia Nunnely, w oddali wciąż cicho grała muzyka. Na błoniach przyglądał się, jak żołnierze wykonują liczne ewolucje, na środku stał człowiek w szkarłatnym ubraniu i dyrygował nimi. Podobno rozciągali się, na pięćdziesiąt akrów i pozostawali w zasięgu wzroku przez pół godziny. Potem odmaszerowali w zupełnej ciszy. Przez cały czas Mike nie usłyszał ani czyjegoś głosu, ani stąpnięcia. Nic, tylko niewyraźną melodię uroczystego marszu.

– Dokąd poszli, sir?

– W stronę Briarfield. Mike podążył za nimi. Mijali Fieldhead, kiedy ciemny, niebieski słup dymu, taki jaki mógłby spowodować oddział artylerii, przepłynął bezgłośnie nad polami, drogą, błoniami aż do jego stóp. Po tym jak dym się rozrzedził, Mike wypatrywał żołnierzy, ale ci zniknęli. Więcej już ich nie zobaczył. Hartley, tak jak prorok Daniel, nie tylko szczegółowo opowiedział swoją wizję, ale przedstawił też jej interpretację. Oznacza ona, jak mnie powiadomił, rozlew krwi i bratobójczy konflikt.

– Daje pan temu wiarę, sir?

– A ty, Davy? Ale do licha, Malone, dlaczego jeszcze tu jesteś?

– Dziwi mnie raczej, sir, dlaczego sam pan nie został z Moore’em. Lubi pan takie historie.

– Byłbym tak zrobił, gdybym się niefortunnie nie umówił z Boultbym, że wstąpi do mnie na kolację po drodze ze spotkania Stowarzyszenia Biblijnego w Nunnely. Obiecałem Moore’owi, że przyślę cię w zastępstwie, za co, nawiasem mówiąc, wcale mi nie podziękował. Już wolałby mnie niż ciebie, Peter. Jeżeli zajdzie taka potrzeba, dołączę do was. Dzwon fabryczny ma zabić na alarm. Ty idź tymczasem. Chyba że… – tu odwrócił się nagle do Sweetinga i Donne’a – chyba że Davy Sweeting albo Joseph Donne woleliby pójść. Co wy na to, panowie? To zaszczytne zadanie, nie bez posmaku prawdziwego ryzyka. W kraju dzieją się bowiem niepokojące rzeczy, jak wiecie. Moore ze swoją fabryką i maszynami jest obiektem wielkiej nienawiści. Pod waszymi kamizelkami niewątpliwie biją rycerskie serca. Być może mam zbyt dużą słabość do wskazanego przeze mnie Petera. Może misji podejmie się drobny David? A może schludny Joseph? Malone, jesteś przecież tylko jak niedźwiedziowaty Saul, więc użyczysz oręża. Oddaj broń palną i przynieś swój kostur. Stoi w kącie.

Z wymownym uśmiechem Malone wydobył z kieszeni dwa pistolety i wyciągnął je do współbraci. Te jednak nie zostały przyjęte. Obaj dżentelmeni z gracją cofnęli się przed zaofiarowaną im bronią.

– Nigdy niczego takiego nie miałem w ręku – powiedział pan Donne.

– Pan Moore i ja praktycznie się nie znamy – wymruczał pod nosem Sweeting.

– Jeśli nigdy nie miałeś pistoletu w ręku, masz teraz okazję, wielki satrapo Egiptu. Co do naszego słowika, on pewnie wolałby się spotkać z Filistynami w charakterze broni dzierżąc swój flet. Przynieś ich kapelusze, Peter. Pójdą obaj.

– Nie, sir, nie panie Helstone, mojej matce to by się nie spodobało – zaapelował Sweeting.

– A ja dla zasady nigdy nie angażuję się w takie historie – zauważył Donne.

Helstone uśmiechnął się ironicznie. Malone zarżał śmiechem konia i schował broń z powrotem do kieszeni. Sięgnął po swój kapelusz oraz kostur, i mówiąc, że „nigdy wcześniej nie miał większej ochoty na bitkę”, i że „ma nadzieję, że dziesiątki brudnych postrzygaczy sukna zaatakują dziś kwatery Moore’a”, wyszedł, pokonał schody dwoma susami i z hukiem zatrzasnął za sobą drzwi frontowe, wprawiając cały budynek w drżenie.

Rozdział II

Wozy

Wieczór był czarny jak smoła. Światło księżyca i gwiazd tłumiła powłoka chmur deszczowych, które w świetle dnia byłyby szare, choć teraz zdawały się hebanowe. Malone nie należał do ludzi poświęcających przyrodzie szczególną uwagę – przeobrażenia, którym ulegała z reguły, przechodziły przezeń niezauważone. Wędrując nawet wiele mil podczas najbardziej zmiennego, kwietniowego dnia, wikary pozostawał zupełnie nieświadomy zachwycającego flirtu pomiędzy niebem i ziemią, nie dostrzegał, kiedy muskane słonecznymi promieniami szczyty wzgórz uśmiechały się do niego świetlistą zielenią lub gdy zalewały je łzy przelotnego deszczu, a zawieszone nisko chmury otulały je swymi miękkimi kłębami. Zatem teraz nie zafrapował go kontrast pomiędzy obecnym stanem nieba – które zdawało się miękkim, ruchomym sklepieniem, wzdłuż i wszerz czarnym – nie licząc rozedrganej na wschodzie, jaskrawej łuny rzucanej przez hutę w Stilbro – a tym samym niebem podczas mroźnej, bezchmurnej nocy. Nawet raz nie zatęsknił za konstelacjami planet ani nie zadał sobie pytania, gdzie się podział ten granatowy ocean przestworzy usiany wysepkami gwiazd, który chwilowo zakrywał inny, cięższy i gęstszy ocean chmur. Malone szedł tylko zawzięcie naprzód – nieco przygarbiony i z kapeluszem odchylonym do tyłu, tak jak to było w irlandzkim zwyczaju. Wypełniając pogrążoną w ciszy okolicę odgłosami swych kroków, wypatrywał w terenie znajomych sobie punktów orientacyjnych: iglicy kościoła w Briarfield, a potem świateł Czerwonej Karczmy. Gdy mijał gospodę, blask kominka jaśniejący w na wpół zasłoniętych oknach oraz wizja kielichów na okrągłym stole i siedzących na dębowej ławie biesiadników niemal sprawiły, że młody pastor zboczył z obranego kursu. Wypełniła go tęsknota za szklanką whisky i w nieznajomej okolicy wnet zaspokoiłby pragnienie. Towarzystwo zgromadzone w tej karczmie składało się jednakże z parafian pana Helstone’a, którzy niechybnie Malone’a by rozpoznali. Dlatego ten z westchnieniem podążył dalej.

