Sekret, którego nie zdradzę - Tess Gerritsen - ebook + audiobook + książka

Sekret, którego nie zdradzę ebook i audiobook

Tess Gerritsen

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Przeszłość na zawsze zostawia ślad.

To miejsce zbrodni nie przypomina niczego, z czym Jane Rizzoli i Maura Isles miały do czynienia. Leżąca na kanapie kobieta nie żyje, choć można by pomyśleć, że drzemie... gdyby nie to, że zabójca pokusił się o makabryczny żart i umieścił gałki oczne na jej dłoni. Właściwie wygląda to jak jedna ze scen z wyprodukowanego przez nią horroru…

Zemsta szaleńca? A może hołd fana? Morderca nie zostawił żadnego śladu, który mógłby naprowadzić na jego trop. Mało tego – Maura Isles nie może ustalić nawet, w jaki sposób zabił. Podobnie jak w przypadku mężczyzny, w którego zwłokach tkwią trzy wystające z piersi strzały – wbite już po śmierci.

Wkrótce Jane i Maura zyskują pewność, że morderca nie poprzestanie na tych dwóch zbrodniach. A jedyna osoba, która może pomóc policji w śledztwie, ukrywa pewną tajemnicę i nawet w obliczu zagrożenia nie zamierza jej zdradzić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 365

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 32 min

Lektor: Ewa Abart

Oceny
4,5 (1269 ocen)
789
373
93
13
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
AdaAlvarin

Nie oderwiesz się od lektury

Szczerze polecam. Gerritsen doskonale przeplata ze sobą różne wątki, które tworzą doskonałą całość. To kolejna historia, która wciąga, zmusza do zastanowienia się nad sobą, która porusza i oburza. Kocham i już biegnę słuchać kolejnego tomu o moim ulubionym duecie Rizzoli & Isles.
00
jurek357

Nie oderwiesz się od lektury

Ciekawa i przerażająca....
00
gosiasindalska

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejne śledztwo tej pary ma bardzo dobre tempo i mnóstwo tropów po drodze. Świetnie się słucha! Polecam!
00
Lewan86

Nie oderwiesz się od lektury

Fajne napięcie w książce do samego końca
00
GlusioChn

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zwykle ciekawa i zaskakująca
00

Popularność




To miejsce zbrodni nie przypomina niczego, z czym Jane Rizzoli i Maura Isles się spotkały. Leżąca na kanapie kobieta nie żyje, choć można by pomyśleć, że drzemie… gdyby nie to, że zabójca pokusił się o makabryczny żart i umieścił gałki oczne na jej dłoni. Właściwie wygląda to jak jedna ze scen wyprodukowanego przez nią horroru… Zemsta szaleńca? A może hołd fana? Morderca nie zostawił żadnego śladu, który mógłby naprowadzić na jego trop. Maura Isles nie może nawet ustalić, w jaki sposób zabił. Podobnie jak w przypadku mężczyzny, w którego zwłokach tkwią trzy wystające z piersi strzały – wbite już po śmierci.

Wkrótce detektyw Rizzoli i doktor Isles zyskują pewność, że zabójca nie poprzestanie na tych dwóch zbrodniach. A jedyna osoba, która może pomóc policji w śledztwie, ukrywa pewną tajemnicę i nawet w obliczu zagrożenia nie zamierza jej zdradzić.

TESS GERRITSEN

Amerykańska pisarka, z zawodu lekarka internistka. Po studiach praktykowała w Honolulu na Hawajach. W 1987 r. opublikowała pierwszą powieść, ale jej kariera pisarska nabrała rozpędu w 1996 r., gdy ukazał się jej pierwszy thriller medyczny Dawca(prawa filmowe zakupił Paramount). Dzięki odniesionemu sukcesowi mogła zrezygnować z praktyki lekarskiej. W kolejnych latach ukazały się m.in.: Nosiciel, Grawitacja (milion dolarów za prawa filmowe!), Grzesznik, Sobowtór, Autopsja, Klub Mefista, Ogród kości, Mumia, Dolina umarłych, Milcząca dziewczyna, Umrzeć po raz drugi, Igrając z ogniem, Kształt nocy i Studentka (napisana wspólnie z Garym Braverem).

Stephen King uznał ją za najciekawszą autorkę thrillerów medycznych – „Lepszą od Cooka, Palmera, a nawet Michaela Crichtona”.

Łączny nakład jej książek zbliża się do 30 milionów egzemplarzy, a przekłady publikowane są w 30 językach i regularnie pojawiają się na listach bestsellerów w USA i Europie.

Na podstawie jej powieści powstał serial telewizyjny Partnerkiz kobiecym duetem śledczym – Rizzoli & Isles.

www.tessgerritsen.com

Tej autorki

DAWCA

CIAŁO

INFEKCJA

NOSICIEL

GRAWITACJA

OGRÓD KOŚCI

IGRAJĄC Z OGNIEM

KSZTAŁT NOCY

STUDENTKA

(wspólnie z Garym Braverem)

Jane Rizzoli & Maura Isles

CHIRURG

SKALPEL

GRZESZNIK

SOBOWTÓR

AUTOPSJA

KLUB MEFISTA

MUMIA

DOLINA UMARŁYCH

MILCZĄCA DZIEWCZYNA

OSTATNI, KTÓRY UMRZE

UMRZEĆ PO RAZ DRUGI

SEKRET, KTÓREGO NIE ZDRADZĘ

WYSŁUCHAJ MNIE

Tytuł oryginału:

I KNOW A SECRET

Copyright © Tess Gerritsen 2017

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Andrzej Szulc 2017

Redakcja: Beata Kołodziejska

Projekt graficzny okładki i serii: Kasia Meszka

Zdjęcie na okładce: © Johna Rohn/Arcangel

ISBN 978-83-6751-256-5

Wydawca

Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa

wydawnictwoalbatros.com

Facebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.comwydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Aneta Vidal-Pudzisz

Rozdział pierwszy

W wieku siedmiu lat przekonałam się, jakie to ważne, żeby płakać na pogrzebach. Tamtego dnia w środku lata w trumnie leżał mój stryjeczny dziadek Orson, którego pamiętałam głównie z tego, że palił śmierdzące cygara, jechało mu z ust i bez skrępowania pierdział. Za życia na ogół mnie ignorował, podobnie jak ja jego, więc nie przejęłam się zbytnio jego śmiercią. Nie rozumiałam, z jakiej racji mam uczestniczyć w pogrzebie, ale nie są to decyzje, które pozwala się podejmować siedmiolatkom. Dlatego tamtego dnia wierciłam się znudzona w kościelnej ławce, pocąc się w czarnej wełnianej sukience i zastanawiając się, dlaczego nie mogłam zostać w domu z tatą, który kategorycznie odmówił udziału w nabożeństwie. Udając, że opłakuje kogoś, kim pogardzał, byłby hipokrytą, oświadczył. Nie wiedziałam, co znaczy to słowo, „hipokryta”, ale solidaryzowałam się z tatą. Stercząc tam, wciśnięta między matkę i ciotkę Sylvię, słuchałam ludzi, którzy jeden po drugim wygłaszali mdłe peany na cześć niczym się niewyróżniającego wujka Orsona. Jak dumnym i niezależnym był człowiekiem! Z jaką pasją uprawiał swoje hobby! Jak bardzo kochał swoją kolekcję znaczków!

Nikt nie wspomniał o jego śmierdzącym oddechu.

W trakcie wlokącego się niemiłosiernie nabożeństwa, żeby zabić jakoś czas, przyglądałam się głowom siedzących przed nami ludzi. Zauważyłam, że kapelusz ciotki Donny obsypany jest białym łupieżem i że wujek Charlie zdrzemnął się i przekrzywił mu się tupecik. Wyglądało to tak, jakby brązowy szczur próbował ześlizgnąć się z jego głowy. Widząc to, zrobiłam coś, co zrobiłaby na moim miejscu każda normalna siedmiolatka.

Wybuchłam śmiechem.

Reakcja była natychmiastowa. Ludzie obrócili się i spiorunowali mnie wzrokiem. Zawstydzona matka wbiła pięć ostrych paznokci w moje ramię.

– Przestań! – syknęła.

