Seks na pożegnanie - Catherine Mann - ebook
Opis

Eloisa i Jonah podczas jednego ze spotkań wypili o jednego drinka za dużo. Planowali zakończyć wieczór miłym seksem, tymczasem wzięli ślub. Rano przyszło otrzeźwienie i decyzja o natychmiastowym rozwodzie. Po kilku miesiącach okazuje się, że rozwód jest nieważny. Jonah proponuje, by zanim rozstaną się na dobre, spędzili razem kilka gorących nocy...

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 151

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Catherine Mann

Seks na pożegnanie

Tłumaczenie:

PROLOG

Madryt, Hiszpania

Chętnie obsypałby ją klejnotami.

Jonah Landis delikatnie pogłaskał nagie ramię śpiącej obok kobiety, zastanawiając się, który z rodzinnych klejnotów najlepiej pasowałby do jej ciemnych włosów. Rubiny? Szmaragdy? A może słodkowodne perły? Przesunął dłońmi od jej ramienia do obojczyka. Na delikatnej kremowej skórze pozostał ślad jego świeżego zarostu.

Zwykle nie sięgał do rodzinnego skarbca, żył z własnych pieniędzy, które zarabiał dzięki inwestycjom. Dla Eloisy zrobiłby wyjątek.

Przez kraty z kutego żelaza w oknach siedemnastowiecznej rezydencji, którą wynajął na lato, wpadało światło wczesnego poranka. Lekki wiatr poruszał płóciennym baldachimem. Z początku Jonah nie zdawał sobie sprawy, że Eloisa jest Amerykanką. Spacerując wśród ruin hiszpańskiego zamku, wydawała się u siebie. Miała egzotyczną urodę. I była diabelnie seksowna. Kiedy chodziła po rusztowaniu, robiąc notatki, Jonah przestał śledzić bieg rozmowy, którą prowadził ze współinwestorami.

Przez większość osób Jonah uważany był za najbardziej impulsywnego członka rodziny Landisów. On jednak nie dbał o to, co myślą o nim inni. W życiu zawodowym, a także prywatnym, podejmował ryzyko, lecz zawsze skalkulowane. I zawsze mu się to opłacało.

Jak dotąd.

Ostatniej nocy po raz pierwszy działał impulsywnie. Najzwyczajniej w świecie wskoczył do łóżka z tą intrygującą kobietą. Nie był pewien, jakie skutki będzie miała ta decyzja, ale wiedział, że spędzą razem fantastyczne lato.

A później? Powoli, nie muszą się spieszyć.

Kobieta westchnęła, przewróciła się na bok, położyła rękę na jego biodrze.

– Zaspałam?

Wciąż nie podnosiła powiek. W jej ciemnych głębokich oczach widział dumę otomańskiej księżniczki. Podczas zebrań dotyczących historycznej rekonstrukcji, nad którą pracował, Jonah stracił sporo czasu na myśli o Eloisie.

Zerknął na cyfrowy zegar na rzeźbionym orzechowym stoliku.

– Dopiero szósta. Do śniadania jeszcze dwie godziny.

Wtuliła głowę w puchową poduszkę, czarne włosy kontrastowały z białą bawełną.

– Taka jestem senna.

Nic dziwnego. Przez większą część nocy uprawiali seks… w przerwach ucinali sobie krótką drzemkę… brali prysznic… znów się kochali. No a wcześniej wypili kilka drinków. Jonah ograniczył się do dwóch, Eloisie zaszumiałoby w głowie chyba już po jednym. Odgarnął jej z twarzy długie włosy, gładkie i jedwabiste.

Powinien przynajmniej na krótki czas odpuścić, bo potrzebowała odpoczynku, ale znowu jej pragnął.

Kiedy wstał z łóżka, poczuł na nagim ciele dotyk rześkiego porannego powietrza.

– Zadzwonię na dół i poproszę, żeby przynieśli śniadanie. Chciałabyś coś zamówić?

Eloisa położyła się na plecach, wciąż z zamkniętymi oczami. Przeciągnęła się. Zsuwająca się kołdra odsłoniła jej krągłe piersi.

– Wszystko jedno – odparła sennie. – Mam cudowny sen… – urwała, marszcząc czoło. Zerknęła spod czarnych jak atrament rzęs, lekko unosząc powieki. – Jonah?

– Tak, to ja. – Włożył jedwabne bokserki i sięgnął po telefon.