Z głównej drogi należało teraz zejść, jako że pozostały dystans dzielący go od Fabryki Hollow wikary mógł znacznie skrócić, idąc na przełaj przez pola. Był to płaski i monotonny obszar, który Malone, przeskoczywszy przez żywopłot i mur, przeciął prosto. Minął tu tylko jeden budynek – okazały i przypominający dwór, choć nieregularny w formie. W mroku można było dojrzeć jego wysoki dwuspadowy dach, potem rozległą część przednią budynku, niższy dach i wreszcie grupę wysokich kominów. Budynek stał w absolutnych ciemnościach – żadnego z okien nie rozświetlał blask świecy. I w absolutnej ciszy – deszcz kapiący z krawędzi dachu oraz cichy, choć gwałtowny, świst wiatru, który tańczył wokół kominów i konarów drzew, były jedynymi dźwiękami dosłyszalnymi w okolicy.

Za tym budynkiem teren – dotychczas równy – nagle się obniżał. Poniżej musiała rozciągać się dolina, z której dochodził szum wody. W głębi migotało jedno tylko światło i ku niemu Malone się skierował. Gdy dotarł do niewielkiego białego domu – jego biel widoczna była nawet w tym gęstym mroku – zapukał do drzwi. Otworzyła je młodziutka służąca. Światło świecy, którą trzymała w ręku, uwidoczniło ciasny korytarzyk zakończony wąskimi schodami. Dwoje drzwi obitych szkarłatnym suknem oraz pas szkarłatnego dywanu biegnącego po schodach kontrastowały z jasnymi ścianami i białą podłogą, nadając niedużemu pomieszczeniu czysty i świeży wygląd.

– Pana Moore’a zastałem, jak mniemam?

– Tak, ale nie w domu.

– Nie w domu? A więc gdzie?

– W fabryce. W kantorze.

Tutaj jedne ze szkarłatnych drzwi otwarły się.

– Czy wozy już dojechały, Saro? – zapytał kobiecy głos i w tej samej chwili ukazała się kobieca głowa. Może nie była to głowa bogini – plątanina papilotów wokół skroni w rzeczy samej wykluczała postawienie takiej tezy – ale nie była to też głowa Gorgony. Malone zdawał się jednak przychylać do tej drugiej możliwości. Na widok kobiety jego rosła postać cofnęła się lękliwie z powrotem pod deszcz i ze słowami: – Pójdę do niego… – w wyraźnym przestrachu pospieszył dróżką przez ciemny dziedziniec w kierunku ogromnego, czarnego budynku fabrycznego.

Godziny pracy minęły i robotnicy byli nieobecni. Maszyny stały w stanie spoczynku, a fabrykę zamknięto. Malone obszedł ją dookoła. Gdzieś w rozległym boku mrocznego budynku dostrzegł sączące się przez szczelinę światło. Zapukał do kolejnych drzwi, końcem swej laski wybijając na nich energiczny rytm. Po chwili rozległ się dźwięk przekręcanego klucza i drzwi się otworzyły.

– Czy to ty, Joe Scott? Jakieś wieści o wozach, Joe?

– Nie, to ja. Pan Helstone mnie przysłał.

– Och, pan Malone – w głosie, który wymówił to nazwisko, dosłyszalna była bardzo cicha nuta zawodu. Po krótkiej przerwie głos znów przemówił – uprzejmie, choć nieco oficjalnie.

– Proszę do środka, panie Malone. Przykro mi, że pan Helstone uznał za konieczne narażać pana na trud tak długiej drogi. Mówiłem mu, że nie ma potrzeby. I to jeszcze w taką noc. Ale proszę wejść.

Malone podążył za rozmówcą poprzez jakieś niewidoczne, pogrążone w mroku pomieszczenie do jasnego pokoju – oślepiająco jasnego dla oczu, które przez ostatnią godzinę usiłowały zgłębić podwójne ciemności nocy i mgły. Znajdowały się tutaj, co prawda, doskonały kominek, lampa o wyszukanej formie i wspaniały, połyskujący stół, lecz poza tym było to bardzo skromnie urządzone miejsce. Podłogi nie przykrywał dywan, a kilka twardych, pomalowanych zieloną farbą krzeseł zdających się w przeszłości należeć do kuchni jakiegoś gospodarstwa, ciężkie, solidne biurko, wspomniany już stół oraz zawieszone na piaskowych ścianach rysunki z projektami budynków, ogrodów i maszyn stanowiły jedyne wyposażenie tego miejsca.

Wnętrze, pomimo swojej surowości, zdało się w pełni usatysfakcjonować Malone’a, który, zdjąwszy i odwiesiwszy swój przemoczony surdut oraz kapelusz, przyciągnął w pobliże kominka jedno z kruchych krzeseł i usiadł na nim, kolana umieszczając niemal w samym palenisku.

– Przytulny kącik, panie Moore. I cały do pańskiej dyspozycji.

– Tak. Jednak moja siostra rada byłaby się z panem zobaczyć, gdyby wolał pan wstąpić do domu.

– O nie! Panie lepiej pozostawić samym sobie. Nigdy nie brylowałem w towarzystwie kobiet. Chyba nie pomylił mnie pan z moim przyjacielem Sweetingiem, panie Moore?

– Który to Sweeting? Dżentelmen w czekoladowym płaszczu czy ten niewysoki?

– Niewysoki. Z Nunnely. Rycerz panien Sykes, całej szóstki. I we wszystkich się kocha – ha, ha!

– W tym względzie, jak sądzę, lepiej kochać się we wszystkich łącznie niż w jednej indywidualnie.

– Ależ on kocha się też w jednej indywidualnie, bo gdy z Don­ne’em namówiliśmy go, by zdecydował się na kogoś z tego nadobnego grona – jak pan myśli, którą wyróżnił?

Pan Moore odpowiedział z charakterystycznym, delikatnym uśmiechem:

– Dorę, oczywiście. Albo Harriet.

– Ha! Ha! Doskonale trafny domysł. Ale co skłoniło pana ku tym dwóm?

– Są najwyższe i najładniejsze. I przynajmniej Dora jest najbardziej korpulentna. A ponieważ pański przyjaciel Sweeting jest człowiekiem wątłej postury, wywnioskowałem, że, jak to często w takich przypadkach bywa, będzie wolał swoje przeciwieństwo.