– Ale jemu odkleiły się włosy! Wygląda, jakby szczur siedział mu na głowie!

Paznokcie wbiły się jeszcze głębiej.

– Przedyskutujemy to później, Holly.

W domu nie było żadnej dyskusji. Zostałam ochrzaniona i oberwałam po buzi. W ten sposób dowiedziałam się, jak należy się zachowywać na pogrzebach. Trzeba trzymać buzię na kłódkę, siedzieć z poważną miną, a czasami nawet uronić łezkę.

Cztery lata później, na pogrzebie matki, pamiętałam, by zalewać się łzami głośno i rzęsiście, bo tego właśnie się po mnie spodziewano.

Ale dziś na pogrzebie Sarah Basterash nie wiem, czy ktokolwiek tego po mnie oczekuje. Minęło ponad dziesięć lat, odkąd widziałam po raz ostatni dziewczynę, która nosiła w szkole nazwisko Byrne. Nigdy nie byłyśmy ze sobą blisko, więc nie mogę z ręką na sercu powiedzieć, że mi jej brak. Przyjechałam na jej pogrzeb w Newport z czystej ciekawości. Chcę wiedzieć, jak zmarła. Muszę wiedzieć, jak zmarła. „Taka straszna tragedia”, szepczą wszyscy w kościele. Jej męża nie było akurat w mieście. Sarah wypiła kilka drinków i zasnęła. Na szafce nocnej paliła się świeczka. Pożar, w którym zginęła, był dziełem przypadku. Tak w każdym razie mówią.

Chcę wierzyć, że tak właśnie było.

Mały kościółek w Newport jest wypełniony po brzegi; są tu wszyscy, z którymi Sarah przyjaźniła się w swoim krótkim życiu. Większości nigdy nie poznałam. Nie znałam jej męża, Kevina, który w bardziej sprzyjających okolicznościach mógłby uchodzić za całkiem przystojnego faceta, kogoś, kogo mogłabym poderwać, lecz dziś wydaje się autentycznie zdruzgotany. Czy tak właśnie wygląda rozpacz?

Rozglądam się i spostrzegam za sobą koleżankę z klasy, niejaką Kathy. Ma spuchniętą od łez twarz i rozmazany tusz do rzęs. Wielu mężczyzn i prawie wszystkie kobiety płaczą, bo zaangażowana specjalnie w tym celu sopranistka śpiewa stary kwakierski hymn Simple Gifts, który zawsze przyprawia o łzy. Kathy i ja patrzymy sobie przez chwilę w oczy, ja w jej lśniące i załzawione, ona w moje suche i spokojne. Od czasów szkoły średniej bardzo się zmieniłam i nie sądzę, by mnie poznała, lecz mimo to wpatruje się we mnie, jakby zobaczyła ducha.

Odwracam się i wbijam wzrok przed siebie.

KiedySimple Gifts się kończy, ja też ronię kilka łez, tak jak wszyscy.

Później staję w długiej kolejce żałobników pragnących złożyć ostatni hołd zmarłej i mijając zamkniętą trumnę, przyglądam się umieszczonej na sztaludze fotografii Sarah. Miała tylko dwadzieścia sześć lat, cztery lata mniej ode mnie. Na fotografii jest niewinna, zaróżowiona i uśmiechnięta, jest tą samą śliczną blondynką, którą zapamiętałam ze szkolnych lat, kiedy nikt mnie nie zauważał i zawsze przemykałam bokiem. A teraz moje ciało tętni życiem, a z Sarah, małej ślicznej Sarah, zostały tylko zwęglone szczątki. Jestem przekonana, że takie właśnie myśli przebiegają przez głowę ludziom, którzy patrzą na jej zdjęcie sprzed pożaru: widzą uśmiechniętą twarz na fotografii i wyobrażają sobie spalone ciało i poczerniałą czaszkę.

Kolejka posuwa się do przodu i w końcu mogę złożyć kondolencje Kevinowi.

– Dziękuję za przybycie – mruczy w odpowiedzi. Nie ma pojęcia, kim jestem i skąd znałam Sarah, ale widzi łzy na moich policzkach i łapie mnie z wdzięcznością za rękę. Opłakuję wraz z nim jego zmarłą żonę i tylko to się liczy.

W końcu wymykam się z kościoła i nie zważając na zimny listopadowy wiatr, szybko się oddalam. Nie chcę trafić na żadnego ze znajomych Kathy i na żadnego z moich znajomych z dzieciństwa. W minionych latach udawało mi się ich wszystkich unikać.

A może to oni unikali mnie.

Minęła dopiero druga i chociaż mój szef w Booksmart Media dał mi cały dzień wolnego, zastanawiam się, czy nie wrócić do wydawnictwa i nie nadrobić zaległości, wysyłając maile i telefonując do ludzi. Pracuję w dziale promocji i obsługuję kilkunastu autorów – umawiam ich z mediami, wysyłam egzemplarze sygnalne i piszę materiały dla prasy.

Jednak przed powrotem do Bostonu muszę odwiedzić pewne miejsce.

Jadę pod dom Sarah – a właściwie to, co z niego zostało: poczerniałe szczątki, zwęglone belki i sterta okopconych cegieł. Biały płotek, za którym był kiedyś ogródek, leży przewrócony i połamany, zdewastowany przez strażaków, którzy ciągnęli z ulicy drabiny i węże. Zanim przyjechała straż, w domu musiało szaleć inferno.

Wysiadam z samochodu i podchodzę do gruzów. W powietrzu nadal czuć smród spalenizny. Stojąc na chodniku, dostrzegam w czarnym pogorzelisku połyskującą lodówkę ze stali nierdzewnej. Jedno spojrzenie na tę uliczkę w Newport mówi mi, że to był luksusowy dom. Zastanawiam się, w jakiej branży pracuje mąż Sarah i czy odziedziczył fortunę po swoich bliskich. Tej przewagi ja z całą pewnością nie miałam.

Zrywa się wiatr, pod moimi stopami szeleszczą zeschłe liście. Ten dźwięk przypomina mi inny jesienny dzień przed dwudziestu laty, gdy miałam dziesięć lat i szłam przez las. Tamten dzień nadal rzuca cień na moje życie i dlatego właśnie tu stoję.

Spoglądam na złożone w tym miejscu dowody pamięci. Ludzie przynieśli Sarah całe naręcza kwiatów; widzę sterty zwiędłych róż, lilii i goździków, kwiecisty hołd ku czci młodej kobiety, którą najwyraźniej kochali. Nagle zauważam coś zielonego, co nie jest elementem bukietu, ale leży na innych kwiatach, jakby zostało położone po namyśle.

To palmowy liść. Symbol męczeństwa.

Wstrząsa mną zimny dreszcz i szybko się cofam. Serce wali mi jak młotem i nagle słyszę zbliżający się samochód. Odwróciwszy się, widzę radiowóz, który zwolnił do prędkości pieszego. Ma zamknięte szyby i nie widzę twarzy policjanta, ale domyślam się, że mierzy mnie uważnym wzrokiem. Wsiadam z powrotem do swojego auta.

Przez chwilę siedzę, czekając, aż uspokoi mi się serce i przestaną drżeć dłonie. Patrzę na ruiny domu i ponownie wyobrażam sobie Sarah w wieku sześciu lat. Małą śliczną Sarah Byrne podrygującą przede mną na siedzeniu szkolnego autobusu. Tamtego popołudnia jechało nas pięcioro.

Teraz została tylko czwórka.

– Żegnaj, Sarah – szepczę, po czym przekręcam kluczyk w stacyjce i ruszam z powrotem do Bostonu.

Rozdział drugi

Bestie też umierają.

Kobieta leżąca po drugiej stronie szyby mogła wydawać się taką samą istotą ludzką jak inni pacjenci oddziału intensywnej opieki, jednak doktor Maura Isles wiedziała, że Amalthea Lank jest prawdziwą bestią. Za szybą widziała kogoś, kto nawiedzał ją w koszmarach, kto rzucał cień na jej przeszłość i na czyjej twarzy widziała swoją przyszłość.

To moja matka.