Potoczyła wzrokiem po pokoju, jakby próbowała ustalić, gdzie się znajduje. Podciągnęła kołdrę i uniosła rękę do twarzy. Nagle znieruchomiała, ściągając brwi.

– Co się stało?

To niemożliwe, by po takiej nocy okazała się nieśmiała. Nawet nie zgasili światła.

– Jonah? – powiedziała ton wyżej, niemal piskliwie.

Opadł na skraj łóżka i czekał. Wymyślił już pięć różnych rozrywek na wspólne lato.

Eloisa wyciągnęła rękę, szeroko rozkładając palce. Wpadające przez okno słońce odbiło się od prostej złotej obrączki, którą Jonah włożył jej na palec minionego wieczoru. Nerwowo zamrugała, patrząc z przerażeniem.

– O mój Boże. – Okręciła obrączkę wokół palca. – Co myśmy zrobili?

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Pensacola, Floryda

Rok później

– Zdrowie przyszłej panny młodej, mojej małej księżniczki.

Toast ojca narzeczonej płynął z pokładu statku, niesiony przez ciepły wiatr do siedzącej na nabrzeżu Eloisy Taylor. Eloisa moczyła w wodzie zatoki obolałe stopy, śmiertelnie zmęczona organizowaniem przyjęcia zaręczynowego przyrodniej siostry. Jej ojczym, poborca podatkowy, zrobił dla Audrey, co w jego mocy, a nawet więcej, bo nic nie było za dobre dla „małej księżniczki”.

Echo pobrzękującego szkła łączyło się z pluskiem wody. Kolacja dobiegła końca, ale nikt nie zauważył braku Eloisy. Była w tym dobra, pomagała innym, lecz sama wolała pozostać w cieniu.

Organizacja tego przyjęcia popchnęła ją do rozmyślań o jej przysiędze małżeńskiej, której nigdy nikt nie świętował. Nawet jej rodzina nie miała o niczym zielonego pojęcia. Dzięki Bogu za szybki rozwód, który zakończył zawarte pod wpływem impulsu małżeństwo.

Zazwyczaj udawało jej się nie wracać do tego myślą, ale było trudniej, gdy dwadzieścia cztery godziny na dobę miała do czynienia z przepełnioną szczęściem Audrey. W dodatku dzisiaj Jonah zostawił jej na poczcie głosowej zagadkową wiadomość. Nawet po roku od rozstania rozpoznała jego seksowny bas.

– Eloiso, to ja, musimy porozmawiać.

Odrzuciła do tyłu koński ogon, drżąc na samo wspomnienie dotyku Jonaha. Rok temu zaspokajała ciekawość dotyczącą własnych korzeni, dziedzictwa związanego z jej rodzonym ojcem. Letnia przygoda doprowadziła ją do mężczyzny, który absolutnie się dla niej nie nadawał. Zagroził jej starannie chronionemu światu i głęboko skrywanym tajemnicom.

Odsunęła od siebie wspomnienie Jonaha. Zbyt wiele wspomnień, a poza tym rozwiedli się i Jonah należał już do czasu przeszłego. Zresztą ich trwające dobę małżeństwo nigdy się dla niej nie liczyło. Powinna zignorować jego wiadomość, zablokować numer.

W wodzie pluskała się ryba, liny żaglówek stukały o maszty. Rytmiczne znajome dźwięki brzmiały kojąco. Eloisa chłonęła je łapczywie, czerpiąc z nich tyle pociechy, ile tylko się dało. Szmaragdowa woda odbijała księżyc w pełni. W liściach palm szeleścił wiatr.

Gdzieś niedaleko rozległ się pomruk silnika.

A zatem koniec błogiej samotności. Wyjęła z wody jedną, potem drugą stopę i zerknęła przez ramię. Zbliżała się do niej limuzyna. Czyżby spóźnieni goście? I to mocno spóźnieni, bo tańce po kolacji już dawno się rozpoczęły.

Sięgając po sandały, patrzyła na długi czarny samochód, który zbliżał się do nabrzeża. W świetle księżyca wyraźnie lśniła kratownica ekskluzywnego rolls-royce’a. Pasażer ukrywał się za przyciemnionymi szybami. Eloisa poczuła się nagle jak przyszpilony w gablocie motyl. Teren prywatny powinien być bezpieczny. A jednak czy gdziekolwiek jest całkiem bezpiecznie, zwłaszcza po ciemku?