– Zgadza się. To Dora. Ale nieborak nie ma żadnych szans – prawda, Moore?

– Co poza swoim wikariatem posiada Sweeting?

To pytanie zdało się zadziwiająco rozbawić Malone’a. Rechotał przez całe trzy minuty, nim odpowiedział.

– Co posiada Sweeting? Wszak David ma swoją harfę czy też flet – co sprowadza się do tego samego. Ma swój zegarek z tombaku. Takiż pierścień. Takiż monokl. Oto co posiada Sweeting.

– To w jaki sposób zamierza zapewnić pannie Sykes choćby odzienie?

– Ha! Ha! Wyśmienicie! Zadam mu to pytanie przy następnym spotkaniu. Złajam go za tupet. Jednak Sweeting niewątpliwie liczy na hojność Christophera Sykesa. Czyż nie jest to człowiek majętny? Posiada wszak wielki dom.

– Sykes prowadzi ogromne przedsiębiorstwo.

– Zatem musi być zamożny, co?

– Zatem musi utrzymać swój majątek. I w obecnych czasach przeznaczenie przez niego pieniędzy z interesów na posagi córek jest równie prawdopodobne, jak wyburzenie przeze mnie tamtej chatynki i postawienie na jej miejscu domu rozmiarów Fieldhead.

– Wie pan, Moore, co usłyszałem niedawno?

– Nie. Być może pogłoskę, że mam coś podobnego w planach. Plotkarki z pańskiego Briarfield zdolne są rozpowszechniać takie lub nawet większe głupstwa.

– Że ma pan zamiar wziąć Fieldhead w dzierżawę – które, nawiasem mówiąc, zrobiło na mnie ponure wrażenie, gdy je dziś mijałem – i że w charakterze pani domu planuje pan jedną z panien Sykes – podobno macie się wkrótce pobrać – ha, ha! A więc która to? Zapewne Dora – mówił pan, że najładniejsza.

– Zastanawiające, ile razy od mojego przyjazdu do Briarfield tutejsi przypisywali mi plany matrymonialne! Kolejno łączono mnie z każdą niezamężną kobietą w okolicy. Na początku z pannami Wynns – najpierw brunetką, potem blondynką. Później z rudowłosą panną Armitage, następnie z dojrzałą Ann Pearson. Teraz obarcza mnie pan całą gromadą panien Sykes. Z czego wynikła ta plotka – Bóg raczy wiedzieć. Nigdzie nie bywam. Damskiego towarzystwa szukam z mniej więcej taką samą gorliwością jak pan, panie Malone. Jeżeli już udaję się do Whinbury, to tylko po to, by odwiedzić Sykesa lub Pearsona w ich biurach. A tam nie dyskutujemy o sprawach matrymonialnych, amorach czy posagach, lecz o suknie, którego nie jesteśmy w stanie sprzedać, o robotnikach, których nie możemy zatrudnić, o interesach, których nie możemy należycie prowadzić. Nasze umysły na chwilę obecną dostatecznie zaprząta przykry bieg wydarzeń, którego w żaden sposób nie jesteśmy w stanie odwrócić. Nie mam czasu na niedorzeczności.

– Zgadzam się z panem całkowicie, Moore. Jeżeli czegoś nienawidzę, to jest to właśnie koncepcja małżeństwa. Mam na myśli małżeństwo w pospolitym, niepraktycznym sensie, oparte jedynie na sentymencie: dwoje godnych pożałowania głupców łączących się w swoim ubóstwie urojonymi więzami uczucia – niedorzeczność! Ale korzystne przymierze bazujące na harmonii wspólnych zapatrywań i stałości zdrowych interesów nie jest takie złe, co?

– Nie – odpowiedział Moore z roztargnieniem. Temat wydawał się go nie interesować i nie starał się go podtrzymywać. Już od dłuższego czasu siedział, z zatroskanym wyrazem twarzy nieruchomo wpatrując się w ogień. Nagle odwrócił głowę.

– Ćśśś… Słyszał pan koła? – zapytał fabrykant.

Wstał, podszedł do okna i otworzywszy je, nadstawił ucha. Po chwili okno zamknął.

– To tylko wiatr się wzmaga – rzekł. – I wezbrany strumień w dolinie szybciej płynie. Wozy miały być na miejscu o szóstej, a już prawie dziewiąta.

– Czy naprawdę przypuszcza pan, że zainstalowanie tych nowych urządzeń narazi pana na niebezpieczeństwo? – zapytał Malone. – Helstone zdaje się tak uważać.

– Niech tylko maszyny dotrą tu bezpiecznie. Kiedy zamknę je w ścianach fabryki, wandale będą mi niestraszni. Jeśli tu przyjdą, to poniosą konsekwencje – moja fabryka moją twierdzą.

– Brzydzę się takimi łajdakami – zauważył Malone w głębokim zamyśleniu. – Niechby wpadli dzisiaj w moje ręce, nauczyłbym ich moresu. Gdy tu jednak szedłem, droga wydawała się bardzo spokojna. Nie widziałem nic niepokojącego.

– Szedł pan od strony Czerwonej Gospody?

– Tak.

– W tamtym kierunku niczego bym się nie obawiał. Zagrożona jest raczej droga na Stilbro.

– I sądzi pan, że zagrożenie jest realne?

– To co zrobili innym, mogą zrobić i mnie. Różnica polega jedynie na tym, że w razie ataku większość poszkodowanych ogarnia paraliż. Dla przykładu: gdy jeden z warsztatów włókienniczych Sykesa spłonął do cna, i gdy sukno zostało zerwane z jego rozciągarek i podarte na strzępy na polu, właściciel w ogóle nie starał się wykryć i ukarać sprawców. Potulnie się poddał, zupełnie tak, jak królik poddaje się kłom drapieżnika. Ja – o ile siebie znam – łatwo skóry nie sprzedam. Swojego interesu, fabryki i urządzeń będę bronił.

– Helstone mawia, że to pańska Trójca Święta, a Dekrety Rady z tysiąc osiemset siódmego roku to pańskich siedem grzechów głównych. I że Castlereagha uważa pan za Antychrysta, a zwolenników wojny za jego zastępy.

– Jakże mam nie czuć wstrętu do nich wszystkich, skoro mnie rujnują. Za ich sprawą nie mogę się rozwijać, moje plany leżą odłogiem. Na każdym kroku stoją mi na przeszkodzie skutki ich niefortunnych działań.