– Słyszeliśmy, że pani Lank ma córkę, ale nie zdawaliśmy sobie sprawy, że mieszka pani w Bostonie tak blisko – odezwał się doktor Wang. Czy w jego głosie zabrzmiała nutka krytycyzmu? Dezaprobata wypływająca z faktu, że nie okazała się kochającą córką i nie pojawiła przy łożu konającej matki?

– Jest moją biologiczną matką – wyjaśniła Maura. – Oddała mnie do adopcji, kiedy byłam niemowlęciem. Dowiedziałam się o tym dopiero przed kilku laty.

– To znaczy, że się znacie?

– Tak, ale nie rozmawiałam z nią, odkąd… – Maura urwała. Odkąd przysięgłam, że nie będę z nią miała nic wspólnego. – Zanim dziś po południu zadzwoniła do mnie pielęgniarka, nie miałam pojęcia, że leży na OIOM-ie.

– Przyjęto ją dwa dni temu, z bardzo wysoką temperaturą i niskim poziomem białych krwinek.

– Jak niskim?

– Poziom neutrofili… to szczególny rodzaj krwinek… wynosi tylko pięćset jednostek. Powinien być trzy razy wyższy.

– Rozumiem, że zastosowaliście antybiotykoterapię empiryczną? – Maura zobaczyła na twarzy lekarza zaskoczenie. – Przepraszam, doktorze Wang – dodała. – Powinnam wyjaśnić, że jestem lekarką. Pracuję w Urzędzie Lekarza Sądowego.

– Och, nie zdawałem sobie sprawy. – Doktor Wong odchrząknął i natychmiast przerzucił się na znacznie bardziej profesjonalny język. – Owszem, zaczęliśmy podawać antybiotyki natychmiast po pobraniu krwi na posiew. Mniej więcej pięć procent pacjentów chemioterapii cierpi na gorączkę neutropeniczną.

– Jakiemu rodzajowi chemioterapii jest poddawana?

– Zastosowaliśmy terapię Folfirinox. To połączenie czterech leków, w tym fluorouracylu i leucovorinu. Według francuskich badań Folfirinox zdecydowanie przedłuża życie pacjentom z metastatycznym rakiem trzustki, ale trzeba monitorować ich temperaturę. Więzienna pielęgniarka w Framingham na szczęście o tym wiedziała. Mam nadzieję, że nie pogniewa się pani, jeśli o coś zapytam.

– Tak?

Doktor Wang odwrócił wzrok, najwyraźniej skrępowany. O wiele łatwiej jest dyskutować o wynikach badania krwi, antybiotykoterapii i badaniach naukowych, ponieważ te rzeczy nie są dobre ani złe; nie trzeba ich osądzać.

– W jej historii choroby z Framingham nie ma mowy o tym, dlaczego trafiła za kratki. Wiemy tylko, że pani Lank odsiaduje wyrok dożywocia bez możliwości zwolnienia warunkowego. Strażnik, którego jej przydzielono, nalega, by chorą przykuto do ramy łóżka, co wydaje się barbarzyństwem.

– Takie po prostu obowiązują zasady w stosunku do hospitalizowanych więźniów.

– Ona umiera na raka trzustki i każdy widzi, jaka jest słaba. Z całą pewnością nie wyskoczy z łóżka i nie ucieknie. Ale strażnik powiedział, że jest bardziej niebezpieczna, niż na to wygląda.

– Bo jest – odparła Maura.

– Za co trafiła do więzienia?

– Za zabójstwa. Wielokrotne.

Doktor Wong przyglądał się przez chwilę Amalthei.

– Ta kobieta jest morderczynią?

– Teraz rozumie już pan, dlaczego są konieczne kajdanki. I strażnik dyżurujący na korytarzu. – Maura zerknęła na umundurowanego funkcjonariusza, który siedział przy drzwiach i przysłuchiwał się ich rozmowie.

– Przykro mi – powiedział doktor Wang. – To musi być dla pani trudne. Życie ze świadomością, że pani matka…

– …jest morderczynią? Owszem. – I nie wie pan, co jest najgorsze, pomyślała. Nie poznał pan innych członków mojej rodziny.

Za szybą izolatki oczy Amalthei powoli się otworzyły. Kościsty palec zgiął się niczym szatański szpon i ten władczy, przyzywający gest przyprawił Maurę o dreszcze. Powinnam się odwrócić i wyjść, pomyślała. Amalthea nie zasługiwała na niczyją litość i życzliwość. Niestety, były ze sobą połączone więzami równie mocnymi jak ich molekuły. Nawet jeśli świadczyło o tym wyłącznie ich DNA, Amalthea Lank była jej matką.

Strażnik nie spuszczał Maury z oczu, kiedy wkładała fartuch i maskę. To nie była prywatna wizyta; każde ich spojrzenie i każdy gest były obserwowane. Nieuniknione plotki z pewnością rozejdą się po szpitalu. Doktor Maura Isles, bostońska patolog, której skalpel rozciął trudną do oszacowania liczbę zwłok, która regularnie podążała śladem kostuchy, jest córką seryjnej zabójczyni. Śmierć była jej rodzinną domeną.

Amalthea spojrzała na Maurę oczami czarnymi jak okruchy obsydianu. We wprowadzonych do nosa rurkach syczał cicho tlen, na kardiomonitorze przy łóżku widać było krzywą elektrokardiograficzną – dowód, że nawet ktoś tak bezduszny jak Amalthea miał serce.

– W końcu przyszłaś się ze mną zobaczyć – szepnęła. – Choć przysięgałaś, że nigdy tego nie zrobisz.

– Powiedzieli, że jesteś śmiertelnie chora. To może ostatnia szansa, żebyśmy ze sobą porozmawiały. Chciałam się z tobą zobaczyć, dopóki to jeszcze możliwe.

– Bo czegoś ode mnie potrzebujesz?

Maura pokręciła z niedowierzaniem głową.

– Czego mogłabym od ciebie potrzebować?

– Tak funkcjonuje świat, Mauro. Wszystkie rozsądne istoty szukają przewagi nad innymi. Robimy tylko to, co leży w naszym interesie.

– Być może tak to wygląda w twoim świecie. Nie w moim.

– Więc po co przyszłaś?

– Bo umierasz. Bo wciąż do mnie pisałaś, prosząc, żebym cię odwiedziła. Bo lubię sobie wyobrażać, że mam dla bliźnich trochę współczucia.

– Którego ja jestem pozbawiona.

– A dlaczego, twoim zdaniem, przykuli cię do łóżka?

Amalthea skrzywiła się i zamknęła oczy. Jej twarz stężała z bólu.

– Chyba sobie na to zasłużyłam – mruknęła.

Pot zalśnił nad jej górną wargą i przez chwilę leżała zupełnie nieruchomo, jakby każdy ruch, nawet zaczerpnięcie oddechu, przyprawiał ją o straszliwy ból. Kiedy Maura widziała ją poprzednio, czarne włosy Amalthei były gęste i przetykane siwizną. Teraz do czaszki przylegały nieliczne kosmyki, niedobitki brutalnej chemioterapii. Zwisająca z kościstej twarzy skóra przypominała zapadnięty namiot.

– Wyglądasz, jakby cię bolało. Potrzebujesz morfiny? – zapytała Maura. – Zawołam pielęgniarkę.

– Nie. – Amalthea powoli wypuściła powietrze z płuc. – Jeszcze nie. Muszę mieć jasny umysł. Muszę z tobą porozmawiać.

– O czym?

– O tobie, Mauro. O tym, kim jesteś.

– Wiem, kim jestem.

– Naprawdę? – Oczy Amalthei były ciemne i bezdenne. – Jesteś moją córką. Nie możesz się tego wyprzeć.

– W niczym cię nie przypominam.

– Bo dorastałaś w miłej i szanowanej rodzinie państwa Islesów w San Francisco? Bo chodziłaś do świetnych szkół i odebrałaś najlepsze wykształcenie? Bo pracujesz na rzecz prawdy i sprawiedliwości?

– Bo nie zarżnęłam dwudziestu czterech kobiet. A może było ich więcej? Może zostawiłaś za sobą więcej trupów, nie zdołano ci tylko ich przypisać.

– To wszystko należy do przeszłości. A ja chcę mówić o przyszłości.

– A co może cię obchodzić przyszłość? Za chwilę cię nie będzie.