Poczuła gęsią skórkę. O narzeczonym Audrey szeptano, że ma podejrzane koneksje. Ojczym widział tylko jego dolary i nie przejmował się, że pieniądze nie pochodzą z najbardziej uczciwych źródeł.

Chociaż żaden z tych podejrzanych znajomych nie miał powodu skrzywdzić Eloisy, powinna wrócić na przyjęcie.

Poderwała się na równe nogi.

Limuzyna przyspieszyła.

Zdenerwowana Eloisa pomyślała z żalem, że prócz studiów z bibliotekoznawstwa powinna była zaliczyć kurs samoobrony.

No dobrze, nie miała powodu, by wpadać w panikę. Opuściła ręce i powoli ruszyła przed siebie. Jeszcze jakieś trzydzieści metrów i zawiadomi członka załogi przy trapie. Potem zniknie w tłumie tancerzy pod łańcuchami białych lampek. Za jej plecami głośniej zamruczał silnik. Eloisa wydłużyła krok i przyspieszyła.

Oddychała z coraz większym trudem. Obcas jej szpilek utknął w szparze między deskami. Kiedy go wyciągnęła, samochód znalazł się tuż za nią.

Tylne drzwi samochodu otworzyły się szeroko i zablokowały jej drogę. Nie mogła iść naprzód, mogła wsiąść do samochodu albo wskoczyć do wody. Lub zawrócić, oddalając się od łodzi. Rozejrzała się, szukając pomocy. Czy któryś z siedemdziesięciu pięciu potencjalnych świadków skaczących w rytm starego przeboju Kool and the Gang zauważy ją albo usłyszy?

Z drzwi limuzyny wysunęła się noga w czarnych spodniach. Widok mokasyna ze skóry pytona z kolekcji Ferragamo przyspieszył jej tętno. Znała tylko jednego mężczyznę, który nosił takie buty. Była zła, że nadal tak dobrze je pamięta.

Zaczęła się wycofywać, przyglądając się wysiadającemu mężczyźnie. W duchu modliła się, by jakiś cud wybawił ją z opresji. Może zobaczy siwe włosy? Piwny brzuch?

Zyskałaby pewność, że to na pewno nie jest Jonah.

Nie miała szczęścia. Mężczyzna o atletycznej, a jednocześnie smukłej sylwetce był ubrany na czarno. Górny guzik koszuli miał rozpięty, krawat poluzowany. Brązowe włosy sięgały ramion. Zaczesane do tyłu podkreślały mocną szczękę.

O wiele bardziej znajomą niż jakiekolwiek buty. Eloisa zobaczyła przed oczami wirujące mroczki.

Mężczyzna odwrócił się, stając do niej twarzą, światło księżyca rozjaśniało kasztanowe pasemka w falujących włosach. Ciemne okulary skrywały oczy. Okulary przeciwsłoneczne w nocy? Ukrywał się czy był tak próżny?

Spodziewała się, że jej były mąż nie zadowoli się nagraniem wiadomości. To nie w stylu potomka słynnej w świecie rodziny.

Jonah Landis zdjął okulary, zerknął na zegarek i uśmiechnął się.

– Przepraszam za spóźnienie. Przyjęcie już się skończyło?

Do diabła z przyjęciem. Jonah chciał się dowiedzieć, dlaczego Eloisa nie powiedziała mu całej prawdy, kiedy rok wcześniej domagała się rozwodu. Chciał też wiedzieć, czemu został porzucony.

Osłupiała mina Eloisy, która zamarła w pół kroku, byłaby bezcenna, gdyby Jonah nie był taki wściekły. Jak się właśnie dowiedział, to z jej powodu ich rozwód nie był prawomocny.

Gdy przed rokiem poznał ją w Madrycie, natychmiast stracił dla niej głowę. Patrząc teraz na Eloisę, pomyślał, że wcześniej nie zwrócił uwagi na pewne szczegóły, które dałyby mu do myślenia. Na przykład na to, jak świetnie odnajdywała się w Hiszpanii i jak tam pasowała.

Wiatr przylepił do jej ciała jedwabną beżową suknię. Ciemność płatała Jonahowi figle. Miał złudzenie, że widzi Eloisę prawie nagą, ubraną tylko w przemieszczające się cienie.