– Ale chyba powodzi się panu? Jest pan bogaty, Moore?

– Tak – w sukno, którego nie mogę sprzedać. Powinien pan wstąpić do moich magazynów i popatrzeć na te sterty sięgające sufitu. Roakes i Pearson są w takiej samej sytuacji – im też Dekrety Rady zamknęły dostęp do amerykańskiego rynku zbytu.

Malone zdawał się nie podchodzić zbyt ochoczo do tego tematu rozmowy, albowiem począł bić obcasami i przeciągle ziewać.

– I pomyśleć – ciągnął pan Moore, który był chyba zbyt pochłonięty tokiem własnych myśli, by dostrzec objawy znudzenia swego gościa – pomyśleć, że tym wszystkim niedorzecznym plotkarkom w Whinbury i Briarfield w głowie tylko sprawy matrymonialne. Zupełnie jakby w życiu nic innego się nie liczyło poza „obdarzeniem swoimi względami”, jak mówią, jakiejś młodej damy, zabraniem jej do kościoła, potem podróż poślubna, następnie złożenie całej serii wizyt, i wreszcie – jak mniemam – „założenie rodziny”. – Oh, que le diable emporte![6] – jakby w uniesieniu chcąc powiedzieć coś jeszcze, pomiarkował się i dodał spokojniej: – Jak sądzę, te właśnie tematy dominują w kobiecych dyskusjach i myślach. Płeć piękna wyobraża sobie, naturalnie, że męski umysł funkcjonuje podobnie.

– Ani chybi, ani chybi – zgodził się Malone. – Ale mniejsza o kobiety. – Gwiżdżąc, rozejrzał się wokół, jak gdyby czegoś szukając. Tym razem Moore spostrzegł zniecierpliwienie gościa i pojął wysyłane przezeń sygnały.

– Panie Malone – powiedział – z pewnością potrzebuje się pan pokrzepić po przejściu tak długiej drogi. Gdzie moja gościnność?

– Bynajmniej – odrzekł Malone, lecz wyraz jego twarzy świadczył, że gospodarz nareszcie trafił w sedno. Moore podniósł się i otworzył drzwi kredensu.

– Lubię – oznajmił – mieć tu w zasięgu ręki wszystko, czego potrzebuję. W ten sposób, gdy ogarnie mnie głód lub najdzie pragnienie, nie jestem zdany na łaskę mieszkanek owego białego domku. Częstokroć spędzam tu cały wieczór i w samotności spożywam kolację, potem nocuję z Joem Scottem w fabryce. Nierzadko sam stróżuję, bo nie potrzeba mi wiele snu, i gdy noc jest pogodna, z przyjemnością robię godzinny obchód z muszkietem w dłoni po dolinie. Panie Malone, zna się pan na przyrządzaniu kotletów baranich?

– A jakże. Za czasów uczelnianych przyrządziłem ich setki.

– Tu jest zatem cały ich półmisek, niech je pan wyłoży na tamten ruszt. Wie pan, co robić, by mięso nie wyszło zbyt suche?

– Bez obaw, przekona się pan. Poproszę nóż i widelec.

Pastor podwinął mankiety płaszcza i z wigorem zabrał się do kucharzenia. Właściciel fabryki położył na stole talerze, bochenek chleba, czarną butelkę i dwie szklanki. Następnie, wciąż sięgając do zakamarków swego dobrze zaopatrzonego kredensu, wydobył z niego miedziany imbryczek, który napełnił wodą zaczerpniętą z dużego, kamiennego dzbanka stojącego w kącie i postawił na ogniu obok syczącego rusztu. Przygotował również cytryny, cukier i małą porcelanową wazę, ale od warzenia ponczu oderwało go pukanie do drzwi.

– To ty, Saro?

– Tak, proszę pana. Czy będzie pan na kolacji, sir?

– Nie, dzisiejszą noc spędzę w fabryce. Zamknijcie więc drzwi na klucz i powiedz swojej pani, by poszła spać. – Po tych słowach Moore wrócił do przerwanego zajęcia.

– Utrzymuje pan obejście w należytym porządku – z aprobatą zauważył Malone, pracowicie odwracając płaty mięsa. Jego twarz była równie rumiana jak rozżarzone węgle, nad którymi się pochylał. – Nie żyje pan pod dyktando damskiego pantofla jak Sweeting – człowiek… (Aj! Jak ten tłuszcz pryska!) – któremu przeznaczone panowanie kobiet. Za to pan i ja, Moore… – ładnie przyrumieniony i soczysty dla pana – pan i ja nie będziemy trzymać w naszych stajniach płowych klaczy.

– No nie wiem – nigdy się nad tym nie zastanawiam. Gdyby jednak ta płowa klacz była miła dla oka i niezbyt narowista – dlaczego nie?

– Mięso gotowe. A co z ponczem?

– Oto szklanka, proszę spróbować. Jeżeli Joe Scott i jego ludzie przywiozą maszyny w nienaruszonym stanie, też dostaną po swojej porcji.

Malone bardzo poweselał przy kolacji. Śmiał się gromko z błahostek, oklaskiwał swoje własne mierne żarty i, krótko mówiąc, zrobił się nader hałaśliwy. Jego gospodarz – przeciwnie: wciąż trwał w swym niezmiennym spokoju. Pora, Czytelniku, byś mógł wyobrazić sobie, jak pan Moore wygląda, a więc teraz spróbuję nakreślić jego portret.

Otóż jest on szczupłym człowiekiem o raczej niecodziennej aparycji – aparycji cudzoziemca. Opadające na śniade czoło kosmyki ciemnych włosów dowodzą, że ich właściciel niewiele czasu spędza przed lustrem, w przeciwnym razie byłyby ułożone z większym wyczuciem. Zdaje się osobą nieświadomą doskonałości swoich rysów, ich południowej symetrii, ich wyrazistości i regularności. Walory te mogą być na pierwszy rzut oka niedostrzegalne także dla innych, albowiem nieco wychudły kontur twarzy i zapadnięte policzki zakłócają wrażenie piękna. W spojrzeniu dużych szarych oczu Moore’a determinacja dominuje nad łagodnością, a refleksyjność przeważa nad wesołością. Jego twarz staje się nadzwyczaj przyjemna, kiedy rozchyla usta w uśmiechu – nigdy do końca radosnym, lecz pozwalającym wyczuć pewien rodzaj uśpionego uroku, który sugeruje być może serdeczną naturę i uczucia wytrzymujące próbę czasu: cierpliwość, wyrozumiałość i prawdopodobnie wierność. Pan Moore to wciąż bardzo młody człowiek, ma nie więcej niż trzydzieści lat. Jego wzrost jest słuszny, a budowa delikatna. Tym, co w jego osobie zdaje się nieco irytujące, jest głos, albowiem pomimo swej wystudiowanej niedbałości w wymowie jego obcy akcent może drażnić angielskie, a zwłaszcza północno-angielskie, ucho.