To, co powiedziała, było nieludzkie, ale nie chciała się nad nią litować. Nagle uświadomiła sobie, że padła ofiarą manipulacji, dała się tu zwabić przez kobietę, która wiedziała dokładnie, jak pociągać za sznurki. Amalthea przez kilka miesięcy wysyłała jej listy. „Umieram na raka. Jestem twoją jedyną krewną. To twoja ostatnia szansa, byśmy mogły się pożegnać”. Mało jest bardziej sugestywnych słów. Kiedy człowiek zmarnuje ostatnią szansę, może tego żałować do końca życia.

– Zgadza się. Umrę – potwierdziła rzeczowym tonem Amalthea. – A ty zostaniesz i będziesz się zastanawiała, kim są twoi pobratymcy.

– Moi pobratymcy? – Maura roześmiała się. – Mówisz to tak, jakbyśmy byli członkami jakiegoś plemienia?

– Bo nimi jesteśmy. Należymy do plemienia, które czerpie korzyści ze zmarłych. Twój ojciec i ja robiliśmy z nich użytek. Podobnie jak twój brat. I czy nie zakrawa na ironię, Mauro, że ty również to robisz? Zapytaj siebie, dlaczego wybrałaś taki zawód. Taki dziwny rodzaj kariery. Dlaczego nie jesteś nauczycielką albo bankowcem? Co cię skłania do krojenia zmarłych?

– Chodzi o prawdę naukową. Chcę zrozumieć, dlaczego zginęli.

– Oczywiście. Udzielasz odpowiedzi intelektualnej.

– Czy jest jakaś lepsza?

– Robisz to, bo masz w sobie mrok. Tak samo jak ja. Różnica polega na tym, że ty się go boisz, a ja nie. Próbujesz poradzić sobie z lękiem, krojąc go skalpelem, w nadziei, że odkryje swoje sekrety. Ale to nie działa, prawda? To nie rozwiązuje twojego zasadniczego problemu.

– Jakiego problemu?

– Że mrok jest w tobie. Należy do ciebie.

Maura spojrzała w oczy matce i to, co w nich zobaczyła, sprawiło, że zaschło jej w gardle. Mój Boże, widzę samą siebie. Cofnęła się.

– Koniec wizyty. Prosiłaś, żebym przyszła, i zrobiłam to. Nie wysyłaj mi więcej listów, bo na nie nie odpowiem. Do widzenia, Amaltheo – powiedziała, odwracając się do wyjścia.

– Nie jesteś jedyną osobą, do której pisałam.

Maura znieruchomiała z dłonią uniesioną nad klamką.

– Słyszę o różnych sprawach. Które być może i ty będziesz chciała poznać. – Amalthea zamknęła oczy i westchnęła. – Nie wydajesz się zainteresowana, ale to się zmieni, ponieważ wkrótce odkryjesz kolejną.

Jak to kolejną?

Maura wahała się, czy ma wyjść, czy zostać. Nie chciała dać się w to wciągnąć. Nie wdawaj się w dyskusję, mówiła sobie. Nie pozwól, żeby złapała cię w pułapkę.

Uratowała ją w końcu komórka, która zawibrowała w kieszeni. Nie oglądając się za siebie, Maura wyszła z izolatki, zerwała z twarzy maskę i wsunęła rękę pod fartuch, żeby wyciągnąć telefon.

– Doktor Isles – powiedziała.

– Mam dla ciebie wcześniejszy prezent pod choinkę – oznajmiła Jane Rizzoli zdecydowanie zbyt lekkim tonem, zważywszy, o co mogło jej chodzić. – Dwudziestosześcioletnia biała kobieta. Zmarła w łóżku, w ubraniu.

– Gdzie?

– Jesteśmy w Leather District, w lofcie przy Utica Street. Nie mogę się doczekać, żeby poznać twoje zdanie.

– Powiedziałaś, że zmarła w łóżku? Własnym?

– Tak. Znalazł ją ojciec.

– I na pewno mamy do czynienie z zabójstwem?

– Nie ma wątpliwości. Ale dopiero to, co stało się z nią później, przyprawiło tu obecnego Frosta o mdłości. – Rizzoli na chwilę przerwała. – Przynajmniej mam nadzieję, że to stało się później – dodała cicho.

Maura widziała przez szybę, że Amalthea śledzi rozmowę z dużym zainteresowaniem. To oczywiste, że była zaciekawiona; śmierć była ich rodzinną domeną.

– Jak szybko zdołasz tutaj dotrzeć? – zapytała Rizzoli.

– Jestem w tej chwili we Framingham. Może mi to zająć trochę czasu, w zależności od korków.

– We Framingham? Co ty tam robisz?

Nie był to temat, który Maura chciałaby rozwijać, zwłaszcza z Rizzoli.

– Już stąd wychodzę – powiedziała, po czym rozłączyła się i spojrzała na umierającą matkę. Załatwiłam wszystko, co było do załatwienia, pomyślała. Nie muszę cię już nigdy oglądać.

Usta Amalthei wykrzywiły się powoli w uśmiechu.

Rozdział trzeci

Kiedy Maura dotarła do Bostonu, zapadał zmierzch. Przeszywający do szpiku kości wiatr zagnał większość ludzi do domów. Wąska Utica Street była zastawiona radiowozami, zaparkowała więc za rogiem i przebiegła wzrokiem wyludnioną ulicę. Kilka dni wcześniej spadł śnieg, potem przyszła odwilż, a teraz znów ściął mróz i chodniki były pokryte zdradziecką warstwą lodu. Czas zająć się pracą i zapomnieć o Amalthei, pomyślała. Dokładnie coś takiego poradziła jej przed kilku miesiącami Jane Rizzoli: „Nie odwiedzaj jej i nawet o niej nie myśl. Niech ta kobieta zgnije za kratami”.

Teraz mam to już za sobą, stwierdziła w myślach Maura. Pożegnałam się i w końcu wykreśliłam ją ze swojego życia.

Kiedy wysiadła z lexusa, wiatr porwał poły jej długiego czarnego płaszcza i owiał nogawki wełnianych spodni. Stąpając ostrożnie po śliskim chodniku, minęła kawiarnię oraz zamknięte biuro podróży i skręciła w wąski kanion Utica Street. Niegdyś mieściły się tutaj warsztaty garbarskie i składy skór. Wiele z dziewiętnastowiecznych budynków z czerwonej cegły zostało przerobionych na lofty i dzielnica przemysłowa zmieniła się w modną enklawę bohemy.

Obchodząc blokujące ulicę pozostałości placu budowy, Maura utkwiła wzrok w niebieskich światłach, które migały na dachu radiowozu niczym posępna latarnia morska. W środku, za przednią szybą, widziała sylwetki dwóch mundurowych. Siedzieli z pracującym silnikiem, żeby nie zmarznąć. Gdy podeszła bliżej, jeden z nich opuścił szybę.

– Cześć, pani doktor – przywitał ją, szczerząc zęby w uśmiechu. – Ominęły panią nie lada atrakcje. Właśnie odjechała karetka. – Choć wyglądał znajomo i najwyraźniej ją rozpoznał, nie miała pojęcia, jak się nazywa. Zdarzało jej się to ostatnio coraz częściej.

– Jakie atrakcje? – zapytała.

– Kiedy Rizzoli rozmawiała w środku z jakimś facetem, złapał się nagle za pierś i zemdlał. Prawdopodobnie atak serca.

– Żyje?

– Żył, kiedy go stąd zabierali. Szkoda, że pani tu nie było. Przydałby mu się lekarz.

– Nie ta specjalizacja. – Maura zerknęła na budynek. – Rizzoli nadal tam jest?

– Owszem. Wystarczy wejść po schodach. Na górze mają całkiem fajny apartament. Przytulne gniazdko, pod warunkiem że lokator nie odwali kity. – Gliniarz zamknął szybę i usłyszała, jak śmieje się z własnego dowcipu. Ha, ha, humor miejsca zbrodni. Raczej mało śmieszny.

