Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jeśli sądziliście, że znacie już wszystkie sekrety Hebanowego Dworku, to byliście w błędzie. W ogromnym błędzie!
Przypadkowo znalezione w pokoju Elizy urządzenie uruchamia lawinę niezwykłych wydarzeń. Rolo i jego ferajna odkrywają sekretny pokój chroniony zaklęciami, a w nim zagadkową sekreterę, w której Edmund Grinn przechowywał wiele tajemnic. W jednej z przegródek znajdują pamiętnik z 1935 roku, w którym Eliza zostawiła wskazówki dotyczące zaginięcia swojej przyjaciółki. W "Sekretnym pokoju" będziemy więc rozwiązywać tajemnicę zniknięcie Brygidy, a trop poprowadzi nas do jeziora i jego niezwykłej królowej. Poznamy legendę, o której niemal nikt już nie pamięta, i ruszymy do przeszłości. A to wszystko stanie się możliwe za sprawą magicznego… czasocofacza.
#tajemnice #śledztwo #magia
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 202
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: Sekretny pokój
Tekst: Małgorzata Starosta
Ilustracja na okładce: Przemysław Szukaj
Kierownik redakcji: Magdalena Cicha-Kłak
Redakcja: Magdalena Marczewska
Korekta: Olga Smolec-Kmoch
Przygotowanie wersji elektronicznej: Paweł Kowalski
Text © Copyright by Małgorzata Starosta, 2026
Copyright © by Wydawnictwo Juka-91, Warszawa 2025
Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, przedrukowywanie i rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji bez pisemnej zgody wydawcy zabronione.
Wykorzystywanie treści niniejszego utworu lub jego części do celów eksploracji tekstów i danych (TDM), w szczególności na użytek uczenia maszynowego związanego z procesem szkolenia sztucznej inteligencji, bez wyraźnej zgody wydawcy jest zabronione.
dwukropek.com.pl
Wydawnictwo Juka-91 Sp. z o.o.
ul. Jutrzenki 118
02-230 Warszawa
Infolinia 800 650 300
„Och, nic nie może się zdarzyć więcej niż raz, ale wszystko musi się wydarzyć pewnego dnia”
Michael Ende, Niekończąca się historia
Odkąd poznał rodzinną tajemnicę, Roland Martin – dla przyjaciół: Rolo – każdą wolną chwilę swojego ośmioipółletniego życia spędzał w Hebanowym Dworku, należącym do Artura i Idy Grinnów oraz ich dwóch córek – trzynastoletniej Niny i osiemnastoletniej Bianki. Poza wymienionymi właścicielami w najstarszym domu w Miasteczku mieszkali także ogrodnik i złota rączka Eugeniusz Bickle, jego wnuczka Mila (osobista ukochana Rola) oraz gospodyni, pani Marta Lambert. Bywał w nim również, choć coraz rzadziej, siostrzeniec pani Lambert, Karol, który przy okazji był chłopakiem Bianki Grinn. Wydaje się skomplikowane, ale bez wątpienia z czasem się połapiecie.
Usytuowany na szczycie Wzgórza Olbrzyma, górującego nad Miasteczkiem, Hebanowy Dworek – jak przystało na szanujący się bardzo stary dom – skrywał przed światem potężną tajemnicę. Sekret ów był tak pilnie strzeżony, że znała go zaledwie garstka ludzi, a ci, którzy przypadkiem weszliby w jego posiadanie, z pewnością by nie uwierzyli. Aby pojąć, jak niezwykłym miejscem był dom wybudowany przed wiekami przez Ezrę Grinna, trzeba było bowiem mieć umysł otwarty i gotowy na przyjęcie tego, co zwykle w rozumie się nie mieści. Na szczęście Roland Martin w swoim rozumie mógł upchnąć bardzo wiele i wciąż miał miejsce na nowe odkrycia. Istnienie sekretu godziny czarów przyjął więc bez mrugnięcia okiem, nie widząc w tym kompletnie nic niestosownego. Ot, sekret jak sekret, i tyle.
Mama Rola wydawała się nie mieć nic przeciwko temu, że jej syn swój własny dom traktował jedynie jak noclegownię, a całą resztę czynności składających się na tak zwane „życie codzienne” niezauważenie przeniósł do Hebanowego Dworku. Taki układ pasował wszystkim, z panią Martin na czele, ponieważ nigdy nie potrafiła radzić sobie z gadatliwością i dociekliwością jedynaka. Zupełnie odwrotnie niż Artur Grinn.
– Cóż tam dziś na tapecie? – zagadnął chłopca pewnego dnia, znajdując go, a jakże, w bibliotece.