Zdawała sobie z tego sprawę, wybierając tę suknię? Zapewne nie. Eloisa wydawała się nieświadoma swojego uroku, co tylko zwiększało jej seksapil.

Ciemne włosy ściągnęła w koński ogon. Gładka fryzura sprawiała, że brązowe oczy wydawały się jeszcze większe. Choć wargi ledwie musnęła błyszczykiem, odsuwała w cień większość supermodelek.

Kiedy zdobędzie jej podpis na dokumentach rozwodowych, więcej jej nie zobaczy. Tak w każdym razie postanowił. Nie miał ochoty po raz drugi doświadczać jej zmiennych nastrojów. Nie zdawał sobie sprawy, że wypowiadając sakramentalne tak, była pijana. Nazajutrz go spoliczkowała, a zaraz potem zniknęła. Lepiej zapomnieć o takiej kobiecie.

Dotąd tak właśnie myślał. Teraz, gdy znów ją ujrzał, poczuł, jakby dostał obuchem w głowę.

Zdusił podniecenie, które w nim obudziła, i próbował się skupić. Potrzebował jej podpisu na dokumentach i z jakiegoś powodu nie chciał zostawić tej sprawy prawnikom. Być może miało to coś wspólnego z potrzebą definitywnego zamknięcia tego rozdziału.

Eloisa wyciągnęła obcas spomiędzy desek i mocno stanęła na nogach, zaciskając zęby.

– Co tu robisz?

– Przyjechałem ci towarzyszyć na przyjęciu zaręczynowym twojej siostry. – Oparł łokieć o drzwi limuzyny. – Nie mogę pozwolić, żeby moja żona była sama na przyjęciu.

– Cii! – Rzuciła się naprzód z wyciągniętą ręką, którą zatrzymała na wysokości jego warg, jakby wstydziła się zasłonić mu usta. – Nie jestem twoją żoną.

Jonah chwycił jej rękę, kciukiem pocierając palec, na który włożył jej obrączkę.

– Cholera, to znaczy, że miałem halucynacje, wyobraziłem sobie nasz ślub w Madrycie.

Eloisa wyszarpnęła rękę.

– To nie pora na kłótnie.

– Nie musimy się kłócić. Zjedzmy coś i porozmawiajmy. – Przyglądał się, jak przesunęła dłoń wzdłuż uda i przypomniał sobie, jak wargami dotykał jej miękkiej kremowej skóry.

Eloisa patrzyła na niego w milczeniu.

– Żartujesz sobie ze mnie?

– Wsiądź do auta, to się przekonasz.

Obejrzała się na statek.

– Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł.

– Boisz się, że cię porwę?

– Nie bądź śmieszny. – Zaśmiała się nerwowo, jakby rzeczywiście bała się porwania.

– To co cię powstrzymuje? Chyba że chcesz porozmawiać tutaj. – Wskazał głową na pełen gości statek. – Chyba jednak nie.

Obejrzała się znów przez ramię. Choć na razie nikt nie zwracał na nich uwagi, nie miała pewności, jak długo to potrwa.

W przeciwieństwie do niej Jonah nie przejmował się opiniami innych. Wiedział, że albo człowiek bierze sprawy w swoje ręce, albo pozwala, by ktoś nim rządził.

Uznawał tylko tę pierwszą opcję.

Uniósł brwi i czekał.

– Dobra – rzuciła Eloisa.

Wsiadając do samochodu, patrzyła na Jonaha ze złością. Nawet go nie musnęła, sadowiąc się na fotelu.

Jonah zajął miejsce obok niej, zamknął drzwi i postukał w szybę dzielącą ich od szofera. Na razie, nim poda konkretny cel, kazał mu jechać przed siebie.

– Dokąd jedziemy? – spytała Eloisa. Przyciemnione szyby potęgowały wrażenie izolacji.

– A dokąd chciałabyś jechać? Mam apartament na Pensacola Beach.

– Jasne. – Rozejrzała się, na moment zatrzymując wzrok na komputerze po lewej, po czym przeniosła spojrzenie na minibarek i plazmowy telewizor.

– Widzę, że się nie zmieniłaś. – Już zapomniał, jaka była drażliwa na punkcie pieniędzy. Wiele kobiet uganiało się za nim z powodu majątku i wpływów Landisów.