Stojąc w lodowatych podmuchach wiatru, włożyła rękawiczki, naciągnęła foliowe osłony na buty i weszła do budynku. I natychmiast stanęła jak wryta, widząc przed sobą zakrwawioną twarz dziewczyny. W holu wejściowym niczym makabryczna powitalna tablica wisiał plakat horroru Carrie, krwawa plama w technicolorze, która mogła przyprawić o dreszcz każdego wchodzącego. Ceglane ściany klatki schodowej zdobiła cała kolekcja filmowych plakatów. Wchodząc po schodach, minęła Dzień Tryfidów, Studnię i wahadło, Ptaki i Noc żywych trupów.

– Jesteś w końcu! – zawołała Rizzoli z podestu drugiego piętra. – Wyobraź sobie, że codziennie po powrocie do domu widzisz takie miłe obrazki.

– Wszystkie te plakaty wyglądają na oryginalne. Nie są w moim guście, ale mają chyba dużą wartość.

– Wejdź na górę, to zobaczysz więcej rzeczy, które nie są w twoim guście. Z pewnością nie są w moim.

Maura weszła za przyjaciółką do mieszkania i zatrzymała się, by spojrzeć z podziwem na masywne drewniane belki nad głową. Podłoga była wyłożona oryginalnymi szerokimi dębowymi deskami, które wypolerowano na wysoki połysk. Gustowna renowacja zmieniła obskurne wnętrze magazynu w olśniewający loft z ceglanymi ścianami, na który na pewno nie było stać pierwszego z brzegu głodującego artystę.

– Moje mieszkanko nawet się do tego nie umywa – stwierdziła Rizzoli. – Mogłabym się tu od razu przeprowadzić, ale najpierw musiałabym się pozbyć tego paskudztwa ze ściany – dodała, wskazując monstrualne czerwone oko łypiące z kolejnego filmowego plakatu. – Zauważyłaś, jaki jest tytuł horroru?

– Widzę cię? – mruknęła Maura.

– Zapamiętaj go. Może mieć dla nas znaczenie – rzuciła złowróżbnym tonem Rizzoli.

Przeszły przez otwartą kuchnię, mijając wazon ze świeżo ściętymi różami i liliami – miłym wiosennym akcentem w ten grudniowy wieczór. Na czarnym granitowym blacie leżała wizytówka z purpurowym napisem „Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin! Całusy, tata”.

– Mówiłaś, że znalazł ją ojciec? – zapytała Maura.

– Zgadza się. Należy do niego cały budynek. Pozwala jej tu mieszkać za darmo. Zaprosił ją dziś na lunch do Four Seasons. Mieli świętować jej urodziny. Nie zjawiła się i nie odbierała telefonów, więc przyjechał, żeby zobaczyć, co się stało. Powiedział, że drzwi były otwarte, ale poza tym wszystko wydawało się w porządku. Do momentu, kiedy wszedł do sypialni. – Rizzoli na chwilę przerwała. – Mniej więcej w tym punkcie swojej opowieści zbladł, złapał się za klatkę piersiową i musieliśmy wezwać karetkę.

– Policjant na dole twierdzi, że żył, kiedy stąd odjeżdżali.

– Ale nie wyglądał najlepiej. Po tym, co zobaczyliśmy w sypialni, bałam się, że Frost też będzie potrzebował karetki.

Detektyw Barry Frost stał w przeciwległym rogu sypialni, z wielkim zaangażowaniem pisząc coś w notesie. Zimowa bladość jego cery była wyraźniejsza niż zwykle i kiedy Maura weszła do pokoju, zdołał jej tylko słabo kiwnąć głową. Prawie na niego nie spojrzała; całą uwagę skupiła na łóżku, na którym leżała ofiara. Młoda kobieta spoczywała w dziwnie spokojnej pozie, z rękami po bokach, jakby położyła się na narzucie w ubraniu, żeby uciąć sobie drzemkę. Miała na sobie czarne legginsy i golf, co dodatkowo podkreślało upiorną biel twarzy. Jej włosy również były czarne, choć jasne odrosty zdradzały, że są farbowane. Uszy miała przebite licznymi złotymi ćwiekami, na łuku brwiowym lśniło złote kółko. Całą uwagę Maury przykuło jednak to, co zobaczyła pod brwiami.

Oba oczodoły były puste. W miejscu oczu ziały krwawe dziury.

Zszokowana zerknęła w dół na lewą otwartą dłoń kobiety. Leżało na niej coś, co przypominało makabryczne marmurowe kulki.

– I to właśnie sprawia, że ta noc jest pełna cudów, chłopcy i dziewczęta – mruknęła Rizzoli.

– Obustronne wyłuszczenie gałek ocznych – stwierdziła cicho Maura.

– To jakiś rodzaj medycznej nowomowy? Żeby nie powiedzieć wprost, że ktoś wyłupił jej oczy?

– Owszem.

– Uwielbiam cię za te wszystkie chłodne kliniczne określenia. Dzięki temu to, że ta dziewczyna trzyma w dłoni własne oczy, wydaje się mniej pojebane.

– Powiedzcie coś więcej o ofierze – poprosiła Maura.

Frost uniósł niechętnie wzrok znad notesu.

– Cassandra Coyle, wiek: dwadzieścia sześć lat. Mieszka… mieszkała tutaj sama; aktualnie bez chłopaka. Jest niezależnym filmowcem, z własną wytwórnią o nazwie Crazy Ruby Films. Ma małe studio przy South Street.

– Mieszczące się w kolejnym budynku należącym do taty – dodała Rizzoli. – Rodzina jest najwyraźniej zamożna.

– Ojciec twierdzi, że rozmawiał z nią po raz ostatni wczoraj o piątej lub szóstej po południu – podjął Frost – tuż zanim wyszła ze swojego studia. Pojedziemy tam zaraz, żeby przesłuchać jej kolegów i spróbować ustalić, kiedy ją ostatnio widzieli.

– Jaki rodzaj filmów kręcą? – zapytała Maura, choć na podstawie plakatów, które widziała na klatce schodowej, odpowiedź wydawała się oczywista.

– Horrory – odparł Frost. – Ojciec Cassandry twierdzi, że właśnie skończyli kręcić jej drugi.

– I to pasuje jakby do jej upodobań, jeśli chodzi o modę – powiedziała Rizzoli, spoglądając na kruczoczarne włosy i kolczyki ofiary. – Wydawało mi się, że gotycki rock odszedł już w niepamięć, ale ta dziewczyna jest mu najwyraźniej dozgonnie wierna.

Maura skupiła ponownie uwagę na dłoni ofiary. Powietrze wysuszyło rogówki i lśniące niegdyś niebieskie oczy były teraz zmętniałe i matowe. Choć przecięte tkanki zdążyły się obkurczyć, mogła zidentyfikować mięśnie proste i skośne, które tak precyzyjnie kontrolują ruchy ludzkiego oka. Dzięki tym sześciu perfekcyjnie współpracującym ze sobą mięśniom myśliwy widzi lecącą wysoko kaczkę, a uczeń jest w stanie przebiec wzrokiem tekst w podręczniku.

– Powiedz nam, proszę, że była już martwa, kiedy ją to spotkało – odezwała się Rizzoli.

– Sądząc po stanie powiek, wyłuszczenia robią wrażenie pośmiertnych. Widzicie, że nie ma prawie zewnętrznych uszkodzeń tkanki? Ten, kto usuwał gałki, raczej się z tym nie śpieszył, co trudno sobie wyobrazić, gdyby ofiara była przytomna i szarpała się. Minimalna utrata krwi wskazuje, że brak było tętna. Kiedy dokonano pierwszego nacięcia, krążenie krwi już ustało. – Maura przerwała i przyglądała się przez chwilę pustym oczodołom. – Zawarta w tym wszystkim symbolika jest fascynująca.

– Uprzedzałam cię, że to powie – mruknęła Rizzoli do Frosta.

– Oczy uważane są za okna duszy. Być może zabójcy nie spodobało się to, co w nich zobaczył. Albo to, jak na niego popatrzyła. Może przestraszył się jej spojrzenia i zareagował, wyłupiając jej oczy.

– Niewykluczone, że miał z tym coś wspólnego jej ostatni film – podpowiedział Frost. – Widzę cię.

Maura spojrzała na niego.

– Ten plakat jest do jej filmu?

– Napisała scenariusz i go wyprodukowała. Według ojca, był to jej pierwszy film fabularny. Nie wiadomo, kto go oglądał. Wśród widzów mógł być jakiś świr.

– I mogło go to zainspirować – dokończyła za niego Maura, wpatrując się w dwie gałki leżące na dłoni Cassandry.

– Zetknęłaś się wcześniej z czymś takim? – zapytał Frost. – Z ofiarą, której wyłupiono oczy?

– Coś takiego zdarzyło się w Dallas – odparła. – Nie zajmowałam się tą sprawą, ale opowiadał mi kolega. Trzy kobiety zostały zastrzelone i po śmierci usunięto im gałki oczne. U pierwszej ofiary zabójca zrobił to z chirurgiczną precyzją, podobnie jak tutaj. Jednak u trzeciej spartolił robotę i dzięki temu go złapali.

– Więc to… seryjny zabójca.

– Który znał się poza tym na taksydermii. Po aresztowaniu policja znalazła w jego mieszkaniu dziesiątki zdjęć kobiet. Na każdym wycinał im oczy. Nienawidził kobiet i zadawanie im bólu podniecało go seksualnie. – Maura spojrzała na Frosta. – To jedyny przypadek, o jakim słyszałam. Tego rodzaju okaleczenia są bardzo rzadkie.

– Widzimy coś takiego po raz pierwszy – przyznała Rizzoli.

– Miejmy nadzieję, że po raz pierwszy i ostatni. – Maura podniosła rękę kobiety i próbowała zgiąć ją w łokciu, ale staw był sztywny. – Skóra jest zimna, ofiara znajduje się w pełnym stężeniu pośmiertnym. Wczoraj około piątej rozmawiała przez telefon z ojcem, więc wiemy, że jeszcze wtedy żyła, co oznacza, że musiała zginąć najwcześniej dwadzieścia cztery i najpóźniej dwanaście godzin temu. – Podniosła wzrok. – Czy mamy jakiegoś świadka, dzięki któremu moglibyśmy zawęzić ten przedział czasowy? Czy w pobliżu są kamery monitoringu?

– Na tej przecznicy nie ma – odparł Frost. – Ale zauważyłem kamerę na budynku za rogiem. Jest chyba skierowana prosto w wylot Utica Street. Może zarejestrowała Cassandrę, kiedy wracała do domu, a jeśli dopisze nam szczęście, jeszcze kogoś innego.

Maura odwinęła golf ofiary, żeby sprawdzić, czy na szyi są zasinienia lub ślady duszenia, lecz nic nie zobaczyła. Następnie podciągnęła golf na brzuchu, żeby odsłonić tors, i z pomocą Rizzoli przekręciła ciało na bok. Plecy, do których po śmierci spłynęła krew, miały ciemnosiny kolor. Wciskając palec w przebarwione ciało, przekonała się, że plamy pośmiertne są w pełni wykształcone. To potwierdzało, że ofiara nie żyła co najmniej od dwunastu godzin.

Tylko jaka była przyczyna śmierci? Poza wyłupionymi oczami nie widziała żadnych urazów.

– Żadnych ran postrzałowych, żadnej krwi ani śladów duszenia – stwierdziła. – Nie widzę innych obrażeń.

– Zabójca wycina oczy, ale ich ze sobą nie zabiera. – Rizzoli zmarszczyła czoło. – Zamiast tego zostawia je na dłoni ofiary niczym jakiś chory pożegnalny prezent. Co to, do diabła, ma znaczyć?

– To pytanie do psychologa. – Maura wyprostowała się. – Na razie nie jestem w stanie ustalić przyczyny śmierci. Zobaczymy, jaki będzie wynik sekcji.

– Może to było przedawkowanie? – zasugerował Frost.

– Przedawkowanie jest z całą pewnością bardzo prawdopodobne. Odpowiedź da nam badanie toksykologiczne. – Maura ściągnęła z dłoni rękawiczki. – Zajmę się nią jutro z samego rana.

Rizzoli wyszła za nią z sypialni.

– Jest coś, o czym chciałabyś ze mną porozmawiać, Mauro? – zapytała.

– Będę mogła powiedzieć ci coś więcej po sekcji.

– Nie miałam na myśli tej sprawy.

– Nie bardzo rozumiem, o co ci chodzi.

– Przez telefon wspomniałaś, że jesteś we Framingham. Powiedz, że nie pojechałaś zobaczyć się z tą kobietą.

Maura zapięła spokojnie płaszcz.

– Mówisz, jakbym popełniła jakąś zbrodnię.

– A więc tam byłaś. Uzgodniłyśmy chyba, że powinnaś trzymać się od niej z daleka.

– Amaltheę przyjęto na oddział intensywnej opieki. Doszło do komplikacji po chemioterapii i nie mam pojęcia, jak długo jeszcze pożyje.

– Ona cię wykorzystuje, nadużywa twojego współczucia. O rany, Mauro, ona znów cię skrzywdzi.

– Wiesz, że naprawdę nie chcę o tym mówić.

Nie oglądając się za siebie, Maura zbiegła po schodach i wyszła z budynku. W twarz uderzył ją podmuch lodowatego wiatru. Zmierzając szybkim krokiem do samochodu, usłyszała, że drzwi budynku ponownie się otworzyły. Rizzoli wybiegła za nią.

– Czego ona od ciebie chce?! – zawołała.

– Umiera na raka. Czego, twoim zdaniem, może chcieć? Może odrobiny współczucia?

– Miesza ci w głowie. Dobrze wie, jak z tobą postępować. Pamiętasz, jak udało jej się omotać syna?

– Uważasz, że mogę się do niego kiedykolwiek upodobnić?

– Oczywiście, że nie. Ale sama mi to kiedyś powiedziałaś. Że urodziłaś się z tą mroczną zadrą, która tkwi pod skórą każdego członka rodziny Lanków. Ona znajdzie jakiś sposób, żeby to wykorzystać.

Maura otworzyła lexusa.

– I bez tego mam dosyć problemów. Nie muszę wysłuchiwać twoich kazań.

– Dobrze, dobrze. – Rizzoli podniosła ręce na znak, że się poddaje. – Po prostu się o ciebie boję. Zazwyczaj potrafisz o siebie zadbać. Proszę cię, nie zrób nic głupiego.

Maura patrzyła, jak przyjaciółka wraca na miejsce zbrodni. Do sypialni, w której leżała sztywna, pozbawiona oczu kobieta.

Nagle przypomniały jej się słowa Amalthei. „Wkrótce odkryjesz kolejną”.

Obracając się, omiotła szybko wzrokiem ulicę, sprawdzając każde drzwi i każde okno. Czy z drugiego piętra nie obserwowały jej czyjeś oczy? Czy nikt nie czaił się w tamtej alejce? Wszędzie widziała podejrzane cienie. Przed tym właśnie przestrzegała ją Rizzoli. Na tym polegała moc Amalthei: uchylała zasłonę, za którą rozpościerał się pejzaż ze złego snu, za którą wszystko tonęło w mroku.

Czując, jak przechodzi ją dreszcz, Maura wsiadła do samochodu i uruchomiła silnik. Z otworów wentylacji dmuchnęło lodowate powietrze.

Czas wracać do domu.

Czas skryć się przed mrokiem.

Rozdział czwarty

Z kawiarni, w której siedzę, obserwuję rozmawiające na ulicy dwie kobiety. Rozpoznaję je, bo widziałam, jak udzielały wywiadu w telewizji, i czytałam o nich w gazetach, najczęściej w związku z morderstwami. Ta ze zmierzwionymi ciemnymi włosami to detektyw z wydziału zabójstw, ta druga, w długim eleganckim płaszczu, jest lekarzem sądowym. Nie słyszę, co mówią, ale widzę, że policjantka agresywnie gestykuluje, a lekarka się cofa.

Policjantka nagle się odwraca i odchodzi. Lekarka stoi przez chwilę bez ruchu, jakby nie wiedziała, czy za nią iść, czy dać sobie spokój. W końcu kręci zrezygnowana głową, wsiada do czarnego lexusa i odjeżdża.

Ciekawe, o co im chodziło.

Wiem już, co sprowadziło je tutaj w tę przejmująco zimną noc. Przed godziną usłyszałam o tym w wiadomościach. Na Utica Street, ulicy, gdzie mieszka Cassandra Coyle, zamordowano młodą kobietę.