– Jeszcze nie wiem – odparł Rolo. – Może pomógłbyś mi wybrać? To wygląda ciekawie, z tego na pewno czegoś się dowiem, a tamto wydaje się nieco mroczne, a więc fascynujące.
Poznawszy swoją daleką krewną Ninę, Rolo mimowolnie przejął część z jej słownictwa, w którym słowo „fascynujące” zajmowało pozycję na podium. Równie chętnie korzystał z „ambiwalentne”, „partycypować” czy „beneficjent”, tyle tylko, że dla tych wyrazów rzadko pojawiał się odpowiedni kontekst.
– Hmmm, rzeczywiście masz trudny wybór… – Artur pokiwał głową, a na jego pociągłej piegowatej twarzy pojawił się wyraz zadumy. – Może należałoby się zdać na los. Rzuć monetą albo ciągnij słomki…
Chłopiec zmarszczył czoło, niezbyt usatysfakcjonowany podpowiedzią. Zdawanie się na los było czymś, czego stanowczo nie akceptował, głęboko wierząc we własną sprawczość. Dlatego też, po krótkim zastanowieniu, odparł:
– Wiesz, chyba dziś zrezygnuję z czytania. Pójdę się poszwendać, może znajdę coś interesującego.
Wysoki i niezwykle szczupły Artur znów skinął głową porośniętą gęstymi kasztanoworudymi włosami, które z rzadka jedynie widywały grzebień, a do tego regularnie były mierzwione przez swojego właściciela, przez co niemal nieustannie wyglądały, jakby szykowały się do masowej ucieczki.
– Słusznie, młody człowieku. Nie ma sensu zmuszać się do lektury, jeśli nie jesteśmy gotowi. Przyjdzie na nią właściwy czas. Pamiętam, że kilka razy dziadek Edmund nakrył mnie na czytaniu w środku nocy, tak mnie wciągnęła książka. Oczywiście dostałem za to straszną burę, ale i tak było warto.
O, w to Rolo nie wątpił! Zarówno w burę, jak i w to, że mimo wszystko było warto. On sam niejednokrotnie został przyłapany przez mamę na czytaniu przy świetle latarki czołowej, a raz, już niemal o świcie, zasnął z twarzą na książce i kiedy został brutalnie obudzony przez rodzicielkę, marzył tylko o tym, żeby umrzeć, bo przynajmniej mógłby wtedy leżeć z zamkniętymi oczami.
– No to ja idę pisać odpowiedź na zarzuty wobec korporacji, która używa sztucznych nici do przyszywania guzików i sprzedaje wyposażone w nie koszule jako sto procent bawełny, co ewidentnie nie podoba się konkurencji. – Artur cmoknął z wyraźnym niesmakiem. – Dokąd ten świat zmierza, drogi chłopcze?
Rolo, rzecz jasna, miał ugruntowane przekonanie, dokąd zmierza świat, ale wolał nie dzielić się swoimi przemyśleniami z Arturem, którego uważał za najbardziej dobrodusznego prawnika, jakiego kiedykolwiek nosiła ziemia. Wzruszył więc jedynie ramionami i odprowadził wzrokiem opuszczającego bibliotekę mężczyznę. Często się tu spotykali, uświadomił sobie nagle, choć niemal nigdy nie widział, żeby Artur sięgał po jakąś książkę. Może więc zaglądał do biblioteki, żeby zamienić słówko z nim? Właściwie… Z mądrym zawsze miło porozmawiać.
Odłożył książki na ich miejsca i – podobnie jak wcześniej Artur – wyszedł z biblioteki. Jego drugim ulubionym miejscem w Hebanowym Dworku była dawna sypialnia Elizy Kern, poprzedniej właścicielki domu, która zostawiła go w spadku Arturowi, i tam właśnie skierował swoje kroki.
Po ubiegłorocznej przygodzie, kiedy zarówno Artur, jak i Ida zostali wtajemniczeni w sięgające odległej przeszłości sekrety rodziny Grinnów, uporządkowanie „graciarni” – jak nazywała to miejsce pani Grinn – powędrowało na sam szczyt listy zadań do wykonania, jednak wciąż brakowało czasu na jego realizację. Zajęci remontem dachu, odnawianiem schodów i uszczelnianiem okien właściciele pozwalali młodzieży myszkować w eklektycznym zbiorze cioteczki Elizy, co szczególnie cieszyło Rola. Nina miała za dużo nauki, Bianka zupełnie straciła zapał do szukania kolejnych tajemnic, a Mila… Cóż, Mili nie brakowało ani zapału, ani czasu, jednak zbyt częste towarzystwo zakochanego smarkacza działało jej na nerwy. Dlatego też Roland Martin najczęściej spędzał czas sam, zaglądając do każdego kąta i węsząc pod każdą luźniejszą deską w podłodze. W ciągu zaledwie kilku tygodni trafił na rzadkie wydanie Opowieści kanterberyjskich, bardzo starą mapę przedstawiającą Dolinkę (choć co do tego nie miał pewności, bo napisy wykonano w nieznanym mu języku), kompas ze złamaną igłą, szkatułkę z hebanowego drewna, kilka stron manuskryptu wyglądającego na średniowieczny (rozpadły się niemal natychmiast po ich dotknięciu), całe mnóstwo starych książek, których tytułów Rolo nie był w stanie nawet odczytać, i cztery wielkie kartony pełne korespondencji. Te ostatnie wyjątkowo zainteresowały chłopca i właśnie teraz postanowił poświęcić im całą swoją uwagę.