Pan Moore, który Brytyjczykiem był de facto zaledwie w połowie, miał matkę cudzoziemkę i sam urodził się i częściowo wychował na obcej ziemi. Będąc człowiekiem, w którego żyłach płynęła krew dwóch narodów, posiadał bardzo złożone odczucia względem wielu kwestii. Niezdolny związać się z żadną organizacją – czy to polityczną, czy religijną, a nawet przywiązać się do klimatu czy obyczajów, miał skłonność izolować się od każdej społeczności, w którą tymczasowo pchnął go los. I w żadnej mierze nie czując się częścią ogółu, za najrozsądniejsze uważał prawdopodobnie przedkładać interesy Roberta Gérarda Moore’a nad interesy wszystkich innych. Handel stanowił jego dziedziczne powołanie: Gérardowie z Antwerpii byli kupcami od dwóch stuleci – dawniej, nim dotknęły ich trudne czasy, bardzo zamożnymi. Powikłania w interesach i katastrofalne w skutkach spekulacje stopniowo rozkruszyły fundamenty handlowej reputacji rodu. Przez kilkanaście lat firma chwiała się w posadach, aż wreszcie wstrząs Francuskiej Rewolucji dokończył dzieła zniszczenia. Skutki upadku boleśnie odczuło angielskie przedsiębiorstwo w Yorkshire, blisko związane z interesem Gérardów, którego jednym z właścicieli był rezydujący w Antwerpii niejaki Robert Moore. Poślubił był on Hortensję Gérard z nadzieją, że ta odziedziczy w przyszłości firmę swego ojca, Constantine’a Gérarda. Jak już wiemy, Hortensja odziedziczyła po ojcu jedynie długi, a tę spuściznę z kolei przejął jej syn, Robert. Jak powszechna wieść niosła, młodemu Gérardowi Moore rodzinna przeszłość bardzo ciążyła na sercu i poprzysiągł on sobie, że pewnego dnia spłaci wszystkich wierzycieli, a zrujnowany interes odbuduje w skali co najmniej równej poprzedniej świetności. I jeśli dzieciństwo spędzone u boku nieszczęśliwej matki i z przygnębiającymi widokami na przyszłość, jeżeli dorosłe lata naznaczone i przemoczone bezlitosnymi burzami mogą zapisać się w duszy człowieka, jego dusza nie była zapisana złotą czcionką.

Moore postawił sobie ambitny cel, lecz w jego kierunku mógł posuwać się jedynie niewielkimi kroczkami. On, którego przodkowie niegdyś posiadali magazyny w miastach portowych, fabryki w głębi kraju, miejskie rezydencje i majątki na wsi, po przybyciu do Yorkshire zobaczył dla siebie tylko jedną możliwość: w odleg­łym zakątku obcej okolicy wydzierżawić przędzalnię i zamieszkać w sąsiadującej z nią chatce. Swój stan posiadania powiększył o kilka akrów skalistej ziemi, przez którą płynął fabryczny strumień, płacąc za wszystko wysoką dzierżawę (czasy były bowiem trudne) powiernikom majątku Fieldhead, którego właścicielka była osobą niepełnoletnią.

W chwili rozpoczęcia się naszej historii Robert Moore zamieszkiwał okolicę zaledwie od dwóch lat, ale w tym czasie zdążył już udowodnić, iż jest człowiekiem czynu. Zaniedbany dom przekształcił w schludną i gustowną siedzibę, a część nierównej ziemi przeistoczył w ogród, który uprawiał z niezwykłą – zgoła flamandzką, pieczołowitością. Stosunek Moore’a względem samej fabryki – wiekowej konstrukcji wypełnionej niewydajnymi, przestarzałymi urządzeniami – od samego początku był pogardliwy. Za punkt honoru postawił sobie przeprowadzenie radykalnych reform i reformy te wdrażał tak szybko, jak tylko pozwalał mu na to bardzo skromny kapitał. Skromność tegoż kapitału i wynikające z tego ograniczenia nieustannie zalewały mu duszę okrutną goryczą. Moore był bowiem człowiekiem łaknącym postępu, a jako dewizę wyrytą w sercu miał słowo „naprzód”.

Niepodobna oczekiwać, że sam będąc skrępowany – nieraz bardzo boleśnie – więzami ubóstwa, wiele czasu poświęcał na rozważania, czy aby jego własne ambicje nie okażą się krzywdzące dla innych. Moore był przybyszem z innego kraju, w okolicy mieszkał dopiero od niedawna i to, że wprowadzane przez niego innowacje pozbawiają robotników zatrudnienia, nie zaprzątało jego sumienia. Nigdy nie zadawał sobie pytania, gdzie ci, którym już nie wypłaca tygodniowego wynagrodzenia, zarabiają na chleb. I w tym lekceważeniu przypominał tysiące innych, do których głodujący mieszkańcy Yorkshire zdawali się mieć uzasadnione pretensje.

Czasy, o których piszę, to mroczny okres w historii Wielkiej Brytanii, a zwłaszcza jej obszarów północnych. Wojna osiągnęła wówczas apogeum. Uwikłana w nią była cała Europa. Anglia – jeśli jeszcze nie wycieńczona, była już zmęczona długim stawianiem oporu i połowa jej ludności domagała się pokoju na obojętnie jakich warunkach. Duma narodowa stała się zaledwie pustym słowem, w oczach wielu bezwartościowym, gdyż ich wzrok zamazywała mgła głodu i za kęs mięsa sprzedaliby duszę diabłu.

„Dekrety Rady”, sprowokowane przez blokadę kontynentalną Napoleona i zabraniające państwom neutralnym handlu z Francją, oburzyły Amerykanów i w ten sposób odcięły przemysł włókienniczy Yorkshire od głównego rynku zbytu, co doprowadziło region na skraj zapaści. Mniejsze rynki zagraniczne były przesycone. Przepełnione nadmiarem towaru Brazylia, Portugalia czy Sycylia przez prawie dwa lata nie potrzebowały nowych dostaw. W tym samym czasie główni północni producenci zaczęli wprowadzać do użycia innowacyjne urządzenia, co – znacząco zmniejszając liczbę potrzebnych pracowników – pozbawiło tysiące ludzi zatrudnienia i odarło ich z jedynego legalnego sposobu pozyskiwania środków do życia. Na domiar złego wystąpiła klęska nieurodzaju i w kraju zapanowało skrajne ubóstwo. Wystawiona na próbę ludzka cierpliwość powoli ustępowała miejsca buntowi. Spazmy moralnego trzęsienia ziemi zatrzęsły wzgórzami północnych hrabstw. Jednak, jak to zazwyczaj bywa w takich przypadkach, problem ten został zignorowany. Kiedy w mieście przemysłowym wybuchały zamieszki, kiedy zakład fabryczny zostawał spalony do cna lub gdy jakiegoś fabrykanta atakowano w jego własnym domu, jego meble wyrzucano na bruk i całą rodzinę zmuszano do ratowania się ucieczką, lokalne urzędy przeważnie bagatelizowały zdarzenie, inspirator zajść z reguły pozostawał niewykryty, gazety w kilku zdaniach relacjonowały incydent i na tym rzecz się kończyła. Co do nieszczęsnych robotników, których jedynym dziedzictwem była praca fizyczna, i którym to dziedzictwo zostało odebrane – oni mieli trwać w swym nieszczęściu dalej. Być może cierpienie pewnej grupy społeczeństwa jest nieuniknione, być może nie jest rzeczą właściwą powstrzymywać postęp i podcinać skrzydła nauce, ignorując jej dokonania. Ponieważ końca wojny nie było widać, zgromadzenie środków na zapomogi dla poszkodowanych było niewykonalne. Bezrobotnym zatem pozostało jedynie przełykać gorycz swej niedoli.

Poczucie krzywdy płodzi nienawiść. Pozbawieni środków do życia nieszczęśnicy nienawidzili mechanizacji i obarczali maszyny odpowiedzialnością za odebrany im chleb, nienawidzili budynków, w których owe maszyny stały, i nienawidzili ich właścicieli. W gminie Briarfield, z którą mamy teraz do czynienia, fabryka Hollow uznana została za miejsce haniebne, a Gérard Moore – w swym podwójnym charakterze obcokrajowca i zawziętego postępowca – za postać haniebnie odrażającą.

Bycie obiektem powszechnej nienawiści odpowiadało temperamentowi Moore’a – zwłaszcza kiedy swe motywy i postępowanie uważał za moralnie słuszne i pożądane. Toteż dzisiejszej nocy z rodzajem wojowniczej ekscytacji czekał na przybycie wozów z urządzeniami. A ponieważ poczucie zagrożenia i niepewność lubił przeżywać w samotności, obecność Malone’a prawdopodobnie była mu niemiła. Wystarczyłoby mu towarzystwo swego muszkietu, a wezbrany, płynący przez kotlinę potok dostarczyłby dźwięków najprzyjemniejszych jego uszom.

***

Moore od dobrych dziesięciu minut obserwował, jak irlandzki wikary – bynajmniej sobie nie żałując – raczy się ponczem, kiedy wyraz jego znieruchomiałych szarych oczu nagle się zmienił.

– Chut![7] – uciszył po francusku pobrzękującego szklanką Malone’a i nadstawił ucha. Po chwili podniósł się i włożywszy kapelusz, wyszedł przed próg kantoru.

Noc była ciemna i spokojna, choć woda w strumieniu płynęła wartko. W tej zupełnej ciszy odgłos rwącego potoku zdawał się ogłuszający, lecz mimo to ucho Moore’a zdołało uchwycić jeszcze inny dźwięk – odległy, urywany i nieprzyjemny, mianowicie dźwięk ciężkich, toczących się z chrzęstem po kamienistej drodze kół.

Wróciwszy do kantoru, fabrykant zapalił latarnię, przemaszerował z nią fabryczny dziedziniec i zabrał się do otwierania bram. Dochodzący z oddali chlupot potężnych kopyt koni pociągowych idących po błotnistej drodze zapowiadał powrót wielkich wozów dostawczych.

– Hej, Joe Scott! Czy wszystko dobrze? – zawołał fabrykant.

Widać Joe Scott nie był jeszcze dostatecznie blisko, by dosłyszeć pytanie, albowiem odpowiedź nie padła.

– Czy wszystko dobrze, pytam? – Moore zawołał ponownie i w tej samej chwili wielki pysk idącego na czele konia niemal dotknął jego nosa.

Z najbliższego wozu ktoś zeskoczył na drogę i jakiś głos zawołał:

– Ano tak, czarcie – wszystko dobrze! Bośmy je pogruchotali!

I po okolicy poniósł się odgłos uciekających stóp. Wozy znieruchomiały i nie było w nich teraz żywej duszy.

– Joe Scott! – zawołał Moore, lecz nikt nie odpowiedział. – Murgatroyd! Pighills! Sykes! – odzewu wciąż nie było. Fabrykant uniósł latarnię i obejrzał pojazdy. Okazały się zupełnie puste – brakowało i ludzi, i maszyn.

Gdzie się podziały urządzenia, na których zakup Moore zaryzykował resztę swego kapitału i od których pracy zależało powodzenie wszystkich jego inwestycji?

Słowa „bośmy je pogruchotali” cały czas dźwięczały uszach właściciela fabryki. Blask trzymanej przezeń latarni wydobywał z ciemności jego twarz i usta rozciągnięte w charakterystycznym uśmiechu – uśmiechu człowieka zdecydowanego na wszystko, który znalazłszy się w chwili krytycznej, stoi przed sprawdzianem swej siły, i którego duch może już tylko zwyciężyć lub się złamać.

Postawiwszy latarnię na drodze, Moore założył ręce na piersiach i stał tak, zamyślony, z wzrokiem utkwionym w ziemi, nie wiedząc jeszcze, co zdecyduje się zrobić.

Jeden z koni poruszył się niecierpliwie i fabrykant podnosząc oczy, dostrzegł, że do uprzęży zwierzęcia doczepiono coś białego. W świetle latarni rzecz okazała się kawałkiem złożonego papieru – liścikiem. Na zewnątrz nie było adresu, wewnątrz zaś widniał nadtytuł: „Do djabła z fabryki Hollow”.

Pominę tu resztę tej dość szczególnej ortografii i zawartość listu przedstawię w zrozumiałej angielszczyźnie. Otóż brzmiała ona tak: „Twoje piekielne maszyny leżą w kawałkach na Wrzosowiskach Stilbro, a twoi pomagierzy są związani w rowie przy drodze. Niech to będzie dla ciebie przestrogą od tych, którzy po tym uczynku wrócą do domu do swych głodnych żon i dzieci. Jeśli nie zmienisz swego postępowania, jeśli spróbujesz sprowadzić nowe maszyny, usłyszysz od nas ponownie. Strzeż się!”.

– Usłyszę od was ponownie? A jakże! A wy ode mnie. Twarzą w twarz. Za chwilę rozmówimy się na Wrzosowiskach Stilbro.

Wprowadziwszy wozy na teren fabryki, Moore pospieszył w kierunku białego domu. Po otwarciu jego drzwi szybko zamienił parę cichych słów z dwoma kobietami, które wybiegły mu na spotkanie do korytarzyka. Widoczny przestrach jednej z nich uśmierzył krótką, uspokajającą relacją wydarzeń. Do drugiej zaś rzekł:

– Pójdź do fabryki, Saro – tu jest klucz i zabij w dzwon fabryczny, tak głośno jak się da. Potem zabierzesz jeszcze jedną latarnię i pomożesz mi oświetlić dziedziniec.

Wróciwszy do swych koni, rozprzągł je, nakarmił i zamknął w stajni z równym pośpiechem, jak troską, sporadycznie przerywając te czynności i niecierpliwie nasłuchując bicia dzwonu. Ten niebawem odezwał się przejmującą, nierytmiczną melodią. Wśród nocnej ciszy, o tej niezwykłej porze metaliczny głos dzwonu niósł się daleko. Strwożeni nagłym hałasem goście Czerwonej Karczmy ogłosili, że „coś niedobrego święci się w Fabryce Hollow” i, chwyciwszy latarnie, całą gromadą pospieszyli w jej kierunku. Ledwie zdążyli się wtłoczyć na dziedziniec i rozświetlić go migotem niesionych przez siebie świateł, gdy rozległ się tętent końskich kopyt i na teren fabryki wjechał na kudłatym kucyku niewielki, wyprostowany jak struna mężczyzna w czarnym kapeluszu, a za nim inny jeździec na większym wierzchowcu.

W tym czasie pan Moore osiodłał swego rumaka i z pomocą służącej Sary oświetlił fabrykę. Ogromna przednia elewacja budynku jaśniała teraz jaskrawo i rzucała na dziedziniec dostatecznie dużo światła, by wykluczyć zamieszanie, które mogłoby wyniknąć w ciemnościach. Podwórze wypełniał pomruk wielu głosów. Pan Malone nareszcie wyłonił się z kantoru, uprzednio przezornie zanurzając głowę w dzbanie z zimną wodą, co wraz z nagłym zaniepokojeniem prawie przywróciło mu przytomność tych zmysłów, które wcześniej częściowo przytępił poncz. Z kapeluszem odchylonym do tyłu i ściskając w prawej ręce swój kostur, odpowiadał – raczej na chybił trafił – na pytania świeżo przybyłego towarzystwa z Czerwonej Karczmy. W końcu pojawił się pan Moore, naprzeciw którego natychmiast stanął kudłaty kucyk z człowiekiem w czarnym kapeluszu na grzbiecie.

– A więc, co robimy, Moore? Pomyślałem, że ci się przydamy, ja i Hetman – powiedział pan Helstone, klepiąc grzbiet swego konika. – I Tom wraz z jego rumakiem. Kiedy usłyszałem bicie dzwonu, nie mogłem usiedzieć już dłużej, więc zostawiłem Boultby’ego samego przy kolacji. Ale gdzie wróg? Nie widzę żadnych masek ani pomalowanych na czarno twarzy. I wszystkie szyby w twoich oknach całe. Był już atak czy się go dopiero spodziewasz?

– Och, bynajmniej. Ani jedno, ani drugie – odpowiedział spokojnie Moore. – Poleciłem zabić w dzwon, bo potrzebuję dwóch lub trzech sąsiadów, którzy stanęliby tu na straży, bym sam mógł pojechać z kilkoma ludźmi na Wrzosowiska Stilbro.

– Wrzosowiska Stilbro! Po co? Na spotkanie wozom?

– Wozy już tu są od godziny.

– Więc wszystko w porządku. Czego ci jeszcze trzeba?

– Przyjechały puste, a Joe Scott i reszta zostali na wrzosowiskach, tak jak i maszyny. Proszę przeczytać ten świstek.

Pan Helstone przestudiował podaną mu kartkę papieru.

– Hm. Obeszli się z tobą tak samo, jak się obeszli z innymi. Ale ci nieboracy leżący w rowie zapewne z niecierpliwością wyczekują pomocy. Zbyt mokra noc na taki nocleg. Ja i Tom pojedziemy z tobą. Malone może zostać i przypilnować fabryki – co z nim? Oczy zaraz wyjdą mu z orbit.

– Jadł kotlet barani.

– Czyżby? Peterze Augustusie, miej się na baczności. Nie jedz już dzisiaj kotletów baranich. Przejmujesz dowództwo nad tym terenem. Zaszczytne stanowisko!

– Czy ktoś tu ze mną zostanie? – zapytał Malone.

– Tylu z obecnego tu zgromadzenia, ilu wyrazi chęć. Panowie, kto z was pozostanie na straży tutaj, a kto uda się z panem Moore’em i ze mną na drogę do Stilbro, żeby pomóc nieszczęśnikom, którzy wpadli w zasadzkę wandali?

Do jeźdźców zdecydowało się przyłączyć jeszcze troje ludzi. Gdy pan Moore dosiadał swego konia, proboszcz zapytał go cicho, czy trzyma kotlety baranie pod kluczem, żeby Peter Augustus nie mógł się do nich dobrać. Fabrykant skinął twierdząco głową i wszys­cy uczestnicy wyprawy ruszyli.

Rozdział III

Pan Yorke

Nie ulega wątpliwości, że pogoda ducha to stan w pełni wynikający z naszej kondycji wewnętrznej, jak i z okoliczności zewnętrznych. Pozwoliłam sobie wygłosić tę banalną uwagę, ponieważ tak się składa, że panowie Helstone i Moore, opuszczając teren fabryki na czele swojej niewielkiej kompanii, byli w możliwie najlepszych nastrojach. Kiedy promień światła (każdy z trzech pieszych uczestników wyprawy trzymał latarnię) padał na twarz pana Moore’a, w jego oczach dostrzegalny stawał się taniec wesołych iskierek i całe jego powściągliwe dotychczas oblicze jaśniało niezwykłym ożywieniem. Kiedy blask latarni wydobywał z mroku twarz pastora, jej zazwyczaj surowe rysy łagodził uśmiech podekscytowania i zadowolenia. Gdyby przeciwnikom Moore’a dane było ujrzeć teraz tych dwóch jeźdźców, oddanie w ich kierunku strzałów sprawiłoby im ogromną satysfakcję. Obydwaj dżentelmeni wiedzieli o tym i obu – ludzi o stalowych nerwach i żelaznych sercach – wiedza ta radowała.

Zdaję sobie sprawę, Czytelniku, i nie trzeba mi przypominać, że wojowniczość to cecha zatrważająca u pastora. Wiem dobrze, że winien on być człowiekiem pokoju, doskonale orientuję się, jaką misję wśród ludzkości ma wypełniać duchowny i pamiętam dokładnie, czyim jest sługą, czyje przesłanie niesie i według czyjego przykładu powinien żyć. Niemniej jednak nie spodziewaj się, że wraz z pewnym Supplehoughem uniosę ręce ze zgrozą ku niebu, lub że jak niejaki Barraclough zacznę wydawać z siebie krzyki potępiające diabolicznego proboszcza z Briarfield.

Nie był on ani trochę diaboliczny. Jedyny błąd pana Helsto­ne’a polegał na tym, że minął się z powołaniem. Okoliczności uczyniły go pastorem, choć powinien był zostać wojskowym. Posiadał wszystkie cechy charakteryzujące dobrego żołnierza: sumienność, trzeźwość umysłu, hart ducha, surowość, nieustępliwość i lojalność. Był człowiekiem niemal pozbawionym współczucia i delikatności, nietolerancyjnym i zimnym, ale wiernym swoim zasadom, honorowym, prawdomównym i mądrym. Wydaje mi się, że w każdej profesji znajdziemy ludzi do niej niepasujących i nie wolno nam ich osądzać tylko dlatego, że niekiedy ta profesja układa się na nich jak niedobrze skrojona szata. Nie potępię więc pastora Helstone’a za jego kozacką duszę, chociaż bywał potępiany. Wśród swych parafian miał równie wielu przeciwników, jak zwolenników. Jednak to częsty los ludzi, których cechuje stronniczość wobec przyjaciół i zawziętość względem wrogów i którzy tak samo wierni są swym zasadom, jak przywiązani do uprzedzeń.

Jadących teraz ramię w ramię Helstone’a i Moore’a jednoczyły doskonały nastrój i wspólny cel, mamy prawo spodziewać się zatem, że wywiąże się między nimi przyjacielska pogawędka. Nic z tych rzeczy! Ci dwaj dżentelmeni, których łączyła podobna siła charakteru, przy swych rzadkich spotkaniach zawsze doprowadzali się nawzajem do irytacji. Najczęstszą kość niezgody stanowiła wojna. Helstone był zaprzysięgłym torysem, natomiast Moore w kwestii wojny popierał poglądy wigów, albowiem przedłużający się konflikt wpływał zgubnie na jego interesy. Właściciel fabryki lubił doprowadzać Helstone’a do furii, ogłaszając, że Bonaparte jest i pozostanie niepokonany, drwiąc z Anglii i Europy i ich nieudolnych prób przeciwstawienia się Francji oraz wyrażając opinię, że równie dobrze można poddać się już teraz, skoro pewne jest, że prędzej czy później Napoleon zmiażdży każdego przeciwnika i zawładnie całym światem.

Helstone nie tolerował tych zapatrywań i znosił je cierpliwie jedynie przez wzgląd na to, że Moore był swego rodzaju banitą i po części cudzoziemcem – pół miary brytyjskiej krwi nie starczało widać, by pohamować wpływ płynącej w jego żyłach zagranicznej żółci. Jeszcze jedna rzecz łagodziła w proboszczu odrazę i chęć wychłostania rozmówcy – mianowicie sympatia dla nieustępliwego tonu głosu, z jakim Moore bronił swych opinii i szacunek dla jego konsekwencji.

Uczestnicy wyprawy skręcili teraz w drogę na Stilbro, gdzie ich twarze raziły podmuch wiatru i krople siekącego deszczu. Moo­re, który już wcześniej prowokował towarzysza, ożywiony i, być może, nieco poirytowany nagłym uderzeniem zimnego powietrza, przypuścił silniejszy atak.

– Czy wciąż cieszą pana wieści z Półwyspu?

– Co masz na myśli? – zapytał burkliwie proboszcz.

– Czy wciąż pokłada pan nadzieje w tym bożyszczu – lordzie Wellingtonie?

– Nie rozumiem?

– Czy nadal wierzy pan, że ten bożek Anglików o pustym spojrzeniu i kamyku zamiast serca jest w stanie rozniecić pożar, który pochłonie znienawidzonych przez pana Francuzów?

– Wierzę, że Wellington, jak tylko mu się spodoba, będzie w stanie jednym skinieniem palca zapędzić marszałków Bonapartego do morza.

– Ależ drogi panie, chyba nie mówi pan poważnie. Marszałkowie Bonapartego to wybitni ludzie, którzy działają pod kierownictwem wszechmocnego geniusza. Za to pański Wellington to najpospolitszy z pospolitych służbistów, którego powolne, mechaniczne ruchy dodatkowo krępuje nasz rząd nieudaczników.

– Wellington to uosobienie Anglii. Jest bojownikiem w słusznej sprawie i najwłaściwszym przedstawicielem tego potężnego, odważnego, rozsądnego i uczciwego narodu.

– Pańska słuszna sprawa, jeżeli dobrze rozumiem, to po prostu przywrócenie tego plugawego, ograniczonego umysłowo Ferdynanda na tron, który sam zhańbił. Pański przedstawiciel uczciwego narodu to jedynie nierozgarnięty poganiacz bydła działający w imieniu jeszcze bardziej nierozgarniętego gospodarza. A naprzeciw nich stoją szeregi niezwyciężonego geniusza.

– Naprzeciw prawowitych stoją szeregi uzurpatora. Naprzeciw słusznego, wytrwałego i walecznego oporu wobec intruza stoi chełpliwa, dwulicowa, samolubna i perfidna ambicja posiadania. Niech Bóg broni sprawiedliwych!

– Bóg najczęściej stoi po stronie silniejszych.