Zerkam w głąb Utica Street, ale widzę tylko migające światła radiowozów. Czy to Cassandra leży tam martwa, czy ofiarą mordercy padła jakaś inna nieszczęsna kobieta? Nie widziałam się z Cassie od szkoły średniej i zastanawiam się, czybym ją w ogóle poznała. Bo ona z pewnością nie rozpoznałaby nowej Holly, która chodzi z podniesioną głową, patrzy ludziom w oczy i nie chowa się po kątach, zazdroszcząc złotym dziewczętom. Z czasem nabrałam pewności siebie i wyczucia stylu. Moje czarne włosy są teraz elegancko przycięte na pazia, nauczyłam się chodzić na szpilkach i mam na sobie bluzkę za dwieście dolarów, którą udało mi się kupić z siedemdziesięcioprocentowym rabatem. Każdy, kto pracuje w public relations, przekonuje się, że pozory są ważne – dlatego się zaadaptowałam.

– Co się tam dzieje? Orientuje się pani? – odzywa się nagle męski głos.

Facet pojawił się obok tak niespodziewanie, że mrugam zaskoczona. Normalnie od razu wyczuwam, gdy ktoś narusza moją prywatną przestrzeń, ale byłam tak zaabsorbowana działaniami policji za szybą, że nie zauważyłam, jak podszedł. Gorące ciacho, myślę, bacznie mu się przyglądając. Wiek trzydzieści kilka lat, parę lat więcej ode mnie, szczupłe umięśnione ciało, niebieskie oczy i włosy pszenicznego koloru. Odliczam mu kilka punktów, bo pije latte, a o tej wieczornej porze prawdziwi faceci piją raczej espresso. Ale jestem skłonna mu to wybaczyć z powodu tych cudownych błękitnych oczu. W tym momencie nie patrzy na mnie, tylko na to, co dzieje się na ulicy. Na te wszystkie radiowozy i karetki stojące na ulicy, przy której mieszka Cassandra Coyle.

Albo mieszkała.

– Ile tam policji – mówi. – Ciekawe, co się stało.

– Na pewno coś złego.

– Niech pani spojrzy, podjechał wóz transmisyjny Channel Six.

Przez chwilę oboje siedzimy w milczeniu, sącząc napoje i obserwując ulicę. Pojawia się kolejny wóz transmisyjny, co przyciąga do okna kilku innych gości. Czuję, jak tłoczą się wokół mnie, chcąc mieć lepszy punkt obserwacyjny. Widok jednego radiowozu nie jest w stanie zainteresować przeciętnego bostończyka, ale kiedy pojawiają się kamery telewizyjne, to nas kręci. Wiemy, że chodzi o coś więcej niż o zwykłą stłuczkę albo parkowanie na drugiego. Wydarzyło się coś, o czym z pewnością powiedzą w wiadomościach.

Potwierdzając jakby nasze przeczucia, w polu widzenia pojawia się biała furgonetka z Urzędu Lekarza Sądowego. Czy przyjechała po Cassandrę, czy po jakąś inną nieszczęśnicę? Czuję, że skacze mi nagle tętno. Niech to nie będzie ona, myślę. Niech to będzie ktoś inny, ktoś, kogo nie znam.

– Oho, karetka z kostnicy – mówi Błękitnooki. – Niedobrze.

– Czy ktoś widział, co się stało? – pyta jakaś kobieta.

– Po prostu pojawiło się sporo policji.

– Ktoś słyszał strzały z broni palnej albo coś podobnego?

– Pani była tu pierwsza – zwraca się do mnie Błękitnooki. – Co pani widziała?

Wszyscy kierują ku mnie wzrok.

– Kiedy przyszłam, radiowozy już tu były – odpowiadam. – To musiało stać się wcześniej.

Inni nadal się gapią, zahipnotyzowani migającymi światłami. Błękitnooki sadowi się na stołku tuż obok mnie i wrzuca kostkę cukru do swojego niezbyt stosownego latte. Zastanawiam się, czy wybrał to miejsce, bo chce mieć lepszy widok na ulicę, czy chce się ze mną zaprzyjaźnić. To drugie nawet by mi odpowiadało. Właściwie to czuję, jak przez udo przechodzi mi dreszcz. Moje ciało reaguje na niego całkowicie odruchowo. Nie przyszłam tu, by szukać towarzystwa, ale minęło już sporo czasu, odkąd po raz ostatni obdarzył mnie swoimi względami jakiś facet. Ponad miesiąc, jeśli nie liczyć zeszłotygodniowej szybkiej palcówki z parkingowym przy hotelu Colonnade.

– Mieszka pani w pobliżu? – pyta. Obiecujące otwarcie, choć może niezbyt wyszukane.

– Nie. A pan?

– Mieszkam w Back Bay. Miałem się spotkać ze znajomymi we włoskiej restauracji przy tej samej ulicy, ale przyszedłem o wiele za wcześnie. Pomyślałem, że wpadnę na kawę.

– Ja mieszkam w North End. Też miałam się spotkać ze znajomymi, jednak w ostatniej chwili to odwołali.

Jak łatwo kłamstwa padają z moich ust, a on nie ma powodu, by mi nie wierzyć. Większość ludzi automatycznie zakłada, że ich rozmówca mówi prawdę, i to bardzo ułatwia życie komuś takiemu jak ja. Podaję mu dłoń. Wielu mężczyzn wprawia w zakłopotanie zainicjowanie znajomości przez kobietę, ale ja chcę, by od samego początku sprawa była jasna. Chcę, żeby wiedzieli, że spotykamy się na równych zasadach.

Siedzimy przez chwilę w przyjaznym milczeniu, sącząc kawę i przyglądając się temu, co dzieje się na ulicy. Widać tylko podjeżdżające i odjeżdżające pojazdy, a także umundurowanych funkcjonariuszy, którzy wchodzą i wychodzą z budynku. Nie wiadomo, co dzieje się w środku; możemy się tego tylko domyślać. Na twarzach gliniarzy maluje się spokój, a nawet znudzenie. To, co zdarzyło się na Utica Street, nastąpiło przed kilkoma godzinami i śledczy układają teraz po prostu fragmenty łamigłówki.

Ponieważ nie dzieje się nic ciekawego, inni goście powoli się rozchodzą. Przy oknie zostajemy tylko ja i Błękitnooki.

– Jeśli chcemy dowiedzieć się, co tu się stało, będziemy musieli chyba obejrzeć wiadomości – mówi.

– Popełniono zbrodnię – odpowiadam.

– Skąd pani wie?

– Kilka minut temu widziałam kogoś z wydziału zabójstw.

– Podszedł do pani i przedstawił się?

– To kobieta. Nie pamiętam, jak się nazywa, ale widziałam ją w telewizji. Zaciekawił mnie fakt, że to kobieta. Zastanawiam się, dlaczego wybrała takie zajęcie.

Błękitnooki uważnie mi się przygląda.

– Interesuje się pani eee… tego rodzaju sprawami? Zabójstwami?

– Nie, zapamiętuję po prostu twarze. Chociaż zapominam imion.

– Skoro mówimy o imionach, ja mam na imię Everett. – Facet uśmiecha się i w kącikach jego oczu pojawiają się urocze kurze łapki. – Teraz może je pani zapomnieć.

– A jeśli będę wolała je zapamiętać?

– Mam nadzieję, że to znaczy, że wpadam ludziom w oko.

Zastanawiam się, co może się między nami wydarzyć. Patrząc mu w oczy, wiem nagle, czego bym chciała: żebyśmy poszli do jego mieszkania w Back Bay, popili kawę kilkoma kieliszkami wina, a potem przez całą noc pieprzyli się jak króliki. Jaka szkoda, że umówił się ze znajomymi na kolację. Nie mam wcale zamiaru się z nimi spotykać i nie będę tracić czasu, czekając, aż do mnie zadzwoni, więc domyślam się, że nadeszła pora pożegnania. Pewne marzenia po prostu się nie spełniają, bez względu na to, jak bardzo byśmy tego pragnęli.

Dopijam kawę i wstaję ze stołka.

– Miło było cię poznać, Everett – mówię.

– Ach, więc zapamiętałaś moje imię.

– Mam nadzieję, że spędzisz miły wieczór ze znajomymi.

– A jeśli wcale nie chcę spędzać z nimi wieczoru?

– Czy nie dlatego właśnie tu przyjechałeś?

– Plany mogą się zmienić. Mogę do nich zadzwonić i powiedzieć, że muszę być pilnie gdzie indziej.

– To znaczy gdzie?

On też wstaje i stoimy teraz twarzą w twarz. Ten dreszcz, który przeszedł mi przez udo, czuję teraz w podbrzuszu i nagle zapominam o Cassandrze i o tym, co mogłaby oznaczać jej śmierć. Cała moja uwaga skupiona jest wyłącznie na tym mężczyźnie i na tym, co się między nami wydarzy.

– U ciebie czy u mnie? – pyta.

Rozdział piąty

Amber Voorhees miała fioletowe pasemka we włosach i pomalowane na czarno paznokcie, ale tym, co najbardziej wytrącało z równowagi Rizzoli, było złote kółko w jej nosie. Kiedy szlochała, z kółka zwisały nitki śluzu, które bez przerwy delikatnie wycierała chusteczką. Jej koledzy, Travis Chang i Ben Farney, nie płakali, ale wydawali się w równym stopniu zszokowani i zdruzgotani wiadomością o śmierci Cassandry Coyle. Cała trójka filmowców miała na sobie typowe hipsterskie T-shirty, bluzy z kapturami i podarte dżinsy i żadne od wielu dni nie używało grzebienia. Sądząc po unoszącym się w studiu zapachu, żadne nie brało również od kilku dni prysznica. Wszystkie płaskie powierzchnie zajmowały puste pudełka po pizzach, puszki po red bullu oraz luźne kartki scenariusza. Na monitorze widać było scenę z montowanego przez nich filmu: ścigana przez nieubłaganego i nieuchwytnego zabójcę jasnowłosa nastolatka uciekała przez ciemny las, szlochając i potykając się.

Travis odwrócił się nagle do komputera i zatrzymał obraz. Na ekranie zastygła złowroga sylwetka przemykającego między drzewami zabójcy.

– Kurwa – jęknął Travis. – Nie mogę w to uwierzyć. Nie mogę w to, kurwa, uwierzyć.

Amber objęła go ramionami i z piersi młodego człowieka wydarł się szloch. Dołączył do nich Ben i troje skąpanych w poświacie monitora filmowców stało przez chwilę w potrójnym uścisku.

Rizzoli zerknęła na partnera i zobaczyła, że z trudem powstrzymuje łzy. Rozpacz jest zaraźliwa. Frost nie był na nią uodporniony nawet po latach przekazywania złych wiadomości i patrzenia, jak reagują na nie bliscy ofiary. Gliniarze przypominali pod tym względem terrorystów. Podkładają bomby w domach rodziny i przyjaciół i przyglądają się dokonanym przez siebie zniszczeniom.

Travis pierwszy wyzwolił się z uścisku, podszedł do zapadającej się sofy, usiadł na niej i schował głowę w dłoniach.

– Mój Boże, jeszcze wczoraj tu z nami była – jęknął. – Siedziała dokładnie w tym miejscu.

– Wiedziałam, że coś musiało się stać, gdy przestała odbierać moje esemesy – szepnęła Amber, wydmuchując nos w chusteczkę. – Kiedy umilkła, wydawało mi się z początku, że stresowała się przed spotkaniem z ojcem.

– Kiedy przestała odbierać esemesy? – zapytała Rizzoli. – Może pani to sprawdzić w telefonie?

Amber zaczęła przekładać rozrzucone kartki scenariusza. W końcu znalazła swoją komórkę i sprawdziła wiadomości.

– Ostatniego wysłałam około drugiej w nocy. Nie odpowiedziała.

– Spodziewała się pani odpowiedzi o drugiej w nocy?

– Czemu nie? Na tym etapie projektu to normalne.

– Zarywamy wszystkie nocki – wtrącił Ben, również siadając na sofie i masując twarz. – Byliśmy na nogach do trzeciej i montowaliśmy film. Żadne z nas nie wróciło do domu, walnęliśmy się po prostu spać tutaj – dodał, wskazując pozwijane w kącie śpiwory.

– Wszyscy troje spędziliście tutaj noc?

Ben pokiwał głową.

– Mamy napięte terminy. Cassie też by tu z nami harowała, ale musiała wziąć się w garść przed spotkaniem z ojcem. To na pewno nie było coś, na co czekała z utęsknieniem.

– O której stąd wczoraj wyszła? – zapytała Rizzoli.

– Chyba koło szóstej? – Ben zwrócił się do kolegów, a oni pokiwali głowami.

– Właśnie dowieziono nam pizzę – wyjaśniła Amber. – Cassie nie została, żeby ją z nami zjeść. Powiedziała, że kupi sobie coś sama, żeby nasza trójka mogła dłużej pracować. – Otarła dłonią oczy, zostawiając na policzku grubą smugę tuszu do rzęs. – Nie mogę uwierzyć, że widzieliśmy ją wtedy ostatni raz. Wychodząc, mówiła o przyjęciu, które wyprawimy po zakończeniu montażu.

– Film jest wtedy w zasadzie ukończony – dorzucił Ben. – Trzeba tylko dodać efekty dźwiękowe albo muzykę. Jesteśmy już na finiszu, potrzeba nam tylko tygodnia albo dwóch.

– I kolejnych dwudziestu tysięcy – mruknął Travis. Kiedy podniósł głowę, sterczały na niej przetłuszczone czarne włosy. – Cholera. Nie wiem, skąd je wytrzaśniemy bez Cassie.

Rizzoli wbiła w niego wzrok.

– To Cassandra miała je zapewnić? – zapytała.

Troje młodych filmowców wymieniło między sobą spojrzenia, jakby nie wiedzieli, które z nich ma odpowiedzieć na to pytanie.

– Miała o nie poprosić ojca podczas lunchu – wyjaśniła Amber. – Dlatego tak się stresowała. Nienawidziła prosić go o forsę. Zwłaszcza podczas lunchu w Four Seasons.

Rizzoli omiotła wzrokiem pokój, przyglądając się poplamionemu dywanowi, podniszczonej sofie i zwiniętym śpiworom. Młodzi filmowcy zbliżali się do trzydziestki, ale wyglądali o wiele młodziej: przypominali trójkę obywających się byle czym dzieciaków z obsesją na punkcie kina.

– Czy naprawdę zarabiacie pieniądze na kręceniu filmów? – zapytała.

– Czy zarabiamy pieniądze? – Travis wzruszył ramionami, jakby jej pytanie nie miało sensu. – Kręcimy je i to jest ważne. Żyjemy marzeniami.

– Korzystając z pieniędzy ojca Cassandry.

– To nie jest prezent. Facet inwestował w przyszłość córki. Dzięki temu filmowi mogła wyrobić sobie w branży nazwisko, a fabuła była dla niej ważna z przyczyn osobistych.

Rizzoli spojrzała na leżący na biurku scenariusz.

– Mr. Simian?

– Niech panią nie zwiedzie tytuł ani fakt, że to horror. To poważna historia o dziewczynie, która zaginęła. Film jest oparty na autentycznych wydarzeniach z dzieciństwa Cassandry i na pewno będzie miał większą widownię niż nasza pierwsza produkcja.

– Wasz pierwszy film nosił tytuł Widzę cię? – zapytał Frost.

Travis posłał mu zaskoczone spojrzenie.

– Widział go pan?

– Widziałem plakat. Ten, który wisiał w sypialni Cassandry.

– To tam… – Amber przełknęła ślinę. – To tam ją znaleźliście?

– Tam znalazł ją ojciec.

Amber zadygotała i objęła się ramionami, jakby nagle zrobiło jej się zimno.

– Jak to wyglądało? – zapytała. – Ktoś się do niej włamał?

Zamiast odpowiedzieć, Rizzoli zadała własne pytanie:

– Gdzie byliście wszyscy w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin?

Troje filmowców popatrzyło na siebie.

– Byliśmy tutaj, w tym budynku – odparł w końcu Travis, powoli i z namysłem. – Wszyscy troje. Przez całą noc i cały dzień.

Pozostała dwójka pokiwała głowami.