Zdjąwszy pokrywkę z największego pudła, Rolo zajrzał do niego i otaksował zawartość. Koperty, małe i duże, pocztówki, kartki luzem, w pęczkach i rulonach. Niektóre stosiki przewiązane wstążeczkami. Karton był bardzo głęboki, a z jakiegoś powodu chłopiec nabrał przekonania, iż najciekawsze rzeczy znajdują się na spodzie. Coś jak góra lodowa – im głębiej pod wodą, tym jej więcej.
Metodycznie i bez pośpiechu wyjmował niekończące się papiery, układał je na podłodze, której wokół niego było już coraz mniej, czego nie można było powiedzieć o zawartości kartonu. Jakby nie miał dna! Ktoś inny na jego miejscu zapewne zrezygnowałby już dawno, ale nie Roland Martin. On nigdy się nie poddawał. Opróżniał więc pudło z niegasnącym entuzjazmem, wierząc, że znajdzie w nim COŚ. Czym owo coś miałoby się okazać, tego nie wiedział, ale miał pewność, że ono tam jest. Ukryte pomiędzy listami Elizy do ukochanego męża, pocztówkami wysyłanymi przez Artura z kolonii letnich do dziadka Edmunda i wieloma innymi osobistymi przedmiotami, które Rola interesowały raczej średnio. Kiedy więc jego oczom ukazała się niepozorna drewniana szkatułka, niewiększa niż pudełko na bransoletkę, w które miła pani zapakowała prezent dla jego mamy, poczuł przyśpieszone bicie serca. Właśnie znalazł COŚ! Był tego pewien, czuł to każdą komórką swojego ośmioipółletniego ciała.
Ostrożnie, jakby za moment miała się rozpaść, wyjął szkatułkę z kartonu i trzymając ją w wyciągniętej dłoni, usiadł po turecku. Przez chwilę przyglądał się znalezisku, wodząc wzrokiem po misternych wyżłobieniach w kształcie koncentrycznych linii, po czym wziął głęboki oddech, zamknął oczy i odchylił wieczko.
– Lepiej, żebyś nie okazała się pełna martwych pająków – wyszeptał głosem, w którym pobrzmiewały ekscytacja, strach i nadzieja.
Zanim otworzył oczy, do jego nozdrzy doleciał zapach kurzu, starego drewna i ledwie wyczuwalny aromat bergamotki. Ten ostatni bardzo lubił, zwłaszcza w herbacie earl grey, którą codziennie rano wypijał z mlekiem i dwiema łyżeczkami cukru. Uchylił jedną powiekę i zerknął na szkatułkę.
– O – powiedział i zaraz dodał: – O!
We wnętrzu pudełka nie było ani jednego pająka – ani martwego, ani żywego, co Rolo stwierdził z wielką ulgą. Niemal całą przestrzeń wypełniał przedmiot nieprzypominający niczego, co chłopiec kiedykolwiek widział. Może trochę kojarzył mu się z kompasem, widzianym w podręczniku do przyrody, albo ze starym kieszonkowym zegarkiem typu busola, takim, jakich używali dziewiętnastowieczni dżentelmeni, ale był zbyt duży na zegarek i zbyt skomplikowany na kompas.
Ostrożnie wyjął znalezisko ze szkatułki. Było ciężkie i zimne. Obudowa w kolorze miedzi błyszczała, jakby dopiero wyszła spod ręki rzemieślnika, a na szkle chroniącym niezwykle skomplikowany mechanizm nie było ani jednej ryski. Gdyby Rolo nie wiedział, że szkatułka od wielu lat spoczywała na dnie kartonu, mógłby pomyśleć, że znalazł nowiusieńki chronograf. Trochę dziwny, niespotykany, ale z całą pewnością w idealnym stanie.
Wypukłe szkło skrywało tarczę, a właściwie kilka tarcz – małych i większych – nigdzie jednak nie było widać żadnej wskazówki. Niektóre z tarcz przypominały koła zębate, niektóre były zaledwie obręczami, a część z nich wywoływała skojarzenia z kołami od roweru. Układały się warstwowo, przez co Rolo nie mógł dokładnie policzyć, ile faktycznie ich było, i ostatecznie zrezygnował, zatrzymując się na jedenastu. Skupił się na obręczy okalającej cały mechanizm.
– Fascynujące… – stwierdził, przytknąwszy szkiełko do oka. – Symbole rzymskie, arabskie, lunarne i astrologiczne. Ciekawe, co odmierzają.
Obrócił przedmiot i przyjrzał się inskrypcji wygrawerowanej na lśniącej kopercie.
– „Przyszłość to przeszłość kształtowana teraźniejszością” – przeczytał na głos, marszcząc jasne brwi. – Przyszłość to przeszłość? No może trochę racja. Ale i tak bez sensu. Czym ty jesteś, busolko? Bo czymś jesteś na pewno.
Z korytarza dobiegło skrzypienie drewnianych schodów, co zwiastowało czyjeś nadejście. Uchylone drzwi otworzyły się na oścież i stanął w nich Artur Grinn.
– O, tu jesteś, znakomicie – powiedział i uśmiechnął się do chłopca. – Pani Lambert nalewa zupę i kazała mi ciebie przyprowadzić. Co tam masz?
Rolo zerknął na urządzenie, po czym wyciągnął rękę w stronę Artura.
– Znalazłem w rzeczach pani Elizy. Może ty będziesz wiedział, do czego służy?
Artur zrobił kilka kroków na swoich pałąkowatych nogach i wyjął błyszczący przedmiot z pulchnej dłoni chłopca.
– Hmmm, ciekawe – mruknął, obracając busolę (czy co to było) przed oczami. – Wygląda jak zegarek, ale raczej nie mierzy czasu. I te dziwne znaczki…
– Tych na głównej tarczy jest trzydzieści jeden – poinformował Rolo.
– O, doprawdy? Tak jak dni miesiąca?
– Też mi się tak skojarzyło. Tych trochę mniejszych doliczyłem się stu, ale głowy nie dam, bo musiałem zaczynać kilka razy.
– A te mniejsze? Wydaje mi się, że są na nich jakieś symbole – zastanawiał się Artur.
– Tak, ale niewyraźne. Potrzebujemy lupy, żeby im się przyjrzeć.
– Eugeniusz na pewno ma lupę. Zejdźmy na obiad, a później spróbujemy rozwikłać tę zagadkę wspólnie.
Rozwikływanie zagadek było – przynajmniej od pewnego czasu – ulubionym zajęciem Rolanda, poza przeglądaniem starych ksiąg i węszeniem w pokoju Elizy Kern. Przystał na pomysł Artura z zadowoleniem, zwłaszcza że w jego brzuchu rozpoczynał się właśnie koncert.
Zupa kalafiorowa pani Lambert skutecznie odwróciła myśli chłopca od tajemniczego znaleziska, przez co niemal zapomniał o lupie. Na szczęście wyćwiczony przez studia i lata praktyki prawniczej umysł Artura nigdy o niczym nie zapominał.
– Eugeniuszu, mógłbyś przynieść szkło powiększające? Roland znalazł interesujący przedmiot wśród rzeczy cioteczki Elizy i chcielibyśmy przyjrzeć mu się bliżej.
Wyjął z kieszeni spodni błyszczące urządzenie i położył na stole, z którego już zniknęły puste talerze.
– O wielkie nieba, od lat tego nie widziałem! – krzyknął pan Bickle na widok busoli.
– Pan wie, co to jest? – zdziwił się Rolo.
– A jakże, wiem doskonale! Pamiętam nawet, kiedy zostało zrobione. To nie kto inny, tylko pański dziadek, Arturze, był konstruktorem.
Artur Grinn omal nie pękł z dumy. Jego dziadek konstruktorem! Tylko…
– Tylko co dokładnie ten mój dziadek skonstruował? – zapytał nieśmiało, zerkając na skomplikowanie wyglądające tarcze.
– Czasocofacz – odparł Eugeniusz, jakby informował o tym, że mleko bierze się od krowy.
– Aha.
– Kiedy zaginęła Weronika, Edmund spróbował wszystkiego, żeby ją odnaleźć – kontynuował ogrodnik. – Zajęło mu to wiele lat, ale w końcu stworzył to urządzenie, które miało mu pomóc cofnąć się do pamiętnego Halloween i być może zmienić przeszłość.
– Udało mu się cofnąć w czasie? – Oczy Rola były wielkie jak spodeczki.
– Niestety nie.
– Czyli czasocofacz nie działa? – skwitował Artur.
– Działać działa, tylko nikt nie wie jak.
– Nie rozumiem…
– Ja też nie – potwierdził Rolo, marszcząc brwi.
Eugeniusz Bickle westchnął głośno, sięgnął po czasocofacz i obejrzał go ostrożnie, po czym odparł:
– Pan Edmund kilka razy cofnął się w czasie, ale nie tam, dokąd chciał. Nie wiedział, jak ani dlaczego przeskoczył akurat tam. Po kilku próbach uznał, że musiał popełnić błąd w jakichś swoich obliczeniach, zamknął czasocofacz w pudełku i je wyrzucił.
– Przecież go znalazłem – obruszył się chłopiec.
– Bo pani Eliza uważała, że nie wolno wyrzucać takich rzeczy. Schowała go, po tym jak Marta znalazła go w śmieciach, nie mówiąc o niczym bratu. One obie wierzyły, że kolejnym pokoleniom Grinnów się uda. I miały rację, czyż nie? – Eugeniusz puścił oko do Rola, który wyszczerzył się, pokazując brakujące mleczaki.
– Ale z tym chyba sobie nie poradzimy – stwierdził Artur, wskazując głową złocisty przedmiot. – Skoro dziadek nie potrafił użyć go tak, jak należy, to my tym bardziej nie będziemy mieli z niego pożytku.
Pan Bickle potaknął, choć raczej bez przekonania.
– Kto wie, kto wie, może kiedyś uda się odkryć, jak działa ten wymyślny mechanizm – powiedział zagadkowo, wstając od stołu i wręczając czasocofacz Rolowi. – Muszę wracać do ogrodu. Obiecałem Mili, że przytnę krzaki róży herbacianej.
– Ach tak, tak, ja także muszę wracać do pracy. Zanim moja małżonka uzna, że się obijam.
Kiedy mężczyźni opuścili jadalnię, Rolo przez chwilę przyglądał się błyszczącemu przedmiotowi przyjemnie ciążącemu w dłoni. Solidna konstrukcja i niebywale kunsztowne wykonanie sprawiały, że trudno było oderwać od niego wzrok. Szkoda tylko, że nie dało się sprawdzić, jak działa ten cudowny wynalazek. Nagle chłopiec zamrugał kilka razy, uświadomiwszy sobie, że przecież Edmund Grinn potrafił go uruchomić. Skoro jemu się udało, to dlaczego miałoby się nie udać Rolandowi Martinowi?
Odsunął się od stołu, delikatnie położył błyskotkę na blacie i pochylił się, żeby dokładnie obejrzeć obudowę. Padające na tę część jadalni słońce wydobywało z miedzianozłotej powłoki drobne, ledwo widoczne zdobienia. Niektóre z nich układały się w kształty cyfr, inne przypominały symbole, a jeszcze inne wyglądały, jakby narysowało je dziecko. Najgorsze jednak było to, że nigdzie nie było widać niczego, co mogłoby uruchomić mechanizm. Poza jednym miejscem…
Rolo przybliżył twarz do busoli, niemal dotykając nosem stołu, i zmrużył oczy. Na łączeniu koperty i szkła znajdował się maleńki, mikroskopijny wręcz otworek. Szpilka miała od niego większą średnicę, a istnienie czegoś, co mogłoby tam się zmieścić, wydawało się niemożliwe. No, może włos. Włosy z natury są cienkie.
To pomyślawszy, chłopiec sięgnął do swojej bujnej czupryny w kolorze słomy i wyrwał włos z czubka głowy, po czym trzymając go między palcem wskazującym a kciukiem, dotknął otworu w metalowej obudowie urządzenia. Już miał samego siebie zrugać za głupie pomysły, kiedy usłyszał cichutkie kliknięcie.
– Ooo – szepnął i zastygł.
Początkowo powoli, jedna po drugiej tarcze i obręcze zaczęły się poruszać. Jedne w jedną stronę, inne w drugą, każda w swoim tempie. Można było dostać oczopląsu, gdyby chciało się śledzić ruch każdej z osobna. Co jakiś czas coś klikało, a któraś z tarcz zastygała w bezruchu. Jako ostatnia zatrzymała się najmniejsza, o średnicy nie większej niż ziarenko słonecznika. I wszystko ucichło. A „wszystko” oznacza dosłownie WSZYSTKO.
Rolo, w którego krwi zamiast czerwonych krwinek znajdowały się teraz głównie fascynacja, ekscytacja, podniecenie i niedowierzanie, bał się nawet oddychać. Otaczająca go niesamowita cisza sprawiła, że nie mógł poruszyć choćby powieką. Wpatrywał się więc w nieruchomą obecnie tarczę czasocofacza, czując, jak do oczu napływają mu łzy. Kiedy z jego ciała zeszło to dziwne napięcie, był przekonany, że spędził tydzień w tej sztywnej i niekomfortowej pozycji.
Zamrugał kilka razy, wypuścił wstrzymywane powietrze i się rozejrzał. Dźwięki wróciły, a mimo to chłopca nie opuszczało wrażenie, że coś jest inaczej. Ten fotel… Czy on nie stał trochę dalej? I nie był przypadkiem nieco bardziej wytarty? A ten kredens? Przed chwilą prezentował się jakoś mniej dostojnie…
Przeniósł wzrok na leżący spokojnie czasocofacz i otworzył usta ze zdziwienia. Tego na pewno sobie nie wyobraził! Przed momentem tarcze znajdowały się w zupełnie innym układzie, a niektórych wcześniej nawet nie widział. Co tu się wydarzyło?!
Wstał od stołu i postanowił sprawdzić resztę pomieszczeń. Nie zdążył jednak wyjść z saloniku, kiedy drzwi frontowe otworzyły się z impetem i wparował przez nie wyjątkowo chudy chłopiec z miną tak wściekłą, że nawet nieulękły Roland Martin odruchowo zrobił krok do tyłu.
– A ty to kto? – warknął chłopak, zauważywszy Rola.
– Roland Martin, dla przyjaciół Rolo.
– Ja nie mam przyjaciół – prychnął chudzielec.
– Ale imię jakieś masz?
– Nawet dwa.
– Wystarczy jedno, żebym nie musiał mówić „ej, ty”. – Rolo nie dawał za wygraną.
– O co ci chodzi, dzieciaku? – zdenerwował się chłopiec wyglądający na rówieśnika Niny. I właściwie był do niej bardzo podobny…
– Czy ty jesteś Arturem Grinnem? – wypalił Roland, sam nie wierząc, że o to pyta.
– Nawet jeśli, to co z tego?
Rolo nie zdążył odpowiedzieć, bo drzwi znów się otworzyły i wszedł przez nie wysoki siwy mężczyzna, na którego twarzy trudno było doszukać się uśmiechu. Wydawał się raczej rozsierdzony, a nawet wściekły. Tak wściekły, że kiedy jego wzrok zatrzymał się na beczułkowatym chłopcu, ten po raz pierwszy w życiu poczuł strach.
– Kto to jest, Arturze? – zapytał mężczyzna głosem tak lodowatym, że wyobrażenie Antarktydy samo wpadało człowiekowi do głowy.
– To jest… eee… to… – zająknął się Artur, ale Rolo już odzyskał zimną krew.
Odchrząknął, wyciągnął rękę i podszedł prosto do Edmunda, którego słusznie się domyślił w postawnym dżentelmenie.
– Dzień dobry, panie Grinn, nazywam się Roland Martin, dla przyjaciół Rolo. Jestem kolegą Artura, przyszedłem, żeby mi pomógł z nauką historii. Pan Bickle mnie wpuścił i kazał poczekać – wyjaśnił gładko, a powieka nawet mu nie drgnęła.
– Roland, tak? – mruknął Edmund, ściskając dłoń chłopca. – Miło cię poznać, Rolandzie. To naprawdę godne pochwały, że chcesz poświęcać czas na naukę. Szczególnie w wakacje.
– Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał – odparł Rolo z przekonaniem, jakby naprawdę w to wierzył. Informacja o tym, że są wakacje, nieco go zaskoczyła, ale nie dał tego po sobie poznać.
– Racja, chłopcze. Nie będę was zatem zatrzymywał. – Dziadek Grinn ruszył w stronę schodów na piętro. Zatrzymał się jednak przed pierwszym stopniem i rzucił przez ramię: – Wrócimy do tematu później, Arturze.
– Kim ty jesteś? – zagadnął szeptem Artur, kiedy kroki dziadka ucichły. – Skąd znasz pana Bickle’a i co właściwie tu robisz?
– Nie ma za co. Mógłbyś okazywać większą wdzięczność komuś, kto właśnie uratował cię od bury.
– To akurat mnie nie ominie. No więc?
– Jestem twoim dalekim krewnym – wyjaśnił Roland. – Nie mieliśmy jeszcze okazji się poznać, ale uwierz mi na słowo. Mój pradziadek nazywał się Grinn.
– Serio?! – Po raz pierwszy twarz Artura wyraźnie się rozpogodziła.
– Serio. Mamy ze sobą wiele wspólnego, a jeszcze więcej będziemy mieli.
– Dasz wiarę, że pierwszy raz spotykam Grinna, który nie mieszka w tym domu? Dziadek nigdy nie chciał mi opowiedzieć o naszych innych krewnych. Cioteczka Eliza, jego siostra, może i by powiedziała, ale dziadek strasznie na nią krzyczy…
Dopiero wzmianka o Elizie uświadomiła Rolowi, że zaledwie kilkanaście minut wcześniej myszkował w jej korespondencji, a teraz…
– Pani Eliza wciąż żyje? – zapytał, chociaż dobrze wiedział, że skoro Artur jest nastolatkiem, to przed Elizą Kern jeszcze wiele lat życia.
– O ile nie umarła w ciągu ostatniej godziny, to żyje. Dlaczego pytasz? Coś się stało cioteczce?
– Nie, nie! – zapewnił chłopiec. – Tak mi się głupio wymsknęło. Powiedz lepiej, dlaczego byłeś taki wściekły. Ty i twój dziadek też.
Artur znów się zaperzył, ale wpatrujące się w niego wielkie oczyska Rola trochę złagodziły złość. Zmierzwił swoją kasztanoworudą czuprynę i cmoknął z niesmakiem.
– A, szkoda gadać. Dziadek uważa, że zgubiłem coś bardzo cennego, chociaż to nieprawda. Pokłócił się o to najpierw z cioteczką, która zawsze staje w mojej obronie, a później zrobił mi okropną awanturę i zagroził, że jeśli ten przedmiot się nie znajdzie do wieczora, to on odeśle mnie do domu.
– Rozumiem, że nie wiesz, gdzie jest ten bardzo cenny przedmiot? – podsumował Rolo.
– Nie mam pojęcia!
– Ale nie ty go zgubiłeś?
Artur pokręcił głową z rezygnacją.
– Nie. Nie wiem, co się z nim stało.
– Fatalnie…
– Żebyś wiedział! – Artur wyrzucił ręce w powietrze, po czym spojrzał na Rola. – Dziadek nie zmieni zdania, chyba że mu udowodnię pomyłkę. W przeciwnym razie mogę się pakować do domu i nigdy więcej tu nie przyjadę.
Rolo zmarszczył brwi, skrzyżował ręce na piersiach i milczał przez kilka sekund. Myślał tak intensywnie, że z wysiłku zarumieniły mu się policzki. W końcu oznajmił:
– Arturze Grinnie, nie mamy wyjścia. Musimy znaleźć ten przedmiot i udowodnić twojemu dziadkowi, że to nie ty jesteś winien jego zaginięcia.
– Naprawdę? Nie wpadłbym na to – parsknął Artur.
– Sarkazmem niczego nie osiągniesz, kuzynie. Chociaż przyznaję, że już wiem, skąd tyle go u Bianki.
– U kogo?
– U Bianki. Nie znasz. Ale kiedyś poznasz.
– Dziwny jesteś…
– Moja mama twierdzi, że ekstraordynaryjny – zripostował Rolo. – A teraz skupmy się na tobie, bo wieczór coraz bliżej.
Znalazłszy się w pokoju, który wiele lat później zajęła Bianka, Artur opowiedział Rolowi historię zaginięcia bardzo cennego przedmiotu. Owym przedmiotem okazał się testament spisany przez Edmunda, a raczej jego aktualna wersja, dziadek Grinn miał bowiem zwyczaj zmieniać „ostatnią wolę” raz na kwartał, choć nikt nie wiedział dlaczego. Jego wnuk podejrzewał, że miało to związek ze skłonnością Edmunda do kłótni i konfliktów, przez co niektóre osoby raz zostawały wykreślone z listy spadkobierców, a raz na nią wskakiwały.
– Dziadek spisał testament w obecności Eugeniusza i pana Jakuba, antykwariusza i wydawcy, po czym włożył go do koperty, zalakował i zostawił na biurku – opowiadał Artur. – Odprowadził Jakuba do drzwi, Eugeniusz poszedł do ogrodu, a ja chciałem tylko przyjrzeć się odciskowi pieczęci w laku. Wygląda tak samo jak ekslibrisy w książkach dziadka.
– I co się wtedy stało? – zapytał Rolo, siedzący naprzeciwko chłopaka z notatnikiem i ołówkiem w dłoni.
– Pani Lambert przechodziła obok gabinetu, zauważyła mnie przez uchylone drzwi i syknęła na mnie tak głośno, że koperta wypadła mi z ręki. Dziadek zabrania mi myszkować w jego rzeczach…
– Koperta wypadła ci z ręki i gdzie upadła?
– Wpadła pod regał. Schyliłem się, żeby ją wyciągnąć, ale pani Lambert ciągle syczała, a poza tym już słyszałem kroki dziadka.
– Czyli jej nie wyjąłeś? – podsumował Rolo, ściągając brwi.
– Nie. Pani Lambert miała to zrobić, a mnie kazała znikać, żeby dziadek nie wpadł w szał. Na nią nie mógł krzyczeć, bo ona sprząta w gabinecie, więc może tam wchodzić.
– Może więc koperta wciąż tkwi pod regałem?
– Nie, Marta twierdzi, że ją wyjęła, zanim dziadek wrócił do gabinetu. Zresztą poszedłem tam później i rzeczywiście jej nie było.
– Cóż, musimy więc zapytać pani Lambert, co ona zrobiła z kopertą – zadecydował Rolo. – A przy okazji może coś zjemy. Burczy mi w brzuchu, zupa była dawno temu.
Zeszli po schodach i już w westybulu poczuli intensywny zapach obiadu. W brzuchu Rola natychmiast odezwała się cała orkiestra symfoniczna, a wkrótce dołączyły do niej żabie chóry Artura. W wyjątkowym pośpiechu pomknęli do jadalni, gdzie pani Lambert już ustawiała talerze.
– Miałam przeczucie, że będzie nas dziś więcej – przywitała chłopców i posłała Rolowi ciepły uśmiech. – Mam nadzieję, że moja kuchnia przypadnie do gustu naszemu gościowi.
– Zapewniam panią, że przypadnie na amen. Nikt nie gotuje lepszych zup! Znaczy… tak słyszałem – dodał szybko, widząc zaskoczenie na twarzy Marty.
– Czy my się znamy? – zapytała gospodyni.
– Można tak powiedzieć. Mam jednak przeczucie, że z czasem poznamy się całkiem dobrze – stwierdził i wyszczerzył się w szczerbatym uśmiechu. Nagle jednak ów uśmiech spełzł mu z twarzy, kiedy dotarła do niego istotna myśl. – Gdzie odłożyła pani mój… eee… zegarkokompas?
– Co takiego?
– Taki złoty przedmiot przypominający dużą busolę. Zostawiłem go tutaj.
– Nie wiem, o czym mówisz. – Pani Lambert zmarszczyła czoło. – Na stole nic nie leżało, kiedy go nakrywałam.
– O rany… – jęknął chłopiec.
– Nie martw się, Rolo, znajdziemy go – pocieszył zmartwionego kolegę Artur. – Pewnie Eugeniusz gdzieś go przełożył.
Wbrew dobrym chęciom Artura Roland nie poczuł się ani trochę lepiej. Eugeniusz Bickle, skądinąd znakomita złota rączka i wspaniały ogrodnik, miał tendencję do odkładania przedmiotów w różne miejsca i zapominania, gdzie je ulokował. Najczęściej były to także miejsca, w których nikomu nie przyszłoby do głowy szukać, jak na przykład szafka z mąką, kosz z praniem, składzik na drewno do kominka albo stary kalosz (schował do niego pogrzebacz). Wyglądało więc na to, że zamiast jednego, teraz muszą znaleźć dwa zaginione przedmioty.
– Jedzcie – ponagliła gospodyni.
Nie musiała więcej powtarzać, bo chłopcy rzucili się na zupę, jakby głodzili się przez kilka dni. A ponieważ apetyt obu dopisywał, nawet dokładka zniknęła w okamgnieniu. Z pełnymi brzuchami zasiedli w głębokich fotelach, żeby omówić strategię działania.
– Idziemy do pani Lambert i pytamy, co zrobiła z kopertą twojego dziadka – zaczął Rolo i ziewnął szeroko.
– Weź nie zieeewaj – mruknął Artur, którego także zaczęła morzyć senność.
– Próbuję, ale to nie jest takie proste. Odsapnijmy chwileczkę, parę minutek.
– Kwadransik najwyżej…
W następnej chwili ich ociężałe powieki opadły, oddechy się wyrównały i najedzeni niczym bąki chłopcy zasnęli twardym snem. Spali tak głęboko, że nie obudziło ich ani wyjście z domu pani Lambert, ani odgłosy ścinanych krzaków, dochodzące z ogrodu. Zrobiła to dopiero prowadzona ostrym tonem dyskusja między Elizą i Edmundem. Jak to najczęściej bywało, rodzeństwo spierało się o Artura, którego dziadek chciał za wszelką cenę trzymać jak najdalej od rodzinnych sekretów, ciotka zaś wręcz przeciwnie.
– Wystarczy już tragedii w tej rodzinie! – syczał Edmund, patrząc na siostrę ze złością.
– Gdybyś mi zaufał, moglibyśmy odczynić przynajmniej jedną!
– Nie możesz mieć tej pewności, a ja nie pozwolę, żebyś ryzykowała życie mojego wnuka!
– To także mój krewny, myślisz, że się o niego nie troszczę?!
– Myślę, że jesteś nieodpowiedzialna, Elizo, i jeśli nie przestaniesz knuć, zabronię Arturowi tu przyjeżdżać!
– Ja knuję?! A może powiesz mi, co to jest?