Oczywiście kiedy poznał Eloisę, nie miał pojęcia o jej koligacjach. O bogatych i wpływowych krewnych, przy których jego rodzina wypadała blado.

Jonah zdusił rodzącą się złość. By udowodnić, że potrafi nad sobą panować, przesunął palcami wzdłuż jedwabistego kosmyka jej czarnych włosów.

Eloisa gwałtownie odsunęła głowę.

– Przestań. – Nerwowo poprawiła nawiew z wentylacji. – Dość tej gry. Chcę tylko wiedzieć, po co przyjechałeś. Akurat teraz.

– Chciałem zobaczyć żonę. Czy to coś złego?

– Byłą żonę. Wzięliśmy ślub, bo za dużo wypiliśmy. – Wzruszyła ramionami. – Wielu ludziom się to zdarza, nie tylko celebrytom. Wystarczy sprawdzić rejestry ślubów w Las Vegas. Popełniliśmy błąd, ale już nazajutrz rano podjęliśmy odpowiednie kroki, żeby go naprawić.

– Uważasz, że to błąd? Nawet te chwile między małżeńską przysięgą i pobudką? – Musiał jej to przypomnieć.

W jej ciemnych oczach przemknął cień pożądania.

– Nie pamiętam.

– Zaczerwieniłaś się – zauważył z satysfakcją, patrząc na nią w miękkim stonowanym świetle lampek zamocowanych na suficie. – Doskonale pamiętasz to, co było dobre.

– Seks nie ma znaczenia – prychnęła.

– Seks? Chodziło mi o jedzenie. – Spodobała mu się ta zabawa w kotka i myszkę. – Owoce morza były fantastyczne. – Rzeczywiście jedli pyszne danie, a zaraz potem zaczęli pić. Zanim się pobrali. Zanim się rozebrali.

Patrząc w oczy Eloisy, widział, że myślała o tym samym, choć zaraz potem ściągnęła wargi.

– Jesteś idiotą.

– Ale twoim idiotą. – Przynajmniej na razie.

– Już nie. Uratowaliśmy sytuację. Jesteś moim byłym idiotą.

Gdyby to było takie proste! Bóg jeden wie, że w ciągu minionego roku bardzo się starał wymazać z pamięci Eloisę Taylor Landis.

A może raczej Eloisę Medinę Landis?

W kościelnych rejestrach natknął się przypadkiem na drobiazg, o którym zapomniała wspomnieć, a który zablokował ich rozwód w Hiszpanii.

Nie ulegało wątpliwości, że musi o niej zapomnieć, ale tym razem to on odejdzie.

– I tu się mylisz. Tylko nam się wydawało, że naprawiliśmy błąd. – Lekko pociągnął ją za włosy. Jej oczy zalśniły. Spojrzał na prosty złoty łańcuszek na jej szyi i przypomniał sobie, jak tamtej nocy w wyobraźni stroił ją w klejnoty. Potem się obudziła i dała mu jasno do zrozumienia, że nie spędzą razem lata.

Gwałtownie wciągnął powietrze. Przypomniał sobie cel swojej podróży – raz na zawsze z nią skończyć.

Raptem jednak zaczął się zastanawiać, czy nie byłoby bardziej satysfakcjonujące, gdyby jeszcze raz kochał się z Eloisą. Gdyby się przekonała, co straciła przez swoje tajemnice.

Delikatnie przesunął palce z jej końskiego ogona na policzek i odwrócił do siebie jej twarz.

– Papiery rozwodowe są nieważne. Nie podałaś prawdziwego nazwiska.

Eloisa gwałtownie umknęła spojrzeniem.

– Nie kłamałam, podałam prawdziwe nazwisko. – Wyprostowała się i spojrzała na niego. – Co masz na myśli, mówiąc, że papiery są nieważne?

Wydawała się szczerze zaskoczona, ale on już wiedział, że nie może jej ufać. Mimo to kontynuował grę, by osiągnąć ostateczny cel – ostatnią noc z Eloisą.

– Rozwód nie jest prawomocny. Nadal, moja droga, jesteś panią Landis.

Tytuł oryginału: The Tycoon Takes a Wife

Pierwsze wydanie: Silhouette Desire, 2010

Redaktor serii: Ewa Godycka

Opracowanie redakcyjne: Grażyna Ordęga

Korekta: Małgorzata Narewska

© 2010 by Catherine Mann

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2014, 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Gorący Romans są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-2500-7

